3 sierpnia 2016

Pospolita Przyjaźń ~ Rozdział 6 ~ Ścieżka, którą prowadzi nas młodość

Rozdział 6

Ścieżka, którą prowadzi nas młodość
- Tak mamo, jesteśmy teraz w poczekalni. Nie, jeszcze nic nie wiemy. Stara gadka w stylu „proszę się nie martwić”. Co „ja”? Przecież to nie ja miałam wypadek! – warknęłam do słuchawki. – Jak coś się zmieni, dam znać. Cześć. – powiedziałam już spokojniej i rozłączyłam się.
Riccardo pogłaskał z zatroskaniem moje ramię. Spojrzałam na niego smutno, nie mając siły na jakąkolwiek ekspresję. Spuściłam głowę, przygarbiłam się i czekałam dalej w milczeniu.
Czas nie jest naszym sprzymierzeńcem. To najgorszy wróg.
A gdy człowiek jest bezsilny, ukazuje swoją najobrzydliwszą stronę, spowalniając swój upływ bezlitośnie.  Minuty ciągnęły się jak godziny, a jedyne czego pragnęłam to by wskazówki zegara przesuwały się szybciej. Jakby to mogło przyśpieszyć to wszystko.
Minęły jakieś dwie godziny od końca wyścigu, a nadal tkwiliśmy razem z Riccardo w szpitalnej poczekalni, nic nie wiedząc. Pielęgniarka obiecała nas wpuścić od razu, gdy sytuacja się ustabilizuje, a na moje pytanie czy wszystko w porządku, rzuciła nic niezobowiązujące „zajmą się nią specjaliści”. W taki sposób na moje barki doszło kolejne negatywne uczucie. Chorobliwy niepokój.
A już myślałam, że uduszę się od poczucia bezsilności.
- A państwo kim są dla panny Di Carlo? – ocknęłam się amoku na głos lekarza. Doktor spoglądał na nas podejrzliwie.
- Przyjaciele. – odpowiedział Ricc, spoglądając na mnie. – Riccardo Tessio, a to Blanca Coletti. Może się pan spytać panny Di Carlo, jeśli nam pan nie wierzy. – dodał jeszcze, widząc jego niepewną minę.
- Niech będzie. Rodziny i tak jeszcze nie ma, a trochę rozmowy może ją uspokoi. – rzucił lekarz. – Sala nr 23.
- Dziękujemy. – Riccardo skinął mu głową, po czym rzucił mi naglące spojrzenie. – No idź do niej. Obstawiam, że nawet pokłócona, wolałaby zobaczyć ciebie, niż mnie. Przyjdę za chwilę, pogadam z tym doktorkiem.
- Jesteś wielki, Ricc. – smagnęłam jego dłoń opuszkami palców i pognałam do odpowiedniej sali.
Otwierając drzwi, miałam wrażenie, że jestem strasznie małym człowieczkiem. Wszystkie emocje, które kłębiły się we mnie przez ostatnie godziny, nagle znalazły upust. Zatrzymałam się, hamując ostro w drzwiach i przytrzymałam się framugi. Ułamek sekundy zajęło mi zarejestrowanie pomieszczenia.
Constanza pół leżała, pół siedziała na łóżku, a gdy mnie usłyszała, zwróciła twarz w moim kierunku. Musiałam wyglądać naprawdę paskudnie, bo w jej oczach błysnęło zatroskanie, ale po chwili wyszczerzyła się do mnie.
- Nic mi nie jest, twarda jestem. – rzuciła, napinając mięsień w prawej ręce i przytrzymując lewą dłonią. 
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że nie oddychałam. Zaczerpnęłam ze świstem powietrza, czując, że uspokajam się. Constanza żyje, rusza się. Nic jej nie jest. Po plecach przebiegł mi dreszcz, gdy umysł podsunął scenę, w której przyjaciółka toczy się po ziemi bezwładnie jak szmaciana laleczka.
- Tak się cieszę… - wydusiłam, nadal ledwo oddychając. Podeszłam do łóżka, siadając na skraju. – Nigdy więcej tak nie rób. – rzuciłam, obejmując ją spontanicznie.
Byłam pewna, że Constanzie przypomni się, że jesteśmy pokłócone, ale po chwili wahania odwzajemniła uścisk i poklepała mnie po plecach. Westchnęła głośno.
- Nie martw się, na pewno nie zaplanuję powtórki. – zaśmiała się słabo. – Szczerze, miałam się na ciebie złościć, ale po tym jak myślałam, że już jestem martwa, jakoś nie czuję potrzeby się złościć.
- Ta złość się na mnie ile chcesz, tylko się tak nie rozbijaj. – spojrzałam na nią krytycznie. – Mówiłam ci: uważaj, na przednie koło, bo…
-… amortyzator mi siądzie, tak wiem, wiem. Liczyłam, że nie rozpierniczy się na ostatnim zakręcie. – wzruszyła ramionami, po czym zmarszczyła czoło, jakby dopiero co, zdała sobie z czegoś sprawę. – Jakim cudem w ogóle się tutaj dostałaś?
- Ma się swoje sposoby. No i, Riccardo. – uśmiechnęłam się ciepło. – A propo, on też gdzieś tam jest, chyba gada z lekarzem.
- Przepraszam, za ten bilet… - powiedziała cicho, jakby ze skruchą. – To moja wina, jak jestem zła to mi odbija… Nie powinnam.
- Na pewno nic ci nie jest? – przerwałam jej, kładąc ostentacyjnie dłoń na jej ramieniu. – Bo brzmisz, jakbyś uderzyła się w głowę. – Constanza prychnęła kpiąco, a ja zacisnęłam dłoń na jej ramieniu. – Naprawdę, nie gniewam się. Miałam ważniejsze sprawy na głowie.
Blondynka uśmiechnęła się do mnie z wdzięcznością, chcąc coś jeszcze powiedzieć, gdy do sali wszedł Riccardo.
- Cześć dziewczyny! – zamachał nam, trzymając papierową torebkę z piekarni. – Zawinąłem im kilka drożdżówek. Obstawiam, że jesteście głodne, szczególnie pani „wyjebię się na ostatnim zakręcie”.
Constanza prychnęła, ale wyciągnęła ku kumplowi zaciśniętą pięść. Ricc przybił jej żółwika.
- Dzięki za troskę, Ricc. – uśmiechnęła się do niego.
- Nie ma za co. – chłopak wyglądał na zdziwionego, a po chwili nachylił się do mnie teatralnie i szepnął. – A lekarz mi mówił, że nie było urazu głowy.
- Co was wszystkich dzisiaj tak ugryzło? – Constanza wyrzuciła ramiona do góry. – Czy ja się nad wami tak pastwię na co dzień?
- Może… - powiedziałam przeciągle w tym samym momencie co Riccardo. Spojrzeliśmy po sobie, wybuchając śmiechem, a Constanza obrzuciła nas zbulwersowanym spojrzeniem, ale uśmiechnęła się pod nosem.
***
Constanza została wypuszczona ze szpitala na drugi dzień, bez żadnych przeciwskazań. Jej upadek tak naprawdę tylko wyglądał na taki groźny, a skończyło się na mocno obitych plecach i zadrapaniach na rękach i nogach. Na całe szczęście. Niestety motor był w gorszym stanie.
Wujek Constanzy, mający cały biznes motocyklowy, obiecał pomyśleć o czymś bardziej pod potrzeby wymagającego klienta, by podobna sytuacja nie powtórzyła się. Zostałyśmy uziemione bez motoru aż do wiosny, bo państwo Di Carlo stwierdzili, że jest „zbyt ślisko” i lepiej odczekać od wypadku trochę. Dziwiłam się, że w ogóle tak lekko przyjęli to wydarzenie.
W szkole nic się nie zmieniło. Nasza paczka coraz bardziej zacieśniała więzy, miałam jedynie wrażenie, że Riccardo czuje się samotny w naszym damskim gronie. Miałam przeczucie, że wywrotka Constanzy będzie kolejnym punktem odnośnym do kłótni dla Giovanny, ale dziewczyna milczała i wręcz ignorowała nasze istnienie. A gdy oglądała się na nas, w jej oczach pobłyskiwało coś na kształt respektu. Jak zresztą w oczach większości klasy, która wcześniej albo z nas szydziła, albo miała nas gdzieś. Teraz byliśmy po prostu znajomymi z klasy. A taki układ bardzo mi pasował.
Jedyna relacja jaka zmieniła się to ta, między mną, Constanzą, a Sergiem. Chłopak porozmawiał na poważnie z moją przyjaciółką, lecz do dzisiaj nie wiem jak przebiegła ta rozmowa. Przez pewien okres czasu Sergio nie był w stanie spojrzeć mi w oczy, ale z tygodniami znów rozmawialiśmy normalnie.
Chociaż dla mnie było to aż za dużo i jednocześnie wciąż za mało.
Brzydziłam się sobą za każdym razem, gdy kończyłam z nim rozmawiać, a widziałam maślane spojrzenie Constanzy. Jednak odraza mijała, gdy patrzyłam jak Sergio teoretycznie z nią flirtuje, a ja czułam coś na znak zazdrości. A zawsze kończyło się na pokręceniu z zacięciem głową.
Nasz grafik dnia powrócił do normalności, gdy Constanza dostała crossa. Jedna z lepszych Yamah dostępnych na obecnym rynku, niebieska i jeszcze niezarysowana. Wrócenie do treningów było dla Constanzy łatwością, dla mnie okazało się trudniejsze – przy każdym zakręcie przed oczami stawał mi ten wypadek. Jednak nigdy nawet o tym nie wspomniałam.
Miesiące mijały, nastał maj, a Constanza, teraz przygotowana dużo lepiej i ze zdecydowanie lepszym sprzętem wzięła udział w zawodach, kończąc na piątym miejscu. Na każdych kolejnych utrzymywała się w pierwszych dziesiątkach, a ja patrzyłam na tabele wyników za każdym razem z coraz większym niedowierzaniem. Lokalne gazety już pisały jej wielką karierę.
Odeszłam z westchnieniem od teleskopu, nie mogąc skupić się na nocnym niebie. Walczyłam od kilku dni z nieznośnym zachmurzeniem, zwłaszcza, że lato było moją ulubioną porą jeśli chodzi o gwiazdy. Cofając potknęłam się o porozkładane mapy, przyrządy, książki. Cały taras był tym usłany, jednak mój wzrok utknął na grubym zeszycie, w którym była zapisana historia treningów Constanzy – od czasu, odległości, po analizy sportowe, a nawet fizyczne obliczenia i przypuszczenia ile wytrzymają amortyzatory (to liczyłam praktycznie po każdym treningu, tak na wszelki wypadek).
Westchnęłam.
To nie tak, że zazdrościłam Constanzie. Byłyśmy przyjaciółkami, więc radość z jej zwycięstw stała mi się tak bliska jak smutek i złość po porażkach. Tylko… Czasami odczuwałam chęć wykazania się bardziej, niż teraz. Pokazaniu wszystkim, że ja też jestem w czymś dobra.
Zrolowałam ostatnią mapę. Szkoda tylko, że moja pasja nie jest aż tak popularna. Wzięłam wszystkie przybory na raz, spoglądając z nadzieją w niebo. Nawet nie zanosiło się na przejaśnienie. Westchnęłam. Może to i lepiej. W końcu wyśpię się na zakończenie roku.
  ***
- Jasny gwint… - westchnęłam, gdy wiatrak skierował swoje życiodajne skrzydła na moją twarz. – Mogę się założyć, że na zewnątrz jest jakieś 50 stopni w cieniu.
- Ja tam mogę się założyć, że ptaki poleciały do Afryki, bo tu im za gorąco. – jęknęła Constanza, obracając się na plecy.
Pierwszy tydzień lipca mijał nam na unikaniu upałów i miłym lenistwu w domowym zaciszu. Tylko ja, Constanza, wiatrak i czasem ktoś jeszcze. Leżałyśmy na rozgrzanej podłodze w salonie Constanzy, jedząc ospale arbuza. Dochodziła raptem 10 rano, a ja nadal chodziłam na szkolny zegar biologiczny, budząc się o 7.
- W ogóle mamy jakieś ambitne plany na wakacje, oprócz naszych rodzinnych wyjazdów? – spytałam ze znudzeniem.
- A bo ja wiem. – blondynka wzruszyła ramionami. – Moi rodzice mówili coś o zorganizowaniu sobie wyjazdu integracyjnego do lasu nad jezioro, ale to odpada.
- Niby czemu? Nie będziesz mieć tam zasięgu, czy co? – mruknęłam.
- Domki są 6 osobowe, a my trzymamy się co najwyżej w piątkę. – westchnęła dziewczyna. – Oczywiście zakładając, że Nico, Cristi i Ricc będą chcieli jechać.
- Błagam cię, Ricc pojedzie. Samiec alfa wśród samych niewiast. – zaśmiałam się. – A kogoś szóstego łatwo się znajdzie.
- Jak kogoś załatwisz, to ja mogę załatwić wyjazd. – rzuciła wyzywająco Constanza.
Uśmiechnęłam się pod nosem.
- O to, to ty się nie martw.
***
Okazało się, że nie tylko my utknęłyśmy w Manaroli w lipcu. Nasze malutkie, spokojne miasteczko okazało się idealną pułapką na turystów. Zawsze chciałam mieszkać w wielkim mieście, ale ten „wycieczkowy” harmider zdecydowanie nie odpowiadał moim wyobrażeniem „tętniącego życiem miasta”.
Nicola i Cristina zgodziły się od razu, Riccardo również nie zgłaszał zbytnich sprzeciwów. Najbardziej ogarnięta osoba z naszej paczki (oczywiście nie mówię o sobie, tylko o Nico) obiecała załatwić jeszcze kogoś, a ja zajęłam się szukaniem nam transportu. Jechaliśmy na trzy noce, raptem za kilka dni, więc nawet nie zdążyłam się zapytać kogo wykombinowała Nico.
Powierzenie jej tego zadania było jednym z gorszych błędów mojego życia.
Z Constanzą byłyśmy pierwsze na przystanku, z plecakami zapakowanymi po brzegi jedzeniem, chwilę potem dołączyła do nas Cristina. Riccardo przywlókł się dopiero pod sam koniec, ledwo żywy.
- Jest. Zdecydowanie. Za. Wcześnie. – wymamrotał, ziewając po chwili.
- A mówiłam ci, żebyś darował sobie wczoraj obserwacje? – zachichotałam pod nosem, trącając go łokciem. Sama z bólem serca zamknęłam pod kluczem mój teleskop, by mnie nie kusiło.
- Mówiłaś. – znów ziewnął. – A czy ja kiedykolwiek cię posłuchałem?
Zdzieliłam go otwartą dłonią, co przyjął ze śmiechem. A następnie mina mu zrzedła. Skrzywiłam się i przyjrzałam się mu.
 - Ricc, co ci? – spytałam.
- Ja chyba nie chcę jechać. – mruknął.
Spojrzałam na Constanzę, która również zbladła i patrzyła się w kierunku drogi. Podążyłam za ich spojrzeniami, a w głowie zawrzała mi tylko jedna myśl. Czy wy sobie ze mnie kpicie?
- Cześć wszystkim! – Nico pomachała nam ochoczo dłonią, a Sergio wlókł się za nią, z coraz większym ociąganiem. – Mówiłam ci, że załatwię kogoś, a na twoją sugestię „byleby ktoś był”, wzięłam jego.
- No dzięki. – prychnął Sergio, uśmiechając się krzywo.
- A tak na serio, byłeś ostatnią osobą, która chciała jechać. – Nico spojrzała po nas ze zdziwieniem. – Co wy tacy skwaszeni? Bus nam odjechał?
Spojrzałam po nas. Constanza była blada z niedowierzania, Riccardo wyglądał jakby co najmniej planował morderstwo, a ja jakby ktoś posłał mnie na tygodniowy kurs matematyki w środku lipca.
- Spokojnie, Nico, jesteście jeszcze przed czasem! – Cristina uśmiechnęła się do wszystkich pociesznie. – Czy ktoś z was wziął pianki na ognisko?
W duszy odetchnęłam głęboko. Przynajmniej jedna osoba nie jest nastawiona wojowniczo. Cristina, nasz zbawco. Z tego luźnego pytania wywiązała się rozmowa, a do mnie zaczynało docierać jak absurdalną grupą jesteśmy. Uśmiechnęłam się pod nosem, przypominając sobie jak fałszywe wycieczki były w moim rodzimym mieście.
W pewnym momencie Nicola trąciła mnie łokciem.
- Zdajesz sobie sprawę, że nawet jeśli teraz Riccardo i Sergio gadają jak kumple, to raczej nic dobrego nie wyniknie jeśli będą jechać obok siebie w busie przez 3 godziny?
- Przypominam ci, że to ty zaprosiłaś Sergia. – prychnęłam cicho.
- Doskonale wiesz o co mi chodzi. – Nico przewróciła znacząco oczami.
- Już dobra, dobra… - machnęłam ręką, gdy bus zatrzymywał się na przystanku. – Coś wymyślę.
Oczywiście jak na rasową młodzież przystało, poszliśmy na sam tył busa. Pociągnęłam Riccardo za rękaw i wpakowałam pod okno przy samym tyle, a sama usiadłam obok. Wytrzeszczył oczy, ale nie odezwał się ani słowem. Szczerze, nie wyglądał na przeciwnego. Przed nami siadły Nicola z Cristiną, a na końcu Constanza spojrzała na mnie pytająco. Dyskretnie uniosłam kciuka do góry. Przyjaciółka wraz z Sergiem usiedli obok.
Przynajmniej jeden kryzys został zażegnany.
Wzrok uciekał mi na naszych przyjaciół, za każdym razem gdy wybuchali śmiechem. Akurat teraz zawiesiłam się, gdy Sergio wybuchnął szczerym śmiechem, a Constanza pacnęła go lekko w ramię, praktycznie płacząc z rozbawienia. Próbowałam uśmiechnąć się w duchu.
- Ej, Blanca. – Riccardo postukał mnie w ramię z wahaniem.
Ocknęłam się i uśmiechnęłam.
- Co tam, Ricc?
Zmarszczył czoło, jakby nie przemyślał tego co zrobił. Gorączkowo szukał jakiegoś tematu, ale w końcu, pod wpływem mojego wyczekującego spojrzenia, machnął z rezygnacją dłonią i oparł głowę o szybę, wzdychając głośno. Uśmiechnęłam się pociesznie, ale szybko spochmurniałam, słysząc śmiech Constanzy i Sergia.
Cholera jasna, jakim ja jestem śmieciem. To moja przyjaciółka. Powinnam się cieszyć razem z nią. Zazdrość to trucizna. Znów wybuchli śmiechem, a ja zwinęłam powoli dłonie w pięści. Uspokój się. To tylko chłopak. Nie dasz się temu omamić. Życie jest przed tobą, a ryb w oceanie nie zabraknie.
-  Już kapuję. – mruknął cicho Riccardo, wpatrując się we mnie badawczo. Powiedział to tak cicho, że przez chwilę zastanawiałam się, czy dobrze usłyszałam. Spojrzałam na niego beznamiętnie, a on przerzucił wzrok na dwójkę siedzącą obok nas.
- Riccardo. – szepnęłam ze złością, mrużąc brwi. – Daruj sobie.
Spoglądał w moje oczy trochę dłużej niż powinien. W końcu wzruszył ramionami, ale widziałam, że ta obojętność kosztowała go wiele wysiłku.
- Jak sobie chcesz, nie jestem twoim wrogiem. – mruknął. – Ale już ci mówiłem. Nie zmuszaj się do niczego, bo wyjdzie tylko gorzej. – mówiąc to, zamknął oczy, jakby czynił wbrew sobie.
- Nie zmuszam się. – spuściłam wzrok, czując się podle. Widziałam, że Riccardo leży coś na sercu. Wiedziałam to. Czułam. Ale mimo wszystko bałam się zapytać.
Mimo widocznej, wewnętrznej walki w jego brązowych oczach dostrzegłam troskę.
- Masz rację, nie zmuszasz się. – powiedział bardzo cicho. – Tylko się wzbraniasz.
***
- No to są chyba jakieś żarty! – Constanza w geście oburzenia cisnęła swój plecak o ziemię, wyciągając z tylnej kieszeni ulotkę. – Gdzie im to, do cholery jasnej, wygląda na to!? – warknęła, stukając palcem na jakieś zdjęcie na ulotce.
- W ankiecie napiszemy, że powinni uaktualnić zdjęcia. – stwierdziła rzeczowym tonem Nicola.
- Albo zmienić okulistę. – dodał cicho Ricc, a ja parsknęłam cicho.
Constanza obrzuciła nas wściekłym spojrzeniem, myśląc jednocześnie intensywnie. Zabębniła palcami na biodrach, po czym zwinęła dłonie w pięści.
- Dobra, Constanza, nic się nie dzieje. – rzuciłam pojednawczo. – Może to wygląda tak tragicznie tylko z zewnątrz? – uśmiechnęłam się, jawnie blefując. Żadne z nas nie miało nadziei, że będzie lepiej. Nikt nawet nie zaoferował się, że wejdzie pierwszy.
A przed nami stał malutki domeczek, wg właścicieli na 6 osób, którego drewno było spróchniałe na pierwszy rzut oka, a okna, bez firanek, pokryte kurzem i pęknięte w kilku miejscach. Podniosłam wzrok na dach – dachówki poryte grubą warstwą mchu, w kilku miejscach nawet ich brakowało.
Spojrzałam wyczekująco na Riccardo, ale nim chłopak zareagował, Sergio podszedł do nas z kluczem i poklepał mnie pocieszająco po ramieniu.
- Spokojna głowa, Blanca. – rzekł heroicznym tonem, podchodząc pod drzwi. – Sergio Falcone, do usług. – dodał wyniośle, otwierając na oścież drzwi.
Rozległo się przeszywające skrzypnięcie. Skrzywiliśmy się synchronicznie, ale ruszyliśmy za kumplem, który powoli tracił werwę. Sergio odchrząknął z zakłopotaniem.
- Taki był plan.
- Jaasne, panie do usług. – mruknęła Constanza, zaglądając mu przez ramię do środka. – Nie stercz tak, tylko właź.
- Panie przodem? – w jego głosie pobrzmiewała nuta zawahania. Blondynka zmrużyła brwi.
- Właź.
Sergio podniósł swój i jej plecak i wszedł do środka. Wzdrygał się przy każdym kroku, a deski skrzypiały niemiłosiernie. W pewnym momencie, gdy chłopak zatrzymał się na środku przedpokoju, rozkładając ramiona, ze słowami „widzicie, nie jest aż tak…”, podłoga wydała jeszcze głośniejszy jęk, a deska na której stał Sergio, obsunęła się. Chłopak poleciał wraz z nią i zatrzymał się dopiero, gdy chwycił się ramionami za okoliczne deski.
- Sergio! – krzyknęliśmy na przemian i wpadliśmy tam razem.
Cristina zdążyła chwycić tylko mnie.
- Idioci, przecież jak jedna się załamała, to reszta też może! – krzyknęła na nich, a ja zatrzymałam się. Do środka weszły tylko Nicola i Constanza (Riccardo nie kwapił się szczególnie do pomocy) i przyklękły w znacznej odległości od zaklinowanego chłopaka.
Sergio odzyskał równowagę i stanął na nogi.
- Dobra, nie jest jakoś strasznie głęboko. – stwierdził, szukając optymizmów. – Widzicie, sięga mi raptem do pasa.
- To też było częścią planu? – mruknął sarkastycznie Ricc, opierając się o framugę. Sergio zmroził go wzrokiem i wytarabanił się na podłogę, ignorując go.
- Trzeba będzie zadzwonić do właścicieli. – mruknął. – Mam nadzieję, że reszta desek też nie jest obluzowana.
- Teoretycznie wszystkie nie powinny się załamać. – rzuciła spokojnie Nicola, wchodząc głębiej do domku. – Chociaż te łóżka też nie wyglądają na bezpieczne.
Westchnęłam z rezygnacją, idąc za Nico. Domek składał się raptem z 3 pomieszczeń: nieszczęsnego przedpokoju, sypialni wyposażonej tylko w 6 łóżek i łazienki.
- No to, kto odważny sprawdzi łazienkę? – zaśmiał się ponuro Riccardo.
- Eee, nie jest tak źle. – stwierdziła Cristina, zaglądając do środka.
- Cristi… - westchnęła Nico.
- No?
- Jaką ty masz definicję „źle”? – spytała Constanza, starając się zachować spokój. Cristina wzruszyła ramionami.
- Byłam gotowa ujrzeć tutaj karaluchy. A na pierwszy rzut oka ich nie ma.
- I mam nadzieję, że nie tylko na pierwszy. – mruknęłam pod nosem.
- Ej, ktoś do nas idzie. – rzucił Riccardo, który nadal tkwił we framudze. – Chyba właściciel.
- Dzieciaki, uważajcie! – krzyczał z oddali, machając rękoma. – Zapomniałem wam powiedzieć, jakaś deska w przedpokoju jest obluzowana…
- Już znaleźliśmy, prze pana! – Ricc zdobył się na niewinny uśmiech.
Przeczesałam dłonią włosy, mając wrażenie, że po tym wyjeździe będę jeszcze bardziej zmęczona niż zwykle.
***
Gdy wieczorem wpadliśmy do naszej chatki, odetchnęliśmy z ulgą, czując przenikliwe zmęczenie. Przyjechaliśmy tutaj około 10, do południa przywracaliśmy pokoje do użytku dziennego, a resztę dnia spędziliśmy na żaglówkach. Opatrzność była na tyle łaskawa, by dać nam delikatny wietrzyk, wprost idealny do pływania.
- Jak jutro będzie tak samo ciepło, to idziemy na wind-surfing. – rzucił wesoło Sergio, taszcząc połowę naszych rzeczy. Swoją drogę, Ricc niósł drugą część (kto by tam ogarnął facetów).
- Uważaj! – dopadłam go, odciągając od nieszczęsnej, nadłamanej deski. Straciłam lekko równowagę i huknęliśmy razem o ścianę. Chłopak instynktownie objął mnie i przytrzymał.
Zamrugałam gwałtownie, oczyma wyobraźni widząc jak to wygląda i odskoczyłam od niego jak oparzona. Schyliłam się przy okazji po dmuchaną piłkę, która mu spadła.
- Uratowała cię przed podłogą. Bądź jej wdzięczny. – rzuciła żartobliwie Constanza, wchodząc do pokoju. Najwyraźniej przeszedł jej okres chorobliwej zazdrości i teraz mi ufa.
Szkoda tylko, że ja sama nie ufam sobie.
- Ej, a będziemy dzisiaj coś jeszcze robić? – rzuciła Cristina, siadając na łóżko.
- A co ty chcesz robić w lesie? – stęknął Ricc, odkładając z wytchnieniem klamoty.
Nieśli z Sergiem praktycznie tyle samo, ale chłopak wydawał się być wycieńczony. Chciałyśmy równomiernie rozłożyć rzeczy, lecz obaj uparli się, że „dziewczyny nie będą dźwigać nic w ich obecności”. Byli tak uparci, że przemówienie Constanzy na temat szowinizmu ich nie przekonało. Teraz widziałam doskonale przepełnione zazdrością spojrzenie, którym Riccardo obdarzył Sergia. Ten z kolei mógł by przebiec z tym maraton.
- Za naszym domkiem jest chyba miejsce na ognisko… - powiedziała Nico, spoglądając przez okno.
- Tak, zróbmy ognisko! – Constanza wyszczerzyła się, wyrzucając wojowniczo pięść do góry.
- O tak! – zawtórował jej Sergio, po czym oboje się do siebie uśmiechnęli.
Spojrzałam po nich z mniejszym entuzjazmem.
- Macie racje, bo dawanie nastolatkom ognia jest bezpieczne.
- Zwłaszcza przy drewnianym domku obok… - dodał Riccardo pod nosem.
- Macie problemy. My z Nico ogarniemy ogień, a wy jedzenie i nic nie pójdzie z dymem. – Cristi uśmiechnęła się do nas pojednawczo. Boże, ta dziewczyna to jakiś anioł. Gdyby jej tu nie było, już dawno skończyłoby się na darciu kotów.
- Byłam kiedyś w harcerstwie. – napomknęła Nicola.
- No to postanowione. – rzekła hardo Constanza.
Rozeszliśmy się do swoich zadań. Constanza stanęła szybko przy naszej przenośnej lodówce, a Sergio rozstawił plastikowy stół i nim zdążyłam się obejrzeć, zaczęli ogarniać jedzenie. Rozejrzałam się – Nico i Cristi wyraźnie miały ubaw z rozpalania ogniska – i poszukałam roboty dla siebie. Nie słyszałam praktycznie własnych myśli.
- No i wtedy on… - Constanza kontynuowała swoją historię zduszonym od śmiechu tonem, a Sergio wpatrywał się w nią wyczekującymi oczami. Miałam wrażenie, że na moich ramionach spoczęło coś bardzo ciężkiego.
- Czy ty też czujesz się tutaj trochę bezużytecznie? – rzucił Riccardo konspiracyjnie patrząc na naszych towarzyszy. Zastanawiałam się, czy jego zachowanie związane jest z tą rozmową w busie.
- Tylko troszkę. – wzruszyłam ramionami, udając, że segreguję coś w naszych bagażach.
- Myślałem, że gapienie się na nich jak będą pracować będzie zabawne, ale czuję się… niezręcznie. – stwierdził, po czym podszedł do Sergia. – Stary, nie sądzisz, że powinniśmy pomóc dziewczynom?
- No jasne, tylko czy któryś z nas wie jak krzesać ogień? – chłopak był wyjątkowo zaskoczony przyjaznym tonem Ricca.
- Od myślenia są kobiety, faceci to mięśnie. A wiesz do czego przydają się mięśnie? – Ricc nadal się uśmiechając, położył dłoń na ramieniu kumpla. – Do rąbania drewna. – pociągnął go za sobą w kierunku drzwi. – Chodź, idziemy.
- Czekaj, co? – Sergio analizował wypowiedź Ricca, dając się ciągnąć. – No dobra. – zgodził się, rzucając mu podejrzliwe spojrzenie.
Zostałyśmy z Constanzą same. Podeszłam do niej bez słowa, pomagając nadkrajać kiełbaski. Dziewczyna zbytnio się nie przejęła, nuciła jakąś piosenkę pod nosem i uśmiechała się przez cały czas. Spojrzałam na nią z dozą zdziwienia. Takie nastroje już dawno minęły, od kiedy zaczęła jeździć na motorze. Czasami miałam wrażenie, że jest taka wesoła po poprawieniu wyniku. Tylko, wtedy opierało się to na większej… ekspresji.
Teraz wydawała się taka „delikatna”.
- Widzę, że masz dobry humor. – rzuciłam niezobowiązująco.
- Ano. – posłała mi szeroki uśmiech. – Z początku miałam wkurwa na ten domek, ale tak jest zabawniej. Szczególnie, że Sergio wpada na wszystko i we wszystko. – zaśmiała się.
- Sadystka. – mruknęłam pod nosem. – Ja tam nie wiem czy właścicielom będzie tak do śmiechu jak wyjedziemy. – dodałam głośniej.
- E tam. – Constanza machnęła lekceważąco dłonią, a ja uchyliłam się od noża, który spoczywał w owej ręce. – Ważne, że wszystko gra. Jezu, jak ja się nie mogę doczekać tego ogniska! Nie robiłyśmy tego od…
- Od czwartej klasy. – uzupełniłam. – Pamiętasz? Giovanna i spółka mieli ognisko na działce, a my podrzuciłyśmy im do ognia jakiś barwnik.
- A no tak. – roześmiała się. – Sergio chodził przez tydzień ze zzieleniałą twarzą. Tak w ogóle, to jestem pozytywnie zaskoczona.
- W jakim sensie? – przestałam na chwilę kroić.
- No wiesz… Na początku trochę zgrzytało, a teraz zachowuje się zupełnie inaczej. Byłam na niego wściekła za ten zakład, na ciebie w sumie też, a wszystko było zupełnie niepotrzebne. Myślałam, że mu się podobasz i tak mi nerwy strzelały… - zaśmiała się pod nosem. – Teraz rozmawiamy coraz więcej. No i ogólnie jest jakiś fajniejszy. Dogaduje się ze wszystkimi. Nawet Riccardo wydaje się chcieć z nim zakumplować…
- Przypominam ci, że poszli sami rąbać drewno. – wtrąciłam. – A tam będzie siekiera. – widziałam, że nadal nie rozumie do czego zmierzam. – No wiesz. Riccardo. Siekiera. Odludzie. Sergio. Z tego nie wyniknie nic dobrego.
W odpowiedzi Constanza strzeliła mi w ramię.
- Daj spokój, przecież Sergio mu nic nie robi. – rzuciła obrończo.
- Może to też jakiś zakład.
Constanza odłożyła z hukiem nóż. Spojrzałam na nią kątem oka, po czym spuściłam wzrok.
- Przepraszam, przesadziłam.
Blondynka zapakowała na tacę całe jedzenie i wzięła połowę rzeczy, nawet na mnie nie patrząc. Wolałam poczekać na jakąś reakcję. Po latach wiedziałam, że takie fochy należy przeczekiwać. Tylko dzisiaj nie miałam wyjątkowo na to natchnienia.
Jestem do bani. W głowie cały czas brzmiał mi sposób w jaki Constanza wypowiadała jego imię. A ja miałam wrażenie, że robię coś bardzo złego, nawet jeśli kłucie w sercu nie było zależne ode mnie.
- Trochę przesadziłaś. – powiedziała, stojąc do mnie plecami w drzwiach. – A teraz bierz jedzenie, reszta pewnie na nas już czeka. 


1 sierpnia 2016

Pospolita Przyjaźń ~ Rozdział 5 ~ Zbyt ostry zakręt

Rozdział 5

Zbyt ostry zakręt
Siedziałam pod ścianą, czytając książkę, choć moje myśli odbiegały do minionego piątkowego wieczoru. Praktycznie minął tydzień, a wszystko zmierzało do punktu kulminacyjnego – tej nieszczęsnej dyskoteki.
Obserwowałam urywkowo ludzi z mojej szkoły. Constanza zniknęła gdzieś, więc czekałam w miejscu, gdzie zwykle spędzaliśmy przerwy. Znów wbiłam wzrok w litery, gdy zobaczyłam Sergia z grupą kolegów i koleżanek. Giovanna uśmiechała się do niego ponętnie i nie odstępowała go na krok. Najwyraźniej o coś się z nim spierała, ale raczej w ramach wyzwań.
Przed oczami pojawił mi się wyraz jego posmutniałej twarzy.
Przestań.
- Ej, Blaaanca. – Riccardo zamachał mi dłonią przed oczami. – Ziemia do Blanci…
- Riccardo! – zamrugałam gwałtownie oczami. – Skąd ty tu się wziąłeś?
- Sterczałem tu dobrych kilka sekund, ale całkowicie mnie olałaś. – westchnął i usiadł obok mnie. – Najwyraźniej coś lub raczej ktoś bardziej zaprzątnął twoją uwagę. – zakaszlał znacząco.
Przewróciłam oczami.
- Daruj sobie te dziecinne gadki. – mruknęłam.
- To nie dziecinna gadka, tylko obserwacja. – odparł. – Unikasz Sergia jak ognia. On z resztą ciebie też. – wzruszył ramionami, po czym ledwo dosłyszalnie dodał: - Chociaż akurat to mi nie przeszkadza…
- Ricc! – syknęłam. – Daruj sobie.
- Tu nie chodzi o to, że chcę ci dokuczyć, czy coś podobnego. Po prostu wiem, że uwielbiasz się zamartwiać, nawet gdy nie ma potrzeby i chcę się zapytać, czy wszystko w porządku.
Stary, dobry, ciepły Riccardo.
Uśmiechnęłam się ponuro.
- Nie obchodzi mnie to co między wami zaszło. – miałam wrażenie, że te słowa ledwo przechodzą mu przez usta. – Ale, czy cokolwiek to było, sprawiłoby, że Constanza byłaby wściekła?
Spojrzałam na niego ze zdumieniem.
- Nie, bo nic się nie stało.
- No widzisz? Skoro nawet ty twierdzisz, że nic się nie stało, to tak jest. I nie ma sensu byś się nad tym dręczyła. – powiedział z rozwagą. – Przynajmniej moim zdaniem.
Uśmiechnęłam się do niego wdzięcznie.
- Dzięki, Ricc. – powiedziałam, a w odpowiedzi chłopak się uśmiechnął i skinął nieznacznie głową w mało określonym kierunku.
Ale i tak dostrzegłam to, co miałam zobaczyć. Constanza rozmawiała z Sergiem, cały czas się uśmiechając i lekko czerwieniąc. Coś mnie ukłuło poniżej żołądka. Nie byłam pewna czy to przez Sergia, czy przez to, że raptem tydzień temu… Mniejsza z tym.
- Jak już jesteśmy przy tym temacie, to… - zaczął Riccardo wesoło, ale głos lekko mu się załamał, jakby tracił pewność siebie. – Blanca.
- Słucham? – spojrzałam ponownie na niego.
- Jeśli mogę, to dam ci jeszcze jedną radę… - powiedział z trudem. – Nigdy nie zmuszaj się do czegoś, jasne? Szczególnie, gdy chodzi o „te” sprawy. – dodał, krzywiąc się lekko i wstał.
- Riccardo…
Nie dane mi było dokończyć, bo między nas wpadła Constanza, niczego nie świadoma i radosna jak dziecko. A chłopak skorzystał z okazji i umknął z mojego pola widzenia. Westchnęłam, ale skierowałam uwagę na przyjaciółkę. Chwyciła mnie pod ramię, nucąc jakąś piosenkę, aż w końcu nachyliła się do mojego ucha, jakby zdradzała mi wielką tajemnicę i wyszeptała dwa słowa.
Dwa słowa, które zasiały ziarenko niepokoju.
Zaprosił mnie.
***
Stwierdziłam beznamiętnie, że na tą głupią dyskotekę nie idę.
Sprawę ułatwił mi również fakt, że Constanza została zaproszona przez Sergia, więc skakała jak króliczek, chcąc wyglądać idealnie. Po raz setny wygładziłam jej sukienkę i poprawiłam włosy. Przyjaciółka przestała mnie nawet namawiać do pójścia. Wizja „randki” z chłopakiem przyćmiewała jej umysł i pozwalała myśleć, że jest zwyczajną nastolatką.
Mnie martwiło to, że na drugi dzień ma wyścig i może być mocno rozkojarzona.
W końcu zwinęłam się do domu i zaczęłam przygotowywać się do obserwacji. Niebie średnio mi się udało – tu i ówdzie pojawiły się chmury – ale aż żal było nie spróbować. Z moim teleskopem powinnam być zdolna dostrzec Marsa.
Taką pochłoniętą kosmosem, teleskopem i obliczeniami zastały mnie Cristina i Nicola. Spojrzałam na wystrojone koleżanki, jakby to miała być jedyna dyskoteka w całym roku (chociaż to nie było takie pewne) i uniosłam do góry jedną brew.
- No okej, zazwyczaj to Constanza jest od nękania mnie we własnym domu, ale was też miło widzieć. – rzuciłam, patrząc po dziewczynach.
- Wbijaj się w sukienkę. – zarządziła od razu Cristina.
- Słucham?
- Wyciągamy cię na tę imprezę. – wytłumaczyła Nicola, wciągając mnie do pokoju. – Dla waszego dobra.
- „Waszego”? – powtórzyłam zdziwiona.
- Ubieraj się, ale już! – powtórzyła Cristina, wręcz wrzucając mnie do szafy.
***
Dyskoteka nie była wytworna. Ciemno, muzyka roznosiła się echem, a wszędzie byli moi rówieśnicy, którzy udawali, że tańczą. A przynajmniej, że umieją. Standardy szkolnych dyskotek.
Zaczęłam się „bawić”: potańczyłam z koleżankami, z kolegami z klasy, głównie z Riccardo, popodpierałam ściany, bo się waliły… A w międzyczasie modliłam się nie wpaść na Constanzę i Sergia. Po prostu nie. Jedynie co mnie martwiło, to fakt, że czupryna Sergia mignęła mi kilka razy, a Constanzy już nie.
Jęknęłam, gdy puścili coś wolniejszego, a cały parkiet praktycznie się wyludnił. Tylko nieliczni tańczyli ze swoją drugą połówką lub po prostu dla zabawy. Drugie jęknięcie powstrzymałam chyba tylko siłą woli. Spojrzałam najpierw na wyciągniętą dłoń, a potem na twarz chłopaka.
- Nie powinnam, Sergio… - mruknęłam, licząc, że zrozumie.
Nie zrozumiał i bez ceregieli wyciągnął mnie na parkiet. Tańczyliśmy powoli, a ja nie miałam nawet okazji się do niego odezwać. Trzymałam się jak najdalej mogłam, ale gdy położył swoją dłoń na dole moich pleców, poddałam się. Tylko temu jednemu tańcowi.
Gdy wyczuł, że się rozluźniłam, zaczął prowadzić pewniej. Obracał mnie, przechylał. Wirowaliśmy swobodnie w tony muzyki. Czułam jak jego pociemniałe oczy wpatrują się w moją twarz, bo sama pragnęłam go odepchnąć i nigdy więcej nie patrzeć na niego. Najwyraźniej jeszcze głębiej miałam zakorzenione pragnienie, by jednak zatrzymać go przy sobie.
Mam przewalone.
Oblał mnie zimny pot. Jest źle. Nie, jest nawet gorzej niż źle. Jest bardzo źle. Zaczęłam dostrzegać coś poza tańcem. Na przykład to, że Riccardo wyszedł na zewnątrz, a Nicola wyciągała za nim dłoń. Zdążyła wyłapać jej wzrok, ale nie zdradzał nic – ani aprobaty, ani pogardy. Dopiero gdy muzyka zwolniła jeszcze bardziej, a taniec się dobiegał ku końcu, byłam wstanie się od niego odsunąć.
Constanza była bledsza niż biel jej sukienki.
Wokół znów huknęła wesoła muzyka, a młodzież wbiła na parkiet, momentalnie przysłaniając przyjaciółkę. Zrobiłam krok w jej kierunku, a serce biło mi nieznośnie i boleśnie. Gdy Sergio chwycił mnie za nadgarstek, wyszarpnęłam się i jedyne na co się zdobyłam to gniewne spojrzenie. Rzuciłam się za przyjaciółką.
Nie wiem, czy jest o co się wściekać. Jeden taniec nic nie zmieni. Nawet jeśli to wolny. Przełknęłam ślinę.  Nie ma sensu byś się nad tym dręczyła. Słowa Ricca obiły mi się o uszy jeszcze raz. Próbowałam się uspokoić.  Nigdy nie zmuszaj się do czegoś. W moim sercu panował jeszcze większy zamęt niż w umyśle.
Z wdzięcznością przyjęłam zimne, jesienne powietrze. Constanza odchodziła w przeciwnym kierunku niż nasze domy. Błagałam w myśli, by mój głos nie zabrzmiał słabo.
- Constanza! – nie zareagowała, jedynie przyśpieszyła. Ruszyłam w jej kierunku. – Constanza! – obróciłam ją za ramię.
Od razu jednak zabrałam dłoń, widząc jej minę. To nie była już nawet wściekłość, tylko poczucie zdrady. Serce na ułamek sekundy zamarło, przez kolejne ukłucie bólu. Nie wiedziałam co powiedzieć. „To nie tak jak myślisz”. Źle. Brzmi jakbym przyznawała się do czegoś, czego nie ma.
Albo jest bardzo głęboko zakorzenione we mnie.
- Jeśli cokolwiek z tego cię zraniło… To przepraszam. – wyszeptałam.
- „Zraniło”? – wycedziła, ale jej oczy się zaszkliły. – Żartujesz sobie ze mnie?
- Consta… - zaczęłam, lecz głos mi się załamał.
- „Nie idę na tą dyskotekę”, wolne sobie. A co widzę. Moją przyjaciółkę tańczącą wolnego z chłopakiem, który mi się podoba!
- Przecież wiesz, że to nic nie znaczy. Po za tym on przyszedł tu z tobą…
- Dupa, nie ze mną! Olał mnie i wystawił! – podniosła głos.
Zapadła cisza. Zamrugałam kilka razy, analizując wszystkie informacje. Poczułam jak wzbiera we mnie cichy gniew.
- To po kiego on cię zapraszał? – mruknęłam pod nosem, usiłując znaleźć element łączący całość. Constanza potraktowała to jako zachęta wyzwania, ale ktoś wszedł w naszą dyskusję.
- By wygrać zakład.
Mogę przysiąc, że w tamtym momencie byłam gotowa udusić Giovannę gołymi rękoma.
- Co? – wydusiłyśmy obie, wpatrując się w naszego największego wroga.
- To. – warknęła Giovanna. – Założyłam się z nim, że nie ma jaj, by cię zaprosić. – wskazała palcem na Constanzę. – Zakład wygrał, ale o pójściu na dyskotekę już nic nie było. – zaśmiała się szyderczo, wzruszając ramionami.
Constanza zbledła jeszcze bardziej, a ja czułam narastającą odrazę.
- Oj, Di Carlo, nie rób takiej smutnej minki. – zaszydziła Giovanna. – Obie wiemy, że Sergio wręcz wariuje na punkcie twojej drogiej przyjaciółki.
Tym razem to ja stałam się blada jak płótno.
- Ojejku, nie powiedziała ci tego? Jaka szkoda. – roześmiała się, zarzuciła włosami i wróciła do środka.
Czułam jak na moją twarz wstępują kolory i pokrywa się czerwienią praktycznie w całości. Jednocześnie z gniewu i wstydu. Nad nami wisiała martwa cisza.
- Mam dość. – dziewczyna odwróciła się do mnie plecami i ruszyła w stronę domu. – Wracam, muszę wypocząć przed treningiem. – wysyczała na odchodne.
- Constanza… - wyciągnęłam dłoń w stronę przyjaciółki.
- Nie odzywaj się do mnie, Blanca. Wystarczająco już zrobiłaś.
I zostawiła mnie. Późną godziną, na środku placu, roztrzęsioną i bliską płaczu. Obezwładniające uczucie ogarnęło mój umysł i nie pozwoliło myśleć nawet o zemście. Mogłam patrzeć jak moja przyjaciółka idzie coraz dalej, a ja nie mam odwagi jej zatrzymać. Ramiona Constanzy drżały.
***
Otworzyłam oczy i sennie zwlekłam się z łóżka, pocierając zapuchnięte oczy. Dziękowałam w duchu, że jest weekend i nie muszę widzieć się ze wszystkimi od razu. Narzuciłam na siebie sweter i włączyłam telefon, który zostawiłam wyciszony jak najdalej od siebie.
Próbowałam wczoraj dodzwonić się do Constanzy, ale odrzucała moje połączenia. Gdy inni przerywali mi maltretowanie jej swoimi telefonami, poddałam się. Na wyświetlaczu powtarzały się imiona Nicoli i Cristiny, ale ani razu Riccardo. Z kolei Sergia było aż za dużo.
Kto normalny wydzwania 28 razy? Posprawdzałam godziny i aż westchnęłam. Pełny szablon od 22 do 5 rano. Potem raczej zaspał.
„Zaspał”.
Spojrzałam gwałtownie na zegarek, czując jak oblewa mnie zimny pot. Wybiła dziewiąta. Telefon praktycznie wysunął mi się z dłoni. Turniej Constanzy zaczyna się za godzinę. Cholera jasna.
Rzuciłam się na szafę, zakładając pierwsze lepsze rzeczy, a następnie bez śniadania i przygotowania wypadłam na zewnątrz. Pobiegłam do domu Constanzy, licząc, że przyjaciółka zostawiła mój bilet wstępu gdzieś na widoku. Ciśnienie lekko mi skoczyło, gdy zastałam go w koszu. Podartego.
Przeklęłam pod nosem, zmieniając kierunek biegu. Jeśli będę mieć szczęście zdążę jeszcze na jakiś pociąg i obsuwa w czasie nie będzie tragiczna. Zerknęłam na zegarek. Nadal mam 47 minut.
Czekanie przy kasie było masakryczne, ale opłaciło się. Raptem za 2 minuty miał być pociąg w odpowiednim kierunku. Trzymając bilet w dłoni, zaczęłam przeciskać się do mojego wagonu, gdy nagle konduktor zagwizdał, a koła pociągu jęknęły metaliczno. No kurwa, nie teraz. Rzuciłam się w jego stronę, ale straciłam nadzieję.
- No przyśpiesz, do jasnej anielki! – usłyszałam krzyk Riccardo, który przemknął obok, chwytając mnie za nadgarstek. Znów zaczęłam biec, ciągnięta na przód. Chłopak zdążył bez problemu wsiąść do pociągu, a mnie wciągnął nim maszyna zaczęła osiągać niebezpieczną prędkość.
Dopiero teraz odetchnęłam głęboko. Jeszcze chwila i pewnie się po drodze zepsuje, grat jeden.
- Dzięki, Ricc – wysapałam, patrząc się kątem oka na chłopaka.
- Nie ma sprawy. – odparł krótko.
Wyprostowałam się i wbiłam w niego wzrok. Unikał mojego spojrzenia, patrząc się z zaciętością przez okno. Wolałam nie wnikać czemu jest taki wściekły. Brakowało mi jeszcze kłótni z nim. Skinęłam mu niepewnie głową i ruszyłam do przypisanego miejsca.
Niestety los jest niczym kapryśne dziecko i Riccardo dostał miejsce tuż obok mnie. Powstrzymałam śmiech, lecz na moich ustał rozkwitł uśmiech. Chłopak przyjrzał mi się spod zmrużonych oczu, ale po chwili prychnął, odwzajemniając uśmiech. Uznałam do za zachętę.
- Gdzie zmierzasz, Riccardo? – spytałam, podpierając głowę na pięści.
- Tam gdzie ty. – odparł. – Stwierdziłem, że Constanzie przyda się męskie wsparcie, oprócz ciebie. Wiesz, Nic i Crist zbytnio się nie nadają do takich spraw…
- No tak, byłabym zdziwiona gdyby z własnej woli wybrały się na wyścigi – zaśmiałam się. Riccardo przyjrzał mi się uważniej.
- Ale wiesz, sądziłem, że będziesz jechać razem z Constanzą. – rzucił niezobowiązująco.
Zwinęłam dłonie w pięści.
- Sprawy się trochę pokomplikowały. – odparłam, wymuszając uśmiech. – Ale jeśli ona sądzi, że pozbędzie się mnie tak łatwo, to jest w błędzie. – kąciki moich ust uniosły się wojowniczo do góry.
Chłopak przewrócił oczami i dalej jechaliśmy w napiętym milczeniu.
***
Gdy pociąg zatrzymał się na odpowiedniej stacji, wypadłam na tłum ludzi jako pierwsza, ignorując wszystkie przekleństwa i wyzwiska lecące w moim kierunku. Zwalczyłam chęć odpyskowania, przedzierając się między nimi tak szybko jak mogłam. Nawet bez obsuwy czasowej, do wyścigu zostało raptem 10 minut.
Riccardo dogonił mnie po kilku minutach i zasapany, położył dłoń na moim ramieniu, zmuszając mnie bym zwolniła. Spojrzałam na niego z irytacją, ale na widok jego czerwonej twarzy, roześmiałam się.
- Co tam, Ricc? Kondycja siada? – uśmiechnęłam się, kładąc dłonie na biodrach. Chłopak spojrzał na mnie z niedowierzeniem, stojąc pochylony i trzymając ręce na kolanach.
- Ja nie mam pojęcia skąd ty masz tyle pary… - wydusił. – Chciałem się tylko zapytać czy masz bilet, czy…
- Nie mam. – gdy podniósł na mnie zdziwiony wzrok, machnęłam ręką. – To dłuższa historia.
- Jak ty masz zamiar się tam dostać? Wszystko jest wyprzedane!
Popukałam palcem po brodzie, po czym machnęłam zachęcająco dłonią.
- Coś wymyślę! A teraz ruchy, bo się spóźnimy. – rzuciłam, zaczynając ponownie biec.
Riccardo wymamrotał coś pod nosem, ale dzielnie ruszył za mną.
Mój wojowniczy nastrój zaczynał przygasać, gdy zobaczyłam tłum ludzi. Nawet gdyby, nie uda mi się przemknąć bez biletu. Spojrzałam po ochroniarzach i tym bardziej zrzedła mi minka. Riccardo cały czas mi się przyglądał, a gdy chęć wywieszenia białej flagi zaczynała przejmować nade mną kontrolę, chwycił za nadgarstek i ciągnąc, przeciskał się wśród fanów motoryzacji.
- Ej, wy tam! Bez biletu nie ma wstępu.
Syknęłam pod nosem, kalkując jakie mamy szanse. Jednak zarówno „inteligentne kłamstwo” jak i zniknięcie w tłumie przedstawiały się równie kiepsko. Spojrzałam błagalnie po Riccardo, jakby on miał wymyślić coś mądrzejszego.
- Słyszałaś mnie, mała? – ochroniarz położył dłoń na moim ramieniu, obracając mnie ku sobie. – … Blanca?
- Pan Di Carlo! – uśmiechnęłam się z ulgą, widząc wujka Constanzy. – Miło pana widzieć.
- Trzeba było tak od razu, młoda! – roześmiał się tęgim basem. – Pamiętam, że załatwiałem Constanzie 2 bilety, więc lećcie! Mamy już wystarczająco dużo roboty! – machnął na nas ręką, od razu zwracając się do reszty ludzi. – Ej, Marco! Ta dwójka to nasi!
- Dobra! – odkrzyknął kolejny ochroniarz i przepuścił nas na trybuny.
Znaleźliśmy dobry punkt obserwacyjny, gdzie dało się wcisnąć dwie osoby i dopiero wtedy odezwaliśmy się do siebie.
- Chyba wyczerpałaś dożywotni zapas szczęścia. – rzucił Ricc.
- Chyba tak.
Po chwili roześmialiśmy się. Gdy chłopak zaczął coś opowiadać, rozejrzałam się po arenie. Ogromna powierzchnia gołej ziemi, uformowana w najróżniejsze kształty i przeszkody. Przypomniałam sobie słowa Constanzy. Z racji, że było zbyt dużo uczestników jak na cały tor, byli podzieleni na cztery 25-osobowe grupki, a na końcu wygrywa osoba z najlepszym czasem. Łącznie mieli zrobić jakieś 10 kilometrów. Gdy dostrzegłam pierwszych uczestników, mój żołądek zawiązał się w supeł.
- Nie pękaj, Blanca. – Riccardo pacnął mnie w ramię.
- Nie pękam. – syknęłam. – Po prostu wiem jak Constanza do tego podejdzie. – westchnęłam, przeczesując dłonią włosy. – Kurde, nie przypomniałam jej by uważała na swoje zjechane amortyzatory, bo w końcu przednie koło jej odpadnie. A teraz jest na mnie wściekła, więc pójdzie na całość. No i jeszcze nie radzi sobie z zakrętami w lewo, gdy jest rozpędzona powyżej 70 na godzinę…
- Blanca. – Riccardo położył dłonie na moich ramionach, spoglądając w moje oczy. – Denerwujesz się bardziej niż Constanza. Będzie dobrze, tylko się uspokój. Trochę wiary.
- Ale ja wierzę, Ricc. – powiedziałam poważnie. – Wierzę w nią jak nikt inny. Tylko się martwię. – spuściłam wzrok na ziemię.
Chłopak zdjął dłonie z moich ramion i jako ostatni uspokajający gest, przed gwizdem rozpoczynającym wyścigi, poczochrał mnie po głowie.
Constanza, oczywiście, bo jakżeby inaczej, była w ostatniej grupie. Zastygłam w bezruchu, gdy dostrzegłam znajomy mi motor. Po postawie nie poznałabym jej. Przyjaciółka ubrała się w typowy kostium, a na głowie miała dobrze zapięty kask. Ulżyło mi trochę, gdy sprawdziła jeszcze kilka razy wszystko.
Uczestnicy wsiedli na motory. Serce mi przyśpieszyło. Zawarczały silniki. Zacisnęłam mocno kciuki, a Riccardo zabębnił palcami o barierkę. Serce zatrzymało się, gdy rozległ się gwizd, a następnie rozpędziło się niczym motory. Zamrugałam gwałtownie, wychylając się przez barierkę tak gwałtownie, że prawie wypadłam. Ricc wciągnął mnie ponownie, ale zignorowałam go.
W połowie pierwszego okrążenia, gdy przyzwyczaiłam się do wszechobecnych, przeszywających wrzasków, zaczęłam skupiać się na wyścigu, słysząc tylko silnik Constanzy. Mimo, że nie miała wyróżniającego się stroju czy motoru, jej postura wydawała się być zadziwiająco nikła wśród reszty juniorów. Jakby kobieta na takich mieszanych wyścigach wciąż była rzadkością.
Moje serce nie mogło zgrać się z niczym – ani z rytmem wyścigu, ani z rytmem wrzasków.
Constanza radziła sobie z początku jak totalny amator. Starała się trzymać jak największe odległości od zawodników, by się nie zderzyć, a gdy przestrzeń się zmniejszała, widziałam ten jej nerwowy gest przy zwalnianiu. Trzymała się raczej z tymi, którzy zajmowali pozycję od 20-25 na wyścig. Przy ostrzejszym zakręcie w lewo, zaklęłam pod nosem, gdy przyjaciółka spadła z numeru 21 na 23. Riccardo mruknął coś pod nosem, ale zaaferowana wyścigiem, zorientowałam się po kilku sekundach zwłoki.
- Słucham, co mówiłeś? – zwróciłam się do kumpla, jednak nie oderwałam wzroku od toru, mając wrażenie, że spuszczając tego narwańca z oczu, sprawię, że od razu wyrżnie zębami w ziemię.
- Mówiłem, że ten komentator to jakiś skończony szowinista. – prychnął kpiąco, rzucając nienawistne spojrzenie w stronę ławy sędziowskiej. – Wiem, że żyjesz teraz tylko wyścigiem, ale posłuchaj go przez chwilę.
Choć dalej wpatrywałam się w poczynania Constanzy, skinęłam mu głową i skupiłam przez chwilę na słowach komentatora.
- Uczestniczka z numerem 95 znów zostaje na tyłach! Najwyraźniej nie zadebiutuje tutaj jako kolejna gwiazda motoryzacji! Cóż, to zdecydowanie nie jest sport dla kobiet, a tym bardziej dla delikatnych gimnazjalistek! Tak, moi mili, ta szalona uczestniczka jest najmłodszą w historii, bo ma niecałe 15 lat….
- No, ja chyba się do niego przejdę po tym wyścigu! – krzyknęłam z oburzeniem, a kilku kibiców posłało mi szydercze uśmieszki.
- Daj spokój, dopóki Consta nie utrze im wszystkim nosa, to będą tak gadać. – Riccardo skrzyżował ramiona. – O ile jej się to uda.
- Uda się! – podkreśliłam ze złością, ponownie wyłapując przyjaciółkę wzrokiem. – Jeśli usłyszała tego idiotę, to martwiłabym się bardziej o resztę zawodników niż o Constanzę.
- Sądzisz, że w tym warkocie zarejestrowała cokolwiek? – Riccardo spoglądnął na tor z powątpiewaniem.
- Akurat na oszczerstwa każdy ma wyostrzony słuch. – wbiłam wzrok w Constanzę, po czym zmarszczyłam czoło. Przyjrzałam się jej, po czym rozciągnęłam usta w zadowolonym uśmiechu. – No to teraz patrz uważnie.
Dziewczyna z początku wręcz zastygła w bezruchu. Po chwili, mogłabym przysięgnąć, że strzeliła karkiem, jednocześnie przyśpieszając. Jakiś zawodnik, pamiętając, że Constanza nie radzi sobie z tym wszystkim tak dobrze, chciał znów zepchnąć ją na dalszą pozycję, ale dziewczyna zdawała się go nie zauważyć, jedynie przyśpieszając. Nie odpuściła.
Nim się obejrzałam, przyjaciółka pędziła jak szalona, brnąć cały czas na przód. Mimowolnie wykonałam zwycięski gest dłonią, gdy zmieszany komentator wspomniał, że uczestniczka numer 95 ma pozycję 11. A było to dopiero 5 okrążenie.
Tutaj, na trybunach, czułam presję, a co dopiero musieli czuć ścigający się. Constanza oklapła lekko, ale walczyła dzielnie, utrzymując stałą pozycję. Powoli zbliżali się do naszego punktu, a ja dałam ponieść się impulsowi i przepchałam się praktycznie do samego toru. Riccardo podążył za mną, ale bardziej by mnie powstrzymać niż wesprzeć.
- Idź na całość Constanza!!! – próbowałam przekrzyczeć tłum. – To dla ciebie żadni przeciwnicy! – pod koniec drugie okrzyku, ściszyłam gwałtownie głos, gdy motory przemknęły tuż obok mnie. W uchu nadal brzmiał nieprzyjemny świst.
- Blanca, ja wiem, doping to ważna rzecz, ale serio sądzisz, że ona cię usłyszała? – spytał z powątpiewaniem Riccardo, ciągnąc mnie za ramię na nasze miejsce. – Przecież ona nawet nie zdaje sobie sprawy, że tu jesteśmy.
- W ogóle nie masz ducha kibica, Ricc. – zacmokałam z niesmakiem, uśmiechając się do pociesznego chłopaka.
- Oczywiście, że nie. – prychnął. – Jestem naukowcem, a nie jakimś pospolitym kibolem, jak niektórzy… - posłał mi zadziorne spojrzenie.
Pacnęłam go w ramię, darując sobie jakąkolwiek ripostę, by nie tracić więcej wyścigu. Nim się obejrzałam, komentator wykrzykiwał coś entuzjastycznie, jakby z dozą niedowierzania i jednocześnie podziwu.
Ostatnie okrążenie. Zawodnik numer 95. Constanza Di Carlo, lat 15. Pozycja piąta.
- Dawaj, dawaj, dawaj!!! – dałam się podnieść emocjom, drąc jak opętana. Nawet nie wyróżniałam się z tłumu, nawet skacząc i machając rękoma.
- Pokaż im!!! – Riccardo wydzierał się ze mną na przemian, któremu również udzielała się atmosfera ostatnich chwil wyścigu.
- Jedziesz, Constanza!!! – wrzasnęliśmy w tym samym momencie, wyrzucając pięści do góry.
Zawodnicy minęli nas ostatni raz, a dla mnie czas zwolnił na chwilę. I mogłabym przysiąc, że Constanza posłała nam pewny siebie uśmiech. Jakby wcale nie miała zamiaru kończyć w pierwszej dziesiątce, tylko na podium.
-Ludzie, czy wy to widzicie? Czy wy to widzicie!? Nr 95 wymija nr 89 i tym samym wysuwa się na czwartą pozycję! Podium jest w zasięgu ręki! JASNY GWINT, dziewczyna jest niesamowita! Zajmuje teraz pozycję trzecią!!!
Miałam wrażenie, że komentatorowi nie trzeba było dawać w tym momencie żadnych głośników. Zerknęłam na stoper. Mieli największe tempo ze wszystkich pozostałych wyścigów, więc Constanza ma szansę zająć bardzo wysokie miejsce, jak na debiut. W końcu zaczerpnęłam powietrza, czując jak moja klatka się zaciska. Przed nimi został tylko ostatni zakręt.
Najgorszy jaki mógł trafić się Constazie. Ostry w lewo, a następnie stroma skarpa w górę, ostry zjazd w dół i meta. Raptem 50 metrów, które zawsze były istnym piekłem. Żeby chociażby utrzymać pozycję, nie może zwolnić, bo jej motor nie poradzi sobie z podjazdem pod taką górkę po obniżeniu prędkości, a z kolei jak tego nie zwolni, prawie na pewno musi zaryzykować skok. Robiła to przy mnie setki razy, nawet w bardziej wymagającym terenie, tylko…
- Wariatka… - wydusiłam, widząc, że przyjaciółka ani myśli o zwalnianiu. – Jedzie ile fabryka dała.
Teraz wszystko rozegrało się w ułamkach sekund. Zakręt wyszedł jej perfekcyjnie, a my wyskoczyliśmy z wrzaskiem do góry. Riccardo przyciągnął mnie do siebie ramieniem, drąc się ile wlezie. Następnie Constanza wysunęła się na drugą pozycję na skarpie, po czym…
Jej koła oderwały się od ziemi, a ona leciała  i przez ten ułamek sekundy była pierwsza. Z mojego gardła wydobył się zwycięski okrzyk, którego nawet nie zdążyłam skończyć. Widziałam to w jej posturze. Że doskonale wie jak wylądować.
Następna chwila przeleciała mi przed oczami, tak jakbym przeglądała osobne klatki jakiegoś filmu. Przednie koło dotknęło ziemi. Coś strzeliło. Amortyzator nie wytrzymał, koło wypadło z osi, a motor stracił swoją równowagę, lecąc w szaleńczym tempie do przodu. Constanza nawet nie zdążyła wrzasnąć, trzymała się kurczowo kierownicy. Przekoziołkowała do przodu, puszczając w końcu motor, który nadal posiadał ten sam impet. Przeturlała się jeszcze kilka metrów jak szmaciana lalka, a maszyna zatrzymała się w nieznacznej odległości od niej, sunąc po ziemi i wydobywając z siebie iskry.
Mój zwycięski krzyk, zamienił się w paniczny wrzask.
- CONSTANZA!!! – rzuciłam się przez barierkę, ale Riccardo ostatkiem świadomości chwycił mnie ze wszystkich sił w pasie. Ledwo zarejestrowałam, że jest blady jak ściana.
Nikt nie zatrzymał się obok niej. Zawodnikom i tak zależało na czasie. A ona leżała tam całkiem sama. Nawet nie drgnęła.
- CONSTANZA!!! – wrzasnęłam jeszcze raz, wyrywając się Riccowi. Najwyraźniej poziom adrenaliny dodał mi sił, albo jego osłabił szok. – CONSTANZA!!!
Przedarłam się bez problemu na tor, nawet nie dałam się zatrzymać ochronie i biegłam na przełaj. Medycy również zmierzali w stronę mojej przyjaciółki, ale mimo to biegłam dalej. Miałam tak zdarte gardło, że ledwo wydobywałam z siebie jakikolwiek dźwięk.
Opadałam z sił. Nawet nie wiedziałam dlaczego. Z daleka widziałam jak ratownicy ściągają ostrożnie kask z jej głowy, a po skroni cieknie jej stróżka krwi. Zmusiłam się, by biec dalej. Głos odmawiał mi posłuszeństwa, nie miałam siły zawołać, by zaczekali na mnie. Przenieśli ją delikatnie na nosze i pędzi w stronę wyjścia. Nawet się na mnie nie obejrzeli.
Nie miałam siły na łzy. Uczucie wszechobecnej bezsilności zbiło mnie z nóg, a Riccardo dopadł do mnie w ostatniej sekundzie, chwytając w ramiona.