Rozdział 6
Ścieżka, którą
prowadzi nas młodość
- Tak mamo, jesteśmy teraz w poczekalni.
Nie, jeszcze nic nie wiemy. Stara gadka w stylu „proszę się nie martwić”. Co
„ja”? Przecież to nie ja miałam wypadek! – warknęłam do słuchawki. – Jak coś
się zmieni, dam znać. Cześć. – powiedziałam już spokojniej i rozłączyłam się.
Riccardo pogłaskał z zatroskaniem moje
ramię. Spojrzałam na niego smutno, nie mając siły na jakąkolwiek ekspresję.
Spuściłam głowę, przygarbiłam się i czekałam dalej w milczeniu.
Czas nie jest naszym sprzymierzeńcem. To
najgorszy wróg.
A gdy człowiek jest bezsilny, ukazuje
swoją najobrzydliwszą stronę, spowalniając swój upływ bezlitośnie. Minuty ciągnęły się jak godziny, a jedyne
czego pragnęłam to by wskazówki zegara przesuwały się szybciej. Jakby to mogło
przyśpieszyć to wszystko.
Minęły jakieś dwie godziny od końca
wyścigu, a nadal tkwiliśmy razem z Riccardo w szpitalnej poczekalni, nic nie
wiedząc. Pielęgniarka obiecała nas wpuścić od razu, gdy sytuacja się
ustabilizuje, a na moje pytanie czy wszystko w porządku, rzuciła nic niezobowiązujące
„zajmą się nią specjaliści”. W taki sposób na moje barki doszło kolejne
negatywne uczucie. Chorobliwy niepokój.
A już myślałam, że uduszę się od
poczucia bezsilności.
- A państwo kim są dla panny Di Carlo? –
ocknęłam się amoku na głos lekarza. Doktor spoglądał na nas podejrzliwie.
- Przyjaciele. – odpowiedział Ricc,
spoglądając na mnie. – Riccardo Tessio, a to Blanca Coletti. Może się pan
spytać panny Di Carlo, jeśli nam pan nie wierzy. – dodał jeszcze, widząc jego
niepewną minę.
- Niech będzie. Rodziny i tak jeszcze
nie ma, a trochę rozmowy może ją uspokoi. – rzucił lekarz. – Sala nr 23.
- Dziękujemy. – Riccardo skinął mu
głową, po czym rzucił mi naglące spojrzenie. – No idź do niej. Obstawiam, że
nawet pokłócona, wolałaby zobaczyć ciebie, niż mnie. Przyjdę za chwilę, pogadam
z tym doktorkiem.
- Jesteś wielki, Ricc. – smagnęłam jego
dłoń opuszkami palców i pognałam do odpowiedniej sali.
Otwierając drzwi, miałam wrażenie, że
jestem strasznie małym człowieczkiem. Wszystkie emocje, które kłębiły się we
mnie przez ostatnie godziny, nagle znalazły upust. Zatrzymałam się, hamując
ostro w drzwiach i przytrzymałam się framugi. Ułamek sekundy zajęło mi
zarejestrowanie pomieszczenia.
Constanza pół leżała, pół siedziała na
łóżku, a gdy mnie usłyszała, zwróciła twarz w moim kierunku. Musiałam wyglądać
naprawdę paskudnie, bo w jej oczach błysnęło zatroskanie, ale po chwili
wyszczerzyła się do mnie.
- Nic mi nie jest, twarda jestem. –
rzuciła, napinając mięsień w prawej ręce i przytrzymując lewą dłonią.
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z
tego, że nie oddychałam. Zaczerpnęłam ze świstem powietrza, czując, że
uspokajam się. Constanza żyje, rusza się. Nic jej nie jest. Po plecach
przebiegł mi dreszcz, gdy umysł podsunął scenę, w której przyjaciółka toczy się
po ziemi bezwładnie jak szmaciana laleczka.
- Tak się cieszę… - wydusiłam, nadal
ledwo oddychając. Podeszłam do łóżka, siadając na skraju. – Nigdy więcej tak
nie rób. – rzuciłam, obejmując ją spontanicznie.
Byłam pewna, że Constanzie przypomni
się, że jesteśmy pokłócone, ale po chwili wahania odwzajemniła uścisk i
poklepała mnie po plecach. Westchnęła głośno.
- Nie martw się, na pewno nie zaplanuję
powtórki. – zaśmiała się słabo. – Szczerze, miałam się na ciebie złościć, ale
po tym jak myślałam, że już jestem martwa, jakoś nie czuję potrzeby się
złościć.
- Ta złość się na mnie ile chcesz, tylko
się tak nie rozbijaj. – spojrzałam na nią krytycznie. – Mówiłam ci: uważaj, na
przednie koło, bo…
-… amortyzator mi siądzie, tak wiem,
wiem. Liczyłam, że nie rozpierniczy się na ostatnim zakręcie. – wzruszyła
ramionami, po czym zmarszczyła czoło, jakby dopiero co, zdała sobie z czegoś
sprawę. – Jakim cudem w ogóle się tutaj dostałaś?
- Ma się swoje sposoby. No i, Riccardo.
– uśmiechnęłam się ciepło. – A propo, on też gdzieś tam jest, chyba gada z
lekarzem.
- Przepraszam, za ten bilet… -
powiedziała cicho, jakby ze skruchą. – To moja wina, jak jestem zła to mi
odbija… Nie powinnam.
- Na pewno nic ci nie jest? – przerwałam
jej, kładąc ostentacyjnie dłoń na jej ramieniu. – Bo brzmisz, jakbyś uderzyła
się w głowę. – Constanza prychnęła kpiąco, a ja zacisnęłam dłoń na jej
ramieniu. – Naprawdę, nie gniewam się. Miałam ważniejsze sprawy na głowie.
Blondynka uśmiechnęła się do mnie z
wdzięcznością, chcąc coś jeszcze powiedzieć, gdy do sali wszedł Riccardo.
- Cześć dziewczyny! – zamachał nam,
trzymając papierową torebkę z piekarni. – Zawinąłem im kilka drożdżówek.
Obstawiam, że jesteście głodne, szczególnie pani „wyjebię się na ostatnim
zakręcie”.
Constanza prychnęła, ale wyciągnęła ku
kumplowi zaciśniętą pięść. Ricc przybił jej żółwika.
- Dzięki za troskę, Ricc. – uśmiechnęła
się do niego.
- Nie ma za co. – chłopak wyglądał na
zdziwionego, a po chwili nachylił się do mnie teatralnie i szepnął. – A lekarz
mi mówił, że nie było urazu głowy.
- Co was wszystkich dzisiaj tak ugryzło?
– Constanza wyrzuciła ramiona do góry. – Czy ja się nad wami tak pastwię na co
dzień?
- Może… - powiedziałam przeciągle w tym
samym momencie co Riccardo. Spojrzeliśmy po sobie, wybuchając śmiechem, a
Constanza obrzuciła nas zbulwersowanym spojrzeniem, ale uśmiechnęła się pod
nosem.
***
Constanza została wypuszczona ze
szpitala na drugi dzień, bez żadnych przeciwskazań. Jej upadek tak naprawdę
tylko wyglądał na taki groźny, a skończyło się na mocno obitych plecach i
zadrapaniach na rękach i nogach. Na całe szczęście. Niestety motor był w
gorszym stanie.
Wujek Constanzy, mający cały biznes
motocyklowy, obiecał pomyśleć o czymś bardziej pod potrzeby wymagającego
klienta, by podobna sytuacja nie powtórzyła się. Zostałyśmy uziemione bez
motoru aż do wiosny, bo państwo Di Carlo stwierdzili, że jest „zbyt ślisko” i
lepiej odczekać od wypadku trochę. Dziwiłam się, że w ogóle tak lekko przyjęli
to wydarzenie.
W szkole nic się nie zmieniło. Nasza
paczka coraz bardziej zacieśniała więzy, miałam jedynie wrażenie, że Riccardo
czuje się samotny w naszym damskim gronie. Miałam przeczucie, że wywrotka
Constanzy będzie kolejnym punktem odnośnym do kłótni dla Giovanny, ale
dziewczyna milczała i wręcz ignorowała nasze istnienie. A gdy oglądała się na
nas, w jej oczach pobłyskiwało coś na kształt respektu. Jak zresztą w oczach
większości klasy, która wcześniej albo z nas szydziła, albo miała nas gdzieś.
Teraz byliśmy po prostu znajomymi z klasy. A taki układ bardzo mi pasował.
Jedyna relacja jaka zmieniła się to ta,
między mną, Constanzą, a Sergiem. Chłopak porozmawiał na poważnie z moją
przyjaciółką, lecz do dzisiaj nie wiem jak przebiegła ta rozmowa. Przez pewien
okres czasu Sergio nie był w stanie spojrzeć mi w oczy, ale z tygodniami znów
rozmawialiśmy normalnie.
Chociaż dla mnie było to aż za dużo i
jednocześnie wciąż za mało.
Brzydziłam się sobą za każdym razem, gdy
kończyłam z nim rozmawiać, a widziałam maślane spojrzenie Constanzy. Jednak
odraza mijała, gdy patrzyłam jak Sergio teoretycznie z nią flirtuje, a ja
czułam coś na znak zazdrości. A zawsze kończyło się na pokręceniu z zacięciem
głową.
Nasz grafik dnia powrócił do
normalności, gdy Constanza dostała crossa. Jedna z lepszych Yamah dostępnych na
obecnym rynku, niebieska i jeszcze niezarysowana. Wrócenie do treningów było
dla Constanzy łatwością, dla mnie okazało się trudniejsze – przy każdym
zakręcie przed oczami stawał mi ten wypadek. Jednak nigdy nawet o tym nie
wspomniałam.
Miesiące mijały, nastał maj, a
Constanza, teraz przygotowana dużo lepiej i ze zdecydowanie lepszym sprzętem
wzięła udział w zawodach, kończąc na piątym miejscu. Na każdych kolejnych
utrzymywała się w pierwszych dziesiątkach, a ja patrzyłam na tabele wyników za
każdym razem z coraz większym niedowierzaniem. Lokalne gazety już pisały jej
wielką karierę.
Odeszłam z westchnieniem od teleskopu,
nie mogąc skupić się na nocnym niebie. Walczyłam od kilku dni z nieznośnym
zachmurzeniem, zwłaszcza, że lato było moją ulubioną porą jeśli chodzi o
gwiazdy. Cofając potknęłam się o porozkładane mapy, przyrządy, książki. Cały
taras był tym usłany, jednak mój wzrok utknął na grubym zeszycie, w którym była
zapisana historia treningów Constanzy – od czasu, odległości, po analizy
sportowe, a nawet fizyczne obliczenia i przypuszczenia ile wytrzymają
amortyzatory (to liczyłam praktycznie po każdym treningu, tak na wszelki
wypadek).
Westchnęłam.
To nie tak, że zazdrościłam Constanzie.
Byłyśmy przyjaciółkami, więc radość z jej zwycięstw stała mi się tak bliska jak
smutek i złość po porażkach. Tylko… Czasami odczuwałam chęć wykazania się
bardziej, niż teraz. Pokazaniu wszystkim, że ja też jestem w czymś dobra.
Zrolowałam ostatnią mapę. Szkoda tylko,
że moja pasja nie jest aż tak popularna. Wzięłam wszystkie przybory na raz,
spoglądając z nadzieją w niebo. Nawet nie zanosiło się na przejaśnienie.
Westchnęłam. Może to i lepiej. W końcu wyśpię się na zakończenie roku.
***
- Jasny gwint… - westchnęłam, gdy
wiatrak skierował swoje życiodajne skrzydła na moją twarz. – Mogę się założyć,
że na zewnątrz jest jakieś 50 stopni w cieniu.
- Ja tam mogę się założyć, że ptaki
poleciały do Afryki, bo tu im za gorąco. – jęknęła Constanza, obracając się na
plecy.
Pierwszy tydzień lipca mijał nam na
unikaniu upałów i miłym lenistwu w domowym zaciszu. Tylko ja, Constanza,
wiatrak i czasem ktoś jeszcze. Leżałyśmy na rozgrzanej podłodze w salonie
Constanzy, jedząc ospale arbuza. Dochodziła raptem 10 rano, a ja nadal
chodziłam na szkolny zegar biologiczny, budząc się o 7.
- W ogóle mamy jakieś ambitne plany na
wakacje, oprócz naszych rodzinnych wyjazdów? – spytałam ze znudzeniem.
- A bo ja wiem. – blondynka wzruszyła
ramionami. – Moi rodzice mówili coś o zorganizowaniu sobie wyjazdu
integracyjnego do lasu nad jezioro, ale to odpada.
- Niby czemu? Nie będziesz mieć tam
zasięgu, czy co? – mruknęłam.
- Domki są 6 osobowe, a my trzymamy się
co najwyżej w piątkę. – westchnęła dziewczyna. – Oczywiście zakładając, że
Nico, Cristi i Ricc będą chcieli jechać.
- Błagam cię, Ricc pojedzie. Samiec alfa
wśród samych niewiast. – zaśmiałam się. – A kogoś szóstego łatwo się znajdzie.
- Jak kogoś załatwisz, to ja mogę
załatwić wyjazd. – rzuciła wyzywająco Constanza.
Uśmiechnęłam się pod nosem.
- O to, to ty się nie martw.
***
Okazało się, że nie tylko my utknęłyśmy
w Manaroli w lipcu. Nasze malutkie, spokojne miasteczko okazało się idealną
pułapką na turystów. Zawsze chciałam mieszkać w wielkim mieście, ale ten
„wycieczkowy” harmider zdecydowanie nie odpowiadał moim wyobrażeniem
„tętniącego życiem miasta”.
Nicola i Cristina zgodziły się od razu,
Riccardo również nie zgłaszał zbytnich sprzeciwów. Najbardziej ogarnięta osoba
z naszej paczki (oczywiście nie mówię o sobie, tylko o Nico) obiecała załatwić
jeszcze kogoś, a ja zajęłam się szukaniem nam transportu. Jechaliśmy na trzy
noce, raptem za kilka dni, więc nawet nie zdążyłam się zapytać kogo
wykombinowała Nico.
Powierzenie jej tego zadania było jednym
z gorszych błędów mojego życia.
Z Constanzą byłyśmy pierwsze na
przystanku, z plecakami zapakowanymi po brzegi jedzeniem, chwilę potem
dołączyła do nas Cristina. Riccardo przywlókł się dopiero pod sam koniec, ledwo
żywy.
- Jest. Zdecydowanie. Za. Wcześnie. –
wymamrotał, ziewając po chwili.
- A mówiłam ci, żebyś darował sobie
wczoraj obserwacje? – zachichotałam pod nosem, trącając go łokciem. Sama z
bólem serca zamknęłam pod kluczem mój teleskop, by mnie nie kusiło.
- Mówiłaś. – znów ziewnął. – A czy ja
kiedykolwiek cię posłuchałem?
Zdzieliłam go otwartą dłonią, co przyjął
ze śmiechem. A następnie mina mu zrzedła. Skrzywiłam się i przyjrzałam się mu.
-
Ricc, co ci? – spytałam.
- Ja chyba nie chcę jechać. – mruknął.
Spojrzałam na Constanzę, która również
zbladła i patrzyła się w kierunku drogi. Podążyłam za ich spojrzeniami, a w
głowie zawrzała mi tylko jedna myśl. Czy
wy sobie ze mnie kpicie?
- Cześć wszystkim! – Nico pomachała nam
ochoczo dłonią, a Sergio wlókł się za nią, z coraz większym ociąganiem. –
Mówiłam ci, że załatwię kogoś, a na twoją sugestię „byleby ktoś był”, wzięłam
jego.
- No dzięki. – prychnął Sergio,
uśmiechając się krzywo.
- A tak na serio, byłeś ostatnią osobą,
która chciała jechać. – Nico spojrzała po nas ze zdziwieniem. – Co wy tacy
skwaszeni? Bus nam odjechał?
Spojrzałam po nas. Constanza była blada
z niedowierzania, Riccardo wyglądał jakby co najmniej planował morderstwo, a ja
jakby ktoś posłał mnie na tygodniowy kurs matematyki w środku lipca.
- Spokojnie, Nico, jesteście jeszcze
przed czasem! – Cristina uśmiechnęła się do wszystkich pociesznie. – Czy ktoś z
was wziął pianki na ognisko?
W duszy odetchnęłam głęboko.
Przynajmniej jedna osoba nie jest nastawiona wojowniczo. Cristina, nasz zbawco.
Z tego luźnego pytania wywiązała się rozmowa, a do mnie zaczynało docierać jak
absurdalną grupą jesteśmy. Uśmiechnęłam się pod nosem, przypominając sobie jak
fałszywe wycieczki były w moim rodzimym mieście.
W pewnym momencie Nicola trąciła mnie
łokciem.
- Zdajesz sobie sprawę, że nawet jeśli
teraz Riccardo i Sergio gadają jak kumple, to raczej nic dobrego nie wyniknie
jeśli będą jechać obok siebie w busie przez 3 godziny?
- Przypominam ci, że to ty zaprosiłaś
Sergia. – prychnęłam cicho.
- Doskonale wiesz o co mi chodzi. – Nico
przewróciła znacząco oczami.
- Już dobra, dobra… - machnęłam ręką,
gdy bus zatrzymywał się na przystanku. – Coś wymyślę.
Oczywiście jak na rasową młodzież
przystało, poszliśmy na sam tył busa. Pociągnęłam Riccardo za rękaw i
wpakowałam pod okno przy samym tyle, a sama usiadłam obok. Wytrzeszczył oczy, ale
nie odezwał się ani słowem. Szczerze, nie wyglądał na przeciwnego. Przed nami
siadły Nicola z Cristiną, a na końcu Constanza spojrzała na mnie pytająco.
Dyskretnie uniosłam kciuka do góry. Przyjaciółka wraz z Sergiem usiedli obok.
Przynajmniej jeden kryzys został
zażegnany.
Wzrok uciekał mi na naszych przyjaciół,
za każdym razem gdy wybuchali śmiechem. Akurat teraz zawiesiłam się, gdy Sergio
wybuchnął szczerym śmiechem, a Constanza pacnęła go lekko w ramię, praktycznie
płacząc z rozbawienia. Próbowałam uśmiechnąć się w duchu.
- Ej, Blanca. – Riccardo postukał mnie w
ramię z wahaniem.
Ocknęłam się i uśmiechnęłam.
- Co tam, Ricc?
Zmarszczył czoło, jakby nie przemyślał
tego co zrobił. Gorączkowo szukał jakiegoś tematu, ale w końcu, pod wpływem
mojego wyczekującego spojrzenia, machnął z rezygnacją dłonią i oparł głowę o
szybę, wzdychając głośno. Uśmiechnęłam się pociesznie, ale szybko
spochmurniałam, słysząc śmiech Constanzy i Sergia.
Cholera jasna, jakim ja jestem śmieciem.
To moja przyjaciółka. Powinnam się cieszyć razem z nią. Zazdrość to trucizna.
Znów wybuchli śmiechem, a ja zwinęłam powoli dłonie w pięści. Uspokój się. To
tylko chłopak. Nie dasz się temu omamić. Życie jest przed tobą, a ryb w oceanie
nie zabraknie.
-
Już kapuję. – mruknął cicho Riccardo, wpatrując się we mnie badawczo.
Powiedział to tak cicho, że przez chwilę zastanawiałam się, czy dobrze
usłyszałam. Spojrzałam na niego beznamiętnie, a on przerzucił wzrok na dwójkę
siedzącą obok nas.
- Riccardo. – szepnęłam ze złością,
mrużąc brwi. – Daruj sobie.
Spoglądał w moje oczy trochę dłużej niż
powinien. W końcu wzruszył ramionami, ale widziałam, że ta obojętność
kosztowała go wiele wysiłku.
- Jak sobie chcesz, nie jestem twoim
wrogiem. – mruknął. – Ale już ci mówiłem. Nie zmuszaj się do niczego, bo
wyjdzie tylko gorzej. – mówiąc to, zamknął oczy, jakby czynił wbrew sobie.
- Nie zmuszam się. – spuściłam wzrok,
czując się podle. Widziałam, że Riccardo leży coś na sercu. Wiedziałam to.
Czułam. Ale mimo wszystko bałam się zapytać.
Mimo widocznej, wewnętrznej walki w jego
brązowych oczach dostrzegłam troskę.
- Masz rację, nie zmuszasz się. –
powiedział bardzo cicho. – Tylko się wzbraniasz.
***
- No to są chyba jakieś żarty! –
Constanza w geście oburzenia cisnęła swój plecak o ziemię, wyciągając z tylnej
kieszeni ulotkę. – Gdzie im to, do cholery jasnej, wygląda na to!? – warknęła,
stukając palcem na jakieś zdjęcie na ulotce.
- W ankiecie napiszemy, że powinni
uaktualnić zdjęcia. – stwierdziła rzeczowym tonem Nicola.
- Albo zmienić okulistę. – dodał cicho
Ricc, a ja parsknęłam cicho.
Constanza obrzuciła nas wściekłym
spojrzeniem, myśląc jednocześnie intensywnie. Zabębniła palcami na biodrach, po
czym zwinęła dłonie w pięści.
- Dobra, Constanza, nic się nie dzieje.
– rzuciłam pojednawczo. – Może to wygląda tak tragicznie tylko z zewnątrz? –
uśmiechnęłam się, jawnie blefując. Żadne z nas nie miało nadziei, że będzie
lepiej. Nikt nawet nie zaoferował się, że wejdzie pierwszy.
A przed nami stał malutki domeczek, wg
właścicieli na 6 osób, którego drewno było spróchniałe na pierwszy rzut oka, a
okna, bez firanek, pokryte kurzem i pęknięte w kilku miejscach. Podniosłam
wzrok na dach – dachówki poryte grubą warstwą mchu, w kilku miejscach nawet ich
brakowało.
Spojrzałam wyczekująco na Riccardo, ale
nim chłopak zareagował, Sergio podszedł do nas z kluczem i poklepał mnie
pocieszająco po ramieniu.
- Spokojna głowa, Blanca. – rzekł
heroicznym tonem, podchodząc pod drzwi. – Sergio Falcone, do usług. – dodał
wyniośle, otwierając na oścież drzwi.
Rozległo się przeszywające skrzypnięcie.
Skrzywiliśmy się synchronicznie, ale ruszyliśmy za kumplem, który powoli tracił
werwę. Sergio odchrząknął z zakłopotaniem.
- Taki był plan.
- Jaasne, panie do usług. – mruknęła
Constanza, zaglądając mu przez ramię do środka. – Nie stercz tak, tylko właź.
- Panie przodem? – w jego głosie
pobrzmiewała nuta zawahania. Blondynka zmrużyła brwi.
- Właź.
Sergio podniósł swój i jej plecak i
wszedł do środka. Wzdrygał się przy każdym kroku, a deski skrzypiały
niemiłosiernie. W pewnym momencie, gdy chłopak zatrzymał się na środku
przedpokoju, rozkładając ramiona, ze słowami „widzicie, nie jest aż tak…”,
podłoga wydała jeszcze głośniejszy jęk, a deska na której stał Sergio, obsunęła
się. Chłopak poleciał wraz z nią i zatrzymał się dopiero, gdy chwycił się
ramionami za okoliczne deski.
- Sergio! – krzyknęliśmy na przemian i
wpadliśmy tam razem.
Cristina zdążyła chwycić tylko mnie.
- Idioci, przecież jak jedna się
załamała, to reszta też może! – krzyknęła na nich, a ja zatrzymałam się. Do
środka weszły tylko Nicola i Constanza (Riccardo nie kwapił się szczególnie do
pomocy) i przyklękły w znacznej odległości od zaklinowanego chłopaka.
Sergio odzyskał równowagę i stanął na
nogi.
- Dobra, nie jest jakoś strasznie
głęboko. – stwierdził, szukając optymizmów. – Widzicie, sięga mi raptem do
pasa.
- To też było częścią planu? – mruknął
sarkastycznie Ricc, opierając się o framugę. Sergio zmroził go wzrokiem i
wytarabanił się na podłogę, ignorując go.
- Trzeba będzie zadzwonić do
właścicieli. – mruknął. – Mam nadzieję, że reszta desek też nie jest
obluzowana.
- Teoretycznie wszystkie nie powinny się
załamać. – rzuciła spokojnie Nicola, wchodząc głębiej do domku. – Chociaż te
łóżka też nie wyglądają na bezpieczne.
Westchnęłam z rezygnacją, idąc za Nico.
Domek składał się raptem z 3 pomieszczeń: nieszczęsnego przedpokoju, sypialni
wyposażonej tylko w 6 łóżek i łazienki.
- No to, kto odważny sprawdzi łazienkę?
– zaśmiał się ponuro Riccardo.
- Eee, nie jest tak źle. – stwierdziła
Cristina, zaglądając do środka.
- Cristi… - westchnęła Nico.
- No?
- Jaką ty masz definicję „źle”? –
spytała Constanza, starając się zachować spokój. Cristina wzruszyła ramionami.
- Byłam gotowa ujrzeć tutaj karaluchy. A
na pierwszy rzut oka ich nie ma.
- I mam nadzieję, że nie tylko na
pierwszy. – mruknęłam pod nosem.
- Ej, ktoś do nas idzie. – rzucił
Riccardo, który nadal tkwił we framudze. – Chyba właściciel.
- Dzieciaki, uważajcie! – krzyczał z
oddali, machając rękoma. – Zapomniałem wam powiedzieć, jakaś deska w
przedpokoju jest obluzowana…
- Już znaleźliśmy, prze pana! – Ricc
zdobył się na niewinny uśmiech.
Przeczesałam dłonią włosy, mając
wrażenie, że po tym wyjeździe będę jeszcze bardziej zmęczona niż zwykle.
***
Gdy wieczorem wpadliśmy do naszej
chatki, odetchnęliśmy z ulgą, czując przenikliwe zmęczenie. Przyjechaliśmy
tutaj około 10, do południa przywracaliśmy pokoje do użytku dziennego, a resztę
dnia spędziliśmy na żaglówkach. Opatrzność była na tyle łaskawa, by dać nam
delikatny wietrzyk, wprost idealny do pływania.
- Jak jutro będzie tak samo ciepło, to
idziemy na wind-surfing. – rzucił wesoło Sergio, taszcząc połowę naszych
rzeczy. Swoją drogę, Ricc niósł drugą część (kto by tam ogarnął facetów).
- Uważaj! – dopadłam go, odciągając od
nieszczęsnej, nadłamanej deski. Straciłam lekko równowagę i huknęliśmy razem o
ścianę. Chłopak instynktownie objął mnie i przytrzymał.
Zamrugałam gwałtownie, oczyma wyobraźni
widząc jak to wygląda i odskoczyłam od niego jak oparzona. Schyliłam się przy
okazji po dmuchaną piłkę, która mu spadła.
- Uratowała cię przed podłogą. Bądź jej
wdzięczny. – rzuciła żartobliwie Constanza, wchodząc do pokoju. Najwyraźniej
przeszedł jej okres chorobliwej zazdrości i teraz mi ufa.
Szkoda tylko, że ja sama nie ufam sobie.
- Ej, a będziemy dzisiaj coś jeszcze
robić? – rzuciła Cristina, siadając na łóżko.
- A co ty chcesz robić w lesie? –
stęknął Ricc, odkładając z wytchnieniem klamoty.
Nieśli z Sergiem praktycznie tyle samo,
ale chłopak wydawał się być wycieńczony. Chciałyśmy równomiernie rozłożyć
rzeczy, lecz obaj uparli się, że „dziewczyny nie będą dźwigać nic w ich
obecności”. Byli tak uparci, że przemówienie Constanzy na temat szowinizmu ich
nie przekonało. Teraz widziałam doskonale przepełnione zazdrością spojrzenie,
którym Riccardo obdarzył Sergia. Ten z kolei mógł by przebiec z tym maraton.
- Za naszym domkiem jest chyba miejsce
na ognisko… - powiedziała Nico, spoglądając przez okno.
- Tak, zróbmy ognisko! – Constanza
wyszczerzyła się, wyrzucając wojowniczo pięść do góry.
- O tak! – zawtórował jej Sergio, po
czym oboje się do siebie uśmiechnęli.
Spojrzałam po nich z mniejszym
entuzjazmem.
- Macie racje, bo dawanie nastolatkom
ognia jest bezpieczne.
- Zwłaszcza przy drewnianym domku obok…
- dodał Riccardo pod nosem.
- Macie problemy. My z Nico ogarniemy
ogień, a wy jedzenie i nic nie pójdzie z dymem. – Cristi uśmiechnęła się do nas
pojednawczo. Boże, ta dziewczyna to jakiś anioł. Gdyby jej tu nie było, już
dawno skończyłoby się na darciu kotów.
- Byłam kiedyś w harcerstwie. –
napomknęła Nicola.
- No to postanowione. – rzekła hardo
Constanza.
Rozeszliśmy się do swoich zadań.
Constanza stanęła szybko przy naszej przenośnej lodówce, a Sergio rozstawił
plastikowy stół i nim zdążyłam się obejrzeć, zaczęli ogarniać jedzenie.
Rozejrzałam się – Nico i Cristi wyraźnie miały ubaw z rozpalania ogniska – i
poszukałam roboty dla siebie. Nie słyszałam praktycznie własnych myśli.
- No i wtedy on… - Constanza
kontynuowała swoją historię zduszonym od śmiechu tonem, a Sergio wpatrywał się
w nią wyczekującymi oczami. Miałam wrażenie, że na moich ramionach spoczęło coś
bardzo ciężkiego.
- Czy ty też czujesz się tutaj trochę
bezużytecznie? – rzucił Riccardo konspiracyjnie patrząc na naszych towarzyszy.
Zastanawiałam się, czy jego zachowanie związane jest z tą rozmową w busie.
- Tylko troszkę. – wzruszyłam ramionami,
udając, że segreguję coś w naszych bagażach.
- Myślałem, że gapienie się na nich jak
będą pracować będzie zabawne, ale czuję się… niezręcznie. – stwierdził, po czym
podszedł do Sergia. – Stary, nie sądzisz, że powinniśmy pomóc dziewczynom?
- No jasne, tylko czy któryś z nas wie
jak krzesać ogień? – chłopak był wyjątkowo zaskoczony przyjaznym tonem Ricca.
- Od myślenia są kobiety, faceci to
mięśnie. A wiesz do czego przydają się mięśnie? – Ricc nadal się uśmiechając,
położył dłoń na ramieniu kumpla. – Do rąbania drewna. – pociągnął go za sobą w
kierunku drzwi. – Chodź, idziemy.
- Czekaj, co? – Sergio analizował
wypowiedź Ricca, dając się ciągnąć. – No dobra. – zgodził się, rzucając mu
podejrzliwe spojrzenie.
Zostałyśmy z Constanzą same. Podeszłam
do niej bez słowa, pomagając nadkrajać kiełbaski. Dziewczyna zbytnio się nie
przejęła, nuciła jakąś piosenkę pod nosem i uśmiechała się przez cały czas.
Spojrzałam na nią z dozą zdziwienia. Takie nastroje już dawno minęły, od kiedy
zaczęła jeździć na motorze. Czasami miałam wrażenie, że jest taka wesoła po poprawieniu
wyniku. Tylko, wtedy opierało się to na większej… ekspresji.
Teraz wydawała się taka „delikatna”.
- Widzę, że masz dobry humor. – rzuciłam
niezobowiązująco.
- Ano. – posłała mi szeroki uśmiech. – Z
początku miałam wkurwa na ten domek, ale tak jest zabawniej. Szczególnie, że
Sergio wpada na wszystko i we wszystko. – zaśmiała się.
- Sadystka. – mruknęłam pod nosem. – Ja
tam nie wiem czy właścicielom będzie tak do śmiechu jak wyjedziemy. – dodałam
głośniej.
- E tam. – Constanza machnęła lekceważąco
dłonią, a ja uchyliłam się od noża, który spoczywał w owej ręce. – Ważne, że
wszystko gra. Jezu, jak ja się nie mogę doczekać tego ogniska! Nie robiłyśmy
tego od…
- Od czwartej klasy. – uzupełniłam. –
Pamiętasz? Giovanna i spółka mieli ognisko na działce, a my podrzuciłyśmy im do
ognia jakiś barwnik.
- A no tak. – roześmiała się. – Sergio
chodził przez tydzień ze zzieleniałą twarzą. Tak w ogóle, to jestem pozytywnie
zaskoczona.
- W jakim sensie? – przestałam na chwilę
kroić.
- No wiesz… Na początku trochę
zgrzytało, a teraz zachowuje się zupełnie inaczej. Byłam na niego wściekła za
ten zakład, na ciebie w sumie też, a wszystko było zupełnie niepotrzebne.
Myślałam, że mu się podobasz i tak mi nerwy strzelały… - zaśmiała się pod
nosem. – Teraz rozmawiamy coraz więcej. No i ogólnie jest jakiś fajniejszy.
Dogaduje się ze wszystkimi. Nawet Riccardo wydaje się chcieć z nim zakumplować…
- Przypominam ci, że poszli sami rąbać
drewno. – wtrąciłam. – A tam będzie siekiera. – widziałam, że nadal nie rozumie
do czego zmierzam. – No wiesz. Riccardo. Siekiera. Odludzie. Sergio. Z tego nie
wyniknie nic dobrego.
W odpowiedzi Constanza strzeliła mi w
ramię.
- Daj spokój, przecież Sergio mu nic nie
robi. – rzuciła obrończo.
- Może to też jakiś zakład.
Constanza odłożyła z hukiem nóż.
Spojrzałam na nią kątem oka, po czym spuściłam wzrok.
- Przepraszam, przesadziłam.
Blondynka zapakowała na tacę całe
jedzenie i wzięła połowę rzeczy, nawet na mnie nie patrząc. Wolałam poczekać na
jakąś reakcję. Po latach wiedziałam, że takie fochy należy przeczekiwać. Tylko
dzisiaj nie miałam wyjątkowo na to natchnienia.
Jestem do bani. W głowie cały czas
brzmiał mi sposób w jaki Constanza wypowiadała jego imię. A ja miałam wrażenie,
że robię coś bardzo złego, nawet jeśli kłucie w sercu nie było zależne ode
mnie.
- Trochę przesadziłaś. – powiedziała,
stojąc do mnie plecami w drzwiach. – A teraz bierz jedzenie, reszta pewnie na
nas już czeka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz