1 sierpnia 2016

Pospolita Przyjaźń ~ Rozdział 5 ~ Zbyt ostry zakręt

Rozdział 5

Zbyt ostry zakręt
Siedziałam pod ścianą, czytając książkę, choć moje myśli odbiegały do minionego piątkowego wieczoru. Praktycznie minął tydzień, a wszystko zmierzało do punktu kulminacyjnego – tej nieszczęsnej dyskoteki.
Obserwowałam urywkowo ludzi z mojej szkoły. Constanza zniknęła gdzieś, więc czekałam w miejscu, gdzie zwykle spędzaliśmy przerwy. Znów wbiłam wzrok w litery, gdy zobaczyłam Sergia z grupą kolegów i koleżanek. Giovanna uśmiechała się do niego ponętnie i nie odstępowała go na krok. Najwyraźniej o coś się z nim spierała, ale raczej w ramach wyzwań.
Przed oczami pojawił mi się wyraz jego posmutniałej twarzy.
Przestań.
- Ej, Blaaanca. – Riccardo zamachał mi dłonią przed oczami. – Ziemia do Blanci…
- Riccardo! – zamrugałam gwałtownie oczami. – Skąd ty tu się wziąłeś?
- Sterczałem tu dobrych kilka sekund, ale całkowicie mnie olałaś. – westchnął i usiadł obok mnie. – Najwyraźniej coś lub raczej ktoś bardziej zaprzątnął twoją uwagę. – zakaszlał znacząco.
Przewróciłam oczami.
- Daruj sobie te dziecinne gadki. – mruknęłam.
- To nie dziecinna gadka, tylko obserwacja. – odparł. – Unikasz Sergia jak ognia. On z resztą ciebie też. – wzruszył ramionami, po czym ledwo dosłyszalnie dodał: - Chociaż akurat to mi nie przeszkadza…
- Ricc! – syknęłam. – Daruj sobie.
- Tu nie chodzi o to, że chcę ci dokuczyć, czy coś podobnego. Po prostu wiem, że uwielbiasz się zamartwiać, nawet gdy nie ma potrzeby i chcę się zapytać, czy wszystko w porządku.
Stary, dobry, ciepły Riccardo.
Uśmiechnęłam się ponuro.
- Nie obchodzi mnie to co między wami zaszło. – miałam wrażenie, że te słowa ledwo przechodzą mu przez usta. – Ale, czy cokolwiek to było, sprawiłoby, że Constanza byłaby wściekła?
Spojrzałam na niego ze zdumieniem.
- Nie, bo nic się nie stało.
- No widzisz? Skoro nawet ty twierdzisz, że nic się nie stało, to tak jest. I nie ma sensu byś się nad tym dręczyła. – powiedział z rozwagą. – Przynajmniej moim zdaniem.
Uśmiechnęłam się do niego wdzięcznie.
- Dzięki, Ricc. – powiedziałam, a w odpowiedzi chłopak się uśmiechnął i skinął nieznacznie głową w mało określonym kierunku.
Ale i tak dostrzegłam to, co miałam zobaczyć. Constanza rozmawiała z Sergiem, cały czas się uśmiechając i lekko czerwieniąc. Coś mnie ukłuło poniżej żołądka. Nie byłam pewna czy to przez Sergia, czy przez to, że raptem tydzień temu… Mniejsza z tym.
- Jak już jesteśmy przy tym temacie, to… - zaczął Riccardo wesoło, ale głos lekko mu się załamał, jakby tracił pewność siebie. – Blanca.
- Słucham? – spojrzałam ponownie na niego.
- Jeśli mogę, to dam ci jeszcze jedną radę… - powiedział z trudem. – Nigdy nie zmuszaj się do czegoś, jasne? Szczególnie, gdy chodzi o „te” sprawy. – dodał, krzywiąc się lekko i wstał.
- Riccardo…
Nie dane mi było dokończyć, bo między nas wpadła Constanza, niczego nie świadoma i radosna jak dziecko. A chłopak skorzystał z okazji i umknął z mojego pola widzenia. Westchnęłam, ale skierowałam uwagę na przyjaciółkę. Chwyciła mnie pod ramię, nucąc jakąś piosenkę, aż w końcu nachyliła się do mojego ucha, jakby zdradzała mi wielką tajemnicę i wyszeptała dwa słowa.
Dwa słowa, które zasiały ziarenko niepokoju.
Zaprosił mnie.
***
Stwierdziłam beznamiętnie, że na tą głupią dyskotekę nie idę.
Sprawę ułatwił mi również fakt, że Constanza została zaproszona przez Sergia, więc skakała jak króliczek, chcąc wyglądać idealnie. Po raz setny wygładziłam jej sukienkę i poprawiłam włosy. Przyjaciółka przestała mnie nawet namawiać do pójścia. Wizja „randki” z chłopakiem przyćmiewała jej umysł i pozwalała myśleć, że jest zwyczajną nastolatką.
Mnie martwiło to, że na drugi dzień ma wyścig i może być mocno rozkojarzona.
W końcu zwinęłam się do domu i zaczęłam przygotowywać się do obserwacji. Niebie średnio mi się udało – tu i ówdzie pojawiły się chmury – ale aż żal było nie spróbować. Z moim teleskopem powinnam być zdolna dostrzec Marsa.
Taką pochłoniętą kosmosem, teleskopem i obliczeniami zastały mnie Cristina i Nicola. Spojrzałam na wystrojone koleżanki, jakby to miała być jedyna dyskoteka w całym roku (chociaż to nie było takie pewne) i uniosłam do góry jedną brew.
- No okej, zazwyczaj to Constanza jest od nękania mnie we własnym domu, ale was też miło widzieć. – rzuciłam, patrząc po dziewczynach.
- Wbijaj się w sukienkę. – zarządziła od razu Cristina.
- Słucham?
- Wyciągamy cię na tę imprezę. – wytłumaczyła Nicola, wciągając mnie do pokoju. – Dla waszego dobra.
- „Waszego”? – powtórzyłam zdziwiona.
- Ubieraj się, ale już! – powtórzyła Cristina, wręcz wrzucając mnie do szafy.
***
Dyskoteka nie była wytworna. Ciemno, muzyka roznosiła się echem, a wszędzie byli moi rówieśnicy, którzy udawali, że tańczą. A przynajmniej, że umieją. Standardy szkolnych dyskotek.
Zaczęłam się „bawić”: potańczyłam z koleżankami, z kolegami z klasy, głównie z Riccardo, popodpierałam ściany, bo się waliły… A w międzyczasie modliłam się nie wpaść na Constanzę i Sergia. Po prostu nie. Jedynie co mnie martwiło, to fakt, że czupryna Sergia mignęła mi kilka razy, a Constanzy już nie.
Jęknęłam, gdy puścili coś wolniejszego, a cały parkiet praktycznie się wyludnił. Tylko nieliczni tańczyli ze swoją drugą połówką lub po prostu dla zabawy. Drugie jęknięcie powstrzymałam chyba tylko siłą woli. Spojrzałam najpierw na wyciągniętą dłoń, a potem na twarz chłopaka.
- Nie powinnam, Sergio… - mruknęłam, licząc, że zrozumie.
Nie zrozumiał i bez ceregieli wyciągnął mnie na parkiet. Tańczyliśmy powoli, a ja nie miałam nawet okazji się do niego odezwać. Trzymałam się jak najdalej mogłam, ale gdy położył swoją dłoń na dole moich pleców, poddałam się. Tylko temu jednemu tańcowi.
Gdy wyczuł, że się rozluźniłam, zaczął prowadzić pewniej. Obracał mnie, przechylał. Wirowaliśmy swobodnie w tony muzyki. Czułam jak jego pociemniałe oczy wpatrują się w moją twarz, bo sama pragnęłam go odepchnąć i nigdy więcej nie patrzeć na niego. Najwyraźniej jeszcze głębiej miałam zakorzenione pragnienie, by jednak zatrzymać go przy sobie.
Mam przewalone.
Oblał mnie zimny pot. Jest źle. Nie, jest nawet gorzej niż źle. Jest bardzo źle. Zaczęłam dostrzegać coś poza tańcem. Na przykład to, że Riccardo wyszedł na zewnątrz, a Nicola wyciągała za nim dłoń. Zdążyła wyłapać jej wzrok, ale nie zdradzał nic – ani aprobaty, ani pogardy. Dopiero gdy muzyka zwolniła jeszcze bardziej, a taniec się dobiegał ku końcu, byłam wstanie się od niego odsunąć.
Constanza była bledsza niż biel jej sukienki.
Wokół znów huknęła wesoła muzyka, a młodzież wbiła na parkiet, momentalnie przysłaniając przyjaciółkę. Zrobiłam krok w jej kierunku, a serce biło mi nieznośnie i boleśnie. Gdy Sergio chwycił mnie za nadgarstek, wyszarpnęłam się i jedyne na co się zdobyłam to gniewne spojrzenie. Rzuciłam się za przyjaciółką.
Nie wiem, czy jest o co się wściekać. Jeden taniec nic nie zmieni. Nawet jeśli to wolny. Przełknęłam ślinę.  Nie ma sensu byś się nad tym dręczyła. Słowa Ricca obiły mi się o uszy jeszcze raz. Próbowałam się uspokoić.  Nigdy nie zmuszaj się do czegoś. W moim sercu panował jeszcze większy zamęt niż w umyśle.
Z wdzięcznością przyjęłam zimne, jesienne powietrze. Constanza odchodziła w przeciwnym kierunku niż nasze domy. Błagałam w myśli, by mój głos nie zabrzmiał słabo.
- Constanza! – nie zareagowała, jedynie przyśpieszyła. Ruszyłam w jej kierunku. – Constanza! – obróciłam ją za ramię.
Od razu jednak zabrałam dłoń, widząc jej minę. To nie była już nawet wściekłość, tylko poczucie zdrady. Serce na ułamek sekundy zamarło, przez kolejne ukłucie bólu. Nie wiedziałam co powiedzieć. „To nie tak jak myślisz”. Źle. Brzmi jakbym przyznawała się do czegoś, czego nie ma.
Albo jest bardzo głęboko zakorzenione we mnie.
- Jeśli cokolwiek z tego cię zraniło… To przepraszam. – wyszeptałam.
- „Zraniło”? – wycedziła, ale jej oczy się zaszkliły. – Żartujesz sobie ze mnie?
- Consta… - zaczęłam, lecz głos mi się załamał.
- „Nie idę na tą dyskotekę”, wolne sobie. A co widzę. Moją przyjaciółkę tańczącą wolnego z chłopakiem, który mi się podoba!
- Przecież wiesz, że to nic nie znaczy. Po za tym on przyszedł tu z tobą…
- Dupa, nie ze mną! Olał mnie i wystawił! – podniosła głos.
Zapadła cisza. Zamrugałam kilka razy, analizując wszystkie informacje. Poczułam jak wzbiera we mnie cichy gniew.
- To po kiego on cię zapraszał? – mruknęłam pod nosem, usiłując znaleźć element łączący całość. Constanza potraktowała to jako zachęta wyzwania, ale ktoś wszedł w naszą dyskusję.
- By wygrać zakład.
Mogę przysiąc, że w tamtym momencie byłam gotowa udusić Giovannę gołymi rękoma.
- Co? – wydusiłyśmy obie, wpatrując się w naszego największego wroga.
- To. – warknęła Giovanna. – Założyłam się z nim, że nie ma jaj, by cię zaprosić. – wskazała palcem na Constanzę. – Zakład wygrał, ale o pójściu na dyskotekę już nic nie było. – zaśmiała się szyderczo, wzruszając ramionami.
Constanza zbledła jeszcze bardziej, a ja czułam narastającą odrazę.
- Oj, Di Carlo, nie rób takiej smutnej minki. – zaszydziła Giovanna. – Obie wiemy, że Sergio wręcz wariuje na punkcie twojej drogiej przyjaciółki.
Tym razem to ja stałam się blada jak płótno.
- Ojejku, nie powiedziała ci tego? Jaka szkoda. – roześmiała się, zarzuciła włosami i wróciła do środka.
Czułam jak na moją twarz wstępują kolory i pokrywa się czerwienią praktycznie w całości. Jednocześnie z gniewu i wstydu. Nad nami wisiała martwa cisza.
- Mam dość. – dziewczyna odwróciła się do mnie plecami i ruszyła w stronę domu. – Wracam, muszę wypocząć przed treningiem. – wysyczała na odchodne.
- Constanza… - wyciągnęłam dłoń w stronę przyjaciółki.
- Nie odzywaj się do mnie, Blanca. Wystarczająco już zrobiłaś.
I zostawiła mnie. Późną godziną, na środku placu, roztrzęsioną i bliską płaczu. Obezwładniające uczucie ogarnęło mój umysł i nie pozwoliło myśleć nawet o zemście. Mogłam patrzeć jak moja przyjaciółka idzie coraz dalej, a ja nie mam odwagi jej zatrzymać. Ramiona Constanzy drżały.
***
Otworzyłam oczy i sennie zwlekłam się z łóżka, pocierając zapuchnięte oczy. Dziękowałam w duchu, że jest weekend i nie muszę widzieć się ze wszystkimi od razu. Narzuciłam na siebie sweter i włączyłam telefon, który zostawiłam wyciszony jak najdalej od siebie.
Próbowałam wczoraj dodzwonić się do Constanzy, ale odrzucała moje połączenia. Gdy inni przerywali mi maltretowanie jej swoimi telefonami, poddałam się. Na wyświetlaczu powtarzały się imiona Nicoli i Cristiny, ale ani razu Riccardo. Z kolei Sergia było aż za dużo.
Kto normalny wydzwania 28 razy? Posprawdzałam godziny i aż westchnęłam. Pełny szablon od 22 do 5 rano. Potem raczej zaspał.
„Zaspał”.
Spojrzałam gwałtownie na zegarek, czując jak oblewa mnie zimny pot. Wybiła dziewiąta. Telefon praktycznie wysunął mi się z dłoni. Turniej Constanzy zaczyna się za godzinę. Cholera jasna.
Rzuciłam się na szafę, zakładając pierwsze lepsze rzeczy, a następnie bez śniadania i przygotowania wypadłam na zewnątrz. Pobiegłam do domu Constanzy, licząc, że przyjaciółka zostawiła mój bilet wstępu gdzieś na widoku. Ciśnienie lekko mi skoczyło, gdy zastałam go w koszu. Podartego.
Przeklęłam pod nosem, zmieniając kierunek biegu. Jeśli będę mieć szczęście zdążę jeszcze na jakiś pociąg i obsuwa w czasie nie będzie tragiczna. Zerknęłam na zegarek. Nadal mam 47 minut.
Czekanie przy kasie było masakryczne, ale opłaciło się. Raptem za 2 minuty miał być pociąg w odpowiednim kierunku. Trzymając bilet w dłoni, zaczęłam przeciskać się do mojego wagonu, gdy nagle konduktor zagwizdał, a koła pociągu jęknęły metaliczno. No kurwa, nie teraz. Rzuciłam się w jego stronę, ale straciłam nadzieję.
- No przyśpiesz, do jasnej anielki! – usłyszałam krzyk Riccardo, który przemknął obok, chwytając mnie za nadgarstek. Znów zaczęłam biec, ciągnięta na przód. Chłopak zdążył bez problemu wsiąść do pociągu, a mnie wciągnął nim maszyna zaczęła osiągać niebezpieczną prędkość.
Dopiero teraz odetchnęłam głęboko. Jeszcze chwila i pewnie się po drodze zepsuje, grat jeden.
- Dzięki, Ricc – wysapałam, patrząc się kątem oka na chłopaka.
- Nie ma sprawy. – odparł krótko.
Wyprostowałam się i wbiłam w niego wzrok. Unikał mojego spojrzenia, patrząc się z zaciętością przez okno. Wolałam nie wnikać czemu jest taki wściekły. Brakowało mi jeszcze kłótni z nim. Skinęłam mu niepewnie głową i ruszyłam do przypisanego miejsca.
Niestety los jest niczym kapryśne dziecko i Riccardo dostał miejsce tuż obok mnie. Powstrzymałam śmiech, lecz na moich ustał rozkwitł uśmiech. Chłopak przyjrzał mi się spod zmrużonych oczu, ale po chwili prychnął, odwzajemniając uśmiech. Uznałam do za zachętę.
- Gdzie zmierzasz, Riccardo? – spytałam, podpierając głowę na pięści.
- Tam gdzie ty. – odparł. – Stwierdziłem, że Constanzie przyda się męskie wsparcie, oprócz ciebie. Wiesz, Nic i Crist zbytnio się nie nadają do takich spraw…
- No tak, byłabym zdziwiona gdyby z własnej woli wybrały się na wyścigi – zaśmiałam się. Riccardo przyjrzał mi się uważniej.
- Ale wiesz, sądziłem, że będziesz jechać razem z Constanzą. – rzucił niezobowiązująco.
Zwinęłam dłonie w pięści.
- Sprawy się trochę pokomplikowały. – odparłam, wymuszając uśmiech. – Ale jeśli ona sądzi, że pozbędzie się mnie tak łatwo, to jest w błędzie. – kąciki moich ust uniosły się wojowniczo do góry.
Chłopak przewrócił oczami i dalej jechaliśmy w napiętym milczeniu.
***
Gdy pociąg zatrzymał się na odpowiedniej stacji, wypadłam na tłum ludzi jako pierwsza, ignorując wszystkie przekleństwa i wyzwiska lecące w moim kierunku. Zwalczyłam chęć odpyskowania, przedzierając się między nimi tak szybko jak mogłam. Nawet bez obsuwy czasowej, do wyścigu zostało raptem 10 minut.
Riccardo dogonił mnie po kilku minutach i zasapany, położył dłoń na moim ramieniu, zmuszając mnie bym zwolniła. Spojrzałam na niego z irytacją, ale na widok jego czerwonej twarzy, roześmiałam się.
- Co tam, Ricc? Kondycja siada? – uśmiechnęłam się, kładąc dłonie na biodrach. Chłopak spojrzał na mnie z niedowierzeniem, stojąc pochylony i trzymając ręce na kolanach.
- Ja nie mam pojęcia skąd ty masz tyle pary… - wydusił. – Chciałem się tylko zapytać czy masz bilet, czy…
- Nie mam. – gdy podniósł na mnie zdziwiony wzrok, machnęłam ręką. – To dłuższa historia.
- Jak ty masz zamiar się tam dostać? Wszystko jest wyprzedane!
Popukałam palcem po brodzie, po czym machnęłam zachęcająco dłonią.
- Coś wymyślę! A teraz ruchy, bo się spóźnimy. – rzuciłam, zaczynając ponownie biec.
Riccardo wymamrotał coś pod nosem, ale dzielnie ruszył za mną.
Mój wojowniczy nastrój zaczynał przygasać, gdy zobaczyłam tłum ludzi. Nawet gdyby, nie uda mi się przemknąć bez biletu. Spojrzałam po ochroniarzach i tym bardziej zrzedła mi minka. Riccardo cały czas mi się przyglądał, a gdy chęć wywieszenia białej flagi zaczynała przejmować nade mną kontrolę, chwycił za nadgarstek i ciągnąc, przeciskał się wśród fanów motoryzacji.
- Ej, wy tam! Bez biletu nie ma wstępu.
Syknęłam pod nosem, kalkując jakie mamy szanse. Jednak zarówno „inteligentne kłamstwo” jak i zniknięcie w tłumie przedstawiały się równie kiepsko. Spojrzałam błagalnie po Riccardo, jakby on miał wymyślić coś mądrzejszego.
- Słyszałaś mnie, mała? – ochroniarz położył dłoń na moim ramieniu, obracając mnie ku sobie. – … Blanca?
- Pan Di Carlo! – uśmiechnęłam się z ulgą, widząc wujka Constanzy. – Miło pana widzieć.
- Trzeba było tak od razu, młoda! – roześmiał się tęgim basem. – Pamiętam, że załatwiałem Constanzie 2 bilety, więc lećcie! Mamy już wystarczająco dużo roboty! – machnął na nas ręką, od razu zwracając się do reszty ludzi. – Ej, Marco! Ta dwójka to nasi!
- Dobra! – odkrzyknął kolejny ochroniarz i przepuścił nas na trybuny.
Znaleźliśmy dobry punkt obserwacyjny, gdzie dało się wcisnąć dwie osoby i dopiero wtedy odezwaliśmy się do siebie.
- Chyba wyczerpałaś dożywotni zapas szczęścia. – rzucił Ricc.
- Chyba tak.
Po chwili roześmialiśmy się. Gdy chłopak zaczął coś opowiadać, rozejrzałam się po arenie. Ogromna powierzchnia gołej ziemi, uformowana w najróżniejsze kształty i przeszkody. Przypomniałam sobie słowa Constanzy. Z racji, że było zbyt dużo uczestników jak na cały tor, byli podzieleni na cztery 25-osobowe grupki, a na końcu wygrywa osoba z najlepszym czasem. Łącznie mieli zrobić jakieś 10 kilometrów. Gdy dostrzegłam pierwszych uczestników, mój żołądek zawiązał się w supeł.
- Nie pękaj, Blanca. – Riccardo pacnął mnie w ramię.
- Nie pękam. – syknęłam. – Po prostu wiem jak Constanza do tego podejdzie. – westchnęłam, przeczesując dłonią włosy. – Kurde, nie przypomniałam jej by uważała na swoje zjechane amortyzatory, bo w końcu przednie koło jej odpadnie. A teraz jest na mnie wściekła, więc pójdzie na całość. No i jeszcze nie radzi sobie z zakrętami w lewo, gdy jest rozpędzona powyżej 70 na godzinę…
- Blanca. – Riccardo położył dłonie na moich ramionach, spoglądając w moje oczy. – Denerwujesz się bardziej niż Constanza. Będzie dobrze, tylko się uspokój. Trochę wiary.
- Ale ja wierzę, Ricc. – powiedziałam poważnie. – Wierzę w nią jak nikt inny. Tylko się martwię. – spuściłam wzrok na ziemię.
Chłopak zdjął dłonie z moich ramion i jako ostatni uspokajający gest, przed gwizdem rozpoczynającym wyścigi, poczochrał mnie po głowie.
Constanza, oczywiście, bo jakżeby inaczej, była w ostatniej grupie. Zastygłam w bezruchu, gdy dostrzegłam znajomy mi motor. Po postawie nie poznałabym jej. Przyjaciółka ubrała się w typowy kostium, a na głowie miała dobrze zapięty kask. Ulżyło mi trochę, gdy sprawdziła jeszcze kilka razy wszystko.
Uczestnicy wsiedli na motory. Serce mi przyśpieszyło. Zawarczały silniki. Zacisnęłam mocno kciuki, a Riccardo zabębnił palcami o barierkę. Serce zatrzymało się, gdy rozległ się gwizd, a następnie rozpędziło się niczym motory. Zamrugałam gwałtownie, wychylając się przez barierkę tak gwałtownie, że prawie wypadłam. Ricc wciągnął mnie ponownie, ale zignorowałam go.
W połowie pierwszego okrążenia, gdy przyzwyczaiłam się do wszechobecnych, przeszywających wrzasków, zaczęłam skupiać się na wyścigu, słysząc tylko silnik Constanzy. Mimo, że nie miała wyróżniającego się stroju czy motoru, jej postura wydawała się być zadziwiająco nikła wśród reszty juniorów. Jakby kobieta na takich mieszanych wyścigach wciąż była rzadkością.
Moje serce nie mogło zgrać się z niczym – ani z rytmem wyścigu, ani z rytmem wrzasków.
Constanza radziła sobie z początku jak totalny amator. Starała się trzymać jak największe odległości od zawodników, by się nie zderzyć, a gdy przestrzeń się zmniejszała, widziałam ten jej nerwowy gest przy zwalnianiu. Trzymała się raczej z tymi, którzy zajmowali pozycję od 20-25 na wyścig. Przy ostrzejszym zakręcie w lewo, zaklęłam pod nosem, gdy przyjaciółka spadła z numeru 21 na 23. Riccardo mruknął coś pod nosem, ale zaaferowana wyścigiem, zorientowałam się po kilku sekundach zwłoki.
- Słucham, co mówiłeś? – zwróciłam się do kumpla, jednak nie oderwałam wzroku od toru, mając wrażenie, że spuszczając tego narwańca z oczu, sprawię, że od razu wyrżnie zębami w ziemię.
- Mówiłem, że ten komentator to jakiś skończony szowinista. – prychnął kpiąco, rzucając nienawistne spojrzenie w stronę ławy sędziowskiej. – Wiem, że żyjesz teraz tylko wyścigiem, ale posłuchaj go przez chwilę.
Choć dalej wpatrywałam się w poczynania Constanzy, skinęłam mu głową i skupiłam przez chwilę na słowach komentatora.
- Uczestniczka z numerem 95 znów zostaje na tyłach! Najwyraźniej nie zadebiutuje tutaj jako kolejna gwiazda motoryzacji! Cóż, to zdecydowanie nie jest sport dla kobiet, a tym bardziej dla delikatnych gimnazjalistek! Tak, moi mili, ta szalona uczestniczka jest najmłodszą w historii, bo ma niecałe 15 lat….
- No, ja chyba się do niego przejdę po tym wyścigu! – krzyknęłam z oburzeniem, a kilku kibiców posłało mi szydercze uśmieszki.
- Daj spokój, dopóki Consta nie utrze im wszystkim nosa, to będą tak gadać. – Riccardo skrzyżował ramiona. – O ile jej się to uda.
- Uda się! – podkreśliłam ze złością, ponownie wyłapując przyjaciółkę wzrokiem. – Jeśli usłyszała tego idiotę, to martwiłabym się bardziej o resztę zawodników niż o Constanzę.
- Sądzisz, że w tym warkocie zarejestrowała cokolwiek? – Riccardo spoglądnął na tor z powątpiewaniem.
- Akurat na oszczerstwa każdy ma wyostrzony słuch. – wbiłam wzrok w Constanzę, po czym zmarszczyłam czoło. Przyjrzałam się jej, po czym rozciągnęłam usta w zadowolonym uśmiechu. – No to teraz patrz uważnie.
Dziewczyna z początku wręcz zastygła w bezruchu. Po chwili, mogłabym przysięgnąć, że strzeliła karkiem, jednocześnie przyśpieszając. Jakiś zawodnik, pamiętając, że Constanza nie radzi sobie z tym wszystkim tak dobrze, chciał znów zepchnąć ją na dalszą pozycję, ale dziewczyna zdawała się go nie zauważyć, jedynie przyśpieszając. Nie odpuściła.
Nim się obejrzałam, przyjaciółka pędziła jak szalona, brnąć cały czas na przód. Mimowolnie wykonałam zwycięski gest dłonią, gdy zmieszany komentator wspomniał, że uczestniczka numer 95 ma pozycję 11. A było to dopiero 5 okrążenie.
Tutaj, na trybunach, czułam presję, a co dopiero musieli czuć ścigający się. Constanza oklapła lekko, ale walczyła dzielnie, utrzymując stałą pozycję. Powoli zbliżali się do naszego punktu, a ja dałam ponieść się impulsowi i przepchałam się praktycznie do samego toru. Riccardo podążył za mną, ale bardziej by mnie powstrzymać niż wesprzeć.
- Idź na całość Constanza!!! – próbowałam przekrzyczeć tłum. – To dla ciebie żadni przeciwnicy! – pod koniec drugie okrzyku, ściszyłam gwałtownie głos, gdy motory przemknęły tuż obok mnie. W uchu nadal brzmiał nieprzyjemny świst.
- Blanca, ja wiem, doping to ważna rzecz, ale serio sądzisz, że ona cię usłyszała? – spytał z powątpiewaniem Riccardo, ciągnąc mnie za ramię na nasze miejsce. – Przecież ona nawet nie zdaje sobie sprawy, że tu jesteśmy.
- W ogóle nie masz ducha kibica, Ricc. – zacmokałam z niesmakiem, uśmiechając się do pociesznego chłopaka.
- Oczywiście, że nie. – prychnął. – Jestem naukowcem, a nie jakimś pospolitym kibolem, jak niektórzy… - posłał mi zadziorne spojrzenie.
Pacnęłam go w ramię, darując sobie jakąkolwiek ripostę, by nie tracić więcej wyścigu. Nim się obejrzałam, komentator wykrzykiwał coś entuzjastycznie, jakby z dozą niedowierzania i jednocześnie podziwu.
Ostatnie okrążenie. Zawodnik numer 95. Constanza Di Carlo, lat 15. Pozycja piąta.
- Dawaj, dawaj, dawaj!!! – dałam się podnieść emocjom, drąc jak opętana. Nawet nie wyróżniałam się z tłumu, nawet skacząc i machając rękoma.
- Pokaż im!!! – Riccardo wydzierał się ze mną na przemian, któremu również udzielała się atmosfera ostatnich chwil wyścigu.
- Jedziesz, Constanza!!! – wrzasnęliśmy w tym samym momencie, wyrzucając pięści do góry.
Zawodnicy minęli nas ostatni raz, a dla mnie czas zwolnił na chwilę. I mogłabym przysiąc, że Constanza posłała nam pewny siebie uśmiech. Jakby wcale nie miała zamiaru kończyć w pierwszej dziesiątce, tylko na podium.
-Ludzie, czy wy to widzicie? Czy wy to widzicie!? Nr 95 wymija nr 89 i tym samym wysuwa się na czwartą pozycję! Podium jest w zasięgu ręki! JASNY GWINT, dziewczyna jest niesamowita! Zajmuje teraz pozycję trzecią!!!
Miałam wrażenie, że komentatorowi nie trzeba było dawać w tym momencie żadnych głośników. Zerknęłam na stoper. Mieli największe tempo ze wszystkich pozostałych wyścigów, więc Constanza ma szansę zająć bardzo wysokie miejsce, jak na debiut. W końcu zaczerpnęłam powietrza, czując jak moja klatka się zaciska. Przed nimi został tylko ostatni zakręt.
Najgorszy jaki mógł trafić się Constazie. Ostry w lewo, a następnie stroma skarpa w górę, ostry zjazd w dół i meta. Raptem 50 metrów, które zawsze były istnym piekłem. Żeby chociażby utrzymać pozycję, nie może zwolnić, bo jej motor nie poradzi sobie z podjazdem pod taką górkę po obniżeniu prędkości, a z kolei jak tego nie zwolni, prawie na pewno musi zaryzykować skok. Robiła to przy mnie setki razy, nawet w bardziej wymagającym terenie, tylko…
- Wariatka… - wydusiłam, widząc, że przyjaciółka ani myśli o zwalnianiu. – Jedzie ile fabryka dała.
Teraz wszystko rozegrało się w ułamkach sekund. Zakręt wyszedł jej perfekcyjnie, a my wyskoczyliśmy z wrzaskiem do góry. Riccardo przyciągnął mnie do siebie ramieniem, drąc się ile wlezie. Następnie Constanza wysunęła się na drugą pozycję na skarpie, po czym…
Jej koła oderwały się od ziemi, a ona leciała  i przez ten ułamek sekundy była pierwsza. Z mojego gardła wydobył się zwycięski okrzyk, którego nawet nie zdążyłam skończyć. Widziałam to w jej posturze. Że doskonale wie jak wylądować.
Następna chwila przeleciała mi przed oczami, tak jakbym przeglądała osobne klatki jakiegoś filmu. Przednie koło dotknęło ziemi. Coś strzeliło. Amortyzator nie wytrzymał, koło wypadło z osi, a motor stracił swoją równowagę, lecąc w szaleńczym tempie do przodu. Constanza nawet nie zdążyła wrzasnąć, trzymała się kurczowo kierownicy. Przekoziołkowała do przodu, puszczając w końcu motor, który nadal posiadał ten sam impet. Przeturlała się jeszcze kilka metrów jak szmaciana lalka, a maszyna zatrzymała się w nieznacznej odległości od niej, sunąc po ziemi i wydobywając z siebie iskry.
Mój zwycięski krzyk, zamienił się w paniczny wrzask.
- CONSTANZA!!! – rzuciłam się przez barierkę, ale Riccardo ostatkiem świadomości chwycił mnie ze wszystkich sił w pasie. Ledwo zarejestrowałam, że jest blady jak ściana.
Nikt nie zatrzymał się obok niej. Zawodnikom i tak zależało na czasie. A ona leżała tam całkiem sama. Nawet nie drgnęła.
- CONSTANZA!!! – wrzasnęłam jeszcze raz, wyrywając się Riccowi. Najwyraźniej poziom adrenaliny dodał mi sił, albo jego osłabił szok. – CONSTANZA!!!
Przedarłam się bez problemu na tor, nawet nie dałam się zatrzymać ochronie i biegłam na przełaj. Medycy również zmierzali w stronę mojej przyjaciółki, ale mimo to biegłam dalej. Miałam tak zdarte gardło, że ledwo wydobywałam z siebie jakikolwiek dźwięk.
Opadałam z sił. Nawet nie wiedziałam dlaczego. Z daleka widziałam jak ratownicy ściągają ostrożnie kask z jej głowy, a po skroni cieknie jej stróżka krwi. Zmusiłam się, by biec dalej. Głos odmawiał mi posłuszeństwa, nie miałam siły zawołać, by zaczekali na mnie. Przenieśli ją delikatnie na nosze i pędzi w stronę wyjścia. Nawet się na mnie nie obejrzeli.
Nie miałam siły na łzy. Uczucie wszechobecnej bezsilności zbiło mnie z nóg, a Riccardo dopadł do mnie w ostatniej sekundzie, chwytając w ramiona.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz