Rozdział 5
Zbyt ostry zakręt
Siedziałam pod
ścianą, czytając książkę, choć moje myśli odbiegały do minionego piątkowego
wieczoru. Praktycznie minął tydzień, a wszystko zmierzało do punktu
kulminacyjnego – tej nieszczęsnej dyskoteki.
Obserwowałam
urywkowo ludzi z mojej szkoły. Constanza zniknęła gdzieś, więc czekałam w
miejscu, gdzie zwykle spędzaliśmy przerwy. Znów wbiłam wzrok w litery, gdy
zobaczyłam Sergia z grupą kolegów i koleżanek. Giovanna uśmiechała się do niego
ponętnie i nie odstępowała go na krok. Najwyraźniej o coś się z nim spierała,
ale raczej w ramach wyzwań.
Przed oczami
pojawił mi się wyraz jego posmutniałej twarzy.
Przestań.
- Ej, Blaaanca.
– Riccardo zamachał mi dłonią przed oczami. – Ziemia do Blanci…
- Riccardo! –
zamrugałam gwałtownie oczami. – Skąd ty tu się wziąłeś?
- Sterczałem tu
dobrych kilka sekund, ale całkowicie mnie olałaś. – westchnął i usiadł obok
mnie. – Najwyraźniej coś lub raczej ktoś
bardziej zaprzątnął twoją uwagę. – zakaszlał znacząco.
Przewróciłam
oczami.
- Daruj sobie te
dziecinne gadki. – mruknęłam.
- To nie
dziecinna gadka, tylko obserwacja. – odparł. – Unikasz Sergia jak ognia. On z
resztą ciebie też. – wzruszył ramionami, po czym ledwo dosłyszalnie dodał: -
Chociaż akurat to mi nie przeszkadza…
- Ricc! –
syknęłam. – Daruj sobie.
- Tu nie chodzi
o to, że chcę ci dokuczyć, czy coś podobnego. Po prostu wiem, że uwielbiasz się
zamartwiać, nawet gdy nie ma potrzeby i chcę się zapytać, czy wszystko w
porządku.
Stary, dobry,
ciepły Riccardo.
Uśmiechnęłam się
ponuro.
- Nie obchodzi
mnie to co między wami zaszło. – miałam wrażenie, że te słowa ledwo przechodzą
mu przez usta. – Ale, czy cokolwiek to było, sprawiłoby, że Constanza byłaby
wściekła?
Spojrzałam na
niego ze zdumieniem.
- Nie, bo nic
się nie stało.
- No widzisz?
Skoro nawet ty twierdzisz, że nic się nie stało, to tak jest. I nie ma sensu
byś się nad tym dręczyła. – powiedział z rozwagą. – Przynajmniej moim zdaniem.
Uśmiechnęłam się
do niego wdzięcznie.
- Dzięki, Ricc.
– powiedziałam, a w odpowiedzi chłopak się uśmiechnął i skinął nieznacznie
głową w mało określonym kierunku.
Ale i tak
dostrzegłam to, co miałam zobaczyć. Constanza rozmawiała z Sergiem, cały czas
się uśmiechając i lekko czerwieniąc. Coś mnie ukłuło poniżej żołądka. Nie byłam
pewna czy to przez Sergia, czy przez to, że raptem tydzień temu… Mniejsza z
tym.
- Jak już
jesteśmy przy tym temacie, to… - zaczął Riccardo wesoło, ale głos lekko mu się
załamał, jakby tracił pewność siebie. – Blanca.
- Słucham? –
spojrzałam ponownie na niego.
- Jeśli mogę, to
dam ci jeszcze jedną radę… - powiedział z trudem. – Nigdy nie zmuszaj się do
czegoś, jasne? Szczególnie, gdy chodzi o „te” sprawy. – dodał, krzywiąc się
lekko i wstał.
- Riccardo…
Nie dane mi było
dokończyć, bo między nas wpadła Constanza, niczego nie świadoma i radosna jak
dziecko. A chłopak skorzystał z okazji i umknął z mojego pola widzenia.
Westchnęłam, ale skierowałam uwagę na przyjaciółkę. Chwyciła mnie pod ramię,
nucąc jakąś piosenkę, aż w końcu nachyliła się do mojego ucha, jakby zdradzała
mi wielką tajemnicę i wyszeptała dwa słowa.
Dwa słowa, które
zasiały ziarenko niepokoju.
Zaprosił mnie.
***
Stwierdziłam
beznamiętnie, że na tą głupią dyskotekę nie idę.
Sprawę ułatwił mi
również fakt, że Constanza została zaproszona przez Sergia, więc skakała jak
króliczek, chcąc wyglądać idealnie. Po raz setny wygładziłam jej sukienkę i
poprawiłam włosy. Przyjaciółka przestała mnie nawet namawiać do pójścia. Wizja
„randki” z chłopakiem przyćmiewała jej umysł i pozwalała myśleć, że jest
zwyczajną nastolatką.
Mnie martwiło
to, że na drugi dzień ma wyścig i może być mocno rozkojarzona.
W końcu zwinęłam
się do domu i zaczęłam przygotowywać się do obserwacji. Niebie średnio mi się
udało – tu i ówdzie pojawiły się chmury – ale aż żal było nie spróbować. Z moim
teleskopem powinnam być zdolna dostrzec Marsa.
Taką pochłoniętą
kosmosem, teleskopem i obliczeniami zastały mnie Cristina i Nicola. Spojrzałam
na wystrojone koleżanki, jakby to miała być jedyna dyskoteka w całym roku
(chociaż to nie było takie pewne) i uniosłam do góry jedną brew.
- No okej,
zazwyczaj to Constanza jest od nękania mnie we własnym domu, ale was też miło
widzieć. – rzuciłam, patrząc po dziewczynach.
- Wbijaj się w
sukienkę. – zarządziła od razu Cristina.
- Słucham?
- Wyciągamy cię
na tę imprezę. – wytłumaczyła Nicola, wciągając mnie do pokoju. – Dla waszego
dobra.
- „Waszego”? –
powtórzyłam zdziwiona.
- Ubieraj się,
ale już! – powtórzyła Cristina, wręcz wrzucając mnie do szafy.
***
Dyskoteka nie
była wytworna. Ciemno, muzyka roznosiła się echem, a wszędzie byli moi
rówieśnicy, którzy udawali, że tańczą. A przynajmniej, że umieją. Standardy
szkolnych dyskotek.
Zaczęłam się
„bawić”: potańczyłam z koleżankami, z kolegami z klasy, głównie z Riccardo,
popodpierałam ściany, bo się waliły… A w międzyczasie modliłam się nie wpaść na
Constanzę i Sergia. Po prostu nie. Jedynie co mnie martwiło, to fakt, że
czupryna Sergia mignęła mi kilka razy, a Constanzy już nie.
Jęknęłam, gdy
puścili coś wolniejszego, a cały parkiet praktycznie się wyludnił. Tylko
nieliczni tańczyli ze swoją drugą połówką lub po prostu dla zabawy. Drugie
jęknięcie powstrzymałam chyba tylko siłą woli. Spojrzałam najpierw na
wyciągniętą dłoń, a potem na twarz chłopaka.
- Nie powinnam,
Sergio… - mruknęłam, licząc, że zrozumie.
Nie zrozumiał i
bez ceregieli wyciągnął mnie na parkiet. Tańczyliśmy powoli, a ja nie miałam
nawet okazji się do niego odezwać. Trzymałam się jak najdalej mogłam, ale gdy
położył swoją dłoń na dole moich pleców, poddałam się. Tylko temu jednemu
tańcowi.
Gdy wyczuł, że
się rozluźniłam, zaczął prowadzić pewniej. Obracał mnie, przechylał.
Wirowaliśmy swobodnie w tony muzyki. Czułam jak jego pociemniałe oczy wpatrują
się w moją twarz, bo sama pragnęłam go odepchnąć i nigdy więcej nie patrzeć na
niego. Najwyraźniej jeszcze głębiej miałam zakorzenione pragnienie, by jednak
zatrzymać go przy sobie.
Mam przewalone.
Oblał mnie zimny
pot. Jest źle. Nie, jest nawet gorzej niż źle. Jest bardzo źle. Zaczęłam
dostrzegać coś poza tańcem. Na przykład to, że Riccardo wyszedł na zewnątrz, a
Nicola wyciągała za nim dłoń. Zdążyła wyłapać jej wzrok, ale nie zdradzał nic –
ani aprobaty, ani pogardy. Dopiero gdy muzyka zwolniła jeszcze bardziej, a
taniec się dobiegał ku końcu, byłam wstanie się od niego odsunąć.
Constanza była
bledsza niż biel jej sukienki.
Wokół znów
huknęła wesoła muzyka, a młodzież wbiła na parkiet, momentalnie przysłaniając
przyjaciółkę. Zrobiłam krok w jej kierunku, a serce biło mi nieznośnie i
boleśnie. Gdy Sergio chwycił mnie za nadgarstek, wyszarpnęłam się i jedyne na
co się zdobyłam to gniewne spojrzenie. Rzuciłam się za przyjaciółką.
Nie wiem, czy
jest o co się wściekać. Jeden taniec nic nie zmieni. Nawet jeśli to wolny.
Przełknęłam ślinę. Nie ma sensu byś się nad tym dręczyła. Słowa
Ricca obiły mi się o uszy jeszcze raz. Próbowałam się uspokoić. Nigdy
nie zmuszaj się do czegoś. W moim sercu panował jeszcze większy zamęt niż w
umyśle.
Z wdzięcznością
przyjęłam zimne, jesienne powietrze. Constanza odchodziła w przeciwnym kierunku
niż nasze domy. Błagałam w myśli, by mój głos nie zabrzmiał słabo.
- Constanza! –
nie zareagowała, jedynie przyśpieszyła. Ruszyłam w jej kierunku. – Constanza! –
obróciłam ją za ramię.
Od razu jednak
zabrałam dłoń, widząc jej minę. To nie była już nawet wściekłość, tylko
poczucie zdrady. Serce na ułamek sekundy zamarło, przez kolejne ukłucie bólu.
Nie wiedziałam co powiedzieć. „To nie tak jak myślisz”. Źle. Brzmi jakbym
przyznawała się do czegoś, czego nie ma.
Albo jest bardzo
głęboko zakorzenione we mnie.
- Jeśli
cokolwiek z tego cię zraniło… To przepraszam. – wyszeptałam.
- „Zraniło”? –
wycedziła, ale jej oczy się zaszkliły. – Żartujesz sobie ze mnie?
- Consta… -
zaczęłam, lecz głos mi się załamał.
- „Nie idę na tą
dyskotekę”, wolne sobie. A co widzę. Moją przyjaciółkę tańczącą wolnego z
chłopakiem, który mi się podoba!
- Przecież
wiesz, że to nic nie znaczy. Po za tym on przyszedł tu z tobą…
- Dupa, nie ze
mną! Olał mnie i wystawił! – podniosła głos.
Zapadła cisza.
Zamrugałam kilka razy, analizując wszystkie informacje. Poczułam jak wzbiera we
mnie cichy gniew.
- To po kiego on
cię zapraszał? – mruknęłam pod nosem, usiłując znaleźć element łączący całość.
Constanza potraktowała to jako zachęta wyzwania, ale ktoś wszedł w naszą
dyskusję.
- By wygrać
zakład.
Mogę przysiąc,
że w tamtym momencie byłam gotowa udusić Giovannę gołymi rękoma.
- Co? –
wydusiłyśmy obie, wpatrując się w naszego największego wroga.
- To. – warknęła
Giovanna. – Założyłam się z nim, że nie ma jaj, by cię zaprosić. – wskazała
palcem na Constanzę. – Zakład wygrał, ale o pójściu na dyskotekę już nic nie
było. – zaśmiała się szyderczo, wzruszając ramionami.
Constanza
zbledła jeszcze bardziej, a ja czułam narastającą odrazę.
- Oj, Di Carlo,
nie rób takiej smutnej minki. – zaszydziła Giovanna. – Obie wiemy, że Sergio
wręcz wariuje na punkcie twojej drogiej przyjaciółki.
Tym razem to ja
stałam się blada jak płótno.
- Ojejku, nie
powiedziała ci tego? Jaka szkoda. – roześmiała się, zarzuciła włosami i wróciła
do środka.
Czułam jak na
moją twarz wstępują kolory i pokrywa się czerwienią praktycznie w całości.
Jednocześnie z gniewu i wstydu. Nad nami wisiała martwa cisza.
- Mam dość. –
dziewczyna odwróciła się do mnie plecami i ruszyła w stronę domu. – Wracam,
muszę wypocząć przed treningiem. – wysyczała na odchodne.
- Constanza… -
wyciągnęłam dłoń w stronę przyjaciółki.
- Nie odzywaj
się do mnie, Blanca. Wystarczająco już zrobiłaś.
I zostawiła
mnie. Późną godziną, na środku placu, roztrzęsioną i bliską płaczu.
Obezwładniające uczucie ogarnęło mój umysł i nie pozwoliło myśleć nawet o
zemście. Mogłam patrzeć jak moja przyjaciółka idzie coraz dalej, a ja nie mam
odwagi jej zatrzymać. Ramiona Constanzy drżały.
***
Otworzyłam oczy i sennie zwlekłam się z
łóżka, pocierając zapuchnięte oczy. Dziękowałam w duchu, że jest weekend i nie
muszę widzieć się ze wszystkimi od razu. Narzuciłam na siebie sweter i
włączyłam telefon, który zostawiłam wyciszony jak najdalej od siebie.
Próbowałam wczoraj dodzwonić się do
Constanzy, ale odrzucała moje połączenia. Gdy inni przerywali mi maltretowanie
jej swoimi telefonami, poddałam się. Na wyświetlaczu powtarzały się imiona
Nicoli i Cristiny, ale ani razu Riccardo. Z kolei Sergia było aż za dużo.
Kto normalny wydzwania 28 razy? Posprawdzałam
godziny i aż westchnęłam. Pełny szablon od 22 do 5 rano. Potem raczej zaspał.
„Zaspał”.
Spojrzałam gwałtownie na zegarek, czując
jak oblewa mnie zimny pot. Wybiła dziewiąta. Telefon praktycznie wysunął mi się
z dłoni. Turniej Constanzy zaczyna się za godzinę. Cholera jasna.
Rzuciłam się na szafę, zakładając
pierwsze lepsze rzeczy, a następnie bez śniadania i przygotowania wypadłam na
zewnątrz. Pobiegłam do domu Constanzy, licząc, że przyjaciółka zostawiła mój
bilet wstępu gdzieś na widoku. Ciśnienie lekko mi skoczyło, gdy zastałam go w
koszu. Podartego.
Przeklęłam pod nosem, zmieniając
kierunek biegu. Jeśli będę mieć szczęście zdążę jeszcze na jakiś pociąg i
obsuwa w czasie nie będzie tragiczna. Zerknęłam na zegarek. Nadal mam 47 minut.
Czekanie przy kasie było masakryczne,
ale opłaciło się. Raptem za 2 minuty miał być pociąg w odpowiednim kierunku.
Trzymając bilet w dłoni, zaczęłam przeciskać się do mojego wagonu, gdy nagle
konduktor zagwizdał, a koła pociągu jęknęły metaliczno. No kurwa, nie teraz.
Rzuciłam się w jego stronę, ale straciłam nadzieję.
- No przyśpiesz, do jasnej anielki! –
usłyszałam krzyk Riccardo, który przemknął obok, chwytając mnie za nadgarstek.
Znów zaczęłam biec, ciągnięta na przód. Chłopak zdążył bez problemu wsiąść do
pociągu, a mnie wciągnął nim maszyna zaczęła osiągać niebezpieczną prędkość.
Dopiero teraz odetchnęłam głęboko.
Jeszcze chwila i pewnie się po drodze zepsuje, grat jeden.
- Dzięki, Ricc – wysapałam, patrząc się
kątem oka na chłopaka.
- Nie ma sprawy. – odparł krótko.
Wyprostowałam się i wbiłam w niego
wzrok. Unikał mojego spojrzenia, patrząc się z zaciętością przez okno. Wolałam
nie wnikać czemu jest taki wściekły. Brakowało mi jeszcze kłótni z nim.
Skinęłam mu niepewnie głową i ruszyłam do przypisanego miejsca.
Niestety los jest niczym kapryśne
dziecko i Riccardo dostał miejsce tuż obok mnie. Powstrzymałam śmiech, lecz na
moich ustał rozkwitł uśmiech. Chłopak przyjrzał mi się spod zmrużonych oczu,
ale po chwili prychnął, odwzajemniając uśmiech. Uznałam do za zachętę.
- Gdzie zmierzasz, Riccardo? – spytałam,
podpierając głowę na pięści.
- Tam gdzie ty. – odparł. –
Stwierdziłem, że Constanzie przyda się męskie wsparcie, oprócz ciebie. Wiesz,
Nic i Crist zbytnio się nie nadają do takich spraw…
- No tak, byłabym zdziwiona gdyby z
własnej woli wybrały się na wyścigi – zaśmiałam się. Riccardo przyjrzał mi się
uważniej.
- Ale wiesz, sądziłem, że będziesz
jechać razem z Constanzą. – rzucił niezobowiązująco.
Zwinęłam dłonie w pięści.
- Sprawy się trochę pokomplikowały. –
odparłam, wymuszając uśmiech. – Ale jeśli ona sądzi, że pozbędzie się mnie tak
łatwo, to jest w błędzie. – kąciki moich ust uniosły się wojowniczo do góry.
Chłopak przewrócił oczami i dalej
jechaliśmy w napiętym milczeniu.
***
Gdy pociąg zatrzymał się na odpowiedniej
stacji, wypadłam na tłum ludzi jako pierwsza, ignorując wszystkie przekleństwa
i wyzwiska lecące w moim kierunku. Zwalczyłam chęć odpyskowania, przedzierając
się między nimi tak szybko jak mogłam. Nawet bez obsuwy czasowej, do wyścigu
zostało raptem 10 minut.
Riccardo dogonił mnie po kilku minutach
i zasapany, położył dłoń na moim ramieniu, zmuszając mnie bym zwolniła.
Spojrzałam na niego z irytacją, ale na widok jego czerwonej twarzy, roześmiałam
się.
- Co tam, Ricc? Kondycja siada? –
uśmiechnęłam się, kładąc dłonie na biodrach. Chłopak spojrzał na mnie z
niedowierzeniem, stojąc pochylony i trzymając ręce na kolanach.
- Ja nie mam pojęcia skąd ty masz tyle
pary… - wydusił. – Chciałem się tylko zapytać czy masz bilet, czy…
- Nie mam. – gdy podniósł na mnie
zdziwiony wzrok, machnęłam ręką. – To dłuższa historia.
- Jak ty masz zamiar się tam dostać?
Wszystko jest wyprzedane!
Popukałam palcem po brodzie, po czym
machnęłam zachęcająco dłonią.
- Coś wymyślę! A teraz ruchy, bo się
spóźnimy. – rzuciłam, zaczynając ponownie biec.
Riccardo wymamrotał coś pod nosem, ale
dzielnie ruszył za mną.
Mój wojowniczy nastrój zaczynał
przygasać, gdy zobaczyłam tłum ludzi. Nawet gdyby, nie uda mi się przemknąć bez
biletu. Spojrzałam po ochroniarzach i tym bardziej zrzedła mi minka. Riccardo
cały czas mi się przyglądał, a gdy chęć wywieszenia białej flagi zaczynała
przejmować nade mną kontrolę, chwycił za nadgarstek i ciągnąc, przeciskał się
wśród fanów motoryzacji.
- Ej, wy tam! Bez biletu nie ma wstępu.
Syknęłam pod nosem, kalkując jakie mamy
szanse. Jednak zarówno „inteligentne kłamstwo” jak i zniknięcie w tłumie
przedstawiały się równie kiepsko. Spojrzałam błagalnie po Riccardo, jakby on
miał wymyślić coś mądrzejszego.
- Słyszałaś mnie, mała? – ochroniarz
położył dłoń na moim ramieniu, obracając mnie ku sobie. – … Blanca?
- Pan Di Carlo! – uśmiechnęłam się z
ulgą, widząc wujka Constanzy. – Miło pana widzieć.
- Trzeba było tak od razu, młoda! –
roześmiał się tęgim basem. – Pamiętam, że załatwiałem Constanzie 2 bilety, więc
lećcie! Mamy już wystarczająco dużo roboty! – machnął na nas ręką, od razu
zwracając się do reszty ludzi. – Ej, Marco! Ta dwójka to nasi!
- Dobra! – odkrzyknął kolejny ochroniarz
i przepuścił nas na trybuny.
Znaleźliśmy dobry punkt obserwacyjny,
gdzie dało się wcisnąć dwie osoby i dopiero wtedy odezwaliśmy się do siebie.
- Chyba wyczerpałaś dożywotni zapas
szczęścia. – rzucił Ricc.
- Chyba tak.
Po chwili roześmialiśmy się. Gdy chłopak
zaczął coś opowiadać, rozejrzałam się po arenie. Ogromna powierzchnia gołej
ziemi, uformowana w najróżniejsze kształty i przeszkody. Przypomniałam sobie
słowa Constanzy. Z racji, że było zbyt dużo uczestników jak na cały tor, byli
podzieleni na cztery 25-osobowe grupki, a na końcu wygrywa osoba z najlepszym
czasem. Łącznie mieli zrobić jakieś 10 kilometrów. Gdy dostrzegłam pierwszych
uczestników, mój żołądek zawiązał się w supeł.
- Nie pękaj, Blanca. – Riccardo pacnął
mnie w ramię.
- Nie pękam. – syknęłam. – Po prostu
wiem jak Constanza do tego podejdzie. – westchnęłam, przeczesując dłonią włosy.
– Kurde, nie przypomniałam jej by uważała na swoje zjechane amortyzatory, bo w
końcu przednie koło jej odpadnie. A teraz jest na mnie wściekła, więc pójdzie na
całość. No i jeszcze nie radzi sobie z zakrętami w lewo, gdy jest rozpędzona
powyżej 70 na godzinę…
- Blanca. – Riccardo położył dłonie na
moich ramionach, spoglądając w moje oczy. – Denerwujesz się bardziej niż
Constanza. Będzie dobrze, tylko się uspokój. Trochę wiary.
- Ale ja wierzę, Ricc. – powiedziałam
poważnie. – Wierzę w nią jak nikt inny. Tylko się martwię. – spuściłam wzrok na
ziemię.
Chłopak zdjął dłonie z moich ramion i
jako ostatni uspokajający gest, przed gwizdem rozpoczynającym wyścigi, poczochrał
mnie po głowie.
Constanza, oczywiście, bo jakżeby
inaczej, była w ostatniej grupie. Zastygłam w bezruchu, gdy dostrzegłam znajomy
mi motor. Po postawie nie poznałabym jej. Przyjaciółka ubrała się w typowy
kostium, a na głowie miała dobrze zapięty kask. Ulżyło mi trochę, gdy
sprawdziła jeszcze kilka razy wszystko.
Uczestnicy wsiedli na motory. Serce mi
przyśpieszyło. Zawarczały silniki. Zacisnęłam mocno kciuki, a Riccardo zabębnił
palcami o barierkę. Serce zatrzymało się, gdy rozległ się gwizd, a następnie
rozpędziło się niczym motory. Zamrugałam gwałtownie, wychylając się przez
barierkę tak gwałtownie, że prawie wypadłam. Ricc wciągnął mnie ponownie, ale
zignorowałam go.
W połowie pierwszego okrążenia, gdy
przyzwyczaiłam się do wszechobecnych, przeszywających wrzasków, zaczęłam
skupiać się na wyścigu, słysząc tylko silnik Constanzy. Mimo, że nie miała
wyróżniającego się stroju czy motoru, jej postura wydawała się być zadziwiająco
nikła wśród reszty juniorów. Jakby kobieta na takich mieszanych wyścigach wciąż
była rzadkością.
Moje serce nie mogło zgrać się z niczym
– ani z rytmem wyścigu, ani z rytmem wrzasków.
Constanza radziła sobie z początku jak
totalny amator. Starała się trzymać jak największe odległości od zawodników, by
się nie zderzyć, a gdy przestrzeń się zmniejszała, widziałam ten jej nerwowy
gest przy zwalnianiu. Trzymała się raczej z tymi, którzy zajmowali pozycję od
20-25 na wyścig. Przy ostrzejszym zakręcie w lewo, zaklęłam pod nosem, gdy
przyjaciółka spadła z numeru 21 na 23. Riccardo mruknął coś pod nosem, ale
zaaferowana wyścigiem, zorientowałam się po kilku sekundach zwłoki.
- Słucham, co mówiłeś? – zwróciłam się
do kumpla, jednak nie oderwałam wzroku od toru, mając wrażenie, że spuszczając
tego narwańca z oczu, sprawię, że od razu wyrżnie zębami w ziemię.
- Mówiłem, że ten komentator to jakiś
skończony szowinista. – prychnął kpiąco, rzucając nienawistne spojrzenie w
stronę ławy sędziowskiej. – Wiem, że żyjesz teraz tylko wyścigiem, ale
posłuchaj go przez chwilę.
Choć dalej wpatrywałam się w poczynania
Constanzy, skinęłam mu głową i skupiłam przez chwilę na słowach komentatora.
-
Uczestniczka z numerem 95 znów zostaje na tyłach! Najwyraźniej nie zadebiutuje
tutaj jako kolejna gwiazda motoryzacji! Cóż, to zdecydowanie nie jest sport dla
kobiet, a tym bardziej dla delikatnych gimnazjalistek! Tak, moi mili, ta
szalona uczestniczka jest najmłodszą w historii, bo ma niecałe 15 lat….
- No, ja chyba się do niego przejdę po
tym wyścigu! – krzyknęłam z oburzeniem, a kilku kibiców posłało mi szydercze
uśmieszki.
- Daj spokój, dopóki Consta nie utrze im
wszystkim nosa, to będą tak gadać. – Riccardo skrzyżował ramiona. – O ile jej
się to uda.
- Uda się! – podkreśliłam ze złością,
ponownie wyłapując przyjaciółkę wzrokiem. – Jeśli usłyszała tego idiotę, to
martwiłabym się bardziej o resztę zawodników niż o Constanzę.
- Sądzisz, że w tym warkocie
zarejestrowała cokolwiek? – Riccardo spoglądnął na tor z powątpiewaniem.
- Akurat na oszczerstwa każdy ma
wyostrzony słuch. – wbiłam wzrok w Constanzę, po czym zmarszczyłam czoło.
Przyjrzałam się jej, po czym rozciągnęłam usta w zadowolonym uśmiechu. – No to
teraz patrz uważnie.
Dziewczyna z początku wręcz zastygła w
bezruchu. Po chwili, mogłabym przysięgnąć, że strzeliła karkiem, jednocześnie
przyśpieszając. Jakiś zawodnik, pamiętając, że Constanza nie radzi sobie z tym
wszystkim tak dobrze, chciał znów zepchnąć ją na dalszą pozycję, ale dziewczyna
zdawała się go nie zauważyć, jedynie przyśpieszając. Nie odpuściła.
Nim się obejrzałam, przyjaciółka pędziła
jak szalona, brnąć cały czas na przód. Mimowolnie wykonałam zwycięski gest
dłonią, gdy zmieszany komentator wspomniał, że uczestniczka numer 95 ma pozycję 11. A było to dopiero 5 okrążenie.
Tutaj, na trybunach, czułam presję, a co
dopiero musieli czuć ścigający się. Constanza oklapła lekko, ale walczyła
dzielnie, utrzymując stałą pozycję. Powoli zbliżali się do naszego punktu, a ja
dałam ponieść się impulsowi i przepchałam się praktycznie do samego toru.
Riccardo podążył za mną, ale bardziej by mnie powstrzymać niż wesprzeć.
- Idź na całość Constanza!!! –
próbowałam przekrzyczeć tłum. – To dla ciebie żadni przeciwnicy! – pod koniec
drugie okrzyku, ściszyłam gwałtownie głos, gdy motory przemknęły tuż obok mnie.
W uchu nadal brzmiał nieprzyjemny świst.
- Blanca, ja wiem, doping to ważna
rzecz, ale serio sądzisz, że ona cię usłyszała? – spytał z powątpiewaniem
Riccardo, ciągnąc mnie za ramię na nasze miejsce. – Przecież ona nawet nie
zdaje sobie sprawy, że tu jesteśmy.
- W ogóle nie masz ducha kibica, Ricc. –
zacmokałam z niesmakiem, uśmiechając się do pociesznego chłopaka.
- Oczywiście, że nie. – prychnął. –
Jestem naukowcem, a nie jakimś pospolitym kibolem, jak niektórzy… - posłał mi
zadziorne spojrzenie.
Pacnęłam go w ramię, darując sobie
jakąkolwiek ripostę, by nie tracić więcej wyścigu. Nim się obejrzałam,
komentator wykrzykiwał coś entuzjastycznie, jakby z dozą niedowierzania i
jednocześnie podziwu.
Ostatnie okrążenie. Zawodnik numer 95.
Constanza Di Carlo, lat 15. Pozycja piąta.
- Dawaj, dawaj, dawaj!!! – dałam się
podnieść emocjom, drąc jak opętana. Nawet nie wyróżniałam się z tłumu, nawet
skacząc i machając rękoma.
- Pokaż im!!! – Riccardo wydzierał się
ze mną na przemian, któremu również udzielała się atmosfera ostatnich chwil
wyścigu.
- Jedziesz, Constanza!!! – wrzasnęliśmy
w tym samym momencie, wyrzucając pięści do góry.
Zawodnicy minęli nas ostatni raz, a dla
mnie czas zwolnił na chwilę. I mogłabym przysiąc, że Constanza posłała nam
pewny siebie uśmiech. Jakby wcale nie miała zamiaru kończyć w pierwszej
dziesiątce, tylko na podium.
-Ludzie,
czy wy to widzicie? Czy wy to widzicie!? Nr 95 wymija nr 89 i tym samym wysuwa
się na czwartą pozycję! Podium jest w zasięgu ręki! JASNY GWINT, dziewczyna
jest niesamowita! Zajmuje teraz pozycję trzecią!!!
Miałam wrażenie, że komentatorowi nie
trzeba było dawać w tym momencie żadnych głośników. Zerknęłam na stoper. Mieli
największe tempo ze wszystkich pozostałych wyścigów, więc Constanza ma szansę
zająć bardzo wysokie miejsce, jak na debiut. W końcu zaczerpnęłam powietrza,
czując jak moja klatka się zaciska. Przed nimi został tylko ostatni zakręt.
Najgorszy jaki mógł trafić się
Constazie. Ostry w lewo, a następnie stroma skarpa w górę, ostry zjazd w dół i
meta. Raptem 50 metrów, które zawsze były istnym piekłem. Żeby chociażby
utrzymać pozycję, nie może zwolnić, bo jej motor nie poradzi sobie z podjazdem
pod taką górkę po obniżeniu prędkości, a z kolei jak tego nie zwolni, prawie na
pewno musi zaryzykować skok. Robiła to przy mnie setki razy, nawet w bardziej
wymagającym terenie, tylko…
- Wariatka… - wydusiłam, widząc, że
przyjaciółka ani myśli o zwalnianiu. – Jedzie ile fabryka dała.
Teraz wszystko rozegrało się w ułamkach
sekund. Zakręt wyszedł jej perfekcyjnie, a my wyskoczyliśmy z wrzaskiem do
góry. Riccardo przyciągnął mnie do siebie ramieniem, drąc się ile wlezie.
Następnie Constanza wysunęła się na drugą pozycję na skarpie, po czym…
Jej koła oderwały się od ziemi, a ona
leciała i przez ten ułamek sekundy była
pierwsza. Z mojego gardła wydobył się zwycięski okrzyk, którego nawet nie
zdążyłam skończyć. Widziałam to w jej posturze. Że doskonale wie jak wylądować.
Następna chwila przeleciała mi przed
oczami, tak jakbym przeglądała osobne klatki jakiegoś filmu. Przednie koło
dotknęło ziemi. Coś strzeliło. Amortyzator nie wytrzymał, koło wypadło z osi, a
motor stracił swoją równowagę, lecąc w szaleńczym tempie do przodu. Constanza
nawet nie zdążyła wrzasnąć, trzymała się kurczowo kierownicy. Przekoziołkowała
do przodu, puszczając w końcu motor, który nadal posiadał ten sam impet.
Przeturlała się jeszcze kilka metrów jak szmaciana lalka, a maszyna zatrzymała
się w nieznacznej odległości od niej, sunąc po ziemi i wydobywając z siebie
iskry.
Mój zwycięski krzyk, zamienił się w
paniczny wrzask.
- CONSTANZA!!! – rzuciłam się przez
barierkę, ale Riccardo ostatkiem świadomości chwycił mnie ze wszystkich sił w
pasie. Ledwo zarejestrowałam, że jest blady jak ściana.
Nikt nie zatrzymał się obok niej.
Zawodnikom i tak zależało na czasie. A ona leżała tam całkiem sama. Nawet nie
drgnęła.
- CONSTANZA!!! – wrzasnęłam jeszcze raz,
wyrywając się Riccowi. Najwyraźniej poziom adrenaliny dodał mi sił, albo jego
osłabił szok. – CONSTANZA!!!
Przedarłam się bez problemu na tor,
nawet nie dałam się zatrzymać ochronie i biegłam na przełaj. Medycy również
zmierzali w stronę mojej przyjaciółki, ale mimo to biegłam dalej. Miałam tak
zdarte gardło, że ledwo wydobywałam z siebie jakikolwiek dźwięk.
Opadałam z sił. Nawet nie wiedziałam
dlaczego. Z daleka widziałam jak ratownicy ściągają ostrożnie kask z jej głowy,
a po skroni cieknie jej stróżka krwi. Zmusiłam się, by biec dalej. Głos
odmawiał mi posłuszeństwa, nie miałam siły zawołać, by zaczekali na mnie.
Przenieśli ją delikatnie na nosze i pędzi w stronę wyjścia. Nawet się na mnie
nie obejrzeli.
Nie miałam siły na łzy. Uczucie
wszechobecnej bezsilności zbiło mnie z nóg, a Riccardo dopadł do mnie w
ostatniej sekundzie, chwytając w ramiona.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz