10 maja 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 12 ~ Walka z czasem

Rozdział 12
Walka z czasem

Ciemność. To pierwsza rzecz jaką zauważam kiedy ponownie zaczynam kontaktować ze światem. Mam wrażenie jakbym dryfowała w pustce, nic nie odczuwając. Nie mogę drgnąć, otworzyć oczu, usłyszeć czegoś. Ogarnia mnie tak błogi spokój, że myślę, iż nie muszę nic robić. Wystarczy oddać się pustce. Zdaję sobie sprawę z wciąż rozchodzącego się po moim ciele zimna, które tamuje wszelki ból. Ból…
Przez pustkę przedziera się błysk klingi. Przypominam sobie wszystko. Zraniony prawy bok. Rozcięty policzek. Przecięte ramię. I długa szrama przez całą klatkę.
Serce łomocze mi jak szalone, a z umysłu zstępuje czarna pustka. Wspomnienia mojego życia atakują chmarami, tak jak kłębiaste fale rozbijające się o brzeg, porywając wszystko ze sobą z powrotem do morza. Do pustki.
Ładny domek niedaleko Parku Leśnego Higashitake, uśmiechnięci rodzice. Kolorowe ściany przedszkola. Długie, czarne warkoczyki Ami-chan. Mierzenie mundurka do podstawówki. Pierwsze wygrane zawody z pływactwa. Wycieczka do Hokkaido. Dołączenie do klubu koszykarskiego. Kolejne zawody. Skończenie szkoły podstawowej. Książki do gimnazjum.
Martwi rodzice. Bar w Ikebukuro. Katherine, Jiro, Aya. James. Wbiegający Tsuneari. Siedziba Kaminari. Treningi z Mako. Zabicie Yo Ito. Wyjazd Tsuneariego. Setagaya. Misja z zabiciem dilerów. Pościg Jishin. Walka.
Otwieram nagle oczy, pewna zobaczyć ostrze lśniące tuż nad moją głową. Do moich granatowych, jak nocne niebo oczu zakrada się zdziwienie. Wszystkie odgłosy są przytłumione, jakbym była pod wodą. Leżę na jakiejś jasnej, soczysto-zielonej trawie, a wokół mnie rosną drzewa, których gałązki lekko kołyszą się na wietrze. Głęboki błękit nieba aż hipnotyzuje, a promienie słońca przyjemnie ogrzewają. Nie czuję bólu.
Nie żyję?
- Ichigo – słyszę delikatny i czuły głos. Obracam głowę i widzę piękną dziewczynę. – Ichigo? – powtarza moje imię dźwięcznie. Chłonę jej rysy.
Długie, czekoladowe włosy opadają kaskadą na jeden bok, kiedy przechyla z gracją głowę. Ma lśniące zielenią oczy opatulone gęstymi rzęsami. Gładka, śniada cera bez jakiejkolwiek skazy. Od kobiety aż bije jasnością.
- Ichigo. – powtarza cały czas moje imię. Odwracam wzrok i zamykam oczy.  Czyli to tak wyglądają anioły, myślę. Już umarłam.
- Ichigo! – wykrzykuje anielica, kiedy tylko zamykam oczy. Ściska mnie za ramię, a przez moje ciało przetacza się fala bólu. Szok na nowo otwiera mi zmęczone oczy. Wszystkie dźwięki znowu do mnie dochodzą. Słyszę deszcz bębniący gdzieś koło mojej głowy, przejeżdżające samochody. Czuję zimno i przeszywający ból.
Otoczenie też się zmieniło. Teraz leżę na zimnej kostce brukowej, wokoło stoją mnie smutno-szare kamienice. A  nade mną pochyla się Ayako.
Zauważam, że ma łzy w oczach, jednak kiedy posyłam jej rozumne spojrzenie one znikają. Uśmiecha się krzepiąco i puszcza moje ramię.
- Ichigo – wymawia moje imię czule. Zaciska usta, choć drży jej podbródek. Jej warkocz cały się rozwalił, jest cała posiniaczona i mokra. – Ichigo – powtarza, a po jej policzku spływa pojedyncza łza. – Ichigo! – wykrzykuje cicho moje imię i rzuca się na mi na szyję. Z jej gardła wydobywa się łkanie, przerywane szczękaniem zębów. Jej słone, ciepłe łzy mieszają się z lodowatym, listopadowych deszczem. – Ichigo, Ichigo, Ichigo… - powtarza cały czas moje imię, coraz bardziej płacząc.
Trwamy tak przez dłuższą chwilę. Moje obrażenia pulsują nieprzyjemnie, ale nikłe ciepło jakie przekazuje mi Ayako wszystko rekompensuje. Mam ochotę się po prostu rozpłakać jak małe dziecko i wrócić do domu.
- Tak bardzo cię przepraszam… - mówi Ayako zdławionym głosem. – Nie powinnam… Nie… - odsuwa się i przeciera dłońmi zapłakane oczy. – Nie miałam prawa uciekać i cię tam zostawiać… To ja powinnam… - nie kończy i zasłania ręką usta. Wiem co chciała powiedzieć. ‘’To ja powinnam tam zostać’’
Chcę wyciągnąć rękę i poklepać ją po głowie, jednak nie mogę. Całe moje ciało drży od bólu i zimna, a najmniejszy ruch kosztuje mnie niewyobrażalnym wysiłkiem. Chcę jej powiedzieć dużo rzeczy: że to była moja decyzja, że to nie jej wina, że cieszę się z jej bezpieczeństwa. Że wszystko będzie dobrze. Jednak w mojej zaciśniętej krtani wydobywa się tylko jedno, pytające słowo:
- Żyję…? – wyduszam piskliwie. Ayako łapie mnie za zdrową dłoń i uśmiecha się blado. Jej oczy są bardziej szare niż zielone.
- Tak, Ichigo. – przytakuje, a w jej oczach lśnią znowu łzy. – Trójca za chwilę tu przyjdzie i wrócimy do domu. Do Kaminari. I wszystko będzie… - zaczyna coś gadać, bez ładu i składu zapewniając o różne rzeczy. Powoli coś mi świta. Ogarnia mnie zimno, wcale nie wynikające z temperatury. To bierze się z głębi serca. Przerywam przyjaciółce teoretyczny monolog.
- Nie przeżyję? – pytam zduszonym głosem. Dziewczyna ściska mnie za rękę, zamykając oczy i kręcąc głową. Nie wiem czy zaprzecza mojemu stwierdzeniu, czy usiłuje odgonić od siebie prawdę. Przełykam ślinę, zauważając, że drży mi podbródek.
- Ichigo – mówi Ayako, ale jej głos się załamuje. Bierze głęboki wdech, szukając słów. – Będzie dobrze. Musi być. – zapewnia cicho i chwyta moją dłoń drugą ręką.
- Nie mogę… zginąć. – mówię, jakbym zupełnie jej nie słyszała. – Zemsta. Moi rodzice… Muszę… ich… pomścić… - biorę krótkie urywane oddechy. Nie wiem czy po moich policzkach spływają łzy czy deszcz. Jest mi piekielnie zimno, a ból jest nie do zniesienia. – Nie mogę… - powtarzam, choć pragnę by wszystko to się skończyło. Każę sobie myśleć o zemście. Nie mogę tak po prostu zginąć.  
Słyszę jak ktoś wbiega w kałużę. Ayako się odwraca, a w jej oczach rozpala się płomyk nadziei. Wstaje i wykrzykuje imiona chłopaków. Macha zamaszyście ręką. Pośpiesza ich. Obraca się do mnie i posyła szczery uśmiech, który ma we mnie poruszyć nadzieję. Odpowiadam jednak na niego zamknięciem oczu, odpływając ponownie w pustkę.
***
Młody lekarz wchodzi do swojego gabinetu. Ściąga lekko zmoczoną od deszczu koszulę i zostając w czerwonym T-shircie, kieruje się zamknąć okno, przez które wdziera się deszcz i chłód. Wzdryga się lekko, kiedy dostrzega chłopaka rozciągniętego na kozetce. Nakrycie jest całe wymięte, a papier w paru miejsca naddarty. Będzie musiał to potem wymienić. Brązowowłosy rzuca mu zirytowane spojrzenie, starając nie pokazać po sobie zaskoczenia – mimo wszystko nie wyczuł wcześniej jego obecności.
- Jak nic ci nie jest, Tokaji, to wypad z gabinetu – rzuca, i ignorując czarnowłosego, siada do papierów leżących na biurku. – Urazy psychiki też zaliczam do ‘’nic nie bycia’’. – dodaje po chwili sarkastycznie. W odpowiedzi słyszy kpiące prychnięcie.
Ryutaro ignoruje młodszego kolegę, odwracając się ku dokumentom. Sięga po drogie pióro, stukając przy tym rytmicznie palcami po biurku. Spogląda na kartę. ‘’Seizo Suzuki’. Będzie musiał później sprawdzić jego opatrunki. Po kilku minutach pracy, czując cały czas na plecach czarne, przeszywające oczy chłopaka, odwraca się i mierzy go swoimi, brązowymi.
- Jak już zamierzasz tu leżeć to ściągaj buty. – kręci głową ze zrezygnowaniem, pozwalając by kilka brązowo-orzechowych kosmyków opadło mu na czoło. – Ale nie siedź za długo. Mogę mieć kogoś rannego…
- Będzie wojna, co nie? – czarnowłosy przerywa mu. Rzucają sobie przeciągłe spojrzenia. Ryutaro przez chwile dostrzega w bezdusznych oczach kolegi cień nadziei. Zastanawia się co odpowiedzieć. Nawet tak bezlitosna osoba jak Tokaji może bać się wojny. Wacha się czy nie udzielić nieprawdziwej odpowiedzi, jednak patrzy się na niego o sekundę za długo, a Tokaji sam domyśla się odpowiedzi.
- Czyli jednak… - mruczy do siebie. Podnosi się do pozycji siedzącej i przeciąga się, jakby nic go to nie ruszało. Ryutaro obserwuje jego luźne ruchy, starając wychwycić jakieś zdenerwowanie. Jednak kiedy Tokaji rzuca mu wyniosłe spojrzenie, mruży oczy z irytacją. Denerwuje go, że chłopak przyjął to tak spokojnie, nawet jeśli na nim samym też nie zrobiło to żadnego wrażenia. Czarnooki rozciąga usta w swoim typowym uśmiechu, przez który przechodzą ciarki po plecach.
- Będzie zabawa – prycha, uśmiechając się pod nosem. Ryutaro posyła mu pełne nienawiści spojrzenie. Już od długich lat daje mu wyraźne znaki co sądzi o jego sposobie bycia. Tokaji ignoruje spojrzenie i wstaje. Wsadza ręce w kieszenie jeansów i odwraca głowę w stronę starego kumpla, jakby oczekując odpowiedzi na jego wcześniejsze słowa. I owszem, lekarz już otwiera usta by pouczyć bezskutecznie czarnowłosego, ale niedaleko rozlega się krzyk.
- Ruszyć dupy, wy lenie patentowane! Co mnie obchodzi, że jesteście po misji i leje deszcz! Na salę treningową! Bez pytań! Ogłaszamy nieoficjalnie stan najwyższej gotowości!!!
Ryutaro i Tokaji rzucają sobie rozumne spojrzenie, po sekundzie wybuchając urywanym śmiechem, a po chwili cichnąc i poważniejąc.
- Najwyraźniej Adachi-san już się ogarnęła, panie psychologu – rzuca kpiąco Tokaji. – Jak myślisz da mi jakąś misję czy każe trenować?
- Jakbyś jej nie znał – odpiera tylko i odwraca się do papierów. – A teraz na serio wyjdź, bo będę mieć jakiegoś rannego nim skończę te…
- Dobra, dobra… - chłopak przerywa mu i kieruje się do drzwi. Garbi się, a ręce ma wciśnięte w kieszenie spodni – znak, że wszystko ma gdzieś i, i tak zrobi co chce. Otwiera teatralnie drzwi, a stając w progu, odwraca się, przypominając sobie jakąś ważną informację. – W ogóle w Setagayi jest jakaś akcja. No wiesz, tam z Ichigo i kurduplem. Posłali nawet Świętą Trójcę jako posiłki. – Ryutaro odwraca się gwałtownie w kierunku Tokajiego, z szeroko rozwartymi oczami. Kiedy czarnowłosy upewnia się, że zainteresował starszego kolegę, odwraca się ponownie i rzuca tylko: - To ja lecę.
Ryutaro zaciska dłonie w pięści, zrywając się na równe nogi. Cisną mu się różne przekleństwa na usta, jednak nie wymawia żadnego by nie dać Tokajiemu satysfakcji. Jest na niego wściekły za zatrzymanie tak ważnej informacji przez tak długi czas.
Od dłuższego czasu zastanawia się jaki tak naprawdę jest Tokaji. Tsuneari od samego początku nazywa go swoim przyjacielem, jednak Ryutaro nigdy mu do końca nie zaufał. Te bezduszne czarne oczy i okrutny uśmiech. To bezlitosne postępowanie, mordowanie z uśmiechem. Ta ignorancja, nieposzanowanie towarzyszy. Cała ta postawa ‘zimnego drania’ go odstrasza. Jeżeli to jest prawdziwy Tokaji.
Jego rozmyślania na temat starego znajomego przerywa szczęk otwieranych drzwi, w których staje w nich Taki, z zaciapanymi deszczem i krwią okularami, trzymając się za ramię. Przez palce cieknie strużka krwi. Wyraz twarzy lekarza od razu łagodnieje, a tamten irytujący koleś zostaje odsunięty na drugi plan. Uśmiecha się do przyjaciela z troską w oczach.
- Co jest, Hideyoshi? Coś poważniejszego?
- Nie, nie, nie… - chłopak grzecznie zaprzecza, kręcąc głową i rozburzając przy tym miodowe włosy. – Chcę byś tylko mi to odkaził.
Ryutaro kiwa ze zrozumieniem głową, sięgając po wodę utlenioną. Rzuca zmęczone spojrzenie dokumentom rozrzuconym na biurku. Raczej nie jest dane mu je dzisiaj wypełnić.
***
Ayako klęczy na mokrym chodniku ściskając rękę przyjaciółki leżącej na ziemi. Podbiegają do niej Meiji i Jun. Dziewczyna nawet nie zauważa braku trzeciego z nich, rzuca im tylko zrozpaczone spojrzenie. Mężczyźni patrzą się po sobie, kiwając po chwili głową. Koichi schyla się, biorąc czarnowłosą na ręce, a Meiji podaje jej rękę, ciągnąc ją na nogi.
Dziewczyna patrzy się swoimi szarozielonymi oczami na bezwładne ciało Ichigo. Czuje ból w klatce, a oczy zachodzą jej łzami. Bierze urywany oddech, wiedząc, że nie zdoła dłużej powstrzymać płaczu. Mimo że Meiji ściska ją z otuchą za ramię, z jej gardła wydobywa się szloch. Zakrywa oczy dłońmi.
Gdyby nie jej głupi pomysł, żeby znaleźć sobie misję Ichigo byłaby cała. Gdyby nie jej nieumiejętność walki na krótki dystans. Gdyby nie jej słabość. Gdyby nie jej tchórzostwo.
To moja wina. Powinnam była tam zostać. Jak w ogóle mogłam uciec? Nawet jeśli Ichigo mi kazała to jest to zdrada. Jestem gorsza nawet od Tokajiego. Ichigo umiera przeze mnie. To ja powinnam…
- Wcale nie powinnaś teraz się wykrwawiać, Ayako-chan – mówi cicho Meiji. Dziewczyna podnosi na niego wzrok pełen bólu i rozpaczy. Czarnowłosy uśmiecha się smutno i tarmosi w przyjacielskim geście jej włosy. – To była decyzja Ichigo. Nie obwiniaj się.
- Ale… Ale ona przeżyje, prawda? – pyta dziewczyna zdławionym głosem. Mężczyzna opuszcza powoli rękę z jej głowy, smutniejąc na chwilę. Kiedy jednak zauważa przerażone, szarozielone oczy zdobywa się na słaby uśmiech.
- Straciła dużo krwi, ale… - Meiji urywa jakby nie wiedząc co powiedzieć. Sam nie może się zdecydować czy pocieszać młodą przyjaciółkę, dodając otuchy również sobie, czy podejść do sytuacji w bardziej chłodny sposób.
Pomiędzy trójką zapada martwa cisza, przerywana od czasu przez przejeżdżający w oddali samochód. Deszcz nasila się.
Koichi zaciska zęby mocniej, patrząc się na dwójkę przyjaciół patrzących się w przestrzeń. Ciało Ichigo prawie w ogóle mu nie ciąży, jednak je czuje. Odczuwa nikłe ciepło, nierównomierny, cichy oddech. Rzuca im oburzone spojrzenie, nie mogąc znieść ich pesymizmu, czując jakby z każdym ich oddechem ulatywała nadzieja.
- Nigdy… - zaczyna, ale urywa. Czuje gulę w gardle, nie wiedząc czy sam wierzy w to co mówi. Ayako i Meiji posyłają mu pytające spojrzenie. Brązowowłosy ściska mocniej czarnowłosą. – Nigdy nie można stracić nadziei, bez względu jak beznadziejna jest sytuacja. Nawet jeśli nie ma najmniejszej szansy musi zostać nadzieja. Bo bez niej nie znajdzie się wyjścia.
Ponownie zapada cisza, a Meiji jakby chce coś powiedzieć. Przerywa im jednak pisk opon. Wszyscy kierują zdziwione spojrzenia w kierunku zakrętu, a kiedy czarna toyota ledwo wyrabia się, czarnowłosy wali się otwartą dłonią w czoło.
- Dlaczego od razu nie domyśliłem się o co mu chodzi, gdy mówił, że ‘’załatwi transport’’? – mruczy do siebie. Ku jemu zdziwieniu dziewczyna zaczyna się śmiać. Uśmiecha się pod nosem.
Samochód zatrzymuje się pół metra przed nimi, hamując bokiem. Osuwa się szyba, a zza niej wygląda wyszczerzona morda Juna. Niebieskie oczy blondyna świecą z ekscytacji. Meiji otwiera Koichiemu drzwi, pomagając mu usiąść wraz z nieprzytomną dziewczyną na kolanach. Kiedy Ayako okrąża auto by usadowić się po drugiej stronie, czarnowłosy szepcze do przyjaciela:
- Masz plusa za mądrą gadkę.
W odpowiedzi słyszy prychnięcie i Koichi pokazuje mu język. Mężczyzna siada obok kierowcy i mimo wszystko zapina pasy. Jun rusza spokojniej, ze względu na leżącą Ichigo.
- A tak w ogóle… - zaczyna dziewczyna, odrywając się od zaplatania ponownie warkocza z mokrych, ciemnoczekoladowych włosów. – Jun, skąd ty wytrzasnąłeś to auto?
- No właśnie skąd? – dorzuca jeszcze Koichi, przechylając głowę w taki sposób, że dłuższe, brązowe włosy opadają mu na policzki.
- Mnie tam zastanawia skąd ty masz prawo jazdy – mruczy z przekąsem Meiji. Jun bębni palcami po kierownicy, nie odrywając niebieskich oczu od drogi. Wydyma policzki, licząc, że uniknie odpowiedzi.
- Jun? – czarnowłosy wypowiada z naciskiem jego imię. Blondyn kręci z zrezygnowaniem głową.
- Nie mam prawa jazdy. – twarze pozostałych bledną. – Ale spokojnie, jest bardzo podobnie jak w GTA. A jeśli chodzi o auto… - Jun urywa, jednak wzdycha z rezygnacją czując na sobie natarczywy wzrok Ayako. – Auto pożyczyłem. – Widząc miny swoich przyjaciół, krzywi się. – Spokojnie, obiecuję, że oddam!
Koichi i Ayako patrzą się po sobie, wybuchając po chwili śmiechem. Meiji podpiera głowę na ręce, w duszy pytając się czemu musi współpracować z takimi idiotami. Jun mruczy coś pod nosem i dociska pedał gazu.
Po kilku minutach wjeżdżają na autostradę. Kierowca przyśpiesza prawie do 200km/h, nie zważając na światła, przechodniów czy inne auta. W innej sytuacji zjechaliby go za nieprzestrzeganie prawa i zwracanie na siebie zbytniej uwagi, ale teraz walczą z czasem.
Koichi patrzy się na twarz młodej przyjaciółki. Mimo że jest blada i we krwi, wygląda tak spokojnie, jakby spała. Czuje ukłucie niepewności w sercu. Zdusza je od razu, rzucając spojrzenie Ayako. Od czasu jego drobnej przemowy w jej oczach jest jedynie pewność i determinacja. Tak samo jak u innych. Wszyscy są pewni, że odratują Ichigo. Ona na pewno nie umrze.

Na pewno. 

27 kwietnia 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 11 ~ Pojawienie się piorunów

Rozdział 11
Pojawienie się piorunów

Siedzę na parapecie, oparty o szybę. Przytykam głowę do okna, nasłuchując deszczu, mętnym wzrokiem obserwując mijających mnie ludzi. Z tej wysokości nikt mnie nie zauważa. Jakby mnie nie było.
Za dużo myślę.
Wzdycham i poprawiam się. Kieruję wzrok na sufit, jednak po chwili zmuszam się by spoglądać przez okno. Wyszukuję jakichś podejrzanych ruchów, zachowań. Czegokolwiek. Kogokolwiek. Byleby tylko zacząć działać.
Deszcz nasila się, a ludzie przyśpieszają kroku, niektórzy wyjmują parasole. Zwyczajna ulica. Zwyczajne osoby. Nic co mógłbym uznać za niebezpieczne. Kątem oka zauważam wzmagający się wiatr, poruszający gałęziami drzew. Ponownie wzdycham.
- Ciekawe czy u nich też pada deszcz… - mówię na głos, wzdrygając się. Dźwięk własnego głosu we wszechogarniającej ciszy jest nieprzyjemny. Rzucam jeszcze pobieżne spojrzenie ulicy, po czym zeskakuję z parapetu, przeciągając się przy okazji.
Obrzucam wzrokiem pomieszczenie. Jedno okno, spróchniałe drzwi, żarówka zwisająca z sufitu. Białe ściany z licznymi przeciekami. Trzeszcząca podłoga, na której leży futon. Nieduży blat z mikrofalówką, obok stoi niska lodówka. Jedyna ozdoba to źle chodzący zegar.
Tik-tak. Tik-tak.
Zastygam na moment, zamykając oczy. Ta pustka jest dla mnie zbyt przytłaczająca. Zasikam dłonie w pięści aby się nie trzęsły.
To tylko tymczasowe. Tymczasowe. Za niedługo wrócę.
Opadam na futon, chowając głowę w kolanach. Oddycham ciężko, przechodzą mnie dreszcze. Zaciskam oczy by ustrzec się od koszmarnych obrazów przepływających przez mój umysł. Całkowicie pusty pokój. Liścik. Garść drobnych. Samotność.   
Weź się w garść.
Rozlega się dzwonek telefonu. Od razu kieruję na niego zdziwiony wzrok. Spodziewam się nazwiska szefa, a kiedy widzę ‘Omitsu Adachi’ przez myśl przebiega mi chęć odebrania. Szybko tłumię ją w sobie. Kiedy muzyka cichnie, ekran się wygasza, a cały pokój pogrąża się w ciemności deszczowych chmur. Po chwili jednak słyszę głos.
- Halo? – rzuca kobieta pytająco. – Nie wiem co się dzieje, ale powinieneś się z nami kontaktować. – mówi na samym początku. – Wiem, że przez miesiąc nie ma żadnego progresu, ale… - urywa, jakby szukając słów. – Ale musisz być cierpliwy. Nie możesz teraz wrócić. – mówi stanowczo. Podnoszę głowę i spoglądam na telefon. Omitsu bierze głęboki oddech. Po moich plecach przebiega dreszcz, jakby na znak złej wiadomości. Nim usłyszę wyjaśnienie, rozszerzam oczy z przerażenia. – Chyba wybuchła wojna, Tsuneari.
Wiadomość się kończy. Nie ruszam się, drżąc na całym ciele. Łapię się za głowę, patrząc się przez palce. Wiem, że moje ciemnobrązowe oczy są rozszerzone z przerażenia. Serce mi łomocze.
Wojna.
Opadam na futon, patrząc się pusto w sufit. Niebieskie, inteligentne oczy, które tracą życie. Kasztanowłosą dziewczynę umierającą w ramionach długowłosego mężczyzny. Rudowłosą kobietę, która od tamtej pory się nie uśmiechnęła. Lekarza z krwią na rękach.
Ostatnia bitwa przyniosła wiele śmierci, krwi i łez.
Teraz nadciąga kolejna.
Biorę głęboki oddech, zrywam się na nogi. Przewieszam sobie pochwę z mieczem przez ramię. Jeśli sytuacja się nie rozwija, sam ją sobie rozwinę.
***
Mężczyzna stoi przy samym rogu budynku, blisko wylotu z zaułka. Oddycha miarowo, mimo iż ubranie mokre od ciągłego deszczu obkleiło całe jego ciało, wprowadzając chłód. Nie zwraca uwagi na mijających go ludzi, cały czas nasłuchując.
- Twoje postępowanie jest podejrzane.
Po głosie rozpoznaje 18-latka z Harikenu. Matsuki Daishi.
- Może i jest, ale mam własne powody.
- Nie interesują nas twoje powody. Masz nas natychmiast przepuścić. – W stanowczym dziewczęcym głosie rozpoznaje Suzuko Ashidę. Jeśli jest ona, obok na pewno stoi jej młodszy o rok brat – Satoru. Kim więc jest 4 osoba?
- A jak nie przepuszczę? – rzuca kpiąco.
- Jak nie… - Koichi upewnia się, że to Satoru. Słyszy dźwięk wysuwanego ostrza. Kręci z rezygnacją głową. Wolałby by nie doszło do walki.
- Spokojnie, spokojnie… Wyświadczam przysługę staremu znajomemu.
- Skończ pieprzyć. – warczy dziewczyna. – I tak tylko obserwujemy.
- I dlatego grozicie mi mieczem? – Koichi powstrzymuje się by nie parsknąć śmiechem. Od razu poważnieje, jeszcze bardziej się przybliżając.
- Nie gadaj głupot, Kuno. – Matsuki wraca się do niego po nazwisku. – Satoru, schowaj broń. – rozkazuje stanowczo koledze. – Nie igraj z Hariken, nie radzę.
Koichi rozszerza oczy ze zdziwienia. Czyli on nie był z Hariken? Więc nie wszyscy z Jishinu pobiegli za dziewczynami. W takim razie dla kogo byłoby przysługą zagadanie tej trójki? Na pewno nie dla nich, bo Jishin woli rozwiązania natychmiastowe. Czyżby… dla Kaminari?
Brązowowłosy kręci głową. To niedorzeczne.
- Ty… - mężczyzna mógł przysiąc, że czuje wzrok jakim obrzuca go Suzuko. – Oni nie wiedzą, gdzie jesteś, prawda?
- Poniekąd. – odparł luzacko. Kim on jest? - Możecie wracać do domu.
Trójka przyjaciół patrzy się po sobie. W sposobie bycia tego chłopaka było coś podejrzanego. Żadne z jego działań nie dawało jasnego światła na obrót sytuacji. Matsuki w końcu westchnął cicho, kręcąc głową.
- Niech będzie – mówi jak gdyby nigdy nic. Koichi prawie wychyla się by upewnić się, że to ten sam Matsuki Daishi co zawsze. Mężczyzna nie chce uwierzyć w tak łatwe zrezygnowanie, nawet na człowieka dla którego wszystko jest upierdliwe. – Satoru, Suzuko, idziemy. – odwraca się, wchodząc w cień uliczki. Dziewczyna podąża za nim niepewnie. Chłopak tasuje członka Jishinu swoimi bursztynowymi oczami. Rzuca coś cicho, tak że Koichi nie rozpoznał słów, po czym rusza szybkim krokiem za przyjaciółmi.
Mija parę minut, Hariken się oddala. Brązowowłosy ma mętlik w głowie, nie rozumiejąc nic. Matsuki nigdy by nie zrezygnował. Nie, ta trójka by tak łatwo nie popuściła. 2 lata temu prawie doszło przez ich upór do bitwy, a i tak nie chcieli odpuścić. Kim był ten facet? Jakie ma zamiary?
Miał już powoli się wycofywać by dołączyć do Juna i Meijiego, ale zatrzymało go pytanie, które zamroziło mu krew w żyłach:
- Pokażesz się w końcu, zabójco z Kaminari?
Koichi zastygł w pół kroku, marszcząc brwi. Dłuższe, brązowe włosy opadły mu na twarz, przysłaniając oczy o podobnym odcieniu. Przestał oddychać, czekając w napięciu.
- I tak wiem, że tam jesteś.
Mężczyzna prostuje się. Sięga przez ramię i płynnym ruchem dobywa ostrza. Kiedy już ma ruszyć na wroga, zatrzymuje się. Jak długo tamten zdaje sobie sprawę z jego obecności? To samo daje już dużo do myślenia, a zuchwalstwo by kazać pokazać się szpiegowi, narażając się na walkę jest podejrzane. Za jak silnego on się uważa?
- Śpieszy mi się, nie wolałbyś dołączyć do swoich kumpli?
Koichi zaciska zęby, uspokajając oddech i tętno. Ściska mocniej rękojeść, kiwając do siebie głową na znak rozpoczęcia po czym skręca gwałtownie w zakręt. Jeden krok. Przygotowuje się do zamachu. Drugi. Mężczyzna rozszerza oczy ze zdziwienia. Trzeci krok. Koichi bierze zamach, pewien, że pojedynek skończy się bez walki.
- Mam cię – rzuca cicho, z triumfalnym uśmieszkiem. Słysząc szczęk metalu, na twarz wstępuje mu wyraz niedowierzania. Facet blokuje jego cios od niechcenia. Koichi mruga kilka razy, upewniając się, że to prawda. Po chwili otrząsa się z szoku i odskakuje na kilka kroków.
- No, w końcu się pokazałeś. – rzuca nieznajomy. Koichi przybiera pozycję do ataku, ale on chowa miecz i szybko podnosi dłonie do góry. – Spokojnie, spokojnie, spokojnie, spokojnie! – Koichi patrzy się na niego jak na debila. Prostuje się, opuszczając przy tym miecz. Obserwuje człowieka stojącego przed nim.
Na oko jest może w wieku Ryutaro. Jest jednak dużo wyższy od lekarza, prawie dorównujący mu wzrostem. Jego czarne włosy, rozwichrzone na  wszystkie strony, opadają na ramiona, nadając mu wygląd gwiazdy rocka. Mimo sympatycznego uśmiechu i delikatnych ruchów w jego oczach jest coś niepokojącego. Są w odcieniu złota i patrzą się na niego z dozą podziwu. Jednak jeśli on patrzy się w nie, czuje jakby tonął. Inną cechą charakterystyczną jest srebrny kolczyk w dolnej wardze, pobłyskujący złowrogo.
Koichi usiłuje przypisać jego wygląd do jakiegokolwiek opisu przeciwników. Marszczy brwi sfrustrowany, nie mogąc go z nikim skojarzyć. Przybiera groźną minę i obrzuca go morderczym spojrzeniem. Ten jednak nie reaguje na nie, dalej się uśmiechając.
- Kim jesteś? – warczy do niego lodowato. Chłopak nadal gestykuluje rękoma uspokajająco, w geście poddania. Uśmiecha się czarująco, kłaniając się lekko.
- Ryuji Kuno. Z Jishinu. – na nazwę organizacji, Koichi znów jest gotów poderżnąć mu gardło bez mrugnięcia okiem. – Spokojnie, spokojnie, nie jestem tu by walczyć. Chociaż walka z jednym z ‘Trójki’ byłaby intrygująca… - dorzuca cicho, przybierając przerażający wyraz twarzy. Koichi mimowolnie się wzdryga.
- Czego chcesz? – zadaje kolejne pytanie, już trochę spokojniej. Ryuji z powrotem ma życzliwy wyraz twarzy.
- Jak już słyszałeś, Koichi-sama, wyświadczam przysługę staremu znajomemu. Może to trochę dziwne, ale jeśli ci się śpieszy to nie mam zamiaru walczyć. Chcę jedynie wrócić już do naszej siedziby i cieszyć się tym dniem. – przeciąga się leniwie, a jego złote oczy błyskają w ciemności. – Jakoś nie uważam mordowania dziewczynek za romantyczne.
Koichi patrzy się na niego jak na wariata. Stara się nie brać jego słów do siebie, ani ich nie interpretować. To tylko jakiś dzieciak ze zrytą psychiką. Ryuji jakoś nie oczekuje odpowiedzi i mija go spokojnie.
- Nie mam nic do was, Kaminari – rzuca i odchodzi. Koichi w pierwszej chwili chce za nim pobiec, śledzić go, jednak przypomina sobie o założeniu misji. Jun i Meiji mogą potrzebować wsparcia. Tego typa można sprawdzić później.
Poprawia kaburę z mieczem i rusza biegiem w stronę Parku Unane.
***
Drobne ciało dziewczyny leży na ziemi, obmywane z krwi strugami deszczu. Powieki przysłaniają oczy w odcieniu nocnego nieba, a klatka unosi się i opada nierównomiernie. Z otwartej rany na brzuchu sączy się krew.
Takahiro podtrzymuje swojego rannego bliźniaka i ze spuszczonymi głowami patrzą się na ciało Ichigo. Dziewczyna, straciwszy dużo krwi, zemdlała. Jej spokojna twarz, jakby nieświadoma czyhającego niebezpieczeństwa była okryta błogim spokojem. Wyglądała teraz na starszą. Takahide rozmył się wzrok, choć został przez nią zraniony. Mimo wszystko to jeszcze dziecko.
Nad ciałem stoi wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Tlenione włosy oblepiają mu twarz, okalając bezlitosne błękitne oczy oraz triumfalny uśmiech. Prychnął, po chwili śmiejąc się głośno. Bliźniacy popatrzyli się po sobie ze zrozumieniem. Skrycie obrzucili swojego dowódcę spojrzeniem pełnym odrazy.
- No i co mi teraz zrobisz, co? – Shigeo prycha ponownie, kpiąco patrząc się na nieprzytomną Ichigo. – Nic już nie zrobisz, suko. – zniża głos, a rudych mimowolnie przechodzi dreszcz. Takahiro odmawia krótką modlitwę, tak jak za każdym razem, kiedy kogoś zabijają. – To za mojego ojca, Kanegawa – rzuca jeszcze cicho i bierze szeroki zamach.
Przez jego twarz wędruje szaleńczy uśmiech, a we wcześniejszych bezlitosnych oczach jest jedynie mord. Napina wszystkie mięśnie, wkładając całą siłę w ten cios. Opuszcza miecz, ze świstem tnąc powietrze.
Kiedy ostrze mknie ku bezbronnej, nieprzytomnej dziewczynie, Jishin jest pewny swojej wygranej. Jednak kiedy słychać głośny zgrzyt metalu o metal, a miecz Shigeo, robiąc wcześniej obroty w powietrzu, spada z głośnym brzękiem na ziemię, bliźniacy podnoszą zdziwieni głowy. Na twarzy błękitnookiego maluje się najpierw niedowierzanie, a potem zimny gniew.
- Łapy. Przecz. Od. Ichigo-chan. – cedzi przez zęby Meiji. 25-ciolatek, posławszy broń przeciwnika kilka metrów dalej, kieruje swoje ostrze w stronę gardła wroga. Stoi metr za nim, skorzystawszy z rozproszenia związanego ze zbytnią pewnością siebie. Nachyla się lekko i szepcze do uszu mężczyzny. – Zarżnę cię gołymi rękoma, Taichi.
Na dźwięk swojego nazwiska mężczyzna spina się. Zwija dłoń w pięść i ryzykując ciętą ranę, odwraca się zwinnie, celując w głowę Meijiego. Tamten jednak spodziewając się gwałtownej reakcji, blokuje od niechcenia cios. Ich oczy się krzyżują. Bezlitosny, przeszyty szaleństwem, błękit oczu Shigeo oraz piwne, pełne nienawiści i odrazy, inteligentne oczy Meijiego. Shigeo góruje nad nim wzrostem jak i umięśnieniem.
- Meiji! – rozlega się cichy okrzyk Juna. Wszyscy kierują wzrok w stronę najmłodszego spośród nich. Bliźniacy dopiero teraz zdali sobie sprawę, że blondyn stoi za nimi, celując sztyletami w ich głowy. Takahiro od razu chce sięgnąć po miecz, jednak czując ukłucie, zamiera. – Nie tak prędko, Takahide.
- To ja jestem Takahide, Jun-kun. – oznajmia ranny bliźniak. Jun obdarza obu sfrustrowanym spojrzeniem.
- Mniejsza z tym! – przytyka sztylet również do głowy Takahide. – Jeden podejrzany ruch, a wytnę wam mózgi! – bulwersuje się chłopak. Jego sterczące blond włosy opadają mu na niebieskie oczy.
Meiji kręci głową z dezaprobatą. Błyskawicznym ruchem chowa miecz do pochwy, po czym tą samą ręką chwyta nadgarstek Shigeo. Nim tamten zdąży zareagować, czarnowłosy stosuje dźwignię i wprawnym ruchem przerzuca go przez ramię. Upadając na chodnik, mężczyzna wydaje stęknięcie.
- Możesz sobie być nawet tym pieprzonym zastępcą, Taichi – każde słowo cedzi przez zaciśnięte zęby, przepełniając je trucizną. – Zabiję każdego kto skrzywdzi moich towarzyszy. – ton jego głosu, zazwyczaj wesołego i ciepłego, powoduje ciarki.
- Przerażający – mruczą w tym samym momencie bliźniacy i Jun. Blondyn od razu na siebie warczy, zwalczając chęć by przesunąć dłonie do przodu o kilka centymetrów, zadając cios w punkty witalne rudzielców.
Kiedy umięśniony mężczyzna chce się podnieść, Meiji od razu podsuwa mu ostrze pod gardło. Nikt nie zdążył zorientować się kiedy ponownie go wyciągnął.
- Ani drgnij. – rozkazuje, wyciągając otwartą dłoń wysoko nad głowę. Porusza ustami, licząc sekundy. Po około minucie czekania w napięciu, mruży piwne oczy. – Koichi się nie wyrabia? – mruczy. Jak na zawołanie z ulicy zza nich wypada mężczyzna. Dłuższe, brązowe włosy oblepiają mu twarz.
- Na rozkazu, szefuńciu! – woła, wpadając jak burza pomiędzy wrogów. Zatrzymuje się przy leżącej czarnowłosej. Kuca, odgarniając czule włosy z jej twarzy, po czym zaciska zęby i rzuca nienawistne spojrzenie w stronę Shigeo.
- Powinieneś go zabić, Meiji. – cedzi.
- Ruchy, Koichi. – mówi spokojnie czarnowłosy, nie odrywając opanowanego wzroku od błękitnookiego. Mężczyzna patrzy na przyjaciela, wzdychając krótko. Schyla się i bierze na ręce dziewczynę. Jej wiotkie ciało, zimne i mokre od deszczu i krwi, niknie w jego ramionach. Rzuca przelotne spojrzenie Junowi.
- Nie śpieszcie się. – uśmiecha się przyjacielsko. – Też chcę się trochę zabawić. – Jego twarz przybiera przerażającą maskę, która niknie, kiedy ściska dziewczynę. Kiwa głową Meijiemu i zaczyna biec przed siebie.
Czarnowłosy czeka aż przyjaciel zniknie za zakrętem i odsuwa miecz od gardła wroga. Tnie wprawnie 2 razy powietrze, po czym chowa broń do pochwy. Kiwa głową w stronę blondyna. Jun kilkoma zwinnymi ruchami przemierza niepostrzeżenie do towarzysza. Takahide obraca się zdziwiony, w ogóle niezdający sobie sprawy z poczynań wroga. Obrzuca Juna podejrzliwym spojrzeniem.
Shigeo podnosi się z godnością, cały czas bijąc się wzrokiem z Meijim. Mężczyźni śledzą każdy, najdrobniejszy ruch. Błękitnooki podchodzi do swojej broni, leżącej kilka metrów dalej. Podnosząc ją, obkręca ją tak, by zobaczył w niej swoje odbicie. Zastyga na chwilę, zastanawiając się nad dalszym postępowaniem.
- Nawet o tym nie myśl, Taichi – mówi szorstko Meiji. Zabójcy stoją z założonymi rękoma, prawie stykając się ramionami. Zdrowszy bliźniak sięga przez ramię po miecz. – Mówię serio. Weasleyowie są ranni, a ty jesteś jeden. Decyzja jest prosta. – rzuca mu wyzywające spojrzenie, ale Shigeo nie ugina się pod nienawiścią w nim zawartą. Patrzy się śmiało w piwne oczy Meijiego. – Honor albo życie.
Mężczyźni mierzą się wzrokiem. Bitwa spojrzeń wyraża więcej niż słowa. Shigeo w końcu odchyla głowę do tyłu, uśmiechając się.
- Czemu Ryuji zawsze działa na własną rękę, co? – mamrocze pod nosem. Jun już miał rzucić kąśliwą uwagę, ale rozległ się dzwonek. Bliźniacy popatrzyli się po sobie pytająco. Shigeo prycha, z irytacją odbierając telefon. Słucha przez chwilę, rzucając ukradkowe spojrzenia w stronę zabójców z Kaminari. Na końcu uśmiecha się kpiąco i rozłącza się. – Heheheh…
- Nie rżyj. – mówi zniecierpliwiony Jun. Wszyscy patrzą się na niego ze zdziwieniem, włącznie z jego przyjacielem. – Ogarnijcie się w końcu, nie mam zamiaru sterczeć tu godzinami. W deszczu.
- Takahiro, Takahide. – mówi poważnie Shigeo, nadal mierząc się wzrokiem z Meijim. – Zbieramy się. – chowa miecz do pochwy, zakładając potem ręce. Podnosi pytająco brew, spostrzegając nadbiegającego bruneta. – Moja zemsta tylko się odwlecze. Za niedługo znów skrzyżujemy ostrza, Meiji.
Cała trójka odwraca się i odchodzi. Błękitnooki, choć cały czas zachowywał się z godnością, jest spięty, a ręce zwinął w pięści. Idzie szybkim krokiem, zostawiając w tyle wleczące się rodzeństwo.
‘Święta Trójca’ stoi obok siebie nic nie mówiąc. Odprowadzają wzrokiem morderców z Jishinu, myśląc o słowach Shigeo.
Znów skrzyżujemy ostrza.
- Jun, Koichi – mówi Meiji. Jego głos powoli wraca do normalności, a piwne oczy są pełne wesołości i życia. – Wracamy.
- Tak jest. – oznajmia leniwie Jun i ruszają do umówionego miejsca. Koichi zostaje osłupiały w tyle, jeszcze dysząc po biegu. Spogląda na dwójkę przyjaciół z rozpaczą w brązowych oczach, wskazując przy okazji na wrogów.
- No chyba nie. – mówi z niedowierzaniem. – Ale przecież…
- Koichi, ogarnij się – rzuca Meiji przez ramię. Jego piwne oczy śmieją się. – Mamy ważniejsze sprawy na głowie.
- Zostawimy cię jak się nie ruszysz. – dodaje Jun.
Brunetowi opadają ręce, spuszcza głowę. Przeczesuje jednak swoje długie włosy i kieruje się szybkim krokiem za dwójką towarzyszy.   
__________________________________________________________________

Witajcie!
Jednak udało mi się skończyć rozdział przed końcem miesiąca. Pojawia się ponownie Tsuneari <w końcu>. No i jakoś tak ominęłam perspektywę Ichigo. W sumie na początku miała się budzić w tym rozdziale, ale tak jakoś zeszło na 7 stron i będzie w kolejnym :D
Pozdrawiam <3

19 kwietnia 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 10 ~ Brzęk ostrzy

Rozdział 10
Brzęk ostrzy


Wychylam się ostrożnie, rzucając ukradkowe spojrzenia na mijających nas ludzi. Część nie zauważa dwóch dziewczyn skrytych w cieniu budynków, a inni posyłają nam lekko zdziwione spojrzenia, po czym tracą zainteresowanie i wymazują nas z pamięci, zajęci swoimi sprawami. Niezdający sobie sprawę jak blisko są zderzenia z ‘drugim światem’.
Kiedy nie dostrzegam znajomych twarzy z Jishinu, lekko rozluźniam mięśnie, odprężając się. Mimo, że zdaję sobie sprawę, że to niezbyt mądre kiedy muszę być w każdej chwili gotowa do walki, zwłaszcza z dużo silniejszym przeciwnikiem. Jednak kiedy Ayako oznajmiła iż wyślą do nas posiłki, poczułam znaczną ulgę, a niewyjaśniona chęć rozlewu krwi została zagłuszona.
Dziewczyna macha w moją stronę ręką, nakazując bym się zbliżyła. Rzucam jeszcze badawcze spojrzenie przechodniom i zastygam na moment widząc rudą czuprynę. Kręcę głową i szybko chowam się do cienia.
- Nie oglądaj się. – rzuca cicho dziewczyna na sam początek. – Meiji i reszta już są. – oznajmia, ale poważny wyraz jej twarzy nie zapowiada nic dobrego. Prostuję się, znów napinając wszystkie mięśnie, gotowa by zacząć walczyć.
- Gdzie teraz są? – rzucam na sam początek, jakby niedbale. Ayako kieruje wzrok za mnie.
- Za gzymsem dachu na budynku przed nami. – oznajmia. Zwalczam pokusę by się nie odwrócić. – Tylko, że…
- Jishin nas namierzył, prawda? – przyciszam swój głos do minimum. Moje granatowe oczy wyglądają jakby ktoś zamroził noc. Ayako kręci głową.
- Nie do końca. – odpiera, wyłamując sobie palce ze stresu. – Są na tej ulicy, ale nie wiedzą gdzie my jesteśmy, ani że Meiji, Koichi i Jun tu są. – mówi dalej. Wiedziałam, że nie pomylę tych rudzielców, myślę. Zauważam też, że Ayako lekko drży. Jestem ciekawa czy to z zimna, emocji lub raczej ze strachu. We mnie uderza jedynie adrenalina na zmianę ze stoickim spokojem.
- Chodzi o to, że mamy towarzystwo. – dodaje słabym głosem. Zastygam na ułamek sekundy, przestając myśleć. Mimowolnie kieruję spojrzenie na 3 nastolatków, którzy wydawali mi się znajomi. Moje spojrzenie krzyżuje się na chwilę z bursztynowymi oczami blondyna.
- Hariken – wypowiadam cicho. Przechodzą mnie dreszcze i z zdziwieniem stwierdzam, że to z podniecenia niż ze strachu. Chcę z nimi walczyć. Muszę. Ayako patrzy się prosto w moje świecące z emocji oczy. Jej szarozielone oczy są stanowcze, całkowicie odbiegając od jej mizernej postury i drżących warg.
- Szczerze to mogłabyś z nimi walczyć. – mówi ku mojemu zdziwieniu. Chcę się odezwać, jednak dziewczyna ciągnie dalej. – Jednak jesteśmy przyjaciółkami, dlatego nie mogę pozwolić ci zginąć, jasne? – kończy, ściskając mnie za ramię.
Mimowolnie odwracam wzrok i niechętnie przytakuję. Ayako chce mnie jedynie chronić, chyba lepiej zdając sobie sprawę co przeżywa teraz moja psychika niż ja. Na zmianę czuję żądzę krwi i przerażenie. I wiem, że gdyby mi pozwoliła wybrałabym walkę, pomimo braku szans. Moje ciało pali się do starcia, jednak powtarzam sobie, że zginę od razu i nie dopełnię zemsty.
Zemsta. To mój jedyny cel. Tylko i wyłącznie zemsta.
- Więc jaki mamy plan? – pytam tylko,  a widząc uspokojoną twarz Ayako, mimowolnie czuję ciepło na sercu. Nadal nie wiem jak ona przez tak długi czas zachowała tyle emocji, gdy ja w przeciągu kilku miesięcy, walczę zażarcie o każdy przejaw zwykłych emocji.
- Nie wiemy czy Hariken się zaangażuje. Mamy 30% szans, że wyminiemy się z Jishinem, ale drogę zajdzie nam Hariken. Jest też możliwość, że obie organizacje zaczną walczyć ze sobą, ale po naszej wcześniejszej misji to wykluczam. – dziewczyna pobieżnie przekazuje mi najważniejsze informacje. – Plan mamy od Głównego Stratega, Uetake. Według niego musimy odciągnąć ich od zaludnionych ulic, by zmniejszyć prawdopodobieństwo wezwania policji. Na znak wybiegniemy stąd i pognamy tak prędko jak się da na ulicę Y. Chłopaki kryją nam tyły. Jeśli rozegramy to szybko, zwiniemy się bez konfrontacji z Jishinem i Harikenem. Ale jeśli nie to… - urywa w połowie, pozwalając bym sama sobie dopowiedziała koniec zdania. Kiwam głową, rozumiejąc sens planu. Mimo iż obecnie mamy przewagę, 4 dorosłych mężczyzn nie należy do najłatwiejszych do pokonania.
- Dobra, może być. – stwierdzam i szukam wzrokiem gzymsu. Dostrzegam tlenione, blond kosmyki Juna i oczekuję znaku. Ayako również podnosi głowę, czekając. Kątem oka dostrzegam jej psotny uśmiech.
- Nie może być. Musi być. – prycha. Uśmiecham się, uspokojona rozluźnieniem przyjaciółki. Nie zbyt dobrze byłoby z przerażoną Ayako. Staram się ignorować mocno zaciśnięte pięści dziewczyny.
Po kilku sekundach zdających się być wiecznością, znad gzymsu wychyla się Koichi. Napotyka nas wzrok i w jakiś krzepiący sposób kiwa nam głową. Po chwili wyciąga rękę z wyprostowanymi palcami. Na początku rzucamy sobie z Ayako pytające spojrzenie, jednak kiedy ugiął pierwszego palca, zrozumiałyśmy. Odliczanie.
Wypuszczam ze świstem powietrze.
Trzy.
Ayako coś mamrocze i głośno połyka ślinę. Od razu jednak nakłada maskę lodowatego spokoju.
Dwa.
Obie napinamy mięśnie gotowe do nagłego zrywu.
Jeden.
Mimowolnie proszę by doszło do starcia.
Start. Zrywamy się od razu i jak torpeda wypadamy z zaułka. Jezdnia jest mokra, ledwo wyrabiam się na zakręcie. Kątem oka dostrzegam ruch na dachu. Chłopaki też ruszyli. Przyśpieszam. Ayako gnana nagłym przypływem adrenaliny jest kilka metrów przede mną.
Wpadam na jakiegoś drobnego, niskiego szatyna. Jęczę, przypominając sobie o ranie, ale mruczę jakieś przeprosiny. Moje słowa jednak urywają się w połowie, kiedy nasz wzrok się krzyżuje. Od razu rozpoznaję najmłodszego z Jishinu. Tego, który nas nie zdradził. Tego, który teraz pokazuje mi język.
Wiem, że na mojej twarzy jest wymalowane przerażenie i przyśpieszam do granic swoich możliwości. Liczę sekundy, jednak nie słyszę pościgu. Dlaczego on…?
Słyszę przekleństwo Ayako, dostrzegając szefa całej bandy pędzącego po ukosie w naszą stronę z krótkim, niewidocznym mieczem. Dziewczyna skręca, a ja sięgam przez ramię po miecz. Shigeo Taichi mnie nie zauważył, a ja skorzystawszy z okazji, niezgrabnie wytrącam mu broń z dłoni, powodując nacięcie dłoni i długi lot ostrza. Nasze oczy spotykają się na moment. Moje puste, a jego przepełnione wściekłością. Mężczyzna jednak zatrzymuje się, wracając po broń. Zrywam się w stronę przyjaciółki, łapiąc ją za rękę i odciągając w najbliższy zakręt.
- Co ty…? – rzuca z oburzeniem, sapiąc. Widząc jednak moją zdeterminowaną minę urywa w połowie, oczekując wyjaśnień.
- On się odwrócił, a ja skorzystałam z okazji by umkną im na moment. To gdzie miałyśmy się kierować?
- Jesteśmy przy szpitalu Tamagawa… Park Unane… - rzuca Ayako. Kiwam głową i przyśpieszam. Wypadamy z ciągu ulic na pustą drogę.
Znajome otoczenie przyprawia mnie o nagły zawrót głowy. Przez lata bawiłam się w pobliżu tego parku, chociaż mieszkałam nieopodal Parku Leśnego Higashitakane. Dom, szkoła, przyjaciele. Czuję, że w oku zakręciła się łza, a ja łapię drżąco powietrze. Przed oczami stają mi moi starzy znajomi. Od pamiętnego wieczora ich nie widziałam. Na pewno się zamartwiali, a teraz sądzą, że nie żyję. Powinnam…
Do porządku sprowadza mnie kolejny napływ deszczu, tnąc mi w oczy. Daleko za sobą słyszę tupot. Czyli już wybiegli. Mimo wszystko nasza przewaga jest znacząca, choć teraz liczą się sekundy. Obracam się i widzę Shigeo i jednego z rudych bliźniaków. Młody nawet nie majaczy się w oddali. Z początku chcę odetchnąć z ulgą, ale przychodzi mi na myśl coś innego. Blednę, zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Czując, że muszę ostrzec Ayako, obracam się i na nią wpadam.
Dziewczyna jest wyprostowana jak struna. Oddycha ciężko, naprężając wszystkie mięśnie przy napinaniu łuku. Z jej oczu odpłynął szary odcień, pozostawiając dziką zieleń. Na twarzy maluje jej się spanikowanie. Celuje drżącą ręką do przeciwnika biegnącego do nas z przodu. Drugiego bliźniaka.
- Otoczyli nas – mówi jakby od niechcenia. Niestety wiem, że tylko sili się na spokojny ton,  w środku cały czas zwiększa się paniczny strach. Obracam się od niej, opierając się o jej plecy swoimi. Widząc wariackie oczy Shigeo, nieuchronnie się do nas zbliżającego, czuję narastające przerażenie. Jednak wyczuwszy drżenie ciała dziewczyny, lodowacieję w ułamku sekundy. Muszę być silna. Tak jak nielicznych wcześniejszych misjach. Muszę walczyć. To ja jestem szermierzem, nie Ayako.
- Tak w ogóle, Ayako – zagaiłam. – Czemu akurat łuk?
- Heheh – koleżanka zaśmiała się krótko w odpowiedzi, drapiąc w tył głowy. – Mam świetny wzrok i cel, a z moją siłą nigdy nie było najlepiej… - odwróciła wzrok, lekko się rumieniąc. – Nie miałam siły utrzymać miecza. Głupie, co nie?
Kręcę głową z powagą patrząc się w oczy brązowowłosej.
- Wcale nie. Bronienie kogoś z dystansu jest bardzo trudnym zajęciem. – mówię. – Uważam, że jesteś genialna, Ayako.
Przed oczami przebrnął mi tamten fragment naszej starej rozmowy. I zdaję sobie sprawę o co chodziło jej z określeniem ‘głupie’.  To nie było do ramowych misji, takich jak początek naszej, kiedy dziewczyna odwaliła połowę roboty, zestrzeliwując przeciwników i kryjąc mi plecy. Odnosiło się do właśnie takich momentów. Kiedy coś pójdzie nie tak, a ona nie może się bronić. Musi jedynie liczyć na towarzyszy.
Analizuję jeszcze przez moment wszystko. Jej charakter, śmiech, zachowanie. Fakt, że jest moją przyjaciółką. Zaciskam zęby. Jishin jest już kilka metrów od nas. Trzeba podjąć decyzję, na którą nie mogę się zdobyć.
Albo zginiemy obie, albo jedna z nas przeżyje.
Mam rodziców przed oczami i ogarnia mnie gniew. Sięgam przez ramię i wyciągam miecz, płynnie tnąc powietrze. Podczas gdy po lśniącym ostrzu spływa pierwsza kropla deszczu, myślę, że podjęłam decyzję. Uciszam sumienie. Po czym przypominam sobie pełen czułości wzrok Ayako kiedy opowiadała o swojej rodzinie.
- Ayako. – rzucam przez ramię. – Jak dam ci znak, masz uciekać, jasne?
- Ale… - dziewczyna oponuje. Przerywam jej, wiedząc, że nie mamy czasu na sprzeczki.
- Musisz, jasne? Dla swojej rodziny. – Czuję, że przyjaciółka kiwa głową. Nie widzę spływającej po jej policzku łzy.
Napinam wszystkie mięśnie, wyrzucając zbędne myśli z głowy. Patrzę się w oczy przeciwnikowi wyzywająco. Przenoszę ciężar na drugą nogę.
Obym nie żałowała swojej decyzji.
***
- Oj, Koichi, pośpiesz się! – woła Meiji.
- No nie moja wina, że mam lęk wysokości! – odkrzykuje i szuka stopą oparcia. Natrafia na parapet, po czym płynnie się na niego opuszcza.
- Właśnie, że twoja! Rusz się, do jasnej cholery! – krzyczy do niego Jun.
Koichi warczy coś w odpowiedzi. Stoi na parapecie na wysokości pierwszego piętra. Patrzy się w dół, na dwójkę przyjaciół i biorąc głęboki wdech odbija się. Słyszy jakieś mruknięcie Meijiego. Leci przez kilka sekund w dół, po chwili lądując na ziemi. Siła uderzenia rozchodzi się po jego łydkach, ale nie krzywi się.
- Skończyłeś już pokazywać łał-umiem-skoczyć-z-pierwszego-piętra-umiejętność? – rzuca Meiji, wyraźnie znudzony popisem kolegi. Jego czarne włosy, mokre od deszczu przyklapły i opadły na czoło.
- Skończyłem. – rzuca w odpowiedzi i przeczesuje włosy palcami. Długie, brązowe kłaki kręcą się od wilgoci i zakrywają mu oczy.
- Ranyyy… - jęczy Jun. – W tym tempie to nigdy…
- Ogarnijcie się w końcu i chodźcie! – rzuca czarnowłosy i rusza przed siebie. Pozostała dwójka patrzy się po sobie, przy czym wzruszając ramionami, ruszają za swoim dowódcą.
Deszcz zaczął bębnic mocniej o chodnik, kiedy wybiegli z uliczki. Minęli kawiarnię, w której siedzieli ludzie z Hariken, a Meiji posłał tam ciekawskie spojrzenie. Jednak w środku nikogo nie było. Przeklnął.
- Nie ma ich. – rzuca przez ramię.
- Czyli się włączają w naszą akcję? – pyta Jun.
- Nie wiem. – Meiji wzrusza ramionami. – Od początku nic nie robią.
- Może po prostu obserwują? – zastanawia się długowłosy. – W końcu to dzieciaki… - dodaje lekceważąco.
- Mam nadzieję, że się nie mylisz. – mruczy czarnowłosy i przyśpiesza.
Cała trójka ubrana jest w granatowe, wodoodporne kurtki i przetarte, czarne jeansy. Mają trekkingi w brązowych odcieniach, głośno odbijające się od kałuż. Od ciągłego deszczu włosy zalepiają im oczy, ale niestrudzenie biegną. O plecy obijają im się pochwy z katanami.
Ludzie mijają ich, odsuwając się z drogi. Rzucają im zaciekawione spojrzenia, ale o nic nie pytają. Nikt nie zdaje sobie sprawy z krwawej akcji, która może za chwilę się rozegrać.
Meiji skręca w szerszą ulicę i rozgląda się za dziewczynami. Miały się tu kierować. W okolicy kręci się tylko kilka osób, a deszcz ogranicza widoczność. Mężczyzna zaczyna mieć złe przeczucia. Przyśpiesza bez wyjaśnień, pędząc przed siebie bez żadnych wyjaśnień. Koichi i Jun starają się dotrzymać mu kroku, nie zauważając, że czarnowłosy się zatrzymał. Prawie na niego wpadając, Koichi rzuca z oburzeniem:
- Co znowu, Panie-musimy-się-śpieszyć?
- Cicho. – mówi tylko szeptem, a długowłosy ledwo go słyszy. Widocznie nad nim góruje swoim wzrostem. Najwyraźniej Meiji nasłuchuje. Cała trójka milknie na moment, stojąc po środku ulicy w całkowitej ciszy. Z bocznej uliczki dochodzą zduszone przez wiatr głosy. Jun trze się po karku.
- Dam sobie rękę uciąć, że słyszałem Satoru Ashidę. – stwierdza. Meiji mu przytakuje. Jego piwne oczy błysnęły, a usta wykrzywiły się w chytrym uśmiechu. Mężczyzna już miał gotowy nowy plan.
- Koichi, zostajesz tutaj. – rzuca do przyjaciela. Tamten unosi wysoko brwi, ale się nie odzywa. O nic nie pytając odchodzi od nich i kieruje się w stronę uliczki, z której dochodzi rozmowa.
- Dam wam znać jak coś usłyszę. – oznajmia, odwracając się. Jego brązowe oczy błyskają groźnie, wyraźnie ożywione przebiegiem akcji. W końcu zaczęło się robić ciekawie. Brązowe włosy, obecnie wyglądające jak mokre strąki, opadają mu na twarz, nadając jej przerażający wygląd.
Czarnowłosy kiwa głową na  najmłodszego i zaczyna biegnąć we wcześniejszym kierunku. Młody marszczy czoło, nie ogarniając planu, jednak postanawia zaufać przyjacielowi i nie zadawać zbędnych pytań. Meiji porusza ustami, niedosłyszalnie dla nikogo wypowiadając 3 słowa.
‘’Liczymy na ciebie’’
***
Obserwuję swoimi granatowymi oczami zbliżających się przeciwników. Wysokiego, umięśnionego mężczyznę o bezlitosnych błękitnych oczach i tlenionych włosach, który trzyma silnym chwytem dwa długie ostrza. Trochę niższego, ale bardziej barczystego i starszego faceta o zielonych oczach i rudych włosach z wygolonym lewym bokiem, trzymającego ciężki, obusieczny miecz.
Shigeo Taichi oraz jeden z bliźniaków – Takahide.
Rzucam spojrzenie przez ramię. Ayako celuje ostatnią strzałą w drugiego rudzielca, Takahiro. Od swojego brata różni się jedynie fryzurą. Ten ma wygolony prawy bok.
Kiedy upewniam się, że Ayako ma tylko jednego przeciwnika, biorę głęboki wdech. Łapię mocno swój miecz i ruszam w stronę wroga. Nogi same mnie niosą przed siebie. Podbiegam tak zwinnie jak tylko mogę do Takahide. Biorę zamach od dołu, a słysząc zgrzyt metalu, krzywię się. Nie udało mi się wytrącić mu broni. Nim zdąży jakoś zareagować, tnę poziomo w stronę drugiego. On paruje uderzenie bez problemu. Rzucam mu mordercze spojrzenie, odskakując do tyłu.
- Ty… - syczy błękitnooki. Mimowolnie robię krok do tyłu, trzymając miecz przed sobą. Mężczyzna, o głowę ode mnie wyższy, stoi wyprostowany i rzuca mi nienawistne spojrzenie. – Ty zabiłaś mi ojca. – rzuca lodowato i patrzy prosto w moje granatowe oczy. Dostrzegam te same emocje jakie targały mnie tamtego sierpniowego wieczora. – Zabiję cię. – dodaje jeszcze i rzuca się w moim kierunku.
Zdezorientowana paruję cios, lekko się chwiejąc. Jego wzrok mnie rozproszył. Cały czas się cofam, ledwo odbijając wciąż lecące na mnie ciosy. Shigeo cały czas zasypuje mnie burzą cięć, na zmianę każdym mieczem. Takahide czeka jedynie na dobry moment. Zdobywam się na lekceważący uśmieszek.
- Proszę wybaczyć, ale to ja zabiję ciebie. – mówię z mordem w oczach. Przepuszczam jeden cios, który, nie do końca zamierzenie, rozcina mi policzek. Czuję ciepłą krew cieknącą po twarzy, nie czując bólu. W moich żyłach krąży jedynie adrenalina. Robię zamach, i tnąc na ukos trafiam w jeden z mieczy Shigeo. Mężczyzna rozszerza oczy, wyraźnie zdziwiony moim posunięciem. Odzyskuję pewną postawę, parując tuż nad moją głową cięcie Takahide. Siła jaką włożył w uderzenie ugina mi kolana. Krzywię się.
Błękitnooki uśmiecha się szyderczo i posyła mi spojrzenie.
- Może będzie ciekawiej niż sądziłem.
Patrzę się na niego pustymi oczami, czując narastającą wściekłość. Jednak kiedy słyszę krzyk Ayako, dociera do mnie o czym mówił. Przyjaciółka chybiła i teraz jej jedyną bronią został sztylet.
- Ayako! – krzyczę, chcąc ruszyć jej pomóc. Nim zdążę pomyśleć, robię przewrót w przód, unikając ciosu Takahide. Obracam się, ściskając miecz. Zrywam się na równe nogi, widząc biegnącego w moją stronę Shigeo. Również ruszam w jego stronę. Tnę z góry, jednak on paruje bez problemu mój cios. Znowu zmusza mnie do defensywy. Każdy jego cios rozchodzi się bólem po moich ramionach.
Ayako tym czasem staje do walki z Takahiro. Mężczyzna bierze na nią zamach, przy czym trafiając w ostrze sztyletu, zwala ją z nóg. Broń nadłamuje się, a dziewczyna stara się jak może by odeprzeć atak. Podtrzymując ostrze drugą ręką, siłuje się z Takahiro, by nie przeciął jej gardła. Walczy z nim, jednak jest tylko drobną dziewczynką naprzeciw barczystego faceta. Mimo to na jej twarzy nie ma ani odrobiny strachu. Jedynie determinacja i zawziętość.
Shigeo cały czas zmusza bym się cofała. Nie mam nawet czasu zastanawiać się gdzie stoi Takahide i czy przypadkiem nie zachodzi mnie od tyłu. Mężczyzna tnie od dołu, a ostrze schodzi z mojego miecza i rozcina mi ramię. Mrużę oczy z bólu. Dziękuję w duchu, że to tylko lewa ręka. Shigeo uśmiecha się kpiąco.
- Tylko na tyle cię stać, co? – Przy każdym słowie bierze mocny zamach, a ja z coraz większym trudem paruję ciosy.
- Niech cię szlag, Taichi! – krzyczę do niego. W moich oczach maluje się jedynie gniew. Jestem taka słaba. Nie mogę nawet go drasnąć. Nie. Nie mogę nawet go zaatakować. Staram się spojrzeć przez ramię na Ayako, jednak wróg prawie wytrąca mi broń z dłoni. Nie mogę tak ryzykować.
- Nie rozglądaj się, mała, bo zrobię ci krzywdę! – śmieje się kpiąco. Po chwili jego twarz zastyga z czystą nienawiścią w oczach. – Zabiję cię, suko. I nie martw się o przyjaciółeczkę. Bliźniaki się nią zajmą.
Na liczbę mnogą drgam. Obiecałam sobie, że ochronię Ayako, ale od początku walki nie robię nic by dać jej możliwość ucieczki. Szlag by to. Jeśli do walki dołączy drugi bliźniak, dziewczyna zginie na miejscu.
Szlag by to.
Staram się skupić, przypomnieć jakieś specjalne ciosy, o których wspominała mi Mako. Cokolwiek, co pozwoli na chwilę go zdezorientować. Cokolwiek.
Shigeo tnie z lewej. Z prawej. Od dołu na ukos. Z góry. Z prawej. A potem znowu od lewej. W umyśle błyska mi jeden cios, o którym wspominała moja patronka. Czekam, aż mężczyzna powtórzy sekwencję, upewniając się, że nie zmienia ruchów. Biorę głęboki wdech i patrzę się prosto w jego oczy. Nocne niebo naprzeciw zimna lodowca.
Odstawiam lewą nogę do tyłu, lekko się obracając. Opieram ciężar na niej, biorąc szeroki zamach. Jedno z ostrzy mija moją klatkę o kilka centymetrów, a drugie przygotowuje się do zablokowania ciosu od prawej. Skręcam jednak nadgarstek, prowadząc prosto miecz. Shigeo nie zdąża odskoczyć, a ostrze mknie w kierunku jego lewego nadgarstka.
Odwracam się i rzucam w stronę Ayako. Upewniam się, że trafiłam, po brzęku miecza i siarczystego przekleństwa mężczyzny. Uzyskałam kilka cennych sekund. Jeden z bliźniaków przyszpila moją przyjaciółkę do ziemi, a drugi celuje mieczem w jej głowę. Ściskam poziomo miecz i z całej siły uderzam w żebra Takahiro rękojeścią. Kiedy słyszę trzask łamanych kości, przechodzą mnie dreszcze. Mężczyzna traci dech, upuszcza miecz i opada z hukiem na ziemię.
- Bracie! – Takahide rozproszył się, a ja korzystając z tego biorę zamach, by go zabić. Nie obchodzi mnie to kim jest, ani fakt, że nie atakuje nas, bo chce. Nie obchodzi mnie, że ma brata, o którego się troszczy. Muszę go zabić.
Jednak kiedy moje ostrze wbija się mu w brzuch, czuję ból. Rozchodzi się po całym kręgosłupie, a ja tracę równowagę. Odrywam się od ziemi i lecę w przód. Wykonuję fikołka w powietrzu i opadam twardo na plecy. Z ręki wypadła mi broń, jednak wiem, że nie znacznie przecięłam Takahide.
- No, no. – Shigeo idzie w moim kierunku wolnym krokiem, jakbym już przegrała. Podnoszę się, zaciskając zęby, szukając ręką ostrza. Kiedy nie wyczuwam rękojeści, jeszcze półleżąc rozglądam się na boki. Jest kilka metrów ode mnie. Szlag by to. – Nie pomyślałbym, że Mako-chan komuś pokaże jedną z jej ‘specjalnych’ technik. – Na dźwięk imienia mentorki, zaprzestaję gapienia się na mój miecz. Obracam głowę w kierunku wroga, posyłając mu nienawistne spojrzenie. ‘Mako-chan?’
- No nie patrz się tak na mnie. – prycha i oblizuje krew z lewego nadgarstka. Nie ma drugiego ostrza, więc skutecznie go zraniłam. Uśmiecham się pod nosem. – Nie szczerz tak gęby, mała. – Celuje mieczem w moim kierunku. Stoi zaledwie metr ode mnie. Wystarczy jeden ruch, a rozpruje mi gardło. – Jakieś ostatnie słowa? – pyta, stukając we mnie czubkiem. Przechodzi mnie dreszcz, a obraz mężczyzny się rozmywa. Najgorsze, że nie przeraża mnie śmierć, tylko fakt, że nic nie czuję. – Szybciej. – ponagla, uśmiechając się z mordem w oczach.
Jednak dzięki rozmytemu obrazowi wroga dostrzegam tło. Takahiro podniósł się po uderzeniu i teraz kręci się przy krwawiącym bracie. Ayako zaciska ręce na złamanym sztylecie, a z oczu można wyczytać śmiertelne przerażenie. Podchodzi spokojnie od tyłu do Shigeo.
Tylko, że to nic nie da. Nawet jeśli go trafi, to będzie miał dużo czasu by przeszyć ją mieczem. To samobójczy akt odwagi. Biorę głęboki wdech. Moje spojrzenie krzyżuje się na moment z szarozielonymi oczami. Uśmiecham się lekko, starając się dodać  jej otuchy, mimo iż to ja czuję narastający ucisk w gardle. Ayako rozszerza oczy i kręci głową. Zamykam oczy i nakładam lodowatą maskę. Otwieram oczy i krzyczę z całych sił:
-Wiej!!!
Ayako mruga, a oczy zachodzą jej łzami. Ciska sztyletem o ziemię i rzuca się do ucieczki. Ręce ma zaciśnięte w pięści, a głowę opuszczoną. Shigeo nie zadaje mi ciosu, tylko obraca się zdziwiony za dziewczyną, po czym patrzy się na bliźniaków. Korzystam z okazji i szarpię ciałem w stronę swojej broni. Kiedy tylko czuję rękojeść w dłoni, zrywam się na równe nogi, ignorując prawy bok oraz lewą rękę. Shigeo znów kieruje swój wzrok na mnie, a kiedy widzi mnie w pozie bojowej, obrzuca mnie wściekłym spojrzeniem.
- Takahiro. Takahide. Do mnie, natychmiast. – pomimo złości mówi spokojnie. Rudzi podchodzą i wyciągają przed siebie miecz. Jeden z nich krzywi się, a ze szramy przez środek brzucha powoli sączy się krew. – Gratuluję aktu przyjaźni, jednak za moment zginiesz, mała. – każde jego słowo przesączone jest jadem. Przełykam głośno ślinę i modlę się by nie drżał mi głos.
- Ichigo – mówię.
- Co? – mężczyzna marszczy brwi, lekko zdezorientowany. Prostuję się.
- Nie mała, tylko Ichigo. – rzucam im mordercze spojrzenie moich granatowych oczu. – Kanegawa Ichigo.
- Kanegawa? – bliźniacy rzucają sobie pytające spojrzenie, jakby słyszeli to nazwisko wcześniej. Moje serce zamiera na moment. Co jeśli…
- Hahaha!!! – Shigeo parska śmiechem. – Twoi rodzice przewracają się w grobie, widząc co… - przerywa i paruje mój cios. Uśmiech zamiera mu na twarzy kiedy widzi moje oczy. Całkowicie puste.
Nie wiem, czy to oni ich zabili. Nawet nie chcę się o to pytać. Muszę im coś zrobić. Cokolwiek. Drasnąć. Walnąć. Przeciąć.
Zabić.
Atakuję z nową siłą. Cała trójka jest zaskoczona, jednak po kilku ciosach znowu jestem zmuszona do defensywy. Skaczę w stronę błękitnookiego, po czym paruję cios jednego bliźniaka, ledwo unikając ataku drugiego. Chwieję się. Paruję mocne pchnięcie Shigeo i odskakuję od Takahide. Ostrze Takahiro mija moją głowę o kilka milimetrów. Mój miecz cały czas spotyka się z ich bronią. Nie mam nawet czasu mrugnąć. Wiem, że przegram, jednak kieruje mną teraz tylko niechęć do pogodzenia się z losem, który wybrałam. Mimowolnie prycham.
Tylko, że oni mnie nie zabiją. Ja już nie żyję. Jestem martwa od momentu, kiedy ujrzałam ciała moich rodziców. Drżę ze złości i przygotowuję się do czołowego starcia z Shigeo.
Muszę go zabić.
- Zemszczę się – szepczę, kiedy moje ostrze napotyka ostrze Shigeo. Nawet nie zauważam, że nie mam już najmniejszych szans. Takahide jest z tyłu, a Takahiro przygotowuje się do ciosu. – Zemszczę się… - szepczę jeszcze, a oczy zachodzą mi łzami. Wiem, że wyglądam żałośnie. Krzywię się, cała we krwi. Łzy spływają mi po policzkach, na jednym mieszając się z rozcięciem. W moich oczach jest rozpacz z dozą głębokiego żalu. Nim dosięgnie mnie ostrze Takahiro, opuszczam głowę, zamykając oczy. Czuję ukłucie bólu, ciągnące się przez całą klatkę. Wypuszczam miecz z dłoni. Nim spadnie na ziemię, usuwam się na chodnik.
Otwieram oczy i patrzę się na niebo zasnute chmurami. Deszcz kapie mi w oczy, a w oddali pojawia się błyskawica. Widok zasnuwa mi jednak Shigeo. Zamykam oczy, czując napływające łzy.

Jaka ja jestem beznadziejnie słaba.
________________________________________________________________

Witajcie ponownie! 
No, ten rozdział pisałam dość długo (tak prawie 2 tygodnie), jednak ma 10 stron w Wordzie. Muszę powiedziec, że jestem z siebie dumna - wkraczam w dwucyfrowe liczby. No i tak moja 'krótka historia' staje się prawie, że krótką książką. 
Życzcie mi powodzenia w dalszym pisaniu!
Pozdrawiam <3