Rozdział 10
Brzęk ostrzy
Wychylam się ostrożnie, rzucając ukradkowe
spojrzenia na mijających nas ludzi. Część nie zauważa dwóch dziewczyn skrytych
w cieniu budynków, a inni posyłają nam lekko zdziwione spojrzenia, po czym
tracą zainteresowanie i wymazują nas z pamięci, zajęci swoimi sprawami.
Niezdający sobie sprawę jak blisko są zderzenia z ‘drugim światem’.
Kiedy nie dostrzegam znajomych twarzy z Jishinu,
lekko rozluźniam mięśnie, odprężając się. Mimo, że zdaję sobie sprawę, że to
niezbyt mądre kiedy muszę być w każdej chwili gotowa do walki, zwłaszcza z dużo
silniejszym przeciwnikiem. Jednak kiedy Ayako oznajmiła iż wyślą do nas
posiłki, poczułam znaczną ulgę, a niewyjaśniona chęć rozlewu krwi została
zagłuszona.
Dziewczyna macha w moją stronę ręką, nakazując bym
się zbliżyła. Rzucam jeszcze badawcze spojrzenie przechodniom i zastygam na
moment widząc rudą czuprynę. Kręcę głową i szybko chowam się do cienia.
- Nie oglądaj się. – rzuca cicho dziewczyna na sam
początek. – Meiji i reszta już są. – oznajmia, ale poważny wyraz jej twarzy nie
zapowiada nic dobrego. Prostuję się, znów napinając wszystkie mięśnie, gotowa
by zacząć walczyć.
- Gdzie teraz są? – rzucam na sam początek, jakby
niedbale. Ayako kieruje wzrok za mnie.
- Za gzymsem dachu na budynku przed nami. –
oznajmia. Zwalczam pokusę by się nie odwrócić. – Tylko, że…
- Jishin nas namierzył, prawda? – przyciszam swój
głos do minimum. Moje granatowe oczy wyglądają jakby ktoś zamroził noc. Ayako
kręci głową.
- Nie do końca. – odpiera, wyłamując sobie palce ze
stresu. – Są na tej ulicy, ale nie wiedzą gdzie my jesteśmy, ani że Meiji,
Koichi i Jun tu są. – mówi dalej. Wiedziałam, że nie pomylę tych rudzielców,
myślę. Zauważam też, że Ayako lekko drży. Jestem ciekawa czy to z zimna, emocji
lub raczej ze strachu. We mnie uderza jedynie adrenalina na zmianę ze stoickim
spokojem.
- Chodzi o to, że mamy towarzystwo. – dodaje słabym
głosem. Zastygam na ułamek sekundy, przestając myśleć. Mimowolnie kieruję
spojrzenie na 3 nastolatków, którzy wydawali mi się znajomi. Moje spojrzenie
krzyżuje się na chwilę z bursztynowymi oczami blondyna.
- Hariken – wypowiadam cicho. Przechodzą mnie
dreszcze i z zdziwieniem stwierdzam, że to z podniecenia niż ze strachu. Chcę z
nimi walczyć. Muszę. Ayako patrzy się prosto w moje świecące z emocji oczy. Jej
szarozielone oczy są stanowcze, całkowicie odbiegając od jej mizernej postury i
drżących warg.
-
Szczerze to mogłabyś z nimi walczyć. – mówi ku mojemu zdziwieniu. Chcę się
odezwać, jednak dziewczyna ciągnie dalej. – Jednak jesteśmy przyjaciółkami,
dlatego nie mogę pozwolić ci zginąć, jasne? – kończy, ściskając mnie za ramię.
Mimowolnie odwracam wzrok i niechętnie przytakuję.
Ayako chce mnie jedynie chronić, chyba lepiej zdając sobie sprawę co przeżywa
teraz moja psychika niż ja. Na zmianę czuję żądzę krwi i przerażenie. I wiem,
że gdyby mi pozwoliła wybrałabym walkę, pomimo braku szans. Moje ciało pali się
do starcia, jednak powtarzam sobie, że zginę od razu i nie dopełnię zemsty.
Zemsta. To mój jedyny cel. Tylko i wyłącznie zemsta.
- Więc jaki mamy plan? – pytam tylko, a widząc uspokojoną twarz Ayako, mimowolnie
czuję ciepło na sercu. Nadal nie wiem jak ona przez tak długi czas zachowała
tyle emocji, gdy ja w przeciągu kilku miesięcy, walczę zażarcie o każdy przejaw
zwykłych emocji.
- Nie wiemy czy Hariken się zaangażuje. Mamy 30%
szans, że wyminiemy się z Jishinem, ale drogę zajdzie nam Hariken. Jest też
możliwość, że obie organizacje zaczną walczyć ze sobą, ale po naszej
wcześniejszej misji to wykluczam. – dziewczyna pobieżnie przekazuje mi
najważniejsze informacje. – Plan mamy od Głównego Stratega, Uetake. Według
niego musimy odciągnąć ich od zaludnionych ulic, by zmniejszyć
prawdopodobieństwo wezwania policji. Na znak wybiegniemy stąd i pognamy tak
prędko jak się da na ulicę Y. Chłopaki kryją nam tyły. Jeśli rozegramy to
szybko, zwiniemy się bez konfrontacji z Jishinem i Harikenem. Ale jeśli nie to…
- urywa w połowie, pozwalając bym sama sobie dopowiedziała koniec zdania. Kiwam
głową, rozumiejąc sens planu. Mimo iż obecnie mamy przewagę, 4 dorosłych
mężczyzn nie należy do najłatwiejszych do pokonania.
- Dobra, może być. – stwierdzam i szukam wzrokiem
gzymsu. Dostrzegam tlenione, blond kosmyki Juna i oczekuję znaku. Ayako również
podnosi głowę, czekając. Kątem oka dostrzegam jej psotny uśmiech.
- Nie może być. Musi być. – prycha. Uśmiecham się,
uspokojona rozluźnieniem przyjaciółki. Nie zbyt dobrze byłoby z przerażoną
Ayako. Staram się ignorować mocno zaciśnięte pięści dziewczyny.
Po kilku sekundach zdających się być wiecznością,
znad gzymsu wychyla się Koichi. Napotyka nas wzrok i w jakiś krzepiący sposób
kiwa nam głową. Po chwili wyciąga rękę z wyprostowanymi palcami. Na początku
rzucamy sobie z Ayako pytające spojrzenie, jednak kiedy ugiął pierwszego palca,
zrozumiałyśmy. Odliczanie.
Wypuszczam ze świstem powietrze.
Trzy.
Ayako coś mamrocze i głośno połyka ślinę. Od razu
jednak nakłada maskę lodowatego spokoju.
Dwa.
Obie napinamy mięśnie gotowe do nagłego zrywu.
Jeden.
Mimowolnie proszę by doszło do starcia.
Start. Zrywamy się od razu i jak torpeda wypadamy z
zaułka. Jezdnia jest mokra, ledwo wyrabiam się na zakręcie. Kątem oka
dostrzegam ruch na dachu. Chłopaki też ruszyli. Przyśpieszam. Ayako gnana
nagłym przypływem adrenaliny jest kilka metrów przede mną.
Wpadam na jakiegoś drobnego, niskiego szatyna.
Jęczę, przypominając sobie o ranie, ale mruczę jakieś przeprosiny. Moje słowa
jednak urywają się w połowie, kiedy nasz wzrok się krzyżuje. Od razu rozpoznaję
najmłodszego z Jishinu. Tego, który nas nie zdradził. Tego, który teraz
pokazuje mi język.
Wiem, że na mojej twarzy jest wymalowane przerażenie
i przyśpieszam do granic swoich możliwości. Liczę sekundy, jednak nie słyszę
pościgu. Dlaczego on…?
Słyszę przekleństwo Ayako, dostrzegając szefa całej
bandy pędzącego po ukosie w naszą stronę z krótkim, niewidocznym mieczem.
Dziewczyna skręca, a ja sięgam przez ramię po miecz. Shigeo Taichi mnie nie
zauważył, a ja skorzystawszy z okazji, niezgrabnie wytrącam mu broń z dłoni,
powodując nacięcie dłoni i długi lot ostrza. Nasze oczy spotykają się na
moment. Moje puste, a jego przepełnione wściekłością. Mężczyzna jednak
zatrzymuje się, wracając po broń. Zrywam się w stronę przyjaciółki, łapiąc ją
za rękę i odciągając w najbliższy zakręt.
- Co ty…? – rzuca z oburzeniem, sapiąc. Widząc
jednak moją zdeterminowaną minę urywa w połowie, oczekując wyjaśnień.
- On się odwrócił, a ja skorzystałam z okazji by
umkną im na moment. To gdzie miałyśmy się kierować?
- Jesteśmy przy szpitalu Tamagawa… Park Unane… -
rzuca Ayako. Kiwam głową i przyśpieszam. Wypadamy z ciągu ulic na pustą drogę.
Znajome otoczenie przyprawia mnie o nagły zawrót
głowy. Przez lata bawiłam się w pobliżu tego parku, chociaż mieszkałam
nieopodal Parku Leśnego Higashitakane. Dom, szkoła, przyjaciele. Czuję, że w
oku zakręciła się łza, a ja łapię drżąco powietrze. Przed oczami stają mi moi
starzy znajomi. Od pamiętnego wieczora ich nie widziałam. Na pewno się
zamartwiali, a teraz sądzą, że nie żyję. Powinnam…
Do porządku sprowadza mnie kolejny napływ deszczu, tnąc
mi w oczy. Daleko za sobą słyszę tupot. Czyli już wybiegli. Mimo wszystko nasza
przewaga jest znacząca, choć teraz liczą się sekundy. Obracam się i widzę
Shigeo i jednego z rudych bliźniaków. Młody nawet nie majaczy się w oddali. Z
początku chcę odetchnąć z ulgą, ale przychodzi mi na myśl coś innego. Blednę,
zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Czując, że muszę ostrzec Ayako,
obracam się i na nią wpadam.
Dziewczyna jest wyprostowana jak struna. Oddycha
ciężko, naprężając wszystkie mięśnie przy napinaniu łuku. Z jej oczu odpłynął
szary odcień, pozostawiając dziką zieleń. Na twarzy maluje jej się
spanikowanie. Celuje drżącą ręką do przeciwnika biegnącego do nas z przodu.
Drugiego bliźniaka.
- Otoczyli nas – mówi jakby od niechcenia. Niestety
wiem, że tylko sili się na spokojny ton,
w środku cały czas zwiększa się paniczny strach. Obracam się od niej,
opierając się o jej plecy swoimi. Widząc wariackie oczy Shigeo, nieuchronnie
się do nas zbliżającego, czuję narastające przerażenie. Jednak wyczuwszy drżenie
ciała dziewczyny, lodowacieję w ułamku sekundy. Muszę być silna. Tak jak
nielicznych wcześniejszych misjach. Muszę walczyć. To ja jestem szermierzem,
nie Ayako.
- Tak w ogóle,
Ayako – zagaiłam. – Czemu akurat łuk?
- Heheh –
koleżanka zaśmiała się krótko w odpowiedzi, drapiąc w tył głowy. – Mam świetny
wzrok i cel, a z moją siłą nigdy nie było najlepiej… - odwróciła wzrok, lekko
się rumieniąc. – Nie miałam siły utrzymać miecza. Głupie, co nie?
Kręcę głową z
powagą patrząc się w oczy brązowowłosej.
- Wcale nie.
Bronienie kogoś z dystansu jest bardzo trudnym zajęciem. – mówię. – Uważam, że
jesteś genialna, Ayako.
Przed oczami przebrnął mi tamten fragment naszej
starej rozmowy. I zdaję sobie sprawę o co chodziło jej z określeniem ‘głupie’. To nie było do ramowych misji, takich jak
początek naszej, kiedy dziewczyna odwaliła połowę roboty, zestrzeliwując
przeciwników i kryjąc mi plecy. Odnosiło się do właśnie takich momentów. Kiedy
coś pójdzie nie tak, a ona nie może się bronić. Musi jedynie liczyć na towarzyszy.
Analizuję jeszcze przez moment wszystko. Jej
charakter, śmiech, zachowanie. Fakt, że jest moją przyjaciółką. Zaciskam zęby.
Jishin jest już kilka metrów od nas. Trzeba podjąć decyzję, na którą nie mogę
się zdobyć.
Albo zginiemy obie, albo jedna z nas przeżyje.
Mam rodziców przed oczami i ogarnia mnie gniew.
Sięgam przez ramię i wyciągam miecz, płynnie tnąc powietrze. Podczas gdy po
lśniącym ostrzu spływa pierwsza kropla deszczu, myślę, że podjęłam decyzję.
Uciszam sumienie. Po czym przypominam sobie pełen czułości wzrok Ayako kiedy
opowiadała o swojej rodzinie.
- Ayako. – rzucam przez ramię. – Jak dam ci znak,
masz uciekać, jasne?
- Ale… - dziewczyna oponuje. Przerywam jej, wiedząc,
że nie mamy czasu na sprzeczki.
- Musisz, jasne? Dla swojej rodziny. – Czuję, że
przyjaciółka kiwa głową. Nie widzę spływającej po jej policzku łzy.
Napinam wszystkie mięśnie, wyrzucając zbędne myśli z
głowy. Patrzę się w oczy przeciwnikowi wyzywająco. Przenoszę ciężar na drugą
nogę.
Obym nie żałowała swojej decyzji.
***
- Oj, Koichi, pośpiesz się! – woła Meiji.
- No nie moja wina, że mam lęk wysokości! –
odkrzykuje i szuka stopą oparcia. Natrafia na parapet, po czym płynnie się na
niego opuszcza.
- Właśnie, że twoja! Rusz się, do jasnej cholery! –
krzyczy do niego Jun.
Koichi warczy coś w odpowiedzi. Stoi na parapecie na
wysokości pierwszego piętra. Patrzy się w dół, na dwójkę przyjaciół i biorąc
głęboki wdech odbija się. Słyszy jakieś mruknięcie Meijiego. Leci przez kilka
sekund w dół, po chwili lądując na ziemi. Siła uderzenia rozchodzi się po jego
łydkach, ale nie krzywi się.
- Skończyłeś już pokazywać
łał-umiem-skoczyć-z-pierwszego-piętra-umiejętność? – rzuca Meiji, wyraźnie
znudzony popisem kolegi. Jego czarne włosy, mokre od deszczu przyklapły i
opadły na czoło.
- Skończyłem. – rzuca w odpowiedzi i przeczesuje
włosy palcami. Długie, brązowe kłaki kręcą się od wilgoci i zakrywają mu oczy.
- Ranyyy… - jęczy Jun. – W tym tempie to nigdy…
- Ogarnijcie się w końcu i chodźcie! – rzuca
czarnowłosy i rusza przed siebie. Pozostała dwójka patrzy się po sobie, przy
czym wzruszając ramionami, ruszają za swoim dowódcą.
Deszcz zaczął bębnic mocniej o chodnik, kiedy
wybiegli z uliczki. Minęli kawiarnię, w której siedzieli ludzie z Hariken, a
Meiji posłał tam ciekawskie spojrzenie. Jednak w środku nikogo nie było.
Przeklnął.
- Nie ma ich. – rzuca przez ramię.
- Czyli się włączają w naszą akcję? – pyta Jun.
- Nie wiem. – Meiji wzrusza ramionami. – Od początku
nic nie robią.
- Może po prostu obserwują? – zastanawia się
długowłosy. – W końcu to dzieciaki… - dodaje lekceważąco.
- Mam nadzieję, że się nie mylisz. – mruczy
czarnowłosy i przyśpiesza.
Cała trójka ubrana jest w granatowe, wodoodporne
kurtki i przetarte, czarne jeansy. Mają trekkingi w brązowych odcieniach,
głośno odbijające się od kałuż. Od ciągłego deszczu włosy zalepiają im oczy,
ale niestrudzenie biegną. O plecy obijają im się pochwy z katanami.
Ludzie mijają ich, odsuwając się z drogi. Rzucają im
zaciekawione spojrzenia, ale o nic nie pytają. Nikt nie zdaje sobie sprawy z
krwawej akcji, która może za chwilę się rozegrać.
Meiji skręca w szerszą ulicę i rozgląda się za
dziewczynami. Miały się tu kierować. W okolicy kręci się tylko kilka osób, a
deszcz ogranicza widoczność. Mężczyzna zaczyna mieć złe przeczucia. Przyśpiesza
bez wyjaśnień, pędząc przed siebie bez żadnych wyjaśnień. Koichi i Jun starają
się dotrzymać mu kroku, nie zauważając, że czarnowłosy się zatrzymał. Prawie na
niego wpadając, Koichi rzuca z oburzeniem:
- Co znowu, Panie-musimy-się-śpieszyć?
- Cicho. – mówi tylko szeptem, a długowłosy ledwo go
słyszy. Widocznie nad nim góruje swoim wzrostem. Najwyraźniej Meiji nasłuchuje.
Cała trójka milknie na moment, stojąc po środku ulicy w całkowitej ciszy. Z
bocznej uliczki dochodzą zduszone przez wiatr głosy. Jun trze się po karku.
- Dam sobie rękę uciąć, że słyszałem Satoru Ashidę.
– stwierdza. Meiji mu przytakuje. Jego piwne oczy błysnęły, a usta wykrzywiły
się w chytrym uśmiechu. Mężczyzna już miał gotowy nowy plan.
- Koichi, zostajesz tutaj. – rzuca do przyjaciela.
Tamten unosi wysoko brwi, ale się nie odzywa. O nic nie pytając odchodzi od
nich i kieruje się w stronę uliczki, z której dochodzi rozmowa.
- Dam wam znać jak coś usłyszę. – oznajmia,
odwracając się. Jego brązowe oczy błyskają groźnie, wyraźnie ożywione
przebiegiem akcji. W końcu zaczęło się robić ciekawie. Brązowe włosy, obecnie
wyglądające jak mokre strąki, opadają mu na twarz, nadając jej przerażający
wygląd.
Czarnowłosy kiwa głową na najmłodszego i zaczyna biegnąć we
wcześniejszym kierunku. Młody marszczy czoło, nie ogarniając planu, jednak
postanawia zaufać przyjacielowi i nie zadawać zbędnych pytań. Meiji porusza
ustami, niedosłyszalnie dla nikogo wypowiadając 3 słowa.
‘’Liczymy na ciebie’’
***
Obserwuję swoimi granatowymi oczami zbliżających się
przeciwników. Wysokiego, umięśnionego mężczyznę o bezlitosnych błękitnych
oczach i tlenionych włosach, który trzyma silnym chwytem dwa długie ostrza. Trochę
niższego, ale bardziej barczystego i starszego faceta o zielonych oczach i
rudych włosach z wygolonym lewym bokiem, trzymającego ciężki, obusieczny miecz.
Shigeo Taichi oraz jeden z bliźniaków – Takahide.
Rzucam spojrzenie przez ramię. Ayako celuje ostatnią
strzałą w drugiego rudzielca, Takahiro. Od swojego brata różni się jedynie
fryzurą. Ten ma wygolony prawy bok.
Kiedy upewniam się, że Ayako
ma tylko jednego przeciwnika, biorę głęboki wdech. Łapię mocno swój miecz i
ruszam w stronę wroga. Nogi same mnie niosą przed siebie. Podbiegam tak zwinnie
jak tylko mogę do Takahide. Biorę zamach od dołu, a słysząc zgrzyt metalu,
krzywię się. Nie udało mi się wytrącić mu broni. Nim zdąży jakoś zareagować,
tnę poziomo w stronę drugiego. On paruje uderzenie bez problemu. Rzucam mu
mordercze spojrzenie, odskakując do tyłu.
- Ty… - syczy błękitnooki.
Mimowolnie robię krok do tyłu, trzymając miecz przed sobą. Mężczyzna, o głowę
ode mnie wyższy, stoi wyprostowany i rzuca mi nienawistne spojrzenie. – Ty
zabiłaś mi ojca. – rzuca lodowato i patrzy prosto w moje granatowe oczy.
Dostrzegam te same emocje jakie targały mnie tamtego sierpniowego wieczora. –
Zabiję cię. – dodaje jeszcze i rzuca się w moim kierunku.
Zdezorientowana paruję cios,
lekko się chwiejąc. Jego wzrok mnie rozproszył. Cały czas się cofam, ledwo
odbijając wciąż lecące na mnie ciosy. Shigeo cały czas zasypuje mnie burzą
cięć, na zmianę każdym mieczem. Takahide czeka jedynie na dobry moment.
Zdobywam się na lekceważący uśmieszek.
- Proszę wybaczyć, ale to ja
zabiję ciebie. – mówię z mordem w oczach. Przepuszczam jeden cios, który, nie
do końca zamierzenie, rozcina mi policzek. Czuję ciepłą krew cieknącą po
twarzy, nie czując bólu. W moich żyłach krąży jedynie adrenalina. Robię zamach,
i tnąc na ukos trafiam w jeden z mieczy Shigeo. Mężczyzna rozszerza oczy,
wyraźnie zdziwiony moim posunięciem. Odzyskuję pewną postawę, parując tuż nad
moją głową cięcie Takahide. Siła jaką włożył w uderzenie ugina mi kolana.
Krzywię się.
Błękitnooki uśmiecha się szyderczo
i posyła mi spojrzenie.
- Może będzie ciekawiej niż
sądziłem.
Patrzę się na niego pustymi
oczami, czując narastającą wściekłość. Jednak kiedy słyszę krzyk Ayako, dociera
do mnie o czym mówił. Przyjaciółka chybiła i teraz jej jedyną bronią został
sztylet.
- Ayako! – krzyczę, chcąc
ruszyć jej pomóc. Nim zdążę pomyśleć, robię przewrót w przód, unikając ciosu
Takahide. Obracam się, ściskając miecz. Zrywam się na równe nogi, widząc
biegnącego w moją stronę Shigeo. Również ruszam w jego stronę. Tnę z góry,
jednak on paruje bez problemu mój cios. Znowu zmusza mnie do defensywy. Każdy
jego cios rozchodzi się bólem po moich ramionach.
Ayako tym czasem staje do
walki z Takahiro. Mężczyzna bierze na nią zamach, przy czym trafiając w ostrze
sztyletu, zwala ją z nóg. Broń nadłamuje się, a dziewczyna stara się jak może
by odeprzeć atak. Podtrzymując ostrze drugą ręką, siłuje się z Takahiro, by nie
przeciął jej gardła. Walczy z nim, jednak jest tylko drobną dziewczynką
naprzeciw barczystego faceta. Mimo to na jej twarzy nie ma ani odrobiny
strachu. Jedynie determinacja i zawziętość.
Shigeo cały czas zmusza bym
się cofała. Nie mam nawet czasu zastanawiać się gdzie stoi Takahide i czy
przypadkiem nie zachodzi mnie od tyłu. Mężczyzna tnie od dołu, a ostrze schodzi
z mojego miecza i rozcina mi ramię. Mrużę oczy z bólu. Dziękuję w duchu, że to
tylko lewa ręka. Shigeo uśmiecha się kpiąco.
- Tylko na tyle cię stać,
co? – Przy każdym słowie bierze mocny zamach, a ja z coraz większym trudem
paruję ciosy.
- Niech cię szlag, Taichi! –
krzyczę do niego. W moich oczach maluje się jedynie gniew. Jestem taka słaba.
Nie mogę nawet go drasnąć. Nie. Nie mogę nawet go zaatakować. Staram się
spojrzeć przez ramię na Ayako, jednak wróg prawie wytrąca mi broń z dłoni. Nie
mogę tak ryzykować.
- Nie rozglądaj się, mała,
bo zrobię ci krzywdę! – śmieje się kpiąco. Po chwili jego twarz zastyga z
czystą nienawiścią w oczach. – Zabiję cię, suko. I nie martw się o
przyjaciółeczkę. Bliźniaki się nią zajmą.
Na liczbę mnogą drgam.
Obiecałam sobie, że ochronię Ayako, ale od początku walki nie robię nic by dać
jej możliwość ucieczki. Szlag by to. Jeśli do walki dołączy drugi bliźniak,
dziewczyna zginie na miejscu.
Szlag by to.
Staram się skupić, przypomnieć
jakieś specjalne ciosy, o których wspominała mi Mako. Cokolwiek, co pozwoli na
chwilę go zdezorientować. Cokolwiek.
Shigeo tnie z lewej. Z
prawej. Od dołu na ukos. Z góry. Z prawej. A potem znowu od lewej. W umyśle
błyska mi jeden cios, o którym wspominała moja patronka. Czekam, aż mężczyzna
powtórzy sekwencję, upewniając się, że nie zmienia ruchów. Biorę głęboki wdech i
patrzę się prosto w jego oczy. Nocne niebo naprzeciw zimna lodowca.
Odstawiam lewą nogę do tyłu,
lekko się obracając. Opieram ciężar na niej, biorąc szeroki zamach. Jedno z
ostrzy mija moją klatkę o kilka centymetrów, a drugie przygotowuje się do
zablokowania ciosu od prawej. Skręcam jednak nadgarstek, prowadząc prosto
miecz. Shigeo nie zdąża odskoczyć, a ostrze mknie w kierunku jego lewego
nadgarstka.
Odwracam się i rzucam w
stronę Ayako. Upewniam się, że trafiłam, po brzęku miecza i siarczystego
przekleństwa mężczyzny. Uzyskałam kilka cennych sekund. Jeden z bliźniaków
przyszpila moją przyjaciółkę do ziemi, a drugi celuje mieczem w jej głowę.
Ściskam poziomo miecz i z całej siły uderzam w żebra Takahiro rękojeścią. Kiedy
słyszę trzask łamanych kości, przechodzą mnie dreszcze. Mężczyzna traci dech,
upuszcza miecz i opada z hukiem na ziemię.
- Bracie! – Takahide rozproszył
się, a ja korzystając z tego biorę zamach, by go zabić. Nie obchodzi mnie to
kim jest, ani fakt, że nie atakuje nas, bo chce. Nie obchodzi mnie, że ma
brata, o którego się troszczy. Muszę go zabić.
Jednak kiedy moje ostrze wbija
się mu w brzuch, czuję ból. Rozchodzi się po całym kręgosłupie, a ja tracę
równowagę. Odrywam się od ziemi i lecę w przód. Wykonuję fikołka w powietrzu i
opadam twardo na plecy. Z ręki wypadła mi broń, jednak wiem, że nie znacznie przecięłam
Takahide.
- No, no. – Shigeo idzie w
moim kierunku wolnym krokiem, jakbym już przegrała. Podnoszę się, zaciskając
zęby, szukając ręką ostrza. Kiedy nie wyczuwam rękojeści, jeszcze półleżąc rozglądam
się na boki. Jest kilka metrów ode mnie. Szlag by to. – Nie pomyślałbym, że
Mako-chan komuś pokaże jedną z jej ‘specjalnych’ technik. – Na dźwięk imienia
mentorki, zaprzestaję gapienia się na mój miecz. Obracam głowę w kierunku
wroga, posyłając mu nienawistne spojrzenie. ‘Mako-chan?’
- No nie patrz się tak na
mnie. – prycha i oblizuje krew z lewego nadgarstka. Nie ma drugiego ostrza,
więc skutecznie go zraniłam. Uśmiecham się pod nosem. – Nie szczerz tak gęby,
mała. – Celuje mieczem w moim kierunku. Stoi zaledwie metr ode mnie. Wystarczy
jeden ruch, a rozpruje mi gardło. – Jakieś ostatnie słowa? – pyta, stukając we
mnie czubkiem. Przechodzi mnie dreszcz, a obraz mężczyzny się rozmywa.
Najgorsze, że nie przeraża mnie śmierć, tylko fakt, że nic nie czuję. –
Szybciej. – ponagla, uśmiechając się z mordem w oczach.
Jednak dzięki rozmytemu
obrazowi wroga dostrzegam tło. Takahiro podniósł się po uderzeniu i teraz kręci
się przy krwawiącym bracie. Ayako zaciska ręce na złamanym sztylecie, a z oczu
można wyczytać śmiertelne przerażenie. Podchodzi spokojnie od tyłu do Shigeo.
Tylko, że to nic nie da.
Nawet jeśli go trafi, to będzie miał dużo czasu by przeszyć ją mieczem. To
samobójczy akt odwagi. Biorę głęboki wdech. Moje spojrzenie krzyżuje się na
moment z szarozielonymi oczami. Uśmiecham się lekko, starając się dodać jej otuchy, mimo iż to ja czuję narastający
ucisk w gardle. Ayako rozszerza oczy i kręci głową. Zamykam oczy i nakładam
lodowatą maskę. Otwieram oczy i krzyczę z całych sił:
-Wiej!!!
Ayako mruga, a oczy zachodzą jej łzami. Ciska sztyletem
o ziemię i rzuca się do ucieczki. Ręce ma zaciśnięte w pięści, a głowę
opuszczoną. Shigeo nie zadaje mi ciosu, tylko obraca się zdziwiony za
dziewczyną, po czym patrzy się na bliźniaków. Korzystam z okazji i szarpię
ciałem w stronę swojej broni. Kiedy tylko czuję rękojeść w dłoni, zrywam się na
równe nogi, ignorując prawy bok oraz lewą rękę. Shigeo znów kieruje swój wzrok
na mnie, a kiedy widzi mnie w pozie bojowej, obrzuca mnie wściekłym
spojrzeniem.
- Takahiro. Takahide. Do mnie, natychmiast. – pomimo
złości mówi spokojnie. Rudzi podchodzą i wyciągają przed siebie miecz. Jeden z
nich krzywi się, a ze szramy przez środek brzucha powoli sączy się krew. –
Gratuluję aktu przyjaźni, jednak za moment zginiesz, mała. – każde jego słowo
przesączone jest jadem. Przełykam głośno ślinę i modlę się by nie drżał mi
głos.
- Ichigo – mówię.
- Co? – mężczyzna marszczy brwi, lekko zdezorientowany.
Prostuję się.
- Nie mała, tylko Ichigo. – rzucam im mordercze spojrzenie
moich granatowych oczu. – Kanegawa Ichigo.
- Kanegawa? – bliźniacy rzucają sobie pytające
spojrzenie, jakby słyszeli to nazwisko wcześniej. Moje serce zamiera na moment.
Co jeśli…
- Hahaha!!! – Shigeo parska śmiechem. – Twoi rodzice
przewracają się w grobie, widząc co… - przerywa i paruje mój cios. Uśmiech
zamiera mu na twarzy kiedy widzi moje oczy. Całkowicie puste.
Nie wiem, czy to oni ich zabili. Nawet nie chcę się
o to pytać. Muszę im coś zrobić. Cokolwiek. Drasnąć. Walnąć. Przeciąć.
Zabić.
Atakuję z nową siłą. Cała trójka jest zaskoczona,
jednak po kilku ciosach znowu jestem zmuszona do defensywy. Skaczę w stronę
błękitnookiego, po czym paruję cios jednego bliźniaka, ledwo unikając ataku
drugiego. Chwieję się. Paruję mocne pchnięcie Shigeo i odskakuję od Takahide.
Ostrze Takahiro mija moją głowę o kilka milimetrów. Mój miecz cały czas spotyka
się z ich bronią. Nie mam nawet czasu mrugnąć. Wiem, że przegram, jednak
kieruje mną teraz tylko niechęć do pogodzenia się z losem, który wybrałam. Mimowolnie
prycham.
Tylko, że oni mnie nie zabiją. Ja już nie żyję.
Jestem martwa od momentu, kiedy ujrzałam ciała moich rodziców. Drżę ze złości i
przygotowuję się do czołowego starcia z Shigeo.
Muszę go zabić.
- Zemszczę się – szepczę, kiedy moje ostrze napotyka
ostrze Shigeo. Nawet nie zauważam, że nie mam już najmniejszych szans. Takahide
jest z tyłu, a Takahiro przygotowuje się do ciosu. – Zemszczę się… - szepczę
jeszcze, a oczy zachodzą mi łzami. Wiem, że wyglądam żałośnie. Krzywię się,
cała we krwi. Łzy spływają mi po policzkach, na jednym mieszając się z
rozcięciem. W moich oczach jest rozpacz z dozą głębokiego żalu. Nim dosięgnie
mnie ostrze Takahiro, opuszczam głowę, zamykając oczy. Czuję ukłucie bólu, ciągnące
się przez całą klatkę. Wypuszczam miecz z dłoni. Nim spadnie na ziemię, usuwam
się na chodnik.
Otwieram oczy i patrzę się na niebo zasnute
chmurami. Deszcz kapie mi w oczy, a w oddali pojawia się błyskawica. Widok
zasnuwa mi jednak Shigeo. Zamykam oczy, czując napływające łzy.
Jaka ja jestem beznadziejnie słaba.
________________________________________________________________
Witajcie ponownie!
No, ten rozdział pisałam dość długo (tak prawie 2 tygodnie), jednak ma 10 stron w Wordzie. Muszę powiedziec, że jestem z siebie dumna - wkraczam w dwucyfrowe liczby. No i tak moja 'krótka historia' staje się prawie, że krótką książką.
Życzcie mi powodzenia w dalszym pisaniu!
Pozdrawiam <3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz