19 kwietnia 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 10 ~ Brzęk ostrzy

Rozdział 10
Brzęk ostrzy


Wychylam się ostrożnie, rzucając ukradkowe spojrzenia na mijających nas ludzi. Część nie zauważa dwóch dziewczyn skrytych w cieniu budynków, a inni posyłają nam lekko zdziwione spojrzenia, po czym tracą zainteresowanie i wymazują nas z pamięci, zajęci swoimi sprawami. Niezdający sobie sprawę jak blisko są zderzenia z ‘drugim światem’.
Kiedy nie dostrzegam znajomych twarzy z Jishinu, lekko rozluźniam mięśnie, odprężając się. Mimo, że zdaję sobie sprawę, że to niezbyt mądre kiedy muszę być w każdej chwili gotowa do walki, zwłaszcza z dużo silniejszym przeciwnikiem. Jednak kiedy Ayako oznajmiła iż wyślą do nas posiłki, poczułam znaczną ulgę, a niewyjaśniona chęć rozlewu krwi została zagłuszona.
Dziewczyna macha w moją stronę ręką, nakazując bym się zbliżyła. Rzucam jeszcze badawcze spojrzenie przechodniom i zastygam na moment widząc rudą czuprynę. Kręcę głową i szybko chowam się do cienia.
- Nie oglądaj się. – rzuca cicho dziewczyna na sam początek. – Meiji i reszta już są. – oznajmia, ale poważny wyraz jej twarzy nie zapowiada nic dobrego. Prostuję się, znów napinając wszystkie mięśnie, gotowa by zacząć walczyć.
- Gdzie teraz są? – rzucam na sam początek, jakby niedbale. Ayako kieruje wzrok za mnie.
- Za gzymsem dachu na budynku przed nami. – oznajmia. Zwalczam pokusę by się nie odwrócić. – Tylko, że…
- Jishin nas namierzył, prawda? – przyciszam swój głos do minimum. Moje granatowe oczy wyglądają jakby ktoś zamroził noc. Ayako kręci głową.
- Nie do końca. – odpiera, wyłamując sobie palce ze stresu. – Są na tej ulicy, ale nie wiedzą gdzie my jesteśmy, ani że Meiji, Koichi i Jun tu są. – mówi dalej. Wiedziałam, że nie pomylę tych rudzielców, myślę. Zauważam też, że Ayako lekko drży. Jestem ciekawa czy to z zimna, emocji lub raczej ze strachu. We mnie uderza jedynie adrenalina na zmianę ze stoickim spokojem.
- Chodzi o to, że mamy towarzystwo. – dodaje słabym głosem. Zastygam na ułamek sekundy, przestając myśleć. Mimowolnie kieruję spojrzenie na 3 nastolatków, którzy wydawali mi się znajomi. Moje spojrzenie krzyżuje się na chwilę z bursztynowymi oczami blondyna.
- Hariken – wypowiadam cicho. Przechodzą mnie dreszcze i z zdziwieniem stwierdzam, że to z podniecenia niż ze strachu. Chcę z nimi walczyć. Muszę. Ayako patrzy się prosto w moje świecące z emocji oczy. Jej szarozielone oczy są stanowcze, całkowicie odbiegając od jej mizernej postury i drżących warg.
- Szczerze to mogłabyś z nimi walczyć. – mówi ku mojemu zdziwieniu. Chcę się odezwać, jednak dziewczyna ciągnie dalej. – Jednak jesteśmy przyjaciółkami, dlatego nie mogę pozwolić ci zginąć, jasne? – kończy, ściskając mnie za ramię.
Mimowolnie odwracam wzrok i niechętnie przytakuję. Ayako chce mnie jedynie chronić, chyba lepiej zdając sobie sprawę co przeżywa teraz moja psychika niż ja. Na zmianę czuję żądzę krwi i przerażenie. I wiem, że gdyby mi pozwoliła wybrałabym walkę, pomimo braku szans. Moje ciało pali się do starcia, jednak powtarzam sobie, że zginę od razu i nie dopełnię zemsty.
Zemsta. To mój jedyny cel. Tylko i wyłącznie zemsta.
- Więc jaki mamy plan? – pytam tylko,  a widząc uspokojoną twarz Ayako, mimowolnie czuję ciepło na sercu. Nadal nie wiem jak ona przez tak długi czas zachowała tyle emocji, gdy ja w przeciągu kilku miesięcy, walczę zażarcie o każdy przejaw zwykłych emocji.
- Nie wiemy czy Hariken się zaangażuje. Mamy 30% szans, że wyminiemy się z Jishinem, ale drogę zajdzie nam Hariken. Jest też możliwość, że obie organizacje zaczną walczyć ze sobą, ale po naszej wcześniejszej misji to wykluczam. – dziewczyna pobieżnie przekazuje mi najważniejsze informacje. – Plan mamy od Głównego Stratega, Uetake. Według niego musimy odciągnąć ich od zaludnionych ulic, by zmniejszyć prawdopodobieństwo wezwania policji. Na znak wybiegniemy stąd i pognamy tak prędko jak się da na ulicę Y. Chłopaki kryją nam tyły. Jeśli rozegramy to szybko, zwiniemy się bez konfrontacji z Jishinem i Harikenem. Ale jeśli nie to… - urywa w połowie, pozwalając bym sama sobie dopowiedziała koniec zdania. Kiwam głową, rozumiejąc sens planu. Mimo iż obecnie mamy przewagę, 4 dorosłych mężczyzn nie należy do najłatwiejszych do pokonania.
- Dobra, może być. – stwierdzam i szukam wzrokiem gzymsu. Dostrzegam tlenione, blond kosmyki Juna i oczekuję znaku. Ayako również podnosi głowę, czekając. Kątem oka dostrzegam jej psotny uśmiech.
- Nie może być. Musi być. – prycha. Uśmiecham się, uspokojona rozluźnieniem przyjaciółki. Nie zbyt dobrze byłoby z przerażoną Ayako. Staram się ignorować mocno zaciśnięte pięści dziewczyny.
Po kilku sekundach zdających się być wiecznością, znad gzymsu wychyla się Koichi. Napotyka nas wzrok i w jakiś krzepiący sposób kiwa nam głową. Po chwili wyciąga rękę z wyprostowanymi palcami. Na początku rzucamy sobie z Ayako pytające spojrzenie, jednak kiedy ugiął pierwszego palca, zrozumiałyśmy. Odliczanie.
Wypuszczam ze świstem powietrze.
Trzy.
Ayako coś mamrocze i głośno połyka ślinę. Od razu jednak nakłada maskę lodowatego spokoju.
Dwa.
Obie napinamy mięśnie gotowe do nagłego zrywu.
Jeden.
Mimowolnie proszę by doszło do starcia.
Start. Zrywamy się od razu i jak torpeda wypadamy z zaułka. Jezdnia jest mokra, ledwo wyrabiam się na zakręcie. Kątem oka dostrzegam ruch na dachu. Chłopaki też ruszyli. Przyśpieszam. Ayako gnana nagłym przypływem adrenaliny jest kilka metrów przede mną.
Wpadam na jakiegoś drobnego, niskiego szatyna. Jęczę, przypominając sobie o ranie, ale mruczę jakieś przeprosiny. Moje słowa jednak urywają się w połowie, kiedy nasz wzrok się krzyżuje. Od razu rozpoznaję najmłodszego z Jishinu. Tego, który nas nie zdradził. Tego, który teraz pokazuje mi język.
Wiem, że na mojej twarzy jest wymalowane przerażenie i przyśpieszam do granic swoich możliwości. Liczę sekundy, jednak nie słyszę pościgu. Dlaczego on…?
Słyszę przekleństwo Ayako, dostrzegając szefa całej bandy pędzącego po ukosie w naszą stronę z krótkim, niewidocznym mieczem. Dziewczyna skręca, a ja sięgam przez ramię po miecz. Shigeo Taichi mnie nie zauważył, a ja skorzystawszy z okazji, niezgrabnie wytrącam mu broń z dłoni, powodując nacięcie dłoni i długi lot ostrza. Nasze oczy spotykają się na moment. Moje puste, a jego przepełnione wściekłością. Mężczyzna jednak zatrzymuje się, wracając po broń. Zrywam się w stronę przyjaciółki, łapiąc ją za rękę i odciągając w najbliższy zakręt.
- Co ty…? – rzuca z oburzeniem, sapiąc. Widząc jednak moją zdeterminowaną minę urywa w połowie, oczekując wyjaśnień.
- On się odwrócił, a ja skorzystałam z okazji by umkną im na moment. To gdzie miałyśmy się kierować?
- Jesteśmy przy szpitalu Tamagawa… Park Unane… - rzuca Ayako. Kiwam głową i przyśpieszam. Wypadamy z ciągu ulic na pustą drogę.
Znajome otoczenie przyprawia mnie o nagły zawrót głowy. Przez lata bawiłam się w pobliżu tego parku, chociaż mieszkałam nieopodal Parku Leśnego Higashitakane. Dom, szkoła, przyjaciele. Czuję, że w oku zakręciła się łza, a ja łapię drżąco powietrze. Przed oczami stają mi moi starzy znajomi. Od pamiętnego wieczora ich nie widziałam. Na pewno się zamartwiali, a teraz sądzą, że nie żyję. Powinnam…
Do porządku sprowadza mnie kolejny napływ deszczu, tnąc mi w oczy. Daleko za sobą słyszę tupot. Czyli już wybiegli. Mimo wszystko nasza przewaga jest znacząca, choć teraz liczą się sekundy. Obracam się i widzę Shigeo i jednego z rudych bliźniaków. Młody nawet nie majaczy się w oddali. Z początku chcę odetchnąć z ulgą, ale przychodzi mi na myśl coś innego. Blednę, zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Czując, że muszę ostrzec Ayako, obracam się i na nią wpadam.
Dziewczyna jest wyprostowana jak struna. Oddycha ciężko, naprężając wszystkie mięśnie przy napinaniu łuku. Z jej oczu odpłynął szary odcień, pozostawiając dziką zieleń. Na twarzy maluje jej się spanikowanie. Celuje drżącą ręką do przeciwnika biegnącego do nas z przodu. Drugiego bliźniaka.
- Otoczyli nas – mówi jakby od niechcenia. Niestety wiem, że tylko sili się na spokojny ton,  w środku cały czas zwiększa się paniczny strach. Obracam się od niej, opierając się o jej plecy swoimi. Widząc wariackie oczy Shigeo, nieuchronnie się do nas zbliżającego, czuję narastające przerażenie. Jednak wyczuwszy drżenie ciała dziewczyny, lodowacieję w ułamku sekundy. Muszę być silna. Tak jak nielicznych wcześniejszych misjach. Muszę walczyć. To ja jestem szermierzem, nie Ayako.
- Tak w ogóle, Ayako – zagaiłam. – Czemu akurat łuk?
- Heheh – koleżanka zaśmiała się krótko w odpowiedzi, drapiąc w tył głowy. – Mam świetny wzrok i cel, a z moją siłą nigdy nie było najlepiej… - odwróciła wzrok, lekko się rumieniąc. – Nie miałam siły utrzymać miecza. Głupie, co nie?
Kręcę głową z powagą patrząc się w oczy brązowowłosej.
- Wcale nie. Bronienie kogoś z dystansu jest bardzo trudnym zajęciem. – mówię. – Uważam, że jesteś genialna, Ayako.
Przed oczami przebrnął mi tamten fragment naszej starej rozmowy. I zdaję sobie sprawę o co chodziło jej z określeniem ‘głupie’.  To nie było do ramowych misji, takich jak początek naszej, kiedy dziewczyna odwaliła połowę roboty, zestrzeliwując przeciwników i kryjąc mi plecy. Odnosiło się do właśnie takich momentów. Kiedy coś pójdzie nie tak, a ona nie może się bronić. Musi jedynie liczyć na towarzyszy.
Analizuję jeszcze przez moment wszystko. Jej charakter, śmiech, zachowanie. Fakt, że jest moją przyjaciółką. Zaciskam zęby. Jishin jest już kilka metrów od nas. Trzeba podjąć decyzję, na którą nie mogę się zdobyć.
Albo zginiemy obie, albo jedna z nas przeżyje.
Mam rodziców przed oczami i ogarnia mnie gniew. Sięgam przez ramię i wyciągam miecz, płynnie tnąc powietrze. Podczas gdy po lśniącym ostrzu spływa pierwsza kropla deszczu, myślę, że podjęłam decyzję. Uciszam sumienie. Po czym przypominam sobie pełen czułości wzrok Ayako kiedy opowiadała o swojej rodzinie.
- Ayako. – rzucam przez ramię. – Jak dam ci znak, masz uciekać, jasne?
- Ale… - dziewczyna oponuje. Przerywam jej, wiedząc, że nie mamy czasu na sprzeczki.
- Musisz, jasne? Dla swojej rodziny. – Czuję, że przyjaciółka kiwa głową. Nie widzę spływającej po jej policzku łzy.
Napinam wszystkie mięśnie, wyrzucając zbędne myśli z głowy. Patrzę się w oczy przeciwnikowi wyzywająco. Przenoszę ciężar na drugą nogę.
Obym nie żałowała swojej decyzji.
***
- Oj, Koichi, pośpiesz się! – woła Meiji.
- No nie moja wina, że mam lęk wysokości! – odkrzykuje i szuka stopą oparcia. Natrafia na parapet, po czym płynnie się na niego opuszcza.
- Właśnie, że twoja! Rusz się, do jasnej cholery! – krzyczy do niego Jun.
Koichi warczy coś w odpowiedzi. Stoi na parapecie na wysokości pierwszego piętra. Patrzy się w dół, na dwójkę przyjaciół i biorąc głęboki wdech odbija się. Słyszy jakieś mruknięcie Meijiego. Leci przez kilka sekund w dół, po chwili lądując na ziemi. Siła uderzenia rozchodzi się po jego łydkach, ale nie krzywi się.
- Skończyłeś już pokazywać łał-umiem-skoczyć-z-pierwszego-piętra-umiejętność? – rzuca Meiji, wyraźnie znudzony popisem kolegi. Jego czarne włosy, mokre od deszczu przyklapły i opadły na czoło.
- Skończyłem. – rzuca w odpowiedzi i przeczesuje włosy palcami. Długie, brązowe kłaki kręcą się od wilgoci i zakrywają mu oczy.
- Ranyyy… - jęczy Jun. – W tym tempie to nigdy…
- Ogarnijcie się w końcu i chodźcie! – rzuca czarnowłosy i rusza przed siebie. Pozostała dwójka patrzy się po sobie, przy czym wzruszając ramionami, ruszają za swoim dowódcą.
Deszcz zaczął bębnic mocniej o chodnik, kiedy wybiegli z uliczki. Minęli kawiarnię, w której siedzieli ludzie z Hariken, a Meiji posłał tam ciekawskie spojrzenie. Jednak w środku nikogo nie było. Przeklnął.
- Nie ma ich. – rzuca przez ramię.
- Czyli się włączają w naszą akcję? – pyta Jun.
- Nie wiem. – Meiji wzrusza ramionami. – Od początku nic nie robią.
- Może po prostu obserwują? – zastanawia się długowłosy. – W końcu to dzieciaki… - dodaje lekceważąco.
- Mam nadzieję, że się nie mylisz. – mruczy czarnowłosy i przyśpiesza.
Cała trójka ubrana jest w granatowe, wodoodporne kurtki i przetarte, czarne jeansy. Mają trekkingi w brązowych odcieniach, głośno odbijające się od kałuż. Od ciągłego deszczu włosy zalepiają im oczy, ale niestrudzenie biegną. O plecy obijają im się pochwy z katanami.
Ludzie mijają ich, odsuwając się z drogi. Rzucają im zaciekawione spojrzenia, ale o nic nie pytają. Nikt nie zdaje sobie sprawy z krwawej akcji, która może za chwilę się rozegrać.
Meiji skręca w szerszą ulicę i rozgląda się za dziewczynami. Miały się tu kierować. W okolicy kręci się tylko kilka osób, a deszcz ogranicza widoczność. Mężczyzna zaczyna mieć złe przeczucia. Przyśpiesza bez wyjaśnień, pędząc przed siebie bez żadnych wyjaśnień. Koichi i Jun starają się dotrzymać mu kroku, nie zauważając, że czarnowłosy się zatrzymał. Prawie na niego wpadając, Koichi rzuca z oburzeniem:
- Co znowu, Panie-musimy-się-śpieszyć?
- Cicho. – mówi tylko szeptem, a długowłosy ledwo go słyszy. Widocznie nad nim góruje swoim wzrostem. Najwyraźniej Meiji nasłuchuje. Cała trójka milknie na moment, stojąc po środku ulicy w całkowitej ciszy. Z bocznej uliczki dochodzą zduszone przez wiatr głosy. Jun trze się po karku.
- Dam sobie rękę uciąć, że słyszałem Satoru Ashidę. – stwierdza. Meiji mu przytakuje. Jego piwne oczy błysnęły, a usta wykrzywiły się w chytrym uśmiechu. Mężczyzna już miał gotowy nowy plan.
- Koichi, zostajesz tutaj. – rzuca do przyjaciela. Tamten unosi wysoko brwi, ale się nie odzywa. O nic nie pytając odchodzi od nich i kieruje się w stronę uliczki, z której dochodzi rozmowa.
- Dam wam znać jak coś usłyszę. – oznajmia, odwracając się. Jego brązowe oczy błyskają groźnie, wyraźnie ożywione przebiegiem akcji. W końcu zaczęło się robić ciekawie. Brązowe włosy, obecnie wyglądające jak mokre strąki, opadają mu na twarz, nadając jej przerażający wygląd.
Czarnowłosy kiwa głową na  najmłodszego i zaczyna biegnąć we wcześniejszym kierunku. Młody marszczy czoło, nie ogarniając planu, jednak postanawia zaufać przyjacielowi i nie zadawać zbędnych pytań. Meiji porusza ustami, niedosłyszalnie dla nikogo wypowiadając 3 słowa.
‘’Liczymy na ciebie’’
***
Obserwuję swoimi granatowymi oczami zbliżających się przeciwników. Wysokiego, umięśnionego mężczyznę o bezlitosnych błękitnych oczach i tlenionych włosach, który trzyma silnym chwytem dwa długie ostrza. Trochę niższego, ale bardziej barczystego i starszego faceta o zielonych oczach i rudych włosach z wygolonym lewym bokiem, trzymającego ciężki, obusieczny miecz.
Shigeo Taichi oraz jeden z bliźniaków – Takahide.
Rzucam spojrzenie przez ramię. Ayako celuje ostatnią strzałą w drugiego rudzielca, Takahiro. Od swojego brata różni się jedynie fryzurą. Ten ma wygolony prawy bok.
Kiedy upewniam się, że Ayako ma tylko jednego przeciwnika, biorę głęboki wdech. Łapię mocno swój miecz i ruszam w stronę wroga. Nogi same mnie niosą przed siebie. Podbiegam tak zwinnie jak tylko mogę do Takahide. Biorę zamach od dołu, a słysząc zgrzyt metalu, krzywię się. Nie udało mi się wytrącić mu broni. Nim zdąży jakoś zareagować, tnę poziomo w stronę drugiego. On paruje uderzenie bez problemu. Rzucam mu mordercze spojrzenie, odskakując do tyłu.
- Ty… - syczy błękitnooki. Mimowolnie robię krok do tyłu, trzymając miecz przed sobą. Mężczyzna, o głowę ode mnie wyższy, stoi wyprostowany i rzuca mi nienawistne spojrzenie. – Ty zabiłaś mi ojca. – rzuca lodowato i patrzy prosto w moje granatowe oczy. Dostrzegam te same emocje jakie targały mnie tamtego sierpniowego wieczora. – Zabiję cię. – dodaje jeszcze i rzuca się w moim kierunku.
Zdezorientowana paruję cios, lekko się chwiejąc. Jego wzrok mnie rozproszył. Cały czas się cofam, ledwo odbijając wciąż lecące na mnie ciosy. Shigeo cały czas zasypuje mnie burzą cięć, na zmianę każdym mieczem. Takahide czeka jedynie na dobry moment. Zdobywam się na lekceważący uśmieszek.
- Proszę wybaczyć, ale to ja zabiję ciebie. – mówię z mordem w oczach. Przepuszczam jeden cios, który, nie do końca zamierzenie, rozcina mi policzek. Czuję ciepłą krew cieknącą po twarzy, nie czując bólu. W moich żyłach krąży jedynie adrenalina. Robię zamach, i tnąc na ukos trafiam w jeden z mieczy Shigeo. Mężczyzna rozszerza oczy, wyraźnie zdziwiony moim posunięciem. Odzyskuję pewną postawę, parując tuż nad moją głową cięcie Takahide. Siła jaką włożył w uderzenie ugina mi kolana. Krzywię się.
Błękitnooki uśmiecha się szyderczo i posyła mi spojrzenie.
- Może będzie ciekawiej niż sądziłem.
Patrzę się na niego pustymi oczami, czując narastającą wściekłość. Jednak kiedy słyszę krzyk Ayako, dociera do mnie o czym mówił. Przyjaciółka chybiła i teraz jej jedyną bronią został sztylet.
- Ayako! – krzyczę, chcąc ruszyć jej pomóc. Nim zdążę pomyśleć, robię przewrót w przód, unikając ciosu Takahide. Obracam się, ściskając miecz. Zrywam się na równe nogi, widząc biegnącego w moją stronę Shigeo. Również ruszam w jego stronę. Tnę z góry, jednak on paruje bez problemu mój cios. Znowu zmusza mnie do defensywy. Każdy jego cios rozchodzi się bólem po moich ramionach.
Ayako tym czasem staje do walki z Takahiro. Mężczyzna bierze na nią zamach, przy czym trafiając w ostrze sztyletu, zwala ją z nóg. Broń nadłamuje się, a dziewczyna stara się jak może by odeprzeć atak. Podtrzymując ostrze drugą ręką, siłuje się z Takahiro, by nie przeciął jej gardła. Walczy z nim, jednak jest tylko drobną dziewczynką naprzeciw barczystego faceta. Mimo to na jej twarzy nie ma ani odrobiny strachu. Jedynie determinacja i zawziętość.
Shigeo cały czas zmusza bym się cofała. Nie mam nawet czasu zastanawiać się gdzie stoi Takahide i czy przypadkiem nie zachodzi mnie od tyłu. Mężczyzna tnie od dołu, a ostrze schodzi z mojego miecza i rozcina mi ramię. Mrużę oczy z bólu. Dziękuję w duchu, że to tylko lewa ręka. Shigeo uśmiecha się kpiąco.
- Tylko na tyle cię stać, co? – Przy każdym słowie bierze mocny zamach, a ja z coraz większym trudem paruję ciosy.
- Niech cię szlag, Taichi! – krzyczę do niego. W moich oczach maluje się jedynie gniew. Jestem taka słaba. Nie mogę nawet go drasnąć. Nie. Nie mogę nawet go zaatakować. Staram się spojrzeć przez ramię na Ayako, jednak wróg prawie wytrąca mi broń z dłoni. Nie mogę tak ryzykować.
- Nie rozglądaj się, mała, bo zrobię ci krzywdę! – śmieje się kpiąco. Po chwili jego twarz zastyga z czystą nienawiścią w oczach. – Zabiję cię, suko. I nie martw się o przyjaciółeczkę. Bliźniaki się nią zajmą.
Na liczbę mnogą drgam. Obiecałam sobie, że ochronię Ayako, ale od początku walki nie robię nic by dać jej możliwość ucieczki. Szlag by to. Jeśli do walki dołączy drugi bliźniak, dziewczyna zginie na miejscu.
Szlag by to.
Staram się skupić, przypomnieć jakieś specjalne ciosy, o których wspominała mi Mako. Cokolwiek, co pozwoli na chwilę go zdezorientować. Cokolwiek.
Shigeo tnie z lewej. Z prawej. Od dołu na ukos. Z góry. Z prawej. A potem znowu od lewej. W umyśle błyska mi jeden cios, o którym wspominała moja patronka. Czekam, aż mężczyzna powtórzy sekwencję, upewniając się, że nie zmienia ruchów. Biorę głęboki wdech i patrzę się prosto w jego oczy. Nocne niebo naprzeciw zimna lodowca.
Odstawiam lewą nogę do tyłu, lekko się obracając. Opieram ciężar na niej, biorąc szeroki zamach. Jedno z ostrzy mija moją klatkę o kilka centymetrów, a drugie przygotowuje się do zablokowania ciosu od prawej. Skręcam jednak nadgarstek, prowadząc prosto miecz. Shigeo nie zdąża odskoczyć, a ostrze mknie w kierunku jego lewego nadgarstka.
Odwracam się i rzucam w stronę Ayako. Upewniam się, że trafiłam, po brzęku miecza i siarczystego przekleństwa mężczyzny. Uzyskałam kilka cennych sekund. Jeden z bliźniaków przyszpila moją przyjaciółkę do ziemi, a drugi celuje mieczem w jej głowę. Ściskam poziomo miecz i z całej siły uderzam w żebra Takahiro rękojeścią. Kiedy słyszę trzask łamanych kości, przechodzą mnie dreszcze. Mężczyzna traci dech, upuszcza miecz i opada z hukiem na ziemię.
- Bracie! – Takahide rozproszył się, a ja korzystając z tego biorę zamach, by go zabić. Nie obchodzi mnie to kim jest, ani fakt, że nie atakuje nas, bo chce. Nie obchodzi mnie, że ma brata, o którego się troszczy. Muszę go zabić.
Jednak kiedy moje ostrze wbija się mu w brzuch, czuję ból. Rozchodzi się po całym kręgosłupie, a ja tracę równowagę. Odrywam się od ziemi i lecę w przód. Wykonuję fikołka w powietrzu i opadam twardo na plecy. Z ręki wypadła mi broń, jednak wiem, że nie znacznie przecięłam Takahide.
- No, no. – Shigeo idzie w moim kierunku wolnym krokiem, jakbym już przegrała. Podnoszę się, zaciskając zęby, szukając ręką ostrza. Kiedy nie wyczuwam rękojeści, jeszcze półleżąc rozglądam się na boki. Jest kilka metrów ode mnie. Szlag by to. – Nie pomyślałbym, że Mako-chan komuś pokaże jedną z jej ‘specjalnych’ technik. – Na dźwięk imienia mentorki, zaprzestaję gapienia się na mój miecz. Obracam głowę w kierunku wroga, posyłając mu nienawistne spojrzenie. ‘Mako-chan?’
- No nie patrz się tak na mnie. – prycha i oblizuje krew z lewego nadgarstka. Nie ma drugiego ostrza, więc skutecznie go zraniłam. Uśmiecham się pod nosem. – Nie szczerz tak gęby, mała. – Celuje mieczem w moim kierunku. Stoi zaledwie metr ode mnie. Wystarczy jeden ruch, a rozpruje mi gardło. – Jakieś ostatnie słowa? – pyta, stukając we mnie czubkiem. Przechodzi mnie dreszcz, a obraz mężczyzny się rozmywa. Najgorsze, że nie przeraża mnie śmierć, tylko fakt, że nic nie czuję. – Szybciej. – ponagla, uśmiechając się z mordem w oczach.
Jednak dzięki rozmytemu obrazowi wroga dostrzegam tło. Takahiro podniósł się po uderzeniu i teraz kręci się przy krwawiącym bracie. Ayako zaciska ręce na złamanym sztylecie, a z oczu można wyczytać śmiertelne przerażenie. Podchodzi spokojnie od tyłu do Shigeo.
Tylko, że to nic nie da. Nawet jeśli go trafi, to będzie miał dużo czasu by przeszyć ją mieczem. To samobójczy akt odwagi. Biorę głęboki wdech. Moje spojrzenie krzyżuje się na moment z szarozielonymi oczami. Uśmiecham się lekko, starając się dodać  jej otuchy, mimo iż to ja czuję narastający ucisk w gardle. Ayako rozszerza oczy i kręci głową. Zamykam oczy i nakładam lodowatą maskę. Otwieram oczy i krzyczę z całych sił:
-Wiej!!!
Ayako mruga, a oczy zachodzą jej łzami. Ciska sztyletem o ziemię i rzuca się do ucieczki. Ręce ma zaciśnięte w pięści, a głowę opuszczoną. Shigeo nie zadaje mi ciosu, tylko obraca się zdziwiony za dziewczyną, po czym patrzy się na bliźniaków. Korzystam z okazji i szarpię ciałem w stronę swojej broni. Kiedy tylko czuję rękojeść w dłoni, zrywam się na równe nogi, ignorując prawy bok oraz lewą rękę. Shigeo znów kieruje swój wzrok na mnie, a kiedy widzi mnie w pozie bojowej, obrzuca mnie wściekłym spojrzeniem.
- Takahiro. Takahide. Do mnie, natychmiast. – pomimo złości mówi spokojnie. Rudzi podchodzą i wyciągają przed siebie miecz. Jeden z nich krzywi się, a ze szramy przez środek brzucha powoli sączy się krew. – Gratuluję aktu przyjaźni, jednak za moment zginiesz, mała. – każde jego słowo przesączone jest jadem. Przełykam głośno ślinę i modlę się by nie drżał mi głos.
- Ichigo – mówię.
- Co? – mężczyzna marszczy brwi, lekko zdezorientowany. Prostuję się.
- Nie mała, tylko Ichigo. – rzucam im mordercze spojrzenie moich granatowych oczu. – Kanegawa Ichigo.
- Kanegawa? – bliźniacy rzucają sobie pytające spojrzenie, jakby słyszeli to nazwisko wcześniej. Moje serce zamiera na moment. Co jeśli…
- Hahaha!!! – Shigeo parska śmiechem. – Twoi rodzice przewracają się w grobie, widząc co… - przerywa i paruje mój cios. Uśmiech zamiera mu na twarzy kiedy widzi moje oczy. Całkowicie puste.
Nie wiem, czy to oni ich zabili. Nawet nie chcę się o to pytać. Muszę im coś zrobić. Cokolwiek. Drasnąć. Walnąć. Przeciąć.
Zabić.
Atakuję z nową siłą. Cała trójka jest zaskoczona, jednak po kilku ciosach znowu jestem zmuszona do defensywy. Skaczę w stronę błękitnookiego, po czym paruję cios jednego bliźniaka, ledwo unikając ataku drugiego. Chwieję się. Paruję mocne pchnięcie Shigeo i odskakuję od Takahide. Ostrze Takahiro mija moją głowę o kilka milimetrów. Mój miecz cały czas spotyka się z ich bronią. Nie mam nawet czasu mrugnąć. Wiem, że przegram, jednak kieruje mną teraz tylko niechęć do pogodzenia się z losem, który wybrałam. Mimowolnie prycham.
Tylko, że oni mnie nie zabiją. Ja już nie żyję. Jestem martwa od momentu, kiedy ujrzałam ciała moich rodziców. Drżę ze złości i przygotowuję się do czołowego starcia z Shigeo.
Muszę go zabić.
- Zemszczę się – szepczę, kiedy moje ostrze napotyka ostrze Shigeo. Nawet nie zauważam, że nie mam już najmniejszych szans. Takahide jest z tyłu, a Takahiro przygotowuje się do ciosu. – Zemszczę się… - szepczę jeszcze, a oczy zachodzą mi łzami. Wiem, że wyglądam żałośnie. Krzywię się, cała we krwi. Łzy spływają mi po policzkach, na jednym mieszając się z rozcięciem. W moich oczach jest rozpacz z dozą głębokiego żalu. Nim dosięgnie mnie ostrze Takahiro, opuszczam głowę, zamykając oczy. Czuję ukłucie bólu, ciągnące się przez całą klatkę. Wypuszczam miecz z dłoni. Nim spadnie na ziemię, usuwam się na chodnik.
Otwieram oczy i patrzę się na niebo zasnute chmurami. Deszcz kapie mi w oczy, a w oddali pojawia się błyskawica. Widok zasnuwa mi jednak Shigeo. Zamykam oczy, czując napływające łzy.

Jaka ja jestem beznadziejnie słaba.
________________________________________________________________

Witajcie ponownie! 
No, ten rozdział pisałam dość długo (tak prawie 2 tygodnie), jednak ma 10 stron w Wordzie. Muszę powiedziec, że jestem z siebie dumna - wkraczam w dwucyfrowe liczby. No i tak moja 'krótka historia' staje się prawie, że krótką książką. 
Życzcie mi powodzenia w dalszym pisaniu!
Pozdrawiam <3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz