Siedzę na parapecie, oparty o szybę. Przytykam głowę
do okna, nasłuchując deszczu, mętnym wzrokiem obserwując mijających mnie ludzi.
Z tej wysokości nikt mnie nie zauważa. Jakby mnie nie było.
Za dużo myślę.
Wzdycham i poprawiam się. Kieruję wzrok na sufit,
jednak po chwili zmuszam się by spoglądać przez okno. Wyszukuję jakichś
podejrzanych ruchów, zachowań. Czegokolwiek. Kogokolwiek. Byleby tylko zacząć
działać.
Deszcz nasila się, a ludzie przyśpieszają kroku,
niektórzy wyjmują parasole. Zwyczajna ulica. Zwyczajne osoby. Nic co mógłbym
uznać za niebezpieczne. Kątem oka zauważam wzmagający się wiatr, poruszający
gałęziami drzew. Ponownie wzdycham.
- Ciekawe czy u nich też pada deszcz… - mówię na
głos, wzdrygając się. Dźwięk własnego głosu we wszechogarniającej ciszy jest
nieprzyjemny. Rzucam jeszcze pobieżne spojrzenie ulicy, po czym zeskakuję z
parapetu, przeciągając się przy okazji.
Obrzucam wzrokiem pomieszczenie. Jedno okno,
spróchniałe drzwi, żarówka zwisająca z sufitu. Białe ściany z licznymi
przeciekami. Trzeszcząca podłoga, na której leży futon. Nieduży blat z
mikrofalówką, obok stoi niska lodówka. Jedyna ozdoba to źle chodzący zegar.
Tik-tak. Tik-tak.
Zastygam na moment, zamykając oczy. Ta pustka jest
dla mnie zbyt przytłaczająca. Zasikam dłonie w pięści aby się nie trzęsły.
To tylko tymczasowe. Tymczasowe. Za niedługo wrócę.
Opadam na futon, chowając głowę w kolanach. Oddycham
ciężko, przechodzą mnie dreszcze. Zaciskam oczy by ustrzec się od koszmarnych
obrazów przepływających przez mój umysł. Całkowicie pusty pokój. Liścik. Garść
drobnych. Samotność.
Weź się w garść.
Rozlega się dzwonek telefonu. Od razu kieruję na
niego zdziwiony wzrok. Spodziewam się nazwiska szefa, a kiedy widzę ‘Omitsu
Adachi’ przez myśl przebiega mi chęć odebrania. Szybko tłumię ją w sobie. Kiedy
muzyka cichnie, ekran się wygasza, a cały pokój pogrąża się w ciemności
deszczowych chmur. Po chwili jednak słyszę głos.
- Halo? – rzuca kobieta pytająco. – Nie wiem co się
dzieje, ale powinieneś się z nami kontaktować. – mówi na samym początku. –
Wiem, że przez miesiąc nie ma żadnego progresu, ale… - urywa, jakby szukając
słów. – Ale musisz być cierpliwy. Nie możesz teraz wrócić. – mówi stanowczo.
Podnoszę głowę i spoglądam na telefon. Omitsu bierze głęboki oddech. Po moich
plecach przebiega dreszcz, jakby na znak złej wiadomości. Nim usłyszę
wyjaśnienie, rozszerzam oczy z przerażenia. – Chyba wybuchła wojna, Tsuneari.
Wiadomość się kończy. Nie ruszam się, drżąc na całym
ciele. Łapię się za głowę, patrząc się przez palce. Wiem, że moje ciemnobrązowe
oczy są rozszerzone z przerażenia. Serce mi łomocze.
Wojna.
Opadam na futon, patrząc się pusto w sufit.
Niebieskie, inteligentne oczy, które tracą życie. Kasztanowłosą dziewczynę
umierającą w ramionach długowłosego mężczyzny. Rudowłosą kobietę, która od
tamtej pory się nie uśmiechnęła. Lekarza z krwią na rękach.
Ostatnia bitwa przyniosła wiele śmierci, krwi i łez.
Teraz nadciąga kolejna.
Biorę głęboki oddech, zrywam się na nogi.
Przewieszam sobie pochwę z mieczem przez ramię. Jeśli sytuacja się nie rozwija,
sam ją sobie rozwinę.
***
Mężczyzna stoi przy samym rogu budynku, blisko
wylotu z zaułka. Oddycha miarowo, mimo iż ubranie mokre od ciągłego deszczu
obkleiło całe jego ciało, wprowadzając chłód. Nie zwraca uwagi na mijających go
ludzi, cały czas nasłuchując.
- Twoje postępowanie jest podejrzane.
Po głosie rozpoznaje 18-latka z Harikenu. Matsuki
Daishi.
- Może i jest, ale mam własne powody.
- Nie interesują nas twoje powody. Masz nas
natychmiast przepuścić. – W stanowczym dziewczęcym głosie rozpoznaje Suzuko
Ashidę. Jeśli jest ona, obok na pewno stoi jej młodszy o rok brat – Satoru. Kim
więc jest 4 osoba?
- A jak nie przepuszczę? – rzuca kpiąco.
- Jak nie… - Koichi upewnia się, że to Satoru.
Słyszy dźwięk wysuwanego ostrza. Kręci z rezygnacją głową. Wolałby by nie
doszło do walki.
- Spokojnie, spokojnie… Wyświadczam przysługę
staremu znajomemu.
- Skończ pieprzyć. – warczy dziewczyna. – I tak
tylko obserwujemy.
- I dlatego grozicie mi mieczem? – Koichi
powstrzymuje się by nie parsknąć śmiechem. Od razu poważnieje, jeszcze bardziej
się przybliżając.
- Nie gadaj głupot, Kuno. – Matsuki wraca się do
niego po nazwisku. – Satoru, schowaj broń. – rozkazuje stanowczo koledze. – Nie
igraj z Hariken, nie radzę.
Koichi rozszerza oczy ze zdziwienia. Czyli on nie
był z Hariken? Więc nie wszyscy z Jishinu pobiegli za dziewczynami. W takim
razie dla kogo byłoby przysługą zagadanie tej trójki? Na pewno nie dla nich, bo
Jishin woli rozwiązania natychmiastowe. Czyżby… dla Kaminari?
Brązowowłosy kręci głową. To niedorzeczne.
- Ty… - mężczyzna mógł przysiąc, że czuje wzrok
jakim obrzuca go Suzuko. – Oni nie wiedzą, gdzie jesteś, prawda?
- Poniekąd. – odparł luzacko. Kim on jest? - Możecie
wracać do domu.
Trójka przyjaciół patrzy się po sobie. W sposobie
bycia tego chłopaka było coś podejrzanego. Żadne z jego działań nie dawało
jasnego światła na obrót sytuacji. Matsuki w końcu westchnął cicho, kręcąc
głową.
- Niech będzie – mówi jak gdyby nigdy nic. Koichi
prawie wychyla się by upewnić się, że to ten sam Matsuki Daishi co zawsze.
Mężczyzna nie chce uwierzyć w tak łatwe zrezygnowanie, nawet na człowieka dla
którego wszystko jest upierdliwe. – Satoru, Suzuko, idziemy. – odwraca się,
wchodząc w cień uliczki. Dziewczyna podąża za nim niepewnie. Chłopak tasuje
członka Jishinu swoimi bursztynowymi oczami. Rzuca coś cicho, tak że Koichi nie
rozpoznał słów, po czym rusza szybkim krokiem za przyjaciółmi.
Mija parę minut, Hariken się oddala. Brązowowłosy ma
mętlik w głowie, nie rozumiejąc nic. Matsuki nigdy by nie zrezygnował. Nie, ta
trójka by tak łatwo nie popuściła. 2 lata temu prawie doszło przez ich upór do
bitwy, a i tak nie chcieli odpuścić. Kim był ten facet? Jakie ma zamiary?
Miał już powoli się wycofywać by dołączyć do Juna i
Meijiego, ale zatrzymało go pytanie, które zamroziło mu krew w żyłach:
- Pokażesz się w końcu, zabójco z Kaminari?
Koichi zastygł w pół kroku, marszcząc brwi. Dłuższe,
brązowe włosy opadły mu na twarz, przysłaniając oczy o podobnym odcieniu.
Przestał oddychać, czekając w napięciu.
- I tak wiem, że tam jesteś.
Mężczyzna prostuje się. Sięga przez ramię i płynnym
ruchem dobywa ostrza. Kiedy już ma ruszyć na wroga, zatrzymuje się. Jak długo
tamten zdaje sobie sprawę z jego obecności? To samo daje już dużo do myślenia,
a zuchwalstwo by kazać pokazać się szpiegowi, narażając się na walkę jest
podejrzane. Za jak silnego on się uważa?
- Śpieszy mi się, nie wolałbyś dołączyć do swoich
kumpli?
Koichi zaciska zęby, uspokajając oddech i tętno.
Ściska mocniej rękojeść, kiwając do siebie głową na znak rozpoczęcia po czym
skręca gwałtownie w zakręt. Jeden krok. Przygotowuje się do zamachu. Drugi.
Mężczyzna rozszerza oczy ze zdziwienia. Trzeci krok. Koichi bierze zamach,
pewien, że pojedynek skończy się bez walki.
- Mam cię – rzuca cicho, z triumfalnym uśmieszkiem.
Słysząc szczęk metalu, na twarz wstępuje mu wyraz niedowierzania. Facet blokuje
jego cios od niechcenia. Koichi mruga kilka razy, upewniając się, że to prawda.
Po chwili otrząsa się z szoku i odskakuje na kilka kroków.
- No, w końcu się pokazałeś. – rzuca nieznajomy.
Koichi przybiera pozycję do ataku, ale on chowa miecz i szybko podnosi dłonie
do góry. – Spokojnie, spokojnie, spokojnie, spokojnie! – Koichi patrzy się na
niego jak na debila. Prostuje się, opuszczając przy tym miecz. Obserwuje
człowieka stojącego przed nim.
Na oko jest może w wieku Ryutaro. Jest jednak dużo
wyższy od lekarza, prawie dorównujący mu wzrostem. Jego czarne włosy, rozwichrzone
na wszystkie strony, opadają na ramiona,
nadając mu wygląd gwiazdy rocka. Mimo sympatycznego uśmiechu i delikatnych
ruchów w jego oczach jest coś niepokojącego. Są w odcieniu złota i patrzą się
na niego z dozą podziwu. Jednak jeśli on patrzy się w nie, czuje jakby tonął.
Inną cechą charakterystyczną jest srebrny kolczyk w dolnej wardze, pobłyskujący
złowrogo.
Koichi usiłuje przypisać jego wygląd do
jakiegokolwiek opisu przeciwników. Marszczy brwi sfrustrowany, nie mogąc go z
nikim skojarzyć. Przybiera groźną minę i obrzuca go morderczym spojrzeniem. Ten
jednak nie reaguje na nie, dalej się uśmiechając.
- Kim jesteś? – warczy do niego lodowato. Chłopak
nadal gestykuluje rękoma uspokajająco, w geście poddania. Uśmiecha się
czarująco, kłaniając się lekko.
- Ryuji Kuno. Z Jishinu. – na nazwę organizacji,
Koichi znów jest gotów poderżnąć mu gardło bez mrugnięcia okiem. – Spokojnie,
spokojnie, nie jestem tu by walczyć. Chociaż walka z jednym z ‘Trójki’ byłaby
intrygująca… - dorzuca cicho, przybierając przerażający wyraz twarzy. Koichi
mimowolnie się wzdryga.
- Czego chcesz? – zadaje kolejne pytanie, już trochę
spokojniej. Ryuji z powrotem ma życzliwy wyraz twarzy.
- Jak już słyszałeś, Koichi-sama, wyświadczam
przysługę staremu znajomemu. Może to trochę dziwne, ale jeśli ci się śpieszy to
nie mam zamiaru walczyć. Chcę jedynie wrócić już do naszej siedziby i cieszyć
się tym dniem. – przeciąga się leniwie, a jego złote oczy błyskają w ciemności.
– Jakoś nie uważam mordowania dziewczynek za romantyczne.
Koichi patrzy się na niego jak na wariata. Stara się
nie brać jego słów do siebie, ani ich nie interpretować. To tylko jakiś
dzieciak ze zrytą psychiką. Ryuji jakoś nie oczekuje odpowiedzi i mija go
spokojnie.
- Nie mam nic do was, Kaminari – rzuca i odchodzi.
Koichi w pierwszej chwili chce za nim pobiec, śledzić go, jednak przypomina
sobie o założeniu misji. Jun i Meiji mogą potrzebować wsparcia. Tego typa można
sprawdzić później.
Poprawia kaburę z mieczem i rusza biegiem w stronę
Parku Unane.
***
Drobne ciało dziewczyny leży na ziemi, obmywane z
krwi strugami deszczu. Powieki przysłaniają oczy w odcieniu nocnego nieba, a
klatka unosi się i opada nierównomiernie. Z otwartej rany na brzuchu sączy się
krew.
Takahiro podtrzymuje swojego rannego bliźniaka i ze
spuszczonymi głowami patrzą się na ciało Ichigo. Dziewczyna, straciwszy dużo
krwi, zemdlała. Jej spokojna twarz, jakby nieświadoma czyhającego
niebezpieczeństwa była okryta błogim spokojem. Wyglądała teraz na starszą.
Takahide rozmył się wzrok, choć został przez nią zraniony. Mimo wszystko to
jeszcze dziecko.
Nad ciałem stoi wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna.
Tlenione włosy oblepiają mu twarz, okalając bezlitosne błękitne oczy oraz
triumfalny uśmiech. Prychnął, po chwili śmiejąc się głośno. Bliźniacy
popatrzyli się po sobie ze zrozumieniem. Skrycie obrzucili swojego dowódcę
spojrzeniem pełnym odrazy.
- No i co mi teraz zrobisz, co? – Shigeo prycha
ponownie, kpiąco patrząc się na nieprzytomną Ichigo. – Nic już nie zrobisz,
suko. – zniża głos, a rudych mimowolnie przechodzi dreszcz. Takahiro odmawia
krótką modlitwę, tak jak za każdym razem, kiedy kogoś zabijają. – To za mojego
ojca, Kanegawa – rzuca jeszcze cicho i bierze szeroki zamach.
Przez jego twarz wędruje szaleńczy uśmiech, a we
wcześniejszych bezlitosnych oczach jest jedynie mord. Napina wszystkie mięśnie,
wkładając całą siłę w ten cios. Opuszcza miecz, ze świstem tnąc powietrze.
Kiedy ostrze mknie ku bezbronnej, nieprzytomnej
dziewczynie, Jishin jest pewny swojej wygranej. Jednak kiedy słychać głośny
zgrzyt metalu o metal, a miecz Shigeo, robiąc wcześniej obroty w powietrzu,
spada z głośnym brzękiem na ziemię, bliźniacy podnoszą zdziwieni głowy. Na
twarzy błękitnookiego maluje się najpierw niedowierzanie, a potem zimny gniew.
- Łapy. Przecz. Od. Ichigo-chan. – cedzi przez zęby
Meiji. 25-ciolatek, posławszy broń przeciwnika kilka metrów dalej, kieruje
swoje ostrze w stronę gardła wroga. Stoi metr za nim, skorzystawszy z
rozproszenia związanego ze zbytnią pewnością siebie. Nachyla się lekko i
szepcze do uszu mężczyzny. – Zarżnę cię gołymi rękoma, Taichi.
Na dźwięk swojego nazwiska mężczyzna spina się.
Zwija dłoń w pięść i ryzykując ciętą ranę, odwraca się zwinnie, celując w głowę
Meijiego. Tamten jednak spodziewając się gwałtownej reakcji, blokuje od
niechcenia cios. Ich oczy się krzyżują. Bezlitosny, przeszyty szaleństwem,
błękit oczu Shigeo oraz piwne, pełne nienawiści i odrazy, inteligentne oczy
Meijiego. Shigeo góruje nad nim wzrostem jak i umięśnieniem.
- Meiji! – rozlega się cichy okrzyk Juna. Wszyscy
kierują wzrok w stronę najmłodszego spośród nich. Bliźniacy dopiero teraz zdali
sobie sprawę, że blondyn stoi za nimi, celując sztyletami w ich głowy. Takahiro
od razu chce sięgnąć po miecz, jednak czując ukłucie, zamiera. – Nie tak
prędko, Takahide.
- To ja jestem Takahide, Jun-kun. – oznajmia ranny
bliźniak. Jun obdarza obu sfrustrowanym spojrzeniem.
- Mniejsza z tym! – przytyka sztylet również do
głowy Takahide. – Jeden podejrzany ruch, a wytnę wam mózgi! – bulwersuje się
chłopak. Jego sterczące blond włosy opadają mu na niebieskie oczy.
Meiji kręci głową z dezaprobatą. Błyskawicznym
ruchem chowa miecz do pochwy, po czym tą samą ręką chwyta nadgarstek Shigeo.
Nim tamten zdąży zareagować, czarnowłosy stosuje dźwignię i wprawnym ruchem
przerzuca go przez ramię. Upadając na chodnik, mężczyzna wydaje stęknięcie.
- Możesz sobie być nawet tym pieprzonym zastępcą,
Taichi – każde słowo cedzi przez zaciśnięte zęby, przepełniając je trucizną. –
Zabiję każdego kto skrzywdzi moich towarzyszy. – ton jego głosu, zazwyczaj
wesołego i ciepłego, powoduje ciarki.
- Przerażający – mruczą w tym samym momencie
bliźniacy i Jun. Blondyn od razu na siebie warczy, zwalczając chęć by przesunąć
dłonie do przodu o kilka centymetrów, zadając cios w punkty witalne rudzielców.
Kiedy umięśniony mężczyzna chce się podnieść, Meiji
od razu podsuwa mu ostrze pod gardło. Nikt nie zdążył zorientować się kiedy
ponownie go wyciągnął.
- Ani drgnij. – rozkazuje, wyciągając otwartą dłoń
wysoko nad głowę. Porusza ustami, licząc sekundy. Po około minucie czekania w
napięciu, mruży piwne oczy. – Koichi się nie wyrabia? – mruczy. Jak na
zawołanie z ulicy zza nich wypada mężczyzna. Dłuższe, brązowe włosy oblepiają
mu twarz.
- Na rozkazu, szefuńciu! – woła, wpadając jak burza
pomiędzy wrogów. Zatrzymuje się przy leżącej czarnowłosej. Kuca, odgarniając
czule włosy z jej twarzy, po czym zaciska zęby i rzuca nienawistne spojrzenie w
stronę Shigeo.
-
Powinieneś go zabić, Meiji. – cedzi.
- Ruchy, Koichi. – mówi spokojnie czarnowłosy, nie
odrywając opanowanego wzroku od błękitnookiego. Mężczyzna patrzy na
przyjaciela, wzdychając krótko. Schyla się i bierze na ręce dziewczynę. Jej
wiotkie ciało, zimne i mokre od deszczu i krwi, niknie w jego ramionach. Rzuca
przelotne spojrzenie Junowi.
- Nie śpieszcie się. – uśmiecha się przyjacielsko. –
Też chcę się trochę zabawić. – Jego twarz przybiera przerażającą maskę, która
niknie, kiedy ściska dziewczynę. Kiwa głową Meijiemu i zaczyna biec przed
siebie.
Czarnowłosy czeka aż przyjaciel zniknie za zakrętem
i odsuwa miecz od gardła wroga. Tnie wprawnie 2 razy powietrze, po czym chowa
broń do pochwy. Kiwa głową w stronę blondyna. Jun kilkoma zwinnymi ruchami
przemierza niepostrzeżenie do towarzysza. Takahide obraca się zdziwiony, w
ogóle niezdający sobie sprawy z poczynań wroga. Obrzuca Juna podejrzliwym
spojrzeniem.
Shigeo podnosi się z godnością, cały czas bijąc się
wzrokiem z Meijim. Mężczyźni śledzą każdy, najdrobniejszy ruch. Błękitnooki
podchodzi do swojej broni, leżącej kilka metrów dalej. Podnosząc ją, obkręca ją
tak, by zobaczył w niej swoje odbicie. Zastyga na chwilę, zastanawiając się nad
dalszym postępowaniem.
- Nawet o tym nie myśl, Taichi – mówi szorstko
Meiji. Zabójcy stoją z założonymi rękoma, prawie stykając się ramionami.
Zdrowszy bliźniak sięga przez ramię po miecz. – Mówię serio. Weasleyowie są
ranni, a ty jesteś jeden. Decyzja jest prosta. – rzuca mu wyzywające
spojrzenie, ale Shigeo nie ugina się pod nienawiścią w nim zawartą. Patrzy się
śmiało w piwne oczy Meijiego. – Honor albo życie.
Mężczyźni mierzą się wzrokiem. Bitwa spojrzeń wyraża
więcej niż słowa. Shigeo w końcu odchyla głowę do tyłu, uśmiechając się.
- Czemu Ryuji zawsze działa na własną rękę, co? –
mamrocze pod nosem. Jun już miał rzucić kąśliwą uwagę, ale rozległ się dzwonek.
Bliźniacy popatrzyli się po sobie pytająco. Shigeo prycha, z irytacją
odbierając telefon. Słucha przez chwilę, rzucając ukradkowe spojrzenia w stronę
zabójców z Kaminari. Na końcu uśmiecha się kpiąco i rozłącza się. – Heheheh…
- Nie rżyj. – mówi zniecierpliwiony Jun. Wszyscy patrzą
się na niego ze zdziwieniem, włącznie z jego przyjacielem. – Ogarnijcie się w
końcu, nie mam zamiaru sterczeć tu godzinami. W deszczu.
- Takahiro, Takahide. – mówi poważnie Shigeo, nadal
mierząc się wzrokiem z Meijim. – Zbieramy się. – chowa miecz do pochwy,
zakładając potem ręce. Podnosi pytająco brew, spostrzegając nadbiegającego
bruneta. – Moja zemsta tylko się odwlecze. Za niedługo znów skrzyżujemy ostrza,
Meiji.
Cała trójka odwraca się i odchodzi. Błękitnooki, choć
cały czas zachowywał się z godnością, jest spięty, a ręce zwinął w pięści.
Idzie szybkim krokiem, zostawiając w tyle wleczące się rodzeństwo.
‘Święta Trójca’ stoi obok siebie nic nie mówiąc.
Odprowadzają wzrokiem morderców z Jishinu, myśląc o słowach Shigeo.
Znów
skrzyżujemy ostrza.
- Jun, Koichi – mówi Meiji. Jego głos powoli wraca
do normalności, a piwne oczy są pełne wesołości i życia. – Wracamy.
- Tak jest. – oznajmia leniwie Jun i ruszają do
umówionego miejsca. Koichi zostaje osłupiały w tyle, jeszcze dysząc po biegu.
Spogląda na dwójkę przyjaciół z rozpaczą w brązowych oczach, wskazując przy
okazji na wrogów.
- No chyba nie. – mówi z niedowierzaniem. – Ale przecież…
- Koichi, ogarnij się – rzuca Meiji przez ramię.
Jego piwne oczy śmieją się. – Mamy ważniejsze sprawy na głowie.
- Zostawimy cię jak się nie ruszysz. – dodaje Jun.
Brunetowi opadają ręce, spuszcza głowę. Przeczesuje
jednak swoje długie włosy i kieruje się szybkim krokiem za dwójką towarzyszy.
__________________________________________________________________
Witajcie!
Jednak udało mi się skończyć rozdział przed końcem miesiąca. Pojawia się ponownie Tsuneari <w końcu>. No i jakoś tak ominęłam perspektywę Ichigo. W sumie na początku miała się budzić w tym rozdziale, ale tak jakoś zeszło na 7 stron i będzie w kolejnym :D
Pozdrawiam <3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz