27 kwietnia 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 11 ~ Pojawienie się piorunów

Rozdział 11
Pojawienie się piorunów

Siedzę na parapecie, oparty o szybę. Przytykam głowę do okna, nasłuchując deszczu, mętnym wzrokiem obserwując mijających mnie ludzi. Z tej wysokości nikt mnie nie zauważa. Jakby mnie nie było.
Za dużo myślę.
Wzdycham i poprawiam się. Kieruję wzrok na sufit, jednak po chwili zmuszam się by spoglądać przez okno. Wyszukuję jakichś podejrzanych ruchów, zachowań. Czegokolwiek. Kogokolwiek. Byleby tylko zacząć działać.
Deszcz nasila się, a ludzie przyśpieszają kroku, niektórzy wyjmują parasole. Zwyczajna ulica. Zwyczajne osoby. Nic co mógłbym uznać za niebezpieczne. Kątem oka zauważam wzmagający się wiatr, poruszający gałęziami drzew. Ponownie wzdycham.
- Ciekawe czy u nich też pada deszcz… - mówię na głos, wzdrygając się. Dźwięk własnego głosu we wszechogarniającej ciszy jest nieprzyjemny. Rzucam jeszcze pobieżne spojrzenie ulicy, po czym zeskakuję z parapetu, przeciągając się przy okazji.
Obrzucam wzrokiem pomieszczenie. Jedno okno, spróchniałe drzwi, żarówka zwisająca z sufitu. Białe ściany z licznymi przeciekami. Trzeszcząca podłoga, na której leży futon. Nieduży blat z mikrofalówką, obok stoi niska lodówka. Jedyna ozdoba to źle chodzący zegar.
Tik-tak. Tik-tak.
Zastygam na moment, zamykając oczy. Ta pustka jest dla mnie zbyt przytłaczająca. Zasikam dłonie w pięści aby się nie trzęsły.
To tylko tymczasowe. Tymczasowe. Za niedługo wrócę.
Opadam na futon, chowając głowę w kolanach. Oddycham ciężko, przechodzą mnie dreszcze. Zaciskam oczy by ustrzec się od koszmarnych obrazów przepływających przez mój umysł. Całkowicie pusty pokój. Liścik. Garść drobnych. Samotność.   
Weź się w garść.
Rozlega się dzwonek telefonu. Od razu kieruję na niego zdziwiony wzrok. Spodziewam się nazwiska szefa, a kiedy widzę ‘Omitsu Adachi’ przez myśl przebiega mi chęć odebrania. Szybko tłumię ją w sobie. Kiedy muzyka cichnie, ekran się wygasza, a cały pokój pogrąża się w ciemności deszczowych chmur. Po chwili jednak słyszę głos.
- Halo? – rzuca kobieta pytająco. – Nie wiem co się dzieje, ale powinieneś się z nami kontaktować. – mówi na samym początku. – Wiem, że przez miesiąc nie ma żadnego progresu, ale… - urywa, jakby szukając słów. – Ale musisz być cierpliwy. Nie możesz teraz wrócić. – mówi stanowczo. Podnoszę głowę i spoglądam na telefon. Omitsu bierze głęboki oddech. Po moich plecach przebiega dreszcz, jakby na znak złej wiadomości. Nim usłyszę wyjaśnienie, rozszerzam oczy z przerażenia. – Chyba wybuchła wojna, Tsuneari.
Wiadomość się kończy. Nie ruszam się, drżąc na całym ciele. Łapię się za głowę, patrząc się przez palce. Wiem, że moje ciemnobrązowe oczy są rozszerzone z przerażenia. Serce mi łomocze.
Wojna.
Opadam na futon, patrząc się pusto w sufit. Niebieskie, inteligentne oczy, które tracą życie. Kasztanowłosą dziewczynę umierającą w ramionach długowłosego mężczyzny. Rudowłosą kobietę, która od tamtej pory się nie uśmiechnęła. Lekarza z krwią na rękach.
Ostatnia bitwa przyniosła wiele śmierci, krwi i łez.
Teraz nadciąga kolejna.
Biorę głęboki oddech, zrywam się na nogi. Przewieszam sobie pochwę z mieczem przez ramię. Jeśli sytuacja się nie rozwija, sam ją sobie rozwinę.
***
Mężczyzna stoi przy samym rogu budynku, blisko wylotu z zaułka. Oddycha miarowo, mimo iż ubranie mokre od ciągłego deszczu obkleiło całe jego ciało, wprowadzając chłód. Nie zwraca uwagi na mijających go ludzi, cały czas nasłuchując.
- Twoje postępowanie jest podejrzane.
Po głosie rozpoznaje 18-latka z Harikenu. Matsuki Daishi.
- Może i jest, ale mam własne powody.
- Nie interesują nas twoje powody. Masz nas natychmiast przepuścić. – W stanowczym dziewczęcym głosie rozpoznaje Suzuko Ashidę. Jeśli jest ona, obok na pewno stoi jej młodszy o rok brat – Satoru. Kim więc jest 4 osoba?
- A jak nie przepuszczę? – rzuca kpiąco.
- Jak nie… - Koichi upewnia się, że to Satoru. Słyszy dźwięk wysuwanego ostrza. Kręci z rezygnacją głową. Wolałby by nie doszło do walki.
- Spokojnie, spokojnie… Wyświadczam przysługę staremu znajomemu.
- Skończ pieprzyć. – warczy dziewczyna. – I tak tylko obserwujemy.
- I dlatego grozicie mi mieczem? – Koichi powstrzymuje się by nie parsknąć śmiechem. Od razu poważnieje, jeszcze bardziej się przybliżając.
- Nie gadaj głupot, Kuno. – Matsuki wraca się do niego po nazwisku. – Satoru, schowaj broń. – rozkazuje stanowczo koledze. – Nie igraj z Hariken, nie radzę.
Koichi rozszerza oczy ze zdziwienia. Czyli on nie był z Hariken? Więc nie wszyscy z Jishinu pobiegli za dziewczynami. W takim razie dla kogo byłoby przysługą zagadanie tej trójki? Na pewno nie dla nich, bo Jishin woli rozwiązania natychmiastowe. Czyżby… dla Kaminari?
Brązowowłosy kręci głową. To niedorzeczne.
- Ty… - mężczyzna mógł przysiąc, że czuje wzrok jakim obrzuca go Suzuko. – Oni nie wiedzą, gdzie jesteś, prawda?
- Poniekąd. – odparł luzacko. Kim on jest? - Możecie wracać do domu.
Trójka przyjaciół patrzy się po sobie. W sposobie bycia tego chłopaka było coś podejrzanego. Żadne z jego działań nie dawało jasnego światła na obrót sytuacji. Matsuki w końcu westchnął cicho, kręcąc głową.
- Niech będzie – mówi jak gdyby nigdy nic. Koichi prawie wychyla się by upewnić się, że to ten sam Matsuki Daishi co zawsze. Mężczyzna nie chce uwierzyć w tak łatwe zrezygnowanie, nawet na człowieka dla którego wszystko jest upierdliwe. – Satoru, Suzuko, idziemy. – odwraca się, wchodząc w cień uliczki. Dziewczyna podąża za nim niepewnie. Chłopak tasuje członka Jishinu swoimi bursztynowymi oczami. Rzuca coś cicho, tak że Koichi nie rozpoznał słów, po czym rusza szybkim krokiem za przyjaciółmi.
Mija parę minut, Hariken się oddala. Brązowowłosy ma mętlik w głowie, nie rozumiejąc nic. Matsuki nigdy by nie zrezygnował. Nie, ta trójka by tak łatwo nie popuściła. 2 lata temu prawie doszło przez ich upór do bitwy, a i tak nie chcieli odpuścić. Kim był ten facet? Jakie ma zamiary?
Miał już powoli się wycofywać by dołączyć do Juna i Meijiego, ale zatrzymało go pytanie, które zamroziło mu krew w żyłach:
- Pokażesz się w końcu, zabójco z Kaminari?
Koichi zastygł w pół kroku, marszcząc brwi. Dłuższe, brązowe włosy opadły mu na twarz, przysłaniając oczy o podobnym odcieniu. Przestał oddychać, czekając w napięciu.
- I tak wiem, że tam jesteś.
Mężczyzna prostuje się. Sięga przez ramię i płynnym ruchem dobywa ostrza. Kiedy już ma ruszyć na wroga, zatrzymuje się. Jak długo tamten zdaje sobie sprawę z jego obecności? To samo daje już dużo do myślenia, a zuchwalstwo by kazać pokazać się szpiegowi, narażając się na walkę jest podejrzane. Za jak silnego on się uważa?
- Śpieszy mi się, nie wolałbyś dołączyć do swoich kumpli?
Koichi zaciska zęby, uspokajając oddech i tętno. Ściska mocniej rękojeść, kiwając do siebie głową na znak rozpoczęcia po czym skręca gwałtownie w zakręt. Jeden krok. Przygotowuje się do zamachu. Drugi. Mężczyzna rozszerza oczy ze zdziwienia. Trzeci krok. Koichi bierze zamach, pewien, że pojedynek skończy się bez walki.
- Mam cię – rzuca cicho, z triumfalnym uśmieszkiem. Słysząc szczęk metalu, na twarz wstępuje mu wyraz niedowierzania. Facet blokuje jego cios od niechcenia. Koichi mruga kilka razy, upewniając się, że to prawda. Po chwili otrząsa się z szoku i odskakuje na kilka kroków.
- No, w końcu się pokazałeś. – rzuca nieznajomy. Koichi przybiera pozycję do ataku, ale on chowa miecz i szybko podnosi dłonie do góry. – Spokojnie, spokojnie, spokojnie, spokojnie! – Koichi patrzy się na niego jak na debila. Prostuje się, opuszczając przy tym miecz. Obserwuje człowieka stojącego przed nim.
Na oko jest może w wieku Ryutaro. Jest jednak dużo wyższy od lekarza, prawie dorównujący mu wzrostem. Jego czarne włosy, rozwichrzone na  wszystkie strony, opadają na ramiona, nadając mu wygląd gwiazdy rocka. Mimo sympatycznego uśmiechu i delikatnych ruchów w jego oczach jest coś niepokojącego. Są w odcieniu złota i patrzą się na niego z dozą podziwu. Jednak jeśli on patrzy się w nie, czuje jakby tonął. Inną cechą charakterystyczną jest srebrny kolczyk w dolnej wardze, pobłyskujący złowrogo.
Koichi usiłuje przypisać jego wygląd do jakiegokolwiek opisu przeciwników. Marszczy brwi sfrustrowany, nie mogąc go z nikim skojarzyć. Przybiera groźną minę i obrzuca go morderczym spojrzeniem. Ten jednak nie reaguje na nie, dalej się uśmiechając.
- Kim jesteś? – warczy do niego lodowato. Chłopak nadal gestykuluje rękoma uspokajająco, w geście poddania. Uśmiecha się czarująco, kłaniając się lekko.
- Ryuji Kuno. Z Jishinu. – na nazwę organizacji, Koichi znów jest gotów poderżnąć mu gardło bez mrugnięcia okiem. – Spokojnie, spokojnie, nie jestem tu by walczyć. Chociaż walka z jednym z ‘Trójki’ byłaby intrygująca… - dorzuca cicho, przybierając przerażający wyraz twarzy. Koichi mimowolnie się wzdryga.
- Czego chcesz? – zadaje kolejne pytanie, już trochę spokojniej. Ryuji z powrotem ma życzliwy wyraz twarzy.
- Jak już słyszałeś, Koichi-sama, wyświadczam przysługę staremu znajomemu. Może to trochę dziwne, ale jeśli ci się śpieszy to nie mam zamiaru walczyć. Chcę jedynie wrócić już do naszej siedziby i cieszyć się tym dniem. – przeciąga się leniwie, a jego złote oczy błyskają w ciemności. – Jakoś nie uważam mordowania dziewczynek za romantyczne.
Koichi patrzy się na niego jak na wariata. Stara się nie brać jego słów do siebie, ani ich nie interpretować. To tylko jakiś dzieciak ze zrytą psychiką. Ryuji jakoś nie oczekuje odpowiedzi i mija go spokojnie.
- Nie mam nic do was, Kaminari – rzuca i odchodzi. Koichi w pierwszej chwili chce za nim pobiec, śledzić go, jednak przypomina sobie o założeniu misji. Jun i Meiji mogą potrzebować wsparcia. Tego typa można sprawdzić później.
Poprawia kaburę z mieczem i rusza biegiem w stronę Parku Unane.
***
Drobne ciało dziewczyny leży na ziemi, obmywane z krwi strugami deszczu. Powieki przysłaniają oczy w odcieniu nocnego nieba, a klatka unosi się i opada nierównomiernie. Z otwartej rany na brzuchu sączy się krew.
Takahiro podtrzymuje swojego rannego bliźniaka i ze spuszczonymi głowami patrzą się na ciało Ichigo. Dziewczyna, straciwszy dużo krwi, zemdlała. Jej spokojna twarz, jakby nieświadoma czyhającego niebezpieczeństwa była okryta błogim spokojem. Wyglądała teraz na starszą. Takahide rozmył się wzrok, choć został przez nią zraniony. Mimo wszystko to jeszcze dziecko.
Nad ciałem stoi wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Tlenione włosy oblepiają mu twarz, okalając bezlitosne błękitne oczy oraz triumfalny uśmiech. Prychnął, po chwili śmiejąc się głośno. Bliźniacy popatrzyli się po sobie ze zrozumieniem. Skrycie obrzucili swojego dowódcę spojrzeniem pełnym odrazy.
- No i co mi teraz zrobisz, co? – Shigeo prycha ponownie, kpiąco patrząc się na nieprzytomną Ichigo. – Nic już nie zrobisz, suko. – zniża głos, a rudych mimowolnie przechodzi dreszcz. Takahiro odmawia krótką modlitwę, tak jak za każdym razem, kiedy kogoś zabijają. – To za mojego ojca, Kanegawa – rzuca jeszcze cicho i bierze szeroki zamach.
Przez jego twarz wędruje szaleńczy uśmiech, a we wcześniejszych bezlitosnych oczach jest jedynie mord. Napina wszystkie mięśnie, wkładając całą siłę w ten cios. Opuszcza miecz, ze świstem tnąc powietrze.
Kiedy ostrze mknie ku bezbronnej, nieprzytomnej dziewczynie, Jishin jest pewny swojej wygranej. Jednak kiedy słychać głośny zgrzyt metalu o metal, a miecz Shigeo, robiąc wcześniej obroty w powietrzu, spada z głośnym brzękiem na ziemię, bliźniacy podnoszą zdziwieni głowy. Na twarzy błękitnookiego maluje się najpierw niedowierzanie, a potem zimny gniew.
- Łapy. Przecz. Od. Ichigo-chan. – cedzi przez zęby Meiji. 25-ciolatek, posławszy broń przeciwnika kilka metrów dalej, kieruje swoje ostrze w stronę gardła wroga. Stoi metr za nim, skorzystawszy z rozproszenia związanego ze zbytnią pewnością siebie. Nachyla się lekko i szepcze do uszu mężczyzny. – Zarżnę cię gołymi rękoma, Taichi.
Na dźwięk swojego nazwiska mężczyzna spina się. Zwija dłoń w pięść i ryzykując ciętą ranę, odwraca się zwinnie, celując w głowę Meijiego. Tamten jednak spodziewając się gwałtownej reakcji, blokuje od niechcenia cios. Ich oczy się krzyżują. Bezlitosny, przeszyty szaleństwem, błękit oczu Shigeo oraz piwne, pełne nienawiści i odrazy, inteligentne oczy Meijiego. Shigeo góruje nad nim wzrostem jak i umięśnieniem.
- Meiji! – rozlega się cichy okrzyk Juna. Wszyscy kierują wzrok w stronę najmłodszego spośród nich. Bliźniacy dopiero teraz zdali sobie sprawę, że blondyn stoi za nimi, celując sztyletami w ich głowy. Takahiro od razu chce sięgnąć po miecz, jednak czując ukłucie, zamiera. – Nie tak prędko, Takahide.
- To ja jestem Takahide, Jun-kun. – oznajmia ranny bliźniak. Jun obdarza obu sfrustrowanym spojrzeniem.
- Mniejsza z tym! – przytyka sztylet również do głowy Takahide. – Jeden podejrzany ruch, a wytnę wam mózgi! – bulwersuje się chłopak. Jego sterczące blond włosy opadają mu na niebieskie oczy.
Meiji kręci głową z dezaprobatą. Błyskawicznym ruchem chowa miecz do pochwy, po czym tą samą ręką chwyta nadgarstek Shigeo. Nim tamten zdąży zareagować, czarnowłosy stosuje dźwignię i wprawnym ruchem przerzuca go przez ramię. Upadając na chodnik, mężczyzna wydaje stęknięcie.
- Możesz sobie być nawet tym pieprzonym zastępcą, Taichi – każde słowo cedzi przez zaciśnięte zęby, przepełniając je trucizną. – Zabiję każdego kto skrzywdzi moich towarzyszy. – ton jego głosu, zazwyczaj wesołego i ciepłego, powoduje ciarki.
- Przerażający – mruczą w tym samym momencie bliźniacy i Jun. Blondyn od razu na siebie warczy, zwalczając chęć by przesunąć dłonie do przodu o kilka centymetrów, zadając cios w punkty witalne rudzielców.
Kiedy umięśniony mężczyzna chce się podnieść, Meiji od razu podsuwa mu ostrze pod gardło. Nikt nie zdążył zorientować się kiedy ponownie go wyciągnął.
- Ani drgnij. – rozkazuje, wyciągając otwartą dłoń wysoko nad głowę. Porusza ustami, licząc sekundy. Po około minucie czekania w napięciu, mruży piwne oczy. – Koichi się nie wyrabia? – mruczy. Jak na zawołanie z ulicy zza nich wypada mężczyzna. Dłuższe, brązowe włosy oblepiają mu twarz.
- Na rozkazu, szefuńciu! – woła, wpadając jak burza pomiędzy wrogów. Zatrzymuje się przy leżącej czarnowłosej. Kuca, odgarniając czule włosy z jej twarzy, po czym zaciska zęby i rzuca nienawistne spojrzenie w stronę Shigeo.
- Powinieneś go zabić, Meiji. – cedzi.
- Ruchy, Koichi. – mówi spokojnie czarnowłosy, nie odrywając opanowanego wzroku od błękitnookiego. Mężczyzna patrzy na przyjaciela, wzdychając krótko. Schyla się i bierze na ręce dziewczynę. Jej wiotkie ciało, zimne i mokre od deszczu i krwi, niknie w jego ramionach. Rzuca przelotne spojrzenie Junowi.
- Nie śpieszcie się. – uśmiecha się przyjacielsko. – Też chcę się trochę zabawić. – Jego twarz przybiera przerażającą maskę, która niknie, kiedy ściska dziewczynę. Kiwa głową Meijiemu i zaczyna biec przed siebie.
Czarnowłosy czeka aż przyjaciel zniknie za zakrętem i odsuwa miecz od gardła wroga. Tnie wprawnie 2 razy powietrze, po czym chowa broń do pochwy. Kiwa głową w stronę blondyna. Jun kilkoma zwinnymi ruchami przemierza niepostrzeżenie do towarzysza. Takahide obraca się zdziwiony, w ogóle niezdający sobie sprawy z poczynań wroga. Obrzuca Juna podejrzliwym spojrzeniem.
Shigeo podnosi się z godnością, cały czas bijąc się wzrokiem z Meijim. Mężczyźni śledzą każdy, najdrobniejszy ruch. Błękitnooki podchodzi do swojej broni, leżącej kilka metrów dalej. Podnosząc ją, obkręca ją tak, by zobaczył w niej swoje odbicie. Zastyga na chwilę, zastanawiając się nad dalszym postępowaniem.
- Nawet o tym nie myśl, Taichi – mówi szorstko Meiji. Zabójcy stoją z założonymi rękoma, prawie stykając się ramionami. Zdrowszy bliźniak sięga przez ramię po miecz. – Mówię serio. Weasleyowie są ranni, a ty jesteś jeden. Decyzja jest prosta. – rzuca mu wyzywające spojrzenie, ale Shigeo nie ugina się pod nienawiścią w nim zawartą. Patrzy się śmiało w piwne oczy Meijiego. – Honor albo życie.
Mężczyźni mierzą się wzrokiem. Bitwa spojrzeń wyraża więcej niż słowa. Shigeo w końcu odchyla głowę do tyłu, uśmiechając się.
- Czemu Ryuji zawsze działa na własną rękę, co? – mamrocze pod nosem. Jun już miał rzucić kąśliwą uwagę, ale rozległ się dzwonek. Bliźniacy popatrzyli się po sobie pytająco. Shigeo prycha, z irytacją odbierając telefon. Słucha przez chwilę, rzucając ukradkowe spojrzenia w stronę zabójców z Kaminari. Na końcu uśmiecha się kpiąco i rozłącza się. – Heheheh…
- Nie rżyj. – mówi zniecierpliwiony Jun. Wszyscy patrzą się na niego ze zdziwieniem, włącznie z jego przyjacielem. – Ogarnijcie się w końcu, nie mam zamiaru sterczeć tu godzinami. W deszczu.
- Takahiro, Takahide. – mówi poważnie Shigeo, nadal mierząc się wzrokiem z Meijim. – Zbieramy się. – chowa miecz do pochwy, zakładając potem ręce. Podnosi pytająco brew, spostrzegając nadbiegającego bruneta. – Moja zemsta tylko się odwlecze. Za niedługo znów skrzyżujemy ostrza, Meiji.
Cała trójka odwraca się i odchodzi. Błękitnooki, choć cały czas zachowywał się z godnością, jest spięty, a ręce zwinął w pięści. Idzie szybkim krokiem, zostawiając w tyle wleczące się rodzeństwo.
‘Święta Trójca’ stoi obok siebie nic nie mówiąc. Odprowadzają wzrokiem morderców z Jishinu, myśląc o słowach Shigeo.
Znów skrzyżujemy ostrza.
- Jun, Koichi – mówi Meiji. Jego głos powoli wraca do normalności, a piwne oczy są pełne wesołości i życia. – Wracamy.
- Tak jest. – oznajmia leniwie Jun i ruszają do umówionego miejsca. Koichi zostaje osłupiały w tyle, jeszcze dysząc po biegu. Spogląda na dwójkę przyjaciół z rozpaczą w brązowych oczach, wskazując przy okazji na wrogów.
- No chyba nie. – mówi z niedowierzaniem. – Ale przecież…
- Koichi, ogarnij się – rzuca Meiji przez ramię. Jego piwne oczy śmieją się. – Mamy ważniejsze sprawy na głowie.
- Zostawimy cię jak się nie ruszysz. – dodaje Jun.
Brunetowi opadają ręce, spuszcza głowę. Przeczesuje jednak swoje długie włosy i kieruje się szybkim krokiem za dwójką towarzyszy.   
__________________________________________________________________

Witajcie!
Jednak udało mi się skończyć rozdział przed końcem miesiąca. Pojawia się ponownie Tsuneari <w końcu>. No i jakoś tak ominęłam perspektywę Ichigo. W sumie na początku miała się budzić w tym rozdziale, ale tak jakoś zeszło na 7 stron i będzie w kolejnym :D
Pozdrawiam <3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz