11 marca 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 5 ~ Tam gdzie początek ma burza


Rozdział 5
Tam gdzie początek ma burza

- Pracuj nogami – Mako zwróciła mi uwagę.
- Tak jest!
    Dochodziła 10, i teoretycznie pora śniadaniowa się już kończyła, ale my zostałyśmy dłużej. Mako nie miała z tym problemu, a ja i tak chodzę jeść przed treningiem.
    Minął już miesiąc od kiedy to wszystko się wydarzyło. Rozpoczynał się październik, zapewne w moim gimnazjum już zapowiedzieli jakieś testy. Z jednej strony brakuje mi szkolnego życia, ale z drugiej wiem, że nie dałabym rady się znów tam zaaklimatyzować. Na pewno poszłyby jakieś plotki. No i nie muszę pisać testów.
   Mikuru Uetake, jako nasz strateg poradziła mi bym nie wychylała się z organizacji przez jakiś czas. Policja myśli, że zostałam porwana, a po pewnym czasie uznają mnie za zamordowaną i nie będzie problemu z wychodzeniem na ulicę. W sumie sama siebie bym teraz nie poznała. Urosły mi włosy, sylwetka stała się bardziej umięśniona, po codziennym, wielogodzinnym, morderczym treningu. Jednak najbardziej zmieniły mi się oczy. Czy raczej wzrok.
    Odskoczyłam i sparowałam cios.
- Dobrze, ale powinnaś zrobić jeszcze kilka kroków. – mówi Mako.
- Tak jest!
    Od razu na drugi dzień dostałam własny miecz. Jako iż na razie byłam niska, dostałam lekki i krótki. Większość osób stąd używa mieczy. Na początku mnie to dziwiło, jednak kiedy zaczęłam nabierać wprawy, zrozumiałam, że ostrze staje się przedłużeniem ręki. Mniejszość używa innej broni jak, np. Ayako. Walczy z dystansu, strzelając z małego, składanego łuku.
    Mako zatrzymała się i przeczesała ręką po rudych włosach. Westchnęła.
- Dobrze ci idzie. Wystarczy na dziś. – mówi. Jej głos zawsze jest wyprany z emocji. Tak samo jak mimika. I zachowanie. – Jestem głodna.
- Dobrze. Dziękuję za dziś, Anzai-sensei. – skłaniam się nisko, a kobieta w odpowiedzi kiwa mi głową. – Życzę smacznego. – dodaję zaczepnie.
    Przez jej twarz przemyka uśmieszek, jednak jest to ułamek sekundy. Kobieta wychodzi, zostawiając mnie na sali samą.
    Kiedy poznałam dowódcę okazało się, że różni się od mojego wyobrażenia. Nie był młody, straszny, wredny. Wyglądał na około 30 lat, tak jak Omitsu. Miał długie, czarne, matowe włosy, związane w kucyka i ciemne oczy. Nie wyróżniał się jakoś wzrostem czy sylwetką. Wyglądał na przeciętnego Japończyka. Jednak charakter miał inny.
   Był spokojny, wyrozumiały. Często milczał, obserwując otoczenie swoimi inteligentnymi oczami. Umiał słuchać, ale nie dawał sobie przerywać. Myślał nad każdym działaniem, słowem. I pozwolił się pytać o jakieś błahostki, doskonale rozumiejąc moją sytuację.
   Od razu dowiedziałam się, że większość osób mówi do siebie po imieniu. Według niego powinnam odzywać się z szacunkiem do dowódców i swojego patrona (Mako). Nie ma podziału na rangi, wykształca się jednak ogólną opinię przez siłę czy umiejętności. Wiek nie ma znaczenia.
   Kaminari znajduje się w Toshimie, jednym z okręgów w Tokio. Dokładniej na obrzeżach dzielnicy Senkawy. Jesteśmy jedną z 3 organizacji w całym Tokio. W Shinjuku jest Hariken (huragan), a w Shibuyi – Jishin (trzęsienie ziemi). Są naszymi głównymi wrogami. Następnie najbliżej nam do Saitamy – Arashi (burza) i Fubuki (zamieć) do której należeli Aya, James oraz Jiro. I zabójcy moich rodziców są gdzieś w tej czwórce. Fumiya od razu wykluczył naszą organizację.
   Jestem ciekawa kiedy wyślą mnie na jakąś misję. Nie żeby mi się śpieszyło. Po prostu jestem ciekawa. Mako mówi, że robię szybkie postępy, jednak czy na tyle szybkie by w miesiąc opanować podstawy? Na pewno nie.
- Hej, Ichigo!
    Odwracam się i widzę Ayako, Takiego i Tsuneariego. Dziewczyna macha do mnie, uśmiechając się pociesznie.
- Hejka! – wołam, również się uśmiechając.
- Robimy ognisko, przyłączysz się? – pyta Tsuneari.
- W środku dnia? – dziwię się. – Nie mamy się zachowywać dyskretnie?
- Najciemniej jest pod latarnią, jak to mówią – zauważa Taki, a Ayako się śmieje.
- No weź! Ryutaro też się wyrwie. Nawet Tokaji przyjdzie.
   Wzruszam ramionami, ale idę za nimi.
***
- Muahahaha! – Tsuneari śmieje się złowieszczo, trzymając pudełko z zapałkami nad stosikiem drewna. Od razu też obrywa po głowie od Ryu.
- Oddawaj to, durniu, bo spalisz całą okolicę! – lekarz wyrywa mu zapałki. Tsuneari mruczy coś w odpowiedzi, ale od razu idzie do Takiego wziąć kilka pudełek z kiełbaskami.
- Nie za dużo tego? Za chwilę hieny się zlecą. – rzuca Tokaji, który od samego początku trzymał się na uboczu. W pierwszych dniach brali mnie za jego młodszą siostrę, ale szybko przestali się mylić. Ja i Tokaji to dwie różne osoby. On jest mendą, ja nie jestem.
- Oj tam! Zje się! – śmieje się Ayako.
- Myślenie ‘’pójdzie w cycki’’ nie jest dobrą metodą na dietę, grubasie. – rzuca Tokaji drwiąco. Dziewczyna rzuca mu mordercze spojrzenie, ale nic nie mówi.
- Tokaji, nie zachowuj się chamsko, cepie – Tsuneari zwraca mu uwagę, posyłając mu wymowne spojrzenie. W odpowiedzi, chłopak wzrusza tylko ramionami.
- No to już nie moja wina, że taka jest pra… - zaczyna, ale po chwili obrywa pieńkiem drewna w głowę. W oddali słychać śmiech dziewczyny.
- To tylko początek zemsty! Ciesz się, że Ryutaro nie rozpalił ogniska!
- To był zły pomysł… - lekarz wzdycha cicho, ale nadal usiłuje podpalić ognisko. Po kilku minutach ogień zaczyna się lekko tlić.
    Wszyscy, no może oprócz Tokajiego, śmiejemy się. Siadamy wokół ogniska po turecku i zaczynami piec kiełbaski.
    Otaczają mnie ludzie na pierwszy rzut oka normalni. Jednak każdy z nich miał jakiś dobry powód by wstąpić do organizacji płatnych morderców. Tak naprawdę nie poruszamy drażliwych tematów. Ale wszyscy są tego piekielnie ciekawi. Więc w końcu ja poruszam delikatnie temat.
- A wy… Długo tu jesteście? – rzucam pytanie do ogółu.
- Hmm… Ja jestem już jakiś rok… - zastanawia się Ayako.
- Trochę więcej – zauważa Ryutaro. – Taki będzie trochę mniej niż rok. W sumie to ja jestem tu  najdłużej, bo odkąd skończyłem 7 lat. Czyli już 10.
- Serio tak długo? – dziwi się Tsuneari.
- Ty sam jesteś już 7 lat. – zauważa Ryu. – A Tokaji jest już coś koło 6 lat.
- Jezu, jak długo… - wyrywa mi się. Po chwili dodaję: - Jesteście tu praktycznie od dziecka… Ty, Tsuneari, miałeś 7 lat, a Tokaji 10… Masakra…
- No cóż… Bywa… - Ryutaro patrzy się w ogień. – W sumie lekarzem jestem dłużej…
- Jak to dłużej?
- Mój ojciec… - zaczyna. – Też był. No i mnie uczył.
- Coś walnięty był. Już od dziecka kształtować kogoś na lekarza. – zauważa Ayako. Ryutaro wzdycha.
- Chodziło mu raczej o moją przyszłość. W końcu to on założył Kaminari.
    Wszyscy zastygają w bezruchu i patrzą osłupieni na Ryutaro. Nawet Tokaji, a Tsu ma rozdziawioną buzię. Wspominał o tym ale wtedy za bardzo się tym nie przejęłam. Nie uznałam tego za tajemnicę.
- W sumie, tak czy siak, kiedyś by to wam powiedzieli. Ale to długa historia. 
   Patrzymy na niego wyczekująco.
- Co my mamy, spotkanie zapoznawcze? – śmieje się chłopak.
- No… tak jakby… - Ayako wzrusza ramionami.
- Opowiadaj, opowiadaj… - pośpiesza Tsuneari.
- Dobra, dobra… Od czego by tu zacząć… - Ryutaro wgapia się w niebo. Po czym zaczyna swoją opowieść.
***
    Moja rodzina, kiedy miałem 5 lat, była niczym z obrazka. Ja zacząłem chodzić do przedszkola, poznawać świat, kolegów. Miałem starszą siostrę, Ryuko Ishimurę. Była dla mnie jak bohaterka – miała orzechowe włosy, ale niebieskie oczy po mamie. Była ode mnie 6 lat starsza – miała 11 lat i chodziła do 4 klasy. Ryuko była śmiała, inteligentna, lubiana. Trenowała różne sporty, wygrywała konkursy. Chciałem być jak ona. Jeśli chodzi o moich rodziców to mama, Hana Ishimura, była księgową, a tato, Kuranosuke Ishimura, świetnym lekarzem. On też był dla mnie autorytetem. Mieszkaliśmy w domku jednorodzinnym w Nagasaki.
   Jednak kiedy skończyliśmy odpowiednio 6 i 12 lat, wszystko zaczęło się psuć. Nasza mama ciężko zachorowała, a tato brał dodatkowe godziny, by wydolić z rachunkami. Po kilku tygodniach udało nam się dostać do szpitala w Tokio. Przeprowadziliśmy się tam. Ale mamie się nie polepszało.
   Zmarła po kilku miesiącach. Tato całkowicie się załamał i na pogrzebie powiedział tylko: ,,Hana, byłaś dla mnie najpiękniejszym kwiatem.’’ *Hana znaczy ‘kwiat’* Zaczął pic, przestał się nami interesować. Siostra była dla mnie oparciem… Teraz żałuję, że ja nie byłem dla niej. Była naprawdę silna.
Pod koniec roku, tato stracił pracę. Jednak nie głodowaliśmy. W wolnym czasie przeglądałem notatki ojca, chłonąc medyczną wiedzę jak gąbka. Chciałem zostać lekarzem.
   Po szkole chodziły różne plotki, jednak tato nigdy nie powiedział co się stało. Znikał czasami na parę dni, nabierając siniaków, ale też mięśni. Znowu się uśmiechał, jednak oczy miał puste. A dla mnie siostra stała się zastępcą rodziców. Zawsze mnie pocieszała i uśmiechała się, choć było nam niewyobrażalnie ciężko. Życie bardzo szybko pokazało nam, że nie wystarczy nam tylko dach nad głową, pieniądze… Dzieciakom potrzebne są ważniejsze wartości. Domowe ciepło, uwaga, miłość.
    Kiedy skończyliśmy po 7 i 13 lat, Ryuko zaczęła coś podejrzewać, jednak nigdy nie próbowała wywlekać tego tematu, ani mi go tłumaczyć. Pewnego dnia jednak ojciec zabrał nas na wycieczkę z Nakano, gdzie mieszkaliśmy do innego okręgu – Toshimy. Tam powiedział nam prawdę.
    Od kiedy mama umarła tworzył organizację. Morderców. Wtedy byłem nadal mały i nie rozumiałem grozy sytuacji. Takie rzeczy mimo przeżyć nadal były mi obce i niepojęte. Jednak Ryuko zareagowała ekspresywniej.
- Nazywa się Kaminari. – rzekł ojciec pod sam koniec.
- Zdur… Zdurniałeś do reszty!? – krzyknęła siostra. Popatrzyłem na nią przerażony. Na jej twarzy malował się przerażający gniew z nutą niedowierzania. I uczucie, które tylko ja mogłem rozpoznać – rozpacz. Przez ostatnie miesiące nauczyła się ukrywać swoje słabości i niepotrzebne, negatywne emocje.
- Kochanie, spokojnie… - zaczął delikatnie jak za starych czasów.
- Co spokojnie? Co spokojnie!? – Ryuko zwinęła ręce w pięści. – Najpierw wywalają cię z pracy, potem znikasz sobie na kilka dni co jakiś czas, zostawiając nas na pastwę losu, a teraz… teraz… teraz mówisz, że jesteś twórcą jakiegoś gangu dresiarzy jak HaHHH Hariken z Shinjuku!
- Ryuko, posłuchaj… - zaczyna wyraźnie zmieszany. – Wiem, że to może być ciężkie, ale musisz zrozumieć, że…
- Co zrozumieć? Że stałeś się zwykłym mordercą!? – Po policzkach siostry spływają łzy. Nie rozumiałem wtedy dlaczego krzyczała, płakała, była zrozpaczona i wściekła. Teraz rozumiem.
- Ryuko! – tato podnosi lekko głos. – Kochanie…
- Nie nazywaj mnie tak! Nie masz prawa nazywać się moim ojcem! Nienawidzę cię! Ciebie, i matki za to, że zostawiła nas z tobą! Ryu, idziemy! – krzyczy i odwraca się do nas plecami. Ja jednak nie ruszam się. I teraz tego żałuję. Że nie ruszyłem się i powiedziałem do niej:
- Ryuko-nee-chan… Ja zostaję… To w końcu mój tato…
   W odpowiedzi chlipnęła cicho.
- Wiesz co, Ryu… - zaczyna ale dławi się łzami. – Opiekowałam się tobą, poświęcałam cały czas, bylebyś czuł się dobrze… I sądziłam, że chociaż ty mnie nie zostawisz… - odwróciła i uśmiechnęła się rozdzierająco – zabolało mnie to wtedy, ale nie zawołałem jej. Powinienem ją zawołać. Zatrzymać. Zrobić cokolwiek.
- A zgińcie wszyscy. Mam was gdzieś. – dodała spokojnie i pognała przed siebie. Wyciągnąłem za nią rękę, ale tato położył mi dłoń na ramieniu.
- Nie martw się, synu. Wróci.
   Zostawiliśmy ją z tymi słowami, a ojciec zabrał mnie do środka. Wszyscy byli zaskoczeni naszym podobieństwem. Wyglądałem jak młodsza kopia mojego rodzica. Szefem całej, niedużej bandy około 25 osób był mój ojciec. Sprawował funkcję lekarza. Jego zastępcą okazał się student, którego kojarzyłem z opowieści taty - ,,Inteligentny chłop, ale ma pecha w życiu’’ – 21 letni Fumiya Sotomura. Wraz z dziewczyną, Shuuko Adachi i jej młodszą siostrą Omitsu byli tu od początku. Jego rówieśnik był doradcą – Daiki Odaka. Strategiem był 25 letni Arata Serizawa.
   Przez kilka tygodni wszystko się układało, a ja zapominałem o braku Ryuko. Jak mogłem być takim idiotą. Mój wiek mnie nie usprawiedliwia. To była moja siostra.
   Pewnego dnia, kiedy ojciec uczył mnie robić domowej roboty silne znieczulenie do pokoju wpadł Fumiya.
- Szefie!!!
- Jezu, nie drzyj tak mordy, młody. – rzuca tato ze zmęczeniem w głosie.
- To ważne! – Fumiya jakby nie usłyszał uwagi i dalej krzyczy. Jest czerwony i zdyszany. – Znaleźliśmy… Znaleźliśmy Ryuko…
   Kuranosuke, ten sam facet będący ostoją spokoju i sarkazmu, ten sam który zaciągnął syna do własnej organizacji morderców… Zerwał się z błyszczącymi oczami. Przez jego twarz przelewała się cała gama uczuć, które zniknęły od śmierci mamy. I po raz pierwszy od dawna uśmiechał się szczerze.
- Ale szefie… - Fumiya zdał sobie sprawę, że wytłumaczył sytuację zbyt pobieżnie. – Szefie… Ona… - nie wiedział jak ubrać w słowa informacje. – Ona zawędrowała aż do Saitamy… No i…
   Fumiya nie dokończył,  bo tato zdał sobie sprawę z sensu jego słów. Lekko się przygarbił i spuścił głowę. Zapytał tylko:
- Kto?
- Akumu – powiedział rzeczowym tonem Fumiya i wyszedł cicho z pomieszczenia. Ojciec opadł na krzesło i ukrył głowę w dłoniach. Nie rozumiałem. Nic nie rozumiałem.
    W Saitamie znajdowały się tam wtedy 4 organizacje – Arashi (istniejące do teraz), Hikari (światło), Bara (róża) i Akumu (koszmar) z którą mieliśmy na pieńku.  Siostra została zamordowana.
    Ojciec po kilku minutach wstał i skierował się do drzwi szybkim krokiem. Wyszedłem za nim, chcąc się o coś zapytać.
- Tato?
- Daiki, zwołaj zebranie. Natychmiast.
- Tato?
- Tak jest, Kuranosuke.
- Tato!
   Zignorował mnie zupełnie i zamknął przed nosem drzwi do sali obrad. Posiedzenie było burzliwe i krótkie. Czekałem w swoim pokoju, nadal myśląc, że moja siostra jest gdzieś w Saitamie.
   Po krótkim czasie przyszedł do mnie i powiedział:
,,Mam zamiar pomścić twoją siostrę za wszelką cenę. Dlatego ty teraz zostaniesz lekarzem piorunów.’’ (nawiązanie do nazwy organizacji)
Ruszyli na Akumu bandą 25 osób. Wróciło 15.
    Ostatecznie organizacja z Saitamy musiała się poddać, zdziesiątkowana. Kilkudniowa wojna klanów zakończyła się naszym zwycięstwem. Kilka osób uciekło, ale woleliśmy świętować wygraną.
   Nigdy więcej nie zobaczyłem ojca.
   Fumiya wrócił i jako pierwszy do mnie podszedł. Przeprosił i zapewnił, że mogę być dumny z siły mojego ojca. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że zginął tylko po to by się zemścić. Zginął za moją martwą siostrę, zostawiając mnie samego. Zostałem sam, jako 7-letni lekarz, na zawsze przykuty do morderców. Sam.
***
   Wszyscy milczymy. Ryutaro patrzy się po nas i cicho wzdycha, jak to ma w zwyczaju. Zakłada ręce za kark i opada lekko na plecy.
- Nie żeby coś, tylko spróbujcie mi litość okazać, a szukajcie innego lekarza. – śmieje się chłopak. Ayako tylko wzdycha, a Tsu patrzy się na niego natarczywie. Ja i Tokaji milczymy. Jedynie Taki wygląda na mocno zmieszanego. Każdy z nas powoli trawi informacje.
- Ja nie żartuję – dorzuca jeszcze Ryu, a Tokaji się przeciąga.
- Spalisz kiełbaskę.
- Moje jedzenie! – wyje lekarz zdając sobie sprawę, że przez całą opowieść trzymał mięso nad ogniskiem. Kiełbaska wyglądała upiornie – praktycznie cała zwęglona. Doskonale wiem, że Tokaji zauważył to od razu ale wolał mieć satysfakcję ze zwrócenia uwagi.
    Tsuneari wybucha śmiechem.
- A mi mówiłeś, że jestem piromanem. – wydusza, nie mogąc złapać oddechu ze śmiechu. Po chwili Ayako też się rozpogadza i dołącza do śmiania się. Tokaji tylko kręci głową i prycha, ale podchodzi bliżej i nadstawia kiełbaskę  nad ogień.
- Powiedziałem, że spalisz okolicę. I chodziło mi o głupotę. – mówi rzeczowo Ryu, z udawaną powagą, którą jednak traci po skończeniu wypowiedzi.
   Teraz i ja zaczynam się śmiać. Dołącza do nas również czterooki i wkrótce wszyscy śmiejemy się ze wszystkiego.
   Każdy z nas miał powód żeby tu wstąpić. Może nie były dobre, bo… Żaden powód nie usprawiedliwia naszego postępowania. To tylko umysł to sobie wmawia. No i może sumienie, które muszę nauczyć się tłumic.
- Czuję mięso! – słyszymy, że ktoś biegnie w naszym kierunku. Po chwili przez kłodę przeskakuje z rozpędu Omitsu i siada z hukiem obok Takiego. Wybuchamy śmiechem. Tokaji coś mruczy, że hieny się schodzą.
- No weź, Omitsu. Zachowaj trochę subtelności – zwraca uwagę Mikuru ale to tylko potęguje nasz śmiech, ponieważ kobieta trzyma kilka kiełbasek.
- Dlaczego mnie nie dziwi, że to kobiety pierwsze poleciały po jedzenie… - odzywa się Hiroki idący z szefem. – Powinniśmy nadal…
- Spokojnie, młody… - Fumiya macha ręką. – Daiki powiedział, że coś sprawdzi. Nie możemy cały czas siedzieć w biurze.
- Coś się stało? – woła Tsu, z kiełbaską w ustach. Wszyscy z młodszego grona patrzą na dowództwo.  Od odpowiedzi jednak powstrzymują nas krzyki innych.
- Patrzcie!
- Robią ognisko!
- Przysiadamy się!!!
   Nadbiegają młode chłopaki – Jun, Meiji i Koichi. Ta trójka jest najlepszymi przyjaciółmi i zawsze chodzą wszędzie razem. Rozrabiają ale z opowieści wynika, że mimo luzu są bardzo niebezpieczni. Jun jest najmłodszy ma 20 lat. Farbuje włosy na blond, jednak oczy ma naturalnie niebieskie. Koichi jest średni i ma 23 lata. Jest najwyższy i nosi dłuższe brązowe włosy w takim samym odcieniu jak ma włosy. Najstarszy jest Meiji – 25 lat. On z kolei jest najniższy jednak widać, że jest mózgiem drużyny. Jeśli jest nadzieja na powagę to tylko od niego zależy. Ma czarne włosy, które wyróżniają jasne, piwne oczy.
   Ktoś jeszcze wychyla się przez okno, a inny zatrzymuje się w drzwiach. Nasze małe ognisko zwołało praktycznie całą obecną na miejscu organizację.
***
   Dobiega 21 tego samego dnia. Siedzę rozwalona na sofie u Ayako.
- Co teraz otwieramy?
- Dawaj Pocky. – rzucam. Dziewczyna sięga po opakowanie z podwójną czekoladą i orzechami. Uśmiechamy się do siebie, bo obie wiedziałyśmy co teraz weźmie.
   Ayako w sumie ma pokój praktycznie naprzeciwko mnie. Jednak jest tu dłużej dlatego też jest lepiej urządzona. Wielkość mieszkania jest praktycznie taka sama, z tą różnicą, że u mnie jest przestrzenniej.  Ayako w salonie ma wielką, czerwoną kanapę i 3 zapadające się fotele. Okno jest otoczone wielkimi regałami z artystycznym nieładem. W kącie stoi biurko z komputerem i pokaźną kolekcją płyt, a dużą część zajmuje nieduży plazmowy telewizor na oko 30 cali. Wszystko to słabo oświetlone sprawia wrażenie malutkiej kańciapy, jednak czuję się tu przytulnie.
   Wpadłam do niej po wieczornym treningu. Od tego czasu obgadujemy ze sobą wszystko co się da. Jako iż jesteśmy tu jedynymi dziewczynami w podobnym wieku, więc tak czy siak musimy znosić swoje towarzystwo. Mimo wszystko, dobrze że mamy wspólny język.
   W telewizji leci jakaś drama. Ayako leży do góry nogami, zwisając głową w dół. Kładę się obok niej na brzuchu.
- Wiesz Ichigo… - zaczyna z mętnym wzrokiem, skupiając się telewizorze.
- Co? – rzucam luźno biorąc Pocky.
- Od początku uważam, że tu nie pasujesz. – wali prosto z mostu. – I nie chodzi tu o talent, bo wszystko zajebiście szybko łapiesz… Tylko… Jak bym była tobą to bym tu nie przyszła…
- Tylko, że ja… - zaczynam jednak Ayako mi przerywa. Obraca się na brzuch.
- Zostałaś w to wplątana. O to mi chodzi.
    Wiem o co jej chodzi. Gdyby nie tamten sierpniowy wieczór nigdy bym tu nie przyszła. Nawet nie wiedziałabym, że Kaminari istnieje. Nie pasuję tu, Ayako, przecież to widzę. Jednak nie mam wyboru. Już nie.
- Wiesz, Ichigo… Cieszę się, że się zgodziłaś. – mówi w końcu. – Pewnie jakbyś odmówiła to by dramy nie było, bo Fumiya ma do ciebie dług wdzięczności, ale…
   Podrywam się. Patrzę się na nią pytająco. Nie rozumiem. O co biega?
- Jaki dług? – pytam najpierw, jednak po chwili kręcę głową. – Nie, jaka drama?
- Nie mówili ci? – Ayako szeroko otwiera oczy. Jest zaskoczona. – Na serio ci nie powiedzieli? – dopytuje się jakby to nie było oczywiste.
- Nie, powiedzieli mi, dlatego się dopytuję. – rzucam sarkastycznie. W odpowiedzi obrywam poduszką, jednak dziewczyna zaczyna mi tłumaczyć.
   Istnieje niepisane prawo takich organizacji – dla bezpieczeństwa nie może pozostać żaden świadek. Mówiąc prościej jak ogarniesz za dużo to się ciebie pozbędą. Chyba, że zechcą byś dołączył. Jak optymistycznie.
- Czyli jakbym odmówiła to bym była martwa. – mówię pusto. Ja. Pierdole.
- No nie… - zaczyna Ayako, wyraźnie zmieszana. – Znaczy, wątpię bo zabiłaś James’a…
- To ma jakieś znaczenie?
- To długa historia… I szczerze nie powinnam ci jej mówic, bo nikt tu o tym nie rozmawia… - zaczyna, ale jej przerywam.
- Nie odezwę się ani słowem. – obiecuję.
- No dobra… - Ayako drapie się po głowie. – Ryutaro o niej wspominał. Starsza siostra Adachi-san… Shuuko Adachi-san…
- No pamiętam… Jest narzeczoną szefa… I co?
- No właśnie… Była. Przegrała w walce z James’em 3 lata temu, podczas naszej pierwszej spiny z Fubuki. Zginął wtedy również Arata Serizawa, który objął dowództwo po śmierci ojca Ryu… No i Sotomura został szefem…
   Przyswajam informacje. Powoli mi się wszystko rozjaśnia. Nawet sobie nie wyobrażam jak bardzo on chciał go zabić. Chociaż to pewnie podobne uczucie do tego którym darzę morderców moich rodziców.
Czyli zamordowałam jego wroga. No to mam u niego dług wdzięczności. Wypełniłam niechcący jego zemstę. No jasne.
- Nie znałaś jej, prawda? – pytam po chwili smutnego milczenia.
- Nie, dołączyłam po jej śmierci. Nikt o tym nie mówi, ze względu na szefa. O tym opowiedział mi kiedyś Tokaji…
- Serio? On?
- Co nie? Też byłam zdziwiona. – śmieje się Ayako. Po chwili jednak cichnie. – Mimo wszystko to nie jest miejsce na miłość. Za dużo się myśli. A potem się cierpi. – stwierdza cichym, melancholijnym głosem.
***
Zimny, październikowy wiatr zwiewa mi włosy. Patrzę się na wschód w stronę słońca, które dopiero jaśnieje na horyzoncie. Jest około 5 nad ranem, jednak stoję już to z 1,5 godziny. Przez natłok informacji nie mogłam zasnąć.
   Wzdycham głęboko. Świat jest jednak dziwny. W jednej chwili ludzie których znam śmieją się ze mną, a w następnej wyruszają by kogoś zabić. Na zlecenie. I zawsze istnieje ryzyko, że nie wrócą. Jednak idą.
   Słyszę za sobą kroki. Nie odwracam się jednak, doskonale wiedząc kto to. Po chwili obok mnie przystaje wyższy chłopak o wiecznie rozczochranych włosach. Również wzdycha głęboko.
- Nie jest ci zimno?
- Nie.
   Rozmowa się urywa, a chłopak patrzy się na wschodzące słońce. Jest nieobecny. Nuci jakąś piosenkę pod nosem.
- Nie wiedziałem. – mówi po chwili. Nie wiem za bardzo o czym mówi. – Wiedziałem w jakich okolicznościach zginął pierwszy dowódca, ale tylko pobieżnie. Ani słowa o pokrewieństwie, siostrze Ryutaro, rozwaleniu Akumu… Nic…
   Przytakuję. Znowu milczymy przez kilka minut. Jasne, ciepłe promienie rozświetlają nam twarz. Słońce wschodzi.
- Ciekawe jak tak było… Nawet Ryu do teraz nie wie…
- A… - zaczyna nam ale Tsu prycha.
- Tak znałem ją. Wspaniała kobieta. Arata był zajebisty.
- Skąd wiesz? – pytam spokojnie, skupiając się na słońcu.
- Czułem, że Ayako to opowie.
- Aha… - wzdycham. – Czy…?
- Nie martw się tym, Ichi. Naprawdę, i szefuńcio, i Omitsu są twardzi. Chociaż mocno ich to dotknęło. I w głębi duszy trzymają do teraz.
- Strata zawsze jest bolesna – mówię pusto, a oczy zachodzą mi mgłą. Przypominają mi się sielskie popołudnia z moimi rodzicami.
- Życie jest dziwne prawda? – mruczy Tsuneari. Nie patrzę na niego, ale słyszę, że głos mu drży.
- Naprawdę dziwne. – przytakuję. Milczymy kolejne minuty. Ostatnie historie wprawiły go w melancholie.
- Wiesz… Uważam, że Ryutaro, Sotomura, Omitsu, nawet Tokaji… są bardzo silni. Ty też. – mówi cicho i poważnie. Milczę więc ciągnie dalej. – Straciliście wszystko jednak idziecie przed siebie. Jak to zrobiłaś? – ostatnią część kieruje do mnie. Patrzymy sobie w oczy, szukając odpowiednich słów.
- Nie wiem. Instynkt. Bo nie miałam wyboru. A jak było z tobą?
- Ja nie miałem nic. Od początku nie miałem nic.
    Milczymy. Żadne z nas nie zna historii drugiego. Tsu wie tylko tyle, że zabili mi rodziców. No i mnie uratował. A ja nie wiem nic.
   Stoimy tak kilka minut. Nasze oddechy są wyrównane. Na dole ktoś zmierza do budynku. Dopiero wracają z misji. Czuję ucisk w żołądku, który co jakiś czas przypomina mi gdzie, mimo pozorów, naprawdę jestem. I co będę musiała zrobić.
  Tsuneari wzdycha, a ja się na niego patrzę. Jego ciemno-brązowe oczy są teraz rozjaśnione przez słońce. Serce zabija mi przez moment mocniej. Wyciągam mimowolnie dłoń, klnąc w myślach swoją głupotę. Kiedy lekko dotykam jego dłoni, mam większy uścisk w żołądku. Chłopak jednak od razu ściska moją dłoń.
Jest taka duża i ciepła. Odprężam się, choć ścisk w żołądku nie znika. I wiem, że tu nie chodzi o strach. Czuję, że mam wypieki na policzkach.
- Ichi… - mówi cicho. – Mam złe przeczucia…
- Ja też… Ale mam je od początku… - odpowiadam równie cicho. Nie napajam się chwilą. Ciepłem jego dłoni. Choć serce mi trochę przyśpieszyło. Również od wczoraj instynkt podpowiada mi, że będą kłopoty.
- Ale nie martw się. – Tsuneari ściska moją dłoń mocniej. Patrzymy się na siebie. – Obronię cię. – obiecuje i się uśmiecha. Odpowiadam ściśnięciem dłoni. 
_____________________________________________________________________

Wiem, że jest straszny natłok informacji i postaci no ale wszystko będzie jaśniejsze już po kilku rozdziałach. Jak widzicie to najdłuższy rozdział (11 stron) Wplotłam tu zmyśloną historię Ryu >.< A po końcówce zapowiem, że coś zacznie dziać się w następnym rozdziale. :D
Dzięki za przeczytanie <3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz