Rozdział 7
Granica, której nie mogę przekroczyć
Chłopak siedział i wpatrywał się uporczywie w zegar.
Przeczesał niespokojnie ręką swoje, i tak sterczące, brązowe włosy. Wstał i
obszedł pomieszczenie wokoło. Znów usiadł. Po chwili powtórzył okrążanie
pokoju. Mimo iż dziewczyna wyszła zaledwie 15 minut wcześniej, bardzo się
niepokoił.
Ktoś zapukał w lekko uchylone drzwi i wszedł do
pokoju. Brązowowłosy rzucił w stronę przybyłego zdziwione spojrzenie, a kiedy
rozpoznał mężczyznę zmierzył go wściekłym wzrokiem. W odpowiedzi usłyszał
westchnienie, które tamten usiłował ukryć.
- Tsuneari? – odchrząknął. Chłopak prychnął i
odwrócił się bezceremonialnie. Nie miał ochoty ani natchnienia by teraz
rozmawiać.
- Sotomura-san. – wysilił się by okazać choć trochę
szacunku ku przybyłemu szefowi. Jednak ostatnie pół godziny były dla niego
trudne i bardzo denerwujące.
Facet podszedł bliżej. Był od niego wyższy co
najmniej o głowę. Włosy związał w niedbałego kucyka. Zmierzył go zmęczonymi
ciemnymi oczami. Tsuneari zauważył też, że powiększyły mu się cienie pod
oczami. Ostatnio miał masę roboty, zwłaszcza, że byli bliscy wojny gangów. Ale
młody nie przejął się tym, nie teraz. Obecnie był skupiony tylko na wściekłości
w jego stronę.
- Ja wiem, że jesteś zły, ale musisz mnie posłuchać…
- zaczął, ale Tsuneari obrócił się gwałtownie. Jego ciemno-brązowe oczy
zabłysnęły groźnie.
- Zły? Ja… Ja… - nosiło go tak, że nie mógł dobrać
słów. Zacisnął dłonie mocno w pięści. – Jestem bardziej niż wściekły! –
krzyknął w stronę szefa. – Jak mogłeś posłać praktycznie niewyszkoloną osobę i to
jeszcze dziewczynę na misję! I to do Shinjuku! Czy ty zdajesz sobie sprawę…!? –
krzyczał dalej, ale w pewnym momencie urwał. Na Sotomurze nie robiło to żadnego
wrażenia. Po prostu stał i obserwował. – Jesteś idiotą…
- Wiesz, Tsu… - zaczął spokojnie. Przetarł sobie
kark dłonią. – To było po części posunięcie taktyczne. – Fumiya widząc minę
chłopca, wykonał uspokajający gest rękoma. – Spokojnie, jest z nią Mako-chan.
Co jak co, ale ona jest w naszej czołówce. Ichigo wróci cała. – zapewnił na
końcu.
Tsuneari prychnął. Nadal mu się to nie podobało.
- O jaką taktykę ci chodzi? – zagaił, udając
wyluzowanego.
- Wiedziałem, że tego nie przeoczysz – Fumiya prawie
się zaśmiał. – Wiem, że zdajesz sobie sprawę z napiętej atmosfery, prawda? Z
Hariken zawsze mieliśmy problemy, ale są zbyt starzy i potężni by się nami
martwić. Kojarzysz Jishin? – zapytał.
- Pewnie. Miałem z nimi ostatnio kilka starć. –
odparł. – Ale to nie zmienia faktu, że Fubuki… - zaczął, ale szef machnął ręką.
- Fubuki to ty zostaw… - widział, że Tsuneari chciał
zaprzeczyć, więc ciągnął dalej. – Są w innym mieście. Nie wiem co robili w
Ikebukuro, ale pokazaliśmy im czyj to teren. – zakończył temat. – Wracając do
Jishin…
- Czekamy na otwartą wojnę, prawda?
- Teoretycznie oni czekają na nasz atak. Są lepiej
przygotowani, jednak mamy przewagę liczebną. A prowokują nas ostatnio przy
każdej okazji. Suzuki-san został przez nich zaatakowany. Bez powodu.
Tsuneari zacisnął mocniej pięści. Był teraz tak
żądny krwi, że mógł złamać swoje przyrzeczenie. Fumiya obrzucił go badawczym
wzrokiem.
- Dlatego mam prośbę… - dodał szef, niby od
niechcenia. – Związaną z taktyką…
Chłopak podniósł jedną brew.
- Też związaną z taktyką?
- Tak. Misja mylącą. Trochę dłuższa i daleko.
- Dobra, zgodziłbym się i tak, i tak. – prycha
Tsuneari, nie analizując podanych informacji. – Ale wiesz, Sotomura-sensei… -
zaczął jeszcze. Udało mu się posilić na spokojny, pełen szacunku ton. – Mam
nadzieję, że to strategia Uetake-sensei.
Fumiya milczał. Nie potwierdził ani nie zaprzeczył.
Tsuneari obrzucił go krótkim spojrzeniem.
- Wiem, że to ty jesteś szefem, ale… Serizawa-sama
wybrał Uetake-san na stratega. Nie ciebie.
- Wiem.
- Więc o tym pamiętaj. Więc gdzie ta misja?
***
Siedzę zamknięta w swoim ciasnym mieszkanku. Od
powrotu nie porozmawiałam z nikim. Tsuneari musiał pilnie gdzieś pojechać,
Ayako wracała zazwyczaj późno, Taki był jeszcze na misji.
Misja.
Czuję, że to co mam w żołądku mi się przewraca.
Opadam na łóżko. Skombinowałam je dopiero ostatnio.
Te jest sto razy wygodniejsze niż poprzednie. Mój miecz leży koło mnie, umyty i
wypolerowany.
Wzdycham. Nie miałam najmniejszego problemu by zmyć
krew. Wykonałam to jakbym robiła to codziennie. Jak mycie zębów. Żadnych napadów
histerii.
Sięgam po kopertę, zaglądając przy okazji do środka.
Przeliczam po raz enty pieniądze. Równe 20 000 jenów. Nawet dopłacili za
szybkie zrealizowanie zadania.
Gapię się w sufit. Burczy mi w brzuchu. Jest 17.
Pora obiadowa zakończyła się godzinę temu. Nie wyszłam z pokoju. Nie miałam
siły.
Dlaczego tu
wstąpiłaś?
Pytanie Anzai-sensei cały czas kołatało mi się po
głowie. Aż do chwili kiedy ujrzałam puste, niebieskie oczy tamtego hakera.
Nawet nie pamiętam jak się nazywał. Jestem…
- Ichigo-chan?
Podnoszę się do pozycji pół siedzącej. Rozpoznaję
głos chłopaka. Patrzę na drzwi i czekam aż się w nich pojawi. Z korytarza
wyłania się postać niewysokiego 17-latka.
- Hej.
- Hej. – opadam z hukiem na łóżko. Chłopak stoi
chwilę w drzwiach po czym wchodzi do mojej sypialni. Bez pytania rzuca się na
łóżko. Siła jego uderzenia podrzuca mnie do góry, ale praktycznie na to nie
reaguję. Gapię się w sufit. Ryutaro zakłada ręce na głowę i też patrzy się w
sufit. Wzdycha głęboko.
- Wygodne to łóżko, co nie?
Odpowiada mu cisza.
- Ichigo.
Nadal milczę, choć tak naprawdę muszę podzielić się
z kimś moimi spostrzeżeniami. Choć one ich mogą przerazić. Choć one przerażają
mnie.
- Żyjesz jakoś? – rzuca, nadal nie tracąc nadziei.
Jego głos jednak trochę się zniżył, jakby złagodniał. Czasem dziękuję Bogu, że
na świecie są jeszcze taktowni ludzie, umiejący delikatnie wpleść temat do
rozmowy.
- Ja tak. Tamten gościu nie.
Ryutaro patrzy się na mnie. Jego brązowe oczy
bacznie mnie obserwują. Oczekiwał, że się załamię i zacznę płakać. Dlatego tu
przyszedł. By mnie pocieszyć. To jest dużo prostsze.
Tylko, że wcale nie chce mi się płakać. Owszem
przerażają mnie moje myśli, ale jedyne co teraz mogę okazać to… beznamiętność.
- Ne, Ryutaro…
- Słucham.
- Mogę ci coś powiedzieć?
- Nadal słucham.
Przewracam oczami, ale delikatnie się uśmiecham.
Jego usposobienie działa kojąco na ludzi. Nie dziwne, że świetnie sprawdza się
jako lekarz.
- Chodzi o to, że… Nie czuję nic. Nawet nie pamiętam
jak on się nazywał. Nie… Nawet mnie to nie obchodzi. – Ryutaro nic nie wtrąca,
więc ciągnę dalej. – Najpierw zastanawiałam się dlaczego ludzie biorą mnie i
Tokajiego za rodzeństwo. Nie wiem teraz, czy już wtedy mnie przejrzeli.
- A w jakim sensie? – Ryutaro mnie nie rozumiał.
- Charakteru. Kiedy… kiedy go zabiłam… - zająknęłam
się, trawiąc słowa. –Nie pomyślałam o strachu, poczuciu winy. Nie czułam nawet
ulgi. – gula w moim gardle stopniowo się powiększała. – Poczułam… Radość. –
kiedy wykrztusiłam to słowo, gula zniknęła. Mój głos stał się pusty. – Fakt, że
leżał przede mną martwy, sprawił mi satysfakcję. Czy już staję się potworem?
- Wiesz, Ichigo… - Ryutaro nie zaprzeczył od razu,
ani nie potwierdził. – Sądzę, że tu chodzi o motywy jakimi się kierujesz…
Tsuneari z kolei nie określa po motywach, tylko po przyjmowanych misjach. Każdy
jest inny pod tym względem…
- To znaczy? – rzuciłam pusto. Zabiłam w sobie coś.
Wszystko nagle traciło barwy.
- Hmm… Tsuneari na przykład zawsze bierze misje
dotyczące okropnych przestępców, Taki obrończe, Ayako z jak największym
wynagrodzeniem…
- A Tokaji? – prycham.
- Im więcej osób ma zabić tym lepiej. – kwituje to
lekarz. Czemu mnie to nie dziwi. – Tylko od ciebie zależy jakich ludzi będziesz
się... pozbywać. Świat jest dziwny, Ichigo. Więc my musimy być jeszcze dziwniejsi.
Myślę nad nowymi informacjami. W sumie do
Tsuneariego rola ‘sprawiedliwego bohatera’ pasuje. Jakkolwiek to brzmi. Taki w
sumie, w tych okularach w ogóle nie wygląda na obrońcę. Ayako nie posądziłabym
o materializm. Natomiast Tokajiego byłam pewna.
Tylko nie mogę ich tak ocenić. Zostaje jeszcze
pryzmat przeszłości. I cel.
No właśnie cel.
- Ryutaro? Mogę cię spytać dlaczego po pokonaniu
Akumu zostałeś tu?
- Ze względu na siostrę. – odpowiada bez wahania. –
No i trochę przez ojca. – dodaje po chwili z przekąsem. Rzuca mi pytające
spojrzenie.
- Może to będzie trochę niepokojące, ale… Znalazłam
odpowiedź, dlaczego się zgodziłam. – stwierdzam pustym głosem, zaciskając
pięści tak mocno, że bieleją mi knykcie. – Zemsta.
Przed oczami migają mi wspomnienia. Uśmiechnięci
rodzice. Odgłos otwieranych drzwi. Krzyk. Strach. Trzy głosy. Kałuża krwi.
Ucieczka. Krew. Walka. Kaminari. I w końcu martwe ciało hakera.
Doskonale wiem co chcę zrobić. Co muszę osiągnąć.
Ryutaro nie odpowiada, choć wiem, że nie spodziewał
się takiej odpowiedzi, jednocześnie ją znając. Nie zwraca mi jednak żadnej
uwagi i wstaje bez słowa. Kieruje się ku drzwiom. Zatrzymuje się jednak w
progu.
- Wiesz na co wydasz pieniądze? – rzuca jakby od
niechcenia.
Milczę przez chwilę po czym odpowiadam:
- Na małą wycieczkę. – rzucam tylko, a w mojej
głowie kreśli się zarys planu. Lekarz wzdycha tylko i bez pożegnania wychodzi.
Ten głupi przesąd wszedł wszystkim w krew.
Opadam na łóżko i wgapiam się w sufit bez celu. Po
kilku godzinach rozmyślań, morzy mnie sen.
***
Stoję gdzieś w środku lasu. Ze wszystkich stron mam
zarośla, a nade mną górują strzeliste sosny. Niebo, ledwo widoczne pomiędzy
rozłożystymi gałęziami, ma kolor jasnego błękitu, prawie białego. Jednak widzę
jasne punkciki, symbolizujące gwiazdy. I księżyc w pełni. Mimo iż nie wiem
gdzie jestem, ruszam przed siebie.
Dopiero kiedy stawiam pierwszy krok, orientuję się,
że jestem boso. Ściółka leśna okala moje stopy, gdzieniegdzie kłując mnie igłą,
a indziej łaskocząc mchem. Rozpuszczone czarne włosy spadają mi na twarz.
Kontrastują z śnieżnobiałą sukienką, którą mam na sobie.
Idę kilka minut, a otoczenie się nie zmienia. Mam
wrażenie, że to te same drzewa. Ślady znikają tak szybko jak się pojawiają.
Przełykam ślinę.
Jest mi piekielnie gorąco, po twarzy ścieka mi pot.
Mimo iż ciała niebieskie należą do nocy, błękit nieba przypomina o środku dnia.
Dopiero teraz zaczynam się niepokoić co dalej.
Jestem praktycznie pewna, że stoję w miejscu. Kiedy
praktycznie opadam z sił, zmęczona wielogodzinnym marszem, słyszę chlupot wody.
Rzucam spojrzenie w górę. Te same gwiazdy, to samo położenie księżyca. Jednak
pochodzę bliżej i moim oczom ukazuje się malutki strumyczek. Rozciąga się za
nim dużo bardziej przejrzysty, liściasty las. Chcę przejść przez wodę i tam trafić.
Jednak w ostatniej chwili coś zauważam.
Cofam gwałtownie dłoń. Słońce. Nad tamtym lasem
góruje słońce.
Serca bije mi coraz mocniej. Nie wiem co się dzieje.
Przechodzi mnie dreszcz i nachodzi przeczucie. To samo, które czułam na dachu z
Tsunearim.
Obracam się bardzo powoli i powstrzymuję się by nie
krzyknąć. Po niebie, prosto z księżyca rozciąga się czerwień. Powoli,
spokojnymi smugami. Niczym krew. Gwiazdy zdają się blaknąc i mam wrażenie, że
robi się coraz goręcej.
Dostrzegam również mężczyznę stojącego kilka metrów
w głębi sosnowego lasu. Zauważam farbowane, kasztanowe włosy, przenikające
błękitne spojrzenie oraz masę kolczyków.
- Yo Ito… - wymawiam jego imię. Chcę zrobić krok do
tyłu, ale nie mogę drgnąć. Dlaczego przede mną stoi mężczyzna, którego zabiłam?
Czy teraz zawsze będę go widywać w swojej podświadomości?
- Nie rób takiej miny. Nic ci nie zrobię. – rzuca z
przekąsem. – Nawet gdybym chciał, to bym nie mógł.
Patrzę się na niego szeroko rozwartymi oczami.
Podchodzi bliżej i nic nie mówi. Patrzy się na jaśniejszy las, rozciągający się
za strumykiem. Rzucam mu nerwowe spojrzenie. Mimo iż do wysokich nie należy,
jest ode mnie wyższy.
- Odwróć się sama i spójrz.
Wykonuję jego polecenie i krzyk zamiera mi na
ustach.
Stało tam małżeństwo w oślepiająco białych ubraniu.
Typowi Japończycy w średnim wieku.
Mai i Hiroshi Kanegawa.
Moi rodzice.
Krzyczę coś i wyciągam rękę przed siebie. Jednak nim
sięgnie ona nad strumyk, nim Yo mnie odciągnie, zastygam.
Moja dłoń jest cała we krwi. Spływa nią, jakbym
zanurzyła ją w jakimś zbiorniku. Robię kilka chwiejnych kroków do tyłu i podnoszę
drugą rękę. Wyglądają tak samo.
Nie mam pojęcia co się dzieje. Podnoszę głowę i
patrzę się na rodziców. W jednej chwili są jaśni i roześmiani. Potem leżą w
ciemności, w kałuży krwi. Wizje migają mi przed oczami.
- Mamo! – oczy zachodzą mi łzami. – Tato!
- Nie usłyszą cię. Jesteśmy po drugiej stronie.
Osuwam się na kolana. Jaka strona?
Moja sukienka barwi się powoli na czerwono, niczym nasze niebo. Jednak barwy nie
przechodzą na drugą stronę strumyka. Jakby była tu niewidzialna bariera, której nie mogę przekroczyć.
- Ale oni są tak blisko… - mówię drżącym głosem. Są
na wyciągnięcie ręki. Nie mogę ich zostawić. Muszę iść do nich.
- Tak naprawdę są bardzo daleko. – prycha,
pobrzękując przy tym kolczykami w wardze. – Ani ja, ani ty nigdy nie
przekroczymy tej granicy.
Odwracam się z krzykiem na niego, z milionem pytań,
z milionem wściekłości. Jednak on zniknął. Wracam do strumyka, jednak go też
nie ma. Otacza mnie tylko sosnowy las, skąpany w czerwieni nieba.
Osuwam się znowu na kolana. Sukienka jest w całości
czerwona, a krew na dłoniach cały czas wygląda na świeżą. Oddycham ciężko.
Po chwili gwiazdy spadają z nieba.
***
Otwieram gwałtownie oczy. Dyszę, a serce wali mi jak
szalone. Podrywam się do pozycji półleżącej, rozglądając się wokół. W sypialni
pali się światło, które na pewno nie było zapalone nim zasnęłam.
Dopiero po chwili dostrzegam postać siedzącą na
skraju łóżka. Niska, drobna dziewczyna, w przepoconym i ubłoconym ubraniu. Ma
zmęczone zatroskane, szarozielone oczy i ciemnoczekoladowe włosy, nadal
związane w niedbałego warkocza. Jest zaskoczona moją nagłą pobudką i wciąż
trzyma wyciągnięta rękę w moją stronę, jakby chciała mnie obudzić.
- Ayako… - mówię tylko. Jestem całkowicie
zdezorientowana. Skąd ona się tu wzięła? No tak. Nie zamknęłam drzwi.
- I… Ichigo… - wykrztusza z siebie, po czym oblewa
się rumieńcem. – Przepraszam! Przed chwilą wróciłam, no i powiedzieli mi, że… -
zaczyna się tłumaczyć. Śmieje się i gestykuluje rękoma. Obserwuję ją tylko z
początku, potem napływają sceny ze snu. Podpieram głowę dłonią.
Yo Ito i ja po jednej stronie. Moi rodzicie po
drugiej. Iglasty las i liściasty las. Straszny i bezpieczny. Ciemny i jasny.
Doskonale wiem, że to tylko symbolika. Mój umysł
jasno daje mi do zrozumienia, po jakiej stronie teraz stoję. Jakiej granicy nie
mogę przekroczyć. Jasność i ciemność. Niebo i Piekło.
Ukrywam twarz w dłoniach. Nie mogę uspokoić oddechu
i dalej dostaję palpitacji serca. Moi rodzice. Od ich śmierci nie widziałam ich
żadnego zdjęcia, nawet mi się nie śnili. Jedynie wspomniałam o nich, kiedy
myślałam o… zemście. Zemście za nich.
- … Ale wiesz, Ichigo, bardzo dobrze wyglądasz!
Sądziłam, że będzie z tobą… - Ayako nadal ciągnie swój wywód, ale w pewnym
momencie urywa. – Ichigo? – wymawia cicho moje imię.
Siedzę i wpatruję się w jakiś odległy, niewidoczny
punkt. Po moich policzkach ściekają łzy, a dolna warga mi drży. Jednak na tym kończą
się zewnętrzne oznaki. Nie wydaję z siebie żadnych odgłosów łkania, nie drżą mi
ramiona. Nic. Po prostu siedzę.
- Ichigo! – Ayako wydaje z siebie cichy okrzyk.
Zakrywa na moment usta dłonią, o oczy zachodzą łzami. Mimo to, od razu zaciska
zęby i uśmiecha się. Podchodzi do mnie, siada obok i najzwyczajniej mnie obejmuje. Odwzajemniam uścisk i wtulam
się w przyjaciółkę.
Żadna z nas nic nie mówi. Po prostu siedzimy
przytulone, z moich oczu ciekną ciurkiem łzy, a Ayako mnie delikatnie kołysze.
Mai i Hiroshi Kanegawa. Moi najdrożsi rodzice. To za
nich chcę się zemścić. Tylko tyle. Muszę sprawić by były martwe 4 osoby –
zabójcy i zleceniodawca. Ta myśl prześladowała mnie od chwili gdy wyciągnęłam
miecz. Ale zapomniałam o najważniejszym. O tym dlaczego chce się mścić.
Kołyszemy się w ciszy. Mimo iż nie odstawiam
histerii, emocje rozrywają mnie od środka. Nie umiem ich okazać, więc tłamszą
się w środku. Strata. Złość. Strach. Przerażenie. Histeria. Panika. Zupełnie nie wiem co mam robić. Wszystko to
miesza się w środku, powodując głęboki, wewnętrzny ból, który zamieniłabym za
wszystko na zewnętrzny.
W końcu biorę głęboki oddech i odsuwam się od Ayako.
By dokonać zemsty muszę być silniejsza. Chwila słabości właśnie się kończy.
Zaciskam dłonie w pięści, aż bieleją mi knykcie. Biorę kolejny głęboki wdech i
liczę do 10.
Dziesięć. Dziewięć. Osiem.
Uspokój się.
Siedem. Sześc. Pięć.
Bądź silna.
Cztery. Trzy.
Dasz radę.
Dwa.
Dam radę.
Jeden.
Ścieram pewnym ruchem łzy z policzków i patrzę się
Ayako w oczy. Kiwamy w milczeniu głowami. Siedzimy kilkanaście centymetrów od
siebie. W końcu dziewczyna zakłada ręce na kark i opada na łóżko. Klepie miejsce
obok siebie, więc też się kładę.
- Mogę ci opowiedzieć pewną historię, Ichigo? –
zaczyna cicho. Kiwam tylko głową, a ona poprawia swoją pozycję i zamyka oczy.
- Była sobie kiedyś pewna dziewczynka. Kiedy miała
10 lat mieszkała wraz z rodzicami i rodzeństwem w małym mieszkanku w Itabashi.
Była najstarsza z 5 rodzeństwa. Miała
4 braci – 8-letniego Akiego, 7-letniego Hiro, 6-letniego Masu i Midę – oraz jedną
siostrę – 5-letnią Fumi. Jej rodzice nie byli ułożonymi ludźmi, jednak starali
się. Ojciec często pił, choć mimo to nie stał się alkoholikiem. Mama była ciężko
chora i często traciła pracę. Więc zawsze brakowało pieniędzy. Rodzina zaczęła popadać
w długi, a wtajemniczona w problemy została ona sama, jako najstarsza. ‘’Nie
mów rodzeństwu.’’ ‘’Bądź silna’’ i takie tam. Dziewczynka przytakiwała i dalej
się uśmiechała. Minął kolejny rok. I kolejny. I wydawało się, że wszystko się
układa jednak do domu zawitał komornik. Dług okazał się kilkusettysięczny.
Dziewczynka rozumiała grozę sytuacji. Jeśli nie zaczną tego spłacać rodzice
mogą pójść do więzienia, a oni sami trafią do domu dziecka. Dlatego postanowiła
ochronić swoją rodzinę. Jako iż była najstarsza. Poświęciła swoje dzieciństwo,
a nawet przyszłość by ich uratować. Byleby tylko mogli zostać razem. A na imię
jej było…
- Ayako… - kończę. Wzdycham głęboko i przepraszam w
głębi duszy, że posądziłam ją o materializm.
- Wybacz, że mówię ci to kiedy twoja psychika nie
jest w najlepszej kondycji, ale boję się, że nie zdobyłabym się na to później. –
mówi.
- Dziękuję.
- Nie masz za co. W końcu tak robią przyjaciele,
prawda?
- Tak… Prawda. – przytakuję i uśmiecham się blado. –
Wiesz, Ayako… Pojechałabyś ze mną jutro w jedno miejsce?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz