Rozdział 6
Haker
Wzięłam kilka kanapek na tacę i rozglądnęłam się po jadalni. Ogólnie pomieszczenie znajdowało się na samym parterze największego budynku naszego ‘kompleksu’ jeśli można to tak nazwać. Sala pomieściłaby spokojnie ze 100 osób jednak podczas pór śniadań i obiadów znajduje się tu średnio 30. Większość ludzi
wychodzi jeść na miasto, a ci z większymi mieszkaniami sami skombinowali sobie kuchnię. Tutaj zazwyczaj starsze osoby ogarniają śniadania lub jeżdżą odpowiednio wcześniej po restauracjach czy barach.
Cała organizacja mieści się i nawet mieszka w tym kompleksie budynków. Znajdujemy się na obrzeżach i jeszcze w miarę podniszczonych z zewnątrz budynkach starej firmy. Nikt się tym nie interesuje, a przynajmniej Fumiya pilnuje by nikt się nie zainteresował. Wiele pomieszczeń zostało zmienionych albo całkowicie przebudowanych na rzecz członków. Nikt nie musi się martwić o dach nad głową, ani nawet o miejsce. Jest to bardzo wygodne, choć z pozoru przypomina mi to wojsko. Tylko, że jest luźniej.
Na sali udało mi się ujrzeć ostatnią osobę, z którą chciałabym pogadać. Mimo wszystko skierowałam się w stronę czarnowłosego chłopaka, który grzebał sennie widelcem w jajecznicy.
- Dobry… - ziewnął, nawet nie spojrzawszy na mnie, a odzywając się jedynie z przyzwyczajenia.
- Hej – siadam i zaczynam jeść kanapkę z szynką.
W jadalni jest piekielnie cicho. Słyszę jak ktoś przeżuwa jedzenie przy sąsiednim stoliku. Może powinnam wykluczyć bardzo wczesną godzinę, bo mam zamiar zaraz iść na trening, ale nigdy nie było tak cicho.
Przechodzą mnie dreszcze. Czyżby instynkt dobrze mi podpowiadał? Szybko kończę kanapki i zajmuję się herbatą byleby tylko pójść trenować i nie zaprzątać sobie głowy błahostkami. Jednak napój okazuje się wrzątkiem.
- Dziwnie cicho, co nie? – zagaduje niespodziewanie Tokaji. Patrzę się na niego podejrzliwie, oczekując jakiejś docinki. Jednak on czeka na moją odpowiedź. Nowość.
- Jak nigdy – przytakuję.
- Widziałaś dzisiaj Ryutaro? Podobno mamy kogoś ciężko rannego…
- Kogo? – dopytuję zaciekawiając się. Jeszcze nigdy nie prowadziłam z nim normalnej konwersacji.
- Jakiegoś typka. – wzrusza ramionami. Cofam to. To nadal ten sam ignorant co zawsze. – Ale to jest niepokojące.
- A dokładniej co? – nadal się dopytuję. Jeśli ma zamiar mówić okrężnie to coś mu zrobię. – Mów jaśniej, Tokaji.
- Bo najpierw ty, potem Kosei, teraz ten typu… Wszyscy są atakowani przez Fubuki… - mówi z wielkim wysiłkiem. Jego plan dręczenia mnie informacjami spalił na panewce.
- Fubuki? A oni to przypadkiem nie mają trochę za daleko?
- No właśnie, geniuszu… Chodzi o to, że wyraźnie zachodzą nam za skórę, a Sotomura walczy ze sobą by nie posłać na nich połowy naszych ludzi. Dzieje się coś niedobrego. – Tokaji opuszcza głowę na stół. W tym tempie wystygnie mu jajecznica. – Tsuneari, do jasnej cholery, czemu twoje przeczucia zawsze się sprawdzają!?
Patrzę się na niego przez moment, po czym stwierdzam, że go zignoruję. Dopijam herbatę i wstaję, by odnieść kubek. Tokaji jednak łapie mnie za nadgarstek.
- Pilnuj się, nowa – warczy do mnie i puszcza moją rękę. Wraca do ospałego jedzenia jajecznicy. Warczę do niego w odpowiedzi jakieś wyzwisko i wychodzę raźnym krokiem. O co mu chodziło? Mogłam mu napluć do tej jajecznicy.
Na sali treningowej czeka na mnie kolejna niepokojąca rzecz. Nigdzie nie widać Anzai-sensei. Zawsze siedzi tu od świtu, a wychodzi dopiero koło 10. Ayako zawsze śmieje się, że mogłaby tu zamieszkać. Rzucam okiem na tarczę zegara. Dochodzi 7 rano. Jak na nią, to dziwne spóźniać się o takiej godzinie.
Wychodzę z pomieszczenia i rozglądam się za kimś kogo mogłabym zapytać co się dzieje. Już w powietrzu wyczuwam kłopoty. Serce bije mi niespokojnie, choć nie ma ku temu żadnego, logicznego powodu. Tłumaczę sobie, że to tylko paranoja Tsuneariego. Tylko.
Po korytarzu szybkim krokiem idzie Hiroki. Jako księgowy, zawsze ma masę papierów przy sobie, jednak teraz stos kartek wyraźnie góruje nad jego głową. Z odległości kilku metrów, słyszę gamę słów, których dziewczyna nie powinna używać. Widać, że jest w niehumorze, ale ciekawość bierze nade mną górę.
- Em… Nishio-san? – rzucam niepewnie. Mężczyzna przystaje i usiłuje wychylić głowę. Papiery niebezpiecznie się przechylają, a ja słyszę głośnie przekleństwo. – Może pomóc?
- A to ty, Kanegawa – mówi z obojętnością. Jednak kiedy biorę od niego praktycznie połowę, uśmiecha się z wdzięcznością. – Jak mi to doniesiesz do Głównego Biura, to będę twoim dłużnikiem – rzuca ze śmiechem.
Uśmiecham się w odpowiedzi i schodzę po schodach. Zagajam go o obecną sytuację.
- Szczerze… To nie wiem – westchnął. Jego dłuższe blond włosy opadły mu na twarz, przysłaniając bliznę. – Mikuru-san wywaliła mnie, mówiąc coś o papierach. – znowu wzdycha.
Główne Biuro znajduje się kilka drzwi obok Sejmu. Wszyscy potocznie nazywają tak salę zebrań. Słyszę jakieś rozmowy. Musi trwać jakaś zażarta dyskusja. Przebiega po mnie dreszcz. Czyżby jednak paranoja Tsuneariego była słuszna?
- Nishio-san… Ktoś podobno został ranny… - zagajam, gdy już wychodzimy z pokoju. Wszędzie walają się kartoteki podpisane imionami. Najstarsze jak np. Omitsu czy Fumuyi pękają w szwach, rozwalone.
- A, faktycznie! – Hiroki w geście zastanowienia, gładzi się po swoim jasnym zaroście. Blizna, kilkudniowy zarost, dłuższe blond włosy. Wszystko to sprawia, że wygląda na 35 a nie 25 lat. – Seizo Suzuki.
Przemyka mi obraz sympatycznego 20-latka. Seizo ma kręcone, czarne włosy okalające całą rumianą twarz. Ma przeszywające, bursztynowe oczy. Są o kilka odcieni żywsze od piwnych oczu Meiji’ego. Czuję ukłucie poniżej żeber.
- Będzie z nim dobrze? – rzucam zduszonym głosem. Podczas mojego miesięcznego już pobytu tutaj nikt nie doszedł, nikt nie odszedł. Powoli dociera do mnie miejsce w którym się znajduję. Przez ludzi mnie otaczających zapominam o tym.
- Raczej tak, choć nieźle oberwał. – mruczy w odpowiedzi. Zauważa mój wzrok i przejeżdża ręką po włosach. – Ale spokojnie. Ryutaro jest świetny. Bywało gorzej. – Klepie mnie po ramieniu i idzie w swoją stronę. Patrzę się za nim jeszcze chwilę po czym kieruję wzrok na drzwi od Sejmu. Nadal słychać podniesione głosy. Wzruszam ramionami i podchodzę bliżej. I tak miałam się spytać gdzie podziewa się moja patronka.
Kiedy miałam już zapukać, rozpoznałam jeden z głosów.
- To nie zmienia faktu, że zdurniałeś!
Tsuneari.
- Tsu, słuchaj. To była kwestia czasu i doskonale zdawałeś sobie z tego sprawę… - odzywa się Fumiya, ale chłopak mu przerywa.
- Z czego niby? Wiesz po ilu latach mnie wypuściłeś na pierwszą misję!? – Tsuneari jest wyraźnie wściekły. Zawsze odnosił się z bardzo dużym szacunkiem do szefa, lecz teraz po poważaniu nie ma śladu.
- Młody, spokojnie – słyszę głos Mako. Czemu ona jest tu, a nie na sali treningowej? Jej głos jak zwykle jest wyprany z emocji.
- Właśnie Tsu… Trochę wiary… - mruczy zmęczonym głosem Omitsu.
- Wiary? Jesteśmy o krok od wojny z…! – zaczyna krzyczeć, ale Mikuru mu przerywa cicho. Nie rozpoznaję słów jakie wypowiada, być może zbyt zdruzgotana słowem ‘wojna’. Słyszę kroki i szybko odskakuję od drzwi. Po chwili otwierają się na oścież. Wychodzi chłopak i nim trzaśnie nimi, rzuca na mnie pobieżne spojrzenie. Zamach na drzwi traci impet i tylko nieznacznie się przymykają.
- Ichigo? – wymawia moje imię, wyraźnie zdziwiony moją obecnością.
- O co…? – zaczynam, ale we framudze pojawia się Omitsu.
- O, Ichigo. Dobrze, że jesteś. Chodź na moment. – macha w moją stronę ręką i odwraca się. Nim wchodzę do pokoju rzucam Tsuneariemu pytające spojrzenie. Odprowadza mnie jednak niepewnym wzrokiem z domieszką niepokoju.
***
Sięgam do szafki drżącą ręką. Zakładam jakąś koszulę w kratę i granatowe jeansy. Na nogach mam wygodne buty do biegania. Wiążę włosy w wysokiego kucyka, by nic mi nie przeszkadzało.
Podchodzę do łóżka i kucam. Sięgam ręką głęboko pod nie i czekam aż moje palce natrafią na jakiś materiał. Przełykam głośno ślinę, kiedy czuję twardą pochwę z mieczem. Podnoszę się i spoglądam na broń. Rzucam przelotne spojrzenie w lustro, prosto w swoje oczy, usiłując coś z nich wyczytać. Zaciskam tylko dłoń w pięść i przerzucam miecz przez ramię.
Wychodzę.
Przed budynkiem czeka na mnie Mako. Rzuca mi przelotne spojrzenie.
- Gotowa?
- Ani trochę. – odpowiadam od razu, zgodnie z prawdą. Mako wali mnie delikatnie w głowę, w jakiś dziwny sposób dodając mi otuchy.
- To dobrze. – stwierdza tylko. – Z nikim się nie żegnaj. – dorzuca jeszcze, a widząc moje pytające spojrzenie, wzdycha. – Taki mamy przesąd. Jeśli się pożegnasz przed misją, to tak jakbyś szła na misję samobójczą. Jakby to inaczej… Nieładnie odchodzić bez słów pożegnalnych, że to tak ujmę.
Krzywię się, choć tak naprawdę uważam to za śmieszne. No i może po troszku sentymentalne. Ale tylko troszku.
Ruszamy spokojnym truchtem w stronę stacji metra. Mamy niezły kawałek drogi, ale ruch pozwala mi o tym nie myśleć. Nigdzie mi się nie śpieszy.
Kiedy jedziemy metrem, wbijam wzrok w sufit. Rozmyślam o wszystkim. Sotomura z przekąsem oznajmił mi o misji. Odaka-san nie był zbyt zaskoczony, tak samo Uetake-san. Jedynie Omitsu wyglądała na zrezygnowaną.
Yo Ito. Haker, zwinął paru osobom majątek całego życia. Wszystkie, nie mogąc pogodzić się z utraceniem wszystkiego, odebrały sobie życie. W większości przypadków byli to młodzi studenci, ciężko pracujący na życie. Uniewinniony przez sąd. Zlecenie od kilku rodziców zmarłych. Kwota: 18000 jenów (ok. 5800zł)
Metro gwałtownie hamuje. Lekko spadam w bok i patrzę się orientacyjnie po otoczeniu. Nic. Po prostu przystanek.
- Mogłabym cię o coś spytać? – rzuca spokojnie Mako. Kiwam twierdząco głową. – Dlaczego tu wstąpiłaś? Podobno miałaś wybór…
Milczę. Opowiadałam pobieżnie Mako jak się tu znalazłam ale nigdy nie wspominałam o motywach. No właśnie. Dlaczego tu jestem? W ogóle dlaczego nie pomyślałam nad konsekwencjami mojego wyboru? Czy zgodziłam się pod wpływem zdezorientowania?
Nadal milczę, a Mako wzdycha. Chyba żałuje, że zadała mi to pytanie. Nie rozmawiamy aż do ostatniego przystanku. Łatwo znikamy wśród tłumu ludzi. Dochodzi już 9, więc miasto ożywa. Kiedy jednak widzę tabliczkę z nazwą dzielnicy, mam ochotę się cofnąć.
Shinjuku.
- Co się stało, Ichigo? – rzuca Mako przez ramię. Patrzę się na nią, nie rozumiejąc jej zdziwienia.
- Przecież to tutaj jest… - zaczynam lekko zduszonym głosem ale kobieta zwinnym ruchem przytyka palec do ust, nakazując milczenie. Od razu milknę, zdając sobie z tego sprawę. Shinjuku. Dzielnica Hariken.
- Doskonale wiem. Szybko, znikajmy stąd. Im szybciej go znajdziemy tym lepiej dla nas. Może nie będzie z tego dramy.
Wychodzimy z dworca i ruszamy przed siebie. Mako sprawdza coś w swoim telefonie. Rozmawiamy o najzwyklejszych rzeczach.
- Dobrze. No to chodźmy do tego sklepu! – rzuca do mnie ze śmiechem. Reaguję entuzjastycznie. Od razu wiem, że śmiejąca się Mako to znak tylko jednej rzeczy – śledzą nas. – Skręcamy w następną uliczkę. Potem od razu biegiem za mną. – Dodaje bardzo cicho. Ledwo rozumiem słowa, a ona nawet nie obróciła głowy w moim kierunku.
Robię wszystko dokładnie według instrukcji. Spokojnie skręcamy w lewo, a kiedy znikamy z pola widzenia, zrywamy się w nagłym sprincie. Mako biegnie przede mną i od razu skręca w prawo. Słyszę w oddali jakiś okrzyk.
- Cholera. – dociera do mnie przekleństwo Mako.
- To z Hariken? – sapię. Moja patronka kiwa tylko głową. – zawsze tak jest jak macie zlecenie na czyimś okręgu?
- Nie. – skręcamy gwałtownie w prawo. Ulica jest prawie nieoświetlona. Stoi tu może z dwóch facetów. Jestem ciekawa skąd ona tak dobrze zna tą okolicę. – Zazwyczaj się nie wpieprzamy do roboty innych, chyba że oni mają kogoś zabić, a my obronić.
- Więc dlaczego…
- Rozpoznali mnie. – dodaje tylko. Patrzę się na jej umięśnione plecy. Ma rozpuszczone, długie rude włosy. Nie dziwię się, że jest rozpoznawalna. Tylko ciekawe z jakiego powodu.
Mako sięga po telefon i w biegu wyszukuje czyjś numer. Mam wrażenie, że cały czas przyśpieszamy, ale na razie dotrzymuję jej tempa. Trenowanie koszykówki wyrobiło mi dobrą kondycję.
- Sotomura? Namierzyłeś go w końcu? – sapie do telefonu. Czyli to z nim tak pisała przez cały czas. – Pod koniec tej ulicy i za prawym rogiem. I charakterystycznie wygląda? Ok. Jakby co to mam towarzystwo. Tak.
Rozłącza się i pozwala mi dobiec do niej. Mówi, że odciągnie lub przystopuje nasz ogon, a ja pobiegnę załatwić gościa. Mam zamiar zaprotestować, ale kobieta tylko mnie zatrzymuje. Kładzie mi obie dłonie na ramionach i mówi:
- Dam radę. Ty dasz radę. Obie damy radę.
Po chwili rozlega się krzyk i metr od mojej głowy przelatuje sztylet. Widzę trzy postacie kilkadziesiąt metrów przed nami. Sami faceci. Mako napina mięśnie i trzyma z gracją swój jednoręczny miecz. Kieruje złowieszczy wzrok na przeciwników. Oni ruszają w naszym kierunku.
Czuję adrenalinę. Nie rozróżniam słów jakie kieruje do mnie Mako i chwytam miecz. Ruszam we wskazanym kierunku. Kiedy skręcam widzę niewysokiego chłopaka. Włosy ma pofarbowane na kasztanowy odcień, kolczyki w wardze i nosie pobłyskują. Jest może w wieku Anzai. Rzuca mi kpiące spojrzenie.
- Yo Ito? – rzucam. Mój głos drży, choć to już nie z adrenaliny, tylko ze strachu. Śmieje się w odpowiedzi. Choć budynki rzucają cień, a lampy się nie palą, wyraźnie widzę jego niebieskie oczy. Są pewne szyderczości. I zero skruchy. Serce wali mi jak oszalałe.
- Słucham, szmato. Czego? – wypluwa z siebie słowa. Adrenalina znowu uderza mi do głowy, tym razem z większą siłą. Strach powoli znika. To tylko zwykły śmieć. Ogarnia mnie do niego odraza. Sięgam ręką za głowę, jakbym robiła to zawsze. Patrzy się na mnie jak na idiotkę, ale kiedy stal błyska w ciemności, dostrzegam zdziwienie na jego twarzy. Tnę wprawnie powietrze mieczem i rzucam mu najgroźniejsze spojrzenie na jakie mnie teraz stać. Nie wychodzi mi to, ale facet krzyczy coś i zaczyna uciekać. Nim o czymkolwiek pomyślę, ruszam w jego stronę.
Nie wiem co mam zrobić. Dobiegam do niego nieubłaganie szybko. Będąc wystarczająco blisko, zauważam, że potyka się. Wyprzedzam go lekko i bezceremonialnie podstawiam mu haka. Pada jak długi i nim spróbuje się podnieść, przewracam go na plecy. Przydeptuję go.
I co teraz? Adrenalina powoli mnie opuszcza.
Chłopak spluwa i zaczyna się histerycznie śmiać. W jakiś sposób jego panika mnie uspokaja.
- I kto cię nasłał, co? Rodzice tych skurwysynów? Szkoda, że oni też nie popełnili samobójstwa! Hahahahah! – śmieje się, ale ja go tylko obserwuję. W jego głosie, choć nie zachwianym, słychać strach. – No co się gapisz szmato!? Wszyscy jesteście tacy sami! I co myślisz, suko!? Że wyznaczasz sprawiedliwość!? Zdzira! Dziw… - przerywa monolog. Patrzy się na mnie pusto, a z ust cieknie mu strużka krwi. Miecz ma wbity prosto w serce.
Kręcę kółka mieczem, choć mężczyzna już jest martwy. Adrenalina powoli mnie opuszcza. Wyciągam zamaszyście broń i odwracam się. O niczym nie myślę. Ruszam spokojnie przed siebie. Miecz mam opuszczony i sunę nim ze zgrzytem po ziemi. Po kilku krokach osuwam się na ziemię i chowam twarz w dłoniach.
Zrobiłam to.
Na sali udało mi się ujrzeć ostatnią osobę, z którą chciałabym pogadać. Mimo wszystko skierowałam się w stronę czarnowłosego chłopaka, który grzebał sennie widelcem w jajecznicy.
- Dobry… - ziewnął, nawet nie spojrzawszy na mnie, a odzywając się jedynie z przyzwyczajenia.
- Hej – siadam i zaczynam jeść kanapkę z szynką.
W jadalni jest piekielnie cicho. Słyszę jak ktoś przeżuwa jedzenie przy sąsiednim stoliku. Może powinnam wykluczyć bardzo wczesną godzinę, bo mam zamiar zaraz iść na trening, ale nigdy nie było tak cicho.
Przechodzą mnie dreszcze. Czyżby instynkt dobrze mi podpowiadał? Szybko kończę kanapki i zajmuję się herbatą byleby tylko pójść trenować i nie zaprzątać sobie głowy błahostkami. Jednak napój okazuje się wrzątkiem.
- Dziwnie cicho, co nie? – zagaduje niespodziewanie Tokaji. Patrzę się na niego podejrzliwie, oczekując jakiejś docinki. Jednak on czeka na moją odpowiedź. Nowość.
- Jak nigdy – przytakuję.
- Widziałaś dzisiaj Ryutaro? Podobno mamy kogoś ciężko rannego…
- Kogo? – dopytuję zaciekawiając się. Jeszcze nigdy nie prowadziłam z nim normalnej konwersacji.
- Jakiegoś typka. – wzrusza ramionami. Cofam to. To nadal ten sam ignorant co zawsze. – Ale to jest niepokojące.
- A dokładniej co? – nadal się dopytuję. Jeśli ma zamiar mówić okrężnie to coś mu zrobię. – Mów jaśniej, Tokaji.
- Bo najpierw ty, potem Kosei, teraz ten typu… Wszyscy są atakowani przez Fubuki… - mówi z wielkim wysiłkiem. Jego plan dręczenia mnie informacjami spalił na panewce.
- Fubuki? A oni to przypadkiem nie mają trochę za daleko?
- No właśnie, geniuszu… Chodzi o to, że wyraźnie zachodzą nam za skórę, a Sotomura walczy ze sobą by nie posłać na nich połowy naszych ludzi. Dzieje się coś niedobrego. – Tokaji opuszcza głowę na stół. W tym tempie wystygnie mu jajecznica. – Tsuneari, do jasnej cholery, czemu twoje przeczucia zawsze się sprawdzają!?
Patrzę się na niego przez moment, po czym stwierdzam, że go zignoruję. Dopijam herbatę i wstaję, by odnieść kubek. Tokaji jednak łapie mnie za nadgarstek.
- Pilnuj się, nowa – warczy do mnie i puszcza moją rękę. Wraca do ospałego jedzenia jajecznicy. Warczę do niego w odpowiedzi jakieś wyzwisko i wychodzę raźnym krokiem. O co mu chodziło? Mogłam mu napluć do tej jajecznicy.
Na sali treningowej czeka na mnie kolejna niepokojąca rzecz. Nigdzie nie widać Anzai-sensei. Zawsze siedzi tu od świtu, a wychodzi dopiero koło 10. Ayako zawsze śmieje się, że mogłaby tu zamieszkać. Rzucam okiem na tarczę zegara. Dochodzi 7 rano. Jak na nią, to dziwne spóźniać się o takiej godzinie.
Wychodzę z pomieszczenia i rozglądam się za kimś kogo mogłabym zapytać co się dzieje. Już w powietrzu wyczuwam kłopoty. Serce bije mi niespokojnie, choć nie ma ku temu żadnego, logicznego powodu. Tłumaczę sobie, że to tylko paranoja Tsuneariego. Tylko.
Po korytarzu szybkim krokiem idzie Hiroki. Jako księgowy, zawsze ma masę papierów przy sobie, jednak teraz stos kartek wyraźnie góruje nad jego głową. Z odległości kilku metrów, słyszę gamę słów, których dziewczyna nie powinna używać. Widać, że jest w niehumorze, ale ciekawość bierze nade mną górę.
- Em… Nishio-san? – rzucam niepewnie. Mężczyzna przystaje i usiłuje wychylić głowę. Papiery niebezpiecznie się przechylają, a ja słyszę głośnie przekleństwo. – Może pomóc?
- A to ty, Kanegawa – mówi z obojętnością. Jednak kiedy biorę od niego praktycznie połowę, uśmiecha się z wdzięcznością. – Jak mi to doniesiesz do Głównego Biura, to będę twoim dłużnikiem – rzuca ze śmiechem.
Uśmiecham się w odpowiedzi i schodzę po schodach. Zagajam go o obecną sytuację.
- Szczerze… To nie wiem – westchnął. Jego dłuższe blond włosy opadły mu na twarz, przysłaniając bliznę. – Mikuru-san wywaliła mnie, mówiąc coś o papierach. – znowu wzdycha.
Główne Biuro znajduje się kilka drzwi obok Sejmu. Wszyscy potocznie nazywają tak salę zebrań. Słyszę jakieś rozmowy. Musi trwać jakaś zażarta dyskusja. Przebiega po mnie dreszcz. Czyżby jednak paranoja Tsuneariego była słuszna?
- Nishio-san… Ktoś podobno został ranny… - zagajam, gdy już wychodzimy z pokoju. Wszędzie walają się kartoteki podpisane imionami. Najstarsze jak np. Omitsu czy Fumuyi pękają w szwach, rozwalone.
- A, faktycznie! – Hiroki w geście zastanowienia, gładzi się po swoim jasnym zaroście. Blizna, kilkudniowy zarost, dłuższe blond włosy. Wszystko to sprawia, że wygląda na 35 a nie 25 lat. – Seizo Suzuki.
Przemyka mi obraz sympatycznego 20-latka. Seizo ma kręcone, czarne włosy okalające całą rumianą twarz. Ma przeszywające, bursztynowe oczy. Są o kilka odcieni żywsze od piwnych oczu Meiji’ego. Czuję ukłucie poniżej żeber.
- Będzie z nim dobrze? – rzucam zduszonym głosem. Podczas mojego miesięcznego już pobytu tutaj nikt nie doszedł, nikt nie odszedł. Powoli dociera do mnie miejsce w którym się znajduję. Przez ludzi mnie otaczających zapominam o tym.
- Raczej tak, choć nieźle oberwał. – mruczy w odpowiedzi. Zauważa mój wzrok i przejeżdża ręką po włosach. – Ale spokojnie. Ryutaro jest świetny. Bywało gorzej. – Klepie mnie po ramieniu i idzie w swoją stronę. Patrzę się za nim jeszcze chwilę po czym kieruję wzrok na drzwi od Sejmu. Nadal słychać podniesione głosy. Wzruszam ramionami i podchodzę bliżej. I tak miałam się spytać gdzie podziewa się moja patronka.
Kiedy miałam już zapukać, rozpoznałam jeden z głosów.
- To nie zmienia faktu, że zdurniałeś!
Tsuneari.
- Tsu, słuchaj. To była kwestia czasu i doskonale zdawałeś sobie z tego sprawę… - odzywa się Fumiya, ale chłopak mu przerywa.
- Z czego niby? Wiesz po ilu latach mnie wypuściłeś na pierwszą misję!? – Tsuneari jest wyraźnie wściekły. Zawsze odnosił się z bardzo dużym szacunkiem do szefa, lecz teraz po poważaniu nie ma śladu.
- Młody, spokojnie – słyszę głos Mako. Czemu ona jest tu, a nie na sali treningowej? Jej głos jak zwykle jest wyprany z emocji.
- Właśnie Tsu… Trochę wiary… - mruczy zmęczonym głosem Omitsu.
- Wiary? Jesteśmy o krok od wojny z…! – zaczyna krzyczeć, ale Mikuru mu przerywa cicho. Nie rozpoznaję słów jakie wypowiada, być może zbyt zdruzgotana słowem ‘wojna’. Słyszę kroki i szybko odskakuję od drzwi. Po chwili otwierają się na oścież. Wychodzi chłopak i nim trzaśnie nimi, rzuca na mnie pobieżne spojrzenie. Zamach na drzwi traci impet i tylko nieznacznie się przymykają.
- Ichigo? – wymawia moje imię, wyraźnie zdziwiony moją obecnością.
- O co…? – zaczynam, ale we framudze pojawia się Omitsu.
- O, Ichigo. Dobrze, że jesteś. Chodź na moment. – macha w moją stronę ręką i odwraca się. Nim wchodzę do pokoju rzucam Tsuneariemu pytające spojrzenie. Odprowadza mnie jednak niepewnym wzrokiem z domieszką niepokoju.
***
Sięgam do szafki drżącą ręką. Zakładam jakąś koszulę w kratę i granatowe jeansy. Na nogach mam wygodne buty do biegania. Wiążę włosy w wysokiego kucyka, by nic mi nie przeszkadzało.
Podchodzę do łóżka i kucam. Sięgam ręką głęboko pod nie i czekam aż moje palce natrafią na jakiś materiał. Przełykam głośno ślinę, kiedy czuję twardą pochwę z mieczem. Podnoszę się i spoglądam na broń. Rzucam przelotne spojrzenie w lustro, prosto w swoje oczy, usiłując coś z nich wyczytać. Zaciskam tylko dłoń w pięść i przerzucam miecz przez ramię.
Wychodzę.
Przed budynkiem czeka na mnie Mako. Rzuca mi przelotne spojrzenie.
- Gotowa?
- Ani trochę. – odpowiadam od razu, zgodnie z prawdą. Mako wali mnie delikatnie w głowę, w jakiś dziwny sposób dodając mi otuchy.
- To dobrze. – stwierdza tylko. – Z nikim się nie żegnaj. – dorzuca jeszcze, a widząc moje pytające spojrzenie, wzdycha. – Taki mamy przesąd. Jeśli się pożegnasz przed misją, to tak jakbyś szła na misję samobójczą. Jakby to inaczej… Nieładnie odchodzić bez słów pożegnalnych, że to tak ujmę.
Krzywię się, choć tak naprawdę uważam to za śmieszne. No i może po troszku sentymentalne. Ale tylko troszku.
Ruszamy spokojnym truchtem w stronę stacji metra. Mamy niezły kawałek drogi, ale ruch pozwala mi o tym nie myśleć. Nigdzie mi się nie śpieszy.
Kiedy jedziemy metrem, wbijam wzrok w sufit. Rozmyślam o wszystkim. Sotomura z przekąsem oznajmił mi o misji. Odaka-san nie był zbyt zaskoczony, tak samo Uetake-san. Jedynie Omitsu wyglądała na zrezygnowaną.
Yo Ito. Haker, zwinął paru osobom majątek całego życia. Wszystkie, nie mogąc pogodzić się z utraceniem wszystkiego, odebrały sobie życie. W większości przypadków byli to młodzi studenci, ciężko pracujący na życie. Uniewinniony przez sąd. Zlecenie od kilku rodziców zmarłych. Kwota: 18000 jenów (ok. 5800zł)
Metro gwałtownie hamuje. Lekko spadam w bok i patrzę się orientacyjnie po otoczeniu. Nic. Po prostu przystanek.
- Mogłabym cię o coś spytać? – rzuca spokojnie Mako. Kiwam twierdząco głową. – Dlaczego tu wstąpiłaś? Podobno miałaś wybór…
Milczę. Opowiadałam pobieżnie Mako jak się tu znalazłam ale nigdy nie wspominałam o motywach. No właśnie. Dlaczego tu jestem? W ogóle dlaczego nie pomyślałam nad konsekwencjami mojego wyboru? Czy zgodziłam się pod wpływem zdezorientowania?
Nadal milczę, a Mako wzdycha. Chyba żałuje, że zadała mi to pytanie. Nie rozmawiamy aż do ostatniego przystanku. Łatwo znikamy wśród tłumu ludzi. Dochodzi już 9, więc miasto ożywa. Kiedy jednak widzę tabliczkę z nazwą dzielnicy, mam ochotę się cofnąć.
Shinjuku.
- Co się stało, Ichigo? – rzuca Mako przez ramię. Patrzę się na nią, nie rozumiejąc jej zdziwienia.
- Przecież to tutaj jest… - zaczynam lekko zduszonym głosem ale kobieta zwinnym ruchem przytyka palec do ust, nakazując milczenie. Od razu milknę, zdając sobie z tego sprawę. Shinjuku. Dzielnica Hariken.
- Doskonale wiem. Szybko, znikajmy stąd. Im szybciej go znajdziemy tym lepiej dla nas. Może nie będzie z tego dramy.
Wychodzimy z dworca i ruszamy przed siebie. Mako sprawdza coś w swoim telefonie. Rozmawiamy o najzwyklejszych rzeczach.
- Dobrze. No to chodźmy do tego sklepu! – rzuca do mnie ze śmiechem. Reaguję entuzjastycznie. Od razu wiem, że śmiejąca się Mako to znak tylko jednej rzeczy – śledzą nas. – Skręcamy w następną uliczkę. Potem od razu biegiem za mną. – Dodaje bardzo cicho. Ledwo rozumiem słowa, a ona nawet nie obróciła głowy w moim kierunku.
Robię wszystko dokładnie według instrukcji. Spokojnie skręcamy w lewo, a kiedy znikamy z pola widzenia, zrywamy się w nagłym sprincie. Mako biegnie przede mną i od razu skręca w prawo. Słyszę w oddali jakiś okrzyk.
- Cholera. – dociera do mnie przekleństwo Mako.
- To z Hariken? – sapię. Moja patronka kiwa tylko głową. – zawsze tak jest jak macie zlecenie na czyimś okręgu?
- Nie. – skręcamy gwałtownie w prawo. Ulica jest prawie nieoświetlona. Stoi tu może z dwóch facetów. Jestem ciekawa skąd ona tak dobrze zna tą okolicę. – Zazwyczaj się nie wpieprzamy do roboty innych, chyba że oni mają kogoś zabić, a my obronić.
- Więc dlaczego…
- Rozpoznali mnie. – dodaje tylko. Patrzę się na jej umięśnione plecy. Ma rozpuszczone, długie rude włosy. Nie dziwię się, że jest rozpoznawalna. Tylko ciekawe z jakiego powodu.
Mako sięga po telefon i w biegu wyszukuje czyjś numer. Mam wrażenie, że cały czas przyśpieszamy, ale na razie dotrzymuję jej tempa. Trenowanie koszykówki wyrobiło mi dobrą kondycję.
- Sotomura? Namierzyłeś go w końcu? – sapie do telefonu. Czyli to z nim tak pisała przez cały czas. – Pod koniec tej ulicy i za prawym rogiem. I charakterystycznie wygląda? Ok. Jakby co to mam towarzystwo. Tak.
Rozłącza się i pozwala mi dobiec do niej. Mówi, że odciągnie lub przystopuje nasz ogon, a ja pobiegnę załatwić gościa. Mam zamiar zaprotestować, ale kobieta tylko mnie zatrzymuje. Kładzie mi obie dłonie na ramionach i mówi:
- Dam radę. Ty dasz radę. Obie damy radę.
Po chwili rozlega się krzyk i metr od mojej głowy przelatuje sztylet. Widzę trzy postacie kilkadziesiąt metrów przed nami. Sami faceci. Mako napina mięśnie i trzyma z gracją swój jednoręczny miecz. Kieruje złowieszczy wzrok na przeciwników. Oni ruszają w naszym kierunku.
Czuję adrenalinę. Nie rozróżniam słów jakie kieruje do mnie Mako i chwytam miecz. Ruszam we wskazanym kierunku. Kiedy skręcam widzę niewysokiego chłopaka. Włosy ma pofarbowane na kasztanowy odcień, kolczyki w wardze i nosie pobłyskują. Jest może w wieku Anzai. Rzuca mi kpiące spojrzenie.
- Yo Ito? – rzucam. Mój głos drży, choć to już nie z adrenaliny, tylko ze strachu. Śmieje się w odpowiedzi. Choć budynki rzucają cień, a lampy się nie palą, wyraźnie widzę jego niebieskie oczy. Są pewne szyderczości. I zero skruchy. Serce wali mi jak oszalałe.
- Słucham, szmato. Czego? – wypluwa z siebie słowa. Adrenalina znowu uderza mi do głowy, tym razem z większą siłą. Strach powoli znika. To tylko zwykły śmieć. Ogarnia mnie do niego odraza. Sięgam ręką za głowę, jakbym robiła to zawsze. Patrzy się na mnie jak na idiotkę, ale kiedy stal błyska w ciemności, dostrzegam zdziwienie na jego twarzy. Tnę wprawnie powietrze mieczem i rzucam mu najgroźniejsze spojrzenie na jakie mnie teraz stać. Nie wychodzi mi to, ale facet krzyczy coś i zaczyna uciekać. Nim o czymkolwiek pomyślę, ruszam w jego stronę.
Nie wiem co mam zrobić. Dobiegam do niego nieubłaganie szybko. Będąc wystarczająco blisko, zauważam, że potyka się. Wyprzedzam go lekko i bezceremonialnie podstawiam mu haka. Pada jak długi i nim spróbuje się podnieść, przewracam go na plecy. Przydeptuję go.
I co teraz? Adrenalina powoli mnie opuszcza.
Chłopak spluwa i zaczyna się histerycznie śmiać. W jakiś sposób jego panika mnie uspokaja.
- I kto cię nasłał, co? Rodzice tych skurwysynów? Szkoda, że oni też nie popełnili samobójstwa! Hahahahah! – śmieje się, ale ja go tylko obserwuję. W jego głosie, choć nie zachwianym, słychać strach. – No co się gapisz szmato!? Wszyscy jesteście tacy sami! I co myślisz, suko!? Że wyznaczasz sprawiedliwość!? Zdzira! Dziw… - przerywa monolog. Patrzy się na mnie pusto, a z ust cieknie mu strużka krwi. Miecz ma wbity prosto w serce.
Kręcę kółka mieczem, choć mężczyzna już jest martwy. Adrenalina powoli mnie opuszcza. Wyciągam zamaszyście broń i odwracam się. O niczym nie myślę. Ruszam spokojnie przed siebie. Miecz mam opuszczony i sunę nim ze zgrzytem po ziemi. Po kilku krokach osuwam się na ziemię i chowam twarz w dłoniach.
Zrobiłam to.
Zabiłam człowieka z premedytacją. Bez żadnego motywu.
Zrobiłam to.
***
Mężczyzna spokojnie krążył po dachu obserwując raz Yo, a raz walczącą rudowłosą. Nikt nie był wstanie wyczytać z jego twarzy co myśli. Był ubrany w skórę i wyglądał jak typowy motocyklista. Za nim stało około 5 mężczyzn i jedna kobieta.
Rzucił okiem na walczących podwładnych. Nikt jeszcze nie zginął, choć mężczyźni radzili sobie coraz gorzej. Nawet z przewagą liczebną, ruda wyraźnie prowadziła.
- Takeda-sama… - odezwał się jeden z nich. – Straciliśmy właśnie klienta… Czy teraz ruszamy na dziewczynę?
- Nie… - mężczyzna uśmiecha się szyderczo. – Odwołaj tamtych. Wracamy do szefa. – widząc pytające spojrzenia grupy, śmieje się. – Coś czuję, że robi się coraz ciekawiej. 11-letnia chwała Kaminari jest już policzona. Bez Araty na czele nie mają szans.
Grupa najpierw prycha niepewnie, po czym zaczyna się śmiać złowieszczo, nie mogąc doczekać się nadchodzącej bitwy.
- Wybacz, bracie, ale twoje Kaminari jest skończone. – rzuca jeszcze cicho w stronę zdezorientowanej rudowłosej. Kobieta rozgląda się po otoczeniu, nie rozumiejąc dlaczego młodzi zrezygnowali. Kieruje swój wzrok wyżej, ale Takedy Serizawy już tam nie ma.
***
Mężczyzna spokojnie krążył po dachu obserwując raz Yo, a raz walczącą rudowłosą. Nikt nie był wstanie wyczytać z jego twarzy co myśli. Był ubrany w skórę i wyglądał jak typowy motocyklista. Za nim stało około 5 mężczyzn i jedna kobieta.
Rzucił okiem na walczących podwładnych. Nikt jeszcze nie zginął, choć mężczyźni radzili sobie coraz gorzej. Nawet z przewagą liczebną, ruda wyraźnie prowadziła.
- Takeda-sama… - odezwał się jeden z nich. – Straciliśmy właśnie klienta… Czy teraz ruszamy na dziewczynę?
- Nie… - mężczyzna uśmiecha się szyderczo. – Odwołaj tamtych. Wracamy do szefa. – widząc pytające spojrzenia grupy, śmieje się. – Coś czuję, że robi się coraz ciekawiej. 11-letnia chwała Kaminari jest już policzona. Bez Araty na czele nie mają szans.
Grupa najpierw prycha niepewnie, po czym zaczyna się śmiać złowieszczo, nie mogąc doczekać się nadchodzącej bitwy.
- Wybacz, bracie, ale twoje Kaminari jest skończone. – rzuca jeszcze cicho w stronę zdezorientowanej rudowłosej. Kobieta rozgląda się po otoczeniu, nie rozumiejąc dlaczego młodzi zrezygnowali. Kieruje swój wzrok wyżej, ale Takedy Serizawy już tam nie ma.
________________________________________________________________________________
W końcu jest kolejny rozdział. Wybaczcie, ale musiałam zebrać się by dobrze opisać scenę ataku na Yo. No i musiałam go wymyślić. Na czym polega konflikt z potężnym Harikenem. Jakie związki posiada Mako. I kim tak naprawdę jest brat Araty? Kim był sam Arata?
Do zobaczenia <3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz