11 lipca 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 15 ~ Narada Bojowa

Rozdział 15

   
Za oknem powoli zapada zmrok. Na ulicach Toshimy powoli zapalają się latarnie, dając niewielką poświatę na opustoszałe ulice. Mijający listopadowy dzień odznaczał się wyjątkową aurą niepokoju.
W starej, zniszczonej sali gimnastycznej  gromadzi się coraz więcej ludzi. Budynek należący niegdyś do szkoły, przywłaszczony został przez Kaminari. Powybijane okna, zabite deskami, bluszcz rosnący na całej wschodniej ścianie budynku i ledwo działające oświetlenie, gasnące i zapalające się co jakiś czas. Przez kilka lat nie ingerowano w wygląd zewnętrzy budynku, by nikt nie zdał sobie sprawy tętniącego w nim życia. W środku jedynie dobudowano podwyższenie dla mówiących.
Meiji, Koichi i Jun zajęli miejsca w drugim rzędzie blisko mównicy.
- Meiji-kun, wiesz coś? – zapytał Jun.
- Nie – odparł czarnowłosy, rozglądając się po przybyłych. Większość zajmowała niepewnie miejsca, szepcząc między sobą. – I z tego co widzę reszta też za bardzo nie wie o co chodzi.
- Co się takiego stało, kiedy byliśmy w tej cholernej Setagayi? – mruknął pod nosem Koichi. – Dlaczego zawsze nas omija najlepsze?
- Nie zrzędź jak stara baba – upomniał go Meiji. Przyjaciel na niego prychnął. Czarnowłosy posłał mu groźne spojrzenie, a Koichi wystawił mu język. Jun tylko westchnął.
- Widzę, że u was jak zwykle panuje szacunek i zgoda, co? – usłyszeli za plecami kobiecy głos.
- Mako! – wszyscy trzej obrócili się do przyjaciółki.
- Was też miło widzieć, chłopaki – rzuciła.
- Wiesz może… - zaczął Koichi, ale dziewczyna pokręciła głową.
- Nic. Jak zresztą każdy.
Rozejrzeli się. Praktycznie wszyscy członkowie organizacji zebrali się w sali narad. Zobaczył nawet Tokajiego, stojącego przy samym wyjściu jak i ludzi z dalszych misji.
- Mako-chan, czy ty nie badałaś czegoś w innym mieście?
- No badałam, ale powiedzieli, że powinnam dać sobie spokój i jak najszybciej przyjechać.
- Dziwne…
- Meiji-kun, nie sądzisz, że to raczej ze względu na Ichigo-chan? – powiedział Jun. Czarnowłosy popatrzył się na młodszego kolegę z nadzieją w oczach, ale odwrócił wzrok.
- Jakoś nie chce mi się w to wierzyć. – westchnął, a włosy opadły mu na oczy. – Tak samo jak w to, że Kotaro po 5 dniach nagle skończył misję, tak jak Taki czy bliźniaczki…
- Bliźniaczki!? – wykrzyknęli Jun i Koichi, robiąc automatycznie maślane oczy. Meiji przejechał dłonią po twarzy.
- Co za debile… - mruknął. Spojrzał na dwójkę przyjaciół, rozmawiających zapalczywie o swoich skrytych miłościach. Dziewczyny wyjechały na misję jakieś 3 tygodnie temu, więc nie dziwił się tą szczenięcą radością. Nie dziwił się, ale irytował. Jun i Koichi jak zwykle w normalnych chwilach go zignorowali. Jedynie Mako przyglądała mu się uważnie, z tą samą bezemocjonalną mimiką twarzy co zwykle. Tylko jej szarozielone oczy wyrażały napięcie.
- Mam złe przeczucia… - powiedział cicho. Chłopcy umilkli i popatrzeli po sobie, poważniejąc. Dziewczyna odwróciła wzrok, przygryzając dolną wargę. – Bardzo złe przeczucia.
***
Omitsu spoglądała przez okno, wyczekując powrotu dowódcy. Robiło się coraz później, a od kilku godzin nie było od niego znaku życia. Zgrzytnęła zębami, sięgając po, do połowy pustą, butelkę wina.
- Co za idiota… - mruknęła i pociągnęła znaczy łyk z gwinta. Po chwili poczuła, że ktoś odrywa od niej butelkę i zachłystnęła się alkoholem.
- Omitsu! – usłyszała ganiący głos Mikuru. – Weź się w garść w końcu! Trzeba przeprowadzić naradę bojową!
- Ale Fumiya… - zaczęła, jednak po wściekłym spojrzeniem strategiczki uległa. Pokręciła głową i odeszła od okna. Wyprostowała się dumnie, ubierając ponownie maskę pewności siebie.
- Dobra – kobieta strzeliła palcami, poważniejąc. – Mikuru. Strategia?
- Wstępnie opracowana, nakreślę ją bardziej jak dostanę resztę informacji od Fumiyi.
- Jeśli dostaniesz. – poprawiła ją Omitsu. Strategiczka posłała jej troskliwe spojrzenie. Przez chwilę pozwoliła być sobie przyjaciółką.
- Omitsu… - zaczęła delikatnie, chwytając starszą koleżankę za ramię. Ona jednak strąciła szorstko jej dłoń, nie poświęcając jej nawet spojrzenia.
- Nie teraz – powiedziała trochę ostrzej niż zamierzała. – Co z ludźmi?
- Ci w odległości  do 100km wrócili, reszta jest w drodze. Oprócz Tsuneariego. – Mikuru przybrała ponownie formalny ton. – W szpitalu leżą 4 osoby, ci z drobniejszymi ranami też przyszli.
- Świetnie. – rzuciła hardo Omitsu. – A Hiroki i Daiki?
- Są już na sali.
Szły teraz między budynkami należącymi do Kaminari. Stary kompleks szkolno-mieszkalny stanowił idealną siedzibę. Opuszczona, nawet zdatna do użytkowania sala gimnastyczna, potężny budynek szkolny, nieduży biurowiec oraz internat. A to wszystko zaniedbane i pozostawione naturze. Pozostawione piorunom.
- Omitsu… - podjęła jeszcze raz strategiczka, równając swój krok z przyjaciółką. 
- Wróci – rzuciła cicho kobieta. Mikuru spojrzała na nią ciepło. – Na pewno wróci. To nie Arata.
Strategiczka zacisnęła rękę na ramieniu Omitsu, by dodać jej trochę otuchy. Ku jej zdziwieniu, ciemnooka podziękowała za ten gest ściskając mocno jej dłoń. Mikuru wyczuła drżenie.
No tak. 3 lata temu było tak samo. Arata poszedł do Jishin. I nie wrócił.
- Omistu… - zaczęła jeszcze raz, za bardzo nie wiedząc co powiedzieć, by uspokoić przyjaciółkę. Jej głos był cichy, lecz pośród panującej ciszy brzmiał wrogo i głośno.
- Nic nie mów, Mikuru – powiedziała Omitsu, drżącym głosem. Kiedy zauważyła pytający wzrok, odwróciła głowę. – Nic nie mów, bo zacznę płakać. – dodała cichym, drżącym głosem. Poczuła w kąciku oka lśniącą łzę. Zacisnęła zęby, nakazując sobie spokój.
Mikuru została trochę z tyłu, z opuszczoną głową. Po chwili podniosła wzrok na postać cały czas kroczącą do przodu. Szefowa zdążyła się dumnie podnieść głowę i wyprostować plecy. Plecy, na których ciąży wielka odpowiedzialność za przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, dodała w myślach. Zacisnęła dłoń w pięść i ruszyła energicznie w stronę Omitsu. Zarzuciła jej rękę na ramię przytulając raźno.
- Będzie dobrze, pani dowódco!
- Musi być – odpowiedział jej pewny siebie uśmiech i głęboko ukryty w ciemnobrązowych, prawie czarnych oczach, lęk.
***
Kiedy dwie kobiety weszły na salę, rozmowy ucichły. Stojący pod samymi drzwiami lekarz i Tokaji. Szefowa rzuca im przelotne spojrzenie. Czarnowłosy całkowicie je ignoruje, wzruszając jedynie ramionami, a Ryutaro kiwa głową, jakby dodając jej otuchy. Omitsu uśmiecha się pod nosem.
- Stoją na szarym końcu by nie być wypytywanym, co? – mruczy pod nosem. Po chwili głośno wzdycha, ruszając żwawo na przód.
Jej kroki niosą się echem po sali, w której zapanowała absolutna cisza. Kobieta jednak idzie szybko, uśmiechając się zadziornie i kiwając głową bliższym znajomym. Za nią podąża strategiczka, z dużo większą powagą na twarzy.
Na prowizorycznej mównicy stoją już Hiroki i Daiki. Omitsu macha do nich przyjaźnie jak gdyby nigdy nic. Hiroki mruży na ten gest oczy.
- Wolniej się nie dało? – syknął gdy przechodziły, wyraźnie zły. Nim Mikuru zdążyła coś odpowiedzieć, Omitsu wystawiła język.
- Odaka-san, zaczynaj. Muszę zaplanować przemowę.
- No dobra… - westchnął mężczyzna.
Przejechał ręką po swojej siwiźnie, i wystąpił naprzód. W miarę wysoki, jak na Japończyka, barczysty mężczyzna, ubrany jak zwykle w czarne spodnie, białą koszulę i kamizelkę, sprawił, że wszystkie pozostałe szepty ucichły. Całe obecne Kaminari utkwiło pytające, niepewne spojrzenie w głównym doradcy.
- A zatem… Proszę o chwilę spokoju i ciszy, panie i panowie. – powiedział na sam początek, co nie było z resztą potrzebne. – Dobry wieczór wszystkim. Rozpoczynamy więc spotkanie.
Meiji usadowił się wygodniej na krześle. Założył ręce za kark, uśmiechając się. W jego piwnych oczach zabłysnął ognik. Koichi posłał mu zdziwione spojrzenie.
- Meiji, przerażasz mnie – powiedział cicho.
- Zaraz się zacznie – mruknął czarnowłosy.
- Co się zacznie? – zapytał szeptem Jun.
- Jak znam Omitsu czy Fumiyę, a znam dobrze, to przywalą nam problemem prosto w twarz jak cegłą. Jestem tylko w cholerę ciekawy o co będzie chodziło.
- I czemu nie ma Fumiyi – dodał brązowowłosy. Meiji rozszerzył oczy ze zdziwienia i odruchowo popatrzył na mównicę, szukając dowódcy. Nie ma go. Meiji poukładał sobie wszystko w głowie i zbladł.
- Szlag. – mruknął tylko, odcinając się od towarzyszy. Poszukał wzrokiem spojrzenia szefowej. Ciemnobrązowe, wręcz czarne oczy odpowiadają hardo na jego spojrzenie, a ledwo widoczne, nieznaczne skinięcie głową tylko utwierdza go w jego przekonaniu. Wzdycha ciężko i podpiera głowę na ręce.
Daiki tymczasem dalej ciągnie przemowę.
- Zapewne wszyscy jesteście zdziwieni nagłością zwołania tego zgromadzenia. Jak i powodem, którego jakoś nikt nie zna. Widzę też spojrzenia szukające naszego szefa. Spokojnie, wytłumaczymy wam wszystko powoli, więc…
- Co spokojnie? – Omitsu przerywa starszemu mężczyźnie, kładąc mu rękę na ramieniu. – Co powoli? – na jej twarzy błąka się uśmiech. Uśmiech, od którego przechodzą ciarki na plecach.
Tokaji, zobaczywszy ten wyraz twarzy, westchnął głęboko.
- O Boże – mruknął i od razu skierował się w stronę drzwi. Ryutaro momentalnie chwycił go za ramię.
- Gdzie ty idziesz? – warknął na niego. Czarnowłosy, obrócił głowę, posyłając lekarzowi zdziwione spojrzenie.
- Jak najdalej stąd. Omitsu za chwilę rozpęta Armagedon. – na te słowa Ryu puścił Tokajiego, kręcąc tylko głową. Spojrzał w stronę podestu. Owszem, zabójca miał rację. Omitsu stanęła w bojowej pozie – na szeroko rozwartych nogach, z rękoma na biodrach i z ognikami w oczach.
Cała sala jakby zamarła w oczekiwaniu na odpowiedź. Meiji podparł głowę drugą ręką. Chłopaki na tyłach oparli się ciężko o ścianę. Mikuru zmarszczyła brwi, a Hiroki westchnął głęboko.
- Mamy wojnę.
Armagedon to dobrze określenie do tego co się stało na sali. W pierwszym momencie zapanowała absolutna cisza, ludzie przyswajali wiadomość. Dopiero po chwili, całe Kaminari, jakby byli jedną osobą wydali  z siebie zdławiony okrzyk. Część osób zerwało się z miejsc, inni tylko zbledli.
- Że co, kurna!? – wykrzyczał Kotaro, po chwili osłupienia.
- Nie pieprzcie głupot! – rzuciły dość głośno bliźniaczki.
Po kilku minutach oburzenia, Hiroki również wystąpił na przód, kiwając przy tym głową w stronę Mikuru. Omitsu obserwowała tłum, czekając aż się uspokoją. Na jej ustach nadal błąkał się uśmieszek.
- Wiedziałem, że zachowasz się jak zwykle. – mruknął jasnowłosy. Rzucił przelotne spojrzenie na tłum i odchrząknął. Nabrał powietrza i krzyknął w stronę tłumu: - CISZA!
Jego donośny bas przeszył tłum, a spokój zapadł na kilka sekund. Blondyn nie czekał na ponowną burzę i zaczął ponownie, lecz trochę ciszej.
- Ogarnijcie się w końcu, debile! Zająć miejsca i siedzieć cicho, słuchając wyjaśnień! Dotarło!?
Kaminari dość niepewnie powróciło na miejsca. Omitsu klepnęła Hirokiego mocno w plecy.
- Dobra robota, młody! – zaśmiała się i zaklaskała. Jak to było w zwyczaju reszta sali również zaklaskała, w podzięce za donośny głos Hirokiego. (przyp. aut. – pozdrawiam wszystkich kolegów z Gimnazjum Salezjańskiego w P-ślu :D)
Omitsu wystąpiła trochę przed szereg, odchrząkając. Przeleciała swoimi ciemnobrązowymi oczami po ludziach, biorąc jeszcze jeden głęboki wdech przed przemową.
- Wiem, że słowo ‘wojna’ nie budzi pozytywnych uczuć. – zaczęła z zaciętym wyrazem twarzy. – Fumiya dzisiaj rano podjął decyzję wypowiedzenia wojny z Jishin. – przez salę przebiegły szemrania. Hiroki wystąpił do przodu, lecz kobieta podniosła rękę na tłum, uciszając ich.
– Jakkolwiek to nie brzmi, wojna była nieunikniona. Jishin, pomimo swojej przewagi liczebnej, wstępował na nasz teren, zabierając zlecenia, specjalnie atakując grupami naszych pojedynczych ludzi. To była tylko kwestia czasu.– Omistu zmrużyła oczy, w których pojawiło się trochę troski. Złagodniała i zmieniła ton głosu. – Wojna nie jest dobrą rzeczą, a w naszym zawodzie niestety będzie krwawa, pełna ofiar. Ci, którzy są  tu od samego początku, pamiętają bitwę z Akumu. Wsławiła nas ona w sile, potędze. Choć w historii zostaliśmy zapisani jako bezlitośni zwycięzcy, tak naprawdę przegraliśmy. Straciliśmy zbyt dużo ludzi by nazywać to wygraną. – w jej oczach pojawił się cień przeszłości.
– Z kolei wojna sprzed 3 lat była inna. Nie należała do najkrwawszych czy najdłuższych. Polegała bardziej na strategii niż walce, dzięki czemu zdobyliśmy przewagę, która nas uratowała. Jednak dużo osób zginęło. Straciliśmy naszego najlepszego przywódcę, którego większość poznała. Arata Serizawa był jednocześnie silny jak i inteligentny. Dla wielu nie był tylko szefem, dowódcą. Zachowywał się jak starszy brat, kuzyn, czy po prostu… - poczuła, że za chwilę załamie jej się głos, więc przerwała na moment. – Po prostu przyjaciel. Poświęcił się dla nas, więc tym samym nie możemy odpuścić Jishinowi. – Omitsu wzięła głęboki wdech  i spojrzała na organizację. Patrzyli się na nią rozumiejącymi oczami, czekając posłusznie na koniec przemówienia. Kobieta spojrzała przed siebie, szukając orzechowych oczu. Lekarz kiwnął głową. Uśmiechnęła się pod nosem, gdy się kłaniała.
– Chciałabym was przeprosić za narażanie na tak wielkie niebezpieczeństwo, po części z egoizmu, by pomścić starego dowódcę, jak i również zapewnić, że my… - wyprostowała się, przybierając poważny, hardy wyraz twarzy. Dostąpili do niej Hiroki, Mikuru i Daiki, z równą powagą na twarzach. – Jako dowództwo, dołożymy wszelkich starań i poświęcenia ostatniej kropli krwi, by zakończyć ten konflikt zwycięsko z ograniczeniem strat do najmniejszego minimum. – Cała czwórka pokłoniła się.
Przez tłum przeszedł szmer. Zarząd obserwował wszystko spokojnie. Meiji podniósł wzrok. W jego piwnych oczach kryło się zdziwienie. Nie spodziewał się takiej przemowy po Omitsu. Uśmiechnął się pod nosem. Szturchnął obu przyjaciół w ramię. I Koichi, i Jun mieli zacięty wzrok. Uśmiechnęli się chytrze, czując, że myślą o tym samym. Kiwnęli głową w tym samym momencie i wstali.
Kaminari na chwilę zamilkło, zdziwione reakcją Świętej Trójcy. Kiedy mężczyźni stanęli na baczność, salutując według tradycji lewą ręką, szefowa rozszerzyła oczy ze zdziwienia. Daiki z kolei prychnął.
- Ja, Meiji Maeda, przysięgam swoją dozgonną wierność Kaminari.
- Ja, Koichi Kanesaka, przysięgam swoją dozgonną wierność Kaminari.
- Ja, Jun Endo, przysięgam swoją dozgonną wierność Kaminari.
Wypowiedzieli to donośnymi, dumnymi głosami, patrząc się pewnie przed siebie. Na ich ustach błądził uśmiech. Po skończonej przysiędze zakończyli salutowanie i prawą ręką zwiniętą w pięść uderzyli 2 razy w serce.
Nie robiliśmy tego od 3 lat, pomyślał Meiji. Mam nadzieję, że ten impuls im wystarczy.
Wystarczył. Kilka sekund po nich, wstała rudowłosa.
- Ja, Mako Anzai, potwierdzam swoją dozgonną lojalność Kaminari. – wypowiedziała to cicho lecz pewnie, patrząc się wyzywająco w oczy Hirokiemu.
- Ja, Ayako Kasahara, przysięgam swoją dozgonną wierność Kaminari. – dziewczyna zaprzysięgła od razu po patronce Ichigo. W jej głosie słychać było jednocześnie smutek i zimną wściekłość. Po chwili wahania dołączył również jej przyjaciel.
- Ja, Taki Hideyoshi, również przysięgam!
- My, Miyoko i Miyako Shirayuki, obiecujemy walczyć za Kaminari! – wykrzyknęły bliźniaczki.
- Ja, Kotaro Honda, przysięgam wierność!!!
- Ja, Suzuki Seizo, przysięgam swoją dozgonną wierność Kaminari! – wykrzyczał zaciekle czarnowłosy, podpierając się o jedną z kul.
Chłopaki na tyłach spojrzeli po sobie. Coraz więcej osób deklarowało wierność, a oni jeszcze nie. Ryutaro przekrzywił pytająco głowę. Tokaji posłał mu znudzone spojrzenie i wzruszył ramionami, nadal opierając się o ścianę. Lekarz wystąpił krok na przód, salutując lewą ręką.
- Ja, Ryutaro Ishimura, przysięgam swoją dozgonną wierność Kaminari! – wykrzyczał by dowództwo słyszało go z końca sali. Mógłby przysiąc, że Omitsu posłała mu uśmiech.
Ku jego zdziwieniu, Tokaji oderwał się od ściany. Nie wyprostował się, a jego salut był jakby od niechcenia.
- Ja, Tokaji Kosai, deklaruję swoją wierność Kaminari – powiedział luźno. Część osób obróciła się by posłać mu zdziwione spojrzenie. Jego przysięga zdziała więcej, bo wszyscy wokół również wstali.
Powoli każdy wstawał i składał przysięgę. Omitsu obserwowała to jak skamieniała nie mogąc uwierzyć własnym oczom i uszom. Kiedy wszyscy byli już na nogach, przyłożyli otwartą dłoń do serca.
- Przysięgamy walczyć z Kaminari, o Kaminari, dla Kaminari! – donośna obietnica wszystkich obecnych poniosła się echem po okolicy. Szefowa dogłębnie wzruszona, była zbyt zdumiona by cokolwiek zrobić, więc naprzód wystąpił Daiki i wyrzucił pięść w górę, z okrzykiem wojennym. Odpowiedział mu mocny krzyk i las pięści kilkudziesięciu ludzi.
Omitsu spojrzała na Meijiego. Czarnowłosy po skończonym okrzyku również na nią spojrzał. Wypowiedziała bezdźwięcznie jedno słowo. ‘’Dziękuję’’. Meiji zasalutował krótko. Kobieta uśmiechnęła się i wystąpiła na przód.  
- Dobrze, dobrze! – zakrzyknęła na początek, uspokajając trochę tłum. – To jest właśnie nasza przewaga! Mimo, że ich jest około setki, my mamy coś ważniejszego. – uśmiechnęła się czule. – Zachowujemy się jak rodzina. I choć strata rodziny po części zabija nas od środka, daje nam również siłę dużo większą do ochrony innych i zemsty, niż przedmiotowe traktowanie Jishinu! Tu na sali, jest nas 39. Z ranną 4 i 7 na misjach jest nas 50. Musimy uwierzyć w naszą 11-letnią potęgę! – Omitsu wyprostowała się dumnie, kładąc ręce na biodrach. – W wojnie wystarczy nam tylko nadzieja, wiara i chęć do walki! – zasalutowała energicznie na zakończenie. Odpowiedziały jej okrzyki bojowe i oklaski.
Na jej ramieniu ktoś położył rękę. Mikuru odsunęła od mównicy szefową, odchrząkując. Otworzyła obszerny zeszyt gdzieś w połowie i podniosła dłoń starając się uspokoić rozentuzjazmowany tłum.
- Rozumiem waszą chęć bojową, lecz jak to Adachi-san wspomniała ostatnia wojna z Jishinem polegała głównie na taktyce. Prosiłabym więc o chwilę ciszy i skupienia. – Mikuru omiotła uspokajający się tłum surowym spojrzeniem. Po kilkunastu sekundach kiwnęła z zadowoleniem głową. – Nie mamy dokładnych informacji, ponieważ Sotomura jeszcze nie wrócił. Jednak na chwilę obecną przyjmujemy spokojną taktykę. Pod każdym pozorem macie zakaz wstępowania na okręg Shibuyi. Unikajcie zleceń poza Tokio. Nikt nie dostanie pozwolenia na opuszczenie bazy w grupie mniejszej niż 4 osoby, nieważne od siły czy umiejętności. I za wszelką cenę macie unikać otwartych konfliktów. – na jęki, strategiczka uśmiechnęła się okrutnie. - Oczywiście aż nie przejdziemy do akcji. – kobieta odchrząknęła i spoważniała. - Pragnę jeszcze tylko dodać, by nikt nie myślał, że to będzie wojna jak w filmach. Zrozumiano?
- Tak jest! – po sali przebieg szmer zgody. Mikuru ustąpiła miejsca Hirokiemu.
- Dobra, ludziska, skończyliśmy! – blondyn wystrzyknął palce. – Baczność! – wszyscy zerwali się z miejsc, salutując. – Odejść!
Kaminari przed odejściem kiwnęło jeszcze głową w stronę dowództwa i zaczęło dość głośno kierować się ku wyjściu.
Omitsu stała pomiędzy przyjaciółmi. Spojrzała po ich zaciętych twarzach.
- Znowu się zaczęło… - stwierdziła dość ponuro. Jej głos niknął w huku jaki powodowały dyskusje członków.

- Nie, Omitsu… - rzucił Hiroki. – Dopiero się zacznie.    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz