Rozdział 15
Za oknem powoli
zapada zmrok. Na ulicach Toshimy powoli zapalają się latarnie, dając niewielką
poświatę na opustoszałe ulice. Mijający listopadowy dzień odznaczał się
wyjątkową aurą niepokoju.
W starej,
zniszczonej sali gimnastycznej gromadzi
się coraz więcej ludzi. Budynek należący niegdyś do szkoły, przywłaszczony
został przez Kaminari. Powybijane okna, zabite deskami, bluszcz rosnący na
całej wschodniej ścianie budynku i ledwo działające oświetlenie, gasnące i
zapalające się co jakiś czas. Przez kilka lat nie ingerowano w wygląd zewnętrzy
budynku, by nikt nie zdał sobie sprawy tętniącego w nim życia. W środku jedynie
dobudowano podwyższenie dla mówiących.
Meiji, Koichi i Jun
zajęli miejsca w drugim rzędzie blisko mównicy.
- Meiji-kun, wiesz
coś? – zapytał Jun.
- Nie – odparł
czarnowłosy, rozglądając się po przybyłych. Większość zajmowała niepewnie
miejsca, szepcząc między sobą. – I z tego co widzę reszta też za bardzo nie wie
o co chodzi.
- Co się takiego
stało, kiedy byliśmy w tej cholernej Setagayi? – mruknął pod nosem Koichi. –
Dlaczego zawsze nas omija najlepsze?
- Nie zrzędź jak
stara baba – upomniał go Meiji. Przyjaciel na niego prychnął. Czarnowłosy
posłał mu groźne spojrzenie, a Koichi wystawił mu język. Jun tylko westchnął.
- Widzę, że u was
jak zwykle panuje szacunek i zgoda, co? – usłyszeli za plecami kobiecy głos.
- Mako! – wszyscy
trzej obrócili się do przyjaciółki.
- Was też miło
widzieć, chłopaki – rzuciła.
- Wiesz może… -
zaczął Koichi, ale dziewczyna pokręciła głową.
- Nic. Jak zresztą
każdy.
Rozejrzeli się.
Praktycznie wszyscy członkowie organizacji zebrali się w sali narad. Zobaczył
nawet Tokajiego, stojącego przy samym wyjściu jak i ludzi z dalszych misji.
- Mako-chan, czy ty
nie badałaś czegoś w innym mieście?
- No badałam, ale
powiedzieli, że powinnam dać sobie spokój i jak najszybciej przyjechać.
- Dziwne…
- Meiji-kun, nie
sądzisz, że to raczej ze względu na Ichigo-chan? – powiedział Jun. Czarnowłosy
popatrzył się na młodszego kolegę z nadzieją w oczach, ale odwrócił wzrok.
- Jakoś nie chce mi
się w to wierzyć. – westchnął, a włosy opadły mu na oczy. – Tak samo jak w to,
że Kotaro po 5 dniach nagle skończył misję, tak jak Taki czy bliźniaczki…
- Bliźniaczki!? – wykrzyknęli
Jun i Koichi, robiąc automatycznie maślane oczy. Meiji przejechał dłonią po
twarzy.
- Co za debile… -
mruknął. Spojrzał na dwójkę przyjaciół, rozmawiających zapalczywie o swoich
skrytych miłościach. Dziewczyny wyjechały na misję jakieś 3 tygodnie temu, więc
nie dziwił się tą szczenięcą radością. Nie dziwił się, ale irytował. Jun i
Koichi jak zwykle w normalnych chwilach go zignorowali. Jedynie Mako
przyglądała mu się uważnie, z tą samą bezemocjonalną mimiką twarzy co zwykle.
Tylko jej szarozielone oczy wyrażały napięcie.
- Mam złe
przeczucia… - powiedział cicho. Chłopcy umilkli i popatrzeli po sobie,
poważniejąc. Dziewczyna odwróciła wzrok, przygryzając dolną wargę. – Bardzo złe
przeczucia.
***
Omitsu spoglądała
przez okno, wyczekując powrotu dowódcy. Robiło się coraz później, a od kilku
godzin nie było od niego znaku życia. Zgrzytnęła zębami, sięgając po, do połowy
pustą, butelkę wina.
- Co za idiota… -
mruknęła i pociągnęła znaczy łyk z gwinta. Po chwili poczuła, że ktoś odrywa od
niej butelkę i zachłystnęła się alkoholem.
- Omitsu! –
usłyszała ganiący głos Mikuru. – Weź się w garść w końcu! Trzeba przeprowadzić naradę
bojową!
- Ale Fumiya… -
zaczęła, jednak po wściekłym spojrzeniem strategiczki uległa. Pokręciła głową i
odeszła od okna. Wyprostowała się dumnie, ubierając ponownie maskę pewności
siebie.
- Dobra – kobieta
strzeliła palcami, poważniejąc. – Mikuru. Strategia?
- Wstępnie
opracowana, nakreślę ją bardziej jak dostanę resztę informacji od Fumiyi.
- Jeśli dostaniesz.
– poprawiła ją Omitsu. Strategiczka posłała jej troskliwe spojrzenie. Przez
chwilę pozwoliła być sobie przyjaciółką.
- Omitsu… - zaczęła
delikatnie, chwytając starszą koleżankę za ramię. Ona jednak strąciła szorstko
jej dłoń, nie poświęcając jej nawet spojrzenia.
- Nie teraz –
powiedziała trochę ostrzej niż zamierzała. – Co z ludźmi?
- Ci w
odległości do 100km wrócili, reszta jest
w drodze. Oprócz Tsuneariego. – Mikuru przybrała ponownie formalny ton. – W
szpitalu leżą 4 osoby, ci z drobniejszymi ranami też przyszli.
- Świetnie. –
rzuciła hardo Omitsu. – A Hiroki i Daiki?
- Są już na sali.
Szły teraz między
budynkami należącymi do Kaminari. Stary kompleks szkolno-mieszkalny stanowił
idealną siedzibę. Opuszczona, nawet zdatna do użytkowania sala gimnastyczna,
potężny budynek szkolny, nieduży biurowiec oraz internat. A to wszystko
zaniedbane i pozostawione naturze. Pozostawione piorunom.
- Omitsu… - podjęła
jeszcze raz strategiczka, równając swój krok z przyjaciółką.
- Wróci – rzuciła
cicho kobieta. Mikuru spojrzała na nią ciepło. – Na pewno wróci. To nie Arata.
Strategiczka
zacisnęła rękę na ramieniu Omitsu, by dodać jej trochę otuchy. Ku jej
zdziwieniu, ciemnooka podziękowała za ten gest ściskając mocno jej dłoń. Mikuru
wyczuła drżenie.
No tak. 3 lata temu
było tak samo. Arata poszedł do Jishin. I nie wrócił.
- Omistu… - zaczęła
jeszcze raz, za bardzo nie wiedząc co powiedzieć, by uspokoić przyjaciółkę. Jej
głos był cichy, lecz pośród panującej ciszy brzmiał wrogo i głośno.
- Nic nie mów,
Mikuru – powiedziała Omitsu, drżącym głosem. Kiedy zauważyła pytający wzrok,
odwróciła głowę. – Nic nie mów, bo zacznę płakać. – dodała cichym, drżącym
głosem. Poczuła w kąciku oka lśniącą łzę. Zacisnęła zęby, nakazując sobie
spokój.
Mikuru została
trochę z tyłu, z opuszczoną głową. Po chwili podniosła wzrok na postać cały
czas kroczącą do przodu. Szefowa zdążyła się dumnie podnieść głowę i
wyprostować plecy. Plecy, na których ciąży wielka odpowiedzialność za
przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, dodała w myślach. Zacisnęła dłoń w
pięść i ruszyła energicznie w stronę Omitsu. Zarzuciła jej rękę na ramię
przytulając raźno.
- Będzie dobrze,
pani dowódco!
- Musi być –
odpowiedział jej pewny siebie uśmiech i głęboko ukryty w ciemnobrązowych,
prawie czarnych oczach, lęk.
***
Kiedy dwie kobiety
weszły na salę, rozmowy ucichły. Stojący pod samymi drzwiami lekarz i Tokaji.
Szefowa rzuca im przelotne spojrzenie. Czarnowłosy całkowicie je ignoruje,
wzruszając jedynie ramionami, a Ryutaro kiwa głową, jakby dodając jej otuchy.
Omitsu uśmiecha się pod nosem.
- Stoją na szarym
końcu by nie być wypytywanym, co? – mruczy pod nosem. Po chwili głośno wzdycha,
ruszając żwawo na przód.
Jej kroki niosą się
echem po sali, w której zapanowała absolutna cisza. Kobieta jednak idzie
szybko, uśmiechając się zadziornie i kiwając głową bliższym znajomym. Za nią
podąża strategiczka, z dużo większą powagą na twarzy.
Na prowizorycznej
mównicy stoją już Hiroki i Daiki. Omitsu macha do nich przyjaźnie jak gdyby
nigdy nic. Hiroki mruży na ten gest oczy.
- Wolniej się nie
dało? – syknął gdy przechodziły, wyraźnie zły. Nim Mikuru zdążyła coś odpowiedzieć,
Omitsu wystawiła język.
- Odaka-san,
zaczynaj. Muszę zaplanować przemowę.
- No dobra… -
westchnął mężczyzna.
Przejechał ręką po
swojej siwiźnie, i wystąpił naprzód. W miarę wysoki, jak na Japończyka,
barczysty mężczyzna, ubrany jak zwykle w czarne spodnie, białą koszulę i
kamizelkę, sprawił, że wszystkie pozostałe szepty ucichły. Całe obecne Kaminari
utkwiło pytające, niepewne spojrzenie w głównym doradcy.
- A zatem… Proszę o
chwilę spokoju i ciszy, panie i panowie. – powiedział na sam początek, co nie
było z resztą potrzebne. – Dobry wieczór wszystkim. Rozpoczynamy więc spotkanie.
Meiji usadowił się
wygodniej na krześle. Założył ręce za kark, uśmiechając się. W jego piwnych
oczach zabłysnął ognik. Koichi posłał mu zdziwione spojrzenie.
- Meiji, przerażasz
mnie – powiedział cicho.
- Zaraz się zacznie
– mruknął czarnowłosy.
- Co się zacznie? –
zapytał szeptem Jun.
- Jak znam Omitsu
czy Fumiyę, a znam dobrze, to przywalą nam problemem prosto w twarz jak cegłą.
Jestem tylko w cholerę ciekawy o co będzie chodziło.
- I czemu nie ma
Fumiyi – dodał brązowowłosy. Meiji rozszerzył oczy ze zdziwienia i odruchowo
popatrzył na mównicę, szukając dowódcy. Nie ma go. Meiji poukładał sobie
wszystko w głowie i zbladł.
- Szlag. – mruknął tylko,
odcinając się od towarzyszy. Poszukał wzrokiem spojrzenia szefowej.
Ciemnobrązowe, wręcz czarne oczy odpowiadają hardo na jego spojrzenie, a ledwo
widoczne, nieznaczne skinięcie głową tylko utwierdza go w jego przekonaniu.
Wzdycha ciężko i podpiera głowę na ręce.
Daiki tymczasem
dalej ciągnie przemowę.
- Zapewne wszyscy
jesteście zdziwieni nagłością zwołania tego zgromadzenia. Jak i powodem,
którego jakoś nikt nie zna. Widzę też spojrzenia szukające naszego szefa.
Spokojnie, wytłumaczymy wam wszystko powoli, więc…
- Co spokojnie? –
Omitsu przerywa starszemu mężczyźnie, kładąc mu rękę na ramieniu. – Co powoli? –
na jej twarzy błąka się uśmiech. Uśmiech, od którego przechodzą ciarki na
plecach.
Tokaji, zobaczywszy
ten wyraz twarzy, westchnął głęboko.
- O Boże – mruknął i
od razu skierował się w stronę drzwi. Ryutaro momentalnie chwycił go za ramię.
- Gdzie ty idziesz?
– warknął na niego. Czarnowłosy, obrócił głowę, posyłając lekarzowi zdziwione
spojrzenie.
- Jak najdalej
stąd. Omitsu za chwilę rozpęta Armagedon. – na te słowa Ryu puścił Tokajiego,
kręcąc tylko głową. Spojrzał w stronę podestu. Owszem, zabójca miał rację. Omitsu
stanęła w bojowej pozie – na szeroko rozwartych nogach, z rękoma na biodrach i
z ognikami w oczach.
Cała sala jakby
zamarła w oczekiwaniu na odpowiedź. Meiji podparł głowę drugą ręką. Chłopaki na
tyłach oparli się ciężko o ścianę. Mikuru zmarszczyła brwi, a Hiroki westchnął
głęboko.
- Mamy wojnę.
Armagedon to dobrze
określenie do tego co się stało na sali. W pierwszym momencie zapanowała
absolutna cisza, ludzie przyswajali wiadomość. Dopiero po chwili, całe
Kaminari, jakby byli jedną osobą wydali
z siebie zdławiony okrzyk. Część osób zerwało się z miejsc, inni tylko
zbledli.
- Że co, kurna!? –
wykrzyczał Kotaro, po chwili osłupienia.
- Nie pieprzcie
głupot! – rzuciły dość głośno bliźniaczki.
Po kilku minutach
oburzenia, Hiroki również wystąpił na przód, kiwając przy tym głową w stronę
Mikuru. Omitsu obserwowała tłum, czekając aż się uspokoją. Na jej ustach nadal
błąkał się uśmieszek.
- Wiedziałem, że
zachowasz się jak zwykle. – mruknął jasnowłosy. Rzucił przelotne spojrzenie na
tłum i odchrząknął. Nabrał powietrza i krzyknął w stronę tłumu: - CISZA!
Jego donośny bas
przeszył tłum, a spokój zapadł na kilka sekund. Blondyn nie czekał na ponowną
burzę i zaczął ponownie, lecz trochę ciszej.
- Ogarnijcie się w
końcu, debile! Zająć miejsca i siedzieć cicho, słuchając wyjaśnień! Dotarło!?
Kaminari dość niepewnie
powróciło na miejsca. Omitsu klepnęła Hirokiego mocno w plecy.
- Dobra robota,
młody! – zaśmiała się i zaklaskała. Jak to było w zwyczaju reszta sali również zaklaskała,
w podzięce za donośny głos Hirokiego. (przyp. aut. – pozdrawiam wszystkich
kolegów z Gimnazjum Salezjańskiego w P-ślu :D)
Omitsu wystąpiła
trochę przed szereg, odchrząkając. Przeleciała swoimi ciemnobrązowymi oczami po
ludziach, biorąc jeszcze jeden głęboki wdech przed przemową.
- Wiem, że słowo ‘wojna’
nie budzi pozytywnych uczuć. – zaczęła z zaciętym wyrazem twarzy. – Fumiya dzisiaj
rano podjął decyzję wypowiedzenia wojny z Jishin. – przez salę przebiegły szemrania.
Hiroki wystąpił do przodu, lecz kobieta podniosła rękę na tłum, uciszając ich.
– Jakkolwiek to nie
brzmi, wojna była nieunikniona. Jishin, pomimo swojej przewagi liczebnej, wstępował
na nasz teren, zabierając zlecenia, specjalnie atakując grupami naszych
pojedynczych ludzi. To była tylko kwestia czasu.– Omistu zmrużyła oczy, w
których pojawiło się trochę troski. Złagodniała i zmieniła ton głosu. – Wojna nie
jest dobrą rzeczą, a w naszym zawodzie niestety będzie krwawa, pełna ofiar. Ci,
którzy są tu od samego początku,
pamiętają bitwę z Akumu. Wsławiła nas ona w sile, potędze. Choć w historii
zostaliśmy zapisani jako bezlitośni zwycięzcy, tak naprawdę przegraliśmy.
Straciliśmy zbyt dużo ludzi by nazywać to wygraną. – w jej oczach pojawił się
cień przeszłości.
– Z kolei wojna
sprzed 3 lat była inna. Nie należała do najkrwawszych czy najdłuższych.
Polegała bardziej na strategii niż walce, dzięki czemu zdobyliśmy przewagę,
która nas uratowała. Jednak dużo osób zginęło. Straciliśmy naszego najlepszego
przywódcę, którego większość poznała. Arata Serizawa był jednocześnie silny jak
i inteligentny. Dla wielu nie był tylko szefem, dowódcą. Zachowywał się jak
starszy brat, kuzyn, czy po prostu… - poczuła, że za chwilę załamie jej się
głos, więc przerwała na moment. – Po prostu przyjaciel. Poświęcił się dla nas,
więc tym samym nie możemy odpuścić Jishinowi. – Omitsu wzięła głęboki
wdech i spojrzała na organizację.
Patrzyli się na nią rozumiejącymi oczami, czekając posłusznie na koniec
przemówienia. Kobieta spojrzała przed siebie, szukając orzechowych oczu. Lekarz
kiwnął głową. Uśmiechnęła się pod nosem, gdy się kłaniała.
– Chciałabym was przeprosić
za narażanie na tak wielkie niebezpieczeństwo, po części z egoizmu, by pomścić starego
dowódcę, jak i również zapewnić, że my… - wyprostowała się, przybierając
poważny, hardy wyraz twarzy. Dostąpili do niej Hiroki, Mikuru i Daiki, z równą
powagą na twarzach. – Jako dowództwo, dołożymy wszelkich starań i poświęcenia
ostatniej kropli krwi, by zakończyć ten konflikt zwycięsko z ograniczeniem
strat do najmniejszego minimum. – Cała czwórka pokłoniła się.
Przez tłum przeszedł
szmer. Zarząd obserwował wszystko spokojnie. Meiji podniósł wzrok. W jego
piwnych oczach kryło się zdziwienie. Nie spodziewał się takiej przemowy po
Omitsu. Uśmiechnął się pod nosem. Szturchnął obu przyjaciół w ramię. I Koichi,
i Jun mieli zacięty wzrok. Uśmiechnęli się chytrze, czując, że myślą o tym
samym. Kiwnęli głową w tym samym momencie i wstali.
Kaminari na chwilę
zamilkło, zdziwione reakcją Świętej Trójcy. Kiedy mężczyźni stanęli na baczność,
salutując według tradycji lewą ręką, szefowa rozszerzyła oczy ze zdziwienia. Daiki
z kolei prychnął.
- Ja, Meiji Maeda,
przysięgam swoją dozgonną wierność Kaminari.
- Ja, Koichi
Kanesaka, przysięgam swoją dozgonną wierność Kaminari.
- Ja, Jun Endo, przysięgam
swoją dozgonną wierność Kaminari.
Wypowiedzieli to
donośnymi, dumnymi głosami, patrząc się pewnie przed siebie. Na ich ustach
błądził uśmiech. Po skończonej przysiędze zakończyli salutowanie i prawą ręką
zwiniętą w pięść uderzyli 2 razy w serce.
Nie robiliśmy tego
od 3 lat, pomyślał Meiji. Mam nadzieję, że ten impuls im wystarczy.
Wystarczył. Kilka
sekund po nich, wstała rudowłosa.
- Ja, Mako Anzai,
potwierdzam swoją dozgonną lojalność Kaminari. – wypowiedziała to cicho lecz
pewnie, patrząc się wyzywająco w oczy Hirokiemu.
- Ja, Ayako
Kasahara, przysięgam swoją dozgonną wierność Kaminari. – dziewczyna zaprzysięgła
od razu po patronce Ichigo. W jej głosie słychać było jednocześnie smutek i
zimną wściekłość. Po chwili wahania dołączył również jej przyjaciel.
- Ja, Taki
Hideyoshi, również przysięgam!
- My, Miyoko i
Miyako Shirayuki, obiecujemy walczyć za Kaminari! – wykrzyknęły bliźniaczki.
- Ja, Kotaro Honda,
przysięgam wierność!!!
- Ja, Suzuki Seizo,
przysięgam swoją dozgonną wierność Kaminari! – wykrzyczał zaciekle czarnowłosy,
podpierając się o jedną z kul.
Chłopaki na tyłach
spojrzeli po sobie. Coraz więcej osób deklarowało wierność, a oni jeszcze nie.
Ryutaro przekrzywił pytająco głowę. Tokaji posłał mu znudzone spojrzenie i
wzruszył ramionami, nadal opierając się o ścianę. Lekarz wystąpił krok na
przód, salutując lewą ręką.
- Ja, Ryutaro
Ishimura, przysięgam swoją dozgonną wierność Kaminari! – wykrzyczał by
dowództwo słyszało go z końca sali. Mógłby przysiąc, że Omitsu posłała mu
uśmiech.
Ku jego zdziwieniu,
Tokaji oderwał się od ściany. Nie wyprostował się, a jego salut był jakby od
niechcenia.
- Ja, Tokaji Kosai,
deklaruję swoją wierność Kaminari – powiedział luźno. Część osób obróciła się
by posłać mu zdziwione spojrzenie. Jego przysięga zdziała więcej, bo wszyscy
wokół również wstali.
Powoli każdy
wstawał i składał przysięgę. Omitsu obserwowała to jak skamieniała nie mogąc uwierzyć
własnym oczom i uszom. Kiedy wszyscy byli już na nogach, przyłożyli otwartą
dłoń do serca.
- Przysięgamy walczyć
z Kaminari, o Kaminari, dla Kaminari! – donośna obietnica wszystkich obecnych
poniosła się echem po okolicy. Szefowa dogłębnie wzruszona, była zbyt zdumiona
by cokolwiek zrobić, więc naprzód wystąpił Daiki i wyrzucił pięść w górę, z
okrzykiem wojennym. Odpowiedział mu mocny krzyk i las pięści kilkudziesięciu
ludzi.
Omitsu spojrzała na
Meijiego. Czarnowłosy po skończonym okrzyku również na nią spojrzał.
Wypowiedziała bezdźwięcznie jedno słowo. ‘’Dziękuję’’. Meiji zasalutował krótko.
Kobieta uśmiechnęła się i wystąpiła na przód.
- Dobrze, dobrze! –
zakrzyknęła na początek, uspokajając trochę tłum. – To jest właśnie nasza
przewaga! Mimo, że ich jest około setki, my mamy coś ważniejszego. –
uśmiechnęła się czule. – Zachowujemy się jak rodzina. I choć strata rodziny po części
zabija nas od środka, daje nam również siłę dużo większą do ochrony innych i
zemsty, niż przedmiotowe traktowanie Jishinu! Tu na sali, jest nas 39. Z ranną
4 i 7 na misjach jest nas 50. Musimy uwierzyć w naszą 11-letnią potęgę! –
Omitsu wyprostowała się dumnie, kładąc ręce na biodrach. – W wojnie wystarczy
nam tylko nadzieja, wiara i chęć do walki! – zasalutowała energicznie na
zakończenie. Odpowiedziały jej okrzyki bojowe i oklaski.
Na jej ramieniu
ktoś położył rękę. Mikuru odsunęła od mównicy szefową, odchrząkując. Otworzyła
obszerny zeszyt gdzieś w połowie i podniosła dłoń starając się uspokoić
rozentuzjazmowany tłum.
- Rozumiem waszą chęć
bojową, lecz jak to Adachi-san wspomniała ostatnia wojna z Jishinem polegała
głównie na taktyce. Prosiłabym więc o chwilę ciszy i skupienia. – Mikuru omiotła
uspokajający się tłum surowym spojrzeniem. Po kilkunastu sekundach kiwnęła z
zadowoleniem głową. – Nie mamy dokładnych informacji, ponieważ Sotomura jeszcze
nie wrócił. Jednak na chwilę obecną przyjmujemy spokojną taktykę. Pod każdym
pozorem macie zakaz wstępowania na okręg Shibuyi. Unikajcie zleceń poza Tokio.
Nikt nie dostanie pozwolenia na opuszczenie bazy w grupie mniejszej niż 4
osoby, nieważne od siły czy umiejętności. I za wszelką cenę macie unikać
otwartych konfliktów. – na jęki, strategiczka uśmiechnęła się okrutnie. -
Oczywiście aż nie przejdziemy do akcji. – kobieta odchrząknęła i spoważniała. -
Pragnę jeszcze tylko dodać, by nikt nie myślał, że to będzie wojna jak w
filmach. Zrozumiano?
- Tak jest! – po sali
przebieg szmer zgody. Mikuru ustąpiła miejsca Hirokiemu.
- Dobra, ludziska,
skończyliśmy! – blondyn wystrzyknął palce. – Baczność! – wszyscy zerwali się z
miejsc, salutując. – Odejść!
Kaminari przed
odejściem kiwnęło jeszcze głową w stronę dowództwa i zaczęło dość głośno kierować
się ku wyjściu.
Omitsu stała
pomiędzy przyjaciółmi. Spojrzała po ich zaciętych twarzach.
- Znowu się zaczęło…
- stwierdziła dość ponuro. Jej głos niknął w huku jaki powodowały dyskusje
członków.
- Nie, Omitsu… -
rzucił Hiroki. – Dopiero się zacznie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz