27 lipca 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 16 ~ Przekręt

Rozdział 16

Przekręt

      Staję przed oknem, starając się dostrzec swoje odbicie. Niepewną dłonią poprawiam luźno (i krzywo) zawiązany czarny krawat. Wzdycham.
Czarne, rurkowate jeansy, markowe adidasy, naddarta biała koszula i ten cholery krawat. Cały zestaw jest na mnie lekko za duży i wyglądam jak…
- Jakaś francuska kaczka – mówię cicho, wzdrygając się na barwę swojego głosu. Od tak dawna nie słyszałem swojego głosu. Przejeżdżam dłonią po ułożonych włosach, mierzwiąc je. Znów sterczą naturalnie na wszystkie strony. Usiłuję je przylizać.
Siedzę tutaj ponad miesiąc i w końcu coś zaczęło się dziać. Zerkam na zegarek. Mam jakieś 20min na dotarcie. Poprawiam po raz ostatni krawacik, by choć trochę naturalnie leżał. Sięgając po broń, zastanawiam się przez moment. W końcu decyduję się na ciężki, niewygodny miecz Gihei’a. Ciąży mi w dłoni, przypominając o karygodnym czynie.
Cała misja ochrzczona została jako ‘’Ztrollujmy Jishin’’. Innymi słowy, myląca. Według naszego szpiega Jishin miało pozyskiwać sojusznika w Okayamie. Do ustalenia informacji wysłali kogoś bardziej zaufanego – Gihei’a. Moim zadaniem było tylko ‘’unieszkodliwienie go” i pokrzyżowanie traktatu. Łatwizna.
Ta, łatwizna. Niech cię szlag, Fumiya.
Od miesiąca siedzę w mieszkaniu tego dziada, czekając aż wrócił. A teraz idę w jego niedopasowanych ciuchach do jakiejś organizacji skrytobójców, której nazwy nawet nie pamiętam, jeszcze licząc, że nie wiedzą jak wygląda posłaniec. Kto jest takim wariatem żeby to zrobić?
No tak. Ja.
Wczoraj wieczorem spotkaliśmy się przypadkiem. Wracałem ze sklepu, z zakupami, kiedy zobaczyłem zapalone światło. Wbiegłem po schodach licząc na otwarte drzwi. Skorzystanie z elementu zaskoczenia było wygodne.
W istocie drzwi nie były zamknięte na klucz. Mężczyzna chodził po mieszkaniu, z wściekłością w oczach. W sumie to mu się nie dziwiłem. Obaj sięgnęliśmy po broń w tym samym czasie. Zaatakowałem pierwszy, ale Gihei nie był idiotą. Sparował mój cios, a nieprzyjemny odgłos stali uderzanej o stal poniósł się na klatkę schodową. Przez głowę przeszło mi to samo co facetowi, ale on skorzystał z tego ułamka sekundy i wyminął mnie, zbiegając ze schodów. Zakląłem pod nosem, zeskakując na półpiętro. Jeśli wybiegnie na ulicę to koniec.
Wielkim szczęściem okazało się, że młody mężczyzna, mojego wzrostu, nie należał do szybkich, więc dogoniłem go na rogu ulicy. Nasze miecze znowu się skrzyżowały. Zaczęliśmy się siłować, mierząc się wzrokiem.
Zaczynałem rozumieć dlaczego akurat mnie wysłano. To nie były umiejętności. To był wygląd.
Mimo iż Gihei miał jakieś 24 lata, miał młodzieńczą twarz. Moja mimo wszystko była delikatniejsza, ale mógł uchodzić za mojego starszego brata. Mieliśmy identyczne ciemno-brązowe oczy i włosy w podobnym odcieniu. Jego jednak były ułożone.
Kiedy Gihei rozpoznał mnie, na jego wściekłą twarz wpełzł protekcjonalny uśmieszek. Odskoczyliśmy od siebie, a on przeciął powietrze mieczem. Zaczęła się bardziej dynamiczna walka.
- Poddaj się, a nie będę musiał cię zabijać. – rzuciłem wtedy. Mężczyzna mimo iż był silny, nie był wstanie dorównać mojemu instynktowi. Zbyt wiele lat minęło bym nie dawał sobie rady w walce jeden na jednego.
- Widzę, że Kaminari wypowiada nam wojnę, co, Nakade? – Gihei zignorował moje pytanie. Nadal się przy tym uśmiechał. Czas mu zetrzeć ten uśmiech mordy. Zacisnąłem mocniej dłoń na rękojeści i wbrew jego przewidywaniom, ostrze poszło prosto, nie z boku. Zdążył się uchylić, lecz po jego policzku pociekła krew. Zawahał się przy kolejnym ciosie, dając mi idealną okazję by go przewrócić. Skrzywiłem się na trzask żeber, kiedy podeszwa mojego buta uderzyła w jego pierś.
Przybrałem najcieplejszy uśmiech na jaki było mnie stać i skierowałem ostrze pod jego brodę. Widziałem jak ciężko przełyka ślinę, ale z jego oczu emanowała pewność siebie. Czyli jednak nic z tego.
- Nie nazwałbym tego wojną. Raczej uprzykrzaniem życia. – mój głos był wesoły, a Gihei prychnął lekceważąco.
- I co, Nakade? Zabijesz mnie teraz? – przekrzywił głowę, jakby rzucając wyzwanie.
- A nie chciałbyś może współpracować? – nadal siliłem się na uniknięcie mordu. Ze sprzątaniem było za dużo roboty.
- A co z tymi historiami o Zjawie Tokio? O tym bezwzględnym dziecku, wychowanym na zabójcę? – Gihei zrobił przerwę i splunął. Poczułem jak napinają się wszystkie moje mięśnie, ale zmusiłem się by nadal się uśmiechać. Jedynie czubek mojego ostrza drgnął ku górze, rozcinając trochę gardło mężczyźnie. 
- W te opowiastki nigdy nie wierzyłem. Prawdą było tylko to o mordowaniu morderców. – skrytobójca zaśmiał się, a ja mimowolnie się wzdrygnąłem. – Czy ty myślisz, że wyznaczasz sprawiedliwość, Nakade? Spójrz na siebie – stałeś się tylko kolejnym mordercą. Dzieckiem, które nie rozumie życia. Które nawet nie umie… zabijać… - ostatnie słowa były tylko ostatnim oddechem. W gardle mężczyzny tkwił mój miecz.
Po tym wszystkim wtaszczyłem go do łazienki, do wanny. Postanowiłem przebrać się w jego ubranie, nie czując nawet wstrętu do noszenia ubrań ze zmarłego.  Teraz zacisnąłem zęby, by nie myśleć, że kiedyś coś takiego spowodowałoby u mnie obrzydzenie. Kiedyś.
I właśnie teraz w mojej pamięci pojawiła się Ichigo. Ona jeszcze miała te uczucia. Ten strach, to bezgraniczne przerażenia, na myśl o swoich czynach, tą niechęć do mordu, zabójstw. Była jeszcze nieskalana ferworem krwawych walk. Ile jeszcze zostanie nim stanie się taka jak reszta? Z pozornymi uczuciami, z udawaniem, że wszystko jest w porządku? Albo, co grosza, nim stanie się taka jak Tokaji, gdy owładnie nią zemsta.
Dlaczego o niej myślę? Od razu kręcę głową, przywracając się do porządku. 
Zaglądam jeszcze do łazienki, krzywiąc się. Ciało faceta z Jishinu zaczynało już się rozkładać, roztaczając nieprzyjemny zapach po całym mieszkaniu. Ze względu na misję nie mogłem zostawić ciała Gihei’a na ulicy. Istniało zbyt duże ryzyko, że Jishin dowie się szybciej niż załatwię sprawę. Rzucam ostatnie spojrzenie na mężczyznę i wychodzę.  
***
Będąc już przed organizacją przed oczami staje mi obraz zwłok Gihei’a. Był młodym mężczyzną niskiej postury o podobnych włosach i oczach. Jeśli ci z Smile’a (o tak to się nazywało!) byli idiotami może się udać.
Kiedy usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi, czułem już własną śmierć.
Jednak nikt się na mnie nie rzucił, nie wszczął alarmu. Mężczyzna, który mi otworzył popatrzył się na mnie ze zrozumieniem i poprowadził ku dowództwu. Oni też nic nie podejrzewali. Rzucili tylko, że ‘wyglądam młodziej’, od czego zrobiło mi się duszno, ale nic więcej.
Przedstawiłem takie warunki, na które nikt choć trochę mądry by nie przystał. Odprawili mnie z kwitkiem i kazali nigdy więcej nie wracać.
Musiałem walczyć ze sobą, by nie zacząć skakać ze szczęścia.
***
Gdy przekroczyłem próg domu, przypomniałem sobie o komórce. Wyciszyłem ją na wszelki wypadek, nikt nie powinien do mnie dzwonić. Jednak na wyświetlaczu było 35 nieodebranych połączeń od Omitsu.
Przeszył mnie nagły dreszcz, a uczucie chłodu ścisnęło mi żołądek.
To na pewno nic ważnego. Na pewno.
Nacisnąłem zieloną słuchawkę, starając się opanować nie pokój. Omitsu odebrała po drugim sygnale. Na zegarku widniała godzina 14. Dziwne. Powinna być zajęta.
- Halo? – rzuciłem niepewnie.
- Halo? Tsuneari? – głos kobiety był pełen ulgi. Zbyt pełen. Od razu zaczęła mówić. – Nic ci nie jest? Nie jesteś ranny?
- Nie, wszystko w porządku. – odparłem. Może to tylko ze względu na długi okres milczenia. – A jeśli chodzi o misję, to… - zaczynam, ale kobieta mi przerywa.
- No właśnie! Nie możesz tam iść, nie możesz! Wynoś się stamtąd dopóki Jishin niczego nie podejrzewa. Gihei’a omiń szerokim łukiem… - mówi jednym tchem, a kiedy przerywa by wziąć oddech, zmuszam się by to powiedzieć.
- Za późno.
- Co!!!? – w jej głos wkrada się wściekłość. – A…
- Nie żyje. – mój głos jest cichy. Coś się stało. Coś bardzo złego. Omitsu milczy. – Omitsu, co się stało? Omitsu?
- Tsuneari… - zaczyna kobieta. Jej głos drży, a mi na dźwięk własnego imienia miękną kolana. – Fumiya… On…
- Wszyscy żyją? – wykrzykuję, czując, że serce przyśpiesza. Ichigo.
- Jeszcze – kobieta przełyka głośno ślinę – Fumiya… On…. – Omitsu zaczyna się jąkać, wahając się nad odpowiedzią. W końcu bierze głęboki wdech i oznajmia cicho i poważnie. – Wypowiadamy wojnę Jishinowi.
Czuję, że opadam na kolana. Milczę, a serce coraz bardziej przyśpiesza.
Wojna.
Znowu wojna.
Znowu śmierć.
Omitsu zaczęła mi wszystko wyjaśniać: o kradzionych misjach, bezpodstawnych atakach na naszych. O zeznaniach Suzukiego i w końcu o ataku na Ichigo i Ayako z dwukrotną przewagą liczebną, co zostało impulsem Fumiyi.
- Tsu… - w ton jej głosu zakradła się troska. Od dłuższego czasu nic nie mówię, zastanawiając się o co najpierw zapytać.
- Co z Ichigo? – te trzy słowa wprawiają mnie w totalne osłupienie. Dlaczego akurat o nią najbardziej się martwię? Najwyraźniej nie tylko mnie zatkało. Omitsu też milczy, ale nie z zaskoczenia, jak przypuszczałem, tylko ze względu na odpowiedź.
- Jest ciężko ranna. Ale żyje.
- Wracam. – oznajmiam i sięgam po swój miecz. Nim jednak zdążę dotknąć pochwy, głos kobiety mnie zatrzymuje.
- Nie możesz. Jishin już coś węszy. Zorientują się.
- To mam tu, do jasnej cholery, siedzieć!?
- Nie… Wracaj okrężnie, pieszo… To nadal jest misja, Tsu. – przypomina mi kobieta. Prycham, podirytowany.
- Niech wam, jasny szlag, będzie. – przeczesuję ręką włosy. – Jak wrócę na święta będzie dobrze?
- Co? A, tak, ale…
- To dobra. Trzymajcie się tam. – rzucam jeszcze przed rozłączeniem. Stoję pośrodku pokoju nie wiedząc co ze sobą zrobić. Co myśleć.
Znowu się zacznie. Ta bezsensowna wojna, w której znowu zginą nasi ludzie. Nasi towarzysze. A po co? By udowodnić innym naszą siłę? By unicestwić innych? Bezsensu.
Tak. Kompletny bezsens.
Jak również ten niepokój o dziewczynę.
Dlaczego akurat o nią? Dlaczego w ogóle wziąłem ją do Kaminari?
Ichigo.
Nie daj się zabić.
***
Wpatruję się w spowity ciemnością sufit długi czas, czując, że mętlik w mojej głowie zamiast uspokajać się jedynie się powiększa. Pytania, odpowiedzi, ludzie. To wszystko wiruje w mojej głowie, siejąc spustoszenie. Kiedyś brałabym by to za sen. Zwykły, koszmarny sen.
Niestety paskudna szrama, rozciągająca się na całym brzuchu, pulsuje nieprzyjemnym bólem, przypominając o prawdzie. Rzeczywistości, którą wybrałam.
Podnoszę się do pozycji siedzącej, stękając z wysiłku i oddychając z ulgą gdy bose stopy dotknęły zimnej posadzki. Gdy się obudziłam, moje ruchy napędzane były szokiem i adrenaliną, krążącą w moich żyłach na wskutek tego dziwacznego snu. No i oczywiście naturalną chęcią rywalizacji z Tokajim.
Czując kojący, orzeźwiający chłód staram się zebrać myśli. Powoli, Ichigo. Wszystko po kolei. Spokojnie.
Jeśli jestem tutaj, w Kaminari, znaczy, że Ayako żyje i zapewne nic jej nie jest. Dzięki Bogu. Karząc jej wtedy uciekać, nie miałam nawet pewności czy chociaż ona przetrwa. A teraz jesteśmy tu obie. Może nie w całości, ale żyjemy. Dziękuję, Ayako. Naprawdę dziękuję.
Uśmiecham się pod nosem, starając się zniwelować napływ łez. Nigdy nie myślałam, że postanowię kogokolwiek ratować ceną swojego życia. Ani że ktoś postanowi mnie nie zostawiać. Ayako dziękuję, że po mnie wróciłaś. Dziękuję.
Zdaję sobie sprawę, że ostatnie słowa wypowiadam na głos. Podbródek mi się trzęsie, a po policzkach płynął dwie łzy. Nie rozumiem, dlaczego zdobyłam się na taką decyzję. Dlaczego znalazłam w sobie odwagę. Nie rozumiem… dlaczego zrezygnowałam z zemsty za rodziców.
Rodzice.
No właśnie. Ciekawe co by powiedzieli jakby tu byli. Jak by zareagowali.
Mama na pewno płakałaby, a tato spuścił wzrok, chcąc ukryć swoje rozczarowanie. Zawsze tak robili gdy sprawiałam im zawód.
- Mamo, tato, patrzcie! Wasza ukochana, jedyna córka została płatnym zabójcą! Ale to nie wszystko, morduje niewinnych ludzi i to bez drgnięcia powieki. – patrzę się w przestrzeń, a mimo starań by wszystko było mówione w pogodnym tonie, niczym wieści o wygranej w jakichś zawodach, po policzkach spływają łzy. Przełykam gorzko ślinę i ciągnę dalej. - Wasze dziecko straciło swoje człowieczeństwo i myśli tylko o zemście. O zemście, z której jakoś tak łatwo rezygnuje. Nie o was. O zemście. Zemsta jest dla mnie wszystkim. Wszystkim! – ostatnie słowo wykrzykuję, nawet nie wiem po co. Czuję lodowatą pustkę rozchodzącą się po moim sercu. Ciężko łapię oddech, cała drżę. Serce wali mi jak oszalałe sprawiając ból. Zaciskam dłoń na koszulce, w miejscu serca. Chociaż wiem, że już załkam, zmuszam się by mówić dalej. – Wasza córka nawet nie pomyślała o was gdy uciekała. Nie wzięła nawet głupiego zdjęcia, by… by… - chowam twarz w dłoniach nie dając rady dokończyć. Zaczynam szlochać w głos, kończąc zdanie w myślach. By nic nie przypominało jej o tamtym koszmarze.
A do bani. Muszę stać się silniejsza. Bardziej. Bardziej. Bardziej. Bardziej…
Podciągam kolana do klatki piersiowej, i nadal drżąc, chowam głowę w nogach. Zduszam płacz, biorę kilka głębokich wdechów, uspokajając psychikę. Wiem co muszę zrobić. Albo wydaje mi się, że wiem.
Muszę nie zwariować, aż nie dopełnię zemsty. Po tym niech się dzieje co chce. Tylko do zemsty. Zemsta…
Obraz Tsuneariego, Takiego, Ayako i nawet Tokajiego. Całe Kaminari. Wszyscy mimo tego co robią chodzą z głowami wysoko podniesionymi, nie dając się ugiąć ciężarowi tego wszystkiego. Gdyby tylko los pokierował nas wszystkich inaczej. Gdybyśmy nie byli na tyle zrozpaczeni. Gdyby to od nas zależała nasza przyszłość…
Bo przyszłość nie zależy od nas. My jedynie możemy dać porwać się nurtowi zdarzeń i ludzi, starając nie zatracić przy tym siebie i przetrwać. Wypełnić przeznaczenie rzucone nam przez ten obojętny, okrutny los.
Przeznaczenie. Czy moim naprawdę jest jedynie zemsta i oszalenie?
Czuję ponownie napływające łzy. Obejmuję kolana rękoma, zaczynając trząść się ponownie. Wszyscy dają jakoś radę, więc ty też sobie poradzisz, Ichigo. Musisz. Teraz nie ma już odwrotu. Masz 5 sekund by wziąć się w garść.
Ale z tych 5 sekund, robi się 10, z 10 robi się z minuta, a z minut kolejne. A ja nadal nie wiem co mam ze sobą robić.
- Ktokolwiek – mówię cicho, przepełnionym emocjami głosem, chowając twarz w dłoniach. – pomocy…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz