Rozdział 34
Niebo
powoli się rozjaśniało, przybierając szarawy odcień. Przenikliwy wiatr raz
wzmagał się, raz uspokajał. W całej dzielnicy panowała martwa cisza, zmącona
zdenerwowanymi oddechami i rytmem szybko bijących serc.
Meiji
stał pośrodku drogi na wysepce. Z rękoma skrzyżowanymi na piersi patrzył się
uporczywie przed siebie, mrużąc oczy. Piwne tęczówki błyskały nieprzyjaźnie,
chcąc jakby ostrzec wrogów przed oficjalnym atakiem. Czarne włosy były targane
przez wiatr, tak samo jak rozpięta kurtka. Przez emocje odczuwał gorąc, ale
musiał zachować spokój.
Rudowłosa
podeszła do niego cicho, kładąc mu delikatnie dłoń na ramieniu. Mężczyzna nawet
nie drgnął, nie spuszczając z oczu drogi, spowitej delikatną mgłą poranka.
Kobieta potrząsnęła nim lekko.
-
Dochodzi za pięć piąta. – oznajmiła chłodno. – Musisz nas już przegrupować. –
gdy mężczyzna nadal wpatrywał się w dal, potrząsnęła nim trochę mocniej. –
Meiji.
-
Wiem. – westchnął i odwrócił się powoli. – Za mną.
Ruszył
w stronę zabójców. Ludzie siedzieli w grupkach, ale nie śmieli nawet szeptać
między sobą. Poprawiali stroje tak by nic im nie zawadzało, czyścili bronie lub
po prostu usiłowali się uspokoić. Na dźwięk kroków lidera, podnieśli głowy,
oczekując w napięciu na rozkazy.
Meiji
stanął tylko po środku i przywołał gestem swoich przyjaciół. Jun i Koichi
spojrzeli po sobie niepewnie, ale podeszli do czarnowłosego. Mako stanęła obok
nich, patrząc się na lidera zwykłym, beznamiętnym wzrokiem.
-
Ilu mamy ludzi? – spytał już któryś raz z kolei.
-
34 – odparła kobieta. – Oczywiście bez dowództwa, oddziału strzelniczego, nas i
dzieciaków. – dodała.
Meiji
pokręcił głową, przeczesując z konsternacją włosy palcami. Wyglądał na
zdesperowanego, wręcz czując miażdżącą przewagę wroga. Samych morderców z
Tateyamy było prawie tyle samo co ich. W końcu wziął głęboki oddech, prostując
się.
-
Jun, Koichi. Bierzecie po 11 ludzi i ruszacie na Zachodnią część. Spróbujemy
ich okrążyć. – rozkazał, kiwając głową w stronę tłumu. Mężczyźni zasalutowali
bez pytania i podeszli do Kaminari, grupując ludzi. – Mako, ty weźmiesz 10. I
ruszysz na Południową część. Przepraszam. – dodał na końcu, spuszczając wzrok.
Kobieta
jedynie przekrzywiła głową, zupełnie ignorując ostatnie słowo.
-
Zostaje dwójka. I ty. – zauważyła, patrząc się na niego intensywnie.
- Biorę Miyako i Miyoko. Spróbujemy dotrzeć do organu ich dowodzenia.
-
To szaleństwo.
-
To wojna – odparł chłodno i wyminął ją, idąc w stronę oddziałów. – Nie mamy
czasu.
-
Wiem. – szepnęła niedosłyszalnie. – Uwierz mi, że wiem.
Podbiegła
na czoło swojego oddziału, od razu mówiąc coś do ludzi. Podniósł się cichy
gwar. Meiji stanął trochę z boku, rozmawiając przez krótkofalówkę. Podał
zwięzłe wytyczne i wystąpił do przodu, unosząc dłoń do góry, by uciszyć
wszystkich.
Zapanowała
cisza pełna napięcia.
-
Nie mamy czasu na wyniosłe gadki czy przemowy. Macie po prostu nie dać się
zabić. – spojrzał przelotnie na zegarek, który niemiłosiernie szybko odliczał
czas. – Dobra, ruszajcie!
Trzy
grupki rozbiegły się w pośpiechu, kierując we wcześniej wyznaczone miejsca.
Tupot nóg przerwał martwą ciszę, lecz napięcie tylko się zwiększało, by
wybuchnąć przy pierwszym skrzyżowanym ostrzu.
Meiji
wziął głęboki oddech, czując jak dreszcz podniecenia przebiega po jego plecach.
Instynkt zabójcy można wyciszyć. Można nawet go zignorować. Ale pozostanie w
człowieku do końca. I zawsze się przebudzi.
Machnął
na dziewczyny rękoma i skierowali się w boczne uliczki.
W
opuszczonym biurze stał ozdobny zegar, który teraz cykał w ciszy. Kilka krzeseł
było przewróconych, łącznie z walającymi się po podłodze papierami, które
musieli strącić ludzie, uciekający w popłochu po nadaniu ogłoszenia o
ewakuacji. Biuro nie wyglądało na nieużytkowane w Nowy Rok.
Budynek
był nowoczesny – oszklone okna stanowiły idealny punkt obserwacyjny jak i
strzelniczy, zwłaszcza, że szkło zostało przyciemnione, a pajęcze sieci pęknięć
rozmywały łuczników.
-
Dobra, za minutę będzie piąta. – oznajmił szeptem Natsu. – Na miejsca.
Ayako
przełknęła ślinę i usiadła na biurku podsuniętym pod okno. Spojrzała z
niepokojem na zabarykadowane drzwi – tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś
postanowił tutaj niespodziewanie wpaść i ich wszystkich zamordować. Bo w końcu
taka barykada powstrzyma wszystko i wszystkich.
Dziewczyna
zbladła, ale od razu potrząsnęła głową, przybierając poważny wyraz twarzy. Nie
było czasu by zadręczać się czarnymi myślami. Wzięła głęboki oddech, odsuwając
od siebie wszystko – Ichigo, Tsu, a szczególnie Takiego, który teraz biegł, z
którymś oddziałem. Z dala od niej.
-
Uwaga. Nasi biegną – szepnął Natsu. – Przygotować się.
Ayako
ścisnęła łuk w dłoni, napinając cięciwę
i celując gdzieś przed siebie. Z ulgą stwierdziła, że nawet nie drży. Uścisk w
jej sercu choć trochę zelżał. W Kaminari nie można było narzekać na brak
szermierzy, ale na łuczników – owszem. Ona, Natsu i Kato byli połową
wykwalifikowanych pod tym względem. I musieli kryć całą zachodnią część.
Spojrzała
kątem oka na zegar. 10 sekund.
Strzelaj, gdy jesteś pewna,
że trafisz wroga, powtórzyła po raz setny w myślach.
5
sekund.
Malutki
oddział dowodzony przez Juna wybiegł zza zakrętu, a Ayako poczuła nieprzyjemny
dreszcz. Myślała, że jej serce zatrzyma się przez to oczekiwanie na atak, ale
czuła, że uderzą równo o piątej.
Trzy.
Dwa.
Jeden.
W
kolejnej sekundzie nic się nie zdarzyło. Ale w następnej stało się wszystko.
Jishin
wypadł z kilku ulic na raz, od razu formując się w jedną grupę. Dziewczyna
zdążyła usłyszeć dwa bojowe krzyki, które przyprawiły ją dreszcz. Pierwszy i
ostatni. Poczuła jak czas zwalnia, a ona mimowolnie się uspokaja. Wycelowała z
mordem w oczach w jakiegoś mężczyznę.
Z
drżącym wydechem wypuściła strzałę, która pomknęła wraz z dwiema innymi w
stronę wrogów. Jedna chybiła, dwie trafiły w miarę celnie. Chwilę później wśród
ciszy opustoszałej dzielnicy rozległ się najokropniejszy szczęk mieczy jaki
brązowowłosa usłyszała w całym swoim życiu.
Wyciągnęła
z kołczanu kolejną strzałę i nałożyła z chłodną precyzją na cięciwę, starając
się patrzeć się na lejącą się wszędzie krew.
Strzała
poleciała, rozdzierając powietrze, a złowróżbny świst zagłuszyła walka.
Ryuji
stanął na gzymsie i rozkładając szeroko ręce, pozwolił by wiatr smagał go po
twarzy, rozburzając włosy i powiewając kurtką. Uśmiechał się zwycięsko, choć
prawdziwa bitwa dopiero się rozpoczęła – na dodatek daleko stąd.
Spojrzałam
w dal, tam gdzie prawdopodobnie moi przyjaciele walczyli i ginęli. Za moim
wzrokiem podążyli również zabójcy z Harikenu, czekając ze znudzeniem na rozkazy
Ryujiego. Choć ten człowiek był cholernie irytujący, umiał myśleć.
-
To chyba najdziwniejsza drużyna w jakiejkolwiek byłam – mruknęła Suzuko,
przerywając ciszę. Rzuciłam jej krótkie spojrzenie, parskając pod nosem.
-
Nie musisz dziękować. – zaśmiał się Ryuji. Obrócił się na pięcie, nadal
balansując na krawędzi. – Czemu wyglądacie na takich znudzonych, co?
-
Może dlatego, że sterczymy na jakimś dachu jak idioci? – rzucił sarkastycznie
Satoru, patrząc się na zabójcę spode łba.
- To dla epickości – Ryuji wzruszył ramionami, zeskakując z gzymsu. Wyglądał
jakby świetnie się bawił.
-
Posłuchaj mnie, Ryuji… - warknęłam, zaciskając dłonie w pięści. – Gdzieś tam
walczy moja organizacja, a ja biorę udział w jakimś cholernym planie, nie
pomagając im. Jeśli mamy tak… - gniew potęgował się z każdym kolejnym słowem,
ale Ryuji wydawał się być tym nie wzruszony.
- W
ogóle się na tym nie znacie – zacmokał niezadowolony. – Nie czujecie tej
władzy? – uniósł pięść do góry, uśmiechając się przy tym szelmowsko. – Przecież teraz my wszystko możemy kontrolować!
Możemy zmienić bieg tej wojny! Nie… Możemy zmienić całe Podziemie Japonii!!! –
wykrzyknął entuzjastycznie.
Patrzyłam
się na niego, wraz w rodzeństwem z totalnym ogłupieniem na twarzach. Byłam
pewna, że on po prostu sobie z nas żartuje i za chwilę ogarnie się i przejdzie
do rzeczy. Inaczej zrobię mu coś bardzo, bardzo złego.
Ale
wygląda na to, że Matsuki z chęcią mnie wyprzedzi.
- Kuno… - zaśmiał się przez zęby, usiłując nie wybuchnąć gniewem. – Czy ty wiesz
ile my ryzykujemy teraz? Jeśli Hariken się dowie… Jesteśmy martwi. – wysyczał
nienawistnie. – Ostrzegam cię… Jeśli nie masz planu, osobiście zrzucę cię z
tego dachu…
-
Bez ryzyka nie ma zabawy! – roześmiał się Ryuji.
Ale
gdy Matsuki położył dłoń na rękojeści miecza, chłopak podbiegł do niego i
zaczął się z nim siłować, by ponownie schował broń do pochwy.
-
Matsuki, przyjacielu, spokojnie, spokojnie… - zaśmiał się.
-
Tak czy siak, wszyscy zginiemy… - mruknął Satoru.
Ryuji
w końcu upewnił się, że nie zostanie zaatakowany przez brązowowłosego i stanął naprzeciwko
nas, przybierając znów szelmowski uśmiech, a oczy błysnęły złowróżbnie.
-
Nim ruszymy do akcji, muszę was w czymś uświadomić. – odkaszlnął. – Yasuaki
przydzielił mnie do grupy specjalnej, wraz z 7 innymi osobami. Teraz oddział
zmniejszył się do sześciu osób, bo mnie ‘wysłali na zwiady’, a Shigeo dowodzi
tymi z Tateyamy. – przewrócił oczami. – Oczywiście to dlatego, że szefuńcio
nigdy do końca mi nie zaufał. No i słusznie.
- A
co niby z tego wynika? – Suzuko skrzyżowała ręce na piersi, tupiąc ze
zniecierpliwienia nogą.
- A
to, że mimo iż mi nie ufa, przydzielił mnie do tych specjalnych. Więc
automatycznie nie mógł zatajać przede mną planów.
Poczułam
jak kąciki moich ust wędrują do góry, układając się w przebiegły uśmieszek.
Spojrzałam kątem oka na resztę – oni również posyłali sobie porozumiewawcze
spojrzenia.
-
Dlatego też wiem… - ciągnął dalej Ryuji, wyraźnie zadowolony z naszej reakcji.
– Że nikogo nie będzie w organizacji podczas tych potyczek.
-
Interesujące… - mruknęłam, czując dreszcz podniecenia.
Chłopak
posłał mi elektryzujące spojrzenie.
-
Czy cel naszej pierwszej misji jest już dla was jasny? – zapytał kpiąco, ale
rozszerzył uśmiech na widok wyciąganych broni, gotowych do walki. – A podobno
to dla was zbyt ryzykowne…
Matsuki
zmierzył go morderczym spojrzeniem.
-
Skoro masz tak cholernie dokładne informacje, zgaduję, że zatuszujesz nasz
udział w tym. – rzucił.
-
Jeśli się uda. – podkreślił czarnowłosy. Dziewczyna drgnęła i spojrzała na
niego z ukosa.
- A
jeśli nie? – zapytała z powątpiewaniem.
Ryuji
popukał się kilka razy w brodę, analizując prawdopodobny rozwój wypadków.
Przewróciłam oczami, kręcąc przy tym głową. Jakoś przeczuwałam co powie, po
takim ‘budowaniu napięcia’.
-
Hmm… Jeśli nie… - spojrzał na nas luźno, z lekkim uśmiechem. – Jeśli nie, to
wszyscy będziemy martwi.
Cała
nasza czwórka zgodnie westchnęła, jakbyśmy w ogóle nie byli z wrogich
organizacji. Czułam się z tym nienaturalnie. Powinnam wzdychać tak z Tsu,
Ayako, Takim… i Tokajim.
Na
myśl o czarnowłosych mimowolnie zacisnęłam zęby.
Nienawidzę cię.
Potrząsnęłam
głową, starając odgonić od siebie słowa chłopaka.
- No dobra, ludzie! – zawołał Ryuji. – Czas ruszać!
Nie
mając za bardzo wyboru poszłam za nimi. Trzymałam się z tyłu, bijąc się
myślami. Przede mną szli przedstawicie wrogich organizacji. A ja jestem z nimi
w sojuszu.
Chyba
pierwszym takim w historii, przemknęło mi przez myśl. Czy kiedykolwiek
wcześniej te 3 organizacje współpracowały ze sobą?
Ichigo,
to nie współpraca. To bardziej szantaż.
W
głowie znów rozbrzmiał ostatnie zdanie, którym mnie przekonał. Czując jak
emocje podnoszą moją temperaturę, przyśpieszyłam, doganiając ich. A cichy głos,
nakazujący mi odłączenie się od nich, uciszyłam, powtarzając sobie, co dzięki
temu zyskam.
Zatrzymał
się przed stromymi schodami, prowadzącymi na wzgórze świątynne w Toshimie.
Świątynia Tensou niegdyś wyłaniała się spomiędzy koron drzew, oświetlana przez
pojedyncze lampiony. Teraz nie przypominała niczym o swoim dawnym pięknie.
Tsuneari
zadarł głowę do góry, dysząc ciężko i próbując złapać oddech. Coś ukłuło go w
serce, gdy pomyślał ile sylwestrów spędził akurat tutaj… i ile nie dane będzie
mu spędzić. Zapatrzył się przez dłuższą chwilę na zgliszcza.
Drzewa
stały w ogniu, a na całej drodze leżały zwłoki ludzi, niektóre naprawdę w złym
stanie, topiąc się w niepotrzebnie przelanych litrach krwi. Wzdrygnął się na
samo wspomnienie wybuchu granatów. Pokręcił głową i po prostu zaczął wchodzić po schodach,
starając omijać się ciała.
-
Jasny gwint – wydusił, gdy stanął na samej górze.
Z
świątyni nie zostało praktycznie nic, a wokół placu świątynnego ziały pustki w
ziemi, wydarte przez niszczycielską siłę broni.
-
Nie ma na to czasu, Tsu – mruknął do siebie i pobiegł w kierunku studni.
Niektórzy
z ludzi jeszcze żyli, dogorywając w ogromnym, otumaniającym bólu. Chłopak nawet
na nich nie spojrzał, obojętny po tylu latach na ludzki ból. Część rannych
błagała o pomoc – inni, którzy już zrozumieli co się dzieje – o śmierć. A on
ich tylko mijał i mijał, zdeterminowany brnął przed siebie.
Gdy
dobiegł do niewielkiej polanki, na której miał spotkać się z Ichigo, stanął jak
wryty. Poczuł tak ogromny, przenikający ból w klatce piersiowej, że kolana się
pod nim ugięły – opadł powoli na ziemię, wpatrując się zrozpaczonymi oczami
przed siebie.
Jedyne
co zostało z tego miejsca to nieduża wyrwa z ziemi i pustka.
To nie może być prawda.
Opadł
ze zrezygnowaniem na pięty, potem oparł czoło o ziemię, kuląc się. Czuł, że
wszystkie nadzieje właśnie umarły, a on stracił każdą najmniejszą drobinkę
swojej siły.
Granat
uderzył tak blisko, że nawet nie istniał cień szansy by zareagować w porę.
Tsuneari
trwał w bezruchu przez dłuższą chwilę. Tym razem nie mógł poradzić sobie z
napływem emocji – ze smutkiem, rozpaczą, przerażeniem, a przede wszystkim tym
wszechogarniającym poczuciem straty. Straty, która nigdy więcej się nie
zapełni.
Wstawaj, Tsu. No dajesz. Nie
możesz tu zostać. Musisz wstać. Jesteś silny. Musisz pomóc Kaminari. Tak jak
mówił Taki. Właśnie. Musisz bronić reszty.
Chłopak
powoli podniósł głowę, patrząc się jeszcze przez chwilę pustymi brązowymi
oczami przed siebie. I wtedy dostrzegł coś, co przyśpieszyło bicie jego serca.
Coś błysnęło w dole.
Zerwał
się na równe nogi, wręcz rzucając ku dołowi. Ręce tak mu się trzęsły z emocji,
że ledwo chwycił naszyjnik. Spojrzał na niego uważnie, a gdy rozpoznał te same
ornamenty, co na truskawce, którą podarował Ichigo, przycisnął pięść z
wisiorkiem do serca.
Dziękuję, pomyślał, po czym padł na
ziemię, na plecy, śmiejąc się w głos. Wiedziałem,
że tak po prostu nie dasz się zabić, Ichi.
Chwilę
później jednak podniósł się, wiedząc, że nie ma czasu do stracenia. Jeśli naszyjnik
był w idealnym stanie, tak samo raczej musiało być z dziewczyną. Spojrzał
wprawnym okiem na dół. To czego nie zobaczył za pierwszym razem dało mu jasną
odpowiedź. Brak jakichkolwiek szczątków, nawet ubrania, brak krwi.
I
świeże ślady butów.
Podniósł
się z mordem w oczach. Nie wiedział kto to był, ale czuł, że powinien znaleźć Ichigo
tak szybko jak się da. Spojrzał przed siebie, zastanawiając się od czego gdzie iść
najpierw. W końcu, biorąc głęboki oddech i oczyszczając umysł, pozwolił prowadzić
się swoim nogom oraz instynktowi.
-
Witamy w Jishin! – wykrzyknął Ryuji, rozkładając szeroko ramiona.
-
Zamknij się! – syknęliśmy we czwórkę prawie w tym samym czasie. Chłopak tylko
odwrócił się do nas na sekundę, pokazując język i otworzył z trzaskiem hotelowe
drzwi. Echo poniosło się niebezpiecznie głośno.
Mimo
iż on miał 100% pewność, że nikogo nie ma, my woleliśmy zachować jakąś dozę
ostrożności. Zwłaszcza, że czarnowłosy nie należał do najbardziej zaufanych
osób.
Mordercy
z Hariken ruszyli za nim, ja jednak przystanęłam jeszcze na chwilę, patrząc się
z oziębłością na budynek. Główna baza Jishin znajdowała się w tym najwyższym,
opuszczonym hotelu. Budowla górowała ponuro nad miastem, w otoczeniu 4 innych,
mniejszych hotelików, połączonych między sobą licznymi kablami i linami.
Uśmiechnęłam
się szelmowsko, przypominając barwne opowieści o ostatnich wyczynach Fumiyi
tutaj. Po chwili przybrałam ponownie poważną minę i weszłam do środka za resztą
moich ‘sprzymierzeńców’.
- Co
się stało z tym światem, że mam moich wrogów za sprzymierzeńców? – mruknęłam pod
nosem, wchodząc do ciepłego lobby hotelowego. Posmutniałam na chwilę, dodając w
myślach: Co się stało, że jestem płatną zabójczynią?
-
Jesteś pewny, że nikogo tu nie ma? – spytał po raz setny Matsuki, patrząc się z
powątpiewaniem na chłopaka.
-
No weźcie! – jęknął zirytowany. – Na serio myślicie, że jakby tu ktoś był, to
pozwoliłby nam tak daleko zajść? – spytał retorycznie, ale widząc nasze miny, przybrał
groźną minę. – Nie lekceważcie Jishin. Nigdy.
-
Jasne, jasne. – mruknął Satoru, przewracając oczami. – Co my tu w ogóle mamy robić,
co? Jakoś nie kręci mnie szperanie w papierach. Liczyłem na jakąś akcję, walkę…
- Żeby najpierw walczyć trzeba zdobyć informacje. – uciął krótko Ryuji. Chłopak
ponownie spoważniał, znów zachowując się tak jak lider. – Dobra, zaczniemy od
początku.
Usiadł
swobodnie na starej recepcji, nakazując nam machnięciem dłoni znalezienie sobie
jakiegoś miejsca do siedzenia. Opadłam na odrapaną, skórzaną sofę wraz z
Suzuko. Może to i dziwne, ale czułyśmy między sobą minimalną nić porozumienia.
-
No więc… - odchrząknął. – Skorzystamy z zbyt wielkiej pewności siebie
Yasuakiego. W jego biurze musi być jeszcze jedna zapasowa kopia planów i
strategii wojennych, o których nie ma pojęcia nikt oprócz niego i Kijuro. –
przypomniał. – No więc pierwszym punktem planu jest znalezienie tego,
rozpracowanie i wtedy… wtedy się pomyśli o dalszej taktyce. – wzruszył nonszalancko
ramionami. – Jakieś pytania?
W
odpowiedzi wstaliśmy, gotowi ruszyć do akcji. Ryuji jednak machnął na mnie i
Suzuko uspokajająco.
-
Wy nie idziecie. – oznajmił, a nim zdążyłam zaprotestować, zaczął ponownie. –
Nie opłaca się iść całą grupą. No i może i wyglądam na idiotę, ale nim nie
jestem. Wypadałoby aby ktoś pilnował nam pleców. – zmrużył oczy, patrząc się na
nas. – Jasne?
-
Jak słońce. – westchnęła dziewczyna i odgoniła ich dłonią. – Tylko szybko.
- Tak, tak. – Ryuji przewrócił oczami. – Dobra, chłopaki. Za mną! – zakrzyknął bojowo,
ale jedynie nacisnął guzik widny. Widząc ich zawiedzione i jednocześnie
wściekłe miny, uniósł brwi do góry. – No co? Myśleliście, że będę zawalać po
schodach? Wolne sobie.
Zdusiłam
śmiech.
Winda
w końcu przyjechała i wsiedli do niej, a ja zastanawiałam się czy zabójcy z
Harikenu nie uduszą czarnowłosego w środku. Spojrzałam kątem oka na dziewczynę –
ona również mi się przyglądała. Po chwili niezręcznej ciszy, obie wybuchłyśmy śmiechem.
Szczerym, z którym uciekały pokłady gromadzącego się stresu.
A w
moim przypadku jeszcze poczucia winy.
~Taki~
Nawet
nie wiedziałem kiedy ten czas uciekał.
W
jednym momencie siedziałem w domu nad książkami, w drugim znalazłem się w
Kaminari, w trzecim w świątyni, w czwartym stałem ze swoim oddziałem, a w
piątym – biegłem na czołowe starcie z Jishin.
Jasny
gwint.
Poczułem
jak Kotaro klepie mnie pocieszająco w plecy. Zacisnąłem zęby, by choć trochę wyglądać
na pewnego siebie, ale i tak w moich szarych oczach krył się, zbyt duży do
ukrycia, niepokój.
Więc
po prostu poprawiłem uchwyt na rękojeści miecza.
Zdążyłem
jeszcze usłyszeć okrzyk Juna, a potem wyczułem ich. Wtedy jeszcze ich nie
widziałem, ale ta wroga rządza mordu wręcz unosiła się w powietrzu. Ułamek
sekundy później wybiegli.
Ostatnie
co zdążyłem zarejestrować to strzała z zieloną lotką, która wbiła się w ramię
kobiety biegnącej na samym czele oddziału. Czyli Ayako tutaj jest.
Ta
myśl w jakiś sposób mnie uspokoiła, gdy wszystkie ciała zlały się w jeden, niekończący
się wir walki. Szczęk stali z początku mnie ogłuszył, ale wyćwiczonym ruchem
odparłem pierwszy atak. W końcu dotarło do mnie, że walka się zaczęła.
Natarłem
z wrzaskiem na wroga.
-
Tu Meiji, odbiór. – rzucił czarnowłosy do odbiornika, zwalniając na chwilę
tempo biegu. Bliźniaczki zrównały się z nim, by słyszeć rozmowę.
-
Odbiór. Tu Koichi. – rozległ się zdyszany głos mężczyzny. – Atakujemy w dwa
oddziały jakąś 40 osobową grupę Jishin. Po tych z Tateyamy ani śladu. Odbiór.
-
Przyjąłem. Jak coś się zmieni, informuj od razu. Bez odbioru. – rzucił do słuchawki
i przełączył na Mako. – Mako, odbiór.
-
Jestem. Atakujemy na razie partyzancko. Około 30 osób. Nie ma tych z Tateyamy.
Bez odbioru. – podała chłodno i od razu zerwała połączenie.
Meiji
zaklął pod nosem, ponownie przyśpieszając. Kobiety podążyły za nim, milcząc. Po
prostu czekały. Meiji wyciągnął telefon z kieszeni i szybko wybrał czyjś numer.
-
Szefie to ty? – spytał od razu Meiji. – Słuchaj… - zaczął streszczać pobieżnie
sytuację. – Jak ktoś z dowództwa się do nas wybiera, to dołączajcie do
Południowego oddziału… Omitsu i Hiroki, tak? To świetnie. – w jego głos
zakradła się ulga. – I jest taki problem… Nie ma nigdzie tych z Tateyamy… My? Szukamy
organu dowodzenia… Fumiya, nie wrzeszcz na mnie! – wykrzyknął do telefonu. –
Wiem, co robię! Bez odbioru, szefie!
Wcisnął
bezceremonialnie komórkę do kieszeni, na co bliźniaczki zachichotały cicho. Na
razie mogły choć na chwilę odetchnąć z ulgą – do teraz obyło się bez ofiar z
ich strony.
-
Meiji, a my wiemy gdzie ich szukać? – zagadnęła Miyako.
-
Nie.
-
Nie?
Mężczyzna
westchnął.
-
Jak znajdziemy, to będziemy wiedzieć.
Czekając
na innych, cisza może być męcząca najbardziej ze wszystkich rzeczy. A tutaj nawet nie było głupiego cykania zegara. Jedynie ten niepokojący spokój, w
którym każdy dźwięk był okropnie głośny.
Dlatego
nie zdziwiłam się, gdy Suzuko spróbowała rozpocząć rozmowę.
Jeśli
mam być szczera, bardzo dobrze się z nią rozmawia. Owszem gada strasznie niecenzuralnie,
ale przynajmniej na normalne tematy. No, takie w miarę normalne.
-
Nie wierzę. – mruknęłam.
- A
kiedy to prawda! – żachnęła się. Dyskutowałyśmy o jakiejś ich starej misji, ale
nawet nie wiedziałam o czym. Suzuko po chwili wybuchła śmiechem. – Nie spodziewałam
się, że będę z tobą tak naturalnie rozmawiać, Ichigo. Zazwyczaj się nie
spoufalam. To chyba przez to, że nie gadałam z rówieśniczkami od wieków… - w
jej bursztynowych oczach pojawił się cień melancholii. – Ale kiedy to się
wszystko skończy, znów będziemy wrogami.
-
Albo będę leżeć obok ciebie w grobie, jako sojuszniczka. – zauważyłam.
Popatrzyłyśmy
się na siebie poważnie, ale po chwili zaczęłyśmy się śmiać.
Trójka
chłopaków spędzała już prawie 2 kwadrans na kartkowaniu dokumentów i układaniu
ich w taki sam sposób jak leżały wcześniej. Nawet jak Ryuji zapewnił, że
Igarashi tak czy siak nie będzie pamiętał jak to leżało.
W
końcu Matsuki zakrzyknął zwycięsko.
-
Mam to! – zaśmiał się, wymachując plikiem papierów. – Chyba.
Ryuji
westchnął z ulgą i podszedł do brązowowłosego. Wziął dokumenty do ręki i zaczął
je pobieżnie czytać. Z każdym kolejnym zdaniem szelmowski uśmiech na jego
ustach się poszerzał.
- Mamy to. – potwierdził, przybijając z
Matsukim żółwika. – Satoru, zostaw to i chodźmy. Musimy jeszcze to przestudiować,
a tam gdzieś się mordują.
Chłopak
jakby tego nie usłyszał, cały czas grzebiąc przy biurku Igarashiego.
-
Satoru…
Zabójca
uniósł głowę nad blat i nakazał skinięciem głowy by czarnowłosy do niego
podszedł. Ryuji wzruszył ramionami i podszedł do kolegi, mamrocząc coś pod
nosem. Blondyn podał mu jakąś teczkę.
-
Weź na to spójrz. Wygląda podejrzanie.
-
Satoru, tu wszystko wygląda… - zaczął podirytowany chłopak, ale gdy przeczytał
nagłówek, rozszerzył złote oczy ze zdziwienia. Odrzucił kilka kartek i zaczął
bardzo szybko czytać.
Matsuki
i Satoru rzucili sobie pytające spojrzenia, ale nie odezwali się ani słowem,
licząc że Ryuji sam im to wytłumaczy. Jednakże chłopak czytał już, którąś
kartkę z kolei, a oni stali tu jak kołki.
- Em… Ryuji… - zagaił Satoru. – Co to jest, tak w ogóle?
Czarnowłosy
drgnął i posłał im bardzo niepokojący uśmiech.
-
To jest, moi drodzy, nasz plan B.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz