28 listopada 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 34

Rozdział 34


     Niebo powoli się rozjaśniało, przybierając szarawy odcień. Przenikliwy wiatr raz wzmagał się, raz uspokajał. W całej dzielnicy panowała martwa cisza, zmącona zdenerwowanymi oddechami i rytmem szybko bijących serc.
     Meiji stał pośrodku drogi na wysepce. Z rękoma skrzyżowanymi na piersi patrzył się uporczywie przed siebie, mrużąc oczy. Piwne tęczówki błyskały nieprzyjaźnie, chcąc jakby ostrzec wrogów przed oficjalnym atakiem. Czarne włosy były targane przez wiatr, tak samo jak rozpięta kurtka. Przez emocje odczuwał gorąc, ale musiał zachować spokój.
      Rudowłosa podeszła do niego cicho, kładąc mu delikatnie dłoń na ramieniu.   Mężczyzna nawet nie drgnął, nie spuszczając z oczu drogi, spowitej delikatną mgłą poranka. Kobieta potrząsnęła nim lekko.
      - Dochodzi za pięć piąta. – oznajmiła chłodno. – Musisz nas już przegrupować. – gdy mężczyzna nadal wpatrywał się w dal, potrząsnęła nim trochę mocniej. – Meiji.
      - Wiem. – westchnął i odwrócił się powoli. – Za mną.
      Ruszył w stronę zabójców. Ludzie siedzieli w grupkach, ale nie śmieli nawet szeptać między sobą. Poprawiali stroje tak by nic im nie zawadzało, czyścili bronie lub po prostu usiłowali się uspokoić. Na dźwięk kroków lidera, podnieśli głowy, oczekując w napięciu na rozkazy.
      Meiji stanął tylko po środku i przywołał gestem swoich przyjaciół. Jun i Koichi spojrzeli po sobie niepewnie, ale podeszli do czarnowłosego. Mako stanęła obok nich, patrząc się na lidera zwykłym, beznamiętnym wzrokiem.
      - Ilu mamy ludzi? – spytał już któryś raz z kolei.
      - 34 – odparła kobieta. – Oczywiście bez dowództwa, oddziału strzelniczego, nas i dzieciaków. – dodała.
     Meiji pokręcił głową, przeczesując z konsternacją włosy palcami. Wyglądał na zdesperowanego, wręcz czując miażdżącą przewagę wroga. Samych morderców z Tateyamy było prawie tyle samo co ich. W końcu wziął głęboki oddech, prostując się.
      - Jun, Koichi. Bierzecie po 11 ludzi i ruszacie na Zachodnią część. Spróbujemy ich okrążyć. – rozkazał, kiwając głową w stronę tłumu. Mężczyźni zasalutowali bez pytania i podeszli do Kaminari, grupując ludzi. – Mako, ty weźmiesz 10. I ruszysz na Południową część. Przepraszam. – dodał na końcu, spuszczając wzrok.
     Kobieta jedynie przekrzywiła głową, zupełnie ignorując ostatnie słowo.
      - Zostaje dwójka. I ty. – zauważyła, patrząc się na niego intensywnie.
      - Biorę Miyako i Miyoko. Spróbujemy dotrzeć do organu ich dowodzenia.
      - To szaleństwo.
      - To wojna – odparł chłodno i wyminął ją, idąc w stronę oddziałów. – Nie mamy czasu.
      - Wiem. – szepnęła niedosłyszalnie. – Uwierz mi, że wiem.
      Podbiegła na czoło swojego oddziału, od razu mówiąc coś do ludzi. Podniósł się cichy gwar. Meiji stanął trochę z boku, rozmawiając przez krótkofalówkę. Podał zwięzłe wytyczne i wystąpił do przodu, unosząc dłoń do góry, by uciszyć wszystkich.
      Zapanowała cisza pełna napięcia.
      - Nie mamy czasu na wyniosłe gadki czy przemowy. Macie po prostu nie dać się zabić. – spojrzał przelotnie na zegarek, który niemiłosiernie szybko odliczał czas. – Dobra, ruszajcie!
      Trzy grupki rozbiegły się w pośpiechu, kierując we wcześniej wyznaczone miejsca. Tupot nóg przerwał martwą ciszę, lecz napięcie tylko się zwiększało, by wybuchnąć przy pierwszym skrzyżowanym ostrzu. 
      Meiji wziął głęboki oddech, czując jak dreszcz podniecenia przebiega po jego plecach. Instynkt zabójcy można wyciszyć. Można nawet go zignorować. Ale pozostanie w człowieku do końca. I zawsze się przebudzi.
     Machnął na dziewczyny rękoma i skierowali się w boczne uliczki.

     W opuszczonym biurze stał ozdobny zegar, który teraz cykał w ciszy. Kilka krzeseł było przewróconych, łącznie z walającymi się po podłodze papierami, które musieli strącić ludzie, uciekający w popłochu po nadaniu ogłoszenia o ewakuacji. Biuro nie wyglądało na nieużytkowane w Nowy Rok.
      Budynek był nowoczesny – oszklone okna stanowiły idealny punkt obserwacyjny jak i strzelniczy, zwłaszcza, że szkło zostało przyciemnione, a pajęcze sieci pęknięć rozmywały łuczników.
      - Dobra, za minutę będzie piąta. – oznajmił szeptem Natsu. – Na miejsca.
     Ayako przełknęła ślinę i usiadła na biurku podsuniętym pod okno. Spojrzała z niepokojem na zabarykadowane drzwi – tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś postanowił tutaj niespodziewanie wpaść i ich wszystkich zamordować. Bo w końcu taka barykada powstrzyma wszystko i wszystkich.
      Dziewczyna zbladła, ale od razu potrząsnęła głową, przybierając poważny wyraz twarzy. Nie było czasu by zadręczać się czarnymi myślami. Wzięła głęboki oddech, odsuwając od siebie wszystko – Ichigo, Tsu, a szczególnie Takiego, który teraz biegł, z którymś oddziałem. Z dala od niej.
      - Uwaga. Nasi biegną – szepnął Natsu. – Przygotować się.  
     Ayako ścisnęła łuk  w dłoni, napinając cięciwę i celując gdzieś przed siebie. Z ulgą stwierdziła, że nawet nie drży. Uścisk w jej sercu choć trochę zelżał. W Kaminari nie można było narzekać na brak szermierzy, ale na łuczników – owszem. Ona, Natsu i Kato byli połową wykwalifikowanych pod tym względem. I musieli kryć całą zachodnią część.
     Spojrzała kątem oka na zegar. 10 sekund.
     Strzelaj, gdy jesteś pewna, że trafisz wroga, powtórzyła po raz setny w myślach.  
     5 sekund.
     Malutki oddział dowodzony przez Juna wybiegł zza zakrętu, a Ayako poczuła nieprzyjemny dreszcz. Myślała, że jej serce zatrzyma się przez to oczekiwanie na atak, ale czuła, że uderzą równo o piątej.
    Trzy.
     Dwa.
    Jeden. 
    W kolejnej sekundzie nic się nie zdarzyło. Ale w następnej stało się wszystko.
     Jishin wypadł z kilku ulic na raz, od razu formując się w jedną grupę. Dziewczyna zdążyła usłyszeć dwa bojowe krzyki, które przyprawiły ją dreszcz. Pierwszy i ostatni. Poczuła jak czas zwalnia, a ona mimowolnie się uspokaja. Wycelowała z mordem w oczach w jakiegoś mężczyznę.
     Z drżącym wydechem wypuściła strzałę, która pomknęła wraz z dwiema innymi w stronę wrogów. Jedna chybiła, dwie trafiły w miarę celnie. Chwilę później wśród ciszy opustoszałej dzielnicy rozległ się najokropniejszy szczęk mieczy jaki brązowowłosa usłyszała w całym swoim życiu.
    Wyciągnęła z kołczanu kolejną strzałę i nałożyła z chłodną precyzją na cięciwę, starając się patrzeć się na lejącą się wszędzie krew.
     Strzała poleciała, rozdzierając powietrze, a złowróżbny świst zagłuszyła walka.

     Ryuji stanął na gzymsie i rozkładając szeroko ręce, pozwolił by wiatr smagał go po twarzy, rozburzając włosy i powiewając kurtką. Uśmiechał się zwycięsko, choć prawdziwa bitwa dopiero się rozpoczęła – na dodatek daleko stąd.
     Spojrzałam w dal, tam gdzie prawdopodobnie moi przyjaciele walczyli i ginęli. Za moim wzrokiem podążyli również zabójcy z Harikenu, czekając ze znudzeniem na rozkazy Ryujiego. Choć ten człowiek był cholernie irytujący, umiał myśleć.
     - To chyba najdziwniejsza drużyna w jakiejkolwiek byłam – mruknęła Suzuko, przerywając ciszę. Rzuciłam jej krótkie spojrzenie, parskając pod nosem. 
     - Nie musisz dziękować. – zaśmiał się Ryuji. Obrócił się na pięcie, nadal balansując na krawędzi. – Czemu wyglądacie na takich znudzonych, co?
    - Może dlatego, że sterczymy na jakimś dachu jak idioci? – rzucił sarkastycznie Satoru, patrząc się na zabójcę spode łba.
    - To dla epickości – Ryuji wzruszył ramionami, zeskakując z gzymsu. Wyglądał jakby świetnie się bawił.
     - Posłuchaj mnie, Ryuji… - warknęłam, zaciskając dłonie w pięści. – Gdzieś tam walczy moja organizacja, a ja biorę udział w jakimś cholernym planie, nie pomagając im. Jeśli mamy tak… - gniew potęgował się z każdym kolejnym słowem, ale Ryuji wydawał się być tym nie wzruszony.
     - W ogóle się na tym nie znacie – zacmokał niezadowolony. – Nie czujecie tej władzy? – uniósł pięść do góry, uśmiechając się przy tym szelmowsko.  – Przecież teraz my wszystko możemy kontrolować! Możemy zmienić bieg tej wojny! Nie… Możemy zmienić całe Podziemie Japonii!!! – wykrzyknął entuzjastycznie.
     Patrzyłam się na niego, wraz w rodzeństwem z totalnym ogłupieniem na twarzach. Byłam pewna, że on po prostu sobie z nas żartuje i za chwilę ogarnie się i przejdzie do rzeczy. Inaczej zrobię mu coś bardzo, bardzo złego.
      Ale wygląda na to, że Matsuki z chęcią mnie wyprzedzi.
      - Kuno… - zaśmiał się przez zęby, usiłując nie wybuchnąć gniewem. – Czy ty wiesz ile my ryzykujemy teraz? Jeśli Hariken się dowie… Jesteśmy martwi. – wysyczał nienawistnie. – Ostrzegam cię… Jeśli nie masz planu, osobiście zrzucę cię z tego dachu…
     - Bez ryzyka nie ma zabawy! – roześmiał się Ryuji.
     Ale gdy Matsuki położył dłoń na rękojeści miecza, chłopak podbiegł do niego i zaczął się z nim siłować, by ponownie schował broń do pochwy.
     - Matsuki, przyjacielu, spokojnie, spokojnie… - zaśmiał się.
     - Tak czy siak, wszyscy zginiemy… - mruknął Satoru.
     Ryuji w końcu upewnił się, że nie zostanie zaatakowany przez brązowowłosego i stanął naprzeciwko nas, przybierając znów szelmowski uśmiech, a oczy błysnęły złowróżbnie.
     - Nim ruszymy do akcji, muszę was w czymś uświadomić. – odkaszlnął. – Yasuaki przydzielił mnie do grupy specjalnej, wraz z 7 innymi osobami. Teraz oddział zmniejszył się do sześciu osób, bo mnie ‘wysłali na zwiady’, a Shigeo dowodzi tymi z Tateyamy. – przewrócił oczami. – Oczywiście to dlatego, że szefuńcio nigdy do końca mi nie zaufał. No i słusznie.
      - A co niby z tego wynika? – Suzuko skrzyżowała ręce na piersi, tupiąc ze zniecierpliwienia nogą.
      - A to, że mimo iż mi nie ufa, przydzielił mnie do tych specjalnych. Więc automatycznie nie mógł zatajać przede mną planów.
      Poczułam jak kąciki moich ust wędrują do góry, układając się w przebiegły uśmieszek. Spojrzałam kątem oka na resztę – oni również posyłali sobie porozumiewawcze spojrzenia.
      - Dlatego też wiem… - ciągnął dalej Ryuji, wyraźnie zadowolony z naszej reakcji. – Że nikogo nie będzie w organizacji podczas tych potyczek.
      - Interesujące… - mruknęłam, czując dreszcz podniecenia.
      Chłopak posłał mi elektryzujące spojrzenie.
      - Czy cel naszej pierwszej misji jest już dla was jasny? – zapytał kpiąco, ale rozszerzył uśmiech na widok wyciąganych broni, gotowych do walki. – A podobno to dla was zbyt ryzykowne…
     Matsuki zmierzył go morderczym spojrzeniem.
     - Skoro masz tak cholernie dokładne informacje, zgaduję, że zatuszujesz nasz udział w tym. – rzucił.
     - Jeśli się uda. – podkreślił czarnowłosy. Dziewczyna drgnęła i spojrzała na niego z ukosa.
     - A jeśli nie? – zapytała z powątpiewaniem.
    Ryuji popukał się kilka razy w brodę, analizując prawdopodobny rozwój wypadków. Przewróciłam oczami, kręcąc przy tym głową. Jakoś przeczuwałam co powie, po takim ‘budowaniu napięcia’.
     - Hmm… Jeśli nie… - spojrzał na nas luźno, z lekkim uśmiechem. – Jeśli nie, to wszyscy będziemy martwi.
     Cała nasza czwórka zgodnie westchnęła, jakbyśmy w ogóle nie byli z wrogich organizacji. Czułam się z tym nienaturalnie. Powinnam wzdychać tak z Tsu, Ayako, Takim… i Tokajim.
      Na myśl o czarnowłosych mimowolnie zacisnęłam zęby.
      Nienawidzę cię.
      Potrząsnęłam głową, starając odgonić od siebie słowa chłopaka.
      - No dobra, ludzie! – zawołał Ryuji. – Czas ruszać!
      Nie mając za bardzo wyboru poszłam za nimi. Trzymałam się z tyłu, bijąc się myślami. Przede mną szli przedstawicie wrogich organizacji. A ja jestem z nimi w sojuszu.
      Chyba pierwszym takim w historii, przemknęło mi przez myśl. Czy kiedykolwiek wcześniej te 3 organizacje współpracowały ze sobą?
      Ichigo, to nie współpraca. To bardziej szantaż.
      W głowie znów rozbrzmiał ostatnie zdanie, którym mnie przekonał. Czując jak emocje podnoszą moją temperaturę, przyśpieszyłam, doganiając ich. A cichy głos, nakazujący mi odłączenie się od nich, uciszyłam, powtarzając sobie, co dzięki temu zyskam.

     Zatrzymał się przed stromymi schodami, prowadzącymi na wzgórze świątynne w Toshimie. Świątynia Tensou niegdyś wyłaniała się spomiędzy koron drzew, oświetlana przez pojedyncze lampiony. Teraz nie przypominała niczym o swoim dawnym pięknie.
     Tsuneari zadarł głowę do góry, dysząc ciężko i próbując złapać oddech. Coś ukłuło go w serce, gdy pomyślał ile sylwestrów spędził akurat tutaj… i ile nie dane będzie mu spędzić. Zapatrzył się przez dłuższą chwilę na zgliszcza.
      Drzewa stały w ogniu, a na całej drodze leżały zwłoki ludzi, niektóre naprawdę w złym stanie, topiąc się w niepotrzebnie przelanych litrach krwi. Wzdrygnął się na samo wspomnienie wybuchu granatów. Pokręcił głową i  po prostu zaczął wchodzić po schodach, starając omijać się ciała.
      - Jasny gwint – wydusił, gdy stanął na samej górze.
      Z świątyni nie zostało praktycznie nic, a wokół placu świątynnego ziały pustki w ziemi, wydarte przez niszczycielską siłę broni.
      - Nie ma na to czasu, Tsu – mruknął do siebie i pobiegł w kierunku studni.
     Niektórzy z ludzi jeszcze żyli, dogorywając w ogromnym, otumaniającym bólu. Chłopak nawet na nich nie spojrzał, obojętny po tylu latach na ludzki ból. Część rannych błagała o pomoc – inni, którzy już zrozumieli co się dzieje – o śmierć. A on ich tylko mijał i mijał, zdeterminowany brnął przed siebie.
      Gdy dobiegł do niewielkiej polanki, na której miał spotkać się z Ichigo, stanął jak wryty. Poczuł tak ogromny, przenikający ból w klatce piersiowej, że kolana się pod nim ugięły – opadł powoli na ziemię, wpatrując się zrozpaczonymi oczami przed siebie.
      Jedyne co zostało z tego miejsca to nieduża wyrwa z ziemi i pustka.
      To nie może być prawda.
      Opadł ze zrezygnowaniem na pięty, potem oparł czoło o ziemię, kuląc się. Czuł, że wszystkie nadzieje właśnie umarły, a on stracił każdą najmniejszą drobinkę swojej siły.
      Granat uderzył tak blisko, że nawet nie istniał cień szansy by zareagować w porę.
       Tsuneari trwał w bezruchu przez dłuższą chwilę. Tym razem nie mógł poradzić sobie z napływem emocji – ze smutkiem, rozpaczą, przerażeniem, a przede wszystkim tym wszechogarniającym poczuciem straty. Straty, która nigdy więcej się nie zapełni.
      Wstawaj, Tsu. No dajesz. Nie możesz tu zostać. Musisz wstać. Jesteś silny. Musisz pomóc Kaminari. Tak jak mówił Taki. Właśnie. Musisz bronić reszty.
     Chłopak powoli podniósł głowę, patrząc się jeszcze przez chwilę pustymi brązowymi oczami przed siebie. I wtedy dostrzegł coś, co przyśpieszyło bicie jego serca. Coś błysnęło w dole.
     Zerwał się na równe nogi, wręcz rzucając ku dołowi. Ręce tak mu się trzęsły z emocji, że ledwo chwycił naszyjnik. Spojrzał na niego uważnie, a gdy rozpoznał te same ornamenty, co na truskawce, którą podarował Ichigo, przycisnął pięść z wisiorkiem do serca.
      Dziękuję, pomyślał, po czym padł na ziemię, na plecy, śmiejąc się w głos. Wiedziałem, że tak po prostu nie dasz się zabić, Ichi.
     Chwilę później jednak podniósł się, wiedząc, że nie ma czasu do stracenia. Jeśli naszyjnik był w idealnym stanie, tak samo raczej musiało być z dziewczyną. Spojrzał wprawnym okiem na dół. To czego nie zobaczył za pierwszym razem dało mu jasną odpowiedź. Brak jakichkolwiek szczątków, nawet ubrania, brak krwi.
     I świeże ślady butów.
     Podniósł się z mordem w oczach. Nie wiedział kto to był, ale czuł, że powinien znaleźć Ichigo tak szybko jak się da. Spojrzał przed siebie, zastanawiając się od czego gdzie iść najpierw. W końcu, biorąc głęboki oddech i oczyszczając umysł, pozwolił prowadzić się swoim nogom oraz instynktowi.

      - Witamy w Jishin! – wykrzyknął Ryuji, rozkładając szeroko ramiona.
      - Zamknij się! – syknęliśmy we czwórkę prawie w tym samym czasie. Chłopak tylko odwrócił się do nas na sekundę, pokazując język i otworzył z trzaskiem hotelowe drzwi. Echo poniosło się niebezpiecznie głośno.
      Mimo iż on miał 100% pewność, że nikogo nie ma, my woleliśmy zachować jakąś dozę ostrożności. Zwłaszcza, że czarnowłosy nie należał do najbardziej zaufanych osób.
       Mordercy z Hariken ruszyli za nim, ja jednak przystanęłam jeszcze na chwilę, patrząc się z oziębłością na budynek. Główna baza Jishin znajdowała się w tym najwyższym, opuszczonym hotelu. Budowla górowała ponuro nad miastem, w otoczeniu 4 innych, mniejszych hotelików, połączonych między sobą licznymi kablami i linami.
       Uśmiechnęłam się szelmowsko, przypominając barwne opowieści o ostatnich wyczynach Fumiyi tutaj. Po chwili przybrałam ponownie poważną minę i weszłam do środka za resztą moich ‘sprzymierzeńców’.
       - Co się stało z tym światem, że mam moich wrogów za sprzymierzeńców? – mruknęłam pod nosem, wchodząc do ciepłego lobby hotelowego. Posmutniałam na chwilę, dodając w myślach: Co się stało, że jestem płatną zabójczynią?
      - Jesteś pewny, że nikogo tu nie ma? – spytał po raz setny Matsuki, patrząc się z powątpiewaniem na chłopaka.
      - No weźcie! – jęknął zirytowany. – Na serio myślicie, że jakby tu ktoś był, to pozwoliłby nam tak daleko zajść? – spytał retorycznie, ale widząc nasze miny, przybrał groźną minę. – Nie lekceważcie Jishin. Nigdy.
      - Jasne, jasne. – mruknął Satoru, przewracając oczami. – Co my tu w ogóle mamy robić, co? Jakoś nie kręci mnie szperanie w papierach. Liczyłem na jakąś akcję, walkę…
      - Żeby najpierw walczyć trzeba zdobyć informacje. – uciął krótko Ryuji. Chłopak ponownie spoważniał, znów zachowując się tak jak lider. – Dobra, zaczniemy od początku.
      Usiadł swobodnie na starej recepcji, nakazując nam machnięciem dłoni znalezienie sobie jakiegoś miejsca do siedzenia. Opadłam na odrapaną, skórzaną sofę wraz z Suzuko. Może to i dziwne, ale czułyśmy między sobą minimalną nić porozumienia.
      - No więc… - odchrząknął. – Skorzystamy z zbyt wielkiej pewności siebie Yasuakiego. W jego biurze musi być jeszcze jedna zapasowa kopia planów i strategii wojennych, o których nie ma pojęcia nikt oprócz niego i Kijuro. – przypomniał. – No więc pierwszym punktem planu jest znalezienie tego, rozpracowanie i wtedy… wtedy się pomyśli o dalszej taktyce. – wzruszył nonszalancko ramionami. – Jakieś pytania?
      W odpowiedzi wstaliśmy, gotowi ruszyć do akcji. Ryuji jednak machnął na mnie i Suzuko uspokajająco.
      - Wy nie idziecie. – oznajmił, a nim zdążyłam zaprotestować, zaczął ponownie. – Nie opłaca się iść całą grupą. No i może i wyglądam na idiotę, ale nim nie jestem. Wypadałoby aby ktoś pilnował nam pleców. – zmrużył oczy, patrząc się na nas. – Jasne?
      - Jak słońce. – westchnęła dziewczyna i odgoniła ich dłonią. – Tylko szybko.
      - Tak, tak. – Ryuji przewrócił oczami. – Dobra, chłopaki. Za mną! – zakrzyknął bojowo, ale jedynie nacisnął guzik widny. Widząc ich zawiedzione i jednocześnie wściekłe miny, uniósł brwi do góry. – No co? Myśleliście, że będę zawalać po schodach? Wolne sobie.
      Zdusiłam śmiech.
      Winda w końcu przyjechała i wsiedli do niej, a ja zastanawiałam się czy zabójcy z Harikenu nie uduszą czarnowłosego w środku. Spojrzałam kątem oka na dziewczynę – ona również mi się przyglądała. Po chwili niezręcznej ciszy, obie wybuchłyśmy śmiechem. Szczerym, z którym uciekały pokłady gromadzącego się stresu.
       A w moim przypadku jeszcze poczucia winy.

~Taki~
       Nawet nie wiedziałem kiedy ten czas uciekał.
       W jednym momencie siedziałem w domu nad książkami, w drugim znalazłem się w Kaminari, w trzecim w świątyni, w czwartym stałem ze swoim oddziałem, a w piątym – biegłem na czołowe starcie z Jishin.
       Jasny gwint.
       Poczułem jak Kotaro klepie mnie pocieszająco w plecy. Zacisnąłem zęby, by choć trochę wyglądać na pewnego siebie, ale i tak w moich szarych oczach krył się, zbyt duży do ukrycia, niepokój.
       Więc po prostu poprawiłem uchwyt na rękojeści miecza.
       Zdążyłem jeszcze usłyszeć okrzyk Juna, a potem wyczułem ich. Wtedy jeszcze ich nie widziałem, ale ta wroga rządza mordu wręcz unosiła się w powietrzu. Ułamek sekundy później wybiegli.
       Ostatnie co zdążyłem zarejestrować to strzała z zieloną lotką, która wbiła się w ramię kobiety biegnącej na samym czele oddziału. Czyli Ayako tutaj jest.
       Ta myśl w jakiś sposób mnie uspokoiła, gdy wszystkie ciała zlały się w jeden, niekończący się wir walki. Szczęk stali z początku mnie ogłuszył, ale wyćwiczonym ruchem odparłem pierwszy atak. W końcu dotarło do mnie, że walka się zaczęła.
       Natarłem z wrzaskiem na wroga.

       - Tu Meiji, odbiór. – rzucił czarnowłosy do odbiornika, zwalniając na chwilę tempo biegu. Bliźniaczki zrównały się z nim, by słyszeć rozmowę.
       - Odbiór. Tu Koichi. – rozległ się zdyszany głos mężczyzny. – Atakujemy w dwa oddziały jakąś 40 osobową grupę Jishin. Po tych z Tateyamy ani śladu. Odbiór.
       - Przyjąłem. Jak coś się zmieni, informuj od razu. Bez odbioru. – rzucił do słuchawki i przełączył na Mako. – Mako, odbiór.
      - Jestem. Atakujemy na razie partyzancko. Około 30 osób. Nie ma tych z Tateyamy. Bez odbioru. – podała chłodno i od razu zerwała połączenie.
      Meiji zaklął pod nosem, ponownie przyśpieszając. Kobiety podążyły za nim, milcząc. Po prostu czekały. Meiji wyciągnął telefon z kieszeni i szybko wybrał czyjś numer.
      - Szefie to ty? – spytał od razu Meiji. – Słuchaj… - zaczął streszczać pobieżnie sytuację. – Jak ktoś z dowództwa się do nas wybiera, to dołączajcie do Południowego oddziału… Omitsu i Hiroki, tak? To świetnie. – w jego głos zakradła się ulga. – I jest taki problem… Nie ma nigdzie tych z Tateyamy… My? Szukamy organu dowodzenia… Fumiya, nie wrzeszcz na mnie! – wykrzyknął do telefonu. – Wiem, co robię! Bez odbioru, szefie!
      Wcisnął bezceremonialnie komórkę do kieszeni, na co bliźniaczki zachichotały cicho. Na razie mogły choć na chwilę odetchnąć z ulgą – do teraz obyło się bez ofiar z ich strony.
      - Meiji, a my wiemy gdzie ich szukać? – zagadnęła Miyako.
      - Nie.
      - Nie?
      Mężczyzna westchnął.
      - Jak znajdziemy, to będziemy wiedzieć.

      Czekając na innych, cisza może być męcząca najbardziej ze wszystkich rzeczy. A tutaj nawet nie było głupiego cykania zegara. Jedynie ten niepokojący spokój, w którym każdy dźwięk był okropnie głośny.
       Dlatego nie zdziwiłam się, gdy Suzuko spróbowała rozpocząć rozmowę.
       Jeśli mam być szczera, bardzo dobrze się z nią rozmawia. Owszem gada strasznie niecenzuralnie, ale przynajmniej na normalne tematy. No, takie w miarę normalne.
       - Nie wierzę. – mruknęłam.
       - A kiedy to prawda! – żachnęła się. Dyskutowałyśmy o jakiejś ich starej misji, ale nawet nie wiedziałam o czym. Suzuko po chwili wybuchła śmiechem. – Nie spodziewałam się, że będę z tobą tak naturalnie rozmawiać, Ichigo. Zazwyczaj się nie spoufalam. To chyba przez to, że nie gadałam z rówieśniczkami od wieków… - w jej bursztynowych oczach pojawił się cień melancholii. – Ale kiedy to się wszystko skończy, znów będziemy wrogami.
        - Albo będę leżeć obok ciebie w grobie, jako sojuszniczka. – zauważyłam.  
        Popatrzyłyśmy się na siebie poważnie, ale po chwili zaczęłyśmy się śmiać.

       Trójka chłopaków spędzała już prawie 2 kwadrans na kartkowaniu dokumentów i układaniu ich w taki sam sposób jak leżały wcześniej. Nawet jak Ryuji zapewnił, że Igarashi tak czy siak nie będzie pamiętał jak to leżało.
        W końcu Matsuki zakrzyknął zwycięsko.
         - Mam to! – zaśmiał się, wymachując plikiem papierów. – Chyba.
         Ryuji westchnął z ulgą i podszedł do brązowowłosego. Wziął dokumenty do ręki i zaczął je pobieżnie czytać. Z każdym kolejnym zdaniem szelmowski uśmiech na jego ustach się poszerzał.
         - Mamy to. – potwierdził, przybijając z Matsukim żółwika. – Satoru, zostaw to i chodźmy. Musimy jeszcze to przestudiować, a tam gdzieś się mordują.
        Chłopak jakby tego nie usłyszał, cały czas grzebiąc przy biurku Igarashiego.
        - Satoru…
        Zabójca uniósł głowę nad blat i nakazał skinięciem głowy by czarnowłosy do niego podszedł. Ryuji wzruszył ramionami i podszedł do kolegi, mamrocząc coś pod nosem. Blondyn podał mu jakąś teczkę.
        - Weź na to spójrz. Wygląda podejrzanie.
        - Satoru, tu wszystko wygląda… - zaczął podirytowany chłopak, ale gdy przeczytał nagłówek, rozszerzył złote oczy ze zdziwienia. Odrzucił kilka kartek i zaczął bardzo szybko czytać.
        Matsuki i Satoru rzucili sobie pytające spojrzenia, ale nie odezwali się ani słowem, licząc że Ryuji sam im to wytłumaczy. Jednakże chłopak czytał już, którąś kartkę z kolei, a oni stali tu jak kołki.
        - Em… Ryuji… - zagaił Satoru. – Co to jest, tak w ogóle?
        Czarnowłosy drgnął i posłał im bardzo niepokojący uśmiech.

        - To jest, moi drodzy, nasz plan B. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz