Rozdział 39
Chłopak
schodził po schodach jak najdelikatniej, starając się za bardzo nie trzęść
dziewczyną. Kiedy potknął się i prawie spadł, spojrzał z przestrachem na Ayako.
Dziewczyna nawet nie drgnęła, wpatrując się pustym wzrokiem przed siebie. Tsuneari
wziął głęboki wdech i poniósł ją dalej. Czuł, że jedyne co teraz może pomóc
Ayako to czas.
Drzwi
do gabinetu lekarza były uchylone, więc Tsuneari otworzył je stopą, zaglądając
ze spokojnym zaciekawieniem do środka. Ryutaro biegał w te i we w te, rozczochrany
i wyraźnie zestresowany. Rzucił się w kierunku regału zawalonego różnymi
papierami i tylko w sobie wiadomy sposób chwycił od razu jakiś segregator,
przekartkował go szybko. Kiwnął do siebie głową, podbiegł do zawalonego biurka
i naskrobał coś na kartce, po czym zaczął otwierać po kolei kilka szuflad. Nim
jednak znalazł czego szukał, spojrzał gwałtownie w stronę drzwi i wzdrygnął
się.
-
Jasny gwint, dostanę kiedyś przez ciebie zawału… - jęknął, przyglądając się
chłopakowi, szukając automatycznie jakichś obrażeń. Po sekundzie przeniósł
wzrok na Ayako i gwałtownie zbladł. – O nie.
Tsuneari
spojrzał mu krótko w oczy i posadził dziewczynę na klozetce. Ayako nawet nie
drgnęła, zostając we wcześniejszej pozycji. Chłopak otworzył usta, ale z jego
gardła nie wydobyło się żadne słowo. Zacisnął mocno zęby i odciągnął Ryutaro w
przeciwległy kąt pokoju.
-
O mój Boże, o mój Boże… - powtarzał w szoku medyk. – Słyszałem wybuch, ale
Fumiya powiedział, że mam zostać na wypadek, gdyby potrzeba było lekarza. – wytłumaczył
szybko, wplatając palce we włosy. – O mój Boże… Błagam powiedz, że to nie on…
W
odpowiedzi Tsuneari zwinął dłonie w pięści, odwracając wzrok.
Ryutaro
tak dobrze znając przyjaciela zrozumiał od razu. Jego dłoń wypuściła orzechowe
włosy i zakryła na chwilę oczy. Lekarz przygryzał przez moment wargę, ale po
chwili uśmiechnął się smutno i odsłonił twarz.
-
Tsuneari. – powiedział kojąco, kładąc chłopakowi dłoń na ramieniu. – Uspokój
się. Wszystko jakoś się ułoży. – potrząsnął nim lekko.
Brązowowłosy
spojrzał na niego z powątpiewaniem, ale skinął delikatnie głową. Posyłał
zmartwione spojrzenia w kierunku Ayako, która siedziała w bezruchu, wpatrując
się w przestrzeń. Ryutaro pobiegł wzrokiem w jej kierunku i poczuł ukłucie w
sercu. Widzieć tą żywą i wygadaną dziewczynę w takim stanie było bolesne.
Widząc
milczące rozdarcie Tsuneariego, położył drugą dłoń na jego ramieniu, obracając
chłopaka do siebie, zmuszając by ten w końcu na niego spojrzał.
-
Nic jej się nie stanie, Tsuneari. – powiedział powoli Ryutaro. – Zostanie
tutaj, nie pozwolę jej w takim stanie walczyć. Jasne? Wszystko będzie dobrze…
-
Nie będzie. – przerwał mu szorstko, odzywając się po raz pierwszy od wejścia do
gabinetu.
-
Tsuneari… - zaczął lekarz jeszcze raz, ale urwał i spojrzał na przyjaciela
pytająco. – A gdzie Ichigo?
Tsuneari
drgnął słysząc jej imię i spojrzał ze zdziwieniem na Ryutaro.
-
Poszła walczyć. Zaraz do niej idę. – odpowiedział krótko.
Nastała
martwa cisza.
-
Dokładnie tak powiedziała? – spytał po chwili milczenia.
-
Tak… Ale, Ryu, o co ci…
-
Myślisz, że ona tam jest? Że walczy gdzieś między naszymi? – lekarz spojrzał na
niego zatroskanym wzrokiem, starając się by chłopak sam to zrozumiał. – Że
zostawiłaby teraz Ayako samą, gdyby nie zamierzała zrobić czegoś naprawdę
szalonego…?
-
Przecież Ichi nie… - wtrącił Tsu z irytacją, ale słysząc ostatnie pytanie
zastygł w bezruchu, a przed oczami stanęła mu Ichigo z tym zimnym opanowaniem. Nie, nie opanowaniem. Z zimną nienawiścią.
– O nie. Nie, nie, nie. A nawet gdyby to Żywa Śmierć. Jego nie da się tak po
prostu zaleźć…
-
Naprawdę tak sądzisz? – Ryu uniósł jedną brew do góry. – Szczerze, kto jak kto,
ale to właśnie ‘’świeży umysł’’ by go znalazł. A szczególnie Ichigo.
Tsuneari
spojrzał ze zrozumieniem na Ryutaro. Chłopcy przez chwilę porozumiewali się bez
słów, aż w końcu Tsu kiwnął głową i odwrócił się w stronę drzwi.
-
Powiadomię o tym Fumiyę. – powiedział jeszcze przed wyjściem, ale głos Ryu
zatrzymało go w progu.
-
Tsuneari… Ktoś jeszcze… - lekarz się zaciął, niezdolny do wypowiedzenia tego
okrutnego słowa.
-
Daiki. – powiadomił pustym głosem. – Idę, Ryu. Trzymaj się Ayako. – rzucił
przez ramię i zniknął za drzwiami.
***
-
Jeszcze Daiki, co…? – mruknął do siebie lekarz, gdy Tsuneari wybiegł. Czuł jak
bolesny smutek oplata go powoli swoimi pnączami. – Żegnaj, staruszku. – szepnął
jeszcze, czując, że za napływ negatywnych emocji go przytłamsi.
Odwrócił
się z ciepłym uśmiechem do siedzącej w bezruchu dziewczyny, która zdawała się
nie zwracać na niego uwagi, odcięta od rzeczywistości. Ryutaro podszedł do
dziewczyny i kucnął przed nią, chwytając ją delikatnie za dłonie. Jej
poszarzałe oczy patrzyły się w punkt gdzie teraz kucał, ale chłopak zrozumiał,
że ona nadal go nie widzi.
-
Ayako. – powiedział troskliwie, ściskając jej dłonie. – Ayako, obiecuję, że ta
cała pustka kiedyś minie. Zaufaj mi, dobrze? – potrząsnął nią leciutko, ale
dziewczyna była nieobecna.
Ryutaro
spuścił na chwilę wzrok, ale raptem po sekundzie znów na nią spojrzał z czułym
uśmiechem.
-
Wiesz, Daiki był dla mnie jak ojciec od prawie 11 lat, od kiedy mój prawdziwy
tato zginął. – wyznał spokojnie. – Szczerze miałem mu to wtedy za złe, że mnie
w to wszystko wplątał i potem zostawił, zwłaszcza, że przestał zachowywać się
jak przykładny rodzic po śmierci mojej matki. – zaśmiał się krótko, a ten
przepełniony bólem dźwięk został pochłonięty przez ciszę.
Ayako
zdawała się być w innym świecie.
-
Jeśli chodzi o Ichigo, to nie gniewaj się na nią za to, że cię teraz zostawiła,
dobrze? – uśmiechnął się do niej. – Wiesz, ona ma zamiar zrobić coś… Nawet nie
wiem jak to określić. Ma zamiar sprawić by Taki mógł spoczywać w pokoju. Znasz
ją. Ma świetną tendencję do przyciągania kłopotów. Normalnie jak Omitsu… -
parsknął krótko. – A, i Tsu pobiegł za nią, więc się nie martw.
Ryutaro
poczuł ukłucie w sercu, widząc, że próbuje rozmawiać z posągiem. Podniósł się
powoli, słysząc krzyki na zewnątrz. Podszedł szybko do okna i spostrzegł
oddalające się dwie sylwetki – Tsuneariego i najprawdopodobniej Fumiyi.
Pokręcił głową, zdając sobie sprawę, że tak skomplikowanej sytuacji nie było od
dawna.
Czuł,
że musi stąd wyjść. Wiedział, że logiczniej byłoby tutaj zostać, jako stały
punkt medyczny, ale Kaminari nie mogło pozwolić sobie na donoszenie tutaj
rannych. Efektywniej będzie znajdować się na granicach pola bitwy.
Ryutaro
chwycił swoją ogromną torbę, pełniącą funkcję apteczki i spojrzał jeszcze raz
na Ayako. Podszedł do dziewczyny i poczochrał z czułością jej włosy.
-
Wiesz Ayako, muszę teraz wyjść i pomóc naszym. – wytłumaczył. – Zostaniesz
tutaj i poczekasz aż to wszystko się uspokoi, dobrze? Dobra dziewczynka. –
poklepał ją po głowie, po czym opuścił bezpieczny gabinet, zmierzając w sam
środek rzezi, bez żadnego przygotowania.
***
Zabójcy
z Harikenu podążali za Ryujim w milczeniu. Czarnowłosy, wyraźnie z siebie
zadowolony biegł cały czas przed siebie, w tylko sobie znanym kierunku. Matsuki
patrzył się z wrogością na chłopaka od czasu, gdy w oddali rozległ się huk
wybuchu. Zwłaszcza, że wybuchnął wtedy śmiechem.
Matsuki
wziął głęboki oddech i zatrzymał się nagle. Rodzeństwo spojrzało krótko na
niego, zatrzymując się obok przyjaciela. Ryuji przebiegł jeszcze kilka metrów i
odwrócił się do nich ze zdziwieniem.
-
O co wam chodzi? Szkoda czasu. – prychnął z irytacją.
Suzuko
zwinęła dłonie w pięści i ruszyła twardym krokiem przed siebie. Matsuki chwycił
ją szybko za nadgarstek, odciągając za siebie. Dziewczyna zmierzyła go
wzrokiem, ale po chwili przeniosła wściekłe spojrzenie na Ryujiego.
Czarnowłosy
skrzyżował ramiona, przyglądając się im z szelmowskim uśmiechem.
-
A teraz gadaj. – powiedział Matsuki, siląc się na spokój. – Twój plan mnie
irytuje. Najpierw znikąd zjawiasz się i mówisz, że trzeba współpracować z
Kaminari. Potem twierdzisz, że chcesz uniknąć rzezi. A teraz zdradzasz ich i
zabijasz. – zmrużył groźnie oczy.
Ryuji
parsknął śmiechem. Suzuko syknęła z wściekłością i ponownie ruszyła w kierunku
zabójcy z mordem w oczach. Matsuki powstrzymał ją, blokując jej drogę swoim
ramieniem. Nie spuszczał wzroku z czarnowłosego.
- Gadaj. – powtórzył tylko. – I radzę ci mieć
jakieś dobre wyjaśnienie, bo nie mam zamiaru dłużej powstrzymywać Suzuko. –
dodał, widząc że rozbawienie nie schodzi z twarzy Kuno.
-
Nie boję się kobiet. A tym bardziej dziewczyn. – prychnął lekceważąco.
-
Akurat jej radziłbym się bać. – mruknął do siebie Satoru, ale siostra i tak
posłała mu buntownicze spojrzenie, na które tylko się do niej wyszczerzył.
Gdy
Ryuji ponownie wybuchnął śmiechem, cała trójka spojrzała na niego z
nienawiścią.
-
Jak ja kocham jak ludzie wiszą mi przysługi… - uspokajał swój śmiech powoli. –
Na serio tego nie widzicie? Teraz nie ma szans, by Hariken nie dowiedział się o
waszym udziale. W sumie nie było szans od początku, no ale… - czarnowłosy
wzruszył nonszalancko ramionami.
-
Że co? – warknął krótko Satoru, ale Ryuji kontynuował dalej.
-
Od początku chodziło tylko o to by zamordować Igarashiego Yasuaki. Gdy Ichigo
tak po prostu od nas odeszła, zobaczyłem w tym szansę, by ktoś inny wykonał za
nas brudną robotę. – dokończył, patrząc się na zabójców uważnie.
Matsuki
lekko zbladł, Satoru patrzył się wściekle na Ryujiego, a jedynie Suzuko
zacisnęła mocniej pięści i wystąpiła kilka kroków do przodu, patrząc się
martwym wzrokiem na czarnowłosego.
-
A teraz powiedz mi Ryuji, dlaczego nadal mamy za tobą iść?
Chłopak
uniósł wysoko brwi, całkowicie zbity z tropu – jej przyjaciele również
spojrzeli na nią z zaciekawieniem.
-
Skoro i tak w Harikenie nie ma dla nas przyszłości… Co zyskamy na pomaganiu
tobie?
Ryuji
spojrzał na nią wyniośle, szybko odzyskując werwę.
-
Cóż… Jeśli pozbędę się szefa, powitam was z szeroko otwartymi ramionami. –
rzekł z szelmowskim uśmiechem. – A teraz ruszcie się. Jak znam Yasuakiego,
będzie kręcił się gdzieś, o ironio, w okolicy ruin świątyni Tensou. To
niedaleko. – rzucił przez ramię i pobiegł przed siebie.
Pozostała
trójka spojrzała po sobie z nagłym zrozumieniem, ale również cieniem przestrachu.
Matsuki westchnął głęboko i dał znak rodzeństwu. Ruszyli za Ryujim.
-
Nie sądziłem, że on chce zrobić coś tak szalonego jak przejęcie władzy –
mruknął cicho Satoru. – Co on zrobi z tymi, którym się to nie spodoba?
Pozabija? – prychnął z irytacją.
Matsuki
pokręcił głową.
-
To nie jest Hariken czy Kaminari, tylko Jishin, Satoru. – odparł, jakby to
wszystko wyjaśniało. – U nas wszyscy baliby się przejąć władzę, akurat do
Mistrzyni nauczyli nas od razu lojalności. Dopóki ona sama kogoś nie wybierze
nikt nie spróbuję nawet tknąć władzy. Kaminari z kolei działa jak jeden
organizm. Wśród siebie zabiliby tylko zdrajców.
-
Czyli co? On twierdzi, że jak zabijemy Igarashiego, założyciela Jishin, to
resztę będzie to walić i nagle zaczną być posłuszni nastolatkowi? – Satoru
spojrzał na przyjaciela z powątpiewaniem.
-
Tylko, że to nie będzie Jishin… - powiedziała cicho Suzuko, mrużąc groźnie
oczy. Chłopaki spojrzeli na nią z przestrachem. Taka opanowana złość była u
niej zdecydowanie niebezpieczniejsza niż nagły wybuch agresji.
Matsuki
analizował przez chwilę to co powiedziała dziewczyna, bo Satoru pokiwał głową z
mądrą miną, nie wiele z tego rozumiejąc. Chłopak już otwierał usta, by się o
coś zapytać, ale Ryuji machnął na nich nagląco, każąc natychmiast się uciszyć.
Brązowowłosy
tylko westchnął i stanął obok czarnowłosego. Rodzeństwo zatrzymało się w
milczeniu w cieniu budynku. Ryuji dał krótki sygnał i Matsuki wychylił się
lekko zza rogu z nim, rozglądając się z zaciekawieniem. Czarnowłosy skinął
głową w kierunku zgliszczy na wzgórzu. Matsuki zmrużył oczy i dostrzegł
sylwetkę mężczyzny, po czym pokręcił głową z niedowierzaniem. Ryuji wbił mu
łokieć w żebro, by ponownie zwrócić jego uwagę. Brązowowłosy syknął z irytacją,
ale podążył za wzrokiem złotookiego i poczuł jak krew odpływa mu z twarzy.
Wśród
dogasającego ognia dziewczyna była ledwo widoczna, zdołał dojrzeć ją tylko na
kilka sekund nim znowu stracił ją z oczu. Mimo iż z tej odległości trudno było
kogokolwiek rozpoznać, rozpoznał charakterystyczne ruchy dziewczyny, które
wyraźnie odznaczały się podczas walki. Ichigo.
Ryuji
schował się ponownie za róg, Matsuki uczynił to samo, ale z pewnym ociąganiem.
Rodzeństwo patrzyło na nich wyczekująco.
-
Nie wierzę… - skwitował Ryuji, ale na jego ustach igrał uśmieszek. – Ona jest
interesująca. Tak cholernie interesująca!
-
Co ty pierdolisz? – warknęła na niego Suzuko, ogarniając z twarzy turkusowe
włosy. – Chwila, ona? Matsuki, o co mu do cholery chodzi?
Ryuji
zaniósł się śmiechem, gdy brązowowłosy ważył słowa na sensowną odpowiedź.
Położył po chwili dłoń na ramieniu chłopaka, uśmiechając się do niego chytrze,
a w jego złotych oczach błyskały iskierki podniecenia.
-
Jak już załapią co się dzieje, dołączcie do mnie. Będę na górze. – odwrócił się
i podszedł do tylnego wejścia. – Uhuhu! Muszę to wszystko zobaczyć! – zaśmiał
się z ekscytacji i zniknął we wnętrzu budynku.
Rodzeństwo
przeniosło na Matsukiego swoje wyczekujące, bursztynowe oczy. Zabójca
przewrócił oczami.
-
Ryuji miał rację jeśli chodzi o Igarashiego. Jest tam, na wzgórzu.
-
Jakoś trudno się go nie szukało, jeśli chodzi o plotki. – Suzuko uniosła kpiąco
brwi.
-
Jak się nie szuka, to się nie znajduje. – skwitował jej brat. Rodzeństwo
posłało sobie porozumiewawcze spojrzenia i uśmieszki.
-
I ktoś się do niego skrada. – dodał Matsuki, a widząc miny rodzeństwa
powiedział jeszcze szybko. – To Ichigo. I tak, jest sama.
Suzuko
całkowicie opadła szczęka.
-
Że co!? – wykrzyknęła, ale brat szybko zatkał jej usta. Odepchnęła go ze
złością i spojrzała ze zdziwieniem na Matsukiego. – Jesteś pewien? Sama?
Przecież to szaleństwo. Szaleństwo!
-
Czemu się tak o nią martwisz? – spytał
ze zdziwieniem Satoru. – Przecież ona i tak nas zostawiła…
-
A ty, w jej sytuacji nie zostawiłbyś nas? – odcięła się siostra. Spojrzała z
powagą na Matsukiego. – Domyślasz się czemu ona…?
-
Zakładam, że ktoś z jej przyjaciół miał bombowy koniec. – wtrącił Satoru, a
siostra walnęła go w głowę z irytacją.
-
Satoru, zamknij się!
-
Nie, Suzuko… Też tak myślę. – powiedział pusto. – Nie wiem jak wy, ale idę do
Ryujiego. Nie mam zamiaru się w to wszystko mieszać. – stwierdził ze znużeniem
i podszedł do tylnych drzwi.
Siostra
spojrzała jeszcze z niepewnością na brata, ale gdy ten również dołączył do
przyjaciela, spojrzała krótko w stronę zgliszcz świątyni i dołączyła do reszty.
***
Takeda
Serizawa stanął przed drzwiami biura Mistrzyni, uniósł pięść by zapukać, ale
zawahał się. Wpatrywał się w nie jeszcze przez chwilę, ale w końcu odwrócił
się, by odejść. Zatrzymał go jednak jej głos.
-
Serizawa, nie stercz jak dureń pod moimi drzwiami, tylko wejdź.
Wzdrygnął
się i uśmiechnął krzywo do siebie. Wszedł do pokoju – wyglądał tak samo jak
zawsze – nieduży, wszystkie ściany zastawione pełnymi książek regałami oraz
jedyne okno naprzeciw drzwi, przy którym stało biurko oraz stary fotel.
Minęła
chwila nim mężczyzna przyzwyczaił się do zapalonej lampki i okolicznego
półmroku. Przez okno - ze względu na zimę – wpadały dopiero pierwsze promyki
słońca, które i tak powoli zasnuwały chmury.
-
Słucham, Serizawa. – powiedziała Mistrzyni, nie odwracając się do niego.
-
Mistrzyni. – ukłonił się nisko, przełykając ciężko ślinę.
-
Chodzi o Satoru i Suzuko Ashidę oraz Matsukiego Daishi? – spytała z
niecierpliwością. – Zdążyli mnie już o tym powiadomić. – westchnęła ze
znużeniem.
Takeda
drgnął, ale nim zdążył powiedzieć coś niegrzecznego ugryzł się w język. Wziął
głęboki oddech i odezwał się spokojnie:
-
Więc co mamy z nimi zrobić?
Mistrzyni
na chwilę przestała pisać.
-
A co chcesz z nimi zrobić? – spytała retorycznie. – Oczywiście nie powinni już
tu wracać. A nawet jeśli to i tak nie wyjdą stąd żywi. Daję im wolną ręką, choć
teraz są zdrajcami.
-
Ależ Mistrzyni…
-
Chcesz tam teraz iść, Takeda? Naprawdę chcesz się pchać w sam środek bitwy? –
westchnęła. – Serizawa, wybrałam cię na mojego zastępcę, bo zobaczyłam w tobie
pokłady na dowódcę. Ale na rozważnego dowódcę. Dlatego łaskawie mnie nie
zawiedź.
Takeda zamilkł, przełykając
z narastającą złością jej spokojne słowa.
- Coś jeszcze? – spytała
Mistrzyni, wracając do pisania.
- Nie, to wszystko. –
ukłonił się sztywno. – Proszę wybaczyć. – powiedział i wyszedł z pokoju.
***
Czułam przebiegające po
moich plecach ciarki, za każdą ułamaną gałązką. Zastygałam wtedy w bezruchu,
modląc się by nie dosłyszał. By nie odwrócił się. Będąc bardzo blisko
zacisnęłam oczy i skrzywiłam się, jakby rozlegający się trzask był dźwiękiem
łamiących się kości. Po kilku sekundach robiłam kolejny krok w jego stronę,
powtarzając sobie jedną rzecz w myślach.
Zwariowałam.
Oczywiście walka sam na sam
z Żywą Śmiercią była szaleństwem. Byłam już tak blisko, że usłyszałby
najcichszy szept. Wstrzymałam oddech, wbijając w niego uważny wzrok, niczym
polujący w swoją ofiarę. Sięgnęłam drżącą ręką za siebie, zaklinając by klinga
miecza nie szczęknęła, gdy chwycę rękojeść.
Byłam niczym główny bohater
książki, idący sam na sam na pojedynek nie do zwyciężenia. Choć zawsze kończyło
się to zwycięstwem. Przełknęłam ślinę. Może w moim przypadku będzie tak samo.
Może udowodnię sobie, że te wszystkie postaci nie były zwyczajnie głupie, a te
wszystkie pęta nienawiści po prostu mnie puszczą.
A może po prostu zginę.
Zamknęłam oczy na tę myśl,
szybko odpędzając wizję sprzed oczu.
Wzięłam jeszcze jeden
głęboki oddech – Igarashi lekko drgnął – i poczułam jak wszystkie zmysły się
wyostrzają. Chwyciłam za rękojeść, otworzyłam szeroko oczy i ruszyłam na niego.
Przebiegłam w ułamku sekundy
dzielący nas dystans, ale i tak widziałam jak mężczyzna odwraca się powoli w
moim kierunku. Po jego twarzy przemknęło zdziwienie, ale chwilę później usta
zaczęły rozciągać się w okrutnym uśmiechu. Ścisnęłam rękojeść i wycelowałam
prosto w serce.
Poczułam jak moje ostrze
odskakuje ze szczękiem od jego broni i mimowolnie zachłystnęłam się powietrzem.
Odskoczyłam trochę do tyłu, nadal trzymając pewnie miecz. Igarashi spojrzał na
mnie z zainteresowaniem.
Przełknęłam ciężko ślinę.
Nawet się nie poruszył.
- Myślałem, że przyjdzie kto
inny – powiedział na przywitanie, przeczesując niebieskie włosy. Zadrżałam
słysząc barwę jego głosu, a wątpliwości, dlaczego zyskał akurat taki przydomek,
zostały rozwiane.
Napięłam mięśnie i znowu
przyskoczyłam do ataku. Na kilkanaście centymetrów przed przeciwnikiem
odskoczyłam w bok i obracając się w powietrzu, tnąc od razu z lewej, wkładając
w to całą siłę.
Zablokował ponownie.
- Nie kojarzę cię, wiesz? –
spojrzał na mnie przeszywającymi, czarnymi oczami. – A szkoda. Myślałem, że
raczej będziesz chciała to przeciągnąć, rozwijając rozmowę, ale… - szczęk
metalu znów przerwał naszą rozmowę.
Posłałam mu mordercze
spojrzenie, ale dostrzegłam, że opuszcza gardę, jakby myślał, że ponownie
odskoczę. Kącik ust mi drgnął i wyprowadziłam szybką, serię ciosów, których
kiedyś nauczyła mnie Mako.
Mężczyzna odpierał grad
moich ataków z łatwością. Po kilkunastu sekundach zagwizdał, a po jeszcze kilku
uśmiech powoli schodził z jego twarzy. Napiął już mięśnie i skupił wzrok na
mojej broni.
Przetrzymując atak jak najdłużej,
zaczekałam aż Igarashi przygotuje się na cios najbardziej z prawej. Cofnęłam
gwałtownie ramię, a on rozszerzył oczy, gdy jego broń trafiła w pustkę.
Przeniosłam środek ciężkości i kopnęłam go z całej siły w bok.
Owszem syknął z bólu. Ale
więcej to nie dało. Chwyciłam lepiej miecz, mając jeszcze cień szansy by go
trafić, choć wiedziałam jak posyła mi mordercze spojrzenie.
Odepchnął mnie, a gdy
odzyskiwałam równowagę, najzwyczajniej w świecie kopnął mnie w pierś. Cios był
tak silny, że odrzuciło mnie na kilka metrów dalej, wyciskając z płuc resztki
tlenu. Uderzyłam o ziemię głową, ale nadal trzymałam zawzięcie miecz.
- Szkoda mi było się ciebie
pozbywać tak od razu… - westchnął z rozbawieniem, ale ucichł po chwili.
Podniosłam się na ramionach,
walcząc z pulsującym bólem głowy. Stanęłam chwiejnie na dwóch nogach i od razu
rzuciłam na Igarashiego. Wkładałam w każdy cios całą moją siłę, podsycaną
gniewem i nienawiścią. Z góry, z dołu, z lewej, z dołu, z góry, zablokowanie, z
góry, zablokowanie. Sekwencja ciosów była całkowicie losowa, a ja czekałam na
jakikolwiek łut szczęścia, mając nadzieję, że zabójca ma jakiś słaby punkt.
Jeśli to wyglądało na walkę,
to tylko przez ten krótki okres. Igarashi w pewnym momencie nie sparował
pchnięcia tylko się uchylił, a jego lewy sierpowy odrzucił moją głowę na bok.
Zrobiłam kilka chwiejnych
kroków do tyłu, pochylając głowę. Czarne włosy zasłoniły mi twarz. Napięłam
mięśnie, gotowa do dalszej walki, ale czułam na sobie jedynie zaintrygowany
wzrok zabójcy.
- Co sprawiło, że Anzai
nauczyła cię swoich zabójczo-szybkich ciosów? – spytał, celując we mnie ostrzem
miecza. – To było całkiem niezłe. A mówię to ja… - przyjrzał mi się uważniej,
czekając na jakąkolwiek reakcję z mojej strony.
Wbiłam w niego moje
granatowe oczy, przelewając w nie całą nienawiść. Igarashi uniósł brwi i
uśmiechnął się chytrze, z zadowoleniem.
- Zainteresowałaś mnie
dziewczynko. Nie możesz być długo w tej „branży”, a widać w twoich oczach
mordercę. – skrzyżował ramiona. – Kim jesteś?
Wyprostowałam się dumnie,
przecierając grzbietem dłoni zakrwawiony policzek. Skierowałam swoje ostrze w
jego stronę, także teraz oboje w siebie celowaliśmy.
- Kanegawa Ichigo.
Drgnął. Może to było
spowodowane czymś innym, ale instynkt sam ruszył mną do przodu. Wzięłam
błyskawiczny zamach na niego, a Igarashi syknął ze złością. Zatrzymał mój cios
przed klatką – był zbyt wysoki, bym mogła celować w jego głowę – i zaczął się
ze mną siłować. Możliwe, że przyjęłam dobrą pozycję, czy to nagła wściekłość
dała mi sił, ale byłam w stanie przetrzymać sparing, by wycedzić przez
zaciśnięte zęby:
- Ty coś wiesz.
Odbił mój miecz z
zadowoleniem, rozciągając usta w okrutnym uśmiechu.
- Moi rodzice. – wycedziłam.
– Wiesz coś.
- Może i wiem. – powiedział
wyniośle. – A może i nie wiem. – dokończył prowokująco.
Walka rozpoczęła się na
nowo. Dotrzymywałam mu kroku zaledwie przez kilka minut – potem granica między
umiejętnościami zaczęła się odznaczać wyrazistą linią. W gniewie wiele nie
myślałam. Było mi wszystko jedno. Jeśli on chociaż odezwał się słowem w sprawie
zabójstwa moich rodziców, jeśli to przez niego skończyłam tutaj… Zginie bardzo, bardzo powoli.
Smugi stali kreśliły jasne
smugi w powietrzu, ale w pewnym momencie ustały, a nasze ostrza spotkały się
blisko twarzy. Na jego twarzy błądził protekcjonalny uśmieszek, lecz w
martwych, czarnych oczach błyskał iskierka zadowolenia z walki.
- Żałowałem, że nie znaleźli
mnie jacyś starzy znajomi. – mruknął nisko. – Ale teraz widzę, że będzie z tobą
jeszcze trochę zabawy.
Nie pozwoliłam mu na dalszą
rozmowę, atakując ponownie.
- Gadaj. – warknęłam
ponownie. – Twoje pieprzenie mało mnie interesuje. – rzuciłam prowokująco.
Zmrużył oczy i prawie wytrącił
mi miecz z dłoni.
- Interesująca. – powtórzył.
– Dawno nie walczyłem na poważnie z nikim, kto nie chciałby dowiedzieć się
czegoś ważniejszego podczas starcia.
- Zabiłeś ich? – warknęłam,
a w moich żyłach krążyła tylko chłodna nienawiść. – Potrzebuję jednego słowa.
Tylko jednego.
- Sądzisz, że dasz radę mnie
zabić. – zauważył z nagłym rozbawieniem. – Wiesz, tutaj nie chodzi o wiek, czy
pochodzenie… Ale i tak. Jeśli zamierzałaś zrobić to od początku… - tutaj urwał,
uchylił się od płaskiego cięcia i wbił pięść w mój brzuch. Zachłystnęłam się
śliną, a nogi się pode mną ugięły. – To jesteś zabawna, Kanegawa.
Spróbowałam się podnieść,
ale trzasnął mnie w drugi policzek. Ciemne kształty zatańczyły pod moimi
powiekami.
- Zaczynasz mi przeszkadzać.
– powiedział cicho i posłał kopniakiem na plecy. – Jesteś obiecująca. Szkoda,
że trafiłaś akurat do Kaminari. Przyjąłbym cię z otwartymi ramionami. –
uśmiechnął się kpiąco.
- I miałabym oglądać gębę
Shigeo każdego dnia? Podziękuję. – zdobyłam się na sarkazm, ale jęknęłam z
bólu, gdy wbił mi piętę w nadgarstek.
Walczyłam przez chwilę, ale
gdy kości zaczęły coraz bardziej trzaskać zwolniłam uścisk, a miecz upadł ze
szczękiem na ziemię. Igarashi odkopnął go, a gdy syknęłam ze złości, nastąpił
na moje gardło. Walcząc z narastającą paniką sytuacji bez wyjścia, posłałam mu
buntownicze spojrzenie.
- Czekaj, czekaj… Ty byłaś
jedną z tych dziewczynek co walczyły w Setagayi? – spytał retorycznie, kiwając
do siebie głową ze zrozumieniem. – To wiele wyjaśnia. Ale wiesz, teraz nikt cię
nie uratuje. Nie przybędą Sanmittai. Nie przybędzie dowództwo, nie twoja
nauczycielka, Anzai. Zostałaś sama Kanegawa. – jego głos rozchodził się bólem
po każdej mojej kości. – Od czego mam zacząć? – spytał po chwili, nadstawiając
mi czubek miecza tuż nad tęczówkę. Patrzyłam na niego uporczywie, ze stoickim
spokojem. – Co powiesz na przedśmiertną bliznę na lewym oku, taką jaką ma twój
towarzysz, hę?
Drgnęłam minimalnie,
rozumiejąc co ma na myśli. Hiroki.
To uczucie, które na mnie
spłynęło było inne niż wszystkie. Nie była to zwykła żądza krwi, która
ogarniała mnie przy każdej walce. To było coś dziwniejszego. Mocniejszego.
Niebezpieczniejszego.
Chwyciłam lewą dłonią ostrze
Igarashiego i gwałtownym ruchem odepchnęłam jego broń od siebie. Nawet nie
poczułam jak metal rozcina mi dłoń, jedynie jasnoczerwona krew brudząca teraz
klingę świadczyła o ranie. Zabójca odskoczył ode mnie, bardziej ze zdumieniem,
niż ze strachem, ale tyle mi wystarczyło.
- Mam cię dość. –
powiedziałam chłodno. – Może i nie znałam ich wszystkich… Może cała ta
popierdolona historia ma dla mnie niewiadome fragmenty… - ciągnęłam, podnosząc
się z trudem na nogi. – Ale pomszczę ich wszystkich. Każdego z osobna. –
spojrzałam na niego oczami w odcieniu pustego, nocnego nieba. – Zginiesz.
W przeciągu sekundy byłam
przy nim. Teraz widziałam wszystko dokładniej – nawet nie oczekiwał mądrego
ataku, patrząc się krótko na miecz leżący kilka metrów dalej. Nie pozwoliłam
sobie na zdradziecki uśmiech i wzięłam gwałtowny zamach.
Odskoczyłam od niego i
pobiegłam w stronę swoje broni, gotowa do natychmiastowej kontry. Napięłam z
niepokojem mięśnie, gdy Igarashi wpatrywał się we mnie ze zdziwieniem, a z
długiej rany, ciągnącej się od kącika prawego oka do nosa, skapywała świeża
krew. Niebieskie kosmyki opadające na twarz zabarwiły się na bordowy odcień.
Sekundy były wiecznością.
Igarashi podniósł powoli
rękę do góry. Przełknęłam ślinę, skupiając się na każdym najdrobniejszym ruchu. Zabójca przejechał
kciukiem po ranie, zbierając z niej krew i zlizał ją powoli, trawiąc to co
przed chwilą się stało. Po czym spojrzał na mnie zupełnie inaczej niż
dotychczas. Po plecach przebiegł mi dreszcz, jakbym patrzyła w oczy śmierci.
Igarashi uśmiechnął się z
dozą szaleństwa.
A mnie po raz pierwszy od
początku walki ogarnął paniczny strach.
***
Meiji wyciągnął z kieszeni
pomięty szkic i rozprostował jedną ręką na desce rozdzielczej, wymijając przy
tym o włos pozostawiona na środku ulicy auto. Wziął głęboki oddech i ściągnął
nogę z gazu, przyglądając się kartce, z coraz większą konsternacją.
Kiedy samochód w końcu się
zatrzymał, potarł kąciki oczu, wysilając swój umysł do maksimum. Namierzył od
razu z jakiego budynku najprawdopodobniej pochodziłby ten widok. Próbował brać
pod uwagę jeszcze czas, jaki minął od znalezienia kartki oraz fakt, że mogli
poruszać się w dwie strony. Co ani trochę nie polepszyło jego sytuacji.
- Cholera jasna! – warknął
do siebie, mnąc w irytacji rysunek. – Jasna cholera! – powtórzył jeszcze i
spojrzał w lusterka.
Pojechał w tym bardziej
prawdopodobnym miejscu pobytu strategów Jishin. Teraz nie był tego taki pewien.
Spojrzał z irytacją w lusterka, licząc, że dopatrzy się w nich czegokolwiek
pożytecznego. Wiedział, że nie ma czasu na pomyłki i zastanowienia.
Kiedy już odwracał z
irytacją wzrok, zastygł na sekundę i spojrzał jeszcze raz w tylne lusterko. Wytężył
słuch i patrzył się przez chwilę, po czym rozciągnął usta w szeroki, chytry
uśmiech.
Dostrzegł połyskujące
odłamki szkła spadające ze znacznej wysokości, a potem jakby odległy dźwięk
kruszonego okna.
Przewiesił kaburę z mieczem
przez ramię i wysiadł z samochodu, trzaskając głośno drzwiami. Spojrzał w
domniemanym kierunku i gdy dostrzegł na kilkunastym piętrze wybite okno
osłupiał na krótką chwilę. To Toshiyuki,
wytłumaczył sobie od razu i ruszył w kierunku budynku.
Zawahał się przez chwilę nie
będąc pewnym, czy stratedzy nie pójdą dalej, więc wszedł do wieżowca najciszej
jak umiał i rozejrzał się po wnętrzu. Nie różniło się niczym od zwykłej klatki
schodowej z windą. Czyli zwykłe mieszkania. Rozejrzał się ponownie, bijąc się z
myślami. Jeśli chciałby pokierować się intuicją, wbiegłby na sam szczyt
budynku, ale rozum kazał postąpić mu bardziej strategicznie.
W końcu to teoretycznie
jestem strategiem, powtórzył sobie w myślach, zmuszając się do wyjścia z klatki
schodowej. Stanął przy samej ścianie i przemknął szybko do budynku obok, modląc
się by w jakiś dziwny sposób go nie zauważono. Wbiegając schodami na samą górę,
powtarzał sobie w myślach, że zasadzka będzie efektywniejsza. A efekty są
ważniejsze od czasu. Są ważniejsze, podkreślił jeszcze, odpędzając czarne wizje
sprzed oczu.
Dotarł na strych i wyjrzał
na sam dach. Wokół otaczały go tylko złudne, śliskie dachówki, więc wolał nie
ryzykować, choć od dziecka czuł się na wysokościach dużo lepiej niż na ziemi.
Zimowy wiatr rozwiał mu włosy, a on uśmiechnął się z przyjemnością.
Od razu jednak pokręcił
głową, chowając się do środka i wchodząc do najbliższego, opuszczonego
mieszkania. Kryjąc się w cieniu i posuwając się nisko przy ścianie, stanął w
rogu salonu, wychylając się ostrożnie, by spojrzeć przez okno.
Meiji znajdował się na tym
samym piętrze, na które dostali się do budynku obok. We wcześniejszym wieżowcu
również byli na tym samym, a czarnowłosy miał szczerą nadzieję, że jest to z
czymś związane, oprócz czystego przypadku.
Po kilku minutach dostrzegł
ruch w oknie i schował się w cieniu mieszkania, mając duszę na ramieniu.
Odczekał chwilę i wychylił się minimalnie, a gdy w przestronnych oknach
błysnęły mu fioletowe włosy, ukrył się w głębi pokoju, rozciągając usta w
chytrym uśmieszku.
Teraz wystarczyło być
cierpliwym.
***
- Sądzisz, że takim
bieganiem znajdziemy Igarashiego? – spytał po kilkunastu minutach Fumiya, gdy
Tsuneari zaczął skręcać w boczniejsze uliczki, rozglądając się co chwilę z
uwagą. Dowódca podążał za nim z powątpiewaniem. Żaden z nich nie miał nawet
pomysłu gdzie szukać szefa Jishin.
- Igarashiego nie
znajdziemy. – odparł tajemniczo Tsuneari. – Ale ja znajdę Ichigo. – dodał i
przyśpieszył trochę.
Fumiya, który dotrzymywał mu
tempa bez problemu, spojrzał z zaciekawieniem na chłopaka, równając się z nim.
Gdy dowódca nie spuszczał z niego oczu, Tsu spojrzał na niego buntowniczo.
- Niech po prostu szef mi
zaufa. – burknął tylko.
- Ufam. – potwierdził zabójca,
uśmiechając się krótko.
Po kolejnych kilku minutach,
oddalili się od pola walki tak daleko, że nawet najmniejsze pogłos nie
dochodził do ich uszu. Fumiya westchnął, nadal mając przed oczami
niedowierzająco-wściekłe spojrzenie Mikuru, gdy powiedział, że teraz ona
dowodzi. Strategiczka zerwała się wtedy bezsilnie z miejsca, doskonale wiedząc,
że szef nie odpuści mając okazję do zabicia Igarashiego.
- A i takie pytanie, Sotomura… - Tsu odwrócił
głowę w jego stronę. – Co mamy zrobić z Igarashim jak go już znajdziemy?
- Jak to co mamy zrobić? –
Fumiya zmarszczył brwi. – W ogóle, to widzę, że w tobie coś dużo optymizmu. –
dodał zgryźliwie.
- Chodzi mi o to, czy
będziemy go chcieli żywego czy martwego…
- Zdecydowanie martwego. –
przytaknął od razu mężczyzna, a w jego głosie pojawił się cień nienawiści. –
Nie będę zniżał się do jego poziomu i torturował dowódców… - prawie wypluł to
stwierdzenie.
Tsuneari chciał jeszcze coś
dorzucić, ale nim zdołał telefon czarnowłosego zadzwonił. Fumiya zawahał się
widząc obcy numer na wyświetlaczu, ale odebrał ze stoickim spokojem, choć nie
był to czas na rozmowy.
- Halo? – rzucił z lekkim
zdenerwowaniem do telefonu.
- Czy mam przyjemność z Fumiyą Sotomurą?
- A kto mówi? – Fumiya lekko
zwolnił, a Tsuneari spojrzał na niego wyczekująco. Mężczyzna machnął na niego
dłonią, a chłopak zatrzymał się, wpatrując się uporczywie w dowódcę.
- Oficer Akaike. – czarnowłosy słysząc imię, zachłystnął się
powietrzem, ale policjant mimo to kontynuował. – Wiem, że jeszcze nie mieliśmy okazji się spotkać, Sotomura-san, ale
również w moim interesie leży wasze zwycięstwo. Zwłaszcza, że Jishin jest zbyt
upierdliwy…
- Panie oficerze. Proszę
wybacz, ale za bardzo nie ma czasu na przyjacielskie rozmowy, więc gdyby się
pan streścił, byłbym wdzięczny – odparł mężczyzna typowo urzędowym tonem.
Tsuneari czując, że zanosi
się na jeszcze kilka minut rozmowy przewrócił oczami, odwrócił się i odbiegł.
Fumiya wyciągnął za nim rękę, ale w końcu zwinął ją z irytacji w pięść i starał
się nie zasyczeć ze złości.
- Dostałem rozkaz z centrali, że jeśli walka nie zakończy się w przeciągu
pół godziny siły zbrojne mają wkroczyć na teren Senkawy, a wtedy będzie dla was
nieciekawie. To przez te wybuchy.
-
Bardzo dziękuję za informację. – wydusił zabójca, starając się analizować
wyjście z sytuacji. Zamilknął na chwilę po czym spytał: - Nie miał pan może do
czynienia z Sakiko Hashimoto bądź Ukyo Inabą?
- Kojarzę obojga. Mam ich powiadomić i wezwać?
- Byłbym wdzięczny. A teraz
proszę wybaczyć. Według tego co pan powiedział mamy jakieś 30 minut by to
wszystko rozstrzygnąć. – zakończył z dozą zdezorientowania w głosie i rozejrzał
się na boki. – Niech cię, Tsuneari. – syknął, kierując się w tą samą stronę co
brązowowłosy.
***
Tsuneari doskonale wiedział,
że jest w gorącej wodzie kąpany i powinien spokojnie poczekać aż dowódca
skończy ten niespodziewany telefon, ale po prostu nie mógł. Wściekłość
rozsadzała go od środka na samą myśl o tym, że Ichigo jest sama z Igarashim.
Jego najwcześniejsze
spotkanie z szefem Jishinu, było rok przed jego założeniem. Stało się to
zupełnie przypadkowo 6 lat temu i ani trochę nie było miłe. Skończyło się na
utracie oka przez Hirokiego.
Tsuneari posmutniał, czując
ciężar winy przygniatający jego barki, ale pokręcił szybko głową, przywołując
się do porządku. Wiedział, że teraz najważniejszy jest spokój.
Chłopak wybiegł zza zakrętu
i stanął jak wryty.
W pierwszej chwili dostrzegł
jakieś 3 zakrwawione ciała na ziemi, a
jakiś mężczyzna usiłował się podnieść z bardzo wielkim wysiłkiem, ale Tsuneari od
razu przeniósł wzrok na walczących. Ich płynne, perfekcyjne ruchy zgrywały się
ze sobą, a każdy z nich wiedział jak zaatakować drugiego. Dzieliła ich znaczna
różnica wieku, a ten młodszy miał coraz to bardziej niepewne ruchy, na wskutek
upływu krwi i ran.
- Tokaji! – wykrzyknął
Tsuneari ze zdumieniem, ale od razu się otrząsnął i rzucił się w kierunku
przyjaciela, wyciągając miecz.
Wparował między walczących i odbił cięcie
Shigeo, uśmiechając się przy tym chytrze. Tokaji zawahał się przez sekundę, ale
ponownie zaatakował, wymieniając się ruchami z brązowowłosym. Przyglądał mu się
kątem oka, niedowierzając, że przyjaciel walczy obok niego.
- Co ty tu, do jasnej
cholery, robisz? – syknął, blokując cios Shigeo tuż przy swojej twarz.
Błękitnooki musiał od razu od niego odskoczyć i odparować cios Tsu.
- Jakbyś nie widział, to
ratuję ci skórę! – krzyknął przez ramię. – Słyszałem, że bidon się przydał! –
uśmiechnął się do niego szelmowsko.
Zarówno Tokaji jak i Shigeo
zmierzyli go wściekłym wzrokiem. Powrócili do walki, a mężczyzna atakował z
coraz większą zaciekłością. Czarnowłosy spojrzał na Tsu z niemym pytaniem.
- Wytłumaczyłbyś mi jedną
rzecz? – spytał spokojnie, jakby dopiero teraz zdał sobie z czegoś sprawę. –
Nie wiesz może co tutaj robiła Ichigo?
Tsuneari zastygł w bezruchu,
a Tokaji wskoczył pomiędzy niego a miecz Shigeo, blokując cios w ostatniej
chwili. Popatrzył na przyjaciela z naganą, ale Tsu posłał mu roziskrzone
spojrzenie.
- Była tu!? – wykrzyknął. –
Gdzie pobiegła!?
- W tamtym kierunku… -
Tokaji wskazał głową na jedną z uliczek, ale dalsze słowa zostały zduszone
przez kopniaka Shigeo. Czarnowłosy upadł na ziemię, łapiąc z trudem powietrze.
Był prawie pewny, że ma pęknięte albo złamane żebro.
- Tokaji? – zawołał Tsu, ale
chłopak nie miał wyboru i musiał walczyć z Shigeo. Parował ciosy ze skupieniem,
woląc nie zaczynać poważniejszej walki, by mężczyzna nie zranił również jego.
Po kilkunastu sekundach
Tokaji zaatakował niespodziewanie Shigeo i rozciął mu płytko lewy bok. Zabójca
syknął z bólu, a przyjaciele uśmiechnęli się z zadowoleniem do siebie. Tokaji
natychmiast spoważniał i korzystając z rozproszenia przeciwnika spojrzał z
wyczekiwaniem na brązowowłosego.
- Po tym jak cię wysłali do
oddziału z Tateyamy dostałem pozwolenie na szukanie jej. To długa historia, ale
znalazłem ją i wróciliśmy, tylko, że… - tutaj chłopak się zaciął i nie mógł
wydusić ani słowa więcej.
- Tylko że? – syknął Tokaji.
Shigeo znów odzyskiwał werwę.
Mimo starcia, czarnowłosy
nagle zbladł, zdając sobie z czegoś sprawę, a Shigeo korzystając z okazji
rozciął mu ponownie lewe ramię. Tokaji zdawał się tym nie przejmować i spojrzał
z cieniem niepokoju kryjącym się w czarnych oczach na przyjaciela.
- Ona gadała coś o zabijaniu
Igarashiego… Czy to prawda? Czy ona naprawdę poszła do niego sama!?
Tsuneari zdziwiony
podniesionym tonem głosu czarnowłosego automatycznie przytaknął. Tokaji wbił w
niego wściekłe spojrzenie, uchylając się przy tym od ciosu Shigeo.
- Więc co ty tu jeszcze
robisz!? – wrzasnął.
- RATUJĘ CI DUPĘ!!! –
odwrzasnął Tsu, odciągając Tokajiego od jednego z cięć Shigeo. – Coś z tobą
jest nie tak! Nie skupiasz się w ogóle na walce!
- Bo myśl, że ona poszła na
pewną śmierć mnie dobija! – warknął, atakując ze wściekłością Shigeo. – Idź do
niej! TERAZ!
- Nie pozwolę ci walczyć z
tym idiotą samemu! Nie zostawię cię byś dał się zabić! – odkrzyknął Tsu, ale
przez jego twarz przemknął niepokój i zawahanie.
- A wolisz żeby to ona
zginęła!? Zostaw mnie, do cholery, nic mi nie będzie! – wrzasnął na niego, a
ostrze Shigeo niebezpiecznie zjechało po jego broni, prawie raniąc jego
nadgarstek.
Tsuneari spojrzał na przyjaciela
nadal odczuwając niepewność. Żadne z wyjść tej sytuacji nie było dobre. Na
krótką chwilę Tokaji odwrócił wzrok i spojrzał prosto w jego orzechowe oczy,
jakby ze smutkiem.
- Błagam, zostaw mnie i
ratuj ją. – wyszeptał, a Tsuneari widząc determinację na jego twarzy, zaklął
głośno i odbiegł bez słowa, nie naruszając tradycji braku pożegnań.
Tokaji spojrzał jeszcze za
znikającym przyjacielem i odczuł pewien rodzaj spokoju. Mimo, że kompletnie nie
rozumiał co wydarzyło się przez ten czas, myśl, że przy Ichigo będzie Tsuneari
uspokajała go, na samą myśl o tym czuł ból. Wybijał się on nad wszystkie inne
rany i wydawał się chłopakowi całkowicie nieuzasadniony – przeszywający serce i
zaciskający gardło.
Był już bardzo osłabiony,
ale tempo walki nie zwalniało ani na sekundę, mimo, że w końcu udało się zranić
Shigeo. Ledwo. Odchylił się w ostatniej chwili, ale i tak czubek ostrza rozciął
mu policzek. Widział wynik tej walki w coraz to ciemniejszych barwach.
- Nie myślałem, że cię
zostawi. – odezwał się ironicznie Shigeo, po raz pierwszy od dłuższego czasu. –
To na pewno twój przyjaciel? – spytał z szelmowskim uśmiechem.
Czarnowłosy doskonale
wiedział, że zabójca chce go tylko podłamać i sprowokować, ale nawet nie
odczuł irytacji. Posłał mu szyderczy
uśmiech.
- Właśnie dlatego, że
poszedł ją ratować jest moim przyjacielem.
Shigeo zaatakował szybką
serią ciosów, a chłopak cały czas posuwał się do tyłu. Po wyrazie twarzy
błękitnookiego widać było, że obmyśla jakiś plan, a gdy w końcu wpadł na coś,
uśmiechnął się okrutnie.
- Wiesz, jak już cię zabiję…
- tutaj Tokaji przerwał mu swoim sarkastycznym prychnięciem. – To jej nie
odpuszczę. Zemszczę się za ojca. Może i teraz uda się ją ocalić, ale już za
kilka dni będzie wykrwawiała się w męczarniach… - powiedział z zadowoleniem,
jakby widział tę scenę przed oczami.
Tokaji poczuł jak ogarnia go
obrzydzenie i nienawiść. Doskonale wiedział, że Shigeo chce go podburzyć, by
wykończył szybciej swoje siły, ale i tak nie mógł powstrzymać nagłe przypływu
energii. Zaatakował Shigeo z podwójną siłą.
Walka toczyła się
niezmiennie od kilku uciążliwych minut. Tokaji atakował błękitnookiego w
nagłych zrywach, a gdy już opuszczały go siły, Shigeo usiłował obejść jego
gardę. I tak wciąż w kółko i w kółko.
Tokaji ciął z góry prawą
ręką, a gdy jego miecz odbił się od ostrza mężczyzny, wykonał szybki zamach
lewą ręką, tnąc płasko. Shigeo rzucił się do tyłu, by uniknąć ostrza. W ułamku
sekundy, gdy poczuł, że traci równowagę wykonał salto w tył. Po wylądowaniu
rozejrzał się gwałtownie. Miecz Tokajiego dopiero co zakreślił srebrną smugę w
powietrzu, a już oba jego ostrza spadały na zabójcę.
- Cholera! – warknął wściekle
Shigeo, blokując cios ostrzem, przytrzymując je drugą dłonią. Jeden z mieczy
chłopaka ześlizgnął się ze zgrzytem z broni zabójcy i zatopił się w lewym
ramieniu.
Tokaji prychnął szyderczo,
gdy mężczyzna zdusił w sobie okrzyk bólu. Wyciągnął miecz z jego ciała
brutalnym szarpnięciem, rozrywając kolejne mięśnie. Odskoczył na kilka kroków,
obserwując czujnie Shigeo. Po latach wiedział, że takie rany zazwyczaj tylko
dodają zaciekłości.
- Zabiję cię! – wysapał z
wściekłością mężczyzna, chwytając się za krwawiące ramię. Podniósł powoli głowę
i wbił w niego lodowate, błękitne oczy. – Zabiję.
Tokaji posłał mu znużone
spojrzenie, ale nonszalancka postawa nie trwała długo. Słysząc za sobą zgrzyt
metalu, obrócił się gwałtownie, idealnie w momencie gdy ostrze spadało na
niego. Zablokował cios bez większego wysiłku.
- O, jeszcze żyjesz. –
powiedział zdziwionym głosem do ostatniego niedobitka. – Na twoim miejscu
darowałbym sobie honor i spieprzał przy najbliższej okazji. – dodał z
wyższością, odpychając go od siebie jednym pchnięciem.
Gdy mężczyzna upadł,
spojrzał przez ramię, przeczuwając, że Shigeo mógł się zebrać do ataku. Nim
jednak zdążył spostrzec cokolwiek, mężczyzna podniósł się gwałtownie i, choć
przez jego twarz przebiegł wyraz niewyobrażalnego bólu, rzucił się w kierunku
chłopaka.
Tokaji przygotował się na
sparowanie ciosu, ale mężczyzna w ostatniej chwili wypuścił ostrze z dłoni i
wyciągnął obie ręce w jego stronę. Chłopak zastygł na ułamek sekundy, a jego
ramiona poruszyły się już mimowolnie w stronę faceta. Nim zdążył go dopaść,
ostrza ześlizgnęły się po jego brzuchu i ramieniu. Wrzasnął z bólu, zatrzymując
się na sekundę.
Tokaji cofnął się o pół
kroku, gdy mężczyzna spojrzał na niego z resztką determinacji i wbrew sobie
doskoczył do niego, chwytając go z całej siły na przeguby. Czarnowłosy
rozszerzył oczy ze zdziwienia, całkowicie osłupiały. Napiął mięśnie, gotowy od
razu wyrwać się z uścisku.
I wtedy dopadło go nagłe
przeczucie.
Szarpnął się z całej siły,
wyrywając ręce z uchwytu i próbując się przy tym od razu odwrócić. Gdy tylko
obrócił głowę, dostrzegł błysk metalu i wiedział, że nie zdąży. Zamknął oczy.
Przez całą długość jego pleców
przejechało ostrze, zadając mu głęboką ranę.
Wrzasnął, a jego krzyk
przeszedł w charkot, gdy krew podeszła mu do gardła.
Gdy poczuł, że upada,
zacisnął zęby i mimo otępiającego bólu, spadł na wyciągnięte ręce i od razu
przetoczył się w bok. Syknął, gdy lodowaty śnieg dotknął jego rozpalonej rany,
ale uśmiechnął się szyderczo, gdy chwilę później Shigeo wbił miecz w ziemię, w
miejsce w które miał upaść.
- He, he – zaśmiał się
słabo, posyłając mordercy uśmieszek. Odczuł z tego satysfakcję, mimo iż z
kącika jego ust pociekła krew.
- Ja bym się nie śmiał,
Kosai. – warknął do niego. Wyciągnął ostrze z ziemi, wyłącznie prawą rękę –
lewa zwisała bezwiednie obok. – To ty jesteś jedną nogą w grobie, nie ja. – spojrzał
na niego z wyższością.
Tokaji spojrzał na niego.
Mężczyzna prawdopodobnie nie odzyska czucia w lewej ręce, a cięcie na lewym
boku mogło zranić jakiś organ wewnętrzy. Jego twarz była ubrudzona krwią, a na
całym ciele miał drobne zadrapania i siniaki. Nie wyglądał dużo lepiej od
niego.
Kiedy Shigeo podnosił z
ziemi swojego ledwo żyjącego kompana, Tokaji resztką sił stanął na nogach.
Błękitnooki spojrzał na niego z rządzą mordu.
- Nadal chcesz walczyć? –
spytał głosem ociekającym nienawiścią. – Myślałem, że pozwolisz się szybko
dobić.
Tokaji czując przypływ
złości, zaatakował mężczyznę. Shigeo najwyraźniej spodziewał się tego i z
łatwością odbił cios. Znów zaczęli wymieniać serie błyskawicznych cięć, ale
chłopak szybko zaczął zwalniać, a przed jego czarnymi oczami zatańczyły ciemne
plamy.
Nie, nie. Jeszcze nie, powtórzył w myślach, potrząsając głową.
Zmienił schemat ciosów –
zamiast ciąć z góry, wyprowadził atak z lewej, odsuwając się przy tym trochę w
lewo, tak by cios Shigeo mógł go spokojnie minąć. Ostrze świsnęło tuż przy nim,
ale Tokaji i tak wiedział, że ten atak należy do niego. Shigeo syknął, gdy
ostrze chłopaka rozcięło mu klatkę piersiową. Pod naporem ataku, stracił
równowagę, a gdy czarnowłosy odsunął pierwsze ostrze, przygotowując tym samym
drugie do ostatecznego cięcia, upadł na ziemię.
- Sayonara. – sine usta
Tokajiego rozszerzyły się w okrutnym uśmiechu, gdy jego miecz opadał na
mordercę, który sięgał gdzieś w bok.
Gdy ostrze wbiło się w
ciało, rozległ się potworny wrzask, urwany dławieniem się krwią. Tokaji zbladł,
gdy zobaczył szyderczy uśmiech Shigeo.
- Zasłoniłeś się… ciałem
swojego podwładnego… - wydusił z oszołomieniem, patrząc na wijące się w
spazmach ciało mężczyzny, które osłaniało Shigeo.
- Nie rób takiej miny… -
stwierdził z uśmiechem, odgarniając ciało towarzysza od siebie. Tokaji był w
takim szoku, że odskoczył trochę, a bezwładne już ciało ześlizgnęło się z jego
miecza. – Ty też zawsze poświęcałeś swoich przyjaciół, nieprawdaż!? – jego ostatnie
słowa przerodziły się w wrzask, gdy rzucał się na chłopaka.
Tokaji z początku sparował
cios mechanicznie, trawiąc powoli słowa wroga. Ruchy ich obojga były
spowolnione i pozbawione płynności, co sprawiło, że walkę zakończy tylko
skrajnie osłabienie drugiego.
Chłopak zakaszlał, a na jego
dłonie i ostrze spadły krople krwi.
Cholera.
- Daj już sobie spokój,
kurwa… - sapnął Shigeo. – Przecież wiesz, że ja wygram. – uśmiechnął się
szyderczo.
Tokaji znów zmuszony był
zrobić krok do tyłu. Oddychał coraz bardziej spazmatycznie, a krew spływająca z
ran wydawała się być wrzątkiem. W czarnych oczach pojawił się cień.
- Jaka to myśl, że się za
chwilę umrze, co? – szepnął z zadowoleniem Shigeo, gdy ramiona chłopaka opadły,
a on upadł na kolana, niezdolny do zmuszenia się do więcej. – Muszę ci powiedzieć,
że byłeś godnym przeciwnikiem… - mężczyzna również ledwo cedził słowa, a z
kącików jego ust, również spłynęła krew.
Tokaji spojrzał pusto w jego
oczy, poddając się całkowicie. Jedyne co mu teraz świtało w głowie to
pragnienie, by umrzeć patrząc cały czas w oczy swojego mordercy.
Tak by na zawsze wyryć w nim
ten obraz.
Tak jak robiły to
wszystkiego jego ofiary.
Nim Shigeo przeszył go
mieczem, nachylił się do jego ucha, rozkoszując się chwilą zwycięstwa. Tokaji
spoglądał w dal, myśląc z ironią, że w tym tempie prędzej się wykrwawi do końca
niż Shigeo go zabije.
- Nie musisz się martwić,
Kanegawa i twój przyjaciel za niedługo do ciebie dołączą… - szepnął do jego
ucha z uśmiechem, przygotowując się do zamachu.
I wtedy w oczach Tokajiego
na nowo pojawiła się iskra.
Chłopak nie miał pojęcia
skąd zebrał w sobie tyle siły, ale odepchnął od siebie mężczyznę, zrywając się
na nogi. Oczy zaszły mu ciemnością, lecz zachował przytomność i sięgając do
kabury przyczepionej przy biodrze, rzucił się w kierunku oszołomionego faceta.
Gdy jego palce spoczęły na rękojeści, uśmiechnął się pusto i biorąc zamach,
runął bezwładnie na błękitnookiego.
Najpierw ogarnęła go
ciemność. Zanurzył się w niej i pozwolił sobie powoli tonąć w niej, coraz głębiej
i głębiej. Jego powieki powoli opadały, lecz wtedy gdzieś daleko na powierzchni
rozbłysnęło światło, które brutalnie wyrwało go z odmętów pustki.
Nagle dotarły do niego wszystkie
dźwięki, obrazy, zapachy zlewając się w jeden, wielki szum.
Resztką sił podniósł się na
jednym ramieniu. Zmrużył brwi nie rozumiejąc co trzyma w drugiej dłoni. Spojrzał
na nią niewidomym wzrokiem, a gdy zobaczył rękojeść sztyletu i jego ostrze
zatopione w czyjejś piersi, rozszerzył oczy i spojrzał na twarz rannego.
Shigeo był blady jak kartka
papieru, a na jego twarzy malowało się przerażenie, przechodzące powoli w
zobojętnienie.
- Jak… - szepnął tylko, a
jego usta wypełniły się krwią i znieruchomiał.
Tokaji spojrzał jeszcze raz
na niego, nie mogąc uwierzyć w to co widzi. Stoczył się z ciała zabójcy,
wypuszczając sztylet z dłoni. Upadł na plecy i zamknął oczy, czując ból. Nie
miał nawet siły się skrzywić.
- Wygrałem, Shigeo. –
szepnął, patrząc się w jaśniejące niebo. – Wygrałem. – powtórzył, a na jego
twarz opadło kilka płatków śniegu. – Nie żyjesz… - wziął głęboki, drżący
oddech, który powoli przerodził się śmiech. – Nie żyjesz!!! – zaniósł się
szaleńczym śmiechem, ale po chwili zakrztusił się krwią i z charkotem
przewrócił się na bok, wypluwając ją na biały śnieg.
Leżał tak przez chwilę,
walcząc z ogarniającym go uczuciem senności.
W odmętach jego pamięci
pojawiły się postaci.
Podniósł się chwiejnie.
Zrobił kilka chwiejnych kroków w stronę muru.
Przeszłość szybko przemknęła
przed jego oczami, zadając mu tym psychiczny ból. Wspomnienia, od których tyle lat
usiłował się odciąć nagle wróciły.
Zacisnął zęby.
A potem wszystko przeszło
płynnie do organizacji. Do Kaminari. Choć w tle widział tylko ciemność i krew,
przed oczami miał jakieś głupie chwile, nic nieznaczące kłótnie z Ryutaro i
Ayako czy zgryźliwe uwagi, które rzucał w stronę Takiego.
Osunął się na mur, walcząc o
każdy oddech. Oparł głowę o zimną ścianę, zamykając przy tym oczy.
Zobaczył jeszcze
Tsuneariego, który wiecznie coś gadał. Bezsensowne wspomnienia, jak moment, w
którym wślizgnęli się do kina, czy jak chłopak wciskał mu do rąk bidon-granat.
Prychnął widząc tą scenę przed oczami, choć
poczuł smutek.
Chwilę po Tsunearim pojawiła
się czarnowłosa dziewczyna o granatowych oczach, w kolorze nocnego nieba.
Otworzył oczy, a w czarnych tęczówkach zabłysł płomień.
Zrobił krok z wysiłkiem, a
potem kolejny i kolejny.
Ona gdzieś tam jest. Muszę jej pomóc. Muszę ją uratować. Przeprosić.
Stawiał chwiejne kroki,
przytrzymując się muru.
Ichigo.
Upadł bezwiednie na ziemię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz