Rozdział
40
Gdy Meiji zaczynał już się niecierpliwić, okno obok
niego zostało rozbite z ogłuszającym trzaskiem. Nie drgnął jedynie przez szok,
choć odłamki szkła poleciały również w jego stronę, rozcinając powierzchownie
skórę. Zacisnął zęby, kładąc dłoń na rękojeści. Jeszcze kilka sekund. Tylko kilka sekund.
Po chwili do pokoju wpadł mosiężny hak. Upadł z
brzękiem na podłogę, a w tle rozległ się okrzyk zwycięstwa. Meiji uśmiechnął
się chytrze. Hak zarysował płytki, gdy zabójcy wyciągali linę, po czym zahaczył
się o parapet. Lina napięła się.
Meiji wyciągnął bezszelestnie miecz, czując, że jego
tętno przyśpiesza, a zmysły wyostrzają się. Nadal nie śmiał wysunąć się z kąta
nawet o milimetr i czekał.
Tymczasem Toshiyuki zdążyła przeskoczyć na kolejny
budynek i powoli podciągała się na linie. Jej ruchy były płynne i wyćwiczone, a
ona sama zdawała się być nieporuszona wysokością. Gdy znalazła się na poziomie
okna, okręciła sobie linę wokół nadgarstka i odchyliła trochę do tyłu,
balansując ciałem.
- Idiotka! Nie ryzykuj! – wrzasnął Kijuro, kręcąc w
dłoni kolejnym hakiem.
- Spokojnie, Kijuro! – zaszczebiotała, przeciągając
sylaby niczym mała dziewczynka. Spojrzała jeszcze krytycznie na pozostałości
okna i wybiła obcasem kozaków resztki szkła. – Widzisz? – spojrzała w kierunku
mężczyzny, pokazując mu język. Nim zdążył coś do niej odkrzyknąć, wskoczyła
zwinnie do środka.
Meiji przewidział, że wskoczy niepostrzeżenie, więc
wstrzymywał oddech od kiedy usłyszał krzyk Kijuro. Kobieta rozejrzała się po
pokoju, wchodząc coraz bardziej w głąb mieszkania. Nie zdawała sobie sprawy, że
ktokolwiek jest za nią.
Gdy
kolejny hak wpadł do pokoju, zawołała:
- Jak coś to czysto!
- Jesteś pewna? – wyszeptał czarnowłosy pojawiając
się tuż za nią i biorąc na nią od razu zamach ostrzem.
Kobieta obróciła się gwałtownie, napinając
instynktownie wszystkie mięśnie. Spojrzała łagodnymi, przestraszonymi,
błękitnymi oczami na bezlitosny wyraz twarzy zabójcy i mechanicznie sięgnęła ku
rękojeści. Zdążyła jeszcze mrugnąć nim ostrze na nią spadło.
Rozległ się szczęk metalu, a cios Meijiego został
bezbłędnie odparowany.
Mężczyzna syknął z irytacją, choć od samego początku
nie wierzył, że na Toshiyuki podziała zasadzka. Kobieta podniosła na niego
wzrok, a on wzdrygnął się. Po tym ciepłym spojrzeniu nie pozostał nawet ślad.
- Wieki minęły, prawda, Mei-ji-kun? – zapytała, a
jej głos stał się bardziej psychiczny, tak samo jak oczy – szeroko otwarte i
pełne rządzy krwi i mordu.
Kiedy nie reagował, przekrzywiła głowę, nie
spuszczając z niego wzroku. Jej usta rozchyliły się lekko, gdy czarnowłosy
skierował ostrze w jej stronę.
- Ojoj, nie mów, że chcesz ze mną walczyć… -
powiedziała zmartwionym głosem, choć usta wygięły się w krzywy uśmiech.
- Trudno nie zauważyć – prychnął czarnowłosy,
uśmiechając się kpiąco.
Kobieta zaatakowała z szybkością dźwięku. Cięła z
całej siły od dołu, ale Meiji był na to przygotowany. Walczył z Toshiyuki raptem
3 razy i zawsze zaczynała od tego ciosu. Starał się przywołać te walki w
pamięci, ale nic mu to nie dało – zawsze kończyło się zaledwie po kilku
ciosach, a żadna ze stron nie była sama i nie chciała ryzykować. A poza tym to
Mako zawsze walczyła przeciwko fioletowowłosej.
Toshiyuki wpadła w trans i zaczęła uderzać ze
wszystkich stron losowo. Meiji blokował ciosy tak dobrze jak mógł, wspomagając
się drugą ręką, ale nie był w stanie pomyśleć o czymś innym niż ostrze
świszczące tuż przy jego głowie.
- Toshiyuki! – wrzasnął Kijuro, już bez cienia
złości. Zawiązał supeł na końcu liny i pociągnął ją mocno, upewniając się, że
nie zerwie się przy skoku.
Meiji dostrzegł drganie liny kątem oka, co prawie
przypłacił lewym ramieniem – w ostatniej chwili się odchylił, a ostrze rozdarło
skórę tylko powierzchniowo. Spojrzał krótko na kobietę, która wyraźniej
spowolniła, rozkoszując się widokiem krwi i wziął głęboki oddech. Zgiął kolana
i upadł na plecy, przetaczając się od razu w bok, by Toshiyuki go nie trafiła.
Jej miecz wbił się w podłogę.
- Grrr! – warknęła, patrząc z obłędem na mężczyznę,
który przekoziołkował prawie do parapetu, a teraz wspierał się na ramieniu. Od
razu dostrzegła w tym swoją szansę i wyciągnęła z łatwością miecz z podłogi,
kierując się powoli w jego stronę.
Meiji mrugał zawzięcie oczami, by pozbyć się
zawrotów, ale gdy zorientował się, że Toshiyuki nie biegnie od razu na niego, uśmiechnął
się chytrze, sięgając po omacku za siebie. Kobieta zastygła i instynktownie
spojrzała na linę.
- KIJURO NIE IDŹ! – wydarła się przeraźliwie,
rzucając w kierunku Meijiego.
On jedynie machnął bezwładnie ramieniem, a sztylet,
który trzymał przerwał od razu linę. Ułamek sekundy potem Toshiyuki kopnęła go
z całej siły w klatkę piersiową, odrzucając do tyłu. Meiji stanął niepewnie na
nogach, ale od razu sparował cios kobiety. Zaczęli się siłować.
Zawroty głowy od razu mu przeszły, gdy spostrzegł,
że on trzyma miecz obiema rękoma, a ona tylko jedną. Nawet na niego nie
patrzyła – może to i lepiej, zważając na jej psychiczny wzrok – a fioletowe
kosmyki opadły na twarz. Meiji wpatrywał się w nią przezornie, niepewien jej
dalszych ruchów. Zmarszczył brwi, gdy usłyszał mamrot i rozejrzał się po
pokoju, szukając źródła dźwięku. Gdy szemranie stało się głośniejsze, drgnął
gwałtownie, odskakując od kobiety.
- Zabiję, zabiję, zabiję, zabiję, zabiję, zabiję,
zabiję... – szeptała coraz głośniej, nakręcając swoją żądzę mordu.
- Jasna cholera… - syknął do siebie Meiji,
przygotowując się na wybuch kobiety. Właśnie takich momentów wszyscy chcieli
uniknąć podczas walki z nią. Może
powinienem darować sobie akcję z przecinaniem liny. Prawdopodobnie Kijuro
zdążył się cofnąć. 2
Toshiyuki umilkła. Czarnowłosy spojrzał w jej
stronę, czując, że jego tętno przyśpieszyło jeszcze bardziej. Kobieta zrobiła
chwiejny krok w jego stronę z opuszczonym mieczem, zostawiając w podłodze
szramę. Patrzył się na nią, oczekując czegokolwiek.
- Chciałeś go zabić. – powiedziała powoli, jakby ze
smutkiem. – Chciałeś zabić Kijuro. – powtórzyła, robiąc krok w jego stronę.
Dzieliły ich teraz zaledwie trzy metry. Zatrzymała się i podniosła na niego
wzrok, uśmiechając się psychicznie. – Nie daruję.
Wypowiadając ostatnie słowo zaatakowała. Gdyby nie
to, że Meiji czekał na atak od dłuższej chwili, nie uniknąłby go. Ledwo
dostrzegł ruch jej nadgarstka. Parował ciosy tak szybko jak umiał, ale ostrze i
tak smagało go po ramionach, a krew skapywała na ziemię. Jeśli sądził, że tamte
serie cięć są szybkie, był w błędzie. Tamto to było nic.
Cofał się pod naporem ciosów, starając się skręcić w
stronę drzwi, by nie podparła go do ściany. Patrzył się na nią z uwagą,
czekając na jakąkolwiek oznakę zawahania, czy zmęczenia. Nic.
- Uparty jesteś – powiedziała, oblizując wargi.
Widząc jego zacięty wzrok, wykrzywiła usta w okrutnym uśmiechu. – Hi, hi, hi.
Meiji spojrzał kątem oka w bok, nasłuchując.
Toshiyuki odebrała to jako opadnięcie z sił i włożyła jeszcze więcej siły w
ciosy, przypierając mężczyznę do ściany. Czarnowłosy spojrzał na jej uniesione
ostrze.
I prychnął. A ona mimowolnie się zawahała.
- Toshi…! – Kijuro wpadł z okrzykiem do środka,
otwierając drzwi na oścież. Zdezorientował się na sekundę, gdy zobaczył ich
przy ścianie obok, a jego krzyk urwał się, gdy Meiji rzucił się w jego
kierunku, unikając zabójczego ciosu kobiety. Ostrze ledwie smagnęło go po
plecach.
Obaj mężczyźni stracili równowagę, a Meiji
korzystając z osłupienia przeciwnika, wbił mu łokieć z całej siły w brzuch.
Upadli ze stęknięciem na ziemię, rozwalając stolik i sofę.
- Kijuro!!! – pisk Toshiyuki przepełniało
przerażenie, ale chwilę później warknęła z najgłębszą nienawiścią. – Jak
śmiesz!
Zaczęła siłować się z ostrzem, które utknęło w
ścianie.
Meiji postanowił grać na czas i wymierzył sierpowego
w Kijuro. Głowa mężczyzny odskoczyła, ale od razu chwycił go za ramiona i
usiłował z siebie zrzucić. Przetoczyli się, szarpiąc zawzięcie. Meiji wylądował
na plecach, trzymając pięści Kijuro z daleka od siebie.
- Miałem cię za mądrego. – stęknął Kijuro, wkładając
całą swoją siłę w siłowanie się. Meiji uśmiechnął się z wysiłkiem.
- Ja ciebie też. – odparł, błyskawicznie podciągając
pod siebie kolana.
Odepchnął od siebie przeciwnika i zerwał się na
równe nogi, sięgając za siebie po kolejny sztylet. Wziął szeroki zamach,
krzyżując ostrza z Toshiyuki, która zmierzyła go zdziwionym wzrokiem. Po chwili
uśmiechnęła się, mrużąc oczy z zadowoleniem. Meiji obrócił sztylet w dłoni i
zaatakował ponownie. Zabójczyni odparowała cios, przygotowując się do
kolejnego, ale czarnowłosy prześlizgnął się po ziemi, w stronę drzwi. Tam
chwycił swój miecz i obrócił się do przeciwników.
Kijuro podnosił się właśnie z ziemi, a Toshiyuki
patrzyła się na niego z zaniepokojeniem. Kiedy jednak mężczyzna stanął pewnie
na nogach i przetarł krew z twarzy, obróciła się do czarnowłosego z mordem w
oczach. Meiji zmrużył oczy, zaciskając dłonie na rękojeści.
- Nie sądziłem, że zobaczę tutaj akurat ciebie –
rzucił nonszalancko Kijuro. – I to jeszcze samego.
- Niespodzianka. – odparł sarkastycznie Meiji, nie
spuszczając oczu z Toshiyuki.
- Co tu robisz? – warknęła kobieta, kierując w jego
stronę czubek miecza.
- Przeszkadzam wam. – uśmiechnął się.
Kijuro mruknął coś pod nosem i sięgnął po
komunikator. Meiji rzucił się w jego kierunku, ale kobieta zastąpiła mu drogę. Mężczyzna
znów musiał osłaniać się od szaleńczo-szybkich ciosów. Strateg tym czasem
wyminął ich, kierując się w stronę drzwi. Meiji syknął ze złością. Kijuro
obrócił się jeszcze w drzwiach.
- Zatrzymaj go, muszę poprowadzić naszych. –
polecił, a Toshiyuki skinęła tylko głową, nie spuszczając wzroku z przeciwnika.
– Ale nie zabijaj. Wyciągniemy później z niego informacje. – dodał i wyszedł.
- Nie tak szybko! – krzyknął Meiji, kucając. Ostrze
kobiety świsnęło mu tuż nad głową, a nim zabójczyni zdążyła w niego ponownie
wycelować, podciął ją szybko, obracając się na nadgarstkach, i podniósł się na
nogi, wybiegając z pokoju.
Toshiyuki spadając, wygięła się w łuk i zrobiła
salto, pomagając sobie jedną ręką. Odzyskała od razu równowagę i westchnęła,
przeczesując wolną dłonią fioletowe włosy.
- Tak chcesz się bawić? – szepnęła nienawistnie. –
Nie zabijać. – powtórzyła, kierując się powoli w stronę przeciwnika. – Trudno
będzie. – uśmiechnęła się okrutnie, przygotowując miecz do ciosu.
Meiji tym czasem walczył z Kijuro, a komunikator
leżał nieopodal na ziemi. Mężczyźni uśmiechali się ponuro, jakby czerpiąc
przyjemność z ponownego spotkania w walce. Wydawali się nawet gawędzić.
Toshiyuki przystanęła, wpatrując się w Kijuro z wyczekiwaniem.
- Całkiem postradałeś zmysły. – rzucił mężczyzna,
odgarniając bordowe włosy z oczu wprawnym ruchem głowy.
- Zawsze byłem szalony – zaśmiał się Meiji, atakując
z góry. Zaczęli się siłować. – Łaskawie odpuściłbyś już i dał mi rozwalić ten
komunikator, co?
- Po moim trupie. – odparł Kijuro, uśmiechając się
wyzywająco.
Między nich wpadła Toshiyuki, wytrącając miecz z
dłoni wroga. Meiji odskoczył ze zdziwieniem, sięgając po sztylet. Osłonił się
od ciosu w ostatniej chwili. Kobieta uspokoiła trochę swój gniew, a jej ruchy
stały się bardziej przemyślane i dokładne.
Kijuro zaszedł walczących od tyłu, gotowy włączyć
się do walki. Toshiyuki łypnęła na niego groźnie, nie przerywając gradu ciosów.
Ramiona mężczyzny zaczynały nie nadążać z parowaniem cięć.
- Kijuro, zostaw go mnie. – powiedziała pewnie. – A
ty bierz w końcu ten cholerny komunikator i kieruj naszymi. Straciliśmy
wystarczająco dużo czasu.
Zabójca wpatrywał się w nią przez dłużą chwilę, po
czym sięgnął po urządzenie i wybiegł z pokoju. Meiji mordował wzrokiem
Toshiyuki, która w odpowiedzi coraz szerzej rozciągała usta w uśmiechu. Oboje
wiedzieli, że ta walka nie potrwa długo.
- Cholera – syknął mężczyzna.
- Hihihihi – zachichotała Toshiyuki, nie spuszczając
z niego swoich lodowatych, błękitnych oczu. Na jej twarz znów wstępował wyraz
szaleństwa. Wyprowadziła szerokie, płaskie cięcie, napinając mięśnie gotowa by
zaatakować znów i znów.
Meiji jednak się nie odsunął.
Miecz morderczyni wbił się w lewe ramię mężczyzny, a
Toshiyuki zastygła całkowicie zdezorientowana. Meiji, choć oczy zaszły mu mgłą
z bólu, uniósł kącik ust do góry i ostatkiem sił wbił pięść w brzuch kobiety.
Zabójczyni stęknęła cicho i osunęła się na ziemię.
- Jesteś godnym przeciwnikiem… - szepnęła spokojnie,
leżąc na ziemi. – Nie pomyślałabym, że dasz się trafić tak niespodziewanie,
żeby wyprowadzić mnie z rytmu. – podniosła się na ramionach, rozciągając usta w
uśmiechu. – Ale nie zabicie mnie było czystą głupotą! – wykrzyknęła, posyłając
mu psychiczne spojrzenie.
- Wiesz, Toshiyuki… - stęknął ciężko Meiji. – Są
inne sposoby by wygrać niż zabijanie. – uśmiechnął się chytrze, wypuszczając z
dłoni pustą, malutką probówkę.
Kobieta rozszerzyła oczy z przerażenia.
- Kłamiesz. – ramiona się pod nią załamały. –
Cholera, to chloroform… - jej głowa opadła na ziemię, a ona sama walczyła by
utrzymać oczy otwarte.
- Szpiedzy mają swoje sztuczki. – Meiji schylił się
po swój miecz. – A to nawet ciebie uśpi na pewien czas. – posłał jej ostatnie,
kpiące spojrzenie nim całkowicie odpłynęła.
Nim jednak pobiegł za Kijuro, wyrzucił miecz
Toshiyuki przez okno.
Kijuro siedział na klatce schodowej, zażarcie
usiłując się z kimś połączyć. Z początku nawet nie podniósł głowy znad
urządzenia, będąc pewnym zwycięstwa Toshiyuki. Kiedy jednak domniemana
towarzyska nie odzywała się słowem, zwrócił się do niej:
- Szybko ci poszło, Toshi… - urwał gwałtownie,
spostrzegając zakrwawionego zabójcę. Zerwał się na równe nogi, wyciągając zza
siebie miecz. Zmierzył Meijiego nienawistnym spojrzeniem. – Co żeś jej zrobił!?
– warknął, atakując go z całej siły.
- Żyje. – odparł tylko, wyprowadzając kilka cięć.
- Jesteś martwy! – krzyknął Kijuro, atakując go z
góry.
Szczęk metalu niósł się głośnym echem po opuszczonym
wieżowcu, a mężczyźni walczyli z całych swoich sił. Nie byli nawet w stanie
dostrzec swoich ostrzy, które kreśliły srebrne smugi w powietrzu.
- Kiedy ostatnio walczyliśmy tak zaciekle? –
westchnął po pewnym czasie Meiji, czując że musi szybko znaleźć sposobność do
rozwalenia komunikatora. Dawka chloroformu jaką podał działa bardzo szybko, ale
równie szybko przestawała działać.
- 4 lata temu, podczas naszej pierwszej wojny –
odparł Kijuro, mordując go wzrokiem. Sparował cięcie tuż przy swojej twarzy,
zaczynając się siłować z przeciwnikiem.
- Nie sądziłem, że tyle przeżyjesz! – rzucił lekceważąco
Meiji, tnąc z góry, a w piwnych oczach Kijuro błysnęła panika.
Jednak cios jedynie rozorał ramię mężczyzny,
schodząc z pierwotnego celu, przez huk otwieranych drzwi. Obaj zabójcy jakby
zapomnieli o toczonej walce i spojrzeli w tym kierunku ze zdziwieniem.
- Już jestem, Kijuro… - mruknęła przesłodzonym
głosem Toshiyuki, podpierając się framugi drzwi. – Obiecuję, że teraz…
Krwawisz. – jej uśmiech momentalnie zniknął, a ona wpatrzyła się pusto w jego
ranę. Po chwili w błękitnych tęczówkach błysnęła żądza mordu, a ona uśmiechnęła
się psychicznie na wizję masakry. – Hihihihi!!! – zachichotała, rzucając się na
Meijiego z pięściami.
Czarnowłosy był całkowicie zdezorientowany i ocknął
się z oszołomienia, dopiero gdy razem z Toshiyuki huknęli o ziemię. Kobieta
była jeszcze skołowana po działaniu narkotyku, więc upadek zamglił jej na
chwilę umysł. Meiji szybko zrzucił ją z siebie i zerwał się na równe nogi.
Kijuro uśmiechnął się pod nosem, widząc stan
Toshiyuki.
Kobieta szybko odzyskała werwę i skoczyła w stronę
Meijiego. Przypominała mu rozszalałe, dzikie zwierzę. Odchylił się, a gdy
kobieta wyhamowała i wycelowała w niego kopniaka z półobrotu, kucnął i
spróbował ją podciąć. Zabójczyni wyskoczyła w górę, złączając pięści. Meiji
odskoczył jak najdalej, gdy Toshiyuki opadła na ziemię. Jej uderzenie zostawiło
w płytkach rysę.
Mimowolnie zagwizdał pod nosem. Kobieta wydała z
siebie przeszywający, wściekły krzyk i rzuciła się ponownie w stronę Meijiego.
W jej ruchach dostrzegał lata treningu, ale pod
wpływem złości ataki były chaotyczne. W walkach dawało to kobiecie przewagę, a
przeciwnik był zdezorientowany i przerażony. Jedno spojrzenie w błękitne oczy
potrafiło zmrozić krew w żyłach.
Meiji zauważył swoją szansę w tym tempie walki.
Wyminął Toshiyuki, kierując się na Kijuro, który zerwał się gotowy do ataku,
ale fioletowowłosa zastąpiła mu drogę tuż przy schodach. Uśmiechając się
psychicznie rzuciła się w jego kierunku.
A wtedy Meiji ruszył na nią.
Zderzyli się z głuchym stęknięciem. Toshiyuki spadła
na stojącego na schodach Kijuro, który wypuścił z dłoni komunikator i chwycił
ją w ramiona, po czym oboje huknęli o ziemię piętro niżej.
Ułamek sekundy po tym dostrzeli Meijiego i jego
ostrze spadające prosto na nich. Kijuro podświadomie odepchnął na bok Toshiyuki,
jednak zabójca nie celował w nich. Zdali sobie z tego sprawę za późno.
Miecz Meijiego wbił się w leżący nieopodal
komunikator, niszcząc go doszczętnie.
Czarnowłosy oparł katanę o zdrowe ramię, wyraźnie z
siebie zadowolony. Odkopnął szczątki urządzenia, posyłając szyderczy uśmieszek,
podnoszącym się wrogom.
- Dobra, teraz wystarczy, że tylko zatrzymam was,
dopóki nie rozprawią się z wami na froncie. – uśmiechnął się szelmowsko,
kierując na nich swoje ostrze. – En
garde.
***
- Dziękuję… Ryu… - wydusiła Kei, krztusząc się po
chwili krwią.
- Ciii… - szepnął lekarz, wsmarowując maść leczniczą
w rany. – Wyliżesz się z tego, tylko na Boga, siedź cicho i się nie ruszaj.
- Przyjęłam. – powiedziała, siląc się na uśmiech.
Gdy Ryutaro obrzucił ją zdenerwowanym spojrzeniem,
parsknęła krótko, bez sił do dalszego żartowania z towarzysza. Gdy chłopak
opatrywał jej rany, spojrzała na niebo, rozjaśnione już promieniami słońca.
Westchnęła ciężko.
Ryutaro przyjrzał się jej twarzy uważnie. Znalazł
Kei odpoczywającą w tej uliczce. Bezbronna kobieta mogła liczyć tylko na to, że
przyjaciele nie pozwolą się nikomu prześlizgnąć. Chłopak teraz przeklinał się w
myślach, że szybciej nie zaryzykował wyjścia na front.
- Kei, nie śpij. – poklepał ją delikatnie w
policzek. Kobieta zamrugała gwałtownie i spojrzała na niego zamglonym wzrokiem.
– Wybacz, ale to nie jest miejsce do tracenia przytomności.
- Wiem, wiem… - powiedziała słabo. Spojrzała
krytycznie na opatrzone rany, po czym skierowała się do lekarza. – Ryu, moja
noga…
- Tylko skręcona. – westchnął brązowowłosy. –
Kaszlanie krwią zastopują te tabletki, ale nie da to wiele na złamane żebra. –
Kei syknęła z irytacją słysząc to. – A jeśli chodzi o rany cięte… Ten, kto ci
to zrobił, doskonale wiedział, co robi…
- Camilo Martinez… - wycedziła przez zęby.
- A on nie był na innej ulicy? – Ryutaro rozszerzył
szeroko oczy, rozglądając się z niepokojem wokół. – Kei! Miałaś siedzieć cicho!
– zganił ranną.
Kobieta westchnęła, a jej głowa powoli opadała.
Chłopak zamyślił się, nie wiedząc co robić. Nie miał czasu na czekanie, aż jej
się polepszy, ale nie mógł też zostawić jej tu samej. Pogrążony w
rozmyślaniach, nie zwrócił uwagi na to, że Kei znowu się ocknęła i wodzi
wzrokiem wokół.
W pewnym momencie rozszerzyła swoje błękitne oczy,
blednąc jeszcze bardziej. Krzyknęła cicho, wyzbywając się resztek sił.
- Ryu, za tobą!
Medyk drgnął gwałtownie, a w następnej sekundzie
zerwał się na równe nogi, obracając się w do mniemanym kierunku. Jemu również
odpłynęła krew z twarzy, gdy zobaczył nadbiegającego zabójcę. Przyjął pozycję
obronną, przełykając ciężko ślinę. Jego jedyną bronią była strzykawka w tylnej
kieszeni fartucha lekarskiego.
Zabójca z Jishin już unosił zwycięsko miecz, biorąc
szeroki zamach, gdy zza zakrętu wypadła pokaźna postać, taranując wroga i
zwalając go z nóg kilka metrów dalej.
- Wypierdalać od mojej siostry!!! – ryknął Keizo,
biorąc zamach zza głowy.
Mężczyzna na ziemi zdążył się osłonić i nawet
podnieść na nogi, ale za nim pojawiła się kolejna postać. Zdążył się
zorientować o jej obecności i obrócił się w stronę przeciwnika, lecz nie dał
rady sparować ciosu Itaru.
Wróg padł trupem nim Ryutaro zdążył zamrugać.
- Iwasaki-san! – wydusił po chwili.
Rosły mężczyzna spojrzał na niego groźnie, ale gdy
go poznał, osłupiał. Itaru jedynie zmarszczył brwi, przekrzywiając pytająco
głowę. Między nimi zapadła napięta cisza, którą przerwał słaby szept Kei:
- Hejka, bracie…
- Kei! – mężczyzna przyklęknął przy rannej siostrze
i spuścił głowę. – Przepraszam, że cię zostawiłem. – obrzucił wzrokiem jej
opatrunki i kiwnął głową w stronę lekarza. – Dobra robota, Ryu.
- To w końcu moja praca… - chłopak wzruszył
ramionami. – Ale co ważniejsze, nie powinniście być ze swoim zespołem?
- Odłączyliśmy się na chwilę, by sprawdzić co z Kei…
- Mniejsza z nami, co ty do jasnej cholery tu robisz!? – ryknął Keizo, przerywając
towarzyszowi. Zniżył głos, gdy jego siostra jęknęła. – Nie zaprzeczę, że medyk
na polu bitwy jest wydajniejszy, ale nie podoba mi się, że hasasz se po
uliczkach i koksisz, nie mając nawet scyzoryka!
Ryutaro chciał coś odpowiedzieć, ale jedynie zamknął
usta i pokiwał potakująco głową. Keizo zwinął dłoń w pięść, gotowy przywalić
chłopakowi. Uśmiechnął się przy tym krzywo.
- To ja lecę dalej! – zawołał Ryu, chwytając teczkę
i odbiegając w boczną uliczkę.
- Ryutaro, poczekaj! – krzyknął za nim Itaru, przytrzymując
za ramię Keizo, który był gotowy rzucić się za lekarzem.
- Ja już tego gówniarza, rozsądku nauczę! – mruczał
groźnie mężczyzna.
- Powtarzasz to od siedmiu lat. – zaśmiała się słabo
Kei, stając niepewnie na nogach. Przetarła krew z ust wierzchem dłoni.
Obaj mężczyźni spojrzeli na nią z troską, a gdy
zachwiała się, Keizo przytrzymał delikatnie siostrę. Westchnął głęboko i
pokręcił głową, spoglądając w kierunku uliczki, w którą wbiegł lekarz i
pokierował kobietę w bezpieczniejsze miejsce.
***
Mako sparowała mechanicznie kilka cięć i skierowała
puste, zielone oczy na jednego z przeciwników. Skupiła się tylko na nim,
masakrując go psychicznie jak i fizycznie serią swoich szybkich ciosów. Te
ruchy pochłonęły ją na tyle, że nie zwróciła uwagi na kobietę zachodzącą ją od
tyłu.
- Mako, kuźwa, tyły!!! – wrzasnął Koichi, wpadając
między nią, a kobietę. Sparował ciosy i zmusił, by zabójczyni powoli się
cofała. Wydał z siebie bojowy okrzyk, nacierając ponownie i odbiegł na pewną
odległość.
Mako skinęła mu nieznacznie głową, powracając do
walki.
Jun zrównał się z nią, kryjąc jej plecy.
- Radziłbym ci otrzeźwieć, Mako. – rzucił przez
ramię. – W ogóle nie zwracasz uwagi na otoczenie. – dodał ganiącym tonem
blondyn.
- Ciekawe przez kogo. – mruknęła rudowłosa
neutralnym tonem.
Gdy Jun spojrzał na nią ze zdziwieniem, zignorowała
go. Zadała kolejną serię swoich najszybszych ciosów, a przeciwnik wypuścił
miecz z dłoni. Broń zagruchotała o ziemię kilka metrów dalej, a mężczyzna
rzucił się do ucieczki. Kobieta, z którą walczył Jun spojrzała ponad jego
ramieniem, wykonała unik, po czym zmyłkę i również spróbowała odbiec.
Blondyn od razu chciał rzucić się za nią, ale Mako
powstrzymała go. Spojrzał na nią z irytacją, ale widząc, że kobieta patrzy się
na nadbiegającego ponownie Koichiego, zmarszczył brwi.
- Czy tylko mi się zdaje… - wysapał Koichi, będąc
jeszcze daleko. – Że oni walczą jakoś bezsensownie?
Jun uniósł brwi wysoko.
- Jak już tak o tym wspomniałeś… - potarł kąciki
oczu, ziewając przy okazji. – Ale równie dobrze może to być brak snu.
- Nie – Mako pokręciła głową, spoglądając na nich
uważnie. Jej zielone oczy wydawały się przewiercać mężczyzn na wylot, ale
kobieta nie doczekała się ich reakcji. – Udało mu się.
Zabójcy zrozumieli od razu, i uśmiechając się
szeroko, przybili piąteczkę.
- Dobra, czas ich wykończyć! – wykrzyknął bojowo
Koichi i pobiegł przed siebie. Jun wyciągnął broń i ruszył za nim.
Mako została na swoim miejscu, obracając się w
przeciwnym kierunku.
- Ciekawe, kiedy zorientują się, że pobiegli nie w
tą stronę. – mruknęła do siebie pod nosem i pognała za wrogimi zabójcami.
***
Ryutaro przemykał samotnie uliczkami od kilkunastu
minut. Jego zapas medykamentów gwałtownie się kurczył po każdym spotkaniu. W
tak krótkim okresie czasu zdążył spotkać lub zobaczyć wszyscy pozostałych
walczących.
Spochmurniał na tę myśl.
Usłyszał za sobą szczęk stali i nawet nie
obejrzawszy się, pognał przed siebie. Jeśli znowu wpadnie na wroga, Keizo go
zatłucze jak będzie po wszystkim. O ile ktokolwiek tego momentu doczeka.
Lekarz zaczął sapać, klnąc na siebie w myślach. Tyle
czasu spędził już w organizacji, ale nigdy nie zadbał o własną kondycję. Zawsze
kończyło się na opatrywaniu drobnych ran po misjach i treningach. Uniósł lekko
kącik ust, widząc przed oczami krzywiących się towarzyszy, gdy bandażował im
rany. Niektórzy bywali u niego już setki razy. Wspomnienia go lekko
rozkojarzyły.
Dlatego gdy na kogoś wpadł, wrzasnął głośno.
Druga osoba pisnęła z przerażeniem. Siła uderzenia
sprawiła, że upadła, ale Ryutaro zachował równowagę, zwijając dłonie w pięści.
Powiódł wzrokiem po postaci, napinając mięśnie, gotowy do ucieczki.
Kiedy zobaczył brązowowłosą nastolatkę, rozszerzył
oczy ze zdziwienia i stanął jak wryty. Nie wyglądała na Japonkę, miała raczej
latynoską urodę. Wpatrywała się w niego z takim samym zdziwieniem czarnymi
oczami.
Trwali tak przez kilka sekund, nim Ryutaro przypasował
jej wygląd do jedynego, znanego mu pasującego nazwiska.
- Carmen Martinez… - mruknął, nadal z cieniem
niedowierzania.
Dziewczyna zerwała się gwałtownie na nogi, chwytając
torbę. Przerzuciła ją sobie nieporadnie przez ramię drżącymi rękoma, po czym
skierowała na niego pięści. Starała się przybrać morderczy wyraz twarzy, ale z
przerażenia się trzęsła.
Ryutaro wyciągnął w jej stronę dłoń, stawiając krok
naprzód. Był zdezorientowany. Ostatnią osobą jaką się tu spodziewał była
medyczka Jishinu.
- Posłu… - wydusił, ale Carmen mu przerwała.
- Ani kroku dalej! – zawołała z hiszpańskim
akcentem. – Nie zbliżaj się!
- Poczekaj… - mruknął uspokajająco lekarz,
rozglądając się z niepokojem. Miał nieodparte wrażenie, że coś jest nie tak, a
on sam wpadł w jakąś dziwną zasadzkę. – Co ty tu…?
- Nie masz broni… - zauważyła w pewnym momencie,
przyglądając się chłopakowi, po czym spojrzała mu w oczy. Mierzyła jego
zakłopotany wzrok ostrym spojrzeniem, lecz po chwili rozluźniła się trochę. –
Jesteś medykiem. – powiedziała już z mniejszym strachem.
- Tak. Tak jak ty. – potwierdził Ryutaro od razu. -
Co ty tutaj robisz? Dla nieuzbrojonej dziewczyny jest tu… - zaczął ostrożnie,
ale Carmen analizowała coś i nie zwracała na niego uwagi.
- Skoro nie masz broni i jesteś medykiem… - mruknęła
pod nosem i podniosła na niego wzrok. Zmarszczył brwi, niewiele rozumiejąc, po
czym wyciągnął rękę w stronę dziewczyny, która uśmiechnęła się przebiegle. – W takim
razie... – powiedziała tylko, odwracając się i pognała jak najdalej od niego.
Ryutaro mimowolnie ruszył za nią, ale zniknęła mu z
oczu tuż za zakrętem. Zatrzymał się, rozejrzał, aż w końcu pokręcił głową i
odetchnął głęboko.
- Ryu…? – rozległ się słaby głos.
- Kei? – chłopak aż podskoczył, gdy dojrzał
opierającą się o ścianę kobietę. – Co ty tutaj robisz? – podbiegł do niej,
przyglądając się od razu opatrunkom.
- Braciszek mnie tutaj przeniósł, mówiąc, że będzie
spokojniej…
- Masz inny opatrunek. – przerwał jej lekarz.
- A, to? – powiedziała cicho. – To było dziwne…
- Co było dziwne? – Ryutaro powiedział to trochę
ostrzej niż zamierzał, ale Kei jakoś się tym nie przejęła. Uśmiechnęła się
tylko pod nosem.
- Pewnie mi nie uwierzysz, ale… Ale opatrzyła mnie
jakaś dziewczyna z Jishinu.
***
Gdy niezliczony raz wgniótł mnie w ziemię, nie
zerwałam się chwiejnie na nogi. Pozwoliłam by moja głowa opadła na ziemię, ale
ja desperacko walczyłam o oddech. Cenne powietrze dostało się w końcu do płuc
blokowanych przez stłuczone (albo co gorsza połamane) żebra.
Dłoń, którą chwyciłam kilka minut temu ostrze
Igarashiego, zostawiała na śniegu szkarłatny ślad.
- Żałosne. – Igarashi splunął. – W zabijaniu ciebie
nie będzie nic ciekawego. – jego głos był pełen pogardy, gdy powoli kierował
czubek ostrza w moją stronę. Nie miał najmniejszej ochoty się z tym pośpieszyć.
Mimowolnie poczułam gniew, zmuszając się do napięcia
mięśni.
- Żegnaj. – rzucił nonszalancko, biorąc zamach.
Przetoczyłam się po ziemi, unikając ciosu. Chwyciłam
od razu swój miecz i podniosłam się na nogi. Łapałam spazmatycznie powietrze,
trzymając broń przed sobą.
Jest źle. Bardzo, bardzo niedobrze.
Czemu zawsze muszę pchać się do walk, których nie
wygram?
Powtarzałam sobie w myślach, że muszę się uspokoić,
rozłożyć siły, które mi pozostały. Chodziły mi mroczki przed oczami ze
zmęczenia, a Igarashi wyglądał jakby nawet nie biegał. Posłałam mu nienawistne
spojrzenie.
Mężczyzna zacmokał z niezadowoleniem, gdy wyciągał
miecz z ziemi.
- Kanegawa, to się robi już nudne. – jęknął. – Może dla
odmiany posłuchałabyś zdrowego rozsądku i spróbowała uciekać. Będzie ciekawiej.
- Jeśli jeszcze nie zauważyłeś, to jestem pozbawiona
rozsądku. – warknęłam sarkastycznie.
Mimo wszystko nie mogłam tak po prostu uciec. On coś
wiedział o moich rodzicach. On dowodził atakiem. On zabił Takiego i Daikiego.
Nie mogę się teraz wycofać. Nie… Nawet nie dam rady uciec.
Dobra, Ichigo to nie czas na czarne myśli. Skup się.
Skup się.
Igarashi ponownie zaatakował. Nie dał mi nawet
ułamka sekundy na kontratak. Z zaćmionym umysłem byłam w stanie jedynie odskakiwać
od jego ataków. To nie potrwa długo.
Od kiedy udało mi się rozciąć mu twarz, w tej walce
właśnie to stało się najbardziej denerwujące – że to nawet nie była walka. On
po prostu się mną bawił. Najlepiej świadczył to fakt o braku większych ran ciętych.
Igarashi był na tyle silny by zabić mnie gołymi rękoma.
Mam co chciałam, do cholery.
- Ale powiem ci jedno. – prychnął w pewnym momencie.
– Gdyby wzrokiem dało się zabijać, oddałbym wszystko by mieć twoje oczy. –
wzdrygnęłam się, słysząc to.
A wtedy czas się zatrzymał, a ostrze zabójcy spadało
na mnie nieubłagalnie celnie. Zrobiłam ostatni, desperacki unik jaki
zadziałałby w tej chwili – runęłam jak długa na ziemię. Stęknęłam cicho, gdy
niezamortyzowany upadek rozszedł się bólem po wszystkich kościach.
Zmusiłam się do gwałtownego zrywu, myśląc gorączkowo
co dalej.
Igarashi pchnął mnie stopą z powrotem na ziemię i
przykucnął wpatrując mi się w oczy. Mordowałam go tym samym spojrzeniem, o
którym wspominał przed chwilą, ale jego puste, czarne oczy śmierci sprawiły, że
prawda do mnie dotarła. Poczułam jakby wylali na mnie kubeł lodowatej wody.
Może na twarzy pozostałam nieugięta.
Ale to oczy zdradziły strach.
Chwycił mnie za włosy, zmuszając bym na niego
spojrzała. Korzystając z okazji rozejrzałam się, licząc że dostrzegę cokolwiek.
Nie widząc nic przydatnego, poczułam bezsilny gniew i wbiłam w Igarashiego
mordercze spojrzenie, które wykrzesałam resztką jakichkolwiek sił.
- Widzisz, właśnie o tym mówiłem… - uśmiechnął się
szyderczo, wiedząc, że nie mam już najmniejszych szans.
Kolejna kropla nienawiści przelała czarę i splunęłam
mu w twarz.
- Szkoda tylko… - wysyczał przez zaciśnięte zęby.
Uśmiechnęłam się, widząc, że przynajmniej jest wściekły. Chwycił mnie za szyję,
przyduszając, po czym dokończył swoją wypowiedź. – Że wzrokiem jednak nikogo
nie zabijesz. – zacisnął palce na mojej krtani.
Zakrztusiłam się, a każdy centymetr mojego ciała
zajął się ogniem. Chwyciłam dłońmi jego ramię, ale nie byłam w stanie nic zrobić.
Powoli ogarniała mnie ciemność.
Nie tak szybko, Igarashi… Nie myśl sobie, że…
Wściekłe zawzięte myśli powoli zanikały w moje
głowie.
Nagle gwałtownie mnie puścił, wręcz odpychając od
siebie, a ja złapałam spazmatycznie powietrze. Nade mną świsnął sztylet, ale
ledwo to zarejestrowałam. Oddychałam. Żyłam.
Ale gdy rozpoznałam głos chłopaka, serce mi stanęło.
- Nie bierz tego do siebie, ale mam cię zabić. –
groźba rozbrzmiała w zapadłej ciszy, a ja błagałam by to były tylko
halucynacje. By on naprawdę nie robił czegoś tak głupiego jak ja.
Tsu, idioto.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz