25 lutego 2016

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Epilog


EPILOG

Wszystko ucichło.
Wpatrywałam się szeroko otwartymi oczami w nocne niebo, na którym połyskiwało wyblakłe słońce. Leżałam pośród wysokich traw, poruszanych lodowatym wiatrem. Nie wydawały z siebie najmniejszego szelestu.
Coś było nie tak.
Podniosłam się, rozglądając z niepokojem wokół. Sosnowy las zniknął, gęste krzewy zniknęły, strumyk zniknął. Wszystko co znałam ze swoich koszmarów zniknęło.
Stanęłam niepewnie na nogach i spojrzałam po sobie – niezmienna, biała sukienka i bose stopy. Przynajmniej to zostało i w jakiś niewyjaśniony sposób dodawało mi otuchy.
Otaczała mnie rozległa równina, porośnięta wysokimi, ciemnozielonymi trawami. Łąka ciągnęła się nieskończenie na wszystkie strony świata, granatowe niebo kończyło horyzont, gdzieś poza zasięgiem mojego wzroku, a wokół nie było nikogo.
Przełknęłam ciężko ślinę, czując, że lodowata dłoń zaciska mi się wokół serca. Patrząc przez pryzmat poprzednich koszmarów powinnam cieszyć się samotnością. Jednak teraz instynkt szeptał mi, że spotka mnie coś znacznie gorszego niż żądne zemsty ofiary.
Uspokoiłam rozszalałe serce i zrobiłam kilka kroków do przodu. Po pierwszym ruchu z traw wyleciało kilkanaście świetlików, które nikle oświetliły ciemną łąkę. Zatrzymałam się, przyglądając małym żyjątkom. Jeden z owadów usiadł na mojej otwartej dłoni. Świecił się jeszcze przez kilka sekund, po czym zgasł.
- Jest trochę inaczej, prawda? – rozległo się ironiczne pytanie. Rozpoznałam od razu znienawidzony głos i odwróciłam się gwałtownie. Świetlik odleciał.
Odetchnęłam z ulgą, nie widząc nikogo za sobą, obracając się z powrotem. Zmierzałam znów w tym samym kierunku, nie wiedząc gdzie idę. Dlaczego idę.
- Ja bym się tak nie uspokajał na twoim miejscu – haker pojawił się obok mnie. Powstrzymałam dreszcz i zmroziłam go wzrokiem, gdy zrównał krok ze mną.
- Czemu zawsze akurat ty? – prychnęłam, odwracając od niego wzrok. Mimo upływu miesięcy wyglądał tak samo – kasztanowe, gęste włosy i liczne kolczyki. Ten sam wyraz twarzy, ten sam durnowaty uśmieszek. Upływ czas nie odciskał na nim piętna. Natomiast ja zmieniałam się za każdym razem – trochę urosłam, włosy opadały mi już na łopatki.
- Sam nie wiem czemu. – odparł, wzruszając ramionami. Po chwili wykrzywił usta w uśmiechu. – To w końcu twój sen.
Westchnęłam głęboko.
- Z dwojga złego, lepiej ty, niż… niż cała reszta – zawahałam się, a przed oczami stanął mi obraz zbrukany krwią. – Przynajmniej ty nie próbujesz mnie zabić.
- A gdybym spróbował? – szepnął mi złowieszczo do ucha, nachylając się nad ramieniem.
Zatrzymałam się gwałtownie, nieruchomiejąc.
Yo Ito odsunął się ode mnie, dusząc się ze śmiechu. Widząc moje mordercze spojrzenie, nie wytrzymał i jego śmiech poniósł się echem po tym pustkowiu.
- Zamknij się. – syknęłam i ponownie ruszyłam przed siebie.
Po chwili ucichł, a jego czarne źrenice zaczęły przewiercać mi plecy. Zignorowałam to. Haker skrzyżował ramiona, poważniejąc.
- Ej, Ichigo! – zawołał po chwili. Zatrzymałam się, ale nie obróciłam, czekając na jego odpowiedź. – Na dowód naszej przyjaźni dam ci radę. – uśmiechnął się kpiąco. – Pamiętaj, że to koszmar.
Uniosłam brwi do góry, zaniepokojona jego stwierdzeniem i odwróciłam się do niego, ale haker jak się pojawił, tak zniknął. Po kilku sekundach wahania, wzruszyłam ramionami i ruszyłam przed siebie, marząc tylko o tym by w końcu się obudzić.
Jednak gdy po kilku godzinach znów dotarłam do strumienia nie odczułam radości tylko strach. W głowie rozbrzmiały mi słowa hakera. Zatrzymałam się gwałtownie, wpatrując się w ludzi stojących za wodną granicą. Moi rodzice, którzy się do mnie uśmiechali, mieszali się właśnie w tłumie osób poległych z Kaminari.
- Tylko nie to… - zwinęłam dłonie w pięści, przygryzając dolną wargę. – Tylko nie to… - powtórzyłam jeszcze, nim zaczęłam się tak okropnie trząść, niezdolna do pohamowania emocji. Byli tu wszyscy. Stali tak daleko ode mnie, śmiejąc się i rozmawiając. Jakby nie zdawali sobie z niczego sprawy. Jakby nie byli martwi.
Objęłam się ramionami, opadając na kolana. Łzy spływały po moich policzkach, mimo usilnych starań by zachować spokój, a uczucie beznadziei i rozpaczy przygniatało mnie tak bardzo, że brakowało mi tchu.
- Ichigo?
Podniosłam gwałtownie głowę, dusząc w sobie na chwilę histerię. Wbiłam spojrzenie w niskiego chłopaka, stojącego przy strumieniu, ale jeszcze po mojej stronie. Obrócił się do mnie, wyciągając dłoń z wahaniem, jakby nie był pewien, czy powinien mnie wołać.
Krzyknęłam z rozpaczy, zakrywając oczy palcami. Podniosłam się chwiejnie na nogi, starając nie załamać. Wyczułam za sobą obecność hakera, ale mężczyzna nic nie mówił. Tylko obserwował. Przetarłam oczy dłonią, uśmiechając się bez życia.
- To już nie jest koszmar, tylko tortury.
Po tych wypowiedzeniu tych słów, ruszyłam w stronę Takiego. Uśmiechnął się przyjaźnie, ale po chwili na jego twarz wkradło się zdziwienie i obrócił się w stronę strumienia, jakby ktoś coś do niego powiedział. Posłuchał przez chwilę i znów odwrócił się do mnie, uśmiechając tym czystym, ciepłym uśmiechem.
- Nie możesz tu iść, Ichigo. Jeszcze nie teraz. – powiedział, a po moich ramionach przebiegł dreszcz, na dźwięk delikatnego tonu przyjaciela.
Uniosłam trochę wyżej wzrok i jakby za mgłą dostrzegłam rosłą postać. Moje usta mimowolnie drgnęły, a ja sama zatrzymałam się, widząc Daikiego. Mężczyzna wyglądał tak jak zwykle – włosy poprzetykane siwizną, małe, czarne oczy i pierwsze zmarszczki związane z doganiającą go pięćdziesiątką na karku. Tylko, że już nigdy nie będzie miał więcej niż 48.
Napotykając mój wzrok uśmiechnął się też jak co dzień – z ufnością i dozą uspokojenia. Uniósł na powitanie jedną dłoń, odsłaniając wytatuowane przedramię, po czym wyciągnął rękę w stronę okularnika. Chłopak jeszcze raz obejrzał się na mnie. Widząc jego życzliwy, pożegnalny uśmiech resztki duszy zawyły z żalu. Następnie Taki, jakby nie zdając sobie sprawy ile rozpaczy i bólu pokazał w tym typowym dla niego geście, dał przeciągnąć się na drugą stronę.
Rozszerzyłam oczy, gdy w moich uszach pojawił się świszczący dźwięk, ułamek sekundy później zorientowałam się co on oznacza i doskonale wiedząc, że i tak nic nie zrobię, wyciągnęłam w rozpaczy rękę, chcąc wrzasnąć.
Ale wybuch wyprzedził mnie.
***
- NIE! – obudziłam się, wrzeszcząc.
Zerwałam się gwałtownie, chwytając za głowę i powtarzając to słowo jak mantrę, dopóki nie dotarło do mnie, że jestem w swoim obskurnym mieszkanku, a to całe piekło się skończyło.
A może dopiero zaczynało? Nie jestem pewna.
Starłam łzy z policzków, bez najmniejszych sił do dalszego płaczu. Potarłam kilka razy ramiona, by przestały przechodzić mnie dreszcze i wstałam z łóżka. Widząc godzinę, westchnęłam. Dochodziła dopiero trzecia.
Był już czwarty stycznia, a od krwistej walki minęły trzy dni. Od pierwszej nocy dręczyły mnie coraz to boleśniejsze i okropniejsze koszmary, zrywając po godzinie lub dwóch od zaśnięcia. Przez pierwsze dwie noce próbowałam dalej zasypiać, ale mary senne skutecznie spędzały mi sen z powiek. Trzeciej nocy już tak nie wytrzymam.
Wyszłam po cichu na korytarz, a po plecach przebiegł mi kolejny dreszcz spowodowany zimnym powietrzem, które przedzierało się przez zawaloną część budynku. Na myśl o tym, zrobiło mi się nie dobrze, ale zachowałam absolutną ciszę. Zapatrzyłam się na chwilę w drzwi Ayako. Dziewczyna od początku była w stanie tak głębokiej rozpaczy, że kontakt z nią urywał się po kilku zdaniach.
Zwinęłam dłonie w pięści, czując tą rozpaczliwą bezsilność.
Prześlizgnęłam się obok sypialni i zbiegłam po schodach, kierując się do części szpitalnej, która nie dość, że skurczyła się przez uszkodzenie budynku, tak była wypełniona rannymi. Na myśl o tym dotknęłam przecięcia na brzuchu. Skierowałam się do ostatniej sali, która jednocześnie była biurem Ryutaro i miała połączenie z jego pokojem.
Zajrzałam do środka, bez pukania.
- Kto… Ichi? Co ty tu robisz o tej godzinie? – szepnął lekarz, odrywając się od biurka. Wbił we mnie zmęczone, zatroskane oczy i uśmiechnął się smutno. – Chcesz coś na sen?
- Nie. – mruknęłam cicho, wślizgując się do środka. Pomieszczenie było nikle oświetlane przez lampkę stojącą na biurku. – Nie chcę spać.
- Ichigo powinnaś wypoczywać i się regenerować. – zwrócił mi uwagę lekarskim tonem głosu, ale pokręcił głową widząc mój wzrok.
- Ty też. – odszepnęłam. – Niby wezwaliśmy innych podziemnych medyków, ale ty wciąż wyglądasz jakbyś nie spał od kilku dni. Jak nam padniesz to co zrobimy?
- Ja nie walczyłem o życie – burknął, znów siadając przy biurku.
- Cały czas walczysz. – zauważyłam cicho. – Tylko, że nie o swoje, ale o nasze. – dodałam ledwo słyszalnie i poszłam w głąb pokoju.
Przy jednym z łóżek stał fotel. Widząc kto w nim drzemie, mimowolnie uśmiechnęłam się i przysiadłam na ramienniku, przeczesując delikatnie włosy chłopakowi. Tsuneari mruknął coś przez sen. Przeniosłam wzrok na łóżko i znów poczułam głęboki żal. Tokaji wyglądał coraz to bladziej.
- Jeśli się o niego martwisz to nie potrzebnie. – szepnął jeszcze do mnie Ryu. – Może nie wygląda, ale jego stan się poprawia. A poza tym ma profesjonalną opiekę. – dodał z ironią, spoglądając na śpiącego Tsu.
- Właśnie widzę… - powiedziałam pusto i z ociąganiem wstałam od nich. – Pójdę już sobie i nie będę ci przeszkadzać, Ryu. – ruszyłam do drzwi ospale.
- Ichigo, poczekaj… - zawołał cicho, gdy stałam już w progu. – Wszystko w porządku?
- Tak. – odparłam szeptem, nie patrząc się na niego.
- Na pewno? – przewiercał moje plecy spojrzeniem, więc się odwróciłam i posłałam mu uśmiech.
- Na pewno. – spojrzałam mu w oczy przez krótki moment, po czym wyszłam.
Tak, Ryu, wszystko w porządku. Zwłaszcza, że ty jesteś wycieńczony. Że Ayako popada w depresję. Że Tokaji nadal się nie obudził.
A Taki nie żyje.
Tak, Ryu wszystko w porządku. Nie mamy teraz czasu na moje załamania.
***
- Ichigoś, weź mi pomóż! – wesoły śmiech kobiety poniósł się echem po pustym korytarzu.
Wzdrygnęłam się słysząc to zdrobnienie, ale uśmiechnęłam się życzliwie i wzięłam od niej jedno z kartonowych pudeł. Ważyło chyba z tonę.
- Widzę, że pani też pomaga. – rzuciłam taktownie, nie bardzo wiedząc jak obchodzić się z nią.
Sakiko Hashimoto zacmokała z niezadowoleniem i gdyby nie miała zajętych rąk, pewnie pogroziłaby mi palcem.
- Daj spokój z tą panią, Ichigoś! Mam zaledwie trzydziestkę, nieheheh. – roześmiała się, a okulary zjechały jej na czubek nosa. Kobieta zaczęła nawijać o czymś, a z uśmiechem na ustach jej przytakiwałam.
Sakiko przyjechała razem z oficerem Akaike i tym drugim, mniej sympatycznym biznesmenem. Była jedną z najbardziej ekscentrycznych osób jakie znałam, zaczynając od ubioru, tak na charakterze kończąc. Spojrzałam na nią kątem oka. Nadal miała okrągłe oprawki, pilotki na czole i pasiaste rajstopy, ale teraz ubrana była w krótkie, bufiaste spodenki i koszulę w kratę. Brązowe włosy sterczały na wszystkie strony, co współgrało z niepohamowanym optymizmem. Kobieta również na mnie spojrzała, wbijając duże ufne oczy we mnie. Jej policzki były zarumienione, a piegi prawie niknęły.
- Nadal nie rozumiem, co ludzie takiego wspaniałego, olśniewającego i pięknego we mnie widzą, że się cały czas wpatrują. – zaśmiała się.
- Przepraszam, po prostu…. – zaczęłam z zmieszaniem, ale Sakiko tylko roześmiała się głośniej.
- Daj już z tym spokój, nieheheh! Po prostu jestem zbyt barwna jak na ten szary świat, co? – wyszczerzyła się. – Mówią mi to nawet najzabawniejsi z ludzi pracujących na czarno. Nawet Suzuki, który rozumem nie grzeszy, nieheheheh.
- Może faktycznie, chodzi akurat o tą… barwność. – przytaknęłam, zduszając śmiech.
Mimo wszystko, za całą tą otoczką wariatki kryła się jedna z najlepszych majsterkowiczów z regionu. Gdy Tsuneari powiedział mi to, za pierwszym razem nie uwierzyłam. Słuchając trochę historii, z czasem poczułam do niej respekt, który bardzo cichł, podczas rozmowy z nią.
- Aaaa… Szkoda, że te dupki żołędne rozwaliły taki fajny budynek. Chociaż i tak dziwię się, że rozgryźli te zabezpieczenia odnośnie bomb dopiero po trzech latach…
- Mogli jeszcze chwilę nad tym pomyśleć… - mruknęłam z irytacją.
- Mogli, nie mogli. To już historia. – rzuciła wesoło Sakiko. – A ja przez 3 lata powtarzałam Aracie, a kolejne 3 Fumiyi, że tak skończy się zakładanie bazy w budynku przeznaczonym do rozbiórki, no i mają, co chcieli. – powiedziała to dość chłodno, a widząc mój lekko zdenerwowany wyraz twarzy, roześmiała się wesoło. – Dobrze, że chociaż Ukyo udostępni wam jakiś inny. Szkoda tylko, że tak daleko. Od sześciu lat współpracuję z Kaminari, a teraz będzie trudniej, bo wynosicie się na obrzeża Tokio…
- Ej, Sakiko, zostaw nasze dzieciaki w spokoju! – wesoły krzyk Omitsu wybawił mnie z dalszej paplaniny kobiety.
- Omitsu, dobrze, że cię widzę! Właśnie miałam…
Podniesiony kciuk zastępczyni pokazał mi, że mogę się zmyć, na co podziękowałam tylko krótkim uśmiechem i odstawiłam pudło obok stert innych. Koło bramy zauważyłam szefa, który gadał z tym biznesemenem.
Westchnęłam tylko, chowając się do środka organizacji. Spojrzałam na zegarek, przewracając oczami na widok godziny. Dochodziła ledwo ósma, a dla mnie ten dzień trwał już w nieskończoność. W kościach czułam, że zapisze się on w mojej pamięci bardzo nieprzyjemnie.
To dzisiaj opuszczamy ten przytulny, przestrzenny budynek, który nieodłącznie przypisywałam naszej organizacji. Tsuneari powiedział mi, że kiedy dołączał, byli w jeszcze innym miejscu, a zmiany siedzib nie są częste, ale też nie nieuniknione. To dzisiaj odwiedzamy cmentarz wyklętych, by choć trochę pamiętać o żałobie po poległych.
Taki.
Wzdrygnęłam się. Raptem dwie godziny po zakończonej wojnie, gdy policja wpuszczała już ludzi na teren Toshimy, przyjechała ciężarówka zapakowana trumnami i po prostu wpakowaliśmy w każdą z nich naszych towarzyszy, dając tylko karteczki z imieniem i datą. A potem ciężarówka odwiozła ich na cmentarz, jakby nic nie znaczyli dla nas.
Znosiłam akurat swoje jedyne pudło z rzeczami, gdy dostrzegłam Fumiyę zamykającego biuro na klucz. Spojrzał na krzywy napis wiszący na drzwiach i po chwili wahania zdjął go i położył na wierzch pudełka.
- Czemu szef to zamyka? – spytałam z czystej ciekawości.
- Sam nie wiem, Kanegawa. – odpowiedział tylko, wzdychając ciężko. – Sam nie wiem. – mruknął jeszcze.
Ruszyliśmy z pudłami w stronę wyjścia.
- Jeśli chodzi o tą całą walkę, chciałbym ci podziękować, młoda. – rzucił w pewnym momencie, ale nie spojrzał na mnie.
- Niby za co? Nie zrobiłam praktycznie nic. – prychnęłam z irytacją na samą siebie.
- Za twoją głupotę. – zaśmiał się ponuro. – Kto wie jakby to wszystko się potoczyło, gdyby nie to, że go zatrzymałaś, nawet na tak krótki moment. A poza tym w końcu mogłem się na nim wyżyć. Mało, bo mało, ale mogłem. Jestem twoim dłużnikiem.
- W takim razie, jako spłacenie długu, chcę usłyszeć historię. Wszystko o przeszłości. Chcę w końcu wiedzieć jak wyglądają te zawiłe powiązania i je zrozumieć.
Fumiya uniósł wysoko brwi, ale uśmiechnął się do siebie.
- Mądra z ciebie dziewczyna, Ichigo. – zwrócił się do mnie po imieniu, czego bardzo dawno nie robił. – Dobrze. Tylko jeszcze nie dzisiaj. – dodał cicho, pochmurniejąc. – Muszę od tego wszystkiego odpocząć.
- Wystarczy mi na razie fakt, że szef jest honorowym człowiekiem i dotrzyma słowa. – rzuciłam neutralnie, a Fumiya roześmiał się ponuro.
***
- Ichi?
Drgnęłam słysząc swoje imię. Otworzyłam szerzej oczy nie wierząc własnym zmysłom. Koło mnie stanęła Ayako i jak gdyby nigdy nic uśmiechnęła się smutno. Wpatrywałam się w nią ze zdziwieniem. Nie wyglądała teraz na załamaną. Była schludnie ubrana i uczesana w typowego dla siebie warkocza.
- Ayako? – wydusiłam tylko po chwili i przesunęłam się trochę, by zrobić jej miejsce. – Czy wszystko…? – zaczęłam automatycznie, przybierając zmartwiony ton głosu, ale urwałam w połowie, zdając sobie sprawę, że to nie jest odpowiednie pytanie.
- Tak, Ichi. Już w porządku. – zapewniła, spuszczając wzrok, po czym usiadła obok mnie. Milczałyśmy.
Od kilkunastu minut jechaliśmy pociągiem w stronę Matsumoto, w stronę cmentarza wyklętych. W rzeczywistości ma jakąś bardziej historyczną nazwę, ale ta przylgnęła do niego od końca lat osiemdziesiątych, gdy płatni mordercy zaczęli prężniej działać. Na cmentarzu tym nie chowano ludzi już od bardzo dawna, a gdy miejscowa policja pogrzebała tutaj kilku zabójców, powoli weszło to w krew organizacjom. Całkowite pustkowie, wokół las, a na cmentarzu jedynie zmarli.
- Wysiadamy na kolejnym przystanku. Nikt się nie zgubił? – rzucił cicho Fumiya.
Rozejrzałam się po wagonie. Nie pojechali wszyscy. Jechała nas zaledwie czternastka. Większość została z powodu odniesionych ran. Spojrzałam przelotnie na Ryutaro. Lekarz pojechał tylko dzięki temu, że Tsu wyrzucił go z gabinetu, oznajmiając, że Tokaji pod jego opieką nie zginie.
Westchnęłam ciężko. Może byłoby mi łatwiej gdyby tu był.
Nie. Gdyby byli tu obaj.
***
Gdy przekroczyliśmy bramę cmentarza, kruki poderwały się do lotu, kracząc złowróżbnie. Przeszył mnie dreszcz na widok zniszczonych czasem nagrobków, które powoli obrastał mech. Na niektórych napisy wyblakły, a istnienia zmarłych odeszły już w zapomnienie. Wzdrygnęłam się.
- Myślałam, że będzie więcej śniegu. – mruknęłam do siebie, patrząc na pustą ziemię, bez najmniejszej trawy. Jedynie mchy i sosny się zieleniły.
- Wiesz co przypomina mi ten cmentarz? – Ayako podeszła do mnie, chwytając pod ramię. Nim zdążyłam zaśmiać się na ten gest, dostrzegłam wyraz jej twarzy i stwierdziłam, że lepiej to przemilczeć. – Tą misję w Setagayi. Patrz tam nawet są nagrobki tych dilerów. – rzuciła pusto, wskazując odległe miejsce. – Ta walka z Shigeo i bliźniakami… Mam wrażenie, że to było tak dawno…
Przytaknęłam cicho i pozwoliłam się poprowadzić dalej.
Fumiya prowadził nas niestrudzenie do przodu, choć kilka razy naprawdę chciał przystanąć, a oczy Omitsu wcale nie ułatwiały mu tego. Niektórzy zatrzymywali się przy grobach, ale jedynie zamykali na chwilę oczy, skinęli krótko głową i szli dalej.
Tylko Ryutaro zatrzymał się przy jednym i nie poszedł dalej. Nikt nie pytał go o nic, ale ja zauważając jego drżące ramiona, wyciągnęłam instynktownie dłoń w jego stronę. Ayako pociągnęła mnie jednak w inną stronę.
- Zostawmy go na razie, dobra? – powiedziała cicho, a ja nie oponowałam.
Zdążyłam przeczytać nagrobek. Grób rodzinny Ishimura. Były tam cztery miejsca, z czego już trzy zapełnione. Hana, Ryuko i Kuranosuke. A sam grób wyglądał na nieodwiedzany od wielu, wielu lat.
Po dłuższej chwili zatrzymaliśmy się, a moim oczom ukazał się szereg nowych, czystych mogił. Zabolało mnie serce. Fumiya odwrócił się do nas, otwierając usta, by pożegnać zmarłych, ale nie wydobył z siebie żadnego słowa i szybko zakrył oczy, żeby ukryć łzy. Omitsu ścisnęła go za ramię i skinęła na nas wszystkich głową.
Pociągnęłam za sobą Ayako, wiedząc, że jeśli ja tego nie zrobię, ona nie da rady tam podejść. Znalazłyśmy go szybko. Obok nas stał Fumiya z Omitsu, którzy bez słów i w bezruchu wpatrywali się w nagrobek. Daiki Odaka. A kamienna tablica tuż obok niego należała do okularnika.
Taki Hideyoshi.
Ale przeczytanie tych napisów przerosło nawet mnie. Urodzony 18.04.1990r. Zmarł 1.01.2004r. Nie byłam w stanie zdusić krótkiego westchnienia, które przepełniło mnie takim bólem, że Ayako podniosła na mnie swoje, puste, szarozielone oczy. Przeżył 14 lat.
- Kłamca. – wyszeptała. – Przecież obiecałeś.
Objęłam mocno brązowowłosą, ściskając ze wszystkich sił. Dziewczyna na początku była zdezorientowana, ale tuż po chwili odwzajemniłam uścisk i zaczęła płakać.
Nie wiem ile tak staliśmy na tym cmentarzu, niezdolni do wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa. Mogliśmy jedynie oddać im wszystkim cichy hołd. Bo żadne słowa ich nie przywrócą. Bo żadnych słów już nigdy nie usłyszą.
- Przepraszam, Daiki. Mogłem ci załatwić ten lepszy sprzęt. – usłyszałam smutny szept Fumiyi, który powoli zaczynał przygotowywać się do odejścia.
- Przepraszam, że nazywałam się starym zgredem. – zawyła Omitsu, ukrywając twarz w dłoniach. – Przepraszam. Naprawdę, przepraszam. Przepraszam…
Mikuru objęła przyjaciółkę, zanosząc się łzami.
Spojrzałam po towarzyszach. Wszyscy stali nad nagrobkami przygarbieni, z opuszczonymi ramionami. Przepełnieni uczuciem bezsilności. Ale mnie również przepełniało jedno uczucie.
Tylko, że to była nienawiść.
Dopadnę cię, Igarashi. Stanę się tak przerażająco potężna, że zapragnąłbyś śmierci z rąk kogoś innego.
***
Tokaji otworzył powoli oczy, ale od razu je zmrużył. Światło poraziło go, a ból głowy zagrał na nowo. Jednak tym razem nie utracił świadomości. Nie ruszył instynktownie głową tylko pomyślał przez chwilę i poruszył palcami. Powoli usiłował napiąć każdy mięsień.
I wtedy przez mgłę usłyszał Tsuneariego.
- Tokaji!? – jego przyjaciel przyskoczył od razu do niego, powstrzymując się od chwycenia go za ramiona. – Tokaji? – powtórzył Tsu trochę ciszej, ale jego głos przepełniało głębokie zmartwienie.
Gdyby czarnowłosy miał wystarczająco siły prychnąłby.
Ale wolał spożytkować odrobinę energii na coś innego.
- Tsuneari… - wydusił z ogromną boleścią.
Chłopak od razu do niego przyskoczył, by nie nadwyrężał głosu, a czarnowłosy chwycił go za ramię, prawie że siłą woli.
- Tsu…
- Tak?
- Co z…
Tsuneari spojrzał na bladą twarz przyjaciela, a przez myśl przebiegły mu najgorsze możliwe scenariusze. Jednak gdy usłyszał dalszą część pytania zastygł w bezruchu z głupkowatą miną.
- Co z moim bidonem?
Tsuneari puścił przyjaciela, który opadł na łóżko. Gdyby był na siłach, wybuchł swoim szyderczym śmiechem, ale teraz Tokaji wysilił się jedynie na krzywy uśmieszek.
- Ty skończony idioto, to nie było zabawne!
- Było.
- Tokaji! – burknął Tsu, krzyżując ręce na piersi, ale po chwili wybuchnął śmiechem.
Czarnowłosy rozszerzył uśmiech, ale po kilku chwilach, gdy wpatrywał się w sufit, zmarszczył brwi i przekrzywił głowę w stronę brązowowłosego.
- Gdzie jestem?
- Jak to gdzie? W łóżku.
- A tak na serio? – Tokaji używał ogólników, męcząc się wypowiadaniem każdego słowa.
Tsu unikał jego spojrzenia.
- Zmieniamy siedzibę. Jesteś już w nowej. – wytłumaczył pobieżnie. – Więcej powiem ci jak wydobrzejesz.
- Jak Ryutaro pozwoliłby mi dać coś mocniejszego, już bym biegał. – jęknął z trudem Tokaji, usiłując się podnieść. Jego ramiona jednak załamały się pod ciężarem, a Tsu chwycił go i położył delikatnie. – Ta… Dzięki, Tsu. Tak w ogóle to gdzie Ryutaro? Powinienem mieć teraz profesjonalną opiekę medy…
- Pojechali na cmentarz.
Chłopcy zamilkli. Tokaji spojrzał jeszcze na twarz przyjaciela, który bardzo usilnie unikał jego wzroku, aż w końcu czarnowłosy przeniósł spojrzenie na sufit i westchnął głęboko, przepełniony obezwładniającym poczuciem bezsilności.
- Ilu? – zapytał w końcu cicho i spokojnie.
Tsuneari uśmiechnął się ostatkiem sił, patrząc się w przestrzeń za oknem.
- Dziewiętnastu. – wyszeptał, krzywiąc się i przykładając pięść do ust. – Cholera. – Zacisnął mocno oczy, biorąc głęboki wdech.
Tokaji patrzył się na niego przez chwilę pustymi czarnymi oczyma i czekał aż Tsu uspokoi oddech. Jak zwykle po raptem trzech wdechach chłopak znów stał się spokojny, a w jego brązowych oczach zgasła rozpacz, chociaż na tę krótką chwilę.
- Rozumiem. – odparł Tokaji. Uśmiechnął się krzywo przez ułamek sekundy i przeniósł szydercze spojrzenie na towarzysza. – Szczerze, to jestem zdziwiony, że tu jesteś. Nie posądziłbym nikogo o zostanie przy mnie.
- Jesteśmy jak bracia, Tokaji. Nawet jeśli ty mnie tak nie traktujesz, ja na zawsze nim zostanę dla ciebie. – powiedział poważnie Tsu.
Ranny jakby tego nie dosłyszał.
- Gdzieś w tych koszmarach pomyślałem sobie, że może ona będzie przy mnie siedzieć, ale to była tylko krótka myśl. – westchnął. – Ichigo nie odpuściłaby niepożegnania zmarłych. Zakładam, że Ayako, Ryu i Taki też się zabrali?
Tsuneari milczał.
- Tsuneari? – mruknął Tokaji, marszcząc brwi.
Chłopak wpatrywał się w ziemię, a na jego twarz wstępowała konsternacja.
- Ej, słyszysz…
- Nie żyje.
Czarnowłosy zerwał się z łóżka, ale rany zatrzymały go w pozycji siedzącej. Zasyczał z bólu i chwycił przyjaciela za ramię. Tsuneari spojrzał na niego beznamiętnym wzrokiem, po czym przeniósł ciemnobrązowe oczy w jakiś odległy punkt.
- Taki nie żyje. – powiedział pusto. – Zginął razem w Daikim w tym wybuchu.
Tokaji gwałtownie puścił ramię chłopaka, a jego ręka opadła bezwiednie. Wpatrywał się z niedowierzającą miną w podłogę, po czym oparł głowę na dłoniach, powtarzając w myślach słowa niedowierzania jak mantrę. Nie zwrócił uwagi nawet na Tsu, który wstał i poszedł gdzieś w głąb gabinetu.
- Masz.
Tokaji podniósł wzrok na wyciągniętą dłoń przyjaciela, na której leżało kilka tabletek. Spojrzał na niego pytająco.
- To jest to twoje ‘’mocniejsze coś’’. Nie patrz tak na mnie. Jakbym ci nie dał, to sam byś się nawet do tego doczołgał i pewnie przedawkował. – mruknął wciskając mu tabletki. – Weź w końcu to wypij. Im szybciej zadziała tym lepiej. Nasi za niedługo tu będą.
***
- Wiesz, Ichigo… Mam teraz wielką ochotę kogoś zabić. – powiedziała w pewnym momencie Ayako. Rzuciłam jej przelotne spojrzenie.
- Czyli nie jestem jedyna chętna do zemsty. – mruknęłam, ale dziewczyna pokręciła głową.
- To nie jest nienawiść. – szepnęła. – Po prostu chcę zabić. Kogokolwiek.
Dalej szłyśmy w milczeniu. Reszta naszych towarzyszy też nie kwapiła się do rozmowy i podążali za dowództwem w milczeniu. Przyglądałam się bacznie trasie. Nie znałam tej części Tokio. Każda ulica wydawała mi się taka obca.
Zmierzaliśmy do nowej siedziby. Ten mężczyzna w garniturze, Ukyo Inaba, oddał nam do użytku jeden ze starych magazynów, jednak tylko rozległe piwnice i raptem kilka pokoi na parterze. Reszta zostanie pusta i okurzona już na zawsze.
- Witamy w nowym domu. – szepnęła cicho Omitsu, zatrzymując się przed magazynem. W jej głosie dosłyszałam dozę głębokiej nostalgii. – Ciekawe ile minie czasu, aż zacznę znów to utożsamiać z Kaminari.
- Oby jak najkrócej. – odparł Fumiya, mijając ją. – Organizacja to nie budynek, tylko ludzie. My jesteśmy Kaminari.
Szef powiedział to tak wyniosłym tonem, że aż się uśmiechnęłam. A mój uśmiech rozszerzył się jeszcze bardziej, gdy dostrzegłam w drzwiach dwóch chłopaków. Gdy wszyscy zaczęli rozchodzić się na swoje strony, pobiegłam w ich kierunku, powstrzymując łzy ulgi. Tsuneari roześmiał się ciepło, nadal podtrzymując Tokajiego. Czarnowłosy przybrał chłodną minę, ale i tak nie powstrzymał mnie. W jego oczach czaiło się zupełnie co innego. Wpadłam na nich i objęłam mocno.
- Ej, Tokaji! Ty jesteś RANNY! – za moimi plecami rozległ się zbulwersowany krzyk Ryutaro.
- Na to mam własne sposoby! – odkrzyknął czarnowłosy, uśmiechając się krzywo. Po chwili zasłaniał się przed ramieniem, by nie oberwać od lekarza, który podbiegł do nas.
Spojrzałam przez ramię na Ayako. Dziewczyna stała dalej i wpatrywała się w nas nieokreślonym wzrokiem. Kiedy jednak napotkała mój wzrok, wyszczerzyła się jak dawniej i po chwili wahania, podbiegła do nas, wołając donośnie.
- Tokaji, weź nie wyżeraj zapasów naszych leków!
- Nie wyżeram. Jestem ranny i ich potrzebuję.
- Właśnie widzę jak jesteś ranny. – mruknął Tsu, puszczając czarnowłosego. Tokaji prychnął, wyprostowując się dumnie, po czym stracił równowagę i poleciał na Ryutaro.
- W pełni sił. – rzuciłam sarkastycznie, patrząc jak lekarz podtrzymuje z wysiłkiem dużo wyższego od siebie towarzysza.
- Tokaji, jak Boga kocham, jak zaraz się nie ogarniesz i nie pójdziesz odpocząć, to zrobię ci krzywdę!
Roześmialiśmy się jak dawniej, a ja spojrzałam po przyjaciołach z uśmiechem. Dopiero teraz odczułam, że to piekło naprawdę dobiegło końca. Mimo, że pustka po Takim wydawała się wręcz zbyt odczuwalna. Jednak zaczynamy od nowa. Bez naszego przyjaciela.
Ale dla niego.
***
Pomieszczenie było ciemne, a jedyna paląca się lampka nie była w stanie objąć swym światłem nawet części pokoju. Kąty pozostały spowite ciemnością, a drzwi którymi trójka przyjaciół weszła jakby rozpłynęły się w mroku. Wbili wściekłe spojrzenia w zabójcę, który stał przy źródle światła i machał dłonią, tworząc dziwne cienie. Ignorował ich.
Najstarszy chłopak chwycił młodszego przyjaciela za ramię, powstrzymując go od rzucenia nożem w chłopaka. Jednak nie zdążył powstrzymać jego starszej siostry.
W dłoni Suzuko błysnął sztylet, a ona skierowawszy czubek jego ostrza w stronę czarnowłosego zabójcy, wbiła w niego najgroźniejsze spojrzenie bursztynowych oczu. Chłopak, wcześniej obojętny, wzdrygnął się.
- Gadaj. – z jej gardła wydobył się lodowato spokojny ton głosu.
- Ale o czym niby, Suzuko? – Ryuji rozłożył ramiona i pokręcił głową, ale drgnął gdy sztylet obciął mu kosmyk przydługich włosów.
- Gadaj. – powtórzyła, a za jej plecami stanęli przyjaciele, również mordując wzrokiem czarnowłosego.
- Nie sądzicie, że to dość…
- Stul pysk. – Matsuki wysunął się na przód, powstrzymując ramieniem mordercze intencje rodzeństwa. – Nie mamy czasu na twoje gierki. Po prostu wyjaśnij to wszystko. Inaczej będziesz martwy gdzie stoisz.
Ryuji przestał opierać się o biurko i wyprostował.
- Nie sądzisz, że grożenie śmiercią jedynej osobie, która może was teraz uratować jest taktycznym posunięciem? – spytał retorycznie, uśmiechając się szelmowsko. Nim ktokolwiek zdążył powiedzieć coś więcej, Ryuji wbił w nich poważny wzrok. – Pomyślcie o tym na spokojnie. W naszych stronach jest pięć organizacji: Jishin, Hariken, Kaminari, Fubuki i Arashi. Największą potęgę muszę przyznać niestety Hariken. A właśnie stamtąd chcą was najbardziej zabić. Jesteście zdrajcami. Igarashi nie przyjmie teraz nikogo waszego… pokroju. Kaminari tym bardziej. A ci z Saitamy… Plotki szybko się rozchodzą. – uśmiechnął się do nich mrocznie. – Ile dajecie sobie na przetrwanie we trójkę bez przynależności do kogokolwiek?
- Ty skończony…! – Suzuko wyrwała się na przód, podnosząc głos, ale oboje towarzyszy chwyciło ją za pas. – ZAJEBIĘ CI, KURWA MAĆ!
- No właśnie. – Ryuji skinął głową, wprawiając również chłopaków we wściekłość. – Waszą jedyną szansą jest zostanie ze mną.
- Nie zmusisz nasz. Już nie jesteśmy ci nic winni.  – warknął Satoru. – Uciekniemy na drugi koniec kraju i będziemy żyć z dala od was wszystkich.
- Ależ owszem, spłaciliście już swoje długi. Tylko, Satoru, w naszej branży nie chodzi o życie, lecz o przetrwanie.
Zapadło milczenie, a trójka zabójców uzgadniając coś w myślach wyglądała na coraz bardziej wściekłych. Zwinęli dłonie w pięści, a Matsuki wystąpił pół kroku do przodu.
- Zgoda. Masz nas w tej organizacji, którą tworzysz. – zabójca wbił w niego poważne, czarne oczy. – Pod jednym warunkiem. Odpowiesz teraz bezwzględnie na wszystkie pytania.
- Zgoda. – Ryuji uśmiechnął się szelmowsko. – Zakładam, że pierwsze będzie o ostatnie minuty wojny Kaminari z Jishinem? – widząc irytację na ich twarzach, parsknął krótko. – Cóż, na początku sam tego nie chciałem. W moich planach było raczej pozbycie się Igarashiego całkowicie, a z rozkoszą obserwowałbym jak pan Sotomura go torturuje, msząc przyjaciela… Ale no cóż. Wiadomość od mojej wspólniczki okazała się aż nazbyt dobitna. Nie pozwól by zginął. Tak, więc najprostszym sposobem było wykurzenie ich stamtąd policyjną strzelaniną. – Ryuji wodził po nich wzrokiem.
Trójka przyjaciół trawiła każde jego słowo, a po ich plecach przebiegały dreszcze. Świadomość jak bardzo ten nastolatek miał całą sytuację w rękach przyprawiała ich o mdłości i strach. Jednak Suzuko nadal wpatrywała się w niego uważnie.
- Wiedziałam. Jesteś po prostu aż zbyt cwany by działać samemu. – mruknęła. – Kim ona jest?
- Suzuko, o czym ty… - Satoru spojrzał na nią pytająco, ale mu przerwała.
- Celowo wplotłeś to między zdania, by nam to umknęło, prawda? Potem zarzekałbyś się, że wspomniałeś o wspólnikach, tylko nie pytaliśmy. No więc, kim ona jest?
Ryuji zagwizdał z podziwu, po czym znów oparł się o biurko.
- Pamiętacie może szefową Fubuki? Katherine Zayan, zamordowaną przez Kaminari w Ikkebukuro rankiem na początku września?
- Niemożliwe… - wydusił Matsuki, po czym obrócił się gwałtownie.
Drzwi skrzypnęły, a z ciemności wyłoniła się jasnowłosa kobieta o jasnozielonych oczach.
- Możliwe. Czuję się jak najbardziej żywa. – prychnęła zjadliwie. – Poza tym mam niewyrównane sprawy z Kaminari. Zwłaszcza z pewnym chłopaczkiem i pewną dziewczynką. – uśmiechnęła się okrutnie. – Ale niech na razie rozkoszują się spokojem. Ja jestem cierpliwa, poczekam jeszcze trochę. Piekło dopiero się rozpęta. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz