EPILOG
Wszystko ucichło.
Wpatrywałam się szeroko otwartymi oczami w nocne
niebo, na którym połyskiwało wyblakłe słońce. Leżałam pośród wysokich traw,
poruszanych lodowatym wiatrem. Nie wydawały z siebie najmniejszego szelestu.
Coś było nie tak.
Podniosłam się, rozglądając z niepokojem wokół.
Sosnowy las zniknął, gęste krzewy zniknęły, strumyk zniknął. Wszystko co znałam
ze swoich koszmarów zniknęło.
Stanęłam niepewnie na nogach i spojrzałam po sobie –
niezmienna, biała sukienka i bose stopy. Przynajmniej to zostało i w jakiś
niewyjaśniony sposób dodawało mi otuchy.
Otaczała mnie rozległa równina, porośnięta wysokimi,
ciemnozielonymi trawami. Łąka ciągnęła się nieskończenie na wszystkie strony
świata, granatowe niebo kończyło horyzont, gdzieś poza zasięgiem mojego wzroku,
a wokół nie było nikogo.
Przełknęłam ciężko ślinę, czując, że lodowata dłoń
zaciska mi się wokół serca. Patrząc przez pryzmat poprzednich koszmarów
powinnam cieszyć się samotnością. Jednak teraz instynkt szeptał mi, że spotka
mnie coś znacznie gorszego niż żądne zemsty ofiary.
Uspokoiłam rozszalałe serce i zrobiłam kilka kroków
do przodu. Po pierwszym ruchu z traw wyleciało kilkanaście świetlików, które
nikle oświetliły ciemną łąkę. Zatrzymałam się, przyglądając małym żyjątkom. Jeden
z owadów usiadł na mojej otwartej dłoni. Świecił się jeszcze przez kilka
sekund, po czym zgasł.
- Jest trochę inaczej, prawda? – rozległo się
ironiczne pytanie. Rozpoznałam od razu znienawidzony głos i odwróciłam się
gwałtownie. Świetlik odleciał.
Odetchnęłam z ulgą, nie widząc nikogo za sobą,
obracając się z powrotem. Zmierzałam znów w tym samym kierunku, nie wiedząc
gdzie idę. Dlaczego idę.
- Ja bym się tak nie uspokajał na twoim miejscu –
haker pojawił się obok mnie. Powstrzymałam dreszcz i zmroziłam go wzrokiem, gdy
zrównał krok ze mną.
- Czemu zawsze akurat ty? – prychnęłam, odwracając
od niego wzrok. Mimo upływu miesięcy wyglądał tak samo – kasztanowe, gęste
włosy i liczne kolczyki. Ten sam wyraz twarzy, ten sam durnowaty uśmieszek.
Upływ czas nie odciskał na nim piętna. Natomiast ja zmieniałam się za każdym
razem – trochę urosłam, włosy opadały mi już na łopatki.
- Sam nie wiem czemu. – odparł, wzruszając
ramionami. Po chwili wykrzywił usta w uśmiechu. – To w końcu twój sen.
Westchnęłam głęboko.
- Z dwojga złego, lepiej ty, niż… niż cała reszta –
zawahałam się, a przed oczami stanął mi obraz zbrukany krwią. – Przynajmniej ty
nie próbujesz mnie zabić.
- A gdybym spróbował? – szepnął mi złowieszczo do
ucha, nachylając się nad ramieniem.
Zatrzymałam się gwałtownie, nieruchomiejąc.
Yo Ito odsunął się ode mnie, dusząc się ze śmiechu.
Widząc moje mordercze spojrzenie, nie wytrzymał i jego śmiech poniósł się echem
po tym pustkowiu.
- Zamknij się. – syknęłam i ponownie ruszyłam przed
siebie.
Po chwili ucichł, a jego czarne źrenice zaczęły
przewiercać mi plecy. Zignorowałam to. Haker skrzyżował ramiona, poważniejąc.
- Ej, Ichigo! – zawołał po chwili. Zatrzymałam się,
ale nie obróciłam, czekając na jego odpowiedź. – Na dowód naszej przyjaźni dam ci
radę. – uśmiechnął się kpiąco. – Pamiętaj, że to koszmar.
Uniosłam brwi do góry, zaniepokojona jego
stwierdzeniem i odwróciłam się do niego, ale haker jak się pojawił, tak
zniknął. Po kilku sekundach wahania, wzruszyłam ramionami i ruszyłam przed
siebie, marząc tylko o tym by w końcu się obudzić.
Jednak gdy po kilku godzinach znów dotarłam do
strumienia nie odczułam radości tylko strach. W głowie rozbrzmiały mi słowa
hakera. Zatrzymałam się gwałtownie, wpatrując się w ludzi stojących za wodną
granicą. Moi rodzice, którzy się do mnie uśmiechali, mieszali się właśnie w
tłumie osób poległych z Kaminari.
- Tylko nie to… - zwinęłam dłonie w pięści,
przygryzając dolną wargę. – Tylko nie to… - powtórzyłam jeszcze, nim zaczęłam
się tak okropnie trząść, niezdolna do pohamowania emocji. Byli tu wszyscy.
Stali tak daleko ode mnie, śmiejąc się i rozmawiając. Jakby nie zdawali sobie z
niczego sprawy. Jakby nie byli martwi.
Objęłam się ramionami, opadając na kolana. Łzy
spływały po moich policzkach, mimo usilnych starań by zachować spokój, a
uczucie beznadziei i rozpaczy przygniatało mnie tak bardzo, że brakowało mi
tchu.
- Ichigo?
Podniosłam gwałtownie głowę, dusząc w sobie na
chwilę histerię. Wbiłam spojrzenie w niskiego chłopaka, stojącego przy
strumieniu, ale jeszcze po mojej stronie. Obrócił się do mnie, wyciągając dłoń
z wahaniem, jakby nie był pewien, czy powinien mnie wołać.
Krzyknęłam z rozpaczy, zakrywając oczy palcami.
Podniosłam się chwiejnie na nogi, starając nie załamać. Wyczułam za sobą
obecność hakera, ale mężczyzna nic nie mówił. Tylko obserwował. Przetarłam oczy
dłonią, uśmiechając się bez życia.
- To już nie jest koszmar, tylko tortury.
Po tych wypowiedzeniu tych słów, ruszyłam w stronę
Takiego. Uśmiechnął się przyjaźnie, ale po chwili na jego twarz wkradło się
zdziwienie i obrócił się w stronę strumienia, jakby ktoś coś do niego
powiedział. Posłuchał przez chwilę i znów odwrócił się do mnie, uśmiechając tym
czystym, ciepłym uśmiechem.
- Nie możesz tu iść, Ichigo. Jeszcze nie teraz. –
powiedział, a po moich ramionach przebiegł dreszcz, na dźwięk delikatnego tonu
przyjaciela.
Uniosłam trochę wyżej wzrok i jakby za mgłą
dostrzegłam rosłą postać. Moje usta mimowolnie drgnęły, a ja sama zatrzymałam
się, widząc Daikiego. Mężczyzna wyglądał tak jak zwykle – włosy poprzetykane
siwizną, małe, czarne oczy i pierwsze zmarszczki związane z doganiającą go
pięćdziesiątką na karku. Tylko, że już nigdy nie będzie miał więcej niż 48.
Napotykając mój wzrok uśmiechnął się też jak co
dzień – z ufnością i dozą uspokojenia. Uniósł na powitanie jedną dłoń,
odsłaniając wytatuowane przedramię, po czym wyciągnął rękę w stronę okularnika.
Chłopak jeszcze raz obejrzał się na mnie. Widząc jego życzliwy, pożegnalny
uśmiech resztki duszy zawyły z żalu. Następnie Taki, jakby nie zdając sobie
sprawy ile rozpaczy i bólu pokazał w tym typowym dla niego geście, dał
przeciągnąć się na drugą stronę.
Rozszerzyłam oczy, gdy w moich uszach pojawił się
świszczący dźwięk, ułamek sekundy później zorientowałam się co on oznacza i
doskonale wiedząc, że i tak nic nie zrobię, wyciągnęłam w rozpaczy rękę, chcąc
wrzasnąć.
Ale wybuch wyprzedził mnie.
***
- NIE! – obudziłam się, wrzeszcząc.
Zerwałam się gwałtownie, chwytając za głowę i
powtarzając to słowo jak mantrę, dopóki nie dotarło do mnie, że jestem w swoim
obskurnym mieszkanku, a to całe piekło się skończyło.
A może dopiero zaczynało? Nie jestem pewna.
Starłam łzy z policzków, bez najmniejszych sił do
dalszego płaczu. Potarłam kilka razy ramiona, by przestały przechodzić mnie
dreszcze i wstałam z łóżka. Widząc godzinę, westchnęłam. Dochodziła dopiero
trzecia.
Był już czwarty stycznia, a od krwistej walki minęły
trzy dni. Od pierwszej nocy dręczyły mnie coraz to boleśniejsze i okropniejsze
koszmary, zrywając po godzinie lub dwóch od zaśnięcia. Przez pierwsze dwie noce
próbowałam dalej zasypiać, ale mary senne skutecznie spędzały mi sen z powiek.
Trzeciej nocy już tak nie wytrzymam.
Wyszłam po cichu na korytarz, a po plecach przebiegł
mi kolejny dreszcz spowodowany zimnym powietrzem, które przedzierało się przez
zawaloną część budynku. Na myśl o tym, zrobiło mi się nie dobrze, ale
zachowałam absolutną ciszę. Zapatrzyłam się na chwilę w drzwi Ayako. Dziewczyna
od początku była w stanie tak głębokiej rozpaczy, że kontakt z nią urywał się
po kilku zdaniach.
Zwinęłam dłonie w pięści, czując tą rozpaczliwą
bezsilność.
Prześlizgnęłam się obok sypialni i zbiegłam po
schodach, kierując się do części szpitalnej, która nie dość, że skurczyła się
przez uszkodzenie budynku, tak była wypełniona rannymi. Na myśl o tym dotknęłam
przecięcia na brzuchu. Skierowałam się do ostatniej sali, która jednocześnie
była biurem Ryutaro i miała połączenie z jego pokojem.
Zajrzałam do środka, bez pukania.
- Kto… Ichi? Co ty tu robisz o tej godzinie? –
szepnął lekarz, odrywając się od biurka. Wbił we mnie zmęczone, zatroskane oczy
i uśmiechnął się smutno. – Chcesz coś na sen?
- Nie. – mruknęłam cicho, wślizgując się do środka.
Pomieszczenie było nikle oświetlane przez lampkę stojącą na biurku. – Nie chcę
spać.
- Ichigo powinnaś wypoczywać i się regenerować. –
zwrócił mi uwagę lekarskim tonem głosu, ale pokręcił głową widząc mój wzrok.
- Ty też. – odszepnęłam. – Niby wezwaliśmy innych
podziemnych medyków, ale ty wciąż wyglądasz jakbyś nie spał od kilku dni. Jak
nam padniesz to co zrobimy?
- Ja nie walczyłem o życie – burknął, znów siadając
przy biurku.
- Cały czas walczysz. – zauważyłam cicho. – Tylko,
że nie o swoje, ale o nasze. – dodałam ledwo słyszalnie i poszłam w głąb
pokoju.
Przy jednym z łóżek stał fotel. Widząc kto w nim
drzemie, mimowolnie uśmiechnęłam się i przysiadłam na ramienniku, przeczesując
delikatnie włosy chłopakowi. Tsuneari mruknął coś przez sen. Przeniosłam wzrok
na łóżko i znów poczułam głęboki żal. Tokaji wyglądał coraz to bladziej.
- Jeśli się o niego martwisz to nie potrzebnie. –
szepnął jeszcze do mnie Ryu. – Może nie wygląda, ale jego stan się poprawia. A
poza tym ma profesjonalną opiekę. – dodał z ironią, spoglądając na śpiącego
Tsu.
- Właśnie widzę… - powiedziałam pusto i z ociąganiem
wstałam od nich. – Pójdę już sobie i nie będę ci przeszkadzać, Ryu. – ruszyłam
do drzwi ospale.
- Ichigo, poczekaj… - zawołał cicho, gdy stałam już
w progu. – Wszystko w porządku?
- Tak. – odparłam szeptem, nie patrząc się na niego.
- Na pewno? – przewiercał moje plecy spojrzeniem,
więc się odwróciłam i posłałam mu uśmiech.
- Na pewno. – spojrzałam mu w oczy przez krótki
moment, po czym wyszłam.
Tak, Ryu, wszystko w porządku. Zwłaszcza, że ty
jesteś wycieńczony. Że Ayako popada w depresję. Że Tokaji nadal się nie
obudził.
A Taki nie żyje.
Tak, Ryu wszystko w porządku. Nie mamy teraz czasu
na moje załamania.
***
- Ichigoś, weź mi pomóż! – wesoły śmiech kobiety
poniósł się echem po pustym korytarzu.
Wzdrygnęłam się słysząc to zdrobnienie, ale
uśmiechnęłam się życzliwie i wzięłam od niej jedno z kartonowych pudeł. Ważyło
chyba z tonę.
- Widzę, że pani też pomaga. – rzuciłam taktownie,
nie bardzo wiedząc jak obchodzić się z nią.
Sakiko Hashimoto zacmokała z niezadowoleniem i gdyby
nie miała zajętych rąk, pewnie pogroziłaby mi palcem.
- Daj spokój z tą panią, Ichigoś! Mam zaledwie
trzydziestkę, nieheheh. – roześmiała się, a okulary zjechały jej na czubek
nosa. Kobieta zaczęła nawijać o czymś, a z uśmiechem na ustach jej
przytakiwałam.
Sakiko przyjechała razem z oficerem Akaike i tym
drugim, mniej sympatycznym biznesmenem. Była jedną z najbardziej
ekscentrycznych osób jakie znałam, zaczynając od ubioru, tak na charakterze
kończąc. Spojrzałam na nią kątem oka. Nadal miała okrągłe oprawki, pilotki na
czole i pasiaste rajstopy, ale teraz ubrana była w krótkie, bufiaste spodenki i
koszulę w kratę. Brązowe włosy sterczały na wszystkie strony, co współgrało z
niepohamowanym optymizmem. Kobieta również na mnie spojrzała, wbijając duże
ufne oczy we mnie. Jej policzki były zarumienione, a piegi prawie niknęły.
- Nadal nie rozumiem, co ludzie takiego wspaniałego,
olśniewającego i pięknego we mnie widzą, że się cały czas wpatrują. – zaśmiała
się.
- Przepraszam, po prostu…. – zaczęłam z zmieszaniem,
ale Sakiko tylko roześmiała się głośniej.
- Daj już z tym spokój, nieheheh! Po prostu jestem
zbyt barwna jak na ten szary świat, co? – wyszczerzyła się. – Mówią mi to nawet
najzabawniejsi z ludzi pracujących na czarno. Nawet Suzuki, który rozumem nie
grzeszy, nieheheheh.
- Może faktycznie, chodzi akurat o tą… barwność. –
przytaknęłam, zduszając śmiech.
Mimo wszystko, za całą tą otoczką wariatki kryła się
jedna z najlepszych majsterkowiczów z regionu. Gdy Tsuneari powiedział mi to,
za pierwszym razem nie uwierzyłam. Słuchając trochę historii, z czasem poczułam
do niej respekt, który bardzo cichł, podczas rozmowy z nią.
- Aaaa… Szkoda, że te dupki żołędne rozwaliły taki
fajny budynek. Chociaż i tak dziwię się, że rozgryźli te zabezpieczenia
odnośnie bomb dopiero po trzech latach…
- Mogli jeszcze chwilę nad tym pomyśleć… - mruknęłam
z irytacją.
- Mogli, nie mogli. To już historia. – rzuciła
wesoło Sakiko. – A ja przez 3 lata powtarzałam Aracie, a kolejne 3 Fumiyi, że
tak skończy się zakładanie bazy w budynku przeznaczonym do rozbiórki, no i
mają, co chcieli. – powiedziała to dość chłodno, a widząc mój lekko
zdenerwowany wyraz twarzy, roześmiała się wesoło. – Dobrze, że chociaż Ukyo
udostępni wam jakiś inny. Szkoda tylko, że tak daleko. Od sześciu lat
współpracuję z Kaminari, a teraz będzie trudniej, bo wynosicie się na obrzeża
Tokio…
- Ej, Sakiko, zostaw nasze dzieciaki w spokoju! –
wesoły krzyk Omitsu wybawił mnie z dalszej paplaniny kobiety.
- Omitsu, dobrze, że cię widzę! Właśnie miałam…
Podniesiony kciuk zastępczyni pokazał mi, że mogę
się zmyć, na co podziękowałam tylko krótkim uśmiechem i odstawiłam pudło obok
stert innych. Koło bramy zauważyłam szefa, który gadał z tym biznesemenem.
Westchnęłam tylko, chowając się do środka organizacji.
Spojrzałam na zegarek, przewracając oczami na widok godziny. Dochodziła ledwo
ósma, a dla mnie ten dzień trwał już w nieskończoność. W kościach czułam, że
zapisze się on w mojej pamięci bardzo nieprzyjemnie.
To dzisiaj opuszczamy ten przytulny, przestrzenny
budynek, który nieodłącznie przypisywałam naszej organizacji. Tsuneari
powiedział mi, że kiedy dołączał, byli w jeszcze innym miejscu, a zmiany
siedzib nie są częste, ale też nie nieuniknione. To dzisiaj odwiedzamy cmentarz
wyklętych, by choć trochę pamiętać o żałobie po poległych.
Taki.
Wzdrygnęłam się. Raptem dwie godziny po zakończonej
wojnie, gdy policja wpuszczała już ludzi na teren Toshimy, przyjechała
ciężarówka zapakowana trumnami i po prostu wpakowaliśmy w każdą z nich naszych
towarzyszy, dając tylko karteczki z imieniem i datą. A potem ciężarówka
odwiozła ich na cmentarz, jakby nic nie znaczyli dla nas.
Znosiłam akurat swoje jedyne pudło z rzeczami, gdy
dostrzegłam Fumiyę zamykającego biuro na klucz. Spojrzał na krzywy napis
wiszący na drzwiach i po chwili wahania zdjął go i położył na wierzch pudełka.
- Czemu szef to zamyka? – spytałam z czystej
ciekawości.
- Sam nie wiem, Kanegawa. – odpowiedział tylko,
wzdychając ciężko. – Sam nie wiem. – mruknął jeszcze.
Ruszyliśmy z pudłami w stronę wyjścia.
- Jeśli chodzi o tą całą walkę, chciałbym ci
podziękować, młoda. – rzucił w pewnym momencie, ale nie spojrzał na mnie.
- Niby za co? Nie zrobiłam praktycznie nic. –
prychnęłam z irytacją na samą siebie.
- Za twoją głupotę. – zaśmiał się ponuro. – Kto wie
jakby to wszystko się potoczyło, gdyby nie to, że go zatrzymałaś, nawet na tak
krótki moment. A poza tym w końcu mogłem się na nim wyżyć. Mało, bo mało, ale
mogłem. Jestem twoim dłużnikiem.
- W takim razie, jako spłacenie długu, chcę usłyszeć
historię. Wszystko o przeszłości. Chcę w końcu wiedzieć jak wyglądają te zawiłe
powiązania i je zrozumieć.
Fumiya uniósł wysoko brwi, ale uśmiechnął się do
siebie.
- Mądra z ciebie dziewczyna, Ichigo. – zwrócił się
do mnie po imieniu, czego bardzo dawno nie robił. – Dobrze. Tylko jeszcze nie
dzisiaj. – dodał cicho, pochmurniejąc. – Muszę od tego wszystkiego odpocząć.
- Wystarczy mi na razie fakt, że szef jest honorowym
człowiekiem i dotrzyma słowa. – rzuciłam neutralnie, a Fumiya roześmiał się
ponuro.
***
- Ichi?
Drgnęłam słysząc swoje imię. Otworzyłam szerzej oczy
nie wierząc własnym zmysłom. Koło mnie stanęła Ayako i jak gdyby nigdy nic
uśmiechnęła się smutno. Wpatrywałam się w nią ze zdziwieniem. Nie wyglądała
teraz na załamaną. Była schludnie ubrana i uczesana w typowego dla siebie
warkocza.
- Ayako? – wydusiłam tylko po chwili i przesunęłam
się trochę, by zrobić jej miejsce. – Czy wszystko…? – zaczęłam automatycznie,
przybierając zmartwiony ton głosu, ale urwałam w połowie, zdając sobie sprawę,
że to nie jest odpowiednie pytanie.
- Tak, Ichi. Już w porządku. – zapewniła,
spuszczając wzrok, po czym usiadła obok mnie. Milczałyśmy.
Od kilkunastu minut jechaliśmy pociągiem w stronę
Matsumoto, w stronę cmentarza wyklętych. W rzeczywistości ma jakąś bardziej
historyczną nazwę, ale ta przylgnęła do niego od końca lat osiemdziesiątych,
gdy płatni mordercy zaczęli prężniej działać. Na cmentarzu tym nie chowano
ludzi już od bardzo dawna, a gdy miejscowa policja pogrzebała tutaj kilku
zabójców, powoli weszło to w krew organizacjom. Całkowite pustkowie, wokół las,
a na cmentarzu jedynie zmarli.
- Wysiadamy na kolejnym przystanku. Nikt się nie
zgubił? – rzucił cicho Fumiya.
Rozejrzałam się po wagonie. Nie pojechali wszyscy.
Jechała nas zaledwie czternastka. Większość została z powodu odniesionych ran.
Spojrzałam przelotnie na Ryutaro. Lekarz pojechał tylko dzięki temu, że Tsu
wyrzucił go z gabinetu, oznajmiając, że Tokaji pod jego opieką nie zginie.
Westchnęłam ciężko. Może byłoby mi łatwiej gdyby tu
był.
Nie. Gdyby byli tu obaj.
***
Gdy przekroczyliśmy bramę cmentarza, kruki poderwały
się do lotu, kracząc złowróżbnie. Przeszył mnie dreszcz na widok zniszczonych
czasem nagrobków, które powoli obrastał mech. Na niektórych napisy wyblakły, a
istnienia zmarłych odeszły już w zapomnienie. Wzdrygnęłam się.
- Myślałam, że będzie więcej śniegu. – mruknęłam do
siebie, patrząc na pustą ziemię, bez najmniejszej trawy. Jedynie mchy i sosny
się zieleniły.
- Wiesz co przypomina mi ten cmentarz? – Ayako
podeszła do mnie, chwytając pod ramię. Nim zdążyłam zaśmiać się na ten gest,
dostrzegłam wyraz jej twarzy i stwierdziłam, że lepiej to przemilczeć. – Tą
misję w Setagayi. Patrz tam nawet są nagrobki tych dilerów. – rzuciła pusto,
wskazując odległe miejsce. – Ta walka z Shigeo i bliźniakami… Mam wrażenie, że
to było tak dawno…
Przytaknęłam cicho i pozwoliłam się poprowadzić
dalej.
Fumiya prowadził nas niestrudzenie do przodu, choć
kilka razy naprawdę chciał przystanąć, a oczy Omitsu wcale nie ułatwiały mu
tego. Niektórzy zatrzymywali się przy grobach, ale jedynie zamykali na chwilę
oczy, skinęli krótko głową i szli dalej.
Tylko Ryutaro zatrzymał się przy jednym i nie
poszedł dalej. Nikt nie pytał go o nic, ale ja zauważając jego drżące ramiona,
wyciągnęłam instynktownie dłoń w jego stronę. Ayako pociągnęła mnie jednak w
inną stronę.
- Zostawmy go na razie, dobra? – powiedziała cicho,
a ja nie oponowałam.
Zdążyłam przeczytać nagrobek. Grób rodzinny
Ishimura. Były tam cztery miejsca, z czego już trzy zapełnione. Hana, Ryuko i
Kuranosuke. A sam grób wyglądał na nieodwiedzany od wielu, wielu lat.
Po dłuższej chwili zatrzymaliśmy się, a moim oczom
ukazał się szereg nowych, czystych mogił. Zabolało mnie serce. Fumiya odwrócił
się do nas, otwierając usta, by pożegnać zmarłych, ale nie wydobył z siebie
żadnego słowa i szybko zakrył oczy, żeby ukryć łzy. Omitsu ścisnęła go za ramię
i skinęła na nas wszystkich głową.
Pociągnęłam za sobą Ayako, wiedząc, że jeśli ja tego
nie zrobię, ona nie da rady tam podejść. Znalazłyśmy go szybko. Obok nas stał
Fumiya z Omitsu, którzy bez słów i w bezruchu wpatrywali się w nagrobek. Daiki Odaka. A kamienna tablica tuż obok
niego należała do okularnika.
Taki
Hideyoshi.
Ale przeczytanie tych napisów przerosło nawet mnie. Urodzony 18.04.1990r. Zmarł 1.01.2004r.
Nie byłam w stanie zdusić krótkiego westchnienia, które przepełniło mnie takim
bólem, że Ayako podniosła na mnie swoje, puste, szarozielone oczy. Przeżył 14 lat.
- Kłamca. – wyszeptała. – Przecież obiecałeś.
Objęłam mocno brązowowłosą, ściskając ze wszystkich
sił. Dziewczyna na początku była zdezorientowana, ale tuż po chwili
odwzajemniłam uścisk i zaczęła płakać.
Nie wiem ile tak staliśmy na tym cmentarzu,
niezdolni do wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa. Mogliśmy jedynie oddać im
wszystkim cichy hołd. Bo żadne słowa ich nie przywrócą. Bo żadnych słów już
nigdy nie usłyszą.
- Przepraszam, Daiki. Mogłem ci załatwić ten lepszy
sprzęt. – usłyszałam smutny szept Fumiyi, który powoli zaczynał przygotowywać
się do odejścia.
- Przepraszam, że nazywałam się starym zgredem. –
zawyła Omitsu, ukrywając twarz w dłoniach. – Przepraszam. Naprawdę,
przepraszam. Przepraszam…
Mikuru objęła przyjaciółkę, zanosząc się łzami.
Spojrzałam po towarzyszach. Wszyscy stali nad
nagrobkami przygarbieni, z opuszczonymi ramionami. Przepełnieni uczuciem
bezsilności. Ale mnie również przepełniało jedno uczucie.
Tylko, że to była nienawiść.
Dopadnę cię, Igarashi. Stanę się tak przerażająco
potężna, że zapragnąłbyś śmierci z rąk kogoś innego.
***
Tokaji otworzył powoli oczy, ale od razu je zmrużył.
Światło poraziło go, a ból głowy zagrał na nowo. Jednak tym razem nie utracił
świadomości. Nie ruszył instynktownie głową tylko pomyślał przez chwilę i
poruszył palcami. Powoli usiłował napiąć każdy mięsień.
I wtedy przez mgłę usłyszał Tsuneariego.
- Tokaji!? – jego przyjaciel przyskoczył od razu do
niego, powstrzymując się od chwycenia go za ramiona. – Tokaji? – powtórzył Tsu
trochę ciszej, ale jego głos przepełniało głębokie zmartwienie.
Gdyby czarnowłosy miał wystarczająco siły
prychnąłby.
Ale wolał spożytkować odrobinę energii na coś
innego.
- Tsuneari… - wydusił z ogromną boleścią.
Chłopak od razu do niego przyskoczył, by nie
nadwyrężał głosu, a czarnowłosy chwycił go za ramię, prawie że siłą woli.
- Tsu…
- Tak?
- Co z…
Tsuneari spojrzał na bladą twarz przyjaciela, a
przez myśl przebiegły mu najgorsze możliwe scenariusze. Jednak gdy usłyszał
dalszą część pytania zastygł w bezruchu z głupkowatą miną.
- Co z moim bidonem?
Tsuneari puścił przyjaciela, który opadł na łóżko.
Gdyby był na siłach, wybuchł swoim szyderczym śmiechem, ale teraz Tokaji
wysilił się jedynie na krzywy uśmieszek.
- Ty skończony idioto, to nie było zabawne!
- Było.
- Tokaji! – burknął Tsu, krzyżując ręce na piersi,
ale po chwili wybuchnął śmiechem.
Czarnowłosy rozszerzył uśmiech, ale po kilku
chwilach, gdy wpatrywał się w sufit, zmarszczył brwi i przekrzywił głowę w
stronę brązowowłosego.
- Gdzie jestem?
- Jak to gdzie? W łóżku.
- A tak na serio? – Tokaji używał ogólników, męcząc
się wypowiadaniem każdego słowa.
Tsu unikał jego spojrzenia.
- Zmieniamy siedzibę. Jesteś już w nowej. –
wytłumaczył pobieżnie. – Więcej powiem ci jak wydobrzejesz.
- Jak Ryutaro pozwoliłby mi dać coś mocniejszego,
już bym biegał. – jęknął z trudem Tokaji, usiłując się podnieść. Jego ramiona
jednak załamały się pod ciężarem, a Tsu chwycił go i położył delikatnie. – Ta…
Dzięki, Tsu. Tak w ogóle to gdzie Ryutaro? Powinienem mieć teraz profesjonalną
opiekę medy…
- Pojechali na cmentarz.
Chłopcy zamilkli. Tokaji spojrzał jeszcze na twarz
przyjaciela, który bardzo usilnie unikał jego wzroku, aż w końcu czarnowłosy
przeniósł spojrzenie na sufit i westchnął głęboko, przepełniony
obezwładniającym poczuciem bezsilności.
- Ilu? – zapytał w końcu cicho i spokojnie.
Tsuneari uśmiechnął się ostatkiem sił, patrząc się w
przestrzeń za oknem.
- Dziewiętnastu. – wyszeptał, krzywiąc się i
przykładając pięść do ust. – Cholera. – Zacisnął mocno oczy, biorąc głęboki
wdech.
Tokaji patrzył się na niego przez chwilę pustymi
czarnymi oczyma i czekał aż Tsu uspokoi oddech. Jak zwykle po raptem trzech
wdechach chłopak znów stał się spokojny, a w jego brązowych oczach zgasła
rozpacz, chociaż na tę krótką chwilę.
- Rozumiem. – odparł Tokaji. Uśmiechnął się krzywo
przez ułamek sekundy i przeniósł szydercze spojrzenie na towarzysza. –
Szczerze, to jestem zdziwiony, że tu jesteś. Nie posądziłbym nikogo o zostanie
przy mnie.
- Jesteśmy jak bracia, Tokaji. Nawet jeśli ty mnie
tak nie traktujesz, ja na zawsze nim zostanę dla ciebie. – powiedział poważnie
Tsu.
Ranny jakby tego nie dosłyszał.
- Gdzieś w tych koszmarach pomyślałem sobie, że może
ona będzie przy mnie siedzieć, ale to była tylko krótka myśl. – westchnął. –
Ichigo nie odpuściłaby niepożegnania zmarłych. Zakładam, że Ayako, Ryu i Taki
też się zabrali?
Tsuneari milczał.
- Tsuneari? – mruknął Tokaji, marszcząc brwi.
Chłopak wpatrywał się w ziemię, a na jego twarz
wstępowała konsternacja.
- Ej, słyszysz…
- Nie żyje.
Czarnowłosy zerwał się z łóżka, ale rany zatrzymały
go w pozycji siedzącej. Zasyczał z bólu i chwycił przyjaciela za ramię. Tsuneari
spojrzał na niego beznamiętnym wzrokiem, po czym przeniósł ciemnobrązowe oczy w
jakiś odległy punkt.
- Taki nie żyje. – powiedział pusto. – Zginął razem
w Daikim w tym wybuchu.
Tokaji gwałtownie puścił ramię chłopaka, a jego ręka
opadła bezwiednie. Wpatrywał się z niedowierzającą miną w podłogę, po czym
oparł głowę na dłoniach, powtarzając w myślach słowa niedowierzania jak mantrę.
Nie zwrócił uwagi nawet na Tsu, który wstał i poszedł gdzieś w głąb gabinetu.
- Masz.
Tokaji podniósł wzrok na wyciągniętą dłoń
przyjaciela, na której leżało kilka tabletek. Spojrzał na niego pytająco.
- To jest to twoje ‘’mocniejsze coś’’. Nie patrz tak
na mnie. Jakbym ci nie dał, to sam byś się nawet do tego doczołgał i pewnie
przedawkował. – mruknął wciskając mu tabletki. – Weź w końcu to wypij. Im
szybciej zadziała tym lepiej. Nasi za niedługo tu będą.
***
- Wiesz, Ichigo… Mam teraz
wielką ochotę kogoś zabić. – powiedziała w pewnym momencie Ayako. Rzuciłam jej
przelotne spojrzenie.
- Czyli nie jestem jedyna
chętna do zemsty. – mruknęłam, ale dziewczyna pokręciła głową.
- To nie jest nienawiść. –
szepnęła. – Po prostu chcę zabić. Kogokolwiek.
Dalej szłyśmy w milczeniu.
Reszta naszych towarzyszy też nie kwapiła się do rozmowy i podążali za
dowództwem w milczeniu. Przyglądałam się bacznie trasie. Nie znałam tej części
Tokio. Każda ulica wydawała mi się taka obca.
Zmierzaliśmy do nowej
siedziby. Ten mężczyzna w garniturze, Ukyo Inaba, oddał nam do użytku jeden ze
starych magazynów, jednak tylko rozległe piwnice i raptem kilka pokoi na
parterze. Reszta zostanie pusta i okurzona już na zawsze.
- Witamy w nowym domu. –
szepnęła cicho Omitsu, zatrzymując się przed magazynem. W jej głosie
dosłyszałam dozę głębokiej nostalgii. – Ciekawe ile minie czasu, aż zacznę znów
to utożsamiać z Kaminari.
- Oby jak najkrócej. –
odparł Fumiya, mijając ją. – Organizacja to nie budynek, tylko ludzie. My
jesteśmy Kaminari.
Szef powiedział to tak
wyniosłym tonem, że aż się uśmiechnęłam. A mój uśmiech rozszerzył się jeszcze
bardziej, gdy dostrzegłam w drzwiach dwóch chłopaków. Gdy wszyscy zaczęli
rozchodzić się na swoje strony, pobiegłam w ich kierunku, powstrzymując łzy
ulgi. Tsuneari roześmiał się ciepło, nadal podtrzymując Tokajiego. Czarnowłosy
przybrał chłodną minę, ale i tak nie powstrzymał mnie. W jego oczach czaiło się
zupełnie co innego. Wpadłam na nich i objęłam mocno.
- Ej, Tokaji! Ty jesteś
RANNY! – za moimi plecami rozległ się zbulwersowany krzyk Ryutaro.
- Na to mam własne sposoby!
– odkrzyknął czarnowłosy, uśmiechając się krzywo. Po chwili zasłaniał się przed
ramieniem, by nie oberwać od lekarza, który podbiegł do nas.
Spojrzałam przez ramię na
Ayako. Dziewczyna stała dalej i wpatrywała się w nas nieokreślonym wzrokiem.
Kiedy jednak napotkała mój wzrok, wyszczerzyła się jak dawniej i po chwili
wahania, podbiegła do nas, wołając donośnie.
- Tokaji, weź nie wyżeraj
zapasów naszych leków!
- Nie wyżeram. Jestem ranny
i ich potrzebuję.
- Właśnie widzę jak jesteś
ranny. – mruknął Tsu, puszczając czarnowłosego. Tokaji prychnął, wyprostowując
się dumnie, po czym stracił równowagę i poleciał na Ryutaro.
- W pełni sił. – rzuciłam
sarkastycznie, patrząc jak lekarz podtrzymuje z wysiłkiem dużo wyższego od
siebie towarzysza.
- Tokaji, jak Boga kocham,
jak zaraz się nie ogarniesz i nie pójdziesz odpocząć, to zrobię ci krzywdę!
Roześmialiśmy się jak
dawniej, a ja spojrzałam po przyjaciołach z uśmiechem. Dopiero teraz odczułam,
że to piekło naprawdę dobiegło końca. Mimo, że pustka po Takim wydawała się
wręcz zbyt odczuwalna. Jednak zaczynamy od nowa. Bez naszego przyjaciela.
Ale dla niego.
***
Pomieszczenie było ciemne, a
jedyna paląca się lampka nie była w stanie objąć swym światłem nawet części
pokoju. Kąty pozostały spowite ciemnością, a drzwi którymi trójka przyjaciół
weszła jakby rozpłynęły się w mroku. Wbili wściekłe spojrzenia w zabójcę, który
stał przy źródle światła i machał dłonią, tworząc dziwne cienie. Ignorował ich.
Najstarszy chłopak chwycił
młodszego przyjaciela za ramię, powstrzymując go od rzucenia nożem w chłopaka.
Jednak nie zdążył powstrzymać jego starszej siostry.
W dłoni Suzuko błysnął
sztylet, a ona skierowawszy czubek jego ostrza w stronę czarnowłosego zabójcy,
wbiła w niego najgroźniejsze spojrzenie bursztynowych oczu. Chłopak, wcześniej
obojętny, wzdrygnął się.
- Gadaj. – z jej gardła
wydobył się lodowato spokojny ton głosu.
- Ale o czym niby, Suzuko? –
Ryuji rozłożył ramiona i pokręcił głową, ale drgnął gdy sztylet obciął mu
kosmyk przydługich włosów.
- Gadaj. – powtórzyła, a za
jej plecami stanęli przyjaciele, również mordując wzrokiem czarnowłosego.
- Nie sądzicie, że to dość…
- Stul pysk. – Matsuki
wysunął się na przód, powstrzymując ramieniem mordercze intencje rodzeństwa. –
Nie mamy czasu na twoje gierki. Po prostu wyjaśnij to wszystko. Inaczej
będziesz martwy gdzie stoisz.
Ryuji przestał opierać się o
biurko i wyprostował.
- Nie sądzisz, że grożenie
śmiercią jedynej osobie, która może was teraz uratować jest taktycznym
posunięciem? – spytał retorycznie, uśmiechając się szelmowsko. Nim ktokolwiek
zdążył powiedzieć coś więcej, Ryuji wbił w nich poważny wzrok. – Pomyślcie o
tym na spokojnie. W naszych stronach jest pięć organizacji: Jishin, Hariken,
Kaminari, Fubuki i Arashi. Największą potęgę muszę przyznać niestety Hariken. A
właśnie stamtąd chcą was najbardziej zabić. Jesteście zdrajcami. Igarashi nie
przyjmie teraz nikogo waszego… pokroju. Kaminari tym bardziej. A ci z Saitamy…
Plotki szybko się rozchodzą. – uśmiechnął się do nich mrocznie. – Ile dajecie
sobie na przetrwanie we trójkę bez przynależności do kogokolwiek?
- Ty skończony…! – Suzuko
wyrwała się na przód, podnosząc głos, ale oboje towarzyszy chwyciło ją za pas.
– ZAJEBIĘ CI, KURWA MAĆ!
- No właśnie. – Ryuji skinął
głową, wprawiając również chłopaków we wściekłość. – Waszą jedyną szansą jest
zostanie ze mną.
- Nie zmusisz nasz. Już nie
jesteśmy ci nic winni. – warknął Satoru.
– Uciekniemy na drugi koniec kraju i będziemy żyć z dala od was wszystkich.
- Ależ owszem, spłaciliście
już swoje długi. Tylko, Satoru, w naszej branży nie chodzi o życie, lecz o
przetrwanie.
Zapadło milczenie, a trójka
zabójców uzgadniając coś w myślach wyglądała na coraz bardziej wściekłych.
Zwinęli dłonie w pięści, a Matsuki wystąpił pół kroku do przodu.
- Zgoda. Masz nas w tej
organizacji, którą tworzysz. – zabójca wbił w niego poważne, czarne oczy. – Pod
jednym warunkiem. Odpowiesz teraz bezwzględnie na wszystkie pytania.
- Zgoda. – Ryuji uśmiechnął
się szelmowsko. – Zakładam, że pierwsze będzie o ostatnie minuty wojny Kaminari
z Jishinem? – widząc irytację na ich twarzach, parsknął krótko. – Cóż, na
początku sam tego nie chciałem. W moich planach było raczej pozbycie się
Igarashiego całkowicie, a z rozkoszą obserwowałbym jak pan Sotomura go
torturuje, msząc przyjaciela… Ale no cóż. Wiadomość od mojej wspólniczki
okazała się aż nazbyt dobitna. Nie pozwól
by zginął. Tak, więc najprostszym sposobem było wykurzenie ich stamtąd
policyjną strzelaniną. – Ryuji wodził po nich wzrokiem.
Trójka przyjaciół trawiła
każde jego słowo, a po ich plecach przebiegały dreszcze. Świadomość jak bardzo
ten nastolatek miał całą sytuację w rękach przyprawiała ich o mdłości i strach.
Jednak Suzuko nadal wpatrywała się w niego uważnie.
- Wiedziałam. Jesteś po
prostu aż zbyt cwany by działać samemu. – mruknęła. – Kim ona jest?
- Suzuko, o czym ty… -
Satoru spojrzał na nią pytająco, ale mu przerwała.
- Celowo wplotłeś to między
zdania, by nam to umknęło, prawda? Potem zarzekałbyś się, że wspomniałeś o
wspólnikach, tylko nie pytaliśmy. No więc, kim ona jest?
Ryuji zagwizdał z podziwu,
po czym znów oparł się o biurko.
- Pamiętacie może szefową
Fubuki? Katherine Zayan, zamordowaną przez Kaminari w Ikkebukuro rankiem na
początku września?
- Niemożliwe… - wydusił
Matsuki, po czym obrócił się gwałtownie.
Drzwi skrzypnęły, a z
ciemności wyłoniła się jasnowłosa kobieta o jasnozielonych oczach.
- Możliwe. Czuję się jak
najbardziej żywa. – prychnęła zjadliwie. – Poza tym mam niewyrównane sprawy z
Kaminari. Zwłaszcza z pewnym chłopaczkiem i pewną dziewczynką. – uśmiechnęła
się okrutnie. – Ale niech na razie rozkoszują się spokojem. Ja jestem
cierpliwa, poczekam jeszcze trochę. Piekło dopiero się rozpęta.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz