19 lutego 2016

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 41

Rozdział 41


Czas zatrzymał się. Nie byłam w stanie nawet się podnieść, leżałam na śniegu oddychając spazmatycznie. Igarashi stał obok mnie, ale całą uwagę skupił na chłopaku stojącym kilka metrów przed nami.
Tsuneari stał do nas bokiem, nadal trzymając ramię wyciągnięte przed siebie, jakby dopiero co brał zamach. Opuścił je powoli, kładąc dłoń na rękojeści miecza. Nie spuszczał przy tym oczu z wroga. Chłopak miał napięte wszystkie mięśnie, gotowy do natychmiastowego ataku.
Wszystko zamilkło. Nawet dogasające zgliszcza pobliskiej świątyni wydawały się być martwe. Przełknęłam ciężko ślinę, wbijając spojrzenie w Tsuneariego.
Błagam cię, nie walcz z nim.
- Ohoho… - zawołał po chwili Igarashi, pstrykając palcami. – Tego to się nie spodziewałem. – uśmiechnął się z zadowoleniem.
Tsuneari zacisnął dłoń na rękojeści. Wyczułam, że specjalnie nie przerywa kontaktu wzrokowego z zabójcą, by spojrzeć na mnie. Nie chce, by Igarashi przypomniał sobie o moim istnieniu. Chłopak wyciągnął miecz płynnym ruchem, ale mężczyzna wydawał się tego nie zauważyć.
- Kiedy to się ostatnim razem widzieliśmy, Tsuneari Nakade? – posłał mu kpiący uśmieszek. – Trzy lata temu na wojnie? A nie, przepraszam, wtedy stchórzyłeś. – uniósł wyzywająco podbródek, gdy brązowowłosy zacisnął zęby. – Czyli jakieś 6 lat temu, gdy twój towarzysz stracił oko?
Tsuneari wypuścił ze świstem powietrze. Widziałam, że bije się z myślami, jednak nie miałam pojęcia o co im chodziło. Nie znam ich przeszłości. Chłopak posłał mordercze spojrzenie ciemnobrązowych oczu, w których pojawił się ognik.
- Nie bierz tego do siebie, ale mam cię zabić.
Ruszyli na siebie w gwałtownym zrywie. Moje serce stanęło przy pierwszym brzęku stali, ale Tsu sparował bez problemu cięcie Igarashiego. Z chwilową fascynacją dostrzegłam, że walczą na równi.
Podniosłam się chwieje, starając się nie zwrócić na siebie zbytniej uwagi i poszłam po mój miecz. Wolałam nie sprawdzać ile czasu Tsu da radę walczyć z Żywą Śmiercią jak równy z równym. Muszę coś wymyślić.
Obejrzałam się z przestrachem przez ramię, gdy usłyszałam zduszony jęk chłopaka. Dostrzegłam tylko jak pada na plecy, a miecz Igarashiego spada na niego w zawrotnym tempie. Błyskawicznie rzuciłam się w ich kierunku, ale Tsu zdążył ponownie stanąć na nogi, nim broń w ogóle zdołała dotrzeć do celu.
- Wiesz, młody, denerwuje mnie tylko jeden fakt… - westchnął Igarashi, parując ciosy. Starał się przybrać znudzony wyraz twarzy, jednak musiał skupić się na cięciach Tsuneariego. – To, że mnie znalazłeś.
- Jakbyś nie zostawał w takich melodramatycznych miejscach, byłoby trudniej… - prychnął Tsu, uśmiechając się szelmowsko. Cofnął się o kilka kroków, by osłabić serię szybkich pchnięć.
Wzięłam głęboki oddech, odpędzając mroczki przed oczami i ból. Ledwo utrzymywałam się na nogach, mimo że nie straciłam dużo krwi. Poprawiłam chwyt na broni, zmuszając się do jeszcze chwili walki. Zrobiłam jeden bezszelestny krok w stronę odwróconego Igarashiego. I jeszcze jeden. I jeszcze jeden. 
Tsuneari błyskawicznie ugiął jedno kolano, przygotowując się na spadające górne cięcie, ale drgnął, zauważając coś. Wyprostował się, gwałtownie odskakując od zabójcy, lecz ostrze, które pojawiło się w jego drugiej, wolnej ręce błysnęło groźnie.
Spojrzał na mnie z przestrachem. Wiedział, że nie uniknie tego, ale nie bał się o siebie, tylko o mnie.
- Ichigo, uważaj! – krzyknął, po czym zaklął, kiedy drobne ostrze rozorało mu ramię.
- TSU! – wrzasnęłam, tracąc skupienie. Zdążyłam jeszcze dostrzec, że upada na ziemię, kiedy Igarashi obrócił się, celując prosto we mnie.
Jedynie łutem szczęścia sparowałam zabójczy cios. Zabójca syknął z irytacją, atakując raz za razem. Teraz nie były to te wyszukane, wyćwiczone ciosy co wcześniej. W tych liczyła się tylko siła, której nie można było mu odmówić. Krzywiłam się z bólu, przy każdym uderzeniu.
- Nie myślałem, że będziecie tacy głupi, by zachodzić mnie od tyłu!
- A ja myślałam, że w końcu zamkniesz tą gębę. – mruknęłam, odsuwając się z każdym uderzeniem.
- Ty szujo… - warknął, wkładając podwójną siłę w cięcie.
Przeklęłam w myślach własną głupotę. Ktoś tak doświadczony w walkach nie da się sprowokować marnym wyzwiskiem. Pisnęłam cicho, widząc ostrze spadające centralnie na moją twarz. Ostatkiem sił zasłoniłam się.
Udało mi się odepchnąć uderzenie, ale Igarashi kolejnym błyskawicznym i zgrabnym ruchem, posłał mój miecz w powietrze. Zastygłam z niedowierzania, kątem oka patrząc na swoją pustą dłoń.
Nie.
Igarashi zaniósł się śmiechem.
Wbiłam w niego mordercze spojrzenie, przybierając bojową pozę. Zabójca zaczął się śmiać jeszcze głośniej, widząc moje drobne pięści. Syknęłam ze złością, ale nie zaatakowałam. Byłam do bólu świadoma, że nasze szanse są prawie zerowe.
- Dawno się tak nie uśmiałem… - westchnął wesoło Igarashi, ocierając łzy śmiechu wierzchem nadgarstka. Strzepnął dłoń i spojrzał na mnie z nagłym chłodem.
Zrobiłam jeden krok do tyłu.
- I tak już nie uciekniesz, Kanegawa. – jego głos przeszył mnie na wskroś.
Odskoczyłam, gdy jego katana opadała na mnie, tnąc ze świstem powietrze. Zaatakował ponownie z góry, a ja obróciłam się w lewo, przekładając ciężar ciała na lewą nogę. Prawa stopa powędrowała do góry, a ja zaryzykowałam kopnięcie z półobrotu. Igarashi syknął, blokując mój cios ramieniem.
- Cholera. – syknęłam, a on wbił we mnie nienawistne spojrzenie.
Nim zdążyłam się cofnąć, chwycił mnie na kostkę i odepchnął. Łapałam rozpaczliwie równowagę, ale ostrze zmierzające w moim kierunku rozproszyło mnie całkowicie. Kiedy odchylałam się jeszcze bardziej, grunt całkowicie usunął się spod moich stóp, a miecz przejechał po brzuchu, płytko rozcinając mi skórę.
Podparłam się od razu na ramionach, gotowa do podniesienia się na nogi, choć walka była już przesądzona. Gdy Igarashi brał zamach zgięłam kolana, by liczyć na łut szczęścia w unikach, ale czułam, że spóźnię się o ułamek sekundy.
I kiedy ostrze błysnęło stalą tuż przede mną, między nas wpadł Tsuneari, blokując cios. Korzystając z zaskoczenia, zerwałam się na równe nogi, sięgając po broń. Brązowowłosy siłował się z Igarashim, trzymając miecz w jednej ręce, drugą natomiast tamował krwotok z ramienia.
- Łapy przecz od niej. – warknął groźnie, wkładając ostatek sił w odepchnięcie zabójcy.
Igarashi odszedł na kilka kroków, wpatrując się w nas czujnie. Tsuneari stał pół kroku przede mną, zasłaniając mnie własnym ciałem, chociaż trzymałam pewnie broń przed sobą. Wzięłam głęboki wdech i kątem oka spojrzałam na jego ramię. Spomiędzy palców wypływała jaskrawoczerwona krew.
- Trafił akurat w tętnicę. – szepnął Tsu. – Jak to czymś przewiążę, nic mi nie będzie. Ale teraz musimy jeszcze przez chwilę go zająć.
- Jesteś pewien, że dasz radę walczyć? – spytałam.
- We dwójkę na pewno. – posłał mi szelmowski uśmieszek.
Wzięłam głęboki wdech i spojrzałam ponownie na Igarashiego. Mężczyzna stał z założonymi rękoma, czekając na nasz ruch. Tsuneari znów bił się z nim spojrzeniami. Po czym skinął mi głową.
Ruszyliśmy w jednym momencie na niego. Mężczyzna zrobił wykrok, nie opuszczając gardy. Przeskakiwał wzrok ze mnie, na Tsu i tak w kółko, starając się odczytać nasze ruchy. Tsuneari nadal trzymał miecz za sobą, ja byłam gotowa do zadania ciosu. Igarashi skupił się na mnie, sądząc, że zaatakuję jako pierwsza.
I wtedy odbiłam na bok, okręcając się w powietrzu, by zajść go od tyłu. Instynktownie obrócił się za mną, a w jego oczach dostrzegłam złość, gdy zdał sobie sprawę z naszego planu. Mój cios sparował mieczem, a cięcie Tsu powstrzymał przedramieniem. Jego ochraniacz pękł, a odłamki wbiły się w ramię.
Zaatakowaliśmy ponownie.
Niestety, nawet walcząc z dwoma przeciwnikami, Igarashi dawał sobie bez problemu radę i nadal wydał się tylko bawić z nami. Wymienialiśmy szybko ciosy, wytrącając go czasem z rytmu, gdy moje, powolniejsze ciosy przerwane zostały szybką serią cięć Tsuneariego. Ale nic więcej.
Zaczynaliśmy się męczyć, a wizja nieuchronnej śmierci miażdżyła nas dodatkowo. W pewnym momencie odeszłam na jeden krok do tyłu, by zrobić Tsu więcej miejsca, gdy Igarashi nagle wypadł do przodu, celując prosto we mnie.
- Ichi… - zdążył krzyknąć chłopak, gdy ostrze rozorało mi lewy bok. Zachłystnęłam się krwią i osunęłam na kolana.
Brązowowłosy rzucił się z gniewem na zabójcę, posyłając go na ziemię. Upadł na niego ze stęknięciem, sięgając za siebie po wygodniejszy sztylet. Gdy ostrze błysnęło w słońcu, Igarashi bezceremonialnie uwolnił jedno ramię i wierzchem pięści walnął Tsuneariego. Chłopak spadł z mężczyzny, ale nie wypuścił sztyletu. Uniósł wysoko dłoń, nadając impetu cięciu. Zabójca chwycił chłopaka za nadgarstek, a sztylet ledwo wbił się na centymetr w jego ciało.
- Ty cholerny… - warknął, zaciskając uścisk na nadgarstku Tsu.
Chłopak syknął, a sztylet wypadł mu z dłoni.
- Zostaw go! – krzyknęłam, usiłując się podnieść. Nogi znów się pode mną załamały.
Igarashi prychnął z rozbawienia i przeniósł okrutny wzrok znów na Tsu, który szukał sposobności do uwolnienia lewej ręki. Mężczyzna jeszcze bardziej zacieśnił uścisk, a ja, będąc kilka metrów dalej, usłyszałam trzask łamanych kości.
Tsuneari jęknął, wbijając paznokcie w przedramię mężczyzny. Igarashi mruknął coś ze znudzeniem, wykręcił lewy nadgarstek brązowowłosego, na co Tsu wydał okrzyk bólu i rzucił nim w moją stronę. Chłopak podniósł się z trudem na prawym ramieniu, starając się zebrać w garści. Lewa dłoń zwisała bez życia.
- Jasna cholera. – syknął, gdy Igarashi skierował się w naszą stronę.
- Daj mi jakiś sztylet, Tsu. – powiedziałam, podnosząc się na kolana. – Jeszcze go nim załatwię, zobaczysz. – mój głos był słaby, a z kącika ust skapnęła krew.
Chłopak mimowolnie wyciągnął ułamany, ostatni sztylecik, ale po chwili wahania nie dał mi go. Spojrzał z nienawiścią w Igarashiego.
- Wybacz, Ichi. Jestem bardziej zdolny do walki niż ty. – mruknął, unikając mojego wściekłego wzroku. Nim zdążyłam zaprzeczyć, szepnął jeszcze: - A poza tym to ja przyszedłem ratować ciebie.
Stanął chwiejnie na nogach, biorąc urywane wdechy.
- Tsu, ty skończony… - powiedziałam łamiącym głosem, usiłując się podnieść. Nadal miałam mroczki z powodu utraty krwi, a moje ramiona nie były wstanie utrzymać mojego ciężaru. Zachłystnęłam się krwią ponownie, opadając na kolana.
- Nic więcej nie mów, Ichigo. – powiedział jeszcze, krzywiąc się na widok mojej krwi. Zacisnął zęby z bezsilności i zasłonił mnie lewym ramieniem, niezdolnym do walki. – Jak będzie sposobność, masz uciekać.
Nim zdążyłam na niego warknąć, Igarashi zaklaskał. Jak na zawołanie oboje wlepiliśmy w niego wściekłe spojrzenia. Mężczyzna obserwował nas z rozbawieniem, stawiając powolne, leniwe kroki w naszym kierunku. Ciągnął miecz po ziemi, wydając przy tym upiorny dźwięk. Rozkoszował się każdą chwilą naszego narastającego strachu.
- Brawo, aż się wzruszyłem… - zakończył swoje klaskanie i skrzyżował ramiona na piersi. – Ale szczerze sądziłem, że dam radę was zabić w walce. Nawet w moich najśmielszych oczekiwaniach nie istniała wizja, że będziecie jedynie czekali na mój ruch, zbyt słabi na atak. – zaśmiał się, po chwili odchrząkując. – No cóż, wasza strata na szybką śmierć.
Skierował w naszą stronę czubek ostrza. Tsuneari napiął mięśnie, gotowy do ostatniego rzucenia się na przeciwnika. Wyciągnęłam drżącą dłoń w jego stronę, ciągnąc go za kurtkę. Chciałam mu powiedzieć, by przestał, ale… I tak nic to nie zmieni.
- Będziecie umierali bardzo, bardzo powoli i boleśnie… - Igarashi rozciągnął usta w uśmiechu, a w jego czarnych oczach dostrzegłam śmierć. – Nie wiem jeszcze od kogo zacznę. Może od ciebie, co, Kanegawa? Pomyśl sobie – mogłaś do mnie dołączyć, a tu proszę jak to się wszystko kończy. – rzucił protekcjonalnym tonem, celując we mnie mieczem.
Tsuneari przysunął się do mnie i zasłonił bardziej.
- A no właśnie, jest jeszcze pan obrońca sprawiedliwości. – prychnął Igarashi, podsuwając mu czubek ostrza pod gardło. – Tobie to od zawsze jest pilno do grobu, nieprawdaż?
- Zostaw go. – warknęłam, podnosząc się chwiejnie na nogi. Mężczyzna zagwizdał i schował miecz z powrotem do pokrowca.
- Ichi. – Tsu nadstawił swoje lewe ramię, gdy zachwiałam się. Przytrzymałam się go najdelikatniej jak potrafiłam, wiedząc, że jest ranny.
- Wiesz, Kanegawa. Chyba to z twoim chłopakiem pobawię się najpierw. – rzucił z sarkazmem. – Jestem mu winny porachunki za zwalenia nam stosunków ze Smile’m i śmierć Gihei’a. A poza tym, jestem ciekawy co zrobisz, gdy będzie umierał bardzo, bardzo…
Tsuneari odtrącił mnie od siebie i rzucił na Igarashiego, który pod wpływem szoku, zachwiał się i cofnął o kilka kroków, by odzyskać równowagę.
- Bierz go, szefie! – wrzasnął Tsu, zacieśniając chwyt na wrogu.
- Ha…? – wściekły okrzyk dowódcy Jishin urwał się w połowie.
Zza gruzów świątyni wyłonił się czarnowłosy mężczyzna. Pojawił się obok nich gwałtownie i wykorzystując impet skoku, zawalił Igarashiemu rękojeścią prosto w twarz. Tsuneari w międzyczasie puścił wroga i podnosił się na nogi. Fumiya chwycił go pod ramię, przypatrując się ranie na ramieniu.
- Żyjecie jeszcze? – rzucił, stawiając chłopaka do pionu.
- Jakoś… Szefie, moja ręka… - stęknął chłopak, a mężczyzna od razu go puścił i skierował spojrzenie na mnie. Lekko zbledł, gdy zobaczył, że śnieg wokół mnie jest czerwony, ale uniosłam dłoń na znak, że jeszcze nie umieram.
- Tsu, ogarnijcie się trochę. Ja go zatrzymam. – rozkazał i skierował się ku leżącemu na ziemi zabójcy.
- A potem co, szefie? – spytał jeszcze Tsuneari, podchodząc do mnie.
- Potem coś wymyślę.
Fumiya skierował się biegiem ku podnoszącemu się Igarashiemu. Mężczyzna splunął krwią, a o ziemię zabrzęczał wyłamany ząb. Otarł usta wierzchem dłoni, uśmiechając się krzywo.
- No to teraz się zacznie.
Fumiya zaatakował jako pierwszy, wyprowadzając potężne cięcie z dołu. Igarashi sparował je z uśmiechem. Ich wymiana ciosów przyprawiła mnie o dreszcze. Ruchy zabójców były wyćwiczone co do ostatniego milimetra. Ostrza mieczy błyskały między nimi, a cięcia wyprowadzane tak błyskawicznie były ledwo widoczne dla moich oczu.
Przełknęłam ślinę, czując ogromny respekt do Fumiyi.
Jak również strach, na myśl o mojej słabości.
Tsuneari przyklęknął obok mnie, mamrocząc o pośpieszeniu się. Sięgnął jedną dłonią do swojej koszulki, by rozpruć ją na paski, ale nakryłam jego dłoń swoją. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem, ale tylko pokręciłam głową i sięgnęłam po swój szalik. Gdy zaczęłam obwiązywać mu lewy nadgarstek, starając się zrobić prowizoryczny temblak, chłopak syknął z bólu, nie odrywając wzroku z walczących.
- Może być złamana. – mruknęłam cicho, przewiązując mu szalik przez szyję. – Pokaż teraz to ramię. – nakazałam, ale spojrzał na mnie z oburzeniem.
- Nie cackaj się ze mną. Obwiąż sobie szybko ten bok i daj mi iść pomóc Fumiyi… - burknął, ale uśmiechnął się do mnie ciepło, gdy przypatrzyłam się jego ranie.
- Nie przesadzaj. Moje jest powierzchowne, a tobie na pewno przeciął tętnicę. – mruknęłam. Krew powoli krzepła, a jej ciśnienie zmniejszyło się. – Może nie będzie…
Nie dokończyłam, bo wtedy rozległ się wrzask Igarashiego.
Obróciliśmy się z Tsu z przerażeniem, ale gdy zobaczyliśmy Fumiyę stojącego nad szefem Jishinu, odetchnęłam z ulgą. Igarashi zasłaniał twarz dłonią, uspokajając własne wrzaski. Z pomiędzy palców pociekła mu krew.
- Ty skończony… - wycedził przez zaciśnięte zęby, ale czarnowłosemu nawet nie drgnęła powieka. Igarashi urwał.
- To dopiero początek, Yasuaki. – powiedział chłodno Fumiya, wbijając w niego pełne okrucieństwa, matowe, czarne oczy. – Twoje oko to zdecydowanie za mało cierpienia za nich wszystkich. – syknął, zbliżając czubek miecza do twarzy Igarashiego. – A teraz sobie wyobraź, że przejdziesz przez gorsze tortury niż te, które zafundowałeś Aracie… 
Igarashi splunął, nie tracąc werwy.
- Nic nie będzie gorsze, od tego co on przechodził… - zaśmiał się szyderczo, wspominając z uśmiechem ostatnie chwile poprzedniego szefa Kaminari.
Zakrztusił się, gdy dostał siarczystego kopniaka w twarz. Huknął o ziemię z głuchym stęknięciem i nic zdążył zarejestrować cokolwiek nowego, Fumiya kopnął go w twarz jeszcze raz. I jeszcze raz.
I jeszcze raz.
Po czym rozległ się strzał z pistoletu.
Mogłabym przysiąc, że wszystko się zatrzymało, łącznie z moim sercem. Kruki poderwały się do lotu, a szum ich skrzydeł rozbrzmiał nienaturalnie głośno. Fumiya odsunął się z przestrachem, rozglądając się z nieufnością.
Rozległy się kolejne strzały, ale żadne z nas nie było w stanie dostrzec w co celują. Albo w kogo.
Igarashi zerwał się na równe nogi, uciekając jak najdalej od Fumiyi i również rozejrzał się z przestrachem.
Wśród nas, płatnych morderców było wiele niepisanych zasad. A wśród nich prawie na samym szczycie była ta odnośnie walki. Zakaz używania broni palnej.
- Gliny już kroczyły do akcji? – syknął Fumiya, rozglądając się.
- Cholera jasna. – warknął Igarashi, kuląc się gdy kolejne strzały się rozległy.
Mężczyźni zmrozili się wzrokiem, wiedząc, że nie dadzą rady ciągnąć walki, kiedy policja włączy się do akcji. Fumiya zrobił kilka niepewnych kroków w naszą stronę, krzywiąc się przy kolejnym wystrzale.
- Wstawajcie, dzieciaki. – mruknął. – Chyba musimy się stąd zmywać.
- Szlag by to. – warknął Tsuneari, zwijając zdrową dłoń w pięść. 
Rozległ się kolejny strzał, gdy Igarashi wyciągnął racę z kieszeni kurtki i ją podpalił. Flara poszła wysoko w niebo, nim zdążyliśmy zareagować, i rozbiła się na kilka czerwonych pocisków. Wpatrywałam się w nie, nie dowierzając, że oznaczają to, o czym myślę.
- Jeszcze się policzymy, Sotomura. – warknął Igarashi, odchodząc. – Na razie potraktuj to jako remis. – dodał jeszcze nienawistnie i ukrył się w cieniu zgliszczy świątyni.
Fumiya machnął na nas nagląco dłonią, marszcząc czoło. Patrzył się niedowierzająco w miejsce, w którym stał przed chwilą Igarashi. Gdy nie uciekaliśmy, odwrócił się i popchnął nas, biegnąc. Gdy zbiegaliśmy ze wzgórza, odzyskałam choć trochę zdolność logicznego myślenia.
- Wycofali się…? – wydusiłam z niedowierzaniem.
- Jakoś w to nie wierzę, ale tak… - westchnął Fumiya. – Niepokoi mnie tylko interwencja policji. Cholera jasna. – warknął do siebie i podbiegł do pozostawionego samochodu. Wybił szybko okno i otworzył drzwi. – Wsiadajcie.
Gdy tylko zamknęliśmy drzwi, docisnął pedał gazu do dechy. Zarzuciło nami na pierwszym zakrętem, ale Fumiya wydał się tym nie przejmować.
- Do organizacji w inną stronę… - mruknęłam, patrząc przez okno.
- Wiem… Jasna cholera. – warknął mężczyzna, ledwo wyrabiając się na kolejnym zakręcie. – To wszystko zakończyło się zbyt nagle, a ja nawet nie wiem, czy oficer Akaike zadzwonił po odpowiednich ludzi. Cholera. Teraz muszę się jeszcze upewnić, że ta idiotka żyje.
Widząc nasze pytające spojrzenia, westchnął.
- Omitsu z Hirokim ruszyli na tych z psychiatryka z Tateyamy… - wytłumaczył ze zmęczeniem. – Szybciej będzie jak ich weźmiemy ze sobą. Tokaji też gdzieś powinien tam być…
- Strzały ustały.
Tsuneari odezwał się po dłuższym okresie nasłuchiwania.
- Mam nadzieję, że to Akaike coś wykombinował. – mruknął Fumiya, przyśpieszając jeszcze bardziej.
- A ja sądzę, że to byłoby zbyt proste.  
***
Omitsu wzięła głęboki oddech, gdy ujrzała na niebie czerwoną flarę Jishinu. Wycofywali się. Kaminari wygrało. Teraz zabójcy z wrogiej organizacji powinni uciekać od nich. Gdyby jacykolwiek ostali.
- Omitsu? – Hiroki obejrzał się przez ramię, niedowierzając własnym oczom. – Czy mi się zdaje, czy jakimś cudem wygraliśmy?
Kobieta nie odpowiedziała, nadal stojąc wśród ciał ludzi z Tateyamy. Spojrzała na nich pusto, trącając najbliższego z nich stopą. Śnieg zabrudził się jeszcze trochę krwią. Omitsu prychnęła, a z jej dłoni wysunął się miecz.
- Omitsu!
Hiroki rzucił się w jej stronę, gdy zabójczyni osuwała się na ziemię.
- Ej, ej, ej! – jęknął, chwytając ją w ramiona. – Omitsu, co się dzieje? Jesteś ranna? Krwawisz? Co…? – urwał gwałtownie, gdy po jej policzku pociekła pojedyncza łza.
- Przepraszam. – szepnęła kobieta. – Po prostu... – nie dokończyła, patrząc się po zwłokach.
Hiroki zacisnął usta, podnosząc powoli kobietę do pionu. Wiedział doskonale, co tak bardzo przygniotło Omitsu. We dwójkę wybili około 30 ludzi. Którzy tak naprawdę zawinili tylko swoją chorobą.
- Jednak tego się nie zapomina. – mruknęła, spoglądając w swoje oczy, odbijające się w skrwawionym ostrzu miecza. – Nie byłam na takich misjach od 3 lat… Miałam wrażenie, że zamknęłam tą okrutność głęboko w sobie, ale…
- Przestań.
Omitsu spojrzała na niego przeciągle.
- Hiroki…
- Po prostu nic więcej nie mów.
Kobieta patrzyła się na niego jeszcze przez chwilę, po czym spuściła wzrok i schowała miecz do pochwy, milcząc. Zapanowała martwa cisza, przerywana tylko ich oddechami.
Po kilku minutach w oddali rozległo się trąbienie.
***
Mimo że Fumiya zapewniał nas, że Omitsu z Hirokim nie daliby się zabić zwykłym psychopatom, nawet w tak znacznej ilości, poczułam jak głęboko zakorzeniony strach ustaje. Naszym oczom ukazały się dwie, znane sylwetki stojące wśród zakrwawionych ciał.
Szef zatrzymał się z piskiem opon, i jakby nie zauważając poległych, podbiegł do Omitsu. Dostrzegłam przez ułamek minuty jej smutne oczy, ale kobieta błyskawicznie odzyskała werwę. Stanęła w rozkroku, kładąc dłonie na biodrach i roześmiała się szyderczo.
- Widzę, że się martwiłeś, idioto! – zachichotała, puszczając nam oczko. – To ujma na moich umiejętnościach, martwić się o moje marne życie przy takich… - splunęła. – przeciwnikach!
- Co za kobieta. – burknął Hiroki na powitanie. – Boże, widzisz, a nie grzmisz.
Spojrzeliśmy po sobie z Tsuneari i parsknęliśmy śmiechem.
- Walnąłbym cię, ale mam standardy, wiesz? – jęknął Fumiya, przecierając zmęczone oczy dłonią. Po chwili jednak posłał Omitsu szczery uśmiech. – Jednak dobrze cię widzieć w całości. Ciebie też, Hiroki.
Blondyn zasalutował krótko i od niechcenia, unosząc do góry jeden kącik ust. Spojrzał po nas z zadowoleniem, pozdrawiając milczeniem. Omitsu, nadal wyśmiewając się z Fumiyi, objęła mnie i Tsu, przyduszając w uścisku. Trzymała nas tak przez moment, po czym puściła i skrzyżowawszy ramiona, posłała Fumiyi poważne spojrzenie.
 - Sądzę, że to koniec. – mruknął czarnowłosy. Gdy Omitsu uniosła pytająco brew, westchnął głęboko. – Niestety żyje…
- Tak! – kobieta wykonała gest zwycięstwa, wprawiając nas w osłupienie. – No co? Myślicie, że darowałabym sobie, gdyby ten śmieć wykrwawiał się nie z mojej winy?
- Z kim ja pracuję. – burknął Hiroki, parskając, gdy Omitsu wbiła mu  łokieć między żebra.
- Opowiem o tym później, gdy będą z nami… wszyscy. – powiedział Fumiya, pochmurniejąc na sekundę. – Teraz wsiadajcie do auta. Im szybciej się stąd zwiniemy tym lepiej. To też dłuższa historia.
Kobieta pokręciła głową, ale zatrzymała się gwałtownie. Wyczuła na sobie pytające spojrzenie Tsu i zmrużyła oczy.
- O co ci… - zaczęła, po chwili blednąc. – JASNY GWINT, DO CHOLERY! – chwyciła szefa za koszulę, wpatrując mu się w oczy porozumiewawczo. – Fumiya, Tokaji walczył gdzieś tam, jeden na jednego. Z Shigeo…
Zrobiło mi słabo, a widok czarnowłosego przemknął mi przed oczami. Jak śmiałam w ogóle o nim zapomnieć? Rzuciłam przelotne spojrzenie chłopakowi, a gdy skinął mi krótko głową, zerwaliśmy się do biegu we wskazanym kierunku. Wysunęłam się na prowadzenie, nie myśląc o niczym innym.
Dwa zakręty dalej zobaczyłam pierwsze ciała i kącik moich ust drgnął. Wiedziałam, że biegnę w dobrym kierunku. Za kolejnym rogiem dostrzegłam ciało Shigeo. Widok znienawidzonego mężczyzny, który leżał martwy wśród śniegu przyniósł mi okrutną satysfakcję, ale nie zszokował. Przez myśl przeszło mi, że Tokaji wygrał i po prostu sobie odszedł.
A potem zobaczyłam go kilka metrów dalej.
- TOKAJI! – wrzasnęłam, rzucając się w jego kierunku.
Chłopak leżał bez życia na śniegu, który z każdą chwilą barwił się coraz bardziej na czerwono. Zatrzymałam się krok od niego, czując jak opuszcza mnie wszystko – siły, uczucia. Dusza. Opadłam na kolana.
- Kłamstwo. – powiedziałam pusto. – To kłamstwo.
Wyciągnęłam dłoń w jego stronę, dotykając jego okrwawionego policzka.
Zimny.
Mam nadzieję, że zginiesz na tej wojnie!
- Przepraszam, że to powiedziałam, Tokaji. – wydusiłam, przypominając sobie naszą kłótnię. Na śnieg spadły dwie wielkie krople. – Przepraszam, poniosło mnie. – przejechałam bezwiednie dłonią po jego twarzy. – Nie słuchaj mnie…
- NIEEEE! – wrzask Tsu przeszył każdą najmniejszą część mojego ciała. – NIE, Nie, nie… Nie…
Chłopak podbiegł do nas, ale zatrzymał się równie gwałtownie co ja. Opadł ciężko na kolana obok mnie wpatrując się w przyjaciela z zrozpaczonym wyrazem twarzy. Warga mu zadrgała, powstrzymując usilnie płacz, po czym Tsuneari rozciągnął usta w najboleśniejszym uśmiechu jaki widziałam.
- I masz co chciałeś… Umieranie podczas walki… - prychnął, zwijając dłonie w pięści i spuszczając głowę.
Po usłyszeniu tego wybuchłam histerycznym płaczem, przyciągając Tokajiego ku sobie. Tsuneari wzdrygnął się i położył mi delikatnie dłoń na ramieniu, ale ja nawet tego nie poczułam. Coś we mnie umierało bardzo, bardzo boleśnie.
I wtedy wyczułam ruch.
Odsunęłam się gwałtownie od obu chłopaków wbijając spojrzenie w Tokajiego.
Jego martwa twarz zadrgała, a sine powieki zacisnęły się jeszcze bardziej.
Po czym zamrugał gwałtownie, jakby światło go raziło, wbijając we mnie niedowidzące, czarne oczy. Rozchylił usta, a z kącika ust wyciekła mu krew.
- Nie sądziłem, że zasługuję na anioła stróża. – wyszeptał bezbarwnym tonem, usiłując wyciągnąć dłoń w moją stronę. Zawisła w powietrzu, bez sił by mnie tknąć. – Kocham cię, aniele… - wydusił jeszcze cicho, mdlejąc bezwiednie po raz kolejny.
Wyglądał jeszcze bardziej martwo niż wcześniej, ale żył. Klatka piersiowa poruszała się prawie niedostrzegalnie, ale oddychał.
Wzięłam głęboki oddech, uśmiechając się smutno.
- Dziękuję…
- FUMIYA! – wrzasnął Tsu, zrywając się na nogi. Machał ramionami, podskakując. – WCISKAJ GAZ DO DECHY! – dodał głośno, gdy auto zatrzymało się obok nas z piskiem opon.
Chwilę później Fumiya i Hiroki zabrali ode mnie Tokajiego i ułożyli go na tylnym siedzeniu, przypinając pasami. Fumiya usiadł ponownie za kierownicą, obok Omitsu, a my z Hirokim siedliśmy na niewielkiej przyczepce z tyłu. Blondyn mimowolnie przeżegnał się przed startem.
Siedziałam całą drogę jak w transie, mając wrażenie, że nadal gdzieś to wszystko przerodzi się w koszmar. Dopiero gdy dostrzegłam budynek organizacji i ludzi stojących pod nią, dotarła do mnie prawda.
To koniec. 
***
- Wycofali się? – mruknęła pod nosem Mako, odwracając się ku dzielnicy.
Walka toczyła się jeszcze przed kilkoma minutami, nie wskazując na zwycięstwo żadnej ze stron. Rudowłosa wciąż walczyła w nieustającym kręgu przeciwników, mogąc tylko patrzeć kątem oka jak coraz to więcej towarzyszy umiera. Aż w pewnej zwykłej sekundzie, w tym nieustającym koszmarze kruki poderwały się do lotu, oddalając coraz bardziej od zniszczonej świątyni. Ich drogę przecięła wystrzelona, czerwona flara.
A Jishin w jednej chwili uciekł, zostawiając skołowanych zabójców z Kaminari na środku ulicy. Mako obejrzała się wtedy na chłopaków, którzy wytrwale kryli jej plecy i skinęła głową. Wrócili na teren organizacji.
Teraz niewielka garstka ludzi biegała we wszystkie strony, zużywając na coś pożytecznego resztki energii. Ryutaro rozłożył się ze stanowiskiem medycznym jak najbliżej ludzi i pracował na pełnych obrotach. Inni zabierali z zniszczonego budynku najpotrzebniejsze rzeczy, szczególnie akta i dane.
A ci, którym ostało najwięcej sił znosili ciała.
- Podejrzane… - mruknęła jeszcze, po czym podeszła do Mikuru.
Strategiczka została tu jako ostatnia z dowództwa. Operowała każdą akcją zabójców, rozdzielając im robotę i jednocześnie segregowała przynoszone rzeczy oraz zapisywała wszystkie informacje w notatniku. Mako poczuła chęć na zagwizdanie z podziwu.
- Nie dziwne, że to ty jesteś od myślenia. – rzuciła beznamiętnie na powitanie. Mikuru przeczesała dłonią rozwalającego się koka, uśmiechając się cierpko. – Przeliczyłaś już nas?
- A, tak… - westchnęła, spuszczając wzrok. – Na terenie organizacji, łącznie ze mną i tobą jest obecnie… 26 osób. – wypowiedzenie tej liczby przysporzyło jej wiele bólu.
Mako przez krótką chwilę zrobiło się ciemno przed oczami.
- Połowa… - wydusił Koichi, pojawiając się wraz z Junem. Nieśli jakieś pudła, ale odstawili je z hukiem, jakby zasłyszana informacja pozbawiła ich sił.
- Oczywiście nie wykluczam, że niektórzy… jeszcze nie doszli. – strategiczka wzruszyła ramionami, starając zachować spokój. – Nie wrócił nikt z dowództwa,  a nie sądzę, że nasi najsilniejsi ludzie po prostu polegli… Przynajmniej mam głęboką nadzieję. – westchnęła smutno. – W ogóle, weźcie się do roboty. Wystarczy mi, że Suzuki sam się posłał na zwiady. – mruknęła i odgoniła ich ręką.
Trójka przyjaciół odeszła, uśmiechając się równocześnie ponuro i z ulgą, gdy widzieli towarzyszy, jak również brak niektórych. Choć widzieli tyle śmierci, choć zabili tyle osób, nic nie przyzwyczai cię do umierania bliskich. Jedynie Mako zachowywała chłodną maskę obojętności, choć rozglądała się co jakiś czas, usiłując wyłapać kogoś wzrokiem.
- Nie widzę go. – powiedziała w pewnym momencie pustym głosem. – Nie ma go.
- Kogo…? – zaczął Koichi, ale Jun trzepnął go i nakazał wzrokiem milczenie. Powiódł spojrzeniem dookoła i uśmiechnął się smutno, gdy nie dostrzegł nigdzie Meijiego.
- Może to dzięki niemu to wszystko się skończyło… - westchnął tylko Jun, spoglądając w jaśniejące niebo.
Mako podniosła na niego swoje smutne, zielone oczy, lecz nim zdążyła coś powiedzieć, rozległ się wesoły krzyk, a oczy wszystkich powędrowały ku bramie wjazdowej.
- HEJ, LUDZIE! – wydarł się Suzuki, przebiegając raźnie przez bramę i nie hamując ani na moment. Skierował się na grupkę ludzi stojących niedaleko ‘’stanowiska’’ strategiczki. – WYGRALIŚMY! BANZAI! – wrzasnął, wyskakując wysoko.
Kolejne wesołe wrzaski poniosły się echem, po chwili zastąpione śmiechem, gdy Suzuki po prostu wpadł w tłum ludzi. Koichi uśmiechnął się półgębkiem. Mimo, że wokół nich wszystkich wisiała aura śmierci, cieszyli się, że to koniec. Suzuki odsunął od siebie przyjaciół i wskazał z szelmowskim uśmieszkiem na bramę.
- A to jeszcze nie wszystko. Zgadnijcie, kto właśnie tu jedzie? – wyszczerzył się, a po kilku sekundach podjechało do nich duże auto.
***
Wszystko wydawało się dla mnie tak strasznie nierealne. To, że Suzuki, wysłany na zwiady, gdy nas rozpoznał, roześmiał się, pomachał dłonią i popędził do organizacji. To, że dojechaliśmy tam całą szóstką. To, że na nasz widok rozległy się wesołe okrzyki.
Wszystko rozgrywało się jak za bardzo, bardzo grubą szybą.
Zsiadłam z auta i dałam porwać się towarzyszom w objęcia. Gdzieś za sobą usłyszałam śmiech Tsu, którzy zdawał się zapomnieć o złamanym nadgarstku. Zarejestrowałam też to, że Fumiya od razu zawołał Ryutaro do Tokajiego. Poczułam, że lodowata dłoń trochę puściła moje gardło. Pod opieką lekarza na pewno wszystko będzie dobrze.
- No to teraz jest nas trzydzieści-dwoje… - mruknęła z zadowoleniem Mikuru, zapisując sobie to w notatniku. Po chwili podniosła wzrok na towarzyszów z dowództwa i zarzuciła im ręce na szyję. Trójka roześmiała się, gdy Mikuru mamrotała jakieś wyrzuty, ale nawet strategiczka w końcu zareagowała na nie śmiechem.
Uśmiechnęłam się ze zmęczeniem, poprawiając bandaże na swoim ramieniu i brzuchu. Omiotłam wzrokiem organizację, czując narastający smutek. Nie zobaczyłam 20 znanych mi twarzy.
W raptem kilka godzin straciłam dwadzieścia znanych mi osób.
W kilka godzin odebrano mi szansę ponownego spotkania ich kiedykolwiek.
Taki.
Stop.
Przestań.
Wzięłam głęboki oddech, ale nie poczułam impulsu do płaczu. Może tak się odwodniłam, że nie mam łez. Albo nie mam siły na nie.
Wtopiłam się w towarzyszy, starając się pomóc naprawiać to wszystko. Mimo, że cały czas wyczuwałam na sobie uporczywe spojrzenia Tsu, unikałam rozmowy i zawsze znajdowałam coś do roboty. Której akurat nie brakowało.
Po jakimś czasie instynkt kazał spojrzeć mi w stronę bramy. Z początku nie rozpoznałam go, ale po chwili rozciągnęłam usta w uśmiechu. Trzydzieści trzy, poprawiłam w myślach Mikuru, machając do Meijiego.
Mężczyzna zmrużył oczy, zmęczony i zakrwawiony, ale odmachał mi. Następnie zawołał kogoś stojącego najbliżej, wyraźnie rozbawiony nie zauważeniem go. Zachichotałam pod nosem, gdy towarzysze zaczęli się z nim przekrzykiwać. Po chwili rozsunęli się, przepuszczając przodem rozpychającą się rudowłosą. Mako stanęła na przedzie i spojrzała z beznamiętnym wyrazem twarzy na przybyłego mężczyznę. Meiji uśmiechnął się krótko, niepewien jak zareagować.
- Ej, Mako… - zaczął z wahaniem Koichi, gdy Jun położył dłoń na ramieniu kobiety. Zabójczyni strąciła ją delikatnie.
I pobiegła prosto na Meijiego.
- Mako… - wydusił ze zmieszaniem, gdy rudowłosa wpadła na niego z impetem i objęła mocno lekko drżącymi ramionami. Meiji stał tak przez ułamek sekundy, zdezorientowany, po czym przyciągnął ją do siebie i pocałował. Po chwili wahania Mako odwzajemniła pocałunek, przytulając go mocniej.
- Jesteś idiotą. – rzuciła beznamiętnie, gdy go puściła. A Meiji po raz pierwszy od dawna uśmiechnął się chytrze, pocierając nos.
Jun i Koichi, oczywiście jako najlepsi przyjaciele czarnowłosego, rozpoczęli serię gwizdów i wiwatów.
Mimo całej tej ponurej atmosfery zrobiło mi się cieplej na sercu.
- No w końcu. – Tsuneari wykonał znak zwycięstwa i usiadł obok mnie. Spojrzałam na niego przez chwilę i westchnęłam. – Rozmyślasz nad czymś, prawda? – wbił we mnie spojrzenie.
- Czuję, że to nie policja wtedy do nas strzelała. – mruknęłam. – Oni strzeliliby celnie, a ten ktoś doskonale wiedział co robi. Doskonale wiedział, że zwykły strzał przekona nas do złożenia broni. – zwinęłam dłonie w pięści. – To wszystko wygląda bardzo podejrzanie… A oboje znamy kogoś bardzo podejrzanego, prawda? – dodałam, wpatrując się w dowództwo.
Na podjazd organizacji zajechał radiowóz, ale wysiadło z niego tylko dwóch policjantów, którzy co dziwniejsze uścisnęli dłoń szefowi. Zaraz po nich z samochodu wysiadł pokaźny mężczyzna, ubrany w garny garnitur. Miał dumny wyraz twarzy, a w jednej z dłoni trzymał teczkę, co sprawiało, że przypominał mi stereotypowego biznesmana. Przytrzymał drzwi ostatniemu pasażerowi – drobnej kobiecie, która wyskoczyła raźnie z auta. Z tej odległości dostrzegłam jej ekscentryczność – miała ciemnobrązowe, sterczące włosy, okrągłe okulary, grubą, skórzaną, zimową kurtkę, spod której wystawała dresowa spódniczka, pasiaste rajtuzy, a tego wszystkiego dopełniały pilotki na czole. Miałam ochotę się roześmiać.
- O, oficer Akaike przyjechał. – mruknął na początek Tsu. Po chwili zamarł i przetarł z niedowierzaniem oczy. – Jasny gwint, co z nim robi Ukyo Inaba? I czy to…? Czy to Sakiko Hashimoto? Jasny gwint. – powtórzył i westchnął głęboko. – Mam dość. Nie mam siły się w to wszystko mieszać. – jęknął po chwili.
Wzruszyłam ramionami.
- Szybko działają, przynajmniej tyle.
Tsuneari spoważniał, rozumiejąc ukryte znaczenie tych słów i z dozą wahania pogładził mnie po głowie.
- Uwierz mi, Ichi. Naprawdę znajdziemy w tym bagnie czas na… godne pożegnanie ich wszystkich. Teraz muszą pozałatwiać wszystkie formalności, a dopiero potem… Potem damy sobie chwilę przerwy. – powiedział cicho.
Skinęłam krótko głową i chciałam wstać, ale chłopak pociągnął mnie za nadgarstek w dół. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, sięgnął do tylnej kieszeni kurtki i włożył w coś w dłonie.
Czarne, nadłamane oprawki.
- Skąd to… - wydusiłam, blednąc.
- Znalazłem… tam. – powiedział cicho. – Stwierdziłem, że po prostu… Nie pozwolę tego wyrzucić. Potem chciałem dać to Ayako, ale… Ale czuję, że to ty powinnaś o tym zdecydować i z nią porozmawiać. Dlatego ci to daję.
Przyciągnęłam do siebie oprawki Takiego, czując, że dziura w moim sercu odzywa się rozpaczliwym jękiem. Jednak nie poczułam łez, a samo serce pracowało swoim powolnym tętnem. Wzięłam głęboki oddech.
- To trochę ironiczne, prawda? – prychnął krótko Tsuneari, podając mi zdrową dłoń i pomagając wstać. – Dlaczego te cholerne okulary przetrwały? – mruknął smutno, odwracając się do mnie plecami. – Dlaczego ten cholerny okularnik nie przetrwał? – doszepnął jeszcze, zwijając dłoń w pięść. – Cholera.
Spuściłam wzrok, nie mogąc znaleźć na to żadnych słów. Omiotłam wzrokiem otaczających nas towarzyszy. Wszyscy chodzili uśmiechnięci, szczęśliwi naszą wygraną. Choć, w głębi resztek duszy, każdy z nas czuł, że to okrutna przegrana. Zwycięstwo nie przywróci Takiego do życia. Ani Daikiego. Ani pozostałych siedemnastu osób. Zwycięstwo nie pocieszy Ayako.
Nie uleczy Tokajiego.
- Chodź, Ichigo. – Tsu posłał mi ciepły uśmiech. – Widzę, że coś ustalają, a ja wolę tam być, by wybić im idioctwa z głowy. – Gdy nie ruszyłam się, chwycił mnie pod ramię i pociągnął do przodu. – Ufasz mi, prawda? Więc uwierz, że to wszystko potoczy się tak jak ma być. Że póki żyjemy damy radę zacząć od początku jeszcze raz. I jeszcze raz.
Wzięłam głęboki oddech.

I dalej podążyłam za nim już o własnych siłach. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz