Rozdział 41
Czas zatrzymał się. Nie byłam w stanie nawet się
podnieść, leżałam na śniegu oddychając spazmatycznie. Igarashi stał obok mnie,
ale całą uwagę skupił na chłopaku stojącym kilka metrów przed nami.
Tsuneari stał do nas bokiem, nadal trzymając ramię
wyciągnięte przed siebie, jakby dopiero co brał zamach. Opuścił je powoli,
kładąc dłoń na rękojeści miecza. Nie spuszczał przy tym oczu z wroga. Chłopak
miał napięte wszystkie mięśnie, gotowy do natychmiastowego ataku.
Wszystko zamilkło. Nawet dogasające zgliszcza
pobliskiej świątyni wydawały się być martwe. Przełknęłam ciężko ślinę, wbijając
spojrzenie w Tsuneariego.
Błagam cię, nie walcz z nim.
- Ohoho… - zawołał po chwili Igarashi, pstrykając
palcami. – Tego to się nie spodziewałem. – uśmiechnął się z zadowoleniem.
Tsuneari zacisnął dłoń na rękojeści. Wyczułam, że
specjalnie nie przerywa kontaktu wzrokowego z zabójcą, by spojrzeć na mnie. Nie
chce, by Igarashi przypomniał sobie o moim istnieniu. Chłopak wyciągnął miecz
płynnym ruchem, ale mężczyzna wydawał się tego nie zauważyć.
- Kiedy to się ostatnim razem widzieliśmy, Tsuneari
Nakade? – posłał mu kpiący uśmieszek. – Trzy lata temu na wojnie? A nie,
przepraszam, wtedy stchórzyłeś. – uniósł wyzywająco podbródek, gdy brązowowłosy
zacisnął zęby. – Czyli jakieś 6 lat temu, gdy twój towarzysz stracił oko?
Tsuneari wypuścił ze świstem powietrze. Widziałam,
że bije się z myślami, jednak nie miałam pojęcia o co im chodziło. Nie znam ich
przeszłości. Chłopak posłał mordercze spojrzenie ciemnobrązowych oczu, w
których pojawił się ognik.
- Nie bierz tego do siebie, ale mam cię zabić.
Ruszyli na siebie w gwałtownym zrywie. Moje serce
stanęło przy pierwszym brzęku stali, ale Tsu sparował bez problemu cięcie
Igarashiego. Z chwilową fascynacją dostrzegłam, że walczą na równi.
Podniosłam się chwieje, starając się nie zwrócić na
siebie zbytniej uwagi i poszłam po mój miecz. Wolałam nie sprawdzać ile czasu
Tsu da radę walczyć z Żywą Śmiercią jak równy z równym. Muszę coś wymyślić.
Obejrzałam się z przestrachem przez ramię, gdy
usłyszałam zduszony jęk chłopaka. Dostrzegłam tylko jak pada na plecy, a miecz
Igarashiego spada na niego w zawrotnym tempie. Błyskawicznie rzuciłam się w ich
kierunku, ale Tsu zdążył ponownie stanąć na nogi, nim broń w ogóle zdołała
dotrzeć do celu.
- Wiesz, młody, denerwuje mnie tylko jeden fakt… -
westchnął Igarashi, parując ciosy. Starał się przybrać znudzony wyraz twarzy,
jednak musiał skupić się na cięciach Tsuneariego. – To, że mnie znalazłeś.
- Jakbyś nie zostawał w takich melodramatycznych
miejscach, byłoby trudniej… - prychnął Tsu, uśmiechając się szelmowsko. Cofnął
się o kilka kroków, by osłabić serię szybkich pchnięć.
Wzięłam głęboki oddech, odpędzając mroczki przed
oczami i ból. Ledwo utrzymywałam się na nogach, mimo że nie straciłam dużo
krwi. Poprawiłam chwyt na broni, zmuszając się do jeszcze chwili walki.
Zrobiłam jeden bezszelestny krok w stronę odwróconego Igarashiego. I jeszcze
jeden. I jeszcze jeden.
Tsuneari błyskawicznie ugiął jedno kolano,
przygotowując się na spadające górne cięcie, ale drgnął, zauważając coś.
Wyprostował się, gwałtownie odskakując od zabójcy, lecz ostrze, które pojawiło
się w jego drugiej, wolnej ręce błysnęło groźnie.
Spojrzał na mnie z przestrachem. Wiedział, że nie
uniknie tego, ale nie bał się o siebie, tylko o mnie.
- Ichigo, uważaj! – krzyknął, po czym zaklął, kiedy drobne
ostrze rozorało mu ramię.
- TSU! – wrzasnęłam, tracąc skupienie. Zdążyłam
jeszcze dostrzec, że upada na ziemię, kiedy Igarashi obrócił się, celując
prosto we mnie.
Jedynie łutem szczęścia sparowałam zabójczy cios.
Zabójca syknął z irytacją, atakując raz za razem. Teraz nie były to te
wyszukane, wyćwiczone ciosy co wcześniej. W tych liczyła się tylko siła, której
nie można było mu odmówić. Krzywiłam się z bólu, przy każdym uderzeniu.
- Nie myślałem, że będziecie tacy głupi, by
zachodzić mnie od tyłu!
- A ja myślałam, że w końcu zamkniesz tą gębę. –
mruknęłam, odsuwając się z każdym uderzeniem.
- Ty szujo… - warknął, wkładając podwójną siłę w
cięcie.
Przeklęłam w myślach własną głupotę. Ktoś tak
doświadczony w walkach nie da się sprowokować marnym wyzwiskiem. Pisnęłam
cicho, widząc ostrze spadające centralnie na moją twarz. Ostatkiem sił
zasłoniłam się.
Udało mi się odepchnąć uderzenie, ale Igarashi
kolejnym błyskawicznym i zgrabnym ruchem, posłał mój miecz w powietrze.
Zastygłam z niedowierzania, kątem oka patrząc na swoją pustą dłoń.
Nie.
Igarashi zaniósł się śmiechem.
Wbiłam w niego mordercze spojrzenie, przybierając
bojową pozę. Zabójca zaczął się śmiać jeszcze głośniej, widząc moje drobne
pięści. Syknęłam ze złością, ale nie zaatakowałam. Byłam do bólu świadoma, że
nasze szanse są prawie zerowe.
- Dawno się tak nie uśmiałem… - westchnął wesoło
Igarashi, ocierając łzy śmiechu wierzchem nadgarstka. Strzepnął dłoń i spojrzał
na mnie z nagłym chłodem.
Zrobiłam jeden krok do tyłu.
- I tak już nie uciekniesz, Kanegawa. – jego głos
przeszył mnie na wskroś.
Odskoczyłam, gdy jego katana opadała na mnie, tnąc
ze świstem powietrze. Zaatakował ponownie z góry, a ja obróciłam się w lewo,
przekładając ciężar ciała na lewą nogę. Prawa stopa powędrowała do góry, a ja
zaryzykowałam kopnięcie z półobrotu. Igarashi syknął, blokując mój cios
ramieniem.
- Cholera. – syknęłam, a on wbił we mnie nienawistne
spojrzenie.
Nim zdążyłam się cofnąć, chwycił mnie na kostkę i
odepchnął. Łapałam rozpaczliwie równowagę, ale ostrze zmierzające w moim
kierunku rozproszyło mnie całkowicie. Kiedy odchylałam się jeszcze bardziej,
grunt całkowicie usunął się spod moich stóp, a miecz przejechał po brzuchu,
płytko rozcinając mi skórę.
Podparłam się od razu na ramionach, gotowa do
podniesienia się na nogi, choć walka była już przesądzona. Gdy Igarashi brał zamach
zgięłam kolana, by liczyć na łut szczęścia w unikach, ale czułam, że spóźnię
się o ułamek sekundy.
I kiedy ostrze błysnęło stalą tuż przede mną, między
nas wpadł Tsuneari, blokując cios. Korzystając z zaskoczenia, zerwałam się na
równe nogi, sięgając po broń. Brązowowłosy siłował się z Igarashim, trzymając
miecz w jednej ręce, drugą natomiast tamował krwotok z ramienia.
- Łapy przecz od niej. – warknął groźnie, wkładając
ostatek sił w odepchnięcie zabójcy.
Igarashi odszedł na kilka kroków, wpatrując się w
nas czujnie. Tsuneari stał pół kroku przede mną, zasłaniając mnie własnym
ciałem, chociaż trzymałam pewnie broń przed sobą. Wzięłam głęboki wdech i kątem
oka spojrzałam na jego ramię. Spomiędzy palców wypływała jaskrawoczerwona krew.
- Trafił akurat w tętnicę. – szepnął Tsu. – Jak to
czymś przewiążę, nic mi nie będzie. Ale teraz musimy jeszcze przez chwilę go
zająć.
- Jesteś pewien, że dasz radę walczyć? – spytałam.
- We dwójkę na pewno. – posłał mi szelmowski
uśmieszek.
Wzięłam głęboki wdech i spojrzałam ponownie na
Igarashiego. Mężczyzna stał z założonymi rękoma, czekając na nasz ruch.
Tsuneari znów bił się z nim spojrzeniami. Po czym skinął mi głową.
Ruszyliśmy w jednym momencie na niego. Mężczyzna
zrobił wykrok, nie opuszczając gardy. Przeskakiwał wzrok ze mnie, na Tsu i tak
w kółko, starając się odczytać nasze ruchy. Tsuneari nadal trzymał miecz za
sobą, ja byłam gotowa do zadania ciosu. Igarashi skupił się na mnie, sądząc, że
zaatakuję jako pierwsza.
I wtedy odbiłam na bok, okręcając się w powietrzu,
by zajść go od tyłu. Instynktownie obrócił się za mną, a w jego oczach
dostrzegłam złość, gdy zdał sobie sprawę z naszego planu. Mój cios sparował
mieczem, a cięcie Tsu powstrzymał przedramieniem. Jego ochraniacz pękł, a
odłamki wbiły się w ramię.
Zaatakowaliśmy ponownie.
Niestety, nawet walcząc z dwoma przeciwnikami,
Igarashi dawał sobie bez problemu radę i nadal wydał się tylko bawić z nami.
Wymienialiśmy szybko ciosy, wytrącając go czasem z rytmu, gdy moje,
powolniejsze ciosy przerwane zostały szybką serią cięć Tsuneariego. Ale nic
więcej.
Zaczynaliśmy się męczyć, a wizja nieuchronnej
śmierci miażdżyła nas dodatkowo. W pewnym momencie odeszłam na jeden krok do
tyłu, by zrobić Tsu więcej miejsca, gdy Igarashi nagle wypadł do przodu,
celując prosto we mnie.
- Ichi… - zdążył krzyknąć chłopak, gdy ostrze
rozorało mi lewy bok. Zachłystnęłam się krwią i osunęłam na kolana.
Brązowowłosy rzucił się z gniewem na zabójcę,
posyłając go na ziemię. Upadł na niego ze stęknięciem, sięgając za siebie po wygodniejszy
sztylet. Gdy ostrze błysnęło w słońcu, Igarashi bezceremonialnie uwolnił jedno
ramię i wierzchem pięści walnął Tsuneariego. Chłopak spadł z mężczyzny, ale nie
wypuścił sztyletu. Uniósł wysoko dłoń, nadając impetu cięciu. Zabójca chwycił
chłopaka za nadgarstek, a sztylet ledwo wbił się na centymetr w jego ciało.
- Ty cholerny… - warknął, zaciskając uścisk na
nadgarstku Tsu.
Chłopak syknął, a sztylet wypadł mu z dłoni.
- Zostaw go! – krzyknęłam, usiłując się podnieść.
Nogi znów się pode mną załamały.
Igarashi prychnął z rozbawienia i przeniósł okrutny
wzrok znów na Tsu, który szukał sposobności do uwolnienia lewej ręki. Mężczyzna
jeszcze bardziej zacieśnił uścisk, a ja, będąc kilka metrów dalej, usłyszałam
trzask łamanych kości.
Tsuneari jęknął, wbijając paznokcie w przedramię
mężczyzny. Igarashi mruknął coś ze znudzeniem, wykręcił lewy nadgarstek
brązowowłosego, na co Tsu wydał okrzyk bólu i rzucił nim w moją stronę. Chłopak
podniósł się z trudem na prawym ramieniu, starając się zebrać w garści. Lewa
dłoń zwisała bez życia.
- Jasna cholera. – syknął, gdy Igarashi skierował
się w naszą stronę.
- Daj mi jakiś sztylet, Tsu. – powiedziałam,
podnosząc się na kolana. – Jeszcze go nim załatwię, zobaczysz. – mój głos był
słaby, a z kącika ust skapnęła krew.
Chłopak mimowolnie wyciągnął ułamany, ostatni
sztylecik, ale po chwili wahania nie dał mi go. Spojrzał z nienawiścią w
Igarashiego.
- Wybacz, Ichi. Jestem bardziej zdolny do walki niż
ty. – mruknął, unikając mojego wściekłego wzroku. Nim zdążyłam zaprzeczyć,
szepnął jeszcze: - A poza tym to ja przyszedłem ratować ciebie.
Stanął chwiejnie na nogach, biorąc urywane wdechy.
- Tsu, ty skończony… - powiedziałam łamiącym głosem,
usiłując się podnieść. Nadal miałam mroczki z powodu utraty krwi, a moje
ramiona nie były wstanie utrzymać mojego ciężaru. Zachłystnęłam się krwią
ponownie, opadając na kolana.
- Nic więcej nie mów, Ichigo. – powiedział jeszcze,
krzywiąc się na widok mojej krwi. Zacisnął zęby z bezsilności i zasłonił mnie
lewym ramieniem, niezdolnym do walki. – Jak będzie sposobność, masz uciekać.
Nim zdążyłam na niego warknąć, Igarashi zaklaskał.
Jak na zawołanie oboje wlepiliśmy w niego wściekłe spojrzenia. Mężczyzna
obserwował nas z rozbawieniem, stawiając powolne, leniwe kroki w naszym
kierunku. Ciągnął miecz po ziemi, wydając przy tym upiorny dźwięk. Rozkoszował
się każdą chwilą naszego narastającego strachu.
- Brawo, aż się wzruszyłem… - zakończył swoje
klaskanie i skrzyżował ramiona na piersi. – Ale szczerze sądziłem, że dam radę
was zabić w walce. Nawet w moich najśmielszych oczekiwaniach nie istniała
wizja, że będziecie jedynie czekali na mój ruch, zbyt słabi na atak. – zaśmiał
się, po chwili odchrząkując. – No cóż, wasza strata na szybką śmierć.
Skierował w naszą stronę czubek ostrza. Tsuneari
napiął mięśnie, gotowy do ostatniego rzucenia się na przeciwnika. Wyciągnęłam
drżącą dłoń w jego stronę, ciągnąc go za kurtkę. Chciałam mu powiedzieć, by
przestał, ale… I tak nic to nie zmieni.
- Będziecie umierali bardzo, bardzo powoli i
boleśnie… - Igarashi rozciągnął usta w uśmiechu, a w jego czarnych oczach
dostrzegłam śmierć. – Nie wiem jeszcze od kogo zacznę. Może od ciebie, co,
Kanegawa? Pomyśl sobie – mogłaś do mnie dołączyć, a tu proszę jak to się
wszystko kończy. – rzucił protekcjonalnym tonem, celując we mnie mieczem.
Tsuneari przysunął się do mnie i zasłonił bardziej.
- A no właśnie, jest jeszcze pan obrońca
sprawiedliwości. – prychnął Igarashi, podsuwając mu czubek ostrza pod gardło. –
Tobie to od zawsze jest pilno do grobu, nieprawdaż?
- Zostaw go. – warknęłam, podnosząc się chwiejnie na
nogi. Mężczyzna zagwizdał i schował miecz z powrotem do pokrowca.
- Ichi. – Tsu nadstawił swoje lewe ramię, gdy
zachwiałam się. Przytrzymałam się go najdelikatniej jak potrafiłam, wiedząc, że
jest ranny.
- Wiesz, Kanegawa. Chyba to z twoim chłopakiem
pobawię się najpierw. – rzucił z sarkazmem. – Jestem mu winny porachunki za
zwalenia nam stosunków ze Smile’m i śmierć Gihei’a. A poza tym, jestem ciekawy
co zrobisz, gdy będzie umierał bardzo, bardzo…
Tsuneari odtrącił mnie od siebie i rzucił na
Igarashiego, który pod wpływem szoku, zachwiał się i cofnął o kilka kroków, by
odzyskać równowagę.
- Bierz go, szefie! – wrzasnął Tsu, zacieśniając
chwyt na wrogu.
- Ha…? – wściekły okrzyk dowódcy Jishin urwał się w
połowie.
Zza gruzów świątyni wyłonił się czarnowłosy
mężczyzna. Pojawił się obok nich gwałtownie i wykorzystując impet skoku,
zawalił Igarashiemu rękojeścią prosto w twarz. Tsuneari w międzyczasie puścił
wroga i podnosił się na nogi. Fumiya chwycił go pod ramię, przypatrując się
ranie na ramieniu.
- Żyjecie jeszcze? – rzucił, stawiając chłopaka do
pionu.
- Jakoś… Szefie, moja ręka… - stęknął chłopak, a
mężczyzna od razu go puścił i skierował spojrzenie na mnie. Lekko zbledł, gdy
zobaczył, że śnieg wokół mnie jest czerwony, ale uniosłam dłoń na znak, że
jeszcze nie umieram.
- Tsu, ogarnijcie się trochę. Ja go zatrzymam. –
rozkazał i skierował się ku leżącemu na ziemi zabójcy.
- A potem co, szefie? – spytał jeszcze Tsuneari,
podchodząc do mnie.
- Potem coś wymyślę.
Fumiya skierował się biegiem ku podnoszącemu się
Igarashiemu. Mężczyzna splunął krwią, a o ziemię zabrzęczał wyłamany ząb. Otarł
usta wierzchem dłoni, uśmiechając się krzywo.
- No to teraz się zacznie.
Fumiya zaatakował jako pierwszy, wyprowadzając
potężne cięcie z dołu. Igarashi sparował je z uśmiechem. Ich wymiana ciosów
przyprawiła mnie o dreszcze. Ruchy zabójców były wyćwiczone co do ostatniego
milimetra. Ostrza mieczy błyskały między nimi, a cięcia wyprowadzane tak
błyskawicznie były ledwo widoczne dla moich oczu.
Przełknęłam ślinę, czując ogromny respekt do Fumiyi.
Jak również strach, na myśl o mojej słabości.
Tsuneari przyklęknął obok mnie, mamrocząc o
pośpieszeniu się. Sięgnął jedną dłonią do swojej koszulki, by rozpruć ją na
paski, ale nakryłam jego dłoń swoją. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem, ale tylko
pokręciłam głową i sięgnęłam po swój szalik. Gdy zaczęłam obwiązywać mu lewy
nadgarstek, starając się zrobić prowizoryczny temblak, chłopak syknął z bólu,
nie odrywając wzroku z walczących.
- Może być złamana. – mruknęłam cicho, przewiązując
mu szalik przez szyję. – Pokaż teraz to ramię. – nakazałam, ale spojrzał na
mnie z oburzeniem.
- Nie cackaj się ze mną. Obwiąż sobie szybko ten bok
i daj mi iść pomóc Fumiyi… - burknął, ale uśmiechnął się do mnie ciepło, gdy
przypatrzyłam się jego ranie.
- Nie przesadzaj. Moje jest powierzchowne, a tobie
na pewno przeciął tętnicę. – mruknęłam. Krew powoli krzepła, a jej ciśnienie
zmniejszyło się. – Może nie będzie…
Nie dokończyłam, bo wtedy rozległ się wrzask
Igarashiego.
Obróciliśmy się z Tsu z przerażeniem, ale gdy
zobaczyliśmy Fumiyę stojącego nad szefem Jishinu, odetchnęłam z ulgą. Igarashi
zasłaniał twarz dłonią, uspokajając własne wrzaski. Z pomiędzy palców pociekła
mu krew.
- Ty skończony… - wycedził przez zaciśnięte zęby,
ale czarnowłosemu nawet nie drgnęła powieka. Igarashi urwał.
- To dopiero początek, Yasuaki. – powiedział chłodno
Fumiya, wbijając w niego pełne okrucieństwa, matowe, czarne oczy. – Twoje oko
to zdecydowanie za mało cierpienia za nich wszystkich. – syknął, zbliżając
czubek miecza do twarzy Igarashiego. – A teraz sobie wyobraź, że przejdziesz
przez gorsze tortury niż te, które zafundowałeś Aracie…
Igarashi splunął, nie tracąc werwy.
- Nic nie będzie gorsze, od tego co on przechodził…
- zaśmiał się szyderczo, wspominając z uśmiechem ostatnie chwile poprzedniego
szefa Kaminari.
Zakrztusił się, gdy dostał siarczystego kopniaka w
twarz. Huknął o ziemię z głuchym stęknięciem i nic zdążył zarejestrować
cokolwiek nowego, Fumiya kopnął go w twarz jeszcze raz. I jeszcze raz.
I jeszcze raz.
Po czym rozległ się strzał z pistoletu.
Mogłabym przysiąc, że wszystko się zatrzymało,
łącznie z moim sercem. Kruki poderwały się do lotu, a szum ich skrzydeł
rozbrzmiał nienaturalnie głośno. Fumiya odsunął się z przestrachem, rozglądając
się z nieufnością.
Rozległy się kolejne strzały, ale żadne z nas nie
było w stanie dostrzec w co celują. Albo w kogo.
Igarashi zerwał się na równe nogi, uciekając jak
najdalej od Fumiyi i również rozejrzał się z przestrachem.
Wśród nas, płatnych morderców było wiele niepisanych
zasad. A wśród nich prawie na samym szczycie była ta odnośnie walki. Zakaz
używania broni palnej.
- Gliny już kroczyły do akcji? – syknął Fumiya,
rozglądając się.
- Cholera jasna. – warknął Igarashi, kuląc się gdy
kolejne strzały się rozległy.
Mężczyźni zmrozili się wzrokiem, wiedząc, że nie
dadzą rady ciągnąć walki, kiedy policja włączy się do akcji. Fumiya zrobił
kilka niepewnych kroków w naszą stronę, krzywiąc się przy kolejnym wystrzale.
- Wstawajcie, dzieciaki. – mruknął. – Chyba musimy
się stąd zmywać.
- Szlag by to. – warknął Tsuneari, zwijając zdrową
dłoń w pięść.
Rozległ się kolejny strzał, gdy Igarashi wyciągnął
racę z kieszeni kurtki i ją podpalił. Flara poszła wysoko w niebo, nim
zdążyliśmy zareagować, i rozbiła się na kilka czerwonych pocisków. Wpatrywałam
się w nie, nie dowierzając, że oznaczają to, o czym myślę.
- Jeszcze się policzymy, Sotomura. – warknął
Igarashi, odchodząc. – Na razie potraktuj to jako remis. – dodał jeszcze
nienawistnie i ukrył się w cieniu zgliszczy świątyni.
Fumiya machnął na nas nagląco dłonią, marszcząc
czoło. Patrzył się niedowierzająco w miejsce, w którym stał przed chwilą
Igarashi. Gdy nie uciekaliśmy, odwrócił się i popchnął nas, biegnąc. Gdy
zbiegaliśmy ze wzgórza, odzyskałam choć trochę zdolność logicznego myślenia.
- Wycofali się…? – wydusiłam z niedowierzaniem.
- Jakoś w to nie wierzę, ale tak… - westchnął
Fumiya. – Niepokoi mnie tylko interwencja policji. Cholera jasna. – warknął do
siebie i podbiegł do pozostawionego samochodu. Wybił szybko okno i otworzył
drzwi. – Wsiadajcie.
Gdy tylko zamknęliśmy drzwi, docisnął pedał gazu do
dechy. Zarzuciło nami na pierwszym zakrętem, ale Fumiya wydał się tym nie
przejmować.
- Do organizacji w inną stronę… - mruknęłam, patrząc
przez okno.
- Wiem… Jasna cholera. – warknął mężczyzna, ledwo
wyrabiając się na kolejnym zakręcie. – To wszystko zakończyło się zbyt nagle, a
ja nawet nie wiem, czy oficer Akaike zadzwonił po odpowiednich ludzi. Cholera.
Teraz muszę się jeszcze upewnić, że ta idiotka żyje.
Widząc nasze pytające spojrzenia, westchnął.
- Omitsu z Hirokim ruszyli na tych z psychiatryka z
Tateyamy… - wytłumaczył ze zmęczeniem. – Szybciej będzie jak ich weźmiemy ze
sobą. Tokaji też gdzieś powinien tam być…
- Strzały ustały.
Tsuneari odezwał się po dłuższym okresie
nasłuchiwania.
- Mam nadzieję, że to Akaike coś wykombinował. –
mruknął Fumiya, przyśpieszając jeszcze bardziej.
- A ja sądzę, że to byłoby zbyt proste.
***
Omitsu wzięła głęboki oddech, gdy ujrzała na niebie
czerwoną flarę Jishinu. Wycofywali się. Kaminari wygrało. Teraz zabójcy z
wrogiej organizacji powinni uciekać od nich. Gdyby jacykolwiek ostali.
- Omitsu? – Hiroki obejrzał się przez ramię,
niedowierzając własnym oczom. – Czy mi się zdaje, czy jakimś cudem wygraliśmy?
Kobieta nie odpowiedziała, nadal stojąc wśród ciał
ludzi z Tateyamy. Spojrzała na nich pusto, trącając najbliższego z nich stopą.
Śnieg zabrudził się jeszcze trochę krwią. Omitsu prychnęła, a z jej dłoni
wysunął się miecz.
- Omitsu!
Hiroki rzucił się w jej stronę, gdy zabójczyni
osuwała się na ziemię.
- Ej, ej, ej! – jęknął, chwytając ją w ramiona. –
Omitsu, co się dzieje? Jesteś ranna? Krwawisz? Co…? – urwał gwałtownie, gdy po
jej policzku pociekła pojedyncza łza.
- Przepraszam. – szepnęła kobieta. – Po prostu... –
nie dokończyła, patrząc się po zwłokach.
Hiroki zacisnął usta, podnosząc powoli kobietę do
pionu. Wiedział doskonale, co tak bardzo przygniotło Omitsu. We dwójkę wybili
około 30 ludzi. Którzy tak naprawdę zawinili tylko swoją chorobą.
- Jednak tego się nie zapomina. – mruknęła,
spoglądając w swoje oczy, odbijające się w skrwawionym ostrzu miecza. – Nie
byłam na takich misjach od 3 lat… Miałam wrażenie, że zamknęłam tą okrutność
głęboko w sobie, ale…
- Przestań.
Omitsu spojrzała na niego przeciągle.
- Hiroki…
- Po prostu nic więcej nie mów.
Kobieta patrzyła się na niego jeszcze przez chwilę,
po czym spuściła wzrok i schowała miecz do pochwy, milcząc. Zapanowała martwa
cisza, przerywana tylko ich oddechami.
Po kilku minutach w oddali rozległo się trąbienie.
***
Mimo że Fumiya zapewniał nas, że Omitsu z Hirokim
nie daliby się zabić zwykłym psychopatom, nawet w tak znacznej ilości, poczułam
jak głęboko zakorzeniony strach ustaje. Naszym oczom ukazały się dwie, znane
sylwetki stojące wśród zakrwawionych ciał.
Szef zatrzymał się z piskiem opon, i jakby nie
zauważając poległych, podbiegł do Omitsu. Dostrzegłam przez ułamek minuty jej
smutne oczy, ale kobieta błyskawicznie odzyskała werwę. Stanęła w rozkroku,
kładąc dłonie na biodrach i roześmiała się szyderczo.
- Widzę, że się martwiłeś, idioto! – zachichotała,
puszczając nam oczko. – To ujma na moich umiejętnościach, martwić się o moje
marne życie przy takich… - splunęła. – przeciwnikach!
- Co za kobieta. – burknął Hiroki na powitanie. –
Boże, widzisz, a nie grzmisz.
Spojrzeliśmy po sobie z Tsuneari i parsknęliśmy
śmiechem.
- Walnąłbym cię, ale mam standardy, wiesz? – jęknął Fumiya,
przecierając zmęczone oczy dłonią. Po chwili jednak posłał Omitsu szczery
uśmiech. – Jednak dobrze cię widzieć w całości. Ciebie też, Hiroki.
Blondyn zasalutował krótko i od niechcenia, unosząc
do góry jeden kącik ust. Spojrzał po nas z zadowoleniem, pozdrawiając
milczeniem. Omitsu, nadal wyśmiewając się z Fumiyi, objęła mnie i Tsu,
przyduszając w uścisku. Trzymała nas tak przez moment, po czym puściła i
skrzyżowawszy ramiona, posłała Fumiyi poważne spojrzenie.
- Sądzę, że
to koniec. – mruknął czarnowłosy. Gdy Omitsu uniosła pytająco brew, westchnął
głęboko. – Niestety żyje…
- Tak! – kobieta wykonała gest zwycięstwa,
wprawiając nas w osłupienie. – No co? Myślicie, że darowałabym sobie, gdyby ten
śmieć wykrwawiał się nie z mojej winy?
- Z kim ja pracuję. – burknął Hiroki, parskając, gdy
Omitsu wbiła mu łokieć między żebra.
- Opowiem o tym później, gdy będą z nami… wszyscy. –
powiedział Fumiya, pochmurniejąc na sekundę. – Teraz wsiadajcie do auta. Im
szybciej się stąd zwiniemy tym lepiej. To też dłuższa historia.
Kobieta pokręciła głową, ale zatrzymała się
gwałtownie. Wyczuła na sobie pytające spojrzenie Tsu i zmrużyła oczy.
- O co ci… - zaczęła, po chwili blednąc. – JASNY
GWINT, DO CHOLERY! – chwyciła szefa za koszulę, wpatrując mu się w oczy
porozumiewawczo. – Fumiya, Tokaji walczył gdzieś tam, jeden na jednego. Z
Shigeo…
Zrobiło mi słabo, a widok czarnowłosego przemknął mi
przed oczami. Jak śmiałam w ogóle o nim zapomnieć? Rzuciłam przelotne
spojrzenie chłopakowi, a gdy skinął mi krótko głową, zerwaliśmy się do biegu we
wskazanym kierunku. Wysunęłam się na prowadzenie, nie myśląc o niczym innym.
Dwa zakręty dalej zobaczyłam pierwsze ciała i kącik
moich ust drgnął. Wiedziałam, że biegnę w dobrym kierunku. Za kolejnym rogiem
dostrzegłam ciało Shigeo. Widok znienawidzonego mężczyzny, który leżał martwy
wśród śniegu przyniósł mi okrutną satysfakcję, ale nie zszokował. Przez myśl
przeszło mi, że Tokaji wygrał i po prostu sobie odszedł.
A potem zobaczyłam go kilka metrów dalej.
- TOKAJI! – wrzasnęłam, rzucając się w jego
kierunku.
Chłopak leżał bez życia na śniegu, który z każdą
chwilą barwił się coraz bardziej na czerwono. Zatrzymałam się krok od niego,
czując jak opuszcza mnie wszystko – siły, uczucia. Dusza. Opadłam na kolana.
- Kłamstwo. – powiedziałam pusto. – To kłamstwo.
Wyciągnęłam dłoń w jego stronę, dotykając jego
okrwawionego policzka.
Zimny.
Mam nadzieję,
że zginiesz na tej wojnie!
- Przepraszam, że to powiedziałam, Tokaji. –
wydusiłam, przypominając sobie naszą kłótnię. Na śnieg spadły dwie wielkie
krople. – Przepraszam, poniosło mnie. – przejechałam bezwiednie dłonią po jego
twarzy. – Nie słuchaj mnie…
- NIEEEE! – wrzask Tsu przeszył każdą najmniejszą
część mojego ciała. – NIE, Nie, nie… Nie…
Chłopak podbiegł do nas, ale zatrzymał się równie
gwałtownie co ja. Opadł ciężko na kolana obok mnie wpatrując się w przyjaciela z
zrozpaczonym wyrazem twarzy. Warga mu zadrgała, powstrzymując usilnie płacz, po
czym Tsuneari rozciągnął usta w najboleśniejszym uśmiechu jaki widziałam.
- I masz co chciałeś… Umieranie podczas walki… -
prychnął, zwijając dłonie w pięści i spuszczając głowę.
Po usłyszeniu tego wybuchłam histerycznym płaczem,
przyciągając Tokajiego ku sobie. Tsuneari wzdrygnął się i położył mi delikatnie
dłoń na ramieniu, ale ja nawet tego nie poczułam. Coś we mnie umierało bardzo,
bardzo boleśnie.
I wtedy wyczułam ruch.
Odsunęłam się gwałtownie od obu chłopaków wbijając
spojrzenie w Tokajiego.
Jego martwa twarz zadrgała, a sine powieki zacisnęły
się jeszcze bardziej.
Po czym zamrugał gwałtownie, jakby światło go
raziło, wbijając we mnie niedowidzące, czarne oczy. Rozchylił usta, a z kącika
ust wyciekła mu krew.
- Nie sądziłem, że zasługuję na anioła stróża. –
wyszeptał bezbarwnym tonem, usiłując wyciągnąć dłoń w moją stronę. Zawisła w
powietrzu, bez sił by mnie tknąć. – Kocham cię, aniele… - wydusił jeszcze
cicho, mdlejąc bezwiednie po raz kolejny.
Wyglądał jeszcze bardziej martwo niż wcześniej, ale
żył. Klatka piersiowa poruszała się prawie niedostrzegalnie, ale oddychał.
Wzięłam głęboki oddech, uśmiechając się smutno.
- Dziękuję…
- FUMIYA! – wrzasnął Tsu, zrywając się na nogi.
Machał ramionami, podskakując. – WCISKAJ GAZ DO DECHY! – dodał głośno, gdy auto
zatrzymało się obok nas z piskiem opon.
Chwilę później Fumiya i Hiroki zabrali ode mnie
Tokajiego i ułożyli go na tylnym siedzeniu, przypinając pasami. Fumiya usiadł
ponownie za kierownicą, obok Omitsu, a my z Hirokim siedliśmy na niewielkiej
przyczepce z tyłu. Blondyn mimowolnie przeżegnał się przed startem.
Siedziałam całą drogę jak w transie, mając wrażenie,
że nadal gdzieś to wszystko przerodzi się w koszmar. Dopiero gdy dostrzegłam
budynek organizacji i ludzi stojących pod nią, dotarła do mnie prawda.
To koniec.
***
- Wycofali się? – mruknęła pod nosem Mako,
odwracając się ku dzielnicy.
Walka toczyła się jeszcze przed kilkoma minutami,
nie wskazując na zwycięstwo żadnej ze stron. Rudowłosa wciąż walczyła w
nieustającym kręgu przeciwników, mogąc tylko patrzeć kątem oka jak coraz to
więcej towarzyszy umiera. Aż w pewnej zwykłej sekundzie, w tym nieustającym
koszmarze kruki poderwały się do lotu, oddalając coraz bardziej od zniszczonej
świątyni. Ich drogę przecięła wystrzelona, czerwona flara.
A Jishin w jednej chwili uciekł, zostawiając
skołowanych zabójców z Kaminari na środku ulicy. Mako obejrzała się wtedy na
chłopaków, którzy wytrwale kryli jej plecy i skinęła głową. Wrócili na teren
organizacji.
Teraz niewielka garstka ludzi biegała we wszystkie
strony, zużywając na coś pożytecznego resztki energii. Ryutaro rozłożył się ze
stanowiskiem medycznym jak najbliżej ludzi i pracował na pełnych obrotach. Inni
zabierali z zniszczonego budynku najpotrzebniejsze rzeczy, szczególnie akta i
dane.
A ci, którym ostało najwięcej sił znosili ciała.
- Podejrzane… - mruknęła jeszcze, po czym podeszła
do Mikuru.
Strategiczka została tu jako ostatnia z dowództwa. Operowała
każdą akcją zabójców, rozdzielając im robotę i jednocześnie segregowała
przynoszone rzeczy oraz zapisywała wszystkie informacje w notatniku. Mako
poczuła chęć na zagwizdanie z podziwu.
- Nie dziwne, że to ty jesteś od myślenia. – rzuciła
beznamiętnie na powitanie. Mikuru przeczesała dłonią rozwalającego się koka,
uśmiechając się cierpko. – Przeliczyłaś już nas?
- A, tak… - westchnęła, spuszczając wzrok. – Na terenie
organizacji, łącznie ze mną i tobą jest obecnie… 26 osób. – wypowiedzenie tej liczby
przysporzyło jej wiele bólu.
Mako przez krótką chwilę zrobiło się ciemno przed
oczami.
- Połowa… - wydusił Koichi, pojawiając się wraz z
Junem. Nieśli jakieś pudła, ale odstawili je z hukiem, jakby zasłyszana
informacja pozbawiła ich sił.
- Oczywiście nie wykluczam, że niektórzy… jeszcze
nie doszli. – strategiczka wzruszyła ramionami, starając zachować spokój. – Nie
wrócił nikt z dowództwa, a nie sądzę, że
nasi najsilniejsi ludzie po prostu polegli… Przynajmniej mam głęboką nadzieję. –
westchnęła smutno. – W ogóle, weźcie się do roboty. Wystarczy mi, że Suzuki sam
się posłał na zwiady. – mruknęła i odgoniła ich ręką.
Trójka przyjaciół odeszła, uśmiechając się
równocześnie ponuro i z ulgą, gdy widzieli towarzyszy, jak również brak
niektórych. Choć widzieli tyle śmierci, choć zabili tyle osób, nic nie
przyzwyczai cię do umierania bliskich. Jedynie Mako zachowywała chłodną maskę
obojętności, choć rozglądała się co jakiś czas, usiłując wyłapać kogoś
wzrokiem.
- Nie widzę go. – powiedziała w pewnym momencie
pustym głosem. – Nie ma go.
- Kogo…? – zaczął Koichi, ale Jun trzepnął go i
nakazał wzrokiem milczenie. Powiódł spojrzeniem dookoła i uśmiechnął się
smutno, gdy nie dostrzegł nigdzie Meijiego.
- Może to dzięki niemu to wszystko się skończyło… -
westchnął tylko Jun, spoglądając w jaśniejące niebo.
Mako podniosła na niego swoje smutne, zielone oczy,
lecz nim zdążyła coś powiedzieć, rozległ się wesoły krzyk, a oczy wszystkich
powędrowały ku bramie wjazdowej.
- HEJ, LUDZIE! – wydarł się Suzuki, przebiegając
raźnie przez bramę i nie hamując ani na moment. Skierował się na grupkę ludzi
stojących niedaleko ‘’stanowiska’’ strategiczki. – WYGRALIŚMY! BANZAI! –
wrzasnął, wyskakując wysoko.
Kolejne wesołe wrzaski poniosły się echem, po chwili
zastąpione śmiechem, gdy Suzuki po prostu wpadł w tłum ludzi. Koichi uśmiechnął
się półgębkiem. Mimo, że wokół nich wszystkich wisiała aura śmierci, cieszyli
się, że to koniec. Suzuki odsunął od siebie przyjaciół i wskazał z szelmowskim
uśmieszkiem na bramę.
- A to jeszcze nie wszystko. Zgadnijcie, kto właśnie
tu jedzie? – wyszczerzył się, a po kilku sekundach podjechało do nich duże
auto.
***
Wszystko wydawało się dla mnie tak strasznie
nierealne. To, że Suzuki, wysłany na zwiady, gdy nas rozpoznał, roześmiał się,
pomachał dłonią i popędził do organizacji. To, że dojechaliśmy tam całą
szóstką. To, że na nasz widok rozległy się wesołe okrzyki.
Wszystko rozgrywało się jak za bardzo, bardzo grubą
szybą.
Zsiadłam z auta i dałam porwać się towarzyszom w
objęcia. Gdzieś za sobą usłyszałam śmiech Tsu, którzy zdawał się zapomnieć o
złamanym nadgarstku. Zarejestrowałam też to, że Fumiya od razu zawołał Ryutaro
do Tokajiego. Poczułam, że lodowata dłoń trochę puściła moje gardło. Pod opieką
lekarza na pewno wszystko będzie dobrze.
- No to teraz jest nas trzydzieści-dwoje… - mruknęła
z zadowoleniem Mikuru, zapisując sobie to w notatniku. Po chwili podniosła
wzrok na towarzyszów z dowództwa i zarzuciła im ręce na szyję. Trójka
roześmiała się, gdy Mikuru mamrotała jakieś wyrzuty, ale nawet strategiczka w
końcu zareagowała na nie śmiechem.
Uśmiechnęłam się ze zmęczeniem, poprawiając bandaże
na swoim ramieniu i brzuchu. Omiotłam wzrokiem organizację, czując narastający
smutek. Nie zobaczyłam 20 znanych mi twarzy.
W raptem kilka godzin straciłam dwadzieścia znanych
mi osób.
W kilka godzin odebrano mi szansę ponownego
spotkania ich kiedykolwiek.
Taki.
Stop.
Przestań.
Wzięłam głęboki oddech, ale nie poczułam impulsu do
płaczu. Może tak się odwodniłam, że nie mam łez. Albo nie mam siły na nie.
Wtopiłam się w towarzyszy, starając się pomóc
naprawiać to wszystko. Mimo, że cały czas wyczuwałam na sobie uporczywe
spojrzenia Tsu, unikałam rozmowy i zawsze znajdowałam coś do roboty. Której
akurat nie brakowało.
Po jakimś czasie instynkt kazał spojrzeć mi w stronę
bramy. Z początku nie rozpoznałam go, ale po chwili rozciągnęłam usta w
uśmiechu. Trzydzieści trzy, poprawiłam w myślach Mikuru, machając do Meijiego.
Mężczyzna zmrużył oczy, zmęczony i zakrwawiony, ale
odmachał mi. Następnie zawołał kogoś stojącego najbliżej, wyraźnie rozbawiony
nie zauważeniem go. Zachichotałam pod nosem, gdy towarzysze zaczęli się z nim
przekrzykiwać. Po chwili rozsunęli się, przepuszczając przodem rozpychającą się
rudowłosą. Mako stanęła na przedzie i spojrzała z beznamiętnym wyrazem twarzy
na przybyłego mężczyznę. Meiji uśmiechnął się krótko, niepewien jak zareagować.
- Ej, Mako… - zaczął z wahaniem Koichi, gdy Jun
położył dłoń na ramieniu kobiety. Zabójczyni strąciła ją delikatnie.
I pobiegła prosto na Meijiego.
- Mako… - wydusił ze zmieszaniem, gdy rudowłosa
wpadła na niego z impetem i objęła mocno lekko drżącymi ramionami. Meiji stał
tak przez ułamek sekundy, zdezorientowany, po czym przyciągnął ją do siebie i
pocałował. Po chwili wahania Mako odwzajemniła pocałunek, przytulając go
mocniej.
- Jesteś idiotą. – rzuciła beznamiętnie, gdy go
puściła. A Meiji po raz pierwszy od dawna uśmiechnął się chytrze, pocierając
nos.
Jun i Koichi, oczywiście jako najlepsi przyjaciele
czarnowłosego, rozpoczęli serię gwizdów i wiwatów.
Mimo całej tej ponurej atmosfery zrobiło mi się
cieplej na sercu.
- No w końcu. – Tsuneari wykonał znak zwycięstwa i usiadł
obok mnie. Spojrzałam na niego przez chwilę i westchnęłam. – Rozmyślasz nad
czymś, prawda? – wbił we mnie spojrzenie.
- Czuję, że to nie policja wtedy do nas strzelała. –
mruknęłam. – Oni strzeliliby celnie, a ten ktoś doskonale wiedział co robi.
Doskonale wiedział, że zwykły strzał przekona nas do złożenia broni. – zwinęłam
dłonie w pięści. – To wszystko wygląda bardzo podejrzanie… A oboje znamy kogoś
bardzo podejrzanego, prawda? – dodałam, wpatrując się w dowództwo.
Na podjazd organizacji zajechał radiowóz, ale
wysiadło z niego tylko dwóch policjantów, którzy co dziwniejsze uścisnęli dłoń
szefowi. Zaraz po nich z samochodu wysiadł pokaźny mężczyzna, ubrany w garny
garnitur. Miał dumny wyraz twarzy, a w jednej z dłoni trzymał teczkę, co
sprawiało, że przypominał mi stereotypowego biznesmana. Przytrzymał drzwi
ostatniemu pasażerowi – drobnej kobiecie, która wyskoczyła raźnie z auta. Z tej
odległości dostrzegłam jej ekscentryczność – miała ciemnobrązowe, sterczące
włosy, okrągłe okulary, grubą, skórzaną, zimową kurtkę, spod której wystawała
dresowa spódniczka, pasiaste rajtuzy, a tego wszystkiego dopełniały pilotki na
czole. Miałam ochotę się roześmiać.
- O, oficer Akaike przyjechał. – mruknął na początek
Tsu. Po chwili zamarł i przetarł z niedowierzaniem oczy. – Jasny gwint, co z
nim robi Ukyo Inaba? I czy to…? Czy to Sakiko Hashimoto? Jasny gwint. –
powtórzył i westchnął głęboko. – Mam dość. Nie mam siły się w to wszystko
mieszać. – jęknął po chwili.
Wzruszyłam ramionami.
- Szybko działają, przynajmniej tyle.
Tsuneari spoważniał, rozumiejąc ukryte znaczenie
tych słów i z dozą wahania pogładził mnie po głowie.
- Uwierz mi, Ichi. Naprawdę znajdziemy w tym bagnie
czas na… godne pożegnanie ich wszystkich. Teraz muszą pozałatwiać wszystkie
formalności, a dopiero potem… Potem damy sobie chwilę przerwy. – powiedział cicho.
Skinęłam krótko głową i chciałam wstać, ale chłopak
pociągnął mnie za nadgarstek w dół. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, sięgnął
do tylnej kieszeni kurtki i włożył w coś w dłonie.
Czarne, nadłamane oprawki.
- Skąd to… - wydusiłam, blednąc.
- Znalazłem… tam. – powiedział cicho. –
Stwierdziłem, że po prostu… Nie pozwolę tego wyrzucić. Potem chciałem dać to
Ayako, ale… Ale czuję, że to ty powinnaś o tym zdecydować i z nią porozmawiać.
Dlatego ci to daję.
Przyciągnęłam do siebie oprawki Takiego, czując, że
dziura w moim sercu odzywa się rozpaczliwym jękiem. Jednak nie poczułam łez, a
samo serce pracowało swoim powolnym tętnem. Wzięłam głęboki oddech.
- To trochę ironiczne, prawda? – prychnął krótko
Tsuneari, podając mi zdrową dłoń i pomagając wstać. – Dlaczego te cholerne
okulary przetrwały? – mruknął smutno, odwracając się do mnie plecami. –
Dlaczego ten cholerny okularnik nie przetrwał? – doszepnął jeszcze, zwijając
dłoń w pięść. – Cholera.
Spuściłam wzrok, nie mogąc znaleźć na to żadnych
słów. Omiotłam wzrokiem otaczających nas towarzyszy. Wszyscy chodzili uśmiechnięci,
szczęśliwi naszą wygraną. Choć, w głębi resztek duszy, każdy z nas czuł, że to
okrutna przegrana. Zwycięstwo nie przywróci Takiego do życia. Ani Daikiego. Ani
pozostałych siedemnastu osób. Zwycięstwo nie pocieszy Ayako.
Nie uleczy Tokajiego.
- Chodź, Ichigo. – Tsu posłał mi ciepły uśmiech. –
Widzę, że coś ustalają, a ja wolę tam być, by wybić im idioctwa z głowy. – Gdy nie
ruszyłam się, chwycił mnie pod ramię i pociągnął do przodu. – Ufasz mi, prawda?
Więc uwierz, że to wszystko potoczy się tak jak ma być. Że póki żyjemy damy
radę zacząć od początku jeszcze raz. I jeszcze raz.
Wzięłam głęboki oddech.
I dalej podążyłam za nim już o własnych siłach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz