Rozdział 3
W przeciągu kilku minut wjechaliśmy na opustoszały
parking. Jedyna latarnia, dająca jakieś źródło światła migała ostrzegawczo,
jakby mówiąc, że stanie się coś złego. Przy tym niedużym parkingu stał dość
stary, obskurny budynek z neonowym znakiem z nazwą baru.
Tsuneari wziął głęboki oddech i zaciągnął ręczny
hamulec, wysiadając z wyraźną ulgą z samochodu. Wolałam przemilczeć sprawę
kierowania, przynajmniej na razie. Zdążyłam trafić na gorszych kierowców.
Miyoko jednak posłała mu pełne politowania spojrzenie.
- Widzisz, nie było tak źle… - powiedziała
spokojnie, klepiąc go po ramieniu.
- Oj, zamknij się… - burknął Tsuneari, strząsając
jej dłoń.
- Ale teraz przynajmniej nie stanął w płomieniach…
- Miyoko! – rzucił z wyrzutem chłopak, ale kobieta
zniknęła za drzwiami baru.
Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy Tsuneari opuścił
wyciągniętą za nią dłoń i przejechał palcami po włosach, śmiejąc się z siebie
cicho. Obejrzał się na mnie.
- Jak wrócimy, z chęcią wysłucham historii o tym
palącym się aucie. – wyszczerzyłam się do niego, a on popchnął mnie w stronę
drzwi, kwitując nasze docinki jedynie kręceniem głowy. Jednak uśmiechu też nie
mógł się pozbyć.
Bar wyglądał dość typowo – utrzymany w brązowych
odcieniach, boksy pokryte skórą, a na wprost drzwi wyposażony bar z typowo
wyglądającym barmanem. Na wokół tego wszystkiego unosił się zapach drinków i
tłuszczu.
- No w końcu jesteście. – Meiji uniósł dłoń na
powitanie, odwracając się od lady.
Jun i Koichi wychylili się zza niego i pomachali
nam.
- Szczerze śpieszy mi się na tyle, że nie wymyślę
żadnej kreatywnej odpowiedzi. – rzuciła Miyoko, siadając na stołku obok Juna.
- Dawajcie co macie. – zawołałam bojowo, siadając na
blacie. Tsuneari stanął po drugiej stronie baru, a cała nasza grupka nachyliła
się nad szybko rozrysowanym planem.
- Nie chwaląc się, sam to rysowałem. – rzucił z dumą
Koichi.
- Widać. – prychnęliśmy prawie w tej samej
sekundzie, ale nim ogarnął nas wesoły nastrój Miyoko opamiętała siebie i nas.
- Macie jakikolwiek plan, albo informacje?
- Wiemy, że na sto procent jest nad rzeką, przy tym
nieszczęsnym parkingu. Zdążyliśmy ustalić, że zamknęli ją w tej budce, gdzie
pobierają opłaty za postój. – oznajmił Meiji rzeczowym tonem. – Największy
problem jednak stanowi to, że są na otwartym terenie, i jak na nasze standardy,
wręcz zbyt dobrze oświetlonym.
- A skąd macie pewność, że to akurat tam? –
wtrąciłam.
- Wiesz, młoda, może mój bar jest stary, ale
zainwestowałem ostatnio w monitoring. – prychnął barman, wycierając wprawnym
ruchem szklanki.
Spojrzałam na niego z ukosa, trochę niepewnie. Jun
wychwycił moje spojrzenie i uśmiechnął się uspokajająco.
- Nie cykaj, Ichigo. Yamada to swój chłop! –
wyszczerzył się do faceta. – Yamada, weź jeszcze zrób nam coś do picia, tak na
rozruszanie przed akcją!
- Twój wewnętrzny alkoholik znów się odzywa. –
mruknęła Miyoko, ale z wdzięcznością przyjęła drinka, który wcisnął jej Jun.
Ów Yamada wręczył mi do ręki mieszankę soków,
patrząc się na mnie i Tsuneariego przeciągle. Przez krótką sekundę dostrzegłam
w jego oczach przebłysk współczucia, ale dość szybko burknął na Tsu, który
wyżłopał sok duszkiem.
- Nie wiem jakie macie zwyczaje… „tam”, ale nie dam
wam alkoholu dopóki nie będzie wyglądać na pełnoletnich. – powiedział
gburowato, lecz Tsuneari tylko się do niego wyszczerzył.
Meiji odchrząknął.
- Wracając może do spraw ważniejszych niż poziom
trzeźwości… - wskazał jakiś punkt na mapie. – Jest minimum trójka, więc
powinniśmy sobie poradzić, choć teraz przygotują się na nasze przybycie. Miyako
jest gdzieś w środku. – powtórzył byśmy sobie to zakodowali. – Plan A jest
taki: przemykamy się niepostrzeżenie do tej klitki, Tsuneari, Koichi i Jun
odciągają obecną tam trójkę, Miyoko i Ichigo wbijają do środka, a ja sterczę
tam w asyście i kryję plecy. Jakieś pytania?
- Czy to nie jest zbyt ryzykowna akcja jak na
odbijanie zakładnika? – Tsuneari spojrzał z powątpiewaniem na krzywą mapkę.
- Właśnie, a jak Miyako się coś stanie? – Koichi
również dołączył się do obaw.
Spojrzałam po nich, nie rozumiejąc czemu nie
dostrzegają najważniejszego problemu.
- A co zrobimy gdy nas zauważą na początku?
- No i tu jest pies pogrzebany. – jęknął Meiji,
przeczesując dłonią czarne włosy. – Wtedy jedziemy na żywioł i robimy im
piekło.
Wbiliśmy w mężczyznę uporczywe spojrzenie, licząc, że
to co powiedział było tylko kiepskim żartem. Nie było.
- Czasami, słuchając twoich strategii, naprawdę
uważam, że działasz lepiej niż Mikuru, ale gdy trzeba planu B i C to leżysz i
kwiczysz. – rzuciła zjadliwie Miyoko.
- Tsa, dzięki. – Meiji przewrócił oczami.
- Ale Miyoko ma po części rację. – stwierdził
Tsuneari. – Mogą zdążyć ją zabić nim my dorwiemy ich.
Dyskusja coraz bardziej się rozwijała i pewnie
marnowalibyśmy cenne minuty na dalsze wymyślanie coraz to „mądrzejszych”
planów, gdyby nie to, że barman uniósł oczy ku górze i poszedł na zaplecze.
Wychyliłam się za nim, ciekawa co ma zamiar zrobić.
- Też wy macie problemy. – zawołał z innego pokoju.
– Przecież to stara ulica, wszystko jest połączone ze sobą szeregowo, jak jeden
budynek wysiądzie, to spierniczy się cała reszta.
- Yamada, masz u nas dług wdzięczności! – wykrzyknął
Meiji, doznając najszybciej z nas olśnienia. – Nie gapcie się tak, tylko
zbierajcie!
Barman pojawił się w drzwiach i machnął na nas
wyganiająco dłonią.
- W skrócie mówiąc, tumany, mam tutaj korki i jak je
wywalę to pogasną na jakieś 5 minut latarnie przy tym parkingu.
Nasza grupa uśmiechnęła się do siebie chytrze,
kładąc instynktownie dłonie na rękojeściach mieczy. Barman wzdrygnął się lekko,
ale nie winiłam go – kiedyś również brzydziłam się takimi ludźmi.
Wychodząc z baru, Jun obejrzał się z powątpiewaniem
na Yamadę.
- Yamada, ty coś od nas będziesz chciał, prawda? –
spytał krótko.
Barman, po chwili wewnętrznej walki, zakrył twarz
dłonią.
- Nie wierzę, że to mówię, ale… potrzebuję usługi od takich jak wy, a nie mam kasy, więc…
Jun zmrużył oczy i już chciał powiedzieć, że to
stosunkowo za mało, ale słysząc jeszcze ich rozmowę, kopnęłam go w łydkę. Gdy
blondyn zamilknął, spojrzałam poważnie na barmana.
- To coś drobnego?
- Tak, tak mi się wydaje… - odrzekł niepewnie.
- To to wezmę. – zgodziłam się. – Za darmo.
Mężczyzna rozszerzył oczy z niedowierzania, ale
zdążyłam już wypchnąć Juna ze sklepu i siebie z resztą też. Gdy drzwi prawie
się domknęły, zdążyłam usłyszeć jego ciche podziękowanie.
***
Yamada
wywiązał się idealnie ze swojego zadania. Zdążyliśmy zatrzymać się na ledwo
kilka sekund w ostatnim, zacienionym miejscu, gdy okoliczne światła zgasły
jednocześnie. Ulica pogrążyła się w ciemności, a w oddali rozległy się ciche
przekleństwa. Zamrugałam kilkakrotnie by przyzwyczaić oczy do ciemności.
- Dobra chłopaki. – szepnął Meiji, podświetlając
zegarek. Na szczęście zakrył swoim ciałem neonowe światło. – Yamada nie utrzyma
ciemności przez dłużej niż 6 minut. – Spojrzał na nich poważnie swoimi piwnymi
oczami. Teraz dostrzegłam w nich nutkę ukrytego geniuszu. – Nie dajcie się
zabić.
- Przyjęto. – odszepnęli zgodnie i wypadli zza
płotku. Po ułamku sekundy pochłonęła ich ciemność.
Nasza pozostała trójka obsunęła się, kryjąc zza
niewysoką barierką.
- Skąd będziesz wiedzieć, że wszystko idzie zgodnie
z planem? – szepnęła Miyoko, obracając sztylet w dłoni.
- Zaufaj mi. – odparł. – Dźwięki potrafią powiedzieć
wiele więcej niż dałoby się dostrzec oczami. Po prostu nasłuchujcie.
Wzięłam głęboki oddech, wiedząc, że przerywanie
ciszy bezsensowną gadaniną nie pomoże w niczym. Zamknęłam oczy, skupiając się
na dobiegających odgłosach.
Pukanie do drzwi. Skrzypnięcie. Wściekły okrzyk.
Pojedyncze szczęk metalu. Kolejne okrzyki. Pierwsze dźwięki walki, między które
wkradł się szczęk ostrzy. Zmarszczyłam brwi. Zaczynałam się gubić w gamie dźwięków.
Zaczęli biec, ale pojedyncze kroki zlały się w jedność.
- Dobra, ruszamy. – zarządził Meiji, spoglądając
kątem oka na zegarek. – Mamy jakieś 3 minuty nim przywrócą prąd. Trzeba je
wykorzystać.
Zaufałam mężczyźnie i wyrwałam się do przodu jako
pierwsza.
- Meiji – szepnęłam. – Skąd wiedziałeś, że
zadziałało?
- Często ćwiczyłem rozpoznawanie dźwięków. – odparł.
– Ale wszystkiego nauczył mnie Koichi. Pod względem wykorzystania zmysłów, ma
opanowane wszystko do perfekcji.
- Nie mamy na to czasu. – mruknęła Miyoko, kładąc
dłoń na klamce.
Wyciągnęłam bezszelestnie broń z kabury, stając
przed drzwiami do kantorka. Skinęłam głową bez zbędnym słów, a towarzyszka
nacisnęła klamkę, przepuszczając mnie do środka. Weszłyśmy do pomieszczenia
błyskawicznie, a Miyoko zamknęła za nami drzwi, by nie wzbudzać podejrzeń.
Zmrużyłam oczy – było tu jeszcze ciemniej niż na
zewnątrz, a niewielkie okna i tak były przysłonięte przez rolety. Z początku
bałam się nawet głośniej odetchnąć, czy nawet poruszyć. Mogłam sobie tylko
wyobrazić jak punkt poboru opłat może być zawalony gratami, jeśli spędza się tu
całe dnie. Miyoko również nie pisnęła nawet słowa, ufając instynktowi.
Miałam już robić pierwszy krok, ale wtedy do moich
nozdrzy doszedł ten metaliczny, nawet zbyt dobrze znany mi zapach. Krew. Serce
stanęło mi dosłownie na sekundę, chwilę później wytłumaczyłam sobie, że krew
nie jest od razu wyznacznikiem śmierci.
Ruszyłam do przodu ostrożnie, ale zastygłam na
chwilę. Nasłuchiwałam uważnie, mając przez chwilę wrażenie, że słyszę zbyt
dużo. Gdy odwracałam się do Miyoko ze swoimi przeczuciami, ona popchnęła mnie lekko,
czując, że lepiej odnajduję się w ciemności niż ona.
Udało mi się zachować bezszelestność, choć moje
palce zahaczyły o fotel obrotowy. Zapach krwi nasilił się przy prawdopodobnym
końcu pomieszczenia, a ja poczułam, że stoję na jakimś kocu. Uśmiechnęłam się
półgębkiem.
Kanapa. Bingo.
Kucnęłam i tknęłam delikatnie ramienia Miyako. Było
ciepłe, ale kobieta nawet nie drgnęła. Czyli jest nieprzytomna. Niedobrze.
Obróciłam się, gotowa odezwać się w końcu w tej
przerażającej ciemności. Zamknęłam usta, słysząc coś na kształt potykania się o
wszystko. Miyoko stęknęła głucho, a ja już miałam rzucić uwagę o jej
niezdarności, gdy ktoś zamknął drzwi. Od wewnątrz.
Ogarnął mnie strach.
Zerwałam się na równe nogi, trzymając miecz w pozie
bojowej, skierowany w stronę drzwi. Żarówka parę razy zaskwierczała, po czym
rozbłysła nikłym, ciepłym światłem, rozjaśniając zawalone pomieszczenie.
Syknęłam ze złością, wbijając mordercze spojrzenie w
Masahiro. Mężczyzna trzymał w żelaznym uścisku Miyoko, zasłaniając jej usta, a
drugą ręką trzymał nóż blisko jej boku.
- Masahiro. – wycedziłam, siląc się na spokój. –
Puszczaj ją.
Jedynie prychnął, a gdy Miyoko szarpnęła się, wbił
palce w jej twarz.
- Z tego co wiem miałeś pobiec za resztą. – rzuciłam
nonszalanckim tonem. – A powinieneś. Teraz my mamy przewagę liczebną. –
przybrałam pozycję gotową do ataku.
Za moimi plecami rozległ się śmiech.
- Jesteś tego taka pewna, Kanegawa?
Najwyraźniej nie zdołałam opanować przerażenia
zmieszanego z szokiem, bo Masahiro również się roześmiał. Obróciłam się
połowicznie do właścicielki głosu, by nie spuszczać drugiego przeciwnika z
oczu. Na moją twarz znowu wpełzła maska nienawiści.
- Katherine Zayan. – przywitałam się zjadliwie. –
Jesteś ostatnią osobą, której się tu spodziewałam.
Blondyna uśmiechnęła się szyderczo i zeskoczyła z
biurka. Jej ruchy były płynne, a obecność dopiero teraz zaczynała się ujawniać.
Mimowolnie poczułam do niej respekt, który mnie obrzydzał. Szefowa Fubuki
odgarnęła swoje jasne włosy z ramion z gracją, po czym wbiła we mnie chłodne,
jasnozielone oczy.
- Gdyby Fumiya trochę bardziej przyłożył się do
takich drobnostek jak kształtowanie instynktu, to wiedziałabyś od początku, że
sobie tu stoję. – rzuciła szyderczo. – Chociaż muszę powiedzieć, że jakieś
przeczucie miałaś, Kanegawa.
Zacisnęłam palce na rękojeści miecza.
- Spokojnie, żadne z nas nie zamierza walczyć. –
powiedziała spokojnie, po czym spojrzała kątem oka na Miyoko i Masahiro. – No cóż,
przynajmniej ja.
- Co ty tu robisz? – spytałam, siląc się na
minimalny respekt. Na razie Katherine miała nas w garści.
- Cóż, to moja organizacja i moi ludzie, więc nie
dziwne, że w zleceniach ode mnie też biorę udział. I nie, wcale cię nie
szukałam, Kanegawa. Jeszcze nie. – uśmiechnęła się szyderczo. – Ale skoro
przyszłaś wprost do mnie, ułatwia mi to sprawę.
Napięłam mięśnie, pewna, że mnie zaatakuje.
Spojrzałam na ułamek sekundy na Miyoko, modląc się, że uda jej się na czas
wyswobodzić.
Cholera, Meiji, trzeba było nam kryć przody, a nie
tyły.
- Zakładam, że pamiętasz nasze pierwsze spotkanie,
prawda? Przez moją nonszalancję prawie się wykrwawiłam. I mogę spokojnie
wskazać ciebie na jedną z osób, które naprawdę zalazły mi za skórę. I których istnienie
z wielką chęcią wymazałabym z tego świata, lecz… – po plecach przebiegł mi
dreszcz, ale Katherine obdarzyłam tylko morderczym spojrzeniem moich
granatowych oczu. – No właśnie. Po tych kilku miesiącach dostrzegłam w twoich
oczętach coś… rzadkiego. Specjalnego. Krwawego. – rozciągnęła usta w szerokim,
diabolicznym uśmiechu. – Postanowiłam dać ci szasnę wyboru swojej drogi jeszcze
raz. Zainteresowałaś mnie…
- Słyszałam już to.
Nie zdążyłam powstrzymać tej przesiąkniętej
sarkazmem odzywki, a blondyna spojrzała na mnie ze zdumieniem.
- Słyszę to już trzeci raz. Jesteś interesująca. – przedrzeźniłam Igarashiego i Ryujiego,
którzy powiedzieli mi to wcześniej. – Szczerze nie rozumiem waszej fascynacji
mną. Zaczyna mnie to nudzić.
Katherine wpatrywała się we mnie z niedowierzaniem.
Przez chwilę miałam wrażenie, że wybuchnie śmiechem tak jak niegdyś Ryuji, ale
ona zaczęła cmokać z niezadowoleniem, kręcąc głową. Podniosła na mnie wzrok po
chwili. Powstrzymałam się od cofnięcia się od krok.
- Kanegawa. Dawałam ci szasnę. – wycedziła. – A ty
ją zmarnowałaś.
- Mnie zastanawia czemu wszyscy marnują na mnie swój
„cenny czas”. Czy naprawdę wyglądam na taką chętną do zdrady? – podniosłam
lekko głos, mając nadzieję, że Meiji zainteresuje się tym. Niby nie minęło na
tyle czasu by można zacząć się martwić.
Masahiro nie zaczął bardziej przyduszać Miyoko, co
bardzo mnie uspokoiło. Najwyraźniej mój cięty język nie tylko mnie wprawiał w
osłupienie.
- Czemu tak bardzo chcesz zostać w Kaminari? –
Katherine odzyskała przez ten moment względny spokój, choć wbijała swoje
paznokcie w ramiona. – Myślisz sobie, że Fumiya jest mądrym szefem i szybko rozgryzie
kto jest zdrajcą? – prychnęła szyderczo, ale nic nie wtrąciłam, wsłuchując się
w słowa. – Wolne sobie. Jest taki mądry tylko dlatego, że moja… - zaczęła, ale
ugryzła się w język. – Nie, jeszcze tego nie powiem. Jestem ciekawa, kiedy w
końcu się zorientują. Aczkolwiek gdyby nie Mako, nawet nie dostrzegłby zagrożenia.
A na pewno nie w prawdziwej osobie zdrajcy.
Wpatrywałam się w nią uważnie, licząc że jeszcze
przez chwilę pociągnie wątek szpiegostwa, że pomyli się w swoich gierkach i po
analizie znajdziemy jakieś wskazówki. Lecz blondyna spojrzała na mnie z
wyższością.
- Naprawdę sądziłaś, że popełnię gafę językową i
kogoś wydam? Błagam cię, Kanegawa, nie jestem taka jak Ryuji. On…
Prawdopodobnie umknęła mi teraz bardzo ważna
informacja, ale ktoś mocno szarpnął klamką od zewnątrz. Kobieta urwała i
westchnęła głośno.
- Myślałam, że załatwią świeżaków trochę później. A
tak miło się rozmawiało. – wzruszyła ramionami, sięgając gdzieś za siebie.
- Wiesz, że mamy przewagę liczebną, prawda? Nawet
jak my zginiemy, to kantorek stanie się pułapką i chłopaki was wybiją? – mój głos
był nadzwyczaj spokojny, biorąc pod uwagę naszą sytuację. – I czy naprawdę
sądzisz, że dam się tak łatwo zabić, Zayan? – wycedziłam.
Blondyna jeszcze się zawahała.
- Możesz mi mówić po imieniu. Nienawidzę tego
nazwiska. – mruknęła. – Przez nie czułam się obco we własnej ojczyźnie. Moja
córka na tyle pałała do niego niechęcią, że stworzyła sobie z niego anagram,
który o dziwo brzmi naturalnie w waszym dziwnym języku.
Zmrużyłam brwi. Od początku wiedziałam, że Katherine
nie jest z Japonii, ale mimo, że była niedużo po czterdziestce, nie sądziłam, że
ma córkę.
- To dość długa historia, Kanegawa. Nie pytaj teraz.
– wyciągnęła zza siebie dość długą deskę, stojącą pośród rupieciarni. – Gdybyś była
mądra i się zgodziła, dowiedziałabyś się o tym więcej.
Rzuciłam kątem oka wzrok na szarpany coraz bardziej
zamek od drzwi, po czym przeniosłam spojrzenie na Katherine, która zataczała
kółka kawałkiem drewna. Doskonale wiedziałam, że nawet tak prymitywna rzecz
może być w odpowiednich dłoniach śmiercionośna.
Nim jednak zdążyłam rzucić jakąś zjadliwą uwagę na
temat jej „broni” stało się kilka rzeczy na raz. Tsuneari wyłamał drzwi z
zawiasów, a Miyoko korzystając z utraty równowagi Masahiro, wysunęła się
zwinnie z jego uścisku, sięgając po broń. Ja natomiast, niewiele myśląc,
rzuciłam się instynktownie w stronę nieprzytomnej Miyako.
Po czym na moją głowę spadła deska, a przed oczami
stanęły mi czarne plamy. Przynajmniej ominęło Miyako, przemknęło mi przez myśl,
gdy krew zalała mi twarz.
- Teraz żałuję, że wychodzę z organizacji z
przekonaniem, że wszystko może być moją bronią. W sumie wtedy też oberwałaś ode
mnie w łeb. – zaśmiała się. Niewidzącym wzrokiem, dostrzegłam, że Masahiro
przepchał się przez chłopaków, ale był już cały we krwi. – Teraz najwyraźniej
jesteś twardsza i muszę poprawić.
Ścisnęłam miecz, walcząc z nadchodzącymi mdłościami,
lecz nie musiałam nic robić. Tsuneari jak zwykle pojawił się przede mną,
rozłupując kawałek drewna na pół.
- A może ja muszę poprawić twoją zabliźnioną ranę,
Zayan? – warknął, wbijając nienawistne spojrzenie w ślad po tamtej sierpniowej
nocy.
Blondyna zakryła dłonią bliznę, wbijając w niego
zirytowane spojrzenie.
- Teraz już całkowicie mam deja-vu. – prychnęła, po
czym uniknęła płynnie błyskawicznego cięcia chłopaka i wyskoczyła przez okno,
roztrzaskując okno.
- Nie tak prędko, Zayan! – zakrzyknął Meiji, rzucając
się za nią w pościg.
W kantorku zapadła cisza, która uświadomiła mi jak
bardzo łupie mi w czaszce. Zakryłam zatoki dłonią, przysiadając na skraju
fotela. Miyoko wyminęła mnie i dopadła do nieprzytomnej siostry. Nic do niej
nie krzyczała, najwyraźniej szanując moją rozbitą głowę. Sprawdziła jej puls i
zaczęła ją prowizorycznie opatrywać.
- Ichigo, kontaktujesz? – wiedziałam, że Tsuneari
wyszeptał to ledwo dosłyszalnie, ale zabrzmiało jak najprzeraźliwszy wrzask.
- Jakoś. – usiłowałam zatamować palcami krwawienie,
gdy chłopak starł rękawem krew z mojej twarzy. – Ale przydałby mi się Ibum
Forte.
Tsu uśmiechnął się z ulgą, słysząc, że mam resztki
sił na żarty. Miyoko zmroziła mnie wzrokiem, odrywając się na sekundę od
siostry.
- Słyszę, że nadal masz ochotę na sarkastyczne
odzywki, co? – rzuciła z irytacją. – Myślałam, że poślesz nas obie do grobu!
- Zawsze do usług. – mruknęłam, a czarne plamy przed
oczami zwiększyły się
Zachwiałam się, ale Tsu wprawnie mnie przytrzymał.
Przestawałam powoli kontaktować. Ostatnie co do mnie dotarło to pytanie Miyoko:
- Nie powinieneś iść pomóc chłopakom?
***
Ocknęłam
się w starej hondzie, którą zwinęliśmy na samym początku. Poderwałam się
gwałtownie, ignorując ból głowy. Nogi miałam przerzucone przez Tsuneariego,
który wpatrywał się teraz we mnie z ulgą.
- Mówiłem, że ma wprawę w rozbijaniu sobie głowy. –
rzucił do ogółu. – Ale wiesz, Ichi, radziłbym ci się położyć. Nawet nie
radziłbym, tyle co kazał. – delikatnie chwycił mnie za ramię i położył na
prowizorycznych poduszkach zwitych z bluz.
- Dobre i tyle. Szansa na to, że Ryu nas zamorduje
jest o 10% mniejsza niż z dwoma nieprzytomnymi osobami. – mruknął sarkastycznie
Meiji. – Dobry, Ichigo, witamy wśród przytomnych.
Obok niego było puste miejsce. Ogarnął mnie
niepokój.
- Co się stało? – spytałam. – Gdzie reszta?
- Spokojnie, jadą w innym aucie. – powiedział spokojnie
Tsuneari. – Nie mogliśmy ciebie i Miyako zmieścić w jednym.
- Czy wszyscy…?
- Tak, wszyscy wracamy w względnej całości. A teraz
choć raz posłuchaj i odpocznij. Na bogów, masz rozbity łeb i się rzucasz.
- Z tą całością to poczekamy aż pogadamy z Sotomurą.
– westchnął Meiji. – Może być ciężko. Zwłaszcza, że to pieprzenie o szpiegu nie
wygląda zbyt ciekawie. Albo Katherine tylko pozoruje, że mamy zdrajcę.
- Właśnie, Zayan. – podniosłam się, mimo że Tsu
westchnął z rezygnacją. – Co z nią?
- Normalka. Rozpłynęła się ze swoim przydupasem w
ciemnościach. – prychnął Tsuneari. – Trzeba było za nią od razu lecieć.
- Nie przesadzaj… - zaczęłam, ale Meiji się wtrącił.
- Teoretycznie rzecz biorąc to tak. Z naszej grupy
jesteś najbardziej „wykwalifikowany” do takich rzeczy. Ale praktycznie zrobiłeś
najmądrzej – zostałeś by kryć plecy i pomóc przy rannych. Zwłaszcza, że naszym
celem było odbicie Miyako, a nie ściganie Katherine.
- Skąd ona w ogóle się tam wzięła? – mruknęłam pod
nosem.
- A właśnie, Ichigo. Wiem, że masz rozbity łeb i w
ogóle, ale nie powiedziała ci czegoś? – spytał z nadzieją.
Zastanowiłam się przez chwilę, śledząc przebieg
naszej rozmowy. Przychodziło mi to z trudem przez pulsujący ból. Ale w głowie
obijało mi się jedno zdanie.
Naprawdę
sądziłaś, że popełnię gafę językową i kogoś wydam? Błagam cię, Kanegawa, nie
jestem taka jak Ryuji.
Uśmiechnęłam się szyderczo.
- Prawdopodobnie jej wspólnikiem jest Ryuji Kuno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz