4 września 2016

Pospolita Przyjaźń ~ Rozdział 15 ~ Proch na wietrze

Rozdział 15

                                              Prochy na wietrze
Uśmiechałam się do siebie kpiąco pod nosem, gdy słońce wzeszło już wysoko, uświadamiając sobie głupkowato, że na dzień przed wylotem nie zmrużyłam oka. Podniosłam się w końcu ze stosów koców, śpiworów i poduszek, w którym zasnęłyśmy we czwórkę i oparłam głowę na dłoni, masując skronie. Po nieprzespanej nocy, podczas której byłam uwiązana własnymi myślami, nie dość że bolał mnie łeb to prawdopodobnie wyglądałam jak siedem nieszczęść. Cudownie.
Mimo wszystko przeciągnęłam, krzywiąc się, gdy zdrętwiałe kości strzyknęły, ale przetarłam oczy i postarałam bezszelestnie wstać. Mój ostatni dzień nie zakończy się na odsypianiu wszystkiego. Spojrzałam na jedno ze zdjęć z ramek, przedstawiające mnie i Sergia, zrobione na ostatnich wakacjach. Obstawiam, że będziecie chcieli mieć się tylko dla siebie. Przekrzywiłam głowę, nie wiedząc co o tym myśleć.
Nie wiedząc nawet co czuć.
Zrobiłam kilka drobnych kroczków, by ominąć wszystko i przypadkiem nie nadepnąć na przyjaciółki, i sięgnęłam po komórkę leżącą na biurku. Koniec końców przełknę dumę i zadzwonię do niego. Nie mam zamiaru się tak rozstawać.
Zmarszczyłam brwi. Dlaczego akurat słowo „rozstawać” pojawiło się w moich myślach, a nie na przykład „pożegnać”? Walcząc z pogmatwaniem w umyśle, dopiero za drugim razem usłyszałam szept Nicoli.
- Obstawiam, że w ogóle nie spałaś, co, ranny ptaszku? – jej cichy, lekko sarkastyczny szept rozległ się w ogólnej ciszy. – W ogóle, to dzień dobry.
- Cześć Nico. – uśmiechnęłam się do niej przepraszająco. – Wybacz, obudziłam cię? – spojrzałam przez ramię na zegarek, który ledwo co wskazał ósmą rano.
- To zegar biologiczny. – wzruszyła obojętnie ramionami, nadal leżąc. – Biegam codziennie rano. – dodała, po czym zrzuciła nogi Cristiny ze swojego brzucha, budząc przy tym dziewczynę.
Cristina spała jeszcze przez kilka nanosekund po czym ocknęła się gwałtownie, otwierając sklejone oczy tak szeroko jak mogła. W końcu zorientowała się, gdzie jest i kto ją otacza i uśmiechnęła się ciepło, trąc oczy i ziewając.
- Już wstajemy? – spytała retorycznie, przerywając na moment by ziewnąć. -  Dzień dobry wszystkim.
- Dobry, dobry. – przytaknęłam, przeciągając się jeszcze raz i opierając o biurko. Nicola również wstała, przygładzając swoje włosy dłonią i zerknęła przez okno, mrużąc oczy od światła wpadającego wprost przez okno.
- Jak złym trzeba być, by robić sypialnię z oknem skierowanym na wschód? - westchnęła tylko i spojrzała na Constanzę przez ramię. – Budzimy ją?
- Niech śpi. – mruknęłam. – Jak się obudzi zacznie marudzić, że jest głodna.
- Chyba zostało nam trochę chrupek, przeżyje. – stwierdziła Nicola.
- Myślałam o czymś bardziej treściwszym, wiesz? – uśmiechnęłam się, patrząc na przyjaciółkę z rozbawieniem. – Jak, no nie wiem, śniadanie? W końcu jesteśmy u mnie w domu, a nie na jakimś obozie przetrwania.
- Całe życie jest obozem przetrwania.
Cristina odrzuciła od siebie kocyk (który opadł na głowę wciąż śpiącej Constanzy) i usiadła po turecku, przyglądając się nam wciąż zaspanymi oczami.
- To może ja nam zrobię śniadanie? – zaproponowała, uśmiechając się do nas ciepło. – Obiecuję, że nie puszczę kuchni z dymem.
Nim zdążyłam jej odpowiedzieć zdążyła wyślizgnąć się z pokoju i pomknąć do kuchni. Wszystko to było całkowicie niepotrzebne, zwłaszcza, że i tak miałam jej przytaknąć. Przeciągnęłam się po raz ostatni.
- Spróbujemy tutaj ogarnąć póki mamy chwilę czasu? – rzuciła Nicola, spoglądając po moim pokoju ze zdegustowaniem.
- Ta dobra, mój pokój, później w nim ogarnę… - machnęłam ręką, ale dziewczyna wydawała się mnie nie słyszeć i i tak schyliła się po puste butelki.
Spojrzałam na nią przeciągle, uśmiechając się pod nosem. Na pierwszy rzut oka ona i Cristina były swoimi przeciwieństwami za równo z wyglądu – ona wysoka i koścista, za to Cristi niska i krępa – jak i z charakteru – Nico stonowana, spokojna i obojętna na połowę świata, a Cristina ciepła, towarzyska o anielskim pragnieniu pomagania innym. Jednak bardzo wiele je łączyło. Na przykład podejmowanie się czegoś, nim nawet zdążę odpowiedzieć na pytanie.
Zaczęłam składać koce.
- I myślałaś już co powinnaś z nim z zrobić? – spytała w pewnym momencie Nicola, nie podnosząc na mnie nawet wzroku.
- Nie wiem, raczej schowam go do piwnicy, albo na strych by się nie pałętał pod nogami.
Nicola zamarła w bezruchu, po czym spojrzała na mnie z konsternacją.
- Sergia?
- Co…? NIE. – sięgnęłam po śpiwór, który złożyłam przed chwilą i zamachałam jej nim przed oczami.
Nicola patrzyła się swoim obojętnym wzrokiem na przedmiot, po czym powiedziała tylko jedno słowo.
- Zapomnij.
Parsknęłam, kręcąc głową.
- Prawdopodobnie zadzwonię do niego i zmuszę, by spotkał się ze mną i pogadał. Nie chcę się z nim tak… żegnać. – powiedziałam spokojnym głosem.
- Jesteś pewna, że nie chcesz poczekać aż to jemu wszystko się poukłada?
- W tym tempie poukłada mu się wszystko za miesiąc, a mnie nie będzie od jutra w kraju przez pewnie parę lat. Nie mam zbytnio czasu na to, czy on trybi szybciej czy wolniej. – prychnęłam. – Zadzwonię do niego i tyle.
- Ja bym radziła uświadomić mu jak wielkim dupkiem się stał.
Obróciłyśmy się obie w stronę Constanzy, która obróciła tylko głowę w naszym kierunku. Na policzku odciśniętą miała poduszkę.
- Dobry, śpiąca królewno.
- Dobry, dobry. – przytaknęła, podnosząc się tak wysoko jak tylko mogła na wspartych ramionach. Podeszłyśmy do niej bez słowa i we dwie pomogłyśmy jej usiąść na wózku stojącym w rogu pokoju.
- Wiecie, chyba zostanę przy wersji, że zadzwonię do niego neutralnie. – stwierdziłam w końcu, gdy podłoga w pokoju stała się widoczna. – Nie mam natchnienia na kolejne tarcia, gdy nie będę się z nim widzieć tyle czasu.
- A ja mówię ci – facetowi trzeba pokazać jego miejsce! – burknęła Constanza, trzepiąc poduszkę.
- Odezwała się ta co z facetami ma najwięcej doświadczenia. – odparła spokojnie Nicola. – Po za tym jeszcze niedawno go broniłaś.
- Nadal jestem zdania, że każdy potrzebuje drugiej szansy. A nawet trzeciej. Co i tak nie zmienia faktu, że Sergio zachowuje się jak dupek. – ułożyła poduszki w stosik i pogłaskała się po brzuchu. – A wracając do spraw teraźniejszych. Umieram z głodu.
Razem z Nicolą wybuchłyśmy śmiechem, a Constanza zmarszczyła brwi, przekrzywiając głowę z włosami sterczącymi na wszystkie strony. W geście tym kryło się ciche pytanie, ale pokręciłyśmy głową i skierowałyśmy się we trójkę do kuchni. Cristina kończyła akurat przyozdabiać nasze naleśniki.
Siadłyśmy przy stole kuchennym i odpaliłyśmy radio, zaczynając zajadać. Moi rodzice zostawili mi karteczkę, że idą do pracy i przepraszają po raz setny, że muszą mnie zostawić samą nawet w ostatni dzień mojego pobytu tutaj. Westchnęłam, czując poczucie winy, że martwię moich kochanych rodzicieli bardziej niż powinnam. O ile można mówić przy czymś takim o powinności.
Cristina akurat zaczynała smażyć nam trzecią partię naleśników (nawet nie wiem, skąd wzięła na to składniki), gdy rozległo się pukanie do drzwi. Pewna, że to albo rodzice się urwali, albo przyszedł listonosz, pomknęłam w nieuczesanych włosach i w krótkich spodenkach oraz jakieś dużej, męskiej koszulce do drzwi. Nawet nie zaprzątałam sobie głowy sprawdzeniem, kto przyszedł, gdyż zaspany umysł domagał się większej porcji naleśników.
Stanęłam jak wryta, gdy otworzyłam drzwi.
- Posłuchaj mnie, Blanca, nim cokolwiek powiesz lub wykrzyczysz mi w twarz. Wiem, że zachowywałem się jak ostatni palant i idiota, myśląc tylko o sobie. Powinienem już dawno do ciebie oddzwonić, ale ocknąłem się dopiero teraz, dlatego chcę cię bardzo przeprosić a dzisiejszy dzień sprawię najle…. – Sergio mówił chaotycznie i na bezdechu, ale w pewnym momencie jego oczy przetworzyły informację o tym co widzą i urwał na chwilę. – A ja zastanawiałem się, gdzie podziała się ta koszulka.
Zamrugałam kilkakrotnie, patrząc się na chłopaka z niedowierzaniem.
- Co ty tu robisz tak wcześnie? – wydukałam.
Chłopak wyciągnął bukiet czerwonych róż i moje ulubione belgijskie czekoladki zza pleców.
- Przepraszam cię. – spuścił wzrok ze skruchą. – Za wszystko.
Nabrałam głęboko powietrza, czując że mętlik w moim sercu stał się tak pogmatwany, że wydawał się być całością na pierwszy rzut oka. W końcu odetchnęłam głęboko, uśmiechając się do chłopaka ciepło, ze względu na te wszystkie lata, które spędziliśmy razem i świadomość, że jutro już mnie obok niego nie będzie. Sergio wydawał się odżyć na ten delikatny gest.
- Przytulas na zgodę? – spytał niepewnie.
Zaśmiałam się cicho i zarzuciłam mu ręce na szyję, choć nie potwierdziłam, że całkowicie mu daruję to co odstawiał przez ostatni miesiąc.
- Ale plot-twist. – podsumowała Constanza, wyglądając zza framugi kuchennej. – A teraz tak na serio, kto go uświadomił co ma zrobić, co? Bo tym razem to naprawdę nie byłam ja.
W stronę jej głowy pomknął jeden z moich kapci. Uchyliła się zwinnie, wywołując salwę chichotu w głębi domu. Twarz chłopaka spowiła się czerwienią, gdy uświadomił sobie, że reszta dziewczyn również u mnie jest. Potarł się po karku, odwracając ode mnie wzrok.
- Słyszę, że… masz gości. – powiedział cicho. – Ale mimo to i tak chciałbym cię zaprosić na randkę życia około 11.
- Randkę życia? Wysoko stawiasz poprzeczkę. – zaśmiałam się. – Daj mi pół godziny i będę gotowa. – mrugnęłam do niego.
Chłopak uśmiechnął się rozbrajająco.
- No to podjadę po ciebie o 10. – powiedział, spoglądając na zegarek.
Uśmiechnęłam się do niego i po chwili wahania, pozwoliłam pocałować się w policzek, po czym zamknęłam za nim drzwi, czując że cały ten zamęt powoli przestaje mieścić się w mojej słabej duszy.
***
Przeklinałam w duszy fakt, że dziewczyny zostały aż do 10. Nie miałam prawa głosu w moim własnym domu i nim zdążyłam się nawet zająknąć, wybrały mi ubrania, a Nicola mnie uczesała. Spojrzałam na siebie w lustrze, po czym przeniosłam wzrok nad ramię, posyłając im znaczące spojrzenie.
- Już nie rób takiej miny! – prychnęła Constanza. – Wyglądasz jak człowiek, nie przesadziłam z ciuchami.
- U niej nawet nie ma z czym przesadzać. – mruknęła Nicola, obrzucając moje w połowie puste półki z ubraniami zdegustowanym spojrzeniem.
- No cicho bądźcie. – poprosiła Cristina ugodowo. – Blanca, naprawdę ładnie wyglądasz. Słowo harcerza. – zapewniła jeszcze pogodnie.
- Nie jesteś harcerzem. – odkaszlnęła Nicola.
- NICO. – przerwała jej Constanza.
Zaśmiałam się pod nosem, po czym pokręciłam głową i uśmiechnęłam się do swojego odbicia niepewnie. Drobnym gestem odsunęłam z twarzy niesforny kosmyk, który już zdążył się wypleść z długiego kłosa, po czym przygładziłam  czarną koszulę z falbanami na ramionach i bardzo wyciętymi plecami.
- Niech wam będzie. – przytaknęłam, odwracając się do przyjaciółek. – Serio dziękuję. – uśmiechnęłam się z wdzięcznością. Spojrzałam na zegarek i poczułam, że coraz mniej jestem gotowa, jakbym zamiast ku wyjściu zmierzała do ślepej uliczki. – Ale szpilek mojej mamy nie biorę, chcę lecieć w całości do Ameryki, a nie ze skręconą kostką.
- O nie, nie, nie, kochana. – zacmokała Constanza, podjeżdżając do mnie i wciskając mi parę butów. – Dobierałam ci ciuchy do butów i teraz mi tego nie zrujnujesz.
Zaśmiałam się, spoglądając na nią z ukosa.
- Ale ja mówiłam poważnie, Consta.
- Ja też.
Spojrzałam na nią z dezaprobatą, zakładając buty, po czym prychnęłam, gdy dostrzegłam jej zwycięski uśmiech. Cristina wyjrzała przez okno.
- Chyba Sergio podjechał autem. – rzuciła.
- Od kiedy ten ciołek ma auto? – zdziwiła się Nicola, również wychylając się przez okno. Przemilczałam tę kwestię i pożegnałam się z nimi szybko, idąc do drzwi niepewnym krokiem. Po chwili usłyszałam szur kółek.
- Odpręż się trochę, Blanca. – mruknęła cicho Constanza. Szlag. Od razu wyczaiła, że moja niepewność nie spowodowana tylko przez buty. – To tylko Sergio. Co może pójść źle?
- Wszystko. – syknęłam. – W najgorszym wypadku trafię do kryminału.
- Błagam cię, jesteście ze sobą prawie 3 lata. W naszym wieku to jak stare małżeństwo. – uśmiechnęła się do mnie uspokajająco.
Nic nie odpowiedziałam, przełykając ciężko ślinę.
- Wiesz… Sergio to naprawdę równy gość. Mimo wszystko. – powiedziała po chwili wahania, gdy prawie wyszłam na zewnątrz. – W końcu jest tylko człowiekiem. Ale nie o to mi chodzi. Po prostu… Zrób tak jak uważasz, a nie tak jak tego oczekują, w razie czego. Tak byś potem nic nie żałowała, dobrze?
Opuściłam głowę, wypuszczając ciężko powietrze.
- Dobrze. – przytaknęłam cicho, na co przyjaciółka obdarzyła mnie ciepłym uśmiechem.
Otworzyłam drzwi w momencie, w którym Sergio praktycznie zapukał. Jego pięść zawisła w powietrzu.
- Łoł. – cofnął się pół kroku, lekko zaskoczony, ale po chwili przywdział swój najbardziej rozbrajający uśmiech. – Gotowa?
- Prawdopodobnie bardziej nie będę. – uśmiechnęłam się blado na powitanie, po czym chwyciłam jego dłoń i pozwoliłam wyciągnąć się z domu.
***
Jechaliśmy autem jego ojca poza Manarolę, prawdopodobnie do jakiegoś bardziej cywilizowanego miasta. Między nami panowała cisza, ale z tego co widziałam chłopak brał ją za naturalną. Szkoda tylko, że ja mogłam kroić atmosferę nożem.
- W ogóle od kiedy masz prawo jazdy? – spytałam w pewnym momencie.
- Nie długo. Zdałem w międzyczasie, kiedy… - urwał na moment. – Kiedy przygotowywałaś się do wyjazdu.
Spojrzałam na niego z ukosa, ale chłopak patrzył na czujnie na drogę. Przewróciłam oczami. Najwyraźniej nie miał zamiaru poruszać problemu kierując. Miałam nadzieję, że później uda mi się z nim o tym wszystkim porozmawiać, choć również wolałabym przemilczeć tę kwestię, ale czułam, że jednak powinniśmy o tym porozmawiać. Jak dorośli ludzie. Niestety chłopak inaczej zaplanował ten dzień, a na moją drobną sugestię padła odpowiedź: Nie psuj tego pięknego dnia, Blanca.
Więc nie psułam. Zagryzłam zęby, tak jak zwykle, i powtórzyłam sobie setny raz podczas tych trzech lat, że nie ma sensu wszczynać kłótni. Bałam się ją zacząć, ponieważ głęboko w sercu wiedziałam, że po niej wszystko legnie w gruzach i będę musiała podjąć bardzo ważny wybór, na który nie byłam jeszcze gotowa.
Sergio zaplanował naprawdę uroczy dzień. Pojechaliśmy z samego rana do zoo, potem zjedliśmy obiad w eleganckiej restauracji, a następnie spacerowaliśmy po uliczkach La Spezia. Nim nawet się obejrzałam, dochodziła 17, a słońce powolutku wędrowało ku zachodowi. Mając przed oczami ten widok, poczułam jak mój żołądek boleśnie się zaciska. Teraz mój pobyt tutaj mogę zliczyć w godzinach. Raptem kilku godzinach.
Chłopak zdawał się nie zauważać napięcia towarzyszącemu każdej z wykonywanych przeze mnie czynności, jakby zapomniał moje ruchy przez ostatni miesiąc, gdy widzieliśmy się rzadziej. Natomiast ja widziałam wszystko zaczynając od tego jak co kilka minut poprawiał mankiety koszuli, pomrukując jakieś piosenki pod nosem, a kończąc na przyśpieszonym tonie mówienia. Wszystko wskazywało na to jest podekscytowany, jakby całkowicie zrozumiał moją decyzję i zaczął mnie w niej wspierać. Nie zachowywał się jakby miał mi wyrzucić w twarz jak się z tym paskudnie czuje, jakby sądził, że dla mnie to łatwe.
Jednak mimo tego, nadal miałam wrażenie, że tylko upajam się tym złudzeniem.
Chłopak szedł obok mnie, trzymając dłoń na mojej talii i opowiadając o czymś mało istotnym. O czymś co nie powinno mieć teraz dla nas znaczenia, zważywszy jak daleko udaję się jutro. Wyglądaliśmy jakbyśmy wyszli na normalną randkę, a nie jakbyśmy rozstawali się na długo. Jednak Sergio nadal wydawał się promieniować szczęściem.
 A to, że ktoś postępuje dobrze, nie znaczy, że jest tym dobrym.
Miałam ochotę strzelić sobie w twarz, gdy mój umysł posunął mi słowa Riccardo, które powiedział wcześniejszej nocy. Zwolniłam lekko kroku, patrząc się w dal. Miałam siebie dość. Miałam dość tego, że nie wiedziałam czego chcę.
- Dobrze się czujesz, Blanca? – spytał chłopak. – Ucichłaś gwałtownie.
- Nie, nie, wszystko gra. – przytaknęłam niemrawo, ale jemu to wystarczyło. Zaczął nucić coś pod nosem, wlepiając spojrzenie w park rozciągający się przed nami.
Boże, kobieto, nie zachowuj się jak typowa baba i powiedz o co ci chodzi. To facet, jemu trzeba jasno mówić jak stoją sprawy. Mogłabym przysiąc, że mój głos rozsądku zabrzmiał jak Constanza, ale mimo to miał rację. Szkoda tylko, że traciłam siły na to wszystko z sekundy na sekundę.
- No to jak przedstawia się reszta naszego planu, co? – spytałam tylko.
- No cóż… - zastanowił się chłopak. – Już niezbyt kreatywnie. Planowałem wziąć cię na przechadzkę po parku, a potem… - zniżył tutaj głos, okręcając mnie i przyciągając jeszcze bliżej do siebie. – Zarezerwowałem nam pokój w hotelu. Tylko nam. – wyszeptał mi do ucha zachrypniętym głosem, po czym pocałował mnie w szyję.
Znienawidziłam siebie w chwili, gdy przewróciłam oczami na ten gest.
Sergio odsunął się ode mnie powoli, łaskocząc jeszcze nosem łuk mojej szyi, by spojrzeć na mnie z zapytaniem, wyraźnie zdziwiony moją reakcją. Czy raczej jej brakiem. Unikałam jego spojrzenia, jednak nadal nie odsunęłam się od niego.
- Coś się stało? – spytał dość szorstko. Zmrużyłam oczy i obrzuciłam go poddenerwowanym spojrzeniem. – No i czemu się tak na mnie patrzysz?
- Nie po prostu… - znów zaczęłam ugodowo, ale coś we mnie pękło. – Nie chcę iść do hotelu. – ledwo powstrzymałam wybuch złości, gdy zmarszczył czoło. – Sergio, proszę cię. To ostatni dzień, w który się widzimy.
- I to takie dziwne, że chcę mieć cię całą tylko dla siebie? – spytał, próbując ponownie ze swoim niskim, zachrypniętym głosem.
- Wiesz doskonale co o tym sądzę, Sergio. – westchnęłam. – Nie chcę być jedną z tych par, które tylko by się pieprzyły. Wolałabym z tobą porozmawiać. Tylko tyle.
- Przecież cały czas rozmawiamy. – powiedział cicho chłopak. – A ty prawie nigdy nie pozwalasz mi się dotykać. – dodał jeszcze z wyrzutem.
Ledwo powstrzymałam się od przewrócenia oczami. Oboje wiedzieliśmy, że w tym momencie przesadza. Jednak nim zdążyłam poukładać myśli znajdujące się w rozsypce od wielu miesięcy, zszargane dodatkowo moim dzisiejszym instynktownym zachowaniem i powiedzieć składne zdanie, Sergio znów pochwycił moją dłoń i poprowadził mnie gdzieś.
Zamilkłam, idąc w miejsce, do którego zmierzał.
W pewnym momencie zatrzymał się gwałtownie, w miejscu zupełnie niepozornym i nijakim, którego nie rozpoznałam w pierwszej chwili. W drugiej też nie. Dopiero po kilku sekundach dalszego milczenia, gdy Sergio puścił moją dłoń i odszedł ode mnie kilka kroków, drobne, subtelne wspomnienia zagościły przed moimi oczami.
- Czy to nie jest przypadkiem…? – zaczęłam niepewnie, ale chłopak widząc zrozumienie jawiące się na mojej twarzy, uśmiechnął się szelmowsko i potwierdził moje przypuszczenia.
- Tak. To tutaj zapytałem się czy nie zechcesz ze mną chodzić, a ty się zgodziłaś. – spojrzał po niepozornej uliczce, w samym sercu parku miejskiego. Miałam wrażenie, że usłyszałam zdenerwowanie w jego głosie. 
- Jestem pod wrażeniem, Sergio. Zapamiętać tak drobny szczegół… Ja bym się głowiła godzinami, w którym miejscu to było. – przyznałam, rozglądając się również. Park o tej godzinie był pusty, nie licząc ćwierkających ptaszków, kaczek pływających w stawie i pociesznej wiewiórki szukającej orzechów. Wysokie klony górowały nad moją głową, tworząc na ziemi witraże ze swych liści i światła.
- W sumie to od tamtego czasu uważam je za moje szczęśliwe miejsce. – przyznał nostalgicznie. – W tamtej chwili nie sądziłem, że się zgodzisz. A jednak. – uśmiechnął się do mnie, na co ja odpowiedziałam tym samym, nie wiedząc do czego zmierza. Spojrzał prosto w moje oczy, poważniejąc. – Blanca, proszę cię teraz tylko o jedną rzecz. Wysłuchaj mnie do końca, dobrze?
Zaniepokojona lekko jego postawą, nie wiedząc czego mogę oczekiwać, skinęłam powoli głową, patrząc się na niego uważnie.
- Wiem, że nie jestem ideałem. Zdaję sobie z tego sprawę aż za dobrze, szczególnie po czasie, w którym doprowadzałem cię do łez. Masz prawo nazywać mnie idiotą, dupkiem, jak tylko chcesz, ale naprawdę… cię kocham. – powiedział, a jego głos zadrżał od emocji. – Może trudno określić to dobrym, romantycznym wstępem, a wszystko wygląda na strasznie kiczowate, szczególnie z wybraniem tego miejsca, ale… - znów urwał, patrząc się na mnie nie pewnie.
Nadal milczałam, tak jak mnie poprosił, czując, że jeszcze nie skończył, dodatkowo, przez głowę przepływały mi tysiące czarnych myśli i scenariuszy. Dostrzegłam jak Sergio zbiera się w garść, spogląda prosto w moje oczy, po czym przyklęknął przede mną.
Czerń rozlała mi się przed moimi oczami.
To się nie dzieje naprawdę. Nie teraz. Nie teraz.
- Blanco Coletti… - jego głos nawet nie zadrżał od zdenerwowania. Doskonale wiedział co robi. Był pewny. W jego dłoniach pojawiła się drobna, otwarta szkatułka z pierścionkiem.
Wpatrywałam się w niego w śmiertelnym szoku, czując jak wszystko się we mnie zatrzymuje, zarówno serce, jak i oddychanie. Czas stanął w miejscu, ulegając mojemu osłupieniu.
Z ust Sergia padło to najważniejsze pytanie jakie może usłyszeć kobieta od tego jednego, jedynego mężczyzny.
- Czy uczynisz mi ten zaszczyt i wyjdziesz za mnie?
To się nie dzieje naprawdę.
Rozmawiając z Constanzą, stwierdziłam, że w najgorszym wypadku trafię do kryminału. Najwyraźniej istniały jeszcze drastyczniejsze zdarzenia.
Zamrugałam gwałtownie, chcąc się uszczypnąć. Patrzyłam się szeroko otwartymi oczami na mężczyznę klęczącego przede mną, spoglądającego na mnie czarnymi, błyszczącymi oczami i oczekującego na odpowiedź, która miała zadecydować o wszystkim. Pierścionek pobłyskiwał w ostatnich promieniach słońca.
- Sergio… Ja… - wydukałam, przypominając sobie o oddychaniu. Nawet przez myśl nie przemknęły mi oświadczyny. Nie po naszych obecnie ochłodzonych stosunkach, nie przed samym wyjazdem. – Ja nie wiem co…
- W planie było, że masz się zgodzić… - Sergio przełknął ciężko ślinę.
Spojrzałam na niego, tak jak nigdy wcześniej, pragnąc by dostrzegł wszystko to, czego nie umiem ubrać w słowa, w moich oczach. Pragnęłam najmocniej na świecie, by dostrzegł jak bardzo mi na nas zależy, nawet jeśli nie jest to płomienne uczucie licealistki, nawet jeśli jest to przyzwyczajenie, ponieważ nie chcę od tego odchodzić. Chciałam by dostrzegł jak bardzo się o niego martwię, w każdym drobnym aspekcie codzienności. By ujrzał nadal małą, przerażoną dziewczynkę, która porywa się na cały świat zupełnie sama.
Prawda była taka, że nie wiem co powiedzieć.
Czasem nie wiedziałam, czy Sergio zdawał sobie sprawę, że wcale nie ułatwia mi podejmowania decyzji. Że nie byłam jeszcze gotowa na tak gwałtowne zmiany, zwłaszcza, że za kilka godzin miałam ruszyć na drugi koniec świata.
Że nie chciałam jeszcze się wiązać.
- Sergio, ja nie wiem… - powiedziałam drżącym głosem, a chłopak musiał wysilić się, by mnie usłyszeć. Chciałam się rozpłakać i mieć wszystko gdzieś. – Nawet nie wiem, co powiedzieć… - wplotłam dłoń we włosy, jak zwykle, gdy sytuacja mnie przytłaczała. – To… Ja… - gubiłam się w własnym sercu. Zrób tak jak uważasz, a nie tak jak tego oczekują. Nie chciałam podjąć takiej decyzji pochopnie, nawet jeśli byłam z nim tak długo.
Nie chciałam go zranić.
Ale nie chciałam też później cierpieć.
Ukryłam twarz w dłoniach.
- Ja nie wiem co powiedzieć. – wyszeptałam cicho, targana emocjami.
Chłopak podniósł się, nie odrywając ode mnie wzroku i spojrzał prosto w moje oczy. Górował nade mną wzrostem. Kątem oka zobaczyłam, że nie zamknął szkatułki z pierścionkiem. Wolną dłonią dotknął czule mojego policzka.
- Możesz po prostu się zgodzić. – odparł cicho, spuszczając wzrok.
Zabolało mnie serce, gdy dotarło do mnie, że zabrzmiało to sztucznie, nawet jeśli były to najbardziej emocjonalne słowa jakie dzisiaj wypowiedział.
- Sergio… - westchnęłam, drżąco oddychając, jakby do moich płuc wdarły się odłamki szkła. – Nie uważasz, że to za szybko? – spojrzałam na niego z nieokreślonym smutkiem w oczach. Chłopak przyglądał mi się uważnie. – Że jesteśmy za młodzi na ślub? – moje słowa były ciche, drżące i przepełnione goryczą. Chłopak starł kciukiem samotną łzę spływającą po moim policzku. – Sergio, ja wylatuję bardzo daleko. Może nie być mnie nawet kilka lat. Jesteś pewien, że…
Urwałam, gdy chłopak uśmiechnął się do mnie ciepło. Nie był to kpiący uśmieszek, tylko jeden z tych, którymi pokrzepia się serca, które mówią „wszystko w porządku” czy „mam rozwiązanie”. Do ostatnich sekund wierzyłam, że Sergio ma dla nas rozwiązanie. Dopóki nie otworzył ust.
- Więc nie wylatuj.
Nie powiedział tego jako rozkaz. Nie zabrzmiało to jak prośba, nie pobrzmiewał tu gniew, smutek czy miłość. Usłyszałam w tym stwierdzenie, jakby był pewien, że tak postąpię.
Wraz z tymi trzema prostymi słowami dotarła do mnie prawda. Świadomość odebrała mi wzrok, roztaczając ciemność wokół mnie, a ból, które przyniosły emocje wydarł mi resztki powietrza z płuc. Poczułam się pusta, gdy prawda przemknęła przez mój umysł i żadna z barier, które w nim stworzyłam, nie była zdolna do jej powstrzymania. Stworzone z moich własnych słabości, były tak samo słabe jak ja.
Nawet teraz, po tym wszystkim…
- Chcesz mnie tu zatrzymać. – wypowiedziałam te słowa z całym bólem, który skłębił się we mnie z tą myślą. Sergio odsunął się ode mnie gwałtownie, patrząc na mnie z brakiem zrozumienia.
Poczułam jak zalewa mnie fala smutku, bo dostrzegłam w nim, że to prawda.
- Nawet po tym wszystkim chcesz mnie tu zatrzymać. Czy ty zdajesz sobie sprawę ile lat o tym marzyłam? Jak wiele osób poza mną musiało nad tym pracować? – patrzyłam się na niego, czując, że nie wytrzymam tego bólu, spowodowanego przez najczystszy smutek. – Czy ty wiesz, że usiłujesz mnie zatrzymać, gdy stoję na samym starcie? – spojrzałam na niego z cieniem gniewu w oczach. Prawda bolała. Zawsze boli. Pokręciłam lekko głową, nie spuszczając z niego wzroku. – To nie były oświadczyny, Sergio, tylko marny szantaż.
Mężczyzna zamknął z głuchym kliknięciem szkatułkę.
- Czy to takie dziwne, że chcę mieć cię przy sobie? – spytał chłodno.
Zmrużyłam oczy groźnie.
- Nie jestem rzeczą, Sergio. Jestem takim samym człowiekiem jak ty i moje życie, moje wybory, są tylko i wyłącznie moje. – skrzyżowałam ramiona, biorąc głęboki oddech. Nie mogłam pozwolić, by górę wzięły we mnie smutek i złość. Liczyłam na tą rozmowę od długich tygodni, jednak nie w takiej sytuacji. – Jeśli sądziłeś, że zostanę tutaj specjalnie dla ciebie, to się myliłeś.
Chłopak syknął jakieś przekleństwo pod nosem.
- Zachowujesz się jak pieprzona egoistka. Sądziłem, że naprawdę jesteś tą jedyną. Że to naprawdę jest miłość. – spojrzał na mnie wręcz nienawistnie. Poczułam ukłucie, gdy zdałam sobie, że powiedział o nas w czasie przeszłym. – Sądziłem, że skoro mnie kochasz, to zostaniesz przy mnie.
- Gdybyś chociaż spróbował to zrozumieć, zdałbyś sobie sprawę, że nie wylatuję na zawsze. – zacisnęłam dłonie na przedramionach, a do mojego głosu zakradła się złość. – A gdybym została z tobą, zatrzymałbyś mnie tutaj na zawsze.
Sergio zwinął dłonie w pięści.
- Więc wolisz wybrać jakiś chorą, niemożliwą do osiągnięcia zachciankę zamiast mnie? – prychnął.
- Nie nazywaj moich marzeń jakąś zachcianką! – podniosłam głos, czując jak ciśnienie gwałtownie rośnie do góry.
- A jak mam inaczej to nazwać, co!? – Sergio postąpił krok do przodu. – Nie robisz nic innego oprócz gadania i uczenia się. Tym nic nie osiągnęłaś i nie osiągniesz! Będziesz tam tylko durną Włoszką, która nie umiała spojrzeć na życie rzeczywiście! – jego głos niósł się po opustoszałym parku. – Nie dasz rady, do kurwy nędzy, jesteś tylko kobietą, Blanca!
- Szybko się, kurwa, zorientowałeś! – postąpiłam krok do przodu, puszczając wodze mojego gniewu, ponieważ nawet zdrowy rozsądek chciał to zrobić. – Jesteś niemożliwy, Sergio! W związku chodzi o to, by się wspierać, a ty nie robisz nic innego od pociągnięcia mnie na samo dno!
 - Normalne życie nazywasz dnem!?
- Jakie normalne życie? – zatoczyłam krąg dłonią. – Zostaniesz sobie biznesmenen, przejmiesz firmę ojca i będziesz miał jakieś interesy w większych miastach. A ja co? Zostanę w Manaroli jak w jakiejś klatce? Za kogo ty mnie masz, co!? Za kurę domową i maszynę do robienia i wychowywania dzieci!? – wydarłam się na niego, wpatrując się wściekle w jego oczy.
- Taka jest rola kobiety. Ma wspierać swojego mężczyznę. – wycedził powoli, a ja ledwo powstrzymałam się od trzaśnięcia go w twarz. Odsunęłam się od niego.
- Jesteś pierdolonym szowinistą. – warknęłam. – Stać mnie na więcej niż być pierwszą lepszą żonką. Moje ambicje sięgają dalej niż to, co zrobię następnego dnia na obiad! 
- Nic nie znaczysz w tym świecie, sama to powtarzasz! Że jesteśmy tylko ziarenkiem piasku we Wszechświecie, prawda? Więc przestań…
- Nie przestanę, cholera jasna! – zwinęłam dłonie w pięści. – A wiesz dlaczego? Bo nawet jeśli jestem ziarenkiem piasku, to jestem wolna!
Wzięłam głęboki oddech, usiłując poczuć powietrze w płucach. Chłopak spoglądał na mnie z niczym innym jak czystą nienawiścią w oczach. Wyprostowałam się powoli. Jeśli miałby na mnie spoglądać w ten sposób przez resztę życia przy każdej kłótni, to nie jesteśmy skończeni. Nie bylibyśmy w stanie nawet zacząć.
Czekałam na jego odpowiedź, nie podsycając już ognia mojego gniewu.
- Jesteś moim najgorszym wyborem.
Jego chłodne, nienawistne słowa zniszczyły moje serce, obracając je proch.
Obróciłam się od niego, trzymając dumnie głowę wysoko, będąc wyprostowana, wierząc w swoją wartość.
- Jeśli chciałeś znaleźć sobie łatwą dziwkę, to faktycznie jestem złą decyzją. – moje słowa zabrzmiały już spokojnie, bez krzty gniewu czy zjadliwości.
Zrobiłam krok przed siebie. Potem kolejny i kolejny.
I kolejny.
Z każdą sekundą prochy mojego ważnego fundamentu były rozwiewane przez wiatr. Z każdą sekundą, z którą oddalałam się coraz bardziej, wszystko przestawało mieć prawo istnienia. Z każdą sekundą z którą on mnie nie zatrzymał, a ja nie chciałam być zatrzymana.


1 komentarz:

  1. Hej, jestem Twoją nową czytelniczką :) Przeczytałam Prolog Morderczyni i Splamiona Krwią i muszę Ci powiedzieć, że masz wielki talent do pisania. Strasznie płakałam jak Taki zginął. Szkoda, że nie zabili jego rodziców. Zżyłam się z wszystkimi bohaterami xd Wrócisz jeszcze do tego opowiadania? Bardzo bym chciała, bo jest zajebiste. Życzę weny ;)

    OdpowiedzUsuń