Cześć.
Rzadko kiedy odzywam się tutaj jako autorka, używając tego bardziej jako wersji moich opowiadań "online". To opowiadanie jest krótkie, zawiera raptem 8 stron i zostało napisane głównie przez mój nastrój w tym dniu. Jeśli ktokolwiek to czyta, możecie puścić sobie OST, którego słuchałam pisząc to.
Muzyka
Jest to ścieżka dźwiękowa z jednego z najpiękniejszych i najbardziej wzruszających rzeczy jakie widziałam. Naprawdę polecam obejrzeć, nawet jeśli nie jesteście zwolennikami anime.
Ostatni list
Mężczyzna w końcu wrócił do swojego mieszkania, po
najtrudniejszym dniu w całym jego życiu. Od samego początku nie chciał nawet z
niego wychodzić, w miarę upływu czasu wracać.
Mimo zmęczenia i pustki niszczącej go od środka,
zatrzymał się tuż za drzwiami wejściowymi, rozglądając się. Dom był pusty,
nawet jeśli on był w środku. Stał tak dłuższą chwilę, chcąc nigdy więcej nie
musieć się ruszać. Jednak czas dalej upływał, świat dalej się kręcił, a jego
życie miało trwać dalej.
Teraz już tylko jego życie.
Mężczyzna ściągnął osowiale buty i odwiesił
spokojnie marynarkę na wieszak, po czym pozwalając by jego ciało poruszało się
rutynowo, ruszył do salonu by przebrać się z garnituru w dres, a następnie
skierował swoje kroki do kuchni.
Zatrzymał się w progu, gdy dotarło do niego, że nie
ma tam nikogo, kto czekałby na niego z ciepłą kolacją. Choć jego żołądek
skurczył się boleśnie, zrezygnował tego wieczoru z jedzenia, sunąc się jak cień
do sypialni. Mimo wewnętrznych zakazów spojrzał z ostatnią nadzieją na łóżko,
ale w nim również nie było nikogo.
Nim usiadł do biurka, zabierając się na resztki
swojej pracy, obrócił wszystkie ramki ze zdjęciami. Włączył laptopa,
powtarzając sobie, że musi wykonać swoją pracę. Ekran zaraz po uruchomieniu
wskazał włączony, niedokończony dokument, więc zabrał się do pracy. Zaprzestał
bezsensownego klikania w litery, gdy zorientował się, że przytrzymywał jeden
klawisz, pisząc nieskończony ciąg tego samego znaku. Potarł swoje zmęczone
oczy, wykasował to i wyłączył plik.
Z tapety uśmiechała się ona. Zatopił w niej swoje
puste oczy i zastygł w bezruchu, pogrążony w obezwładniającym bólu, otoczony
tylko ciemnością, rozświetlaną przez ekran komputera. Jego głowa przechyliła
się w stronę prawego ramienia, a usta rozwarły lekko, jakby zasnął. Nie
spuszczał wzroku z otchłani, rozciągającej się przed nim. Zgarbił się, czując
jak opuszczają go wszystkie siły, chociaż przez wiele lat ten uśmiech tylko mu
ich dodawał.
Siedział tak, nie dając znaku życia, dopóki maszyna
nie wygasiła całkowicie ekranu, a jego zalała najczystsza ciemność.
Nie byli małżeństwem. On był niewierzący, a ona nie
chciała wiązać go czymś takim jak obrączka. Wolała by przy sobie trzymały ich
uczucia, a nie przedmioty. Bo one są kruche i łatwe do zniszczenia. Nie mieli
dzieci, choć ona tak bardzo chciała, ponieważ on nigdy nie czuł się gotowy na
rodzicielstwo.
Mijali się na ulicy od dziecka, chociaż on nigdy nie
zwrócił na nią uwagi. Rozmawiali ze sobą dopiero w liceum, gdy trafili do tej
samej klasy. Na pierwszą randkę zaprosił ją na trzecim roku studiów, nie
wiedząc nawet, że to ona i kierując się jedynie wyglądem. Ona, spytana,
rozszerzyła szeroko oczy, nie będąc pewną czy aby nie żartuje, po czym
roześmiała się, uświadamiając mu kim jest i zgodziła się.
Od tamtej chwili ugrzązł całkowicie w tej ślepej
miłości do niej. Od zadania tamtego pytania upłynęło 10 lat.
W między czasie uzbierali na mieszkanie i zaczęli
wspólne życie pod koniec studiów. Wraz z upływem czasu wystrój wnętrza zmieniał
się, w zależności od tego na ile swobody jej dał. A chciał dać jej całkowitą
wolność, jednak z pieniędzmi musiał kierować się zdrowym rozsądkiem. Bolało go,
gdy brała do rąk pasującą do kuchni firankę, która w końcu zapełniłaby puste
okno, a on musiał odwrócić wzrok i pokręcić głową. Bolało go, gdy uśmiechała
się ze zrozumieniem i odkładała ją na miejsce, mówiąc, że kupią ją za miesiąc.
Bolało go, że nie mógł dać jej wszystkiego co oferował ten świat.
Jednak ona nigdy nie narzekała, że ich wakacje to
raptem kilka dni w lecie, w których jeżdżą po ojczyźnie, nie narzekała, gdy
przyjaciele opowiadali o egzotycznych podróżach, uśmiechała się, gdy zwracali
jej uwagę, na tanie ubrania i nic nie mówiła, gdy umieli rozmijać się
praktycznie przez cały tydzień, zajęci
studiami i pracą. Mężczyzna ciężko padał do łóżka, zmęczony całym dniem i tą
pracą, a ona, nie chcąc go męczyć przytulała się do niego bez słowa i tak
zasypiali. A on, patrząc się na jej śpiącą twarz rano, powtarzał sobie, że nie
ważne jak bardzo nie cierpi tej pracy, nie rzuci jej, bo pozwala zapewnić im
choć namiastkę szczęścia i luksusu.
Zaśmiał się bez cienia wesołości, na swoje
przemyślenia.
Dopiero teraz zrozumiał, że to nie ta przeklęta
praca, z której dostawał te hipnotyzujące zielone papierki , dawała szczęście.
Dotarło do niego, że szczęście to nie pieniądze, tylko możliwość bycia zdrowym
i życia dalej. Że luksus to posiadanie kogoś takiego jak ona. A teraz został
tylko ze znienawidzoną pracą, która mimo wszystkiego nadal będzie dawać mu
pieniądze.
A za nie nigdy nie wykupi kilku kolejnych słów,
które mógłby do niej powiedzieć. Nie cofnie czasu, do wielu momentów. Dopiero
teraz widział przejrzyście ile drobnych rzeczy mógłby zmienić. Mógłby pojechać
z nią do schroniska i wrócić z psem, dając mu nowy dom. Mógłby zgodzić się na
badania i oddawać krew, tak jak ona. Mógłby przestać brać dodatkowe zmiany, by
zarobić więcej i zamiast tego, wrócić szybciej do domu i wyciągnąć ją do kina.
Mógłby zaryzykować wszystko i zabrać ją na koniec świata, zamiast kupować
lepszy samochód. Mógłby się zgodzić na dzieci. Mógłby zgodzić się na tę głupią
firankę do kuchni.
Mógłby mówić jej częściej ile dla niego znaczy i jak
bardzo ją kocha.
Mógłby.
Nadal trwał w bezruchu, choć przez jego ciało
przechodziły niepowstrzymane fale bólu.
‘’Muszę iść dzisiaj szybciej do pracy.” Powiedziała
wczesnym rankiem. Mężczyzna leżał jeszcze w łóżku, mając jeszcze 3 godziny do
wyjścia. Przewrócił się na drugi bok, nawet na nią nie spoglądając. ‘’Biorę
samochód, bo się spóźnię.”
‘’Mhm.” Mruknął tylko, po czym usłyszał dźwięk
zamykanych drzwi i zasnął ponownie, pragnąc by nie musieć wychodzić dzisiaj z
łóżka.
Był taki wściekły, gdy wybudził go dźwięk telefonu i
stał się jeszcze bardziej zły, gdy zobaczył, że to ona dzwoniła, choć tak
dobrze wiedziała, że jest zmęczony do szpiku kości i jeszcze śpi. Już miał na
nią warknąć, gdy…
Gdy to nie ona odezwała się po drugiej stronie
telefonu. Jego gniew przeobrażał się w strach z każdą sekundą, a po skończonej
rozmowie zerwał się z łóżka, ubrał i wypadł z domu. W głowie dźwięczało mu
tylko kilka słów z rozmowy.
Wypadek
samochodowy.
Ciężarówka
uderzyła w osobowy.
Pańska żona
nie żyje.
To było niesprawiedliwe. Gdyby wiedział, że to jest
jej ostatnia godzina, wyszedłby z łóżka, wycałował ją i wytulił, wyszeptał jak
bardzo ją kocha. Pożegnałby się z nią czule, uśmiechając się i zamykając za nią
drzwi. Gdyby wiedział, to on pokierowałby tym autem, licząc, że uda mu się ją
ocalić. Licząc, że może oboje odejdą razem.
Gdyby wiedział, że tak szybko mu ją zabiorą,
spędziłby z nią każdą sekundę tych dziesięciu lat, jakby miałaby być ich
ostatnią.
Musiał chwycić się za serce, zdając sobie sprawę, że
miał na nią warknąć, gdyby faktycznie to ona do niego zadzwoniła.
Nim udało mu się dotrzeć do szpitala, nic nie było w
stanie jej uratować. Żadne leki, żaden respirator. Odeszła od niego. Na zawsze.
Odeszła, a on nie mógł sobie wybaczyć, że nie zdążył. Że nie szeptał do niej w
ostatnich chwilach, trzymając za rękę, nawet jeśli ona nie zdawałaby sobie z
tego sprawy.
Nie mógł sobie wybaczyć.
Pozwolili mu ją zobaczyć, ale gdy tylko ujrzał jej
nieruchome ciało pod śnieżnobiałym prześcieradłem, cofnął się i wyszedł. Nie
byłby w stanie znieść chłodu bijącego od tej ciepłej kobiety, której uśmiech
leczył wszystkie jego rany. Nie mógłby znieść widoku tej zniszczonej skorupy,
która została opuszczona przez tą dobrotliwą, łagodną duszę.
Błagał Boga, w którego wierzyła, żeby oddał ją z
powrotem.
„Dlaczego wszyscy najlepsi ludzie umierają tak
szybko?” – spytał ją kiedyś, gdy jeszcze byli bardzo młodzi i leżeli wśród
kwiatów na łące, z dala od wszystkiego i wszystkich.
Podniosła się wtedy, uśmiechając się tkliwie i
musnęła swoimi drobnymi dłońmi jeden z kwiatów.
„A gdy teraz
jesteś tutaj, wśród tylu kwiatów, które wybierzesz?” – odpowiedziała pytaniem,
a on przekrzywił głowę z zaciekawieniem.
Obserwował ją jak przeczesuje wzrokiem polanę,
zatrzymując spojrzenie na rozkwitniętych, zdrowych kwiatach. Odpowiedź przyszła
do niego po chwili namysłu.
„Te najpiękniejsze.”
Urwała najładniejszy kwiat i założyła mu go za ucho.
„Dokładnie”, szepnęła jakby to wszystko wyjaśniało.
I wyjaśniło, dopiero gdy siedział całkowicie sam na
szpitalnym korytarzu, obojętny dla wszystkich osób mijających go, a za ścianą
za jego plecami, leżał jego najpiękniejszy kwiat, który wybrała sobie dzisiaj
śmierć. Zabrała mu ją nim zdążył cokolwiek jej powiedzieć.
Zakrył twarz dłonią, a jego ciałem wstrząsnęły konwulsje.
Już zawsze jego ostatnim słowem do niej będzie znużone mruknięcie, a on będzie
musiał z tym żyć. Ponieważ rzeczywistość nie zrobi dla niego wyjątku. Nie jest
nikim wyjątkowym. Jest po prostu kolejną twarzą, zapominaną po kilku sekundach
przez ludzi. Jest tylko kolejnym numerem w nieskończonej bazie danych. Kolejnym
istnieniem, które przeminie szybciej niż zaistniało. Bez niej przy boku jest
tylko kolejnym mężczyzną, którego porwał restrykcyjny prąd zmodernizowanego
świata.
Po jego policzkach pociekły łzy, mimo, że cały dzień
udawało mu się je powstrzymać. Powtarzał sobie, że ona nie chciałaby sprawić,
by cierpiał przez nią lub z jej powodu. Powtarzał sobie, że jako mężczyzna musi
być silny. Powtarzał to sobie, ignorując jej głos w swojej głowie. Nie można dusić w sobie emocji. Powtarzał
sobie, że płacz niczego nie zmieni. Trwał przy tym uparcie, gdy musiał dzwonić
do jej rodziny. Trwał przy tym, gdy przekazywał złe wieści. Trwał przy tym, gdy
ludzie oglądali się za jego martwymi oczami.
Jednak teraz był tylko szarym człowieczkiem, samym w
mieszkaniu, mającym znienawidzoną pracę, człowieczkiem, który był tak słaby i
tak kruchy, że mógł tylko cicho płakać, wiedząc, że niczego nie zmieni. Nie
ważne ile uczuć okaże, jak bardzo będzie cierpieć, jutro znowu będzie nowy
dzień. A potem następny. I następny. I każdy kolejny będzie bez niej. A on
będzie musiał zdecydować co zrobić z pozostawioną przez nią powłoką.
Pytali się o testament. Jak gdyby ktokolwiek w ich
wieku miałby spisywać dokładny testament. Jednak mimo, że powiedział im
dokładnie to samo, kazali mu wstrzymać się ze wszystkimi decyzjami chociaż do
jutra, gdy porozmawia z jej rodziną i
przyjaciółmi.
„Co to jest?” spytał pewnego razu, gdy wprowadzali
się do tego mieszkania. Ona siedziała przy pustym biurku, w pustym pokoju o
białych ścianach, otoczona kartonowymi pudłami. „Nie możesz zrobić tego potem?
Do jutra nie rozparcelujemy tych klamotów.”
Pokręciła głową zamaszyście, nie odrywając wzroku od
kartki, po której śmigało jej pióro. Mężczyzna spojrzał wtedy na nią i na
świeczkę, przy której świetle pisała coś na kształt listu. Uśmiechnął się pod
nosem, odstawiając pudło.
„Dlaczego piszesz to tak po staroświecku?” spytał,
zaglądając jej przez ramię. Ona szybko przycisnęła kartki do piersi, nie chcąc
by cokolwiek przeczytał. „Co jest tak ściśle tajne, że nawet ja nie mogę nic
zobaczyć?” zaśmiał się ciepło.
Ona uśmiechnęła się pod nosem, a jej policzki i nos
pokryły się czerwienią, gdy odbiegała od niego wzrokiem.
„List” odparła tajemniczo. „Do ciebie”
„Więc dlaczego nie mogę go przeczytać? Bo nie jest
skończony?”
„Sądzę, że będziesz wiedzieć, kiedy masz go
przeczytać.”
„Będę musiał długo czekać?”
„Im dłużej, tym lepiej.”
„W takim razie poczekam.”
Nie wiedzieć czemu mężczyzna podniósł się z fotela i
podszedł flegmatycznie do szafy. Uklęknął przed nią, uderzając kolanami o zimną
podłogę i wyciągnął obluzowaną, dolną szufladę. Spod niej wyleciała okurzona,
pożółkła koperta. Była w tym samym miejscu, w którym ona ukryła ją lata temu.
Uśmiechnął się, wpatrując się pusto w kopertę.
Zmienił pozycję, siadając po turecku i rozczytując z trudem słowa napisane na
kopercie, oświetlanej tylko słabymi promieniami księżyca.
Do mojego ukochanego
Nie złość się na mnie, to tylko w razie potrzeby
Nie złość się na mnie, to tylko w razie potrzeby
Na kopercie nie było nic więcej. Ani znaczku, ani adresu, jedynie
tylko tych kilka słów napisanych blaknącym już atramentem. Chciał już rozerwać
kopertę, nie mając żadnego innego wyboru, ale w tej ciemności zdał sobie sprawę
z jednej rzeczy.
Podniósł się z trudem, jakby nie wstawał z podłogi we własnym
mieszkaniu, tylko miał się odbić zupełnie sam od najgorszego dna.
Znalazł w kuchni zapałki i usiadł z powrotem do biurka, ściągając
z niego komputer. Nadal po ciemku, odnalazł spaloną do połowy świeczkę, stojącą
w kącie. Ona nigdy nie nauczyła się pisać przy lampce, nawet jeśli narzekał, że
całe mieszkanie jest zadymione. Kochała pisać przy świecy, czując ciepło ognia
niedaleko swojego policzka i mając możliwość wpatrywania się w płomień, gdy
szukała odpowiednich słów. Dlatego mógł wybaczać jej tą jedną niedogodność za
każdym razem.
Gdy zapalił zapałkę, miał wrażenie, że nie tylko w pokoju pojawiło
się małe światło, ale również w jego duszy pojawiła się ciepła iskierka, do
złudzenia przypominająca tą łagodną, tkliwą część jego duszy, która została
dzisiaj od niego zabrana. Knot świeczki zapłonął jasnym płomienieniem,
roztaczając ciepłe światło.
Jego ręce drżały gdy przedzierał papier, ale powtarzał sobie, że
będzie silny. Dla niej. Dla jedynego sensu w życiu jaki dawało mu jej
istnienie. Wyjął list z koperty i wygładził kilkakrotnie złożone kartki.
Nim jeszcze zaczął czytać, na kartkę skapnęły pierwsze łzy, ale
uśmiechnął się przez nie. W miejscu gdzie powinna być data, ona napisała tylko Im później, tym lepiej. Tak samo jak
odpowiedziała mu w ten sam dzień. Obiecał sobie, że przeczyta ten list w
całości, od razu, tak jakby to ona sama mu to mówiła. Skupił się na słowach,
nawet gdy w uszach dźwięczał mu wdzięczny ton jej głosu.
Do mojego jedynego ukochanego…
Nie napiszę nic, co potwierdzałoby co
zrobić z moim majątkiem.
Przedmioty nie są wieczne. Nie są ważne.
Przedmioty nie są wieczne. Nie są ważne.
Nie napiszę nic o moich uczuciach, bo znasz
je od wielu lat. Wielu ludzi,
dużo mądrzejszych ode mnie wylewało rzeki atramentu, by opisać miłość,
więc ja zawrę ją w naszej szarej codzienności.
dużo mądrzejszych ode mnie wylewało rzeki atramentu, by opisać miłość,
więc ja zawrę ją w naszej szarej codzienności.
Nie napiszę tutaj nic, co pocieszyłoby cię
po mojej stracie.
Przepraszam.
Ale proszę, po prostu przeczytaj to i mnie
posłuchaj.
Nadejdzie dzień, w którym moje ciało będzie
leżeć nakryte białym prześcieradłem, starannie ukryte pod jego czterema rogami,
na jednej
ze szpitalnych sal. Będąc niegdyś tak
zajęte życiem…
Jak teraz umieraniem.
Jak teraz umieraniem.
W pewnym momencie doktor stwierdzi, że mój
mózg przestał funkcjonować,
że moje serce przestało bić… Mimo
wszystkich zamiarów i celów,
moje życie zatrzymało się.
A kiedy to nastąpi… Nie próbuj podtrzymywać
mojego życia przez podłączenie mojego ciała do jakiejś maszyny. Nawet jeśli
ożywisz moje ciało, dusza zdąży odejść gdzieś bardzo, bardzo daleko…
I nie mów wszystkim, którzy się o mnie
zapytają, że umarłam.
Powiedz, że zaczynam nowe życie.
I proszę, pozwól by moje ciało zostało
zabrane,
by pomóc innym prowadzić pełniejsze życie.
Oddaj mój wzrok mężczyźnie, który nigdy nie
widział wschodu słońca,
dziecięcej buzi czy bezbrzeżnej miłości w
oczach kobiety.
Oddaj moje serce osobie, której własne
zawodzi
i powoduje tylko niekończące się dni bólu i
cierpienia.
Oddaj moją krew jakiemuś nastolatkowi,
potrąconemu przez auto, tak, by pewnego dnia mógł zobaczyć swoje wnuki, bawiące
się w ogrodzie.
Oddaj moje nerki komuś, kto polega na
maszynie, by istnieć.
Weź moje kości, każdy mięsień, każde włókno
i każdy nerw w moim ciele i znajdź sposób, by pozwolić kalekiemu dziecku znów
chodzić…
Zbadaj każdy zakątek mojego mózgu, jeśli to
ma pomóc.
Weź moje komórki, jeśli będą potrzebne i
pozwól na nich eksperymentować i rozwijać się, by pewnego dnia niemy chłopiec
wykrzyczał coś w złości, a głucha dziewczynka usłyszała deszcz bębniący o
parapet za jej oknem.
Spal to, co ze mnie zostało, a moje prochy
rozsyp na wietrze, by pomóc kwiatom rosnąć.
Jeśli musisz coś pogrzebać, niech to będą
moje błędy.
Moje słabości i wszystkie uprzedzenia wobec
innych ludzi. Moją przedwczesną rezygnację, gdy nie udało mi się namówić ciebie
na zostanie lekarzem.
I jeśli, nadal po tym wszystkim, chcesz
mnie pamiętać…
to uczcij moje istnienie jakimś dobrym
uczynkiem lub słowem
skierowanym do kogoś, kto tego potrzebuje.
Jeśli zrobisz to wszystko, będę żyć
wiecznie.
Wraz z ostatnim słowem zapisanym na kartce, mężczyzna zdał sobie
sprawę, że miał przy sobie przez tyle lat najcudowniejszą, najczystszą duszę,
jaka uchowała się w tym chłodnym świecie. Zdał sobie sprawę, że śmierć wybrała
najpiękniejszy kwiat. Po chwili odniósł wrażenie, że dźwięczenie jej głosu w
jego uszach stopniowo znika, odchodzi w zapomnienie, a na sam koniec szepce
ostatnie pożegnanie. Uśmiechnął się w ten sam sposób, co przed wieloma laty, z
tą samą bezbrzeżną wdzięcznością i miłością, jak w momencie, w którym ona
wybrała go.
Otarł strumienie łez i odłożył delikatnie list na biurko, czując
jak znużenie całego dnia w końcu po niego przychodzi i nim poszedł do łóżka,
sprawdził, czy na kopercie nic więcej nie pisze.
Po
prostu żyj, proszę.
Znalazł te słowa w środku koperty, napisane drżącym pismem, jakby
płakała, gdy to zapisywała. Zamknął oczy, schował list do koperty i wszedł do
łóżka. Choć teraz wydawało się zbyt duże jak na jedną osobę, a pościel była
zimna, zasnął od razu.
Następnego dnia, gdy promienie słońca wdarły się do jego pokoju, a
on otworzył oczy, świadomość i rzeczywistość, że nie ma jej obok niego,
zacisnęły lodowatą dłoń na jego sercu. Jednak mężczyzna uśmiechnął się
delikatnie, wstając z łóżka.
Miał zamiar spełnić każdą z jej ostatnich próśb.
Pokazał ten list jej rodzicom i przyjaciołom, po czym oddał go
lekarzom i prawnikom, przekazując im każdy centymetr jej ciała, by mogli
uratować kogoś innego.
Zapytany przez sąsiadkę, co się z nią stało, powiedział, że
zaczęła nowe życie.
Przywitał się z samotną staruszką, mieszkającą na końcu ulicy.
Rzucił znienawidzoną pracę. Poszedł na studia medyczne.
Przygarnął szczeniaka znalezionego w pudełku w lesie.
Kupił tę firankę, którą chciała zawiesić w kuchni.
Przebadał się i regularnie oddawał krew.
Gdy wszystkie jej organy zostały oddane innym, rozsypał jej prochy
na tej samej łące, oddalonej od wszystkiego i wszystkich, na której niegdyś
leżeli razem.
Postawił jej nagrobek, choć był on tylko symboliczny.
Z każdym dniem uczył się jak żyć bez niej, a wciąż dla niej.
Po prostu żył.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz