11 lipca 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 15 ~ Narada Bojowa

Rozdział 15

   
Za oknem powoli zapada zmrok. Na ulicach Toshimy powoli zapalają się latarnie, dając niewielką poświatę na opustoszałe ulice. Mijający listopadowy dzień odznaczał się wyjątkową aurą niepokoju.
W starej, zniszczonej sali gimnastycznej  gromadzi się coraz więcej ludzi. Budynek należący niegdyś do szkoły, przywłaszczony został przez Kaminari. Powybijane okna, zabite deskami, bluszcz rosnący na całej wschodniej ścianie budynku i ledwo działające oświetlenie, gasnące i zapalające się co jakiś czas. Przez kilka lat nie ingerowano w wygląd zewnętrzy budynku, by nikt nie zdał sobie sprawy tętniącego w nim życia. W środku jedynie dobudowano podwyższenie dla mówiących.
Meiji, Koichi i Jun zajęli miejsca w drugim rzędzie blisko mównicy.
- Meiji-kun, wiesz coś? – zapytał Jun.
- Nie – odparł czarnowłosy, rozglądając się po przybyłych. Większość zajmowała niepewnie miejsca, szepcząc między sobą. – I z tego co widzę reszta też za bardzo nie wie o co chodzi.
- Co się takiego stało, kiedy byliśmy w tej cholernej Setagayi? – mruknął pod nosem Koichi. – Dlaczego zawsze nas omija najlepsze?
- Nie zrzędź jak stara baba – upomniał go Meiji. Przyjaciel na niego prychnął. Czarnowłosy posłał mu groźne spojrzenie, a Koichi wystawił mu język. Jun tylko westchnął.
- Widzę, że u was jak zwykle panuje szacunek i zgoda, co? – usłyszeli za plecami kobiecy głos.
- Mako! – wszyscy trzej obrócili się do przyjaciółki.
- Was też miło widzieć, chłopaki – rzuciła.
- Wiesz może… - zaczął Koichi, ale dziewczyna pokręciła głową.
- Nic. Jak zresztą każdy.
Rozejrzeli się. Praktycznie wszyscy członkowie organizacji zebrali się w sali narad. Zobaczył nawet Tokajiego, stojącego przy samym wyjściu jak i ludzi z dalszych misji.
- Mako-chan, czy ty nie badałaś czegoś w innym mieście?
- No badałam, ale powiedzieli, że powinnam dać sobie spokój i jak najszybciej przyjechać.
- Dziwne…
- Meiji-kun, nie sądzisz, że to raczej ze względu na Ichigo-chan? – powiedział Jun. Czarnowłosy popatrzył się na młodszego kolegę z nadzieją w oczach, ale odwrócił wzrok.
- Jakoś nie chce mi się w to wierzyć. – westchnął, a włosy opadły mu na oczy. – Tak samo jak w to, że Kotaro po 5 dniach nagle skończył misję, tak jak Taki czy bliźniaczki…
- Bliźniaczki!? – wykrzyknęli Jun i Koichi, robiąc automatycznie maślane oczy. Meiji przejechał dłonią po twarzy.
- Co za debile… - mruknął. Spojrzał na dwójkę przyjaciół, rozmawiających zapalczywie o swoich skrytych miłościach. Dziewczyny wyjechały na misję jakieś 3 tygodnie temu, więc nie dziwił się tą szczenięcą radością. Nie dziwił się, ale irytował. Jun i Koichi jak zwykle w normalnych chwilach go zignorowali. Jedynie Mako przyglądała mu się uważnie, z tą samą bezemocjonalną mimiką twarzy co zwykle. Tylko jej szarozielone oczy wyrażały napięcie.
- Mam złe przeczucia… - powiedział cicho. Chłopcy umilkli i popatrzeli po sobie, poważniejąc. Dziewczyna odwróciła wzrok, przygryzając dolną wargę. – Bardzo złe przeczucia.
***
Omitsu spoglądała przez okno, wyczekując powrotu dowódcy. Robiło się coraz później, a od kilku godzin nie było od niego znaku życia. Zgrzytnęła zębami, sięgając po, do połowy pustą, butelkę wina.
- Co za idiota… - mruknęła i pociągnęła znaczy łyk z gwinta. Po chwili poczuła, że ktoś odrywa od niej butelkę i zachłystnęła się alkoholem.
- Omitsu! – usłyszała ganiący głos Mikuru. – Weź się w garść w końcu! Trzeba przeprowadzić naradę bojową!
- Ale Fumiya… - zaczęła, jednak po wściekłym spojrzeniem strategiczki uległa. Pokręciła głową i odeszła od okna. Wyprostowała się dumnie, ubierając ponownie maskę pewności siebie.
- Dobra – kobieta strzeliła palcami, poważniejąc. – Mikuru. Strategia?
- Wstępnie opracowana, nakreślę ją bardziej jak dostanę resztę informacji od Fumiyi.
- Jeśli dostaniesz. – poprawiła ją Omitsu. Strategiczka posłała jej troskliwe spojrzenie. Przez chwilę pozwoliła być sobie przyjaciółką.
- Omitsu… - zaczęła delikatnie, chwytając starszą koleżankę za ramię. Ona jednak strąciła szorstko jej dłoń, nie poświęcając jej nawet spojrzenia.
- Nie teraz – powiedziała trochę ostrzej niż zamierzała. – Co z ludźmi?
- Ci w odległości  do 100km wrócili, reszta jest w drodze. Oprócz Tsuneariego. – Mikuru przybrała ponownie formalny ton. – W szpitalu leżą 4 osoby, ci z drobniejszymi ranami też przyszli.
- Świetnie. – rzuciła hardo Omitsu. – A Hiroki i Daiki?
- Są już na sali.
Szły teraz między budynkami należącymi do Kaminari. Stary kompleks szkolno-mieszkalny stanowił idealną siedzibę. Opuszczona, nawet zdatna do użytkowania sala gimnastyczna, potężny budynek szkolny, nieduży biurowiec oraz internat. A to wszystko zaniedbane i pozostawione naturze. Pozostawione piorunom.
- Omitsu… - podjęła jeszcze raz strategiczka, równając swój krok z przyjaciółką. 
- Wróci – rzuciła cicho kobieta. Mikuru spojrzała na nią ciepło. – Na pewno wróci. To nie Arata.
Strategiczka zacisnęła rękę na ramieniu Omitsu, by dodać jej trochę otuchy. Ku jej zdziwieniu, ciemnooka podziękowała za ten gest ściskając mocno jej dłoń. Mikuru wyczuła drżenie.
No tak. 3 lata temu było tak samo. Arata poszedł do Jishin. I nie wrócił.
- Omistu… - zaczęła jeszcze raz, za bardzo nie wiedząc co powiedzieć, by uspokoić przyjaciółkę. Jej głos był cichy, lecz pośród panującej ciszy brzmiał wrogo i głośno.
- Nic nie mów, Mikuru – powiedziała Omitsu, drżącym głosem. Kiedy zauważyła pytający wzrok, odwróciła głowę. – Nic nie mów, bo zacznę płakać. – dodała cichym, drżącym głosem. Poczuła w kąciku oka lśniącą łzę. Zacisnęła zęby, nakazując sobie spokój.
Mikuru została trochę z tyłu, z opuszczoną głową. Po chwili podniosła wzrok na postać cały czas kroczącą do przodu. Szefowa zdążyła się dumnie podnieść głowę i wyprostować plecy. Plecy, na których ciąży wielka odpowiedzialność za przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, dodała w myślach. Zacisnęła dłoń w pięść i ruszyła energicznie w stronę Omitsu. Zarzuciła jej rękę na ramię przytulając raźno.
- Będzie dobrze, pani dowódco!
- Musi być – odpowiedział jej pewny siebie uśmiech i głęboko ukryty w ciemnobrązowych, prawie czarnych oczach, lęk.
***
Kiedy dwie kobiety weszły na salę, rozmowy ucichły. Stojący pod samymi drzwiami lekarz i Tokaji. Szefowa rzuca im przelotne spojrzenie. Czarnowłosy całkowicie je ignoruje, wzruszając jedynie ramionami, a Ryutaro kiwa głową, jakby dodając jej otuchy. Omitsu uśmiecha się pod nosem.
- Stoją na szarym końcu by nie być wypytywanym, co? – mruczy pod nosem. Po chwili głośno wzdycha, ruszając żwawo na przód.
Jej kroki niosą się echem po sali, w której zapanowała absolutna cisza. Kobieta jednak idzie szybko, uśmiechając się zadziornie i kiwając głową bliższym znajomym. Za nią podąża strategiczka, z dużo większą powagą na twarzy.
Na prowizorycznej mównicy stoją już Hiroki i Daiki. Omitsu macha do nich przyjaźnie jak gdyby nigdy nic. Hiroki mruży na ten gest oczy.
- Wolniej się nie dało? – syknął gdy przechodziły, wyraźnie zły. Nim Mikuru zdążyła coś odpowiedzieć, Omitsu wystawiła język.
- Odaka-san, zaczynaj. Muszę zaplanować przemowę.
- No dobra… - westchnął mężczyzna.
Przejechał ręką po swojej siwiźnie, i wystąpił naprzód. W miarę wysoki, jak na Japończyka, barczysty mężczyzna, ubrany jak zwykle w czarne spodnie, białą koszulę i kamizelkę, sprawił, że wszystkie pozostałe szepty ucichły. Całe obecne Kaminari utkwiło pytające, niepewne spojrzenie w głównym doradcy.
- A zatem… Proszę o chwilę spokoju i ciszy, panie i panowie. – powiedział na sam początek, co nie było z resztą potrzebne. – Dobry wieczór wszystkim. Rozpoczynamy więc spotkanie.
Meiji usadowił się wygodniej na krześle. Założył ręce za kark, uśmiechając się. W jego piwnych oczach zabłysnął ognik. Koichi posłał mu zdziwione spojrzenie.
- Meiji, przerażasz mnie – powiedział cicho.
- Zaraz się zacznie – mruknął czarnowłosy.
- Co się zacznie? – zapytał szeptem Jun.
- Jak znam Omitsu czy Fumiyę, a znam dobrze, to przywalą nam problemem prosto w twarz jak cegłą. Jestem tylko w cholerę ciekawy o co będzie chodziło.
- I czemu nie ma Fumiyi – dodał brązowowłosy. Meiji rozszerzył oczy ze zdziwienia i odruchowo popatrzył na mównicę, szukając dowódcy. Nie ma go. Meiji poukładał sobie wszystko w głowie i zbladł.
- Szlag. – mruknął tylko, odcinając się od towarzyszy. Poszukał wzrokiem spojrzenia szefowej. Ciemnobrązowe, wręcz czarne oczy odpowiadają hardo na jego spojrzenie, a ledwo widoczne, nieznaczne skinięcie głową tylko utwierdza go w jego przekonaniu. Wzdycha ciężko i podpiera głowę na ręce.
Daiki tymczasem dalej ciągnie przemowę.
- Zapewne wszyscy jesteście zdziwieni nagłością zwołania tego zgromadzenia. Jak i powodem, którego jakoś nikt nie zna. Widzę też spojrzenia szukające naszego szefa. Spokojnie, wytłumaczymy wam wszystko powoli, więc…
- Co spokojnie? – Omitsu przerywa starszemu mężczyźnie, kładąc mu rękę na ramieniu. – Co powoli? – na jej twarzy błąka się uśmiech. Uśmiech, od którego przechodzą ciarki na plecach.
Tokaji, zobaczywszy ten wyraz twarzy, westchnął głęboko.
- O Boże – mruknął i od razu skierował się w stronę drzwi. Ryutaro momentalnie chwycił go za ramię.
- Gdzie ty idziesz? – warknął na niego. Czarnowłosy, obrócił głowę, posyłając lekarzowi zdziwione spojrzenie.
- Jak najdalej stąd. Omitsu za chwilę rozpęta Armagedon. – na te słowa Ryu puścił Tokajiego, kręcąc tylko głową. Spojrzał w stronę podestu. Owszem, zabójca miał rację. Omitsu stanęła w bojowej pozie – na szeroko rozwartych nogach, z rękoma na biodrach i z ognikami w oczach.
Cała sala jakby zamarła w oczekiwaniu na odpowiedź. Meiji podparł głowę drugą ręką. Chłopaki na tyłach oparli się ciężko o ścianę. Mikuru zmarszczyła brwi, a Hiroki westchnął głęboko.
- Mamy wojnę.
Armagedon to dobrze określenie do tego co się stało na sali. W pierwszym momencie zapanowała absolutna cisza, ludzie przyswajali wiadomość. Dopiero po chwili, całe Kaminari, jakby byli jedną osobą wydali  z siebie zdławiony okrzyk. Część osób zerwało się z miejsc, inni tylko zbledli.
- Że co, kurna!? – wykrzyczał Kotaro, po chwili osłupienia.
- Nie pieprzcie głupot! – rzuciły dość głośno bliźniaczki.
Po kilku minutach oburzenia, Hiroki również wystąpił na przód, kiwając przy tym głową w stronę Mikuru. Omitsu obserwowała tłum, czekając aż się uspokoją. Na jej ustach nadal błąkał się uśmieszek.
- Wiedziałem, że zachowasz się jak zwykle. – mruknął jasnowłosy. Rzucił przelotne spojrzenie na tłum i odchrząknął. Nabrał powietrza i krzyknął w stronę tłumu: - CISZA!
Jego donośny bas przeszył tłum, a spokój zapadł na kilka sekund. Blondyn nie czekał na ponowną burzę i zaczął ponownie, lecz trochę ciszej.
- Ogarnijcie się w końcu, debile! Zająć miejsca i siedzieć cicho, słuchając wyjaśnień! Dotarło!?
Kaminari dość niepewnie powróciło na miejsca. Omitsu klepnęła Hirokiego mocno w plecy.
- Dobra robota, młody! – zaśmiała się i zaklaskała. Jak to było w zwyczaju reszta sali również zaklaskała, w podzięce za donośny głos Hirokiego. (przyp. aut. – pozdrawiam wszystkich kolegów z Gimnazjum Salezjańskiego w P-ślu :D)
Omitsu wystąpiła trochę przed szereg, odchrząkając. Przeleciała swoimi ciemnobrązowymi oczami po ludziach, biorąc jeszcze jeden głęboki wdech przed przemową.
- Wiem, że słowo ‘wojna’ nie budzi pozytywnych uczuć. – zaczęła z zaciętym wyrazem twarzy. – Fumiya dzisiaj rano podjął decyzję wypowiedzenia wojny z Jishin. – przez salę przebiegły szemrania. Hiroki wystąpił do przodu, lecz kobieta podniosła rękę na tłum, uciszając ich.
– Jakkolwiek to nie brzmi, wojna była nieunikniona. Jishin, pomimo swojej przewagi liczebnej, wstępował na nasz teren, zabierając zlecenia, specjalnie atakując grupami naszych pojedynczych ludzi. To była tylko kwestia czasu.– Omistu zmrużyła oczy, w których pojawiło się trochę troski. Złagodniała i zmieniła ton głosu. – Wojna nie jest dobrą rzeczą, a w naszym zawodzie niestety będzie krwawa, pełna ofiar. Ci, którzy są  tu od samego początku, pamiętają bitwę z Akumu. Wsławiła nas ona w sile, potędze. Choć w historii zostaliśmy zapisani jako bezlitośni zwycięzcy, tak naprawdę przegraliśmy. Straciliśmy zbyt dużo ludzi by nazywać to wygraną. – w jej oczach pojawił się cień przeszłości.
– Z kolei wojna sprzed 3 lat była inna. Nie należała do najkrwawszych czy najdłuższych. Polegała bardziej na strategii niż walce, dzięki czemu zdobyliśmy przewagę, która nas uratowała. Jednak dużo osób zginęło. Straciliśmy naszego najlepszego przywódcę, którego większość poznała. Arata Serizawa był jednocześnie silny jak i inteligentny. Dla wielu nie był tylko szefem, dowódcą. Zachowywał się jak starszy brat, kuzyn, czy po prostu… - poczuła, że za chwilę załamie jej się głos, więc przerwała na moment. – Po prostu przyjaciel. Poświęcił się dla nas, więc tym samym nie możemy odpuścić Jishinowi. – Omitsu wzięła głęboki wdech  i spojrzała na organizację. Patrzyli się na nią rozumiejącymi oczami, czekając posłusznie na koniec przemówienia. Kobieta spojrzała przed siebie, szukając orzechowych oczu. Lekarz kiwnął głową. Uśmiechnęła się pod nosem, gdy się kłaniała.
– Chciałabym was przeprosić za narażanie na tak wielkie niebezpieczeństwo, po części z egoizmu, by pomścić starego dowódcę, jak i również zapewnić, że my… - wyprostowała się, przybierając poważny, hardy wyraz twarzy. Dostąpili do niej Hiroki, Mikuru i Daiki, z równą powagą na twarzach. – Jako dowództwo, dołożymy wszelkich starań i poświęcenia ostatniej kropli krwi, by zakończyć ten konflikt zwycięsko z ograniczeniem strat do najmniejszego minimum. – Cała czwórka pokłoniła się.
Przez tłum przeszedł szmer. Zarząd obserwował wszystko spokojnie. Meiji podniósł wzrok. W jego piwnych oczach kryło się zdziwienie. Nie spodziewał się takiej przemowy po Omitsu. Uśmiechnął się pod nosem. Szturchnął obu przyjaciół w ramię. I Koichi, i Jun mieli zacięty wzrok. Uśmiechnęli się chytrze, czując, że myślą o tym samym. Kiwnęli głową w tym samym momencie i wstali.
Kaminari na chwilę zamilkło, zdziwione reakcją Świętej Trójcy. Kiedy mężczyźni stanęli na baczność, salutując według tradycji lewą ręką, szefowa rozszerzyła oczy ze zdziwienia. Daiki z kolei prychnął.
- Ja, Meiji Maeda, przysięgam swoją dozgonną wierność Kaminari.
- Ja, Koichi Kanesaka, przysięgam swoją dozgonną wierność Kaminari.
- Ja, Jun Endo, przysięgam swoją dozgonną wierność Kaminari.
Wypowiedzieli to donośnymi, dumnymi głosami, patrząc się pewnie przed siebie. Na ich ustach błądził uśmiech. Po skończonej przysiędze zakończyli salutowanie i prawą ręką zwiniętą w pięść uderzyli 2 razy w serce.
Nie robiliśmy tego od 3 lat, pomyślał Meiji. Mam nadzieję, że ten impuls im wystarczy.
Wystarczył. Kilka sekund po nich, wstała rudowłosa.
- Ja, Mako Anzai, potwierdzam swoją dozgonną lojalność Kaminari. – wypowiedziała to cicho lecz pewnie, patrząc się wyzywająco w oczy Hirokiemu.
- Ja, Ayako Kasahara, przysięgam swoją dozgonną wierność Kaminari. – dziewczyna zaprzysięgła od razu po patronce Ichigo. W jej głosie słychać było jednocześnie smutek i zimną wściekłość. Po chwili wahania dołączył również jej przyjaciel.
- Ja, Taki Hideyoshi, również przysięgam!
- My, Miyoko i Miyako Shirayuki, obiecujemy walczyć za Kaminari! – wykrzyknęły bliźniaczki.
- Ja, Kotaro Honda, przysięgam wierność!!!
- Ja, Suzuki Seizo, przysięgam swoją dozgonną wierność Kaminari! – wykrzyczał zaciekle czarnowłosy, podpierając się o jedną z kul.
Chłopaki na tyłach spojrzeli po sobie. Coraz więcej osób deklarowało wierność, a oni jeszcze nie. Ryutaro przekrzywił pytająco głowę. Tokaji posłał mu znudzone spojrzenie i wzruszył ramionami, nadal opierając się o ścianę. Lekarz wystąpił krok na przód, salutując lewą ręką.
- Ja, Ryutaro Ishimura, przysięgam swoją dozgonną wierność Kaminari! – wykrzyczał by dowództwo słyszało go z końca sali. Mógłby przysiąc, że Omitsu posłała mu uśmiech.
Ku jego zdziwieniu, Tokaji oderwał się od ściany. Nie wyprostował się, a jego salut był jakby od niechcenia.
- Ja, Tokaji Kosai, deklaruję swoją wierność Kaminari – powiedział luźno. Część osób obróciła się by posłać mu zdziwione spojrzenie. Jego przysięga zdziała więcej, bo wszyscy wokół również wstali.
Powoli każdy wstawał i składał przysięgę. Omitsu obserwowała to jak skamieniała nie mogąc uwierzyć własnym oczom i uszom. Kiedy wszyscy byli już na nogach, przyłożyli otwartą dłoń do serca.
- Przysięgamy walczyć z Kaminari, o Kaminari, dla Kaminari! – donośna obietnica wszystkich obecnych poniosła się echem po okolicy. Szefowa dogłębnie wzruszona, była zbyt zdumiona by cokolwiek zrobić, więc naprzód wystąpił Daiki i wyrzucił pięść w górę, z okrzykiem wojennym. Odpowiedział mu mocny krzyk i las pięści kilkudziesięciu ludzi.
Omitsu spojrzała na Meijiego. Czarnowłosy po skończonym okrzyku również na nią spojrzał. Wypowiedziała bezdźwięcznie jedno słowo. ‘’Dziękuję’’. Meiji zasalutował krótko. Kobieta uśmiechnęła się i wystąpiła na przód.  
- Dobrze, dobrze! – zakrzyknęła na początek, uspokajając trochę tłum. – To jest właśnie nasza przewaga! Mimo, że ich jest około setki, my mamy coś ważniejszego. – uśmiechnęła się czule. – Zachowujemy się jak rodzina. I choć strata rodziny po części zabija nas od środka, daje nam również siłę dużo większą do ochrony innych i zemsty, niż przedmiotowe traktowanie Jishinu! Tu na sali, jest nas 39. Z ranną 4 i 7 na misjach jest nas 50. Musimy uwierzyć w naszą 11-letnią potęgę! – Omitsu wyprostowała się dumnie, kładąc ręce na biodrach. – W wojnie wystarczy nam tylko nadzieja, wiara i chęć do walki! – zasalutowała energicznie na zakończenie. Odpowiedziały jej okrzyki bojowe i oklaski.
Na jej ramieniu ktoś położył rękę. Mikuru odsunęła od mównicy szefową, odchrząkując. Otworzyła obszerny zeszyt gdzieś w połowie i podniosła dłoń starając się uspokoić rozentuzjazmowany tłum.
- Rozumiem waszą chęć bojową, lecz jak to Adachi-san wspomniała ostatnia wojna z Jishinem polegała głównie na taktyce. Prosiłabym więc o chwilę ciszy i skupienia. – Mikuru omiotła uspokajający się tłum surowym spojrzeniem. Po kilkunastu sekundach kiwnęła z zadowoleniem głową. – Nie mamy dokładnych informacji, ponieważ Sotomura jeszcze nie wrócił. Jednak na chwilę obecną przyjmujemy spokojną taktykę. Pod każdym pozorem macie zakaz wstępowania na okręg Shibuyi. Unikajcie zleceń poza Tokio. Nikt nie dostanie pozwolenia na opuszczenie bazy w grupie mniejszej niż 4 osoby, nieważne od siły czy umiejętności. I za wszelką cenę macie unikać otwartych konfliktów. – na jęki, strategiczka uśmiechnęła się okrutnie. - Oczywiście aż nie przejdziemy do akcji. – kobieta odchrząknęła i spoważniała. - Pragnę jeszcze tylko dodać, by nikt nie myślał, że to będzie wojna jak w filmach. Zrozumiano?
- Tak jest! – po sali przebieg szmer zgody. Mikuru ustąpiła miejsca Hirokiemu.
- Dobra, ludziska, skończyliśmy! – blondyn wystrzyknął palce. – Baczność! – wszyscy zerwali się z miejsc, salutując. – Odejść!
Kaminari przed odejściem kiwnęło jeszcze głową w stronę dowództwa i zaczęło dość głośno kierować się ku wyjściu.
Omitsu stała pomiędzy przyjaciółmi. Spojrzała po ich zaciętych twarzach.
- Znowu się zaczęło… - stwierdziła dość ponuro. Jej głos niknął w huku jaki powodowały dyskusje członków.

- Nie, Omitsu… - rzucił Hiroki. – Dopiero się zacznie.    

30 czerwca 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 14 ~ Mary senne

Rozdział 14
Mary senne

~Ichigo Kanegawa~
Otwieram oczy, a bladość nieba zmusza mnie do gwałtownego zamrugania. Podnoszę się po pozycji półsiedzącej, zasłaniając sobie ręką oczy. Po kilkunastu sekundach, kiedy mój wzrok zaczął się przyzwyczajać do światła, rozglądam się po otoczeniu, mrużąc lekko oczy.
Leżałam w jakichś wysokich zaroślach w środku lasu. Wokół mnie rosną strzeliste sosny. Podnoszę się powoli, czując narastającą gulę w gardle. Podświadomość podpowiada mi, że to sen, jednak otoczenie jest łudząco podobne do tego z ostatniego koszmaru. Kieruję wzrok z wiarą, że to inna mara senna, lecz płomyk nadziei gaśnie gdy dostrzegam pojedyncze gwiazdy i księżyc na tle bladoniebieskiego nieba. Przełykam ślinę.
- Mogłabym się już obudzić – mruczę, a mój głos niesie się echem po lesie. Opuszczam głowę, oglądając się jeszcze przez ramię. Nie dostrzegłszy niczego niepokojącego, ruszam przed siebie.
Mijają kolejne godziny, robi się coraz goręcej, a drzewa nadal są te same. Przecieram czoło z potu. Tamtym razem szybciej się to skończyło.
W pewnym momencie słyszę trzask łamanej gałązki. W ostatniej sekundzie powstrzymuję się od nagłego odwrócenia się. Biorę cichy, głęboki wdech i idę dalej, nie zmieniając tempa. Jestem prawie pewna, że to tamten haker.
- Czego chcesz? – staram się by zabrzmiało to pewnie, jednak mój głos niesie się echem po lesie. Dopiero teraz zauważam, że panuje absolutna cisza. Martwa cisza.
- Dlaczego już drugi raz idziesz nad ten strumyk? – Yo ignoruje moje pytanie. Staję i odwracam się nonszalancko. Mierzę go wzrokiem. Nadal ma farbowane, kasztanowe włosy, przenikające oczy i masę kolczyków na mordzie. – Nic ci to nie da. To granica, której nie możemy przekroczyć. – ciągnie dalej.
Kręcę głową na jego gadaninę i znów ruszam przed siebie. Po kilku sekundach słyszę kroki. Zaciskam dłoń w pięść i warczę:
- Nie leź za mną.
- Ale kiedy tu jest nudno. – jęczy. Przewracam oczami. -  Nikt mnie tu nie lubi.
- Nie dziwię… - zaczynam, ale urywam i rozszerzam oczy. Obracam się tak nagle, że Yo cofa się o krok. – Nikt? – powtarzam, uświadamiając sobie znaczenie tego słowa. Przełykam ślinę, widząc jego chytry uśmiech. Jak na zawołanie milimetr od mojej głowy przelatuje sztylet.
Obracam się, napinając przy tym wszystkie mięśnie. Kiedy rozpoznaję postać, od razu porzucam myśl o walce i zrywam się do biegu. Barczysty mężczyzna rusza za mną po kilku sekundach. James.
Przebieram nogami tak szybko jak umiem, zahaczając przy tym o ostre igły sosen. Mam mętlik w głowie. Myślałam, że wiem jak działa ten sen. Ostatnim razem nie było to James’a.
Gwałtownie hamuję, kiedy przede mną wyrasta postać Jiro. Rzucam się w bok, potykając się o Ayę. Obie rozszerzamy szeroko oczy ze zdziwienia, jednak korzystam z okazji i uciekam.
Jeszcze nigdy nie chciałam się tak bardzo obudzić.
Niebo zaczyna pokrywać się czerwienią. Mimo przerażającego wyglądu, uznaję to za dobry znak. Ostatnim razem nie trwało to tak długo po pokryciu się krwią nieba. Wpadam na kolejne drzewo, a moim oczom ukazuje się duża polana. Z daleka widać strumień. Ruszam pędem przed siebie.
Za sobą słyszę okrzyki trójki z Fubuki. Jest szansa, że przerwę sen, wbiegając w strumyk. To tylko kilkaset metrów. Dasz radę, Ichigo.
Przemierzam dystans jak zawodowiec, dostrzegając za niewidzialną barierą swoich rodziców. Dzieli mnie kilka metrów. Uda się. Spinam mięśnie do skoku, odrywam stopy od ziemi i… czuję szarpnięcie. Cofam się, tracąc równowagę. Czyjaś mocna dłoń trzyma mnie za przegub. Podnoszę głowę, patrząc się buntowniczo na mężczyznę.
- Puszczaj, skończona mendo. – warczę na hakera, który się tylko uśmiecha.
- Masz nowych gości. – rzuca tylko, kiwając głową w kierunku skraju lasu. Za gnającymi w moją stronę Jiro, Ayą i James’em dostrzegam kolejne 4 postacie. Dilerzy z Setagayi. Serce mi na moment staje i rzucam przerażone spojrzenie w stronę Yo, mimo własnej woli. On tylko uśmiecha się z politowaniem i rozpływa się w powietrzu. 
Nie czekam na cud i znów zaczynam biec. Pot zaczyna ze mnie cieknąc strugami, lecz moi wrogowie zdają się nie odczuwać gorąca. Całe niebo jest już zaplamione krwią. Rzucam spojrzenie strzelistym sosnom. Serce zabija mi mocniej kiedy zauważam, że one również spływają krwią.
Czemu to, do jasnej cholery, nie chce się skończyć?
***
Ryutaro wszedł do sali chorych. Na jednym z dwóch łóżek znajdujących się w pomieszczeniu leżała młoda dziewczyna. Była nieprzytomna już 2 godzinę, a do jej nadgarstka przyczepiona została kroplówka. Przyszedł podłączyć kolejną.
Kolejne krople deszczu niestrudzenie bębniły o parapet. Popatrzył się osowiale przez okno i przetarł twarz ręką. Był zmęczony i miał wszystkiego dość. Pomimo tego zmusił się do zmienienia kroplówki przyjaciółce.
Spojrzał mimochodem na Ichigo. Od pewnego czasu mruczała coś niewyraźnie i kręciła głową przez sen. Zapewne dręczył ją koszmar.
- Nie musisz się budzić, Ichi – mruknął Ryutaro bardziej do siebie niż do niej. – Tu rozpęta się jeszcze większe piekło.
- Widzę, że pałasz optymizmem, Ryu.
Lekarz obraca się gwałtownie, powodując, że Tokaji nieznacznie odsuwa się do tyłu. Kiedy medyk rozpoznaje przybyłego, mrozi go spojrzeniem brązowych oczu i nic nie mówiąc wraca do roboty.
Tokaji opiera się o framugę drzwi luźno, śledząc każdy ruch starszego kolegi. Po kilku ciągnących się minutach, Ryutaro obraca się w stronę czarnowłosego.
- Co ty tu robisz? – rzuca oschle.
- Oddycham – prycha Tokaji. Mierzą się wzrokiem i w końcu prycha, opuszczając przy tym głowę. – Przyszedłem tu posiedzieć.
Ryutaro wypuszcza pustą kroplówkę z dłoni, rozszerzając szeroko oczy. Prostuje się i patrzy się wprost na Tokajiego.
- Tokaji, dobrze się czujesz? – pyta ze szczerą troską. W odpowiedzi dostaje groźne warknięcie.
- Świetnie. I nie myśl sobie za dużo. – ostrzega. – Usiłuję się wymknąć z tej ‘gorączki stanu najwyższej gotowości’.
Ryutaro nie odpowiada, zabierając się z powrotem do swojej roboty. Uśmiecha się pod nosem, kiedy Tokaji opada dość niedelikatnie na sąsiednie łóżko. Kto by pomyślał, że i on ma jakieś uczucia.
Lekarz jeszcze raz spogląda na czarnowłosego, który leży na łóżku i spogląda przelotnie na Ichigo. Otwiera usta by rzucić jakąś uwagę, jednak zmienia zdanie i wychodzi bez słowa, zamykając drzwi.
Tymczasem Tokaji podnosi się do pozycji siedzącej. Wlepia swoje puste czarne oczy w nieprzytomną dziewczynę, oczekując jakiejś reakcji oprócz majaków sennych. Po kilkunastu minutach podnosi się i przeciąga leniwie. Pstryka w kroplówkę, od razu przenosząc wzrok na Ichigo, jakby oczekiwał, że to coś da.
- Ichigo – wypowiada cicho jej imię, wpatrując się przy tym intensywnie w jej twarz. Jedyną reakcją jest obrócenie przez dziewczynę głowy, co jest tylko znakiem obecności mar sennych. Tokaji wkłada ręce do kieszeni spodni i stoi tak jeszcze kilka minut.
W końcu przeczesuje swoje czarne włosy i podirytowany kieruje spojrzenie na okno. Krople cieknął leniwie po szybie, nadając całemu otoczeniu ponurego nastroju. Cały dzień wygląda tak samo.
Tokaji pstryka jeszcze raz w kroplówkę. Ich ilość uświadamia go tylko o wielkiej utracie krwi przez jego towarzyszkę. Mimo, że jest przykryta kołdrą, wie że przez brzuch ciągnie się brzydka szrama.
- Co ja tu w ogóle robię? – mruczy do siebie. Patrzy się jeszcze raz na dziewczynę i od razu kręci głową.
Wzdycha i kieruje się w stronę drzwi. Bezwiednie obraca się w framudze by na nią jeszcze raz spojrzeć. Po ułamku sekundy klnie na siebie w myślach.
- Wariuję na stare lata. – mówi do siebie po cichu i lekko trzaska drzwiami od sali chorych.  
***
Spoglądam na niebo spowite czerwienią. Gwiazdy zniknęły, a pozostał jedynie księżyc, dający niepewne światło na zarośnięty, sosnowy las.
Opieram się o pień drzewa, dysząc ciężko. Przez senną wieczność czekałam na moment by się ukryć. Teraz siedzę kilkanaście metrów nad ziemią, chroniąc się między gęstymi gałęziami jakiejś strzelistej sosny. Spoglądam na swoje poharatane dłonie, nogi. Wzdycham i przeczesuję włosy palcami. Część opada na moje czoło.
- Niech to się wreszcie skończy – mruczę cicho.
- No to się obudź. – słyszę w odpowiedzi. Automatycznie zrywam się na równe nogi, nim zdążę pomyśleć o hałasie, który narobię oraz niestabilności gałęzi. Ledwo łapię równowagę, klnąc pod nosem. Obrzucam przybyłego nienawistnym spojrzeniem.
- No ej – jęczy – bo mnie jeszcze tym wzrokiem zamordujesz. Jeszcze raz – śmieje się. Obserwuję go jeszcze kilka sekund, po czym zajmuję wcześniejszą pozycję, starając się go ignorować. A Yo Ito stoi sobie na gałęzi sąsiedniego drzewa, opierając się nonszalancko o pień.
- Tak czy siak narobiłaś tyle rumoru, że to kwestia minut aż cię znajdą.
- Jak się zamkniesz to mnie nie znajdą. – warczę. – Czemu ty w ogóle nie usiłujesz mnie zamordować, co, Yo? – pytam. Haker wzrusza ramionami, a na oczy opadają mu kasztanowe włosy. Prawie słyszę jak pobrzękują jego kolczyki.
- Może wiem. A może nie wiem – uśmiecha się chytrze, ale nim zdążę rzucić w jego kierunku jakąś odzywkę, zauważamy ruch. – O już cię znaleźli. Szybcy są.
Rzucam hakerowi kolejne nienawistne spojrzenie i rozglądam się. Spomiędzy gęstwiny trudno cokolwiek dostrzec, nie mam więc pewności, że mnie zauważyli jednak wolę nie ryzykować. Zeskakuję płynnie na sam dół, zauważając kilka metrów od siebie grupę z Fubuki. Zrywam się w przeciwnym kierunku sekundę wcześniej niż przeciwnicy.
- Do zobaczenia, Ichigo! – krzyk Yo dociera do mnie jako szept. Wyczuwam w nim ironiczną nutę. – A! Nie skręcaj w lewo, bo tam kręcą się ci dilerzy!
Nie wierzę w to za bardzo, zważając na widoczność, jednak odbijam trochę w prawo, tak na wszelki wypadek.
Ichigo, myśl.
Skoro to jedna wielka psychiczna gra, to wszystko ma tu ukryty sens. Jasny las i ciemny las to odpowiednio Niebo i Piekło. Strumień to granica, sąd. Ludzie, którzy zginęli z mojej ręki usiłują mnie tu zabić. Oprócz tego cholernego hakera. Szlag by to. To nie ma sensu.
Nad moją głową przelatuje sztylet, wbijając się z brzdękiem w drzewo. Chociaż wiem, że to sen, wzdycham. Było blisko. Wolę się nie oglądać, by sprawdzić jak blisko są moi wrogowie. Fakt, że prawie celnie mnie trafiają mówi sam za siebie. Przyśpieszam na tyle ile mnie stać.
W pewnym momencie czuję kroplę na policzku, spływającą niczym łza. Nie muszę tego widzieć by wiedzieć, że to krew. Serce zabija mi mocniej.
To tylko sen, Ichigo.
Tylko sen.
Przedzieram się przez zarośla. Cały czas zaplątuję się o jakieś liany, brnąc przez wysokie krzaki. Postanawiam zaryzykować i sięgam jednej z niższych gałęzi. Podciągam się tak sprawnie jak umiem, mocując się z roślinnością. Od razu chwytam się kolejnej gałęzi. I kolejnej. I kolejnej.
Nie mogąc uwierzyć, że udaje mi się tak bezproblemowo wspinać, słyszę krzyki i trzaski. Przyśpieszam, mając duszę na ramieniu. Nie oglądaj się. Nie oglądaj się. To sen. Koszmar. Wydaję z siebie donośny krzyk, kiedy czyjaś ręka chwyta mnie za nogę. Któryś mężczyzna ciągnie mnie z potężną siłą. Zamykam oczy i uczepiam się z całych sił gałęzi. Nie muszę się patrzeć kto to by wiedzieć.
- Złaź stąd, mała. – niski głos James’a jest jakby wiadrem z lodowatą głową. Wiem, że długo nie wytrzymam tego siłowania się. Z facetem jest jeszcze grawitacja. Kto wymyślił to przyciąganie ziemskie?
Boże, o czym ja myślę? Mój fizyk powinien być dumny.
Otwieram oczy i spoglądam w dół. Widzę blask stali i szalone oczy James’a. Uspokajam oddech. Wymyśl coś. No już. Myśl!
Do głowy przychodzi mi tylko jedna myśl, będąca czystym wariactwem. Widzę kątem oka Yo. Stoi na sąsiednim drzewie i niezauważalnie kiwa głowę. Chociaż może mi się tylko wydawać, bo potrzebuję impulsu. Też kiwam głową, bardziej do siebie niż do niego.
Napinam mięśnie, zaciskam zęby. I odbijam się od drzewa. Spadam w dół.
Dopiero teraz zdaję sobie sprawę jak wysoko się wspięłam. Krzyki są jak za mgłą. Na sekundę przed tym jak uderzam o ziemię, zalewa mnie ciemność.
***
Otwieram gwałtownie oczy, serce wali mi jak oszalałe, a ja ledwo duszę krzyk. W pomieszczeniu szpitalnym jest ciemno, jednak rozróżniam poszczególne rzeczy. Znów widzę kroplówkę. Zaciskam oczy, usiłując sobie przypomnieć co się stało.
Wspomnienia pojawiają się nagle, powodując u mnie mdłości. Zrywam się do pozycji półleżącej, zatykając sobie usta dłonią. Czuję przeszywający ból na brzuchu, mieszający się z mdłościami. Zaciskam drugą dłoń w pięść i przełykam ślinę. Po chwili unoszę głowę, patrząc się buntowniczo.
Nim jednak zdążę wstać dostrzegam ruch na sąsiednim łóżku. Nie wiem kto to, ale kiedy postać zrywa się i podbiega do mojego posłania, po głowie chodzi mi tylko jedno imię.
Tsuneari.
- Ichigo, padło ci już całkowicie na mózg, co? – słyszę kpiący ton Tokajiego. Zamieram w bezruchu, nie mogąc pojąc dlaczego akurat on tu siedział. Spoglądam na godzinę. 22:30. Czemu ta menda nade mną czuwała.
- Wszyscy tak panikowali, że w takim kiepskim stanie jesteś, a tu proszę od razu na nogi chcesz wstawać.
- Zamknij się – warczę i stawiam stopy na ziemi. Tokaji zgrzyta zębami i dość niedelikatnie rzuca mną o łóżko.
- Ranni mają leżeć. – mówi tym swoim kpiącym tonem. Mierzymy się wzrokiem, a ja staram się walczyć z ćmiącym ból jaki rozlewa się po moim ciele z rany na brzuchu. Tokaji przykrywa mnie zamaszyście jakimś śmierdzącym kocem.
Odkrywam się i siadam. Czarnowłosy mierzy mnie wzrokiem, ale odpuszcza i kieruje się do drzwi. Niemal słyszę jakieś przekleństwa. Uśmiecham się jednym kącikiem. Spoglądam na niego już łagodniej.
- Dlaczego, ty…? – zaczynam, ale przerywa mi.
- Nie myśl o tym za dużo. Wcale nie mam tej fajnej strony jak bohaterowie z książek. Nie uważam cię za nikogo ważnego, Ichigo, nawet za towarzyszkę. Po prostu pretekst pilnowania aż się obudzisz był lepszy niż siedzenie na naradzie bojowej.
Jego słowa mnie szokują, jednak reakcje na nie zajmuje trzeźwe myślenie.
- Naradzie bojowej? –powtarzam. Czarnooki odwraca się, uśmiechając się w jakiś nieokreślony sposób.

- Mamy wojnę, Ichigo. – mówi, nadal z chytrym uśmieszkiem. Po chwili jednak jakby smutnieje. – Wojnę. – powtarza i wychodzi, zamykając cicho drzwi i zostawiając mnie samą w ciemności. 

13 czerwca 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 13 ~ Igranie ze Śmiercią

Rozdział 13

Igranie ze Śmiercią
~Fumiya Sotomura~
Metro zatrzymuje się gwałtownie, ze zgrzytem otwierając drzwi.  Mieszam się z tłumem ludzi, nie wyróżniając się niczym – może oprócz w miarę wysokiego wzrostu. Żadna z mijanych osób nie domyśliłaby się, że pod czarnym płaszczem przyczepiona jest katana.
Wysiadam, zatrzymując się prawie na środku, słysząc liczne wyzwiska pod moim kierunkiem. Patrzę się na nazwę przystanku. Shibuya. Sięgam do kieszeni płaszcza, obracając w palcach nieskasowany bilet. Znów udało się przejechać bez kanara.
No bo prawdziwi zabójcy na zlecenie nie mają aut. Oni jeżdżą metrem.
Uśmiecham się pod nosem, ruszając ku wyjściu. Słowa te wypowiedziane zostały szmat czasu temu przez Omitsu. Wszyscy odebrali je wybuchem śmiechu, żartując, że zostanie to naszą dewizą przewodnią, na co Omitsu zareagowała ‘’prawami autorskimi’’.
Omitsu.
Czuję ścisk w klatce, przypominając sobie jej przerażone, załzawione oczy, kiedy usiłowała przekonać mnie bym porzucił ten szaleńczy pomysł. W głowie słyszę jak przyjaciółka cicho wypowiada moje imię. Nie mogąc znieść tego obrazu, kręcę głową. 
Skręcam w stronę ciemniejszych ulic. Podupadające bary, dresy szukające zaczepki. Kilku nawet kieruje się w moją stronę, jednak dostrzegając moją twarz odsuwają się w cień. Staram się stłumić westchnienie. Zbyt długo dowodzę Kaminari by mnie nie rozpoznawali.
Stając przed smętnym biurowcem, zadaję sobie jeszcze ostatnie pytanie.
Czy ja nie zwariowałem?
Jednak jak na zawołanie przed oczami staje mi obraz Kuranosuke mordowanego przez obecnego szefa Jishinu. Arata, który nigdy nie wrócił z ‘pokojowych rozmów’ z tą organizacją, mimo że doskonale zdawał sobie sprawę, że to pułapka. I w końcu Shuuko leżąca w moich ramionach, z której powoli uchodzi życie, po przegranej walce z byłym członkiem Jishinu, James’em.
Nie zwariowałem.
Wchodzę pewnie do środka.
***
Kilkunastopiętrowy budynek, który jak i z zewnątrz, tak i w środku, podupada. Na sufitach widać zacieki, żarówki wydają z siebie ostatnie tchnienia, starając się oświetlić skrawki pokoi. Z jednej strony przypomina mi to Bazę Główną Kaminari, choć tu jest coś co przyprawia o dreszcze. Jakby z mrocznych kątów ktoś się patrzył, obserwował.
Moje kroki brzmią tępo i nadzwyczaj głośno, pomimo wysiłku by zachować względną ciszę. Mijając opustoszałą recepcję bez żywego ducha, daję sobie spokój z zakradaniem się do nich. Jeśli ktokolwiek jest w tej zatęchłej norze to niech wie kto przyszedł.
Naciskam przycisk windy, pokpiwając w duchu. Nie wierzę w sprawność windy, zważając na ledwo wystarczające oświetlenie i brak wody. Gdy już mam kierować się w stronę schodów, słyszę jęk metalu i głośny łomot otwierających się drzwi. Odwracam się, pogwizdując cicho z lekkim podziwem.
Lustruję wzrokiem wnętrze windy, a mój podziw powoli gaśnie. Ściany splamione krwią, mrugająca żarówka wisząca kilka centymetrów nad moją głową i brak jako takich drzwi nie napawa optymizmem.
Rozglądam się jeszcze przed wejściem, ale nie dostrzegam nikogo. Wzruszam ramionami i stawiam niepewne kroki w stronę windy. Kiedy nie słyszę złowieszczego trzaśnięcia, kieruję swój wzrok na przyciski. Wszystkie są porysowane, od części odchodzą strzałki z obraźliwą opisówką. Jedynie przy najwyższym, szesnastym, widnieje krótko i czytelnie ‘’SZEF’’. Naciskam. I czekam.
***
Winda zatrzymuje się z przeraźliwym piskiem. Krzywię się i wychodzę po środku niewielkiego pokoju, oszklonego ze wszystkich stron. Pomimo niedużej wielkości,  jest on elegancki i przestronny. Jakieś doniczkowe rośliny, biurko z w miarę dobrym komputerem, nieduże szafki z aktówkami. Mimowolnie wzdycham. Też bym chciał mieć biuro na własność.
Pomimo tego że dochodzi 13, zza burzowych chmur nie przebija się słońce. Ciemność sprawia, że w odczuciu jest późny wieczór. Patrzę przez liczne okna. Pośród tego budynku jest kilka mniejszych, równie zaniedbanych. I wszystkie należą do Jishinu.
- Chyba nie przyjechałeś tu oglądać widoczków, co? – słyszę kpiący ton należący do mężczyzny. Rzucam protekcjonalne spojrzenie w stronę faceta siedzącego za biurkiem.
Szef Jishin – Yasuaki Igarashi. Dla mnie nadal jest młodszym o 2 lata, 30-letnim gówniarzem. W tym wszystkim utwierdza mnie jego fryzura – włosy pofarbowane na oczojebny odcień niebieskiego i do tego w większym nieładzie niż Tsu. Jego lewe oko przecina paskudna szrama, prawe natomiast błyska odcieniem granatu.
- A czemu nie? – wzruszam ramionami. – Całkiem tu ładnie, jakbyś chciał wiedzieć. Chodź i otwórz oczy na świat. Aj, przepraszam. Oko. – uśmiecham się diabelnie. Mój uśmiech się rozszerza, kiedy Igarashi zaciska zęby i podnosi się z fotela. Zakłada ręce na plecach i patrzy się przez szybę.
- Śmiej się, śmiej. – rzuca w moją stronę z wyższością. – To jedyna pamiątka po białogłowej.
Na moment mrozi mi krew w żyłach. Napinam wszystkie mięśnie i jestem pewien, że rzucę się na niego. Zgrzytam zębami.
- Stul pysk – cedzę przez zaciśnięte szczęki. – Nie sztuka było pokonać Aratę w walce 15 na 1. I tak poległo was 6. – zwijam dłoń w pięść.
Uspokój się, do jasnej cholery. Nie daj się zaciągnąć w utarczki słowne.
Igarashi wzrusza jedynie ramiona, lekceważąc mój gniew. Nadal patrzy spokojnie przez okno. Wbijam wściekły wzrok w jego plecy, jednocześnie nakazując sobie spokój.
Wbrew pozorom, przede mną stoi 5-letni szef najbardziej upierdliwej organizacji w Japonii. Znany z ciętego języka i bezwzględności, nawet w kierunku własnych ludzi. Jeśli czyjaś śmierć będzie użyteczna to jest ona w porządku.  Właśnie dzięki takiemu nastawieniu zyskał swój przydomek. ‘’Żywa Śmierć’’.
Wzdrygam się z obrzydzenia. Na samą myśl o takim traktowaniu podwładnych robi mi się niedobrze. Mimo wszystko, każdy jest człowiekiem.
- Sam też taki kochany nie jesteś, Sotomura. – stwierdza cicho Igarashi, odgadując moje myśli. Rzucam w jego stronę mordercze spojrzenie. – No, przez te 3 lata… Ile swoich ludzi kazałeś zabić, co?
Zaciskam usta, powtarzając sobie po raz setny by nie wchodzić w utarczki słowne. Jednak na jego pytanie, przed oczami migają mi martwe, zakrwawione ciała, zmuszające bym się odezwał.
- Nie zabijam kompanów. – mówię nisko i groźnie. Igarashi podnosi jedną brew, czekając na dalszy ciąg moich ‘usprawiedliwień’. – Wszyscy, na których spadł wyrok śmierci, byli zdrajcami.
- A kto dał ci prawo wydawania wyroków na innych ludzi? – mężczyzna rzuca mi przeciągłe spojrzenie. Jego granatowe oczy pobłyskują w ciemności burzowych chmur.
- Sam sobie dałem – ucinam i odwzajemniam spojrzenie. Nie mam zamiaru ciągnąc tego tematu z nim. Akurat on nie ma najmniejszego prawa zadawać mi takich pytań.
Igarashi w końcu wzdycha i rozluźnia mięśnie. Jest ubrany tak jak większość ludzi z jego organizacji – workowaty T-shirt i podarte jeansy. Widząc płatnego zabójcę tak ubranego, istnieje 80% szans, że służy on Jishinowi.
- No więc, Sotomura… - krzyżuje ręce, poważniejąc momentalnie. Zdał sobie sprawę, że nie dam wyprowadzić się z równowagi. – Co cię sprowadza?
Patrzy się prosto w moje matowo-czarne oczy. To pytanie obijało mi się po głowie od dłuższego czasu, a sam obmyślałem tysiące odpowiedzi. Jednak teraz staje mi przed oczami zapłakana Omitsu. Otwieram usta by wypowiedzieć coś innego, ale gdy mrugam Omitsu zostaje zastąpiona swoją siostrą i Aratą. Zaciskam dłonie w pięści, podnosząc w buntowniczym geście głowę.
- Wojna. – mówię krótko, lecz w tym słowie kryje się o wiele więcej. Igarashiemu opadają ręce, a przez twarz przechodzi wyraz oszołomienia, zastąpiony w ułamku sekundy krzywym uśmieszkiem. – Wypowiadam wam wojnę, Jishin. – powtarzam złowieszczo i uśmiecham się z mordem w oczach.
Prostuję się i kieruję się w stronę wyjścia. Rzucam jeszcze ostrzegające spojrzenie mężczyźnie, którym mierzy mnie wściekłym wzrokiem.
- Chcesz wojny, Sotomura? To będziesz ją miał. – mówi tak cicho, że przechodzą mnie dreszcze. Kiedy słyszę pstryknięcie, automatycznie sięgam w kierunku pochwy z mieczem. Napinam wszystkie mięśnie.
Z windy wybiegają dwaj mężczyźni, na oko w moim wieku. Zatrzymują się w bojowej pozie kilka metrów przede mną, rzucając pytające spojrzenie w stronę swojego szefa. Igarashi za ten czas ponownie skrzyżował ręce, uśmiechając się kpiąco. Zaciskam dłoń na rękojeści ostrza. Mrużę oczy i przenoszę wzrok z jednego wroga na drugiego, starając się ocenić ich doświadczenie w walce. Po wyglądzie nie za bardzo ich kojarzę, więc raczej dołączyli nie dawniej jak 3 lata temu.  
- Zero litości. – cedzi Igarashi. – Wojna to wojna.
Na ostatnie słowo mężczyźni rzucają sobie krótkie, zdziwione spojrzenia. Od razu jednak ruszają w moim kierunku. Nim zdążą się zorientować wyciągam miecz i zataczam nim szeroki łuk. Blokuję na raz oba ciosy skierowane na moją klatkę. Uśmiecham się.
Jeśli Igarashi myśli, że tacy jak oni mi coś zrobią jest głupcem. Odpycham ich jedną ręką, od razu szykując się do kolejnego ciosu. Jeden z mężczyzn odchyla się, drugiego dosięgam i rozcinam mu brzuch na głębokość kilku milimetrów. Krzywię się niezadowolony. Wyszedłem z wprawy.
Z każdym kolejnym ciosem, zdaję sobie sprawę, że to kompletni amatorzy. Są również starsi przez co nie osiągnął tak wysokiego poziomu jak reszta. Zbędny balast. Marszczę brwi wściekły i rzucam wyzywające spojrzenie szefowi Jishinu.
- Nie zamierzasz walczyć tchórzu!? – wrzeszczę w jego kierunku. Odpowiada mi jedynie jego kpiący uśmiech. Rozszerzam oczy, zdawszy sobie sprawę z jego taktyki. ‘’Żywa Śmierć’’ jest gotowa poświęcić każdego, jednak nie tylko dla zabawy. On sam nie zamierza walczyć.
Rzucam spojrzenie po pokoju. Walka z nieokreśloną liczbą przeciwników nie jest zachęcająca. Moją uwagę przykuwa przewód kierujący się do niższych pięter innego budynku. Patrzę się po sobie i po przeciwnikach.
Brawo, Fumiya, oficjalnie zwariowałeś.
Biorę głęboki wdech i wbiegam pomiędzy dwóch mężczyzn. Cofają się zdziwieni, a w jeszcze większe osłupienie wpadają gdy nie czują żadnego ciosu. Igarashi obserwuje wszystko z chłodnym spokojem. Kiedy jednak nie hamuję przed oknem, rozszerza swoje granatowe oczy.
- Łapać go, idioci!!! – wrzeszczy i sam rusza w moim kierunku.
Dalej sypią się jakieś obelgi, które docierają do mnie jak zza ściany. W ułamku sekundy chowam broń do pochwy, wyciągając ją prawie jednocześnie ze szlufki.
W kolejnej sekundzie zakrywam twarz przedramionami, krzyżując je. Biorę głęboki wdech, odbijam się i zaciskam oczy.
Czuję ból w rękach, a w uszach dzwoni mi przeszywający dźwięk rozbijanego szkła. Otwieram szeroko oczy i rozkładam mimowolnie ręce, by zachować pion w bezwładnym locie. Rzucam krótkie spojrzenie w dół. Adrenalina zaczyna krążyć w moich żyłach, a ja zataczam łuk ręką, w której trzymam pokrowiec z mieczem. Zahaczam o przewód i przytrzymuję się drugą ręką.
Od razu nabieram prędkości, mknąc w dół. Za plecami słyszę okrzyki i obelgi. Jednak po chwili zagłuszone zostają przez prędkość. Pędzę w dół z zatrważającą szybkością z 16 piętra.
Po kilku sekundach, wydających się wiecznością widzę gdzie kończą się kable. Zostały podpięte to miejskich przewodów elektrycznych. Pełen adrenaliny napinam mięśnie i dosłownie 2 metry przed przewodami puszczam się i opadam na ziemię. Siła i prędkość załamują moje kolana i przykucam.
Prostuję się jednak od razu i odwracam. Nie widząc nikogo, puszczam się biegiem w stronę bezpieczniejszych okolic. Teraz tam gdzie jest Jishin, nie będzie ani trochę spokoju.

Rzucam okiem na obtarty pokrowiec. Zeskoczyłem z 16-tego piętra. O tym raczej nie będę wspominał Omitsu. 

10 maja 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 12 ~ Walka z czasem

Rozdział 12
Walka z czasem

Ciemność. To pierwsza rzecz jaką zauważam kiedy ponownie zaczynam kontaktować ze światem. Mam wrażenie jakbym dryfowała w pustce, nic nie odczuwając. Nie mogę drgnąć, otworzyć oczu, usłyszeć czegoś. Ogarnia mnie tak błogi spokój, że myślę, iż nie muszę nic robić. Wystarczy oddać się pustce. Zdaję sobie sprawę z wciąż rozchodzącego się po moim ciele zimna, które tamuje wszelki ból. Ból…
Przez pustkę przedziera się błysk klingi. Przypominam sobie wszystko. Zraniony prawy bok. Rozcięty policzek. Przecięte ramię. I długa szrama przez całą klatkę.
Serce łomocze mi jak szalone, a z umysłu zstępuje czarna pustka. Wspomnienia mojego życia atakują chmarami, tak jak kłębiaste fale rozbijające się o brzeg, porywając wszystko ze sobą z powrotem do morza. Do pustki.
Ładny domek niedaleko Parku Leśnego Higashitake, uśmiechnięci rodzice. Kolorowe ściany przedszkola. Długie, czarne warkoczyki Ami-chan. Mierzenie mundurka do podstawówki. Pierwsze wygrane zawody z pływactwa. Wycieczka do Hokkaido. Dołączenie do klubu koszykarskiego. Kolejne zawody. Skończenie szkoły podstawowej. Książki do gimnazjum.
Martwi rodzice. Bar w Ikebukuro. Katherine, Jiro, Aya. James. Wbiegający Tsuneari. Siedziba Kaminari. Treningi z Mako. Zabicie Yo Ito. Wyjazd Tsuneariego. Setagaya. Misja z zabiciem dilerów. Pościg Jishin. Walka.
Otwieram nagle oczy, pewna zobaczyć ostrze lśniące tuż nad moją głową. Do moich granatowych, jak nocne niebo oczu zakrada się zdziwienie. Wszystkie odgłosy są przytłumione, jakbym była pod wodą. Leżę na jakiejś jasnej, soczysto-zielonej trawie, a wokół mnie rosną drzewa, których gałązki lekko kołyszą się na wietrze. Głęboki błękit nieba aż hipnotyzuje, a promienie słońca przyjemnie ogrzewają. Nie czuję bólu.
Nie żyję?
- Ichigo – słyszę delikatny i czuły głos. Obracam głowę i widzę piękną dziewczynę. – Ichigo? – powtarza moje imię dźwięcznie. Chłonę jej rysy.
Długie, czekoladowe włosy opadają kaskadą na jeden bok, kiedy przechyla z gracją głowę. Ma lśniące zielenią oczy opatulone gęstymi rzęsami. Gładka, śniada cera bez jakiejkolwiek skazy. Od kobiety aż bije jasnością.
- Ichigo. – powtarza cały czas moje imię. Odwracam wzrok i zamykam oczy.  Czyli to tak wyglądają anioły, myślę. Już umarłam.
- Ichigo! – wykrzykuje anielica, kiedy tylko zamykam oczy. Ściska mnie za ramię, a przez moje ciało przetacza się fala bólu. Szok na nowo otwiera mi zmęczone oczy. Wszystkie dźwięki znowu do mnie dochodzą. Słyszę deszcz bębniący gdzieś koło mojej głowy, przejeżdżające samochody. Czuję zimno i przeszywający ból.
Otoczenie też się zmieniło. Teraz leżę na zimnej kostce brukowej, wokoło stoją mnie smutno-szare kamienice. A  nade mną pochyla się Ayako.
Zauważam, że ma łzy w oczach, jednak kiedy posyłam jej rozumne spojrzenie one znikają. Uśmiecha się krzepiąco i puszcza moje ramię.
- Ichigo – wymawia moje imię czule. Zaciska usta, choć drży jej podbródek. Jej warkocz cały się rozwalił, jest cała posiniaczona i mokra. – Ichigo – powtarza, a po jej policzku spływa pojedyncza łza. – Ichigo! – wykrzykuje cicho moje imię i rzuca się na mi na szyję. Z jej gardła wydobywa się łkanie, przerywane szczękaniem zębów. Jej słone, ciepłe łzy mieszają się z lodowatym, listopadowych deszczem. – Ichigo, Ichigo, Ichigo… - powtarza cały czas moje imię, coraz bardziej płacząc.
Trwamy tak przez dłuższą chwilę. Moje obrażenia pulsują nieprzyjemnie, ale nikłe ciepło jakie przekazuje mi Ayako wszystko rekompensuje. Mam ochotę się po prostu rozpłakać jak małe dziecko i wrócić do domu.
- Tak bardzo cię przepraszam… - mówi Ayako zdławionym głosem. – Nie powinnam… Nie… - odsuwa się i przeciera dłońmi zapłakane oczy. – Nie miałam prawa uciekać i cię tam zostawiać… To ja powinnam… - nie kończy i zasłania ręką usta. Wiem co chciała powiedzieć. ‘’To ja powinnam tam zostać’’
Chcę wyciągnąć rękę i poklepać ją po głowie, jednak nie mogę. Całe moje ciało drży od bólu i zimna, a najmniejszy ruch kosztuje mnie niewyobrażalnym wysiłkiem. Chcę jej powiedzieć dużo rzeczy: że to była moja decyzja, że to nie jej wina, że cieszę się z jej bezpieczeństwa. Że wszystko będzie dobrze. Jednak w mojej zaciśniętej krtani wydobywa się tylko jedno, pytające słowo:
- Żyję…? – wyduszam piskliwie. Ayako łapie mnie za zdrową dłoń i uśmiecha się blado. Jej oczy są bardziej szare niż zielone.
- Tak, Ichigo. – przytakuje, a w jej oczach lśnią znowu łzy. – Trójca za chwilę tu przyjdzie i wrócimy do domu. Do Kaminari. I wszystko będzie… - zaczyna coś gadać, bez ładu i składu zapewniając o różne rzeczy. Powoli coś mi świta. Ogarnia mnie zimno, wcale nie wynikające z temperatury. To bierze się z głębi serca. Przerywam przyjaciółce teoretyczny monolog.
- Nie przeżyję? – pytam zduszonym głosem. Dziewczyna ściska mnie za rękę, zamykając oczy i kręcąc głową. Nie wiem czy zaprzecza mojemu stwierdzeniu, czy usiłuje odgonić od siebie prawdę. Przełykam ślinę, zauważając, że drży mi podbródek.
- Ichigo – mówi Ayako, ale jej głos się załamuje. Bierze głęboki wdech, szukając słów. – Będzie dobrze. Musi być. – zapewnia cicho i chwyta moją dłoń drugą ręką.
- Nie mogę… zginąć. – mówię, jakbym zupełnie jej nie słyszała. – Zemsta. Moi rodzice… Muszę… ich… pomścić… - biorę krótkie urywane oddechy. Nie wiem czy po moich policzkach spływają łzy czy deszcz. Jest mi piekielnie zimno, a ból jest nie do zniesienia. – Nie mogę… - powtarzam, choć pragnę by wszystko to się skończyło. Każę sobie myśleć o zemście. Nie mogę tak po prostu zginąć.  
Słyszę jak ktoś wbiega w kałużę. Ayako się odwraca, a w jej oczach rozpala się płomyk nadziei. Wstaje i wykrzykuje imiona chłopaków. Macha zamaszyście ręką. Pośpiesza ich. Obraca się do mnie i posyła szczery uśmiech, który ma we mnie poruszyć nadzieję. Odpowiadam jednak na niego zamknięciem oczu, odpływając ponownie w pustkę.
***
Młody lekarz wchodzi do swojego gabinetu. Ściąga lekko zmoczoną od deszczu koszulę i zostając w czerwonym T-shircie, kieruje się zamknąć okno, przez które wdziera się deszcz i chłód. Wzdryga się lekko, kiedy dostrzega chłopaka rozciągniętego na kozetce. Nakrycie jest całe wymięte, a papier w paru miejsca naddarty. Będzie musiał to potem wymienić. Brązowowłosy rzuca mu zirytowane spojrzenie, starając nie pokazać po sobie zaskoczenia – mimo wszystko nie wyczuł wcześniej jego obecności.
- Jak nic ci nie jest, Tokaji, to wypad z gabinetu – rzuca, i ignorując czarnowłosego, siada do papierów leżących na biurku. – Urazy psychiki też zaliczam do ‘’nic nie bycia’’. – dodaje po chwili sarkastycznie. W odpowiedzi słyszy kpiące prychnięcie.
Ryutaro ignoruje młodszego kolegę, odwracając się ku dokumentom. Sięga po drogie pióro, stukając przy tym rytmicznie palcami po biurku. Spogląda na kartę. ‘’Seizo Suzuki’. Będzie musiał później sprawdzić jego opatrunki. Po kilku minutach pracy, czując cały czas na plecach czarne, przeszywające oczy chłopaka, odwraca się i mierzy go swoimi, brązowymi.
- Jak już zamierzasz tu leżeć to ściągaj buty. – kręci głową ze zrezygnowaniem, pozwalając by kilka brązowo-orzechowych kosmyków opadło mu na czoło. – Ale nie siedź za długo. Mogę mieć kogoś rannego…
- Będzie wojna, co nie? – czarnowłosy przerywa mu. Rzucają sobie przeciągłe spojrzenia. Ryutaro przez chwile dostrzega w bezdusznych oczach kolegi cień nadziei. Zastanawia się co odpowiedzieć. Nawet tak bezlitosna osoba jak Tokaji może bać się wojny. Wacha się czy nie udzielić nieprawdziwej odpowiedzi, jednak patrzy się na niego o sekundę za długo, a Tokaji sam domyśla się odpowiedzi.
- Czyli jednak… - mruczy do siebie. Podnosi się do pozycji siedzącej i przeciąga się, jakby nic go to nie ruszało. Ryutaro obserwuje jego luźne ruchy, starając wychwycić jakieś zdenerwowanie. Jednak kiedy Tokaji rzuca mu wyniosłe spojrzenie, mruży oczy z irytacją. Denerwuje go, że chłopak przyjął to tak spokojnie, nawet jeśli na nim samym też nie zrobiło to żadnego wrażenia. Czarnooki rozciąga usta w swoim typowym uśmiechu, przez który przechodzą ciarki po plecach.
- Będzie zabawa – prycha, uśmiechając się pod nosem. Ryutaro posyła mu pełne nienawiści spojrzenie. Już od długich lat daje mu wyraźne znaki co sądzi o jego sposobie bycia. Tokaji ignoruje spojrzenie i wstaje. Wsadza ręce w kieszenie jeansów i odwraca głowę w stronę starego kumpla, jakby oczekując odpowiedzi na jego wcześniejsze słowa. I owszem, lekarz już otwiera usta by pouczyć bezskutecznie czarnowłosego, ale niedaleko rozlega się krzyk.
- Ruszyć dupy, wy lenie patentowane! Co mnie obchodzi, że jesteście po misji i leje deszcz! Na salę treningową! Bez pytań! Ogłaszamy nieoficjalnie stan najwyższej gotowości!!!
Ryutaro i Tokaji rzucają sobie rozumne spojrzenie, po sekundzie wybuchając urywanym śmiechem, a po chwili cichnąc i poważniejąc.
- Najwyraźniej Adachi-san już się ogarnęła, panie psychologu – rzuca kpiąco Tokaji. – Jak myślisz da mi jakąś misję czy każe trenować?
- Jakbyś jej nie znał – odpiera tylko i odwraca się do papierów. – A teraz na serio wyjdź, bo będę mieć jakiegoś rannego nim skończę te…
- Dobra, dobra… - chłopak przerywa mu i kieruje się do drzwi. Garbi się, a ręce ma wciśnięte w kieszenie spodni – znak, że wszystko ma gdzieś i, i tak zrobi co chce. Otwiera teatralnie drzwi, a stając w progu, odwraca się, przypominając sobie jakąś ważną informację. – W ogóle w Setagayi jest jakaś akcja. No wiesz, tam z Ichigo i kurduplem. Posłali nawet Świętą Trójcę jako posiłki. – Ryutaro odwraca się gwałtownie w kierunku Tokajiego, z szeroko rozwartymi oczami. Kiedy czarnowłosy upewnia się, że zainteresował starszego kolegę, odwraca się ponownie i rzuca tylko: - To ja lecę.
Ryutaro zaciska dłonie w pięści, zrywając się na równe nogi. Cisną mu się różne przekleństwa na usta, jednak nie wymawia żadnego by nie dać Tokajiemu satysfakcji. Jest na niego wściekły za zatrzymanie tak ważnej informacji przez tak długi czas.
Od dłuższego czasu zastanawia się jaki tak naprawdę jest Tokaji. Tsuneari od samego początku nazywa go swoim przyjacielem, jednak Ryutaro nigdy mu do końca nie zaufał. Te bezduszne czarne oczy i okrutny uśmiech. To bezlitosne postępowanie, mordowanie z uśmiechem. Ta ignorancja, nieposzanowanie towarzyszy. Cała ta postawa ‘zimnego drania’ go odstrasza. Jeżeli to jest prawdziwy Tokaji.
Jego rozmyślania na temat starego znajomego przerywa szczęk otwieranych drzwi, w których staje w nich Taki, z zaciapanymi deszczem i krwią okularami, trzymając się za ramię. Przez palce cieknie strużka krwi. Wyraz twarzy lekarza od razu łagodnieje, a tamten irytujący koleś zostaje odsunięty na drugi plan. Uśmiecha się do przyjaciela z troską w oczach.
- Co jest, Hideyoshi? Coś poważniejszego?
- Nie, nie, nie… - chłopak grzecznie zaprzecza, kręcąc głową i rozburzając przy tym miodowe włosy. – Chcę byś tylko mi to odkaził.
Ryutaro kiwa ze zrozumieniem głową, sięgając po wodę utlenioną. Rzuca zmęczone spojrzenie dokumentom rozrzuconym na biurku. Raczej nie jest dane mu je dzisiaj wypełnić.
***
Ayako klęczy na mokrym chodniku ściskając rękę przyjaciółki leżącej na ziemi. Podbiegają do niej Meiji i Jun. Dziewczyna nawet nie zauważa braku trzeciego z nich, rzuca im tylko zrozpaczone spojrzenie. Mężczyźni patrzą się po sobie, kiwając po chwili głową. Koichi schyla się, biorąc czarnowłosą na ręce, a Meiji podaje jej rękę, ciągnąc ją na nogi.
Dziewczyna patrzy się swoimi szarozielonymi oczami na bezwładne ciało Ichigo. Czuje ból w klatce, a oczy zachodzą jej łzami. Bierze urywany oddech, wiedząc, że nie zdoła dłużej powstrzymać płaczu. Mimo że Meiji ściska ją z otuchą za ramię, z jej gardła wydobywa się szloch. Zakrywa oczy dłońmi.
Gdyby nie jej głupi pomysł, żeby znaleźć sobie misję Ichigo byłaby cała. Gdyby nie jej nieumiejętność walki na krótki dystans. Gdyby nie jej słabość. Gdyby nie jej tchórzostwo.
To moja wina. Powinnam była tam zostać. Jak w ogóle mogłam uciec? Nawet jeśli Ichigo mi kazała to jest to zdrada. Jestem gorsza nawet od Tokajiego. Ichigo umiera przeze mnie. To ja powinnam…
- Wcale nie powinnaś teraz się wykrwawiać, Ayako-chan – mówi cicho Meiji. Dziewczyna podnosi na niego wzrok pełen bólu i rozpaczy. Czarnowłosy uśmiecha się smutno i tarmosi w przyjacielskim geście jej włosy. – To była decyzja Ichigo. Nie obwiniaj się.
- Ale… Ale ona przeżyje, prawda? – pyta dziewczyna zdławionym głosem. Mężczyzna opuszcza powoli rękę z jej głowy, smutniejąc na chwilę. Kiedy jednak zauważa przerażone, szarozielone oczy zdobywa się na słaby uśmiech.
- Straciła dużo krwi, ale… - Meiji urywa jakby nie wiedząc co powiedzieć. Sam nie może się zdecydować czy pocieszać młodą przyjaciółkę, dodając otuchy również sobie, czy podejść do sytuacji w bardziej chłodny sposób.
Pomiędzy trójką zapada martwa cisza, przerywana od czasu przez przejeżdżający w oddali samochód. Deszcz nasila się.
Koichi zaciska zęby mocniej, patrząc się na dwójkę przyjaciół patrzących się w przestrzeń. Ciało Ichigo prawie w ogóle mu nie ciąży, jednak je czuje. Odczuwa nikłe ciepło, nierównomierny, cichy oddech. Rzuca im oburzone spojrzenie, nie mogąc znieść ich pesymizmu, czując jakby z każdym ich oddechem ulatywała nadzieja.
- Nigdy… - zaczyna, ale urywa. Czuje gulę w gardle, nie wiedząc czy sam wierzy w to co mówi. Ayako i Meiji posyłają mu pytające spojrzenie. Brązowowłosy ściska mocniej czarnowłosą. – Nigdy nie można stracić nadziei, bez względu jak beznadziejna jest sytuacja. Nawet jeśli nie ma najmniejszej szansy musi zostać nadzieja. Bo bez niej nie znajdzie się wyjścia.
Ponownie zapada cisza, a Meiji jakby chce coś powiedzieć. Przerywa im jednak pisk opon. Wszyscy kierują zdziwione spojrzenia w kierunku zakrętu, a kiedy czarna toyota ledwo wyrabia się, czarnowłosy wali się otwartą dłonią w czoło.
- Dlaczego od razu nie domyśliłem się o co mu chodzi, gdy mówił, że ‘’załatwi transport’’? – mruczy do siebie. Ku jemu zdziwieniu dziewczyna zaczyna się śmiać. Uśmiecha się pod nosem.
Samochód zatrzymuje się pół metra przed nimi, hamując bokiem. Osuwa się szyba, a zza niej wygląda wyszczerzona morda Juna. Niebieskie oczy blondyna świecą z ekscytacji. Meiji otwiera Koichiemu drzwi, pomagając mu usiąść wraz z nieprzytomną dziewczyną na kolanach. Kiedy Ayako okrąża auto by usadowić się po drugiej stronie, czarnowłosy szepcze do przyjaciela:
- Masz plusa za mądrą gadkę.
W odpowiedzi słyszy prychnięcie i Koichi pokazuje mu język. Mężczyzna siada obok kierowcy i mimo wszystko zapina pasy. Jun rusza spokojniej, ze względu na leżącą Ichigo.
- A tak w ogóle… - zaczyna dziewczyna, odrywając się od zaplatania ponownie warkocza z mokrych, ciemnoczekoladowych włosów. – Jun, skąd ty wytrzasnąłeś to auto?
- No właśnie skąd? – dorzuca jeszcze Koichi, przechylając głowę w taki sposób, że dłuższe, brązowe włosy opadają mu na policzki.
- Mnie tam zastanawia skąd ty masz prawo jazdy – mruczy z przekąsem Meiji. Jun bębni palcami po kierownicy, nie odrywając niebieskich oczu od drogi. Wydyma policzki, licząc, że uniknie odpowiedzi.
- Jun? – czarnowłosy wypowiada z naciskiem jego imię. Blondyn kręci z zrezygnowaniem głową.
- Nie mam prawa jazdy. – twarze pozostałych bledną. – Ale spokojnie, jest bardzo podobnie jak w GTA. A jeśli chodzi o auto… - Jun urywa, jednak wzdycha z rezygnacją czując na sobie natarczywy wzrok Ayako. – Auto pożyczyłem. – Widząc miny swoich przyjaciół, krzywi się. – Spokojnie, obiecuję, że oddam!
Koichi i Ayako patrzą się po sobie, wybuchając po chwili śmiechem. Meiji podpiera głowę na ręce, w duszy pytając się czemu musi współpracować z takimi idiotami. Jun mruczy coś pod nosem i dociska pedał gazu.
Po kilku minutach wjeżdżają na autostradę. Kierowca przyśpiesza prawie do 200km/h, nie zważając na światła, przechodniów czy inne auta. W innej sytuacji zjechaliby go za nieprzestrzeganie prawa i zwracanie na siebie zbytniej uwagi, ale teraz walczą z czasem.
Koichi patrzy się na twarz młodej przyjaciółki. Mimo że jest blada i we krwi, wygląda tak spokojnie, jakby spała. Czuje ukłucie niepewności w sercu. Zdusza je od razu, rzucając spojrzenie Ayako. Od czasu jego drobnej przemowy w jej oczach jest jedynie pewność i determinacja. Tak samo jak u innych. Wszyscy są pewni, że odratują Ichigo. Ona na pewno nie umrze.

Na pewno.