15 października 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 27 ~ Guess who's came back?

Rozdział 27

Guess, who’s came back?
      - No bez jaj! – zawołał Taki, podążając za moim wzrokiem. Zerwał się na równe nogi, chwytając sztylet w dłoń.
      Obkrwawione dłonie, trzymające się krawędzi sprawiły, że większość tłumu rozbiegła się w popłochu, wrzeszcząc. Po chwili dłoni chwyciły się kolejne ręce, podciągające się sprawnie. Kobieta płynnie wskoczyła na most, zjeżdżając po pionowej ścianie, zatrzymanej przez awarię. Kijuro również podciągnął się i z ciężkim jękiem stoczył się do Toshiyuki, od razu jednak się podniósł lekko krzywiąc.
      Obserwując zabójców, wiedziałam, że to nie był granat masowego rażenia. O ile to w ogóle można było nazwać granatem, a nie środkiem wybuchowym. Toshiyuki miała jedynie nadpalone końcówki włosów i oparzoną w kilku miejscach skórę, widoczną w wypalonych dziurach. Kijuro oberwał dużo bardziej, choć bardziej celowałam w fioletowowłosą. Skórę z przedramion miał całkowicie zdartą, krew spływała po nich na dłonie, część twarz była czarna, a ubranie nosiło wyraźnie skutki broni.
       Toshiyuki pomogła wstać towarzyszowi, pytając się o coś cały czas. Miałam wrażenie, że w jej oczach zabłysło zmartwienie. Po jej zachowaniu trudno było w to uwierzyć.
       - A ona co? – syknęłam. Taki wychylił się zza ściany obok mnie.
       - Mówiłem – ma zaburzenia osobowości. – przypomniał mi szeptem. – Dla niego zawsze jest kochającą narzeczoną.
       - Narzeczoną? – zagwizdałam. – No nieźle. Nie myślałam, że ci z Jishin znają pojęcie miłość. – rzuciłam sarkastycznie.
       - To wyjątek od reguły – prychnął chłopak. – Policja zaraz będzie. Zmywamy się?
       - Jeszcze się pytasz. Tylko musimy główną ulicą – to ślepy zaułek.
       - Cholera.
       - Dokładnie. Cholera. 
       Taki poprawił chwyt na rękojeści sztyletu, wychylając się jeszcze raz. Odczekał kilka sekund, a po jego minie widać było, że tak czy siak zorientują się, że uciekamy, nie ważne kiedy wybiegniemy, wstrzymał oddech i dał znak dłonią, wybiegając w tym samym momencie.
       Ludzie wydali zduszone okrzyki, gdy wpadliśmy w ich tłum. Nie przejmowaliśmy się, że upadają, mocno pchnięci lub grożą nam policją. Najważniejsze by jak najszybciej wybiec z ich zasięgu. Dalej niech zajmą się nimi gliny.
       Po kilku sekundach przeszył mnie dreszcz i poczułam na plecach jej wzrok.
       - I tak nie uciekniecie, dzieciaczki! – zawołała za nami słodkim głosikiem.
       - Szybciej! – syknął Taki, gdy za sobą usłyszeliśmy krzyki. Najwyraźniej kobieta zaczęła nas ścigać.
      Po kilku sekundach, podczas których adrenalina znów zakrążyła w moich żyłach, a serce ścisnął nagły niepokój, wiedziałam, że zabójczyni potraktuje nas na poważnie.
      Kopnięcie między łopatki pozbawiło mnie tchu, a ziemia usunęła się spod nóg. Opadłam z plaskiem na chodnik. Nie pozwoliłam sobie nawet na sekundę oszołomienia, obracając się od razu na plecy, by spojrzeć prosto na czubek ostrza Toshiyuki.
      Kobieta gwizdnęła.
      - ICHIGO!!! – wrzasnął Taki, hamując kilka metrów dalej, a śnieg nadał mu kilkumetrowy poślizg. – ŁAPY PRECZ OD NIEJ! – zawołał, rzucając się w naszym kierunku.
      Niestety został zablokowany przez Kijuro, z którym od razu zaczął wymieniać efektywne cięcia, że ich ostrza wyglądały tylko na rozmazane smugi, przecinające spokojnie powietrze. Patrzyłam się na nich ze strachem, modląc się by Taki nie tracił koncentracji.
      - Ej, ej! – zaśmiała się, dźgając mnie mieczem w policzek, chcąc zwrócić moją uwagę na nią. – O niego się nie martw, zdolny z niego chłopaczek, Ichigo-chan! – Uśmiechnęła się do mnie psychopatycznie, mrużąc oczy. Przełknęłam ślinę.
      Nie doceniliśmy jej. Przez cały ten czas tylko się z nami cackała. Nawet nie zdążyłam zorientować się kiedy wyprowadzała kopnięcie.
      Zacisnęłam dłonie w pięści i posłałam jej najgroźniejsze spojrzenie na jakie było mnie teraz stać.
      - Ojejku, jak strasznie! – zawołała jak mała dziewczynka. – Interesująca jesteś. – stwierdziła niższym, doroślejszym głosem. Kucnęła koło mnie, nadal trzymając przede mną miecz. Wsparłam się  na ramionach powoli, patrząc się cały czas w jej bezlitosne oczy.
      - Wiesz, jesteś teraz  w tarapatach. Mam cię na czubku ostrza, hihihi! – zaśmiała się ze swojego żartu. – Nie cierpię ludzi, którzy ranią Kijuro-kuna. Nienawidzę. Kiedy ich widzę, chcę by cierpieli sto razy bardziej niż on. – barwa jej głosu zmieniała się na coraz bardziej psychiczną, a źrenice zmniejszały się. – Chcę ich pociąć, posiekać, poćwiartować, zmiażdżyć, połamać. ZABIĆ. Hahahahahaha!!! – zaczęła się śmiać, całkowicie oddając się psychopatii.
       Wiedziałam, że mam niezłe kłopoty. Taki nie zdoła pokonać mężczyzny, ani tym bardziej mi pomóc. Kobieta nie pozwoli mi zginąć od razu, ten typ zabójcy musi jeszcze pomęczyć ofiarę.
       Jasny szlag.
       Nie dopełnię zemsty. Moja zemsta…
       - Szkoda, że trafiłaś akurat do Kaminari… - zaczęła jeszcze kobieta, przejeżdżając ostrzem powoli po mojej szyi. Nawet nie drgnęłam. – Zapowiadasz się obiecująco, tylko tam są same… - zaczęła z odrazą ale urwała gwałtownie.
      Zastygłam gdy w jej twarz wbiły się obcasy skórzanych kozaków, posyłając Toshiyuki, całkowicie oszołomioną, kilka metrów dalej.  
***
~Tokaji~
     Oszalałem całkowicie.
     Otworzyłem cicho regał w salonie w poszukiwaniu albumów. Większość zdjęć w tym domu pochodziła ze starszych lat, a żadne nie pasowało do tego czego szukałem. Odłożyłem piąty album.
     Zwariowałem. 
     Wspiąłem się po schodach, do sypialni. Zawahałem się przed samymi drzwiami, nie będąc pewny czy mam prawo tam wejść. W końcu potrząsnąłem głową, otwierając efektownie drzwi.
     Wszystko było pozostawione tak jak to zostawiła, a przedmioty pokrywała warstwa kurzu. Zastygłem na moment, zamykając oczy i nakazując sobie wziąć się w garść. Rozejrzałem się po pokoju, szukając zdjęć. Pstryknąłem palcami, gdy zauważyłem zdjęcie oprawione w ramkę.
      - No i jest – powiedziałem cicho, a mój głos zabrzmiał nienaturalnie głośno.   Ściągnąłem zdjęcie ze ściany, z zamiarem schowania go do plecaka, ale coś kazało mi zatrzymać się na sekundę. – Naprawdę zwariowałem.
     Przetarłem szkło dłonią, odsłaniając trójkę ludzi, tworzących niegdyś rodzinę. Stali na szczycie jakieś góry a za nimi rozciągał się piękny widok. Córka wdała się w ojca, wysoka, z prostym nosem i wydatnymi ustami. Jej włosy miały taki sam czarny odcień co włosy mężczyzny. Po matce odziedziczyła jedynie oczy – najpiękniejsze jakie widziałem.
     - Byłoby bardzo szkoda gdyby ich kolor nie przetrwał kolejnego pokolenia – szepnąłem, wpatrując się pusto w zdjęcie. W końcu potrząsnąłem głową, wrzucając je do plecaka.
     Skierowałem się do wyjścia, starając się nie myśleć co tutaj robię. Będąc przed drzwiami starannie ominąłem plamę zastygłej krwi na podłodze.
       Co ja w ogóle robię? Nie powinienem się tak cackać.
       Nie dla niej. Nie dla kogokolwiek.
       Wychodzę na zewnątrz, a zimny wiatr bezlitośnie smaga mi twarz. Przedzieram się przez zaspy, rozglądając się czy nikt mnie nie widzi czy obserwuje. Nawet gdy nie zauważam nikogo, nie rozluźniam się, usiłując znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie mojego postępowania.
        Dlaczego nie widzę w tym nic dziwnego? Dlaczego akurat chcę to zrobić dla niej? Dlaczego się denerwuję gdy myślę o jej reakcji?
        To nie ma sensu.
        Po cholerę w ogóle cokolwiek dla niej robię? Te rozmowy, patrole, treningi… Co sprawiło, że jest to dla mnie tak ważne i… naturalne.
        Wsiadam do tramwaju kierującego się do Senkawy. Opieram się o ścianę, chowając głowę w szalik, choć trochę próbując ogrzać sobie zamarznięty nos. Choć myśli kołaczą mi się po głowie, z przyzwyczajenia wyostrzam słuch, choć nie liczę na żadną konkretną informację.
         ‘’… wybuch w Taitou…’’
          Drgam na tą nazwę.  Prostuję się, starając nie dać po sobie poznać, że słucham ich rozmowy. Przy ostrzejszym zakręcie robię kilka nieznacznych kroków w stronę rozmawiających.
          - Kręcą tam pewnie jakiś film.
          - Tylko most został uszkodzony.
          - Ale dzieciaki były bardzo przekonujące.
          - Tak, tak. Film o młodocianych zabójcach, będzie…
          Zrywam się, gdy tramwaj staje i wręcz wypadam na tłum stojący przed wejściem. Nie przejmuję się warknięciami w moją stronę, rozglądając się chaotycznie, próbując namierzyć nazwę stacji. Widząc przyległą dzielnicę do Asakusy, przepycham się między tłumem.
          Na zewnątrz, mimo ludzi i zimna biegnę tak szybko jak tylko potrafię. Serce mam ściśnięte, przed oczami tylko czarne wizje, czuję niepokój i desperację, prawie zapomniane już przeze mnie uczucia. A w głowie mam tylko jedną, jedyną myśl.   Jedne, jedyne imię, które mógłbym już zawsze wypowiadać.
          Ichigo.
***
      Zamrugałam ze zdziwienia. Toshiyuki została wbita w ziemię kilka metrów dalej, a kobieta, która wyprowadzała atak opadła na nogi z gracją, odrzucając do tyłu długie, rude włosy. Nie byłam w stanie się ruszyć. Szok mnie sparaliżował.
      Nie słyszałam nawet jak do mnie krzyczą, zastygłam w tej samej pozycji. Moje imię obijało mi się o uszy, a ja wiedziałam, że  muszę się podnieść. Tylko coś trzymało mnie ziemi.
     Podbiegł do mnie Meiji. Złapał za ramiona, potrząsając mocno. Mówił cały czas, ale gdy spostrzegł, że praktycznie nie reaguję, podniósł mnie na nogi. Patrzyłam się  na niego ze zdziwieniem, usiłując zrozumieć choć słowo.
     ‘’Muszę iść pomóc Takiemu…’’
     - Taki – powtórzyłam imię przyjaciela. Wszystkie informacje rozjaśniły się, a mi prościej było myśleć. Obróciłam się gwałtownie w stronę walczącego przyjaciela. –   Taki!
     - No w końcu się ogarnęłaś! – prychnął Meiji. – Lecę zatrzymać Kijuro, a ty z Takim skombinujcie jakieś auto. – rzucił przez ramię, biegnąc w stronę walczących.
     Płynnie wbiegł między nich, zatrzymując cios bordowowłosego. Okularnik popatrzył się na niego zdziwiony, odskakując o krok do tyłu. Meiji rzucił mu coś przez ramię, a chłopak kiwnął głową, zostawiając zabójcę przyjacielowi.
     Kiedy do mnie biegł, rozłożyłam lekko ramiona, ale Taki wpadł na mnie z całym impetem. Objął mnie szybko i mocno.
     - Całe szczęście – mruknął, sapiąc ciężko.
     - Tak, też się cieszę, że jesteś cały – opowiedziałam, odsuwając go od siebie. – Ale nie mamy na razie czasu na ckliwe gadki.
    Przyjaciel kiwnął głową z determinacją, zrywając się do biegu. Podążyłam za nim, aż nie zatrzymał się gwałtownie przy jednym z aut. Oczy mu błysnęły, a lewy kącik ust powędrował do góry.
    - Ichigo, ile mamy jeszcze czasu? – zapytał, cały czas wpatrując się w auto.
    Obrzuciłam spojrzeniem Mako i Meijiego. Czarnowłosy wymieniał spokojne cięcia z Kijuro, jakby prowadzili luźną pogawędkę. Ich twarze były beznamiętne, ale czuć było ciężką aurę ich otaczającą. Z Mako było inaczej. Wraz z Toshiyuki tworzyły smugi ludzi i mieczy poruszając się w niezwalniających tańcu śmierci.
    Jednakże oboje wyglądali na pełnych sił i opanowanych.
     - Powinni wytrzymać jeszcze z 5 minut. – stwierdziłam. – Gorzej z policją.
     - Wystarczą 3 minuty – mruknął, majstrując przy zamku. – Daj znak jakby coś się działo. – dodał nim całkowicie zatopił się w pracy.
      Westchnęłam i oparłam się o maskę. Przeskakiwałam wzrokiem od jednej walki do drugiej. Wraz z każdą sekundą zabójcy zbliżali się do siebie. W końcu walczyli ramię w ramię, choć tempo Meijiego nie przyśpieszyło, a Mako nie zmalało.
       Zacisnęłam dłonie w pięści. Byłam wściekła na siebie.
       Jestem nadal za słaba. Muszę być silniejsza. Więcej. Więcej.
       Gdyby nie oni, leżałabym teraz w czerwonym śniegu, a moja zemsta nigdy by się nie dopełniła.
      A teraz mogę tylko patrzeć się na nich, licząc, że żadne nie popełni błędu i wyjdą cało z akcji ratunkowej.
      Nosz cholera.
~.~.~
      Meiji ciął spokojnie z lewej, a Kijuro odparował, wyprowadzając kolejny atak. Patrzyli się w swoje piwne oczy, w prawie identycznym odcieniu. Nie była to bardzo zacięta walka.
     - Jak widzę gracie na czas? – mruknął Kijuro.
     - A wy nie? – odpowiedział Meiji, uśmiechając się kpiąco.
     Kijuro się roześmiał, atakując trochę silniej, ale czarnowłosy ze znudzeniem zablokował cięcie. Żaden z nich nie chciał się rozkręcać, byleby tylko nie pokazać swoich umiejętności.
     - Widzę, że nie chce ci się walczyć – zauważył Kijuro.
     - Doskonale wiesz, że jeślibyśmy walczyli na poważnie, byłyby straty w cywilach. A mi naprawdę nie uśmiecha się dochodzenie śledcze przed świętami.
      - A kobiety jakoś mają to gdzieś. – zaśmiał się zabójca.
      Obaj spojrzeli na morderczynie, które ani na sekundę nie przestawały ciąć powietrze ostrzami. Twarz Toshiyuki wykrzywiał uśmiech furii, a Mako pozostała jak zwykle spokojna.
     - Zabić. Zabić. Zabić. Zabić. Zabić. – powtarzała cały czas fioletowo-włosa.
     - Mogłabyś łaskawie się zamknąć. To irytujące. – powiedziała lodowato Mako, czym rozjuszyła psychopatkę. Zaatakowała ze zdwojoną siłą.
      Mako błyskawicznie kucnęła, ostrze mignęło tuż nad jej głową, spróbowała kopnąć kobietę z pół obrotu, ale ona wybiła się wysoko, unikając uderzenia. Wzięła rozmach zza pleców, a rudowłosa zaparła się dwoma ostrzami przed sobą, hamując impet z jakim spadła na nią Toshiyuki. Siła posunęła kobiety trochę do tyłu. Mako odepchnęła ją, biorąc zamach i tnąc z dwóch stron jednocześnie, lecz przeciwniczka sparowała to z łatwością, ponawiając szybką wymianę ciosów.
      Meiji zaatakował rozproszonego stratega. Ten jednak miał wystarczająco szybką reakcję, by sparować cios. Uśmiechnął się kpiąco, tnąc błyskawicznie ze wszystkich stron po kolei.
      - Na serio zaatakowałeś mocniej? – zakpił. – Nie mieliśmy nie walczyć na poważnie. – zaśmiał się.
      - Jak się patrzę na poziom kobiet, głupio mi się robi. – syknął Meiji, wypadając do przodu. Kijuro musiał odskoczyć do tyłu by nie oberwać. Zagwizdał cicho, mrużąc groźnie oczy.
      Nim jednak zdołali rozkręcić się całkowicie, zastygli na dźwięk syren policyjnych. Zaprzestali walki, klnąc w tym samym momencie. Po chwili musieli odskoczyć, by uniknąć zderzenia z czarnym mercedesem, który wziął ostry zakręt kilka centymetrów od nich. Meiji wykrzyknął coś wesoło, podbiegając od strony kierowcy, ryjąc się na fotel. Mako podbiegła od drugiej strony, siadając z gracją.
 ~Ichigo~
     - Taki, ja kieruję, ty zawalidrogo! – powiedział Meiji, wyrzucając młodszego przyjaciela na tylne miejsca. Okularnik mruknął coś pod nosem, jednak zaśmiał się, chwytając się przednich siedzeń.
      - Meiji, ty umiesz kierować? – spytałam, widząc, że Mako zapina pasy. Ostatkiem świadomości zarejestrowałam szaleńczą jazdę Juna, podczas której zbudził by się nieboszczyk, a co dopiero zemdlała dziewczyna.
     - Teoretycznie – rzucił przez ramię wesoło. Wrzucił tylny bieg, zaczynając szybko wycofywać w tłum gapiów. Ludzie odskakiwali, krzycząc ze strachu.
    - Radzę zapiąć pasy – wtrąciła rudowłosa.
    - Mako! – wypowiedział jej imię z oburzeniem, ale twarz mu się śmiała. Gdy syrena policyjna nasiliła się, spoważniał. – Most jest nieprzejezdny, prawda?
    - No, na razie go nie opuścili, więc… - zaczęłam, ale Taki spojrzał na mnie jak na wariatkę. Znowu.
    - Nie działa, bo prawie go wysadziłaś. – zauważył, wytrzeszczając na mnie oczy zza szkieł. Nadal nie przeszła mu adrenalina, po spokojnym chłopaku nie było ani śladu.
      - Cicho! – uciszył nas Meiji, poprawiając lusterko. Wyglądało na to, że robił to z wprawą więc może się nie rozbijemy. Zapięłam szybko pas. – Czyli policja przyjedzie tylko z tej strony… - mruknął do siebie, uśmiechając się przebiegle. – Dobra, trzymać się mocno! Mam plan.
     Wrzucił na pierwszy bieg, startując z piskiem opon. Nowe auto szybko nabierało prędkości, tak że praktycznie wbiło mnie w fotel. Zagwizdałam cicho.
     - Oni nie zejdą z drogi – rzuciła beznamiętnie Mako.
     - Wiem. – odpowiedział ze stoickim spokojem Meiji. Spojrzałam przez przednią szybę. Rozszerzyłam oczy ze zdziwienia, widząc twardo stojąco Toshiyuki, kierującą jeden ze swoich sztyletów prosto na nasze rozpędzone auto. Opadłam na fotel, nie chcąc tego widzieć.
      Nie wiem dlaczego tak zareagowałam. Myślałam, że przywykłam do takiego widoku. Zwłaszcza, że ta psychopatka usiłowała mnie zabić. Tylko co innego walczyć na miecze, a kogoś rozjechać.
      W ostatniej sekundzie przed maskę wyskoczył Kijuro, który chwycił Toshiyuki w ramiona i wypchnął z toru naszego mercedesa. Spadli na śnieg kilka, a lusterko minęło ich o zaledwie 2cm. Krzyknęli coś w naszą stronę, ale na miejsce zdarzenia zajechały radiowozy i zabójcy uciekli w boczną uliczkę, praktycznie rozmywając się w powietrzu. 
      Opadłam na fotel, wypuszczając z ulgą powietrze. Spięłam się sekundę po tym, słysząc odgłos łamanych szlabanów. Zerwałam się, patrząc się z przerażeniem na Takiego. On również podzielał mój niepokój.
      - Ne, Ichigo… Ile ta przerwa ma? – zapytał Meiji, błyskając przebiegle piwnymi oczami. Nie zdejmował nogi z gazu.
     - Nie za późno na takie pytania? – rzuciła Mako, trochę zirytowanym głosem.
      - Jakieś 3 metry – odpowiedziałam, blednąc.
      - No to izi – zaśmiał się mężczyzna. Chwycił mocniej kierownicę,  kiedy wjechaliśmy pod podniesioną część mostu. – Trzymać się!
      - Stop, Meiji… - zaczął krzyczeć blondyn, ale gdy koła oderwały się od asfaltu, a uczucie nieważkości nas oszołomiło, urwał. Ścisnęłam fotel, gdy rzeka mignęła pod nami. Każdy ułamek sekundy wydawał się wiecznością.
      W końcu spadliśmy z hukiem na drugą stronę, a Meiji od razu wystartował ponownie, nie przejmując się odpadniętymi felgami i tylnym zderzakiem.
      - To nowy mercedes… - dokończył Taki, patrząc się z bólem na pozostawionymi częściami.
      Nie odetchnęłam z ulgą, nie wiedząc co dalej zamierza czarnowłosy.
      - Mako, jak policja?
     - Zawrócili.
     - Kurde.
     Przyśpieszył ponownie, wymuszając by wszyscy usuwali się nam z drogi. Przekroczył dozwoloną prędkość przynajmniej 2 razy. Bez problemu odjechaliśmy od miejsca zdarzenia – droga została zamknięta z powodu wybuchu.
      - Co wyście tam w ogóle robili? – zapytał Meiji po kilku chwilach, gdy wszyscy upewniliśmy się, że auto nie stanie w płomieniach.
      - Kupowaliśmy prezenty. – wytłumaczył Taki. – Szliśmy jak kulturalni ludzie, aż tu nagle ci z Jishin wydupili. A wy jako jedyni łaskawie odebraliście od nas. – jego głos ociekał wyrzutem.
      - A wy co tu robiliście? – spytałam, nachylając się do przodu.
      - Robiliśmy zakupy. Patrz, mamy indyka! – powiedział wesoło Meiji.
      - No, kiedyś to był indyk – zauważyła Mako, zaglądając do reklamówki. – Co dalej robimy? Namierzą nas jak tak po prostu się zatrzymamy i wysiądziemy.
      Zamilkliśmy, zastanawiając się nad dalszym planem.
      Po chwili mnie olśniło.
      - A gdybyśmy wysiedli, nie zatrzymując się? – rzuciłam. Meiji posłał mi błyszczące spojrzenie, na które odpowiedziałam uśmiechem.
      - Dobrze główkujesz.
      - I co, Meiji? Myślisz, że pozwolę ci tu tak zostać? – prychnęła Mako, posyłając mu wrogie spojrzenie. Meiji odpowiedział tym samym, bijąc się z nią wzrokiem.
      - Spokojnie, Mako… Tu jest autopilot. – powiedział czarnowłosy. Zielonooka odwróciła od niego głowę, otwierając okno.
      - Niech ci będzie. – prychnęła. – Nastaw go na zakład budowlany. Będzie mogło to uchodzić za wypadek. – poleciła, po czym wyszła jednym ruchem na dach.
       Meiji mamrotał coś pod nosem, klikając w nawigację auta. Wzruszyliśmy z Takim ramionami, starając powtórzyć czynność Mako. Kiedy już prawie byłam na dachu, coś do mnie dotarło.
       - Meiji, ale czy tam nie będzie ludzi? – zapytałam niepewnie.
       - Będą.
       - Więc nie możemy po prostu się o to rozbić!
       - Niby dlaczego nie? – Meiji nie rozumiał mojego rozumowania.
       - Przecież ci ludzie nic nie zrobili. Są niewinni!
       Zabójca spojrzał na mnie pusto, odwrócił głowę i podciągnął się na dach. Pokręciłam głową, również wchodząc na dach. Wiatr od razu rozburzył mi włosy. Taki przed chwilą zeskoczył, właśnie podnosił się z ziemi, Mako powoli do nas truchtała z bardzo, bardzo daleka.
      - Nie spodziewałem się, że akurat ty będziesz się o nich martwic. – mruknął. Posłałam mu mrożące spojrzenie. – Nie patrz się tak. Gdyby to była zwykła misja, nawet byś się nie zastanowiła. – jego głos był zimny, ale nawet nie drgnęłam. Mężczyzna odwrócił się, przygotowując się do skoku. – Różnica jest taka, że za misje dostajesz pieniądze, a tu stawką jest życie. A teraz skacz. – rzucił jeszcze, chwytając mnie za nadgarstek.
       Nie zdążyłam się nawet odbić, a gdy poczułam, że lecę zamachałam ze zdezorientowaniem nogami. Meiji puścił moją dłoń, a ja już całkowicie straciłam panowanie nad lotem. On wylądował trochę ciężko, ale nie stracił równowagi, ja natomiast uderzyłam z łoskotem w ziemię, przetaczając się kilka metrów i zatrzymując się z rozłożonymi ramionami na plecach.
       Całe życie mignęło mi przed oczami.
        Mako i Taki właśnie do nas podbiegali, gdy Meiji wyciągnął dłoń w moim kierunku, śmiejąc się. Uśmiechnęłam się niepewnie, nie wiedząc czy zdenerwował się na mnie za wcześniej. Jednak gdy żwawo podciągnął mnie do pionu, rozwiały się moje wątpliwości. To nadal był stary, dobry Meiji.
         - Dobra! – zawołał, gdy reszta do nas dobiegła. – Nikt nie jest połamany? – rzucił i nie czekawszy na odpowiedź, zakrzyknął: - Świetnie! A teraz ruchy, ruchy, ruchy! Im szybciej się zwiniemy tym lepiej!
        Zerwał się pierwszy do biegu, skręcając w ciemną uliczkę. Mako puściła nas przed siebie, a sama zamknęła nasz ‘orszak’. Zaledwie gdy skręciliśmy w głębszą uliczkę, za naszymi plecami mignęły radiowozy. Uśmiechnęliśmy się do siebie chytrze, lekko zwalniając. Teraz już o nic nie musimy się martwic.
***
        - Meiji, zatrzymaj się! – krzyknęła po kilku minutach Mako. Czarnowłosy zatrzymał się gwałtownie, a my na niego wpadliśmy
       - Co się stało? – wykrzyknął wściekle.
       - Jedzenie! Jak nic nie przywieziemy, to Omitsu nas zabije – rudowłosa miała idealnego poker face’a. Meiji popatrzył się na nią spode łba. W końcu głęboko westchnął.
       - No dobra. Niedaleko są jakieś supermarkety. – prychnął i skierował się w inną stronę. Po kilku minutach byliśmy pod jakąś dużą sieciówką.
     - Ja wejdę, a wy poczekajcie. – westchnął i wszedł do sklepu. – I jakby co to produkty najwyższej jakości, jasne? – zawołał do nas, nim automatyczne drzwi się zamknęły.
      Zaśmialiśmy się. Oparłam się o ścianę, a Taki przysiadł na stojaku na rowery. Dotknęłam swojego rozciętego policzka. Krew już przestała cieknąc, a ja dopiero teraz poczułam ból. Po sekundzie oberwałam plastrem od Mako.
      - Proszę. – powiedziała, gdy popatrzyłam się zdziwiona na opatrunek.
      - Dziękuje. – uśmiechnęłam się do dawnej mistrzyni. – W ogóle to miło cię widzieć, Anzai-sensei.
      - Ciebie również, Ichigo. – odpowiedziała kobieta. – I daruj już sobie to ‘sensei’. Już cię nie uczę. Nie muszę. – stwierdziła dumnie, choć jej twarz tego nie wyrażała. Rozszerzyłam uśmiech. Spędziłam z rudowłosą tyle godzin treningu, że rozróżniam bez problemu jej emocje.
       Oparła się obok mnie, patrząc się przed siebie. Westchnęłam, czekając. 
       Śnieg zaczynał coraz mocniej sypać, a temperatura spadała niżej i niżej. Z naszych ust wydobywały się wielkie obłoczki pary wodnej, które rozwiewał przenikający do szpiku kości lodowaty wiatr.
      Po kilku minutach, Mako drgnęła i podniosła głowę. Nie zwróciłam na to uwagi, rysując butem jakieś wzorki w śniegu. Kobieta jednak wyprostowała się. Spojrzałam na nią pytająco.
      - A ten tu skąd? – mruknęła do siebie.
      - Kto? – rzuciłam, zaglądając jej przez ramię. Rozszerzyłam oczy, gdy dostrzegłam pędzącego, czarnowłosego chłopaka. – Tokaji? – wyrwało mi się.
      Taki spojrzał najpierw przed siebie z konsternacją, potem na nas, a na końcu na zabójcę, który był już kilka metrów od nas. Jego oczy też się rozszerzyły, gdy ujrzał determinację na jego twarzy. Tokaji pędził prosto na nas, nawet nie zwalniając.
       - Toka… - zaczęłam, ale urwałam, gdy na mnie wpadł.
       Impet sprawił, że zrobiłam kilka kroków do tyłu. Chłopak objął mnie mocno ramionami, także moja twarz zatonęła w jego szaliku – był ode mnie dużo wyższy.   Usłyszałam koło ucha jego westchnienie ulgi. Stałam zdziwiona tak kilka chwil, a on w ogóle nawet nie chciał drgnąć.
      - Tokaji, coś się… - zaczęłam, ale gwałtownie mnie puścił, posyłając ten sam co zwykle chytry uśmieszek.
      - Nic takiego. Usłyszałem, że macie kłopoty, więc się zmartwiłem. – prychnął, podkreślając ‘usłyszałem’.  Odwrócił się do Takiego. – Ciebie też miło widzieć w całości. – rzucił. Kiwnął przy okazji głową do Mako i oparł się o ścianę, w znacznej odległości niż my.
      Popatrzyłam się po sobie z Takim, ale on tylko wzruszył ramionami, równie zdziwiony co ja. Jedynie Mako wydawała się obojętna. Jak zwykle.
      - Może mu się święta udzielają – szepnął. Zaśmiałam się krótko.
      - Mam wszystko! – zawołał Meiji, wychodząc ze sklepu. – O, Tokaji. Witaj. – powiedział tylko i skierował nas do metra.
      W metrze stałam między Takim, a Tokajim. Wszyscy milczeli w jego obecności, a atmosfera robiła się coraz gęstsza. Wbiłam ręce w kieszenie, chcąc jak najszybciej znaleźć się w ciepłej, świątecznej organizacji.
      Na naszej stacji, Taki powiedział, że pójdzie przodem i załagodzi choć trochę spór jaki wywoła się dostarczonymi przez nas informacjami. Popatrzyłam się za nim wzrokiem: ,,Ty parszywy zdrajco!’’, ale chłopak tylko pobiegł spokojnie przed siebie.   Przodem ruszyli także Mako i Meiji, idąc ramię w ramię. Popatrzyłam się po sobie z Tokajim, wzruszyłam ramionami i ruszyłam przed siebie.
       Organizacja znajdowała się jakieś 5 minut drogi od stacji. Między nami zapadła niezręczna cisza, którą nie wiedziałam jak przerwać. Tokaji wydawał się być wściekły, wbił zwinięte w pięści dłonie do kieszeni i uporczywie patrzył przed siebie. Przyzwyczajona do jego zachowań, starałam się go ignorować, wiedząc, że rozmowa teraz spowoduje konflikt.
       Jednak gdy minęliśmy bramę naszej organizacji, Tokaji zatrzymał mnie, chwytając za nadgarstek i obracając do siebie. Kątem oka zdążyła dostrzegałam niewielki tłumik przed wejściem do głównego budynku. Spojrzałam na niego pytająco. Popatrzył się prosto w moje oczy, po chwili odwracając wzrok.
      - O co ci chodzi? – prychnęłam, gdy milczał, nadal trzymając mój nadgarstek.
Odpowiedziało mi milczenie. Tupnęłam lekko, wyrywając ręką z uchwytu. Spojrzał na mnie z lekkim strachem, ponownie odwracając swoje głębokie, czarne oczy ode mnie. Miałam wrażenie, że w jego pustych tęczówkach coś lśni. Posłałam mu podirytowane spojrzenie. 
      - Tokaji… - zaczęłam, odwracając trochę głowę, zaciekawiona rozentuzjazmowanym tłumem.
      - Ichigo… - wypowiedział z wahaniem moje imię. Przerwał, przełknął ślinę, a gdy wyglądałam przed siebie, by dojrzeć powód zbiegowiska, podjął ponownie. – Posłuchaj… - i znowu urwał, gdy gwałtownie się odwróciłam.
      Serce zabiło mi mocniej, a usta samoistnie ułożyły się w szeroki uśmiech. Gdy między ludźmi dostrzegłam rozczochrane włosy, całą moją duszę ogarnął w końcu spokój. Całkowicie zignorowałam Tokajiego, zrywając się do biegu. Chłopak bezsilnie wyciągnął za mną dłoń.
      Trudno. Powie mi później.
      Przebiegłam odległość w kilku sekundach, rozpychając zgromadzonych. Chłopak najpierw spojrzał w moją stronę zdziwiony, potem gdy na niego wpadłam na jego twarzy pojawiło się przerażenie. Zachwiał się, ale ustał na nogach. Objęłam go mocno, wtulając twarz w jego ramię. Chłopak popatrzył się na mnie, uśmiechnął się szeroko i odwzajemnił uścisk.
      - Tsu! Okaeri! – powiedziałam. Mój głos od dawna nie wyrażał takiego szczęścia. Chłopak podniósł mnie i okręcił w powietrzu, śmiejąc się. 
     - Tadaima, Ichi! – odpowiedział, nadal mnie nie puszczając.
     Serce zamiast się uspokoić, że nic mu nie jest, skakało radośnie, a w środku rozlewało się przyjemne ciepło, współgrające z jego ciepłem, oddechem, ze wszystkim. Westchnęłam cicho, czując łzy wzbierające pod powiekami. Nie chciałam się jednak tak po prostu rozpłakać.
      - Dobrze cię mieć w całości z powrotem… - szepnęłam, a on przytulił mnie mocniej. Kiwnął kilka razy energicznie głową.
      Po chwili usłyszałam głośny płacz i poczułam ramiona na szyi. Ayako, w największej histerii, przytulała przyjaciela. Taki też do nas podszedł. Wszyscy wokół klepali Tsuneariego po plecach, śmiejąc się szczerze.
     Gdy tłum zaczął się powiększać, chłopak mnie puścił, uśmiechając się do mnie. Odpowiedziałam tym samym, ale poczułam, że coś wypala mi policzki i odwróciłam wzrok. Chłopak zrobił to samo, ale starał się zachować twarz wśród tłumu przyjaciół.
      Korzystając z chwili, przypomniawszy sobie o Tokajim, rozejrzałam się w poszukiwaniu przyjaciela. Byłam pewna, że też przyjdzie, widząc starego kumpla z powrotem w całości. Dojrzałam go jednak odwróconego do nas plecami, stojącego nadal przy bramie. Chciałam go zawołać, ale opuścił czarną czuprynę, walnął pięścią w bramę i po prostu sobie poszedł.
      Czułam, że w jakiś sposób to przeze mnie, ale nim zdążyłam za nim pobiec, Tsu klepnął mnie w ramię, wskazując głową wejście. Obok niego stali Ayako i Taki, reszta powoli wracała do wcześniejszych zajęć. Spojrzałam jeszcze w stronę, w którą pobiegł czarnowłosy.
      Dawno nie byłam aż tak rozdarta.

      W końcu nie dostrzegłam po nim ani śladu, więc ze śmiechem odwróciłam się do przyjaciół, pozwalając zaciągnąć się do środka. Serce szalało mi z radości, nie mogłam przestać się uśmiechać, więc nie zauważyłam ziarenka poczucia winy, które zostało zasiane, gdzieś w środku mnie.  

11 października 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 26 ~ Pokój zostaje naruszony

Rozdział 26

Pokój zostaje naruszony

      Kiedy wkroczyliśmy na główną ulicę Akihabary dochodziła ósma rano. Po dwukrotnym zwijaniu się z metra z powodu kanarów, trafiliśmy na miejsce.   Wiedziałam, że będzie dużo ludzi, jednak liczyłam na mniejszy tłum z powodu w miarę wczesnej godziny. Niestety, ludzie kłębili się wszędzie, pogrążeni w szale przedświątecznych zakupów, robionych na ostatnią chwilę.
        Nadal nie zapytałam Takiego dlaczego sam nie mógł pójść po ten prezent. Nawet nie wiedziałam, co on chce jej kupić. Pozwoliłam się prowadzić przyjacielowi, który wymijał każdego bez żadnych problemów. Najwyraźniej miał wprawę.
       Cicho gwizdnęłam, kiedy zobaczyłam szyld sklepu z biżuterią, do którego skierował kroki.
       - No nieźle. – zaśmiałam się.
       - Oj, zamknij się… - burknął w odpowiedzi, a czubki jego uszu się zaczerwieniły. Pacnęłam go przyjacielsko w plecy.
      Od razu skierował kroki w róg sklepu, doskonale wiedząc, gdzie znajduje się wybrany prezent, nawet pomimo zaparowanych szkieł. Kiedy doszliśmy do stoiska z kamieniami zodiakalnymi, zatrzymał się i przeczyścił szkła.
      - To ten malachit. – mruknął, unikając mojego wzroku. Jakby ta podpowiedź miała cokolwiek mi dać. Nie jestem geologiem, by rozróżniać kamienie.
      Mimo to kucnęłam, wodząc granatowymi oczyma po naszyjnikach. Zastanowiłam się przez chwilę, jaki znak zodiaku ma Ayako. Chyba Koziorożec. Nadal nic mi to nie dało.
      Taki westchnął cicho i przyklęknął koło mnie, biorąc w dłoń jeden z naszyjników. Obrócił go w palcach, jakby chciał sprawdzić, że to nie podróbka i wręczył delikatnie w dłonie. Przewiesiłam go swobodnie przez dłoń, by znajdował się w powietrzu. Oczy zabłysnęły mi gdy zobaczyłam malachit w całej okazałości. 
       Kamień nie był duży. Był raczej okrągły, z góry miał złotą zawieszkę, w kształcie liści. Wydawał się być jakimś cudownym owocem. Jego ciemnozielona barwa wręcz hipnotyzowała. Uśmiechnęłam się na myśl, jak Ayako może w nim pięknie wyglądać.
       - Malachit według astrologii oczyszcza i otwiera wszystkie czakry, przynosi równowagę oraz harmonię, dodaje siły i…. – tu zawahał się, znów się lekko czerwieniąc. Odwrócił wzrok i wymamrotał: - I otwiera serce na wielką miłość.
      Zagwizdałam.
      - Ichigo!
      - No co? – zaśmiałam się. – Chodziło mi tylko o to, że jesteś znawcą. O nic więcej.
      - Tsa, na pewno.
      Zaśmiałam się ponownie.
      - No więc?
      - Słucham? – chłopak nie zrozumiał o co mi chodziło.
      -  Dlaczego nie mogłeś sam go kupić? 
      - No wiesz… - zaczął. – Nie wiedziałem, czy to dobry pomysł, no i… tak głupio iść do jubilerskiego samemu…
       Parsknęłam, klepiąc go po ramieniu. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, zaciągnęłam go do kasy. Kiedy wręczał pieniądze kasjerce, popatrzył się na mnie z wdzięcznością. Wystawiłam kciuk do góry.
       Zapatrzyłam się w jedną z wystaw, a szczególnie w przypinkę. Wykonana cała ze srebra, wysadzana rubinami i białymi kryształami Swarovskiego. Przedstawiała soczysto-czerwoną truskawkę. Nim jednak zdążyłam sprawdzić jej cenę, usłyszałam koszt malachitu. Zakrztusiłam się śliną.
        - 9550 jenów poproszę.
        On albo zwariował, albo…
        No tak. Ta ‘robota’ jest bardzo dochodowa, gdy nie musisz utrzymywać rodziny jak Ayako.
        Ciekawe jak jest z rodziną Takiego. Czy jego rodzice żyją? Dlaczego akurat tutaj skończył? Jeśli żyją, pewnie pójdzie w święta do nich. W sumie prawie nic nie wiem o nim, a teoretycznie się przyjaźnimy. Nic o jego przeszłości, mieście, rodzicach…
        Wypadałoby odwiedzić rodziców w święta. 
        - Ichigo? – spytał delikatnie blondyn. – Coś się stało?
        - Nie, nic. 
        Mimo tych słów, czułam rozrywający ból w sercu. Goszczący zaraz obok nienawiści i zemsty.
***
        Zeszliśmy na trochę bardziej boczne ulice Taitou, gdzie ludzie nie chodzili wielkimi stadami, tylko spokojnie i pojedynczo. Otaczały nas starsze zabudowania i liczne, nastrojowe kawiarenki. Niedaleko nas znajdowała się rzeka, a w oddali widać było podnoszony most.
        - Ne, Taki… - zaczęłam trochę niepewnie.
        - Tak?
        - Dlaczego…? Nie, nie tak… Z jakiego powodu…? – język mi się plątał, bo nie wiedziałam za bardzo jak ubrać to w słowa. – Co cię łączy z Ayako?
        Chłopak rozszerzył swoje szare oczy szeroko, gwałtownie obracając głowę. Mimo to się uśmiechał. Czekałam kilka chwil by w końcu on sam mi odpowiedział, nie chcąc naciskać.
         - Wiesz… To długa historia… - zaczął, a ja już miałam mu powiedzieć, żeby się nie zmuszał, kiedy posłał mi ciepły uśmiech. – Ale powinienem ci ją opowiedzieć.
         Uśmiechnęłam się do niego zachęcająco, zamieniając się w słuch. Chłopak podjął swoją opowieść. Z każdą chwilą opowieści odczuwałam coraz większy ból przyjaciela, jak i wściekłość na jego rodziców. Choć Taki mówił o tym spokojnie i naturalnie, jakby opowiadał o zmarłej przed 5 laty rybką, jego oczy stały się przerażająco puste.
        Opowiadał wszystko ze szczegółami. Od jego starań, poprzez pracę rodziców, ich wymagania aż do relacji z Shou. Wszystko to wydawało się takie… przykre. Jakby całe jego życie było dla niego pozbawione sensu. Przypatrzyłam się wyrazowi twarzy. Śmiał się, cieszył się i uśmiechał. Ale to wcale nie znak, że uważa, że to życie jest lepsze.
         Kiedy skończył mówić o ratowaniu Shou i znalezieniu się w Kaminari, przystanął i zaczerpnął głęboko powietrza. Oparł się o barierkę, która oddzielała nas od rzeki. Od mostu dzieliło nas zaledwie kilkaset metrów, a wokół było pełno ślicznych kawiarenek. Jedna szczególnie zwróciła moją uwagę. Miała oszklony balkonik na piętrze, pomalowany na pastelowe kolory. Stanęłam koło przyjaciela, nie wiedząc co powiedzieć.
         - Przepraszam… Po prostu… Dość dawno to opowiadałem…
         - Nic nie szkodzi… - mruknęłam, krzyżując ręce na barierce i pochylając się do przodu. Zamknęłam oczy pod wpływem zimnego wiatru.
         - A w tym wszystkim Ayako… - podjął ponownie, ale urwał, nie wiedząc jak to wszystko wyrazić. – Ayako mnie uratowała. 
        Na początku nie widziałem w niej nic. Patrząc się na nią, będąc w głębokiej depresji, dostrzegałem tylko niską chłopczycę, o ostrym nosie, brzydkich oczach i krzywym warkoczu. Dopiero potem zrozumiałem, że to właśnie czyni ją tym kim jest.
        Nigdy się nie poddawała. Cały czas ciągała mnie wszędzie za sobą, chcąc choć trochę mnie rozweselić. Na treningi, na posiłki, na ogniska, na misje, na posiłki. I tak w kółko. Ona i Tsuneari. Ale bardziej ona.
        Nie cierpiałem jej wtedy. Nie mogłem zrozumieć dlaczego tak bardzo jej zależy, by utrzymać mnie przy życiu, gdy tak bardzo chciałem zniknąć. Nie pojmowałem jak cały czas się uśmiecha, mordując ludzi. Dlaczego nadal kocha rodziców, mimo, że to przez nich stała się płatnym mordercą.
        Nie pamiętam o co chodziło, gdy nastąpiło moje przebudzenie. Ayako coś po prostu powiedziała, reszta się roześmiała, a ja… delikatnie się uśmiechnąłem. Wszyscy wokół ucichli, a Ayako… rozpłakała się. Na początku sama tego nie spostrzegła, obcierając łzy wierzchem dłoni. Po chwili popłynęły kolejne, a ona rzuciła tekstem w stylu ,,Przepraszam, to ze… szczęścia…’’ czy coś. A mnie ścisnęło się serce, przez umysł przepłynęły wszystkie chwile z nią spędzone i roześmiałem się po raz pierwszy od długiego czasu. Objąłem ją, gdy zaczęła bardziej płakać, zrozumiawszy, że nie chcę bym to ja był powodem jej płaczu.
        W jakiś dziwny sposób stała się dla mnie najważniejsza…
         Przepraszam, gadam od rzeczy… - speszył się pod sam koniec.
         Patrzyłam się na niego uważnie, trawiąc znaczenie tych słów. To nie było zwykłe, młodzieńcze zauroczenie, tylko coś bardziej, dużo bardziej głębszego, opierającego się na potężnych fundamentach.
         - Ichigo? – wypowiedział moje imię niepewnie, oczekując reakcji, która nie nadchodziła.
        Uśmiechnęłam się do niego i nic nie mówiąc, zarzuciłam mu ręce na szyję i mocno przytuliłam. Na początku nie ogarnął co robię, potem delikatnie odwzajemnił mój uścisk. Odsunęłam się od niego, szczerząc radośnie.
        - Jesteś zarąbisty, Taki! – zaśmiałam się do niego, a on trzepnął mnie w ramię. – I dobierasz naszyjniki pod kolor oczu! – dodałam.
       - Oj, zamknij się – burknął, ale po chwili się roześmiał.
       Ruszyliśmy przed siebie.
***
       Para siedziała spokojnie w pastelowej kawiarence na obrzeżach dzielnicy Taitou. Lokal urządzony został bardzo przytulnie i jasno. Górne piętro zostało oszklone, łącznie z balkonem, więc klienci mogli spokojnie obserwować co działo się wokół.
        Kijuro obserwował narzeczoną, gdy pochłaniała zamówione świąteczne ciasto. Toshiyuki podniosła na niego wzrok, wyczuwszy jego spojrzenie i uśmiechnęła się ciepło, lekko się rumieniąc. Mężczyzna odwzajemnił jej uśmiech, popijając kawę. Gdy kobieta odwróciła od niego wzrok, spochmurniał.
        Doskonale wiedział, że te uśmiechy to tylko pozory. Za nimi kryła się psychopatyczna morderczyni, którą poszukiwało całe Tokio. Wystarczyło tylko by jej ciśnienie lekko wykroczyło poza normę, nie ważne czy przez zdenerwowanie, strach czy radość, budziła się jej mordercza osobowość.
        A tylko ja umiem ją uspokoić, pomyślał Kijuro, prychając pod nosem.
        Mężczyzna nie wiedział dlaczego ją kocha, dlaczego się z nią zaręczył. W czasach młodości strasznie go zafascynowała, a po tych wszystkich latach ciekawość przerodziła się w coś na kształt miłości.
        - Ne, ne, Kijuro-kun! – uśmiechnęła się do niego uroczo. – A ty co byś chciał na święta? – zapytała, szczerząc się. Na policzku miała kawałek ciasta, więc nachylił się i go ściągnął. – Mówię poważnie! – zaśmiała się.
       - Wiesz, że nie obchodzę świąt. – mruknął wymijająco.
       Toshiyuki nadyma policzki. 
       - No weź!
       - Toshiyuki… - jej imię zabrzmiało jak westchnienie, ale kiedy mężczyzna dostrzegł jej smutne oczy zmiękł. – Wystarczy mi, że będziesz ze mną.
       Kobieta rozszerzyła swoje błękitne oczy, jakby nie zrozumiawszy tych słów, po chwili pąsowiejąc i odwracając wzrok. Mamrotała coś pod nosem, ale delikatnie się uśmiechała. Kijuro wybuchł śmiechem, obserwując reakcję ukochanej.
       Toshiyuki wodziła wzrokiem po całym lokalu, usilnie unikając jego piwnych, ciepłych oczu. Kijuro uśmiechał się, mimo że wiedział, że to tylko pozory. Wystarczy chwila by ta urocza dziewczyna stała się maszyną do zabijania.
       Jej fioletowe włosy przykryły jej policzek gdy zapatrzyła się w ulicę. Jasne oczy śledziły każdego przechodnia, a zarumienienie powolutku ustępowało.
       Nagle skrytobójczyni zastygła, a jej twarz wróciła do pierwotnej barwy. Podniosła minimalnie głowę, uśmiech zmienił się na okrutny, a oczy, pozbawione jakiejkolwiek pozytywnej emocji, zabłysły z ekscytacji. Strateg od razu wiedział, że musiała coś zobaczyć.
       - Toshi… - zaczął delikatnie, nakrywając jej drobną dłoń swoją, ale kobieta mu przerwała.
      - Te dwa dzieciaki… Są z Kaminari, prawda? – zmieniła ton głosu na wyższy, przez co ciarki przeszły mu po plecach. Szybko prześledził tłum, a gdy dostrzegł chłopaka i dziewczynę, zastanawiał się przez chwilę. Blondyna od razu poznał jako starszego Hideyoshiego, a czarne włosy dziewczyny od razu podpasował do tej, z którą walczył Shigeo w Setagayi…
       - To Taki-kun, prawda? A ta obok niego to… Ichigo-chan? – spojrzała prosto na niego tymi błękitnymi oczami, przepełnionymi żądzą krwi, a on wiedział już, że jej nie powstrzyma.
      - Toshiyuki…
      - Ona zabiła naszych dilerów, wraz z ojczulkiem Shigeo. Ona zraniła bliźniaczków. Ona jest z Kaminari. – mamrotała pod nosem bardzo szybko, a na jej twarzy malowało się coraz większe szaleństwo. Nim Kijuro zdążył ścisnąć kojąco jej dłoń, zabójczyni zerwała się z miejsca. – Ona jest wrogiem.
       Odbiegła od stolika, czym zwróciła uwagę klientów. Skierowała się do balkonu, wskakując na czyjąś zastawę, odbiła się od niej, wprawiając wszystkich w osłupienie, chwyciła się barierki jedną ręką. Kobieta napięła wszystkie mięśnie, opierając ciężar ciała na ramieniu, a podnosząc nogi, z rozmachu rozbiła szkło i zeskoczyła z pierwszego piętra.
       Nim Kijuro zdążył zareagować, usłyszał pisk hamulców i dźwięk wyginanego metalu. Toshiyuki wylądowała na czyjeś masce. Oj, naprawa będzie dużo kosztować.
       - Wybacz, Sakiko! – krzyknął przez ramię do właścicielki i podążając tą samą drogą co narzeczona zeskoczył za nią.
      Wylądował bliżej, mniej efektownie. Kobieta stała jak bogini na wgniecionej masce samochodu, obserwując wszystkich ludzi wokół zastygłych – tych w oknach, na chodniku, w samochodach oraz na przejściu. Choć była odwrócona tyłem był pewny jak wygląda jej wzrok – bezlitosny, szukający ofiary. Zauważył skrytobójców z Kaminari szybciej – stali na wprost kobiety, zastygli w bezruchu, z wyrazem całkowitego szoku, ustępującego przerażeniu.
***
        Przechodziliśmy z Takim akurat przez skrzyżowanie, gdy pomyślałam, że jest zbyt spokojnie, nawet jak na czas zawieszenia broni. Na nikogo się nie natknęliśmy.
        I właśnie wtedy kątem oka dostrzegłam podjeżdżające bliżej auto, a po chwili donośny pisk opon zaledwie dwa metry ode mnie i ogłuszający dźwięk wyginanego metalu. Na początku nawet nie spojrzałam w tamtym kierunku jedynie rozszerzając oczy ze zdziwienia.
       Zatrzymałam się wpół kroku, Taki zaraz za mną. Zastygliśmy z resztą ludzi na przejściu. Podniosłam głowę, wiedząc, że nie zobaczę nic co mnie ucieszy. Z wyrazem głębokiego oszołomienia, dostrzegłam około dwudziestoletnią kobietę z fioletowymi lokami sięgającymi do klatki piersiowej, prostym nosem, kształtnymi ustami oraz lodowatymi jak śnieg błękitnymi oczami, dużo jaśniejszymi niż oczy Shigeo. Miała na sobie ciemnofioletową sukienkę, na to długi płaszcz oraz wysokie kozaki. Śledziła wzrokiem po tłumie, jakby kogoś szukała.
       Nie wiedziałam dlaczego tylko Taki wydaje się przerażony, choć w głębi serca po prostu nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli. Gdy tylko moje granatowe oczy spotkały się z jej błękitnymi wiedziałam, że chodzi o nas. Uśmiechnęła się okrutnie.
       - Jasna cholera! – wrzasnął Taki, gdy w dłoni kobiety błysnęło coś metalowego. Złapał mnie za rękaw płaszcza i mocno pociągnął, zmuszając do zrywu.
       - Co się…? – zaczęłam wrzeszczeć, ale Taki mnie zignorował.
       - Biegnij, do jasnej cholery! – krzyknął, puszczając mnie przed siebie. Obrócił się kilka razy do tyłu. Ja też nie mogłam się oprzeć by to zrobić.
       Kobieta zaśmiała się psychicznie i energicznie zeskoczyła z samochodu. W dłoniach trzymała dwa potężne sztylety, zakładane na palce. Szła w naszą stronę powoli, rozkoszując się każdą chwilą naszej paniki.
       - Kto to… - zaczęłam jeszcze raz, ale Taki znów mi przerwał.
       - Nie gadaj tylko biegnij! – wrzasnął wściekle. Wzdrygnęłam się na taki ton głosu. Blondyn zazwyczaj był bardzo spokojny i łagodny.
       Kim, do cholery, jest ta kobieta?
       Przebiegliśmy jakieś 200 metrów wyrabiając sobie dużą przewagę. Kobieta przyśpieszyła minimalnie kroku, cały czas zanosząc się śmiechem. Przyjaciel cały czas coś mruczał pod nosem, ale kiedy tylko spróbowałam choć odwrócić głowę, kazał mi nie zwalniać.
       Po jakieś minucie gdy most zwodzony był prawie w naszym zasięgu, dojrzeliśmy znak parkingu. Taki wydał cichy okrzyk, zrównując tempo biegu ze mną. Nigdy nie widziałam tak zaciętego wyrazu twarzy u niego. Gdy byliśmy koło skrętu na parking, złapał nagle za mój rękaw, ściągając nas w ułamku sekundy na teren parkingu.
       Spojrzałam pod nogi. Na śniegu odznaczały się liczne odcisku butów i opon. Nie możliwe by tamta kobieta ogarnęła którędy poszliśmy. Taki zaciągnął nas za niedużą ciężarówkę, w której przysypiał ochroniarz. Opadliśmy na śnieg, opierając się o nią, dysząc ciężko.
       - Kto to, kurna, jest? – wysapałam. Serce waliło mi strasznie szybko, nie tylko z biegu, ale też podenerwowania. Adrenalina jest wpompowana w moje żyły w zastraszającym tempie, a mój zew krwi buzuje cicho gdzieś na dnie umysłu.
       - Toshiyuki Karube… Z Jishinu… - rzuca Taki, wychyla się szybko i wraca, kiwając uspokajająco głowę. Jeszcze jej nie ma.
       - Dobra, mniejsza z tym. Co jest z nią nie tak…?
       - To psychopatka… - wysapał Taki, a ja parsknęłam. Zmroził mnie szarymi oczami. – I to nie jest metafora. Ona naprawdę jest psychiczna. Ma zaburzenia osobowości. Krótka chwila i… bum, masz maszynę zagłady.
        - Nie przesadzaj – szepnęłam wściekle, kiedy chłopak znowu się wychylił i uniósł dłoń, bym ściszyła głos. – Ona jest jedna, a nas jest dwoje. Przecież…
       - Zamknij się – syknął. – Czy ty, kurwa, nie rozumiesz? Jej szef się jej boi. Ona sama dałaby radę wymordować jakieś 20 osób na raz. NA RAZ. – warknął, a mnie przeszył dreszcz. Co gorsza nie poczułam strachu, ale podniecenie na myśl o walce z nią.
       - To co, do jasnej ciasnej, robimy? – spytałam, wyciągając sztylet z buta.
       - Ja odpalam jakiś ze stojących motorów. Ty odciągasz na chwilę Karube. ODCIĄGASZ, nie walczysz. Ja cię zgarniam i zmywamy się tak szybko jak damy radę. – wytłumaczył pobieżnie. Kiwnęłam głową. Nie było czasu na sprzeczki.
       Wstałam bezszelestnie, wychylając się lekko zza ciężarówki. Ścisnęłam lekko broń, gdy zobaczyłam zabójczynię przechadzającą się lekko kilka rzędów aut dalej. W przeciwnym kierunku były motory.
       Uspokój oddech. Napnij mięśnie. Myśl.
       - Ichigo. – Taki szepnął moje imię, kładąc dłoń na ramieniu. – Nie próbuj z nią walczyć. -  powiedział już spokojniej, wręcz z niepokojem.
       - Spokojnie, Taki. – uśmiechnęłam się pobieżnie. – W końcu trenowałam codziennie przez 4 miesiące po 8 godzin. Coś musiało to dać.
      - Ja wiem, że już teraz jesteś silna. Ale nie uśmiecha mi się twoja śmierć. Jasne? – rzucił mi wyzywające spojrzenie, a mnie mimowolnie przeszedł dreszcz. Odwróciłam wzrok.
      - Jasne. – mruknęłam.
      - Przepraszam, że to ty musisz ją odciągnąć ale… - zaczął jeszcze, lecz przerwałam mu.
      - Ale biegam szybciej. Już dobra. – powiedziałam, bardziej do siebie niż do niego. – No to idę.
       Zacisnęłam zęby. Moje tętno się uspokoiło, cały organizm przygotował się na starcie. Spojrzałam na przyjaciela. Teraz staliśmy się wspólnikami. Nie ważne co miało się stać, plan jest najważniejszy. Kiwnęłam głową na niego, a on dał mi znak.     Wzięłam głęboki oddech i wybiegłam.
       Toshiyuki nie usłyszała mnie od razu. Choć raczej powinnam powiedzieć: Nie odwróciła się od  razu. Zdążyłam przebiec jakieś 5 metrów, kiedy kobieta bardzo powoli i z wielką gracją zaczęła się obracać. Przeszył mnie dreszcz. Zachowywała się jak z horroru.
      Spojrzała na mnie z pewnym siebie uśmieszkiem, ale kiedy zza ciężarówki wybiegł Taki, błysnęła oczami, zaczynając biec w naszym kierunku. Poprawiłam automatycznie chwyt na sztylecie, kierując się prosto na nią. Serce mi się ścisnęło, gdy zobaczyłam szybkość z jaką porusza się kobieta.
      Muszę ją tylko odciągnąć.
      Potrząsnęłam głową, starając odgonić myśli. Zmrużyłam swoje granatowe oczy, tylko przyśpieszając i zapominając o wszystkim. Liczyła się tylko morderczyni przede mną. Nim zdążyłam się obejrzeć dzielił nas zaledwie metr, a sztylet spadał na mnie z zawrotną prędkością i chłodną precyzją. Kobieta na pewno nie robiła tego pierwszy raz.
      I na pewno nie ostatni. 
      W ostatnim momencie przypomniałam sobie jawny zakaz Takiego. Zacisnęłam zęby i przemknęłam się zwinnie obok niej, tuż pod ramieniem, które miało zadać cios. Nie wiem jakim cudem, ale Toshiyuki nawet nie zareagowała. Modliłam się, by rzuciła się w pogoń za mną, a nie na Takiego.
      - Interesujące! – zaśmiała się piskliwie, a ja usłyszałam coraz to szybsze plaśnięcia w śnieg. Czyli jednak pobiegła za mną. 
      Westchnęłam z ulgą, mimo że biegłam w przeciwną stronę niż znajdował się blondyn i jeśli się nie pośpieszy, zagonią mnie w drogę bez wyjścia. A wtedy czy tego chcę czy nie, będę musiała walczyć.
      Staram się utrzymywać najszybsze tempo na jakie mnie stać, biegnąc slalomem między autami. Nie mam stroju do bawienia się w skakanie przez maski samochodów. Kobieta biegnie jakieś dwa metry za mną. Ogarnia mnie wściekłość.
      Ona się tylko ze mną bawi.
      Buty ślizgały mi się na śniegu, a tylne ogrodzenie zbliżało się w niebezpiecznie szybkim tempie. W tyle nawet nie było słychać odpalanego silnika. Kiedy byłam niecałe 5 metrów od ogrodzenia, Toshiyuki zaczęła okrutnie chichotać, ale starałam się nie popadać w gniew, tylko zachować trzeźwość umysłu.
      Taki zdąży. Na pewno. Musi zdążyć.
      Dzielił mnie ostatni rząd aut, kiedy z dachu ciężarówki stojącej na wprost mnie zeskoczył mężczyzna.
      Na początku gwałtownie odskoczyłam do tylu. Kątem oka widziałam jak kobieta mnie dogania, a ziemia usuwa mi się spod stóp. Podeszwy kozaków nie znalazły oparcia na śliskim śniegu, a ja byłam zbyt zdziwiona by zachować równowagę.
      Wrzasnęłam z zaskoczenia, upadając na ziemię.
       Kobieta zatrzymała się obok mężczyzny, okrutny uśmiech wykrzywiał jej twarz. Mina faceta nic nie zdradzała. Bordowe włosy opadły mu na piwne oczy. Miał skórzaną kurtkę i czarne spodnie, a na nogach spoczywały trapery.
       Jasny szlag.
       Zerwałam się od razu na równe nogi. Mężczyzna zaatakował pierwszy. Jego długa katana skrzyżowała się z moim 25cm sztyletem. Broń szczęknęła żałośnie pod siłą ciosu. Sparowałam szybko, ale facet cofnął się, a Toshiyuki od razu rzuciła się do przodu. Sztylet w jej lewej ręce udało mi się zablokować, ale ten w prawej rozciął mi policzek.
       Jeśli sądzili, że mnie to zdezorientuje, pomylili się. Adrenalina zawrzała w moich żyłach. Zaatakowałam. Wymieniałam zręczne ciosy z kobietą.
       Ogarnął mnie całkowity spokój. Nic nie czułam, fizycznie i psychicznie. Tylko walka. Moje ciało poruszało się szybko, płynnie, a wyćwiczone ruchy idealnie zgrywały się z atakiem i obroną przeciwniczki. Trening przyniósł efekty.
       Niestety popełniłam jeden błąd, wynikający z braku doświadczenia. Siła i perfekcja cięć błękitnookiej kazały skupić się tylko na niej.  Spuściłam z oczu mężczyznę. Kiedy Toshiyuki podniosła zwycięsko broń do góry, w jej odbiciu, splamionym krwią z mojego policzka, ujrzałam błysk stali.
       Serce zabiło mi szybciej, wpadłam w otchłań wody. Wszystko działo się w zwolnionym tempie, a ja myślałam gorączkowo. Jeśli się teraz odwrócę, trafi mnie Toshiyuki, jeśli nie – on.
       Jest źle.
       Nie miałam czasu się zastanawiać. Sparowałam z trudem cios kobiety, starając się jakoś uchylić i przygotować na metal rozcinający moje plecy, ale usłyszałam tylko szczęk stali. Na twarz Toshiyuki wstąpiło zaskoczenie, które po chwili zastąpił psychiczny uśmiech.
       Odwróciłam się trochę do tyłu, starając nie spuszczać z oczu przeciwniczki. Taki siłował się z mężczyzną swoim małym sztyletem.
       - Taki!? – wyrwało mi się, ale krzyk zabrzmiał urywanie, kiedy parowałam szybkie pchnięcie fioletowo-włosej.
      - Uciekaj! – wrzasnął, zmniejszając siłę pchnięcia i odsuwając gwałtownie ostrze, powodując tym samym, że mężczyzna traci równowagę i spada prosto na mnie. Napinam mięśnie, gotowa do ucieczki.
      Tylko to byłoby zbyt proste.
      - Gomene, Kijuro! – woła Toshiyuki, a nim zdążę się zorientować za co przeprasza, jej but znajduje się kilka centymetrów ode mnie. Jej kopnięcie prosto w klatkę piersiową, wytrąca mi resztki powietrza i podrywa do góry. Łokiec faceta wbija mi się w plecy, gdy na niego spadam. Suniemy po śniegu kilka metrów, by zatrzymać się z głośnym stęknięciem.
      Taki stoi jak osłupiały, nie mogąc uwierzyć sile kobiety. Rzuca się na nią ze swoim krótkim sztyletem, parując ciosy nadchodzące z obu stron. Radzi sobie całkiem nieźle, ale nie wytrzyma zbyt długo.
      Zmuszam się do powolnego podniesienia się. Nie czuję połamanych żeber, ale przeciwnik na pewno jest połamany. Przy spadnięciu usłyszałam głuchy trzask.     Przechodzę w kucki, przyglądając się mu. Ręce i nogi mu drżą, stara się wziąć w garść i podnieść się. Sięgam dłonią do buta, a kiedy palce trafiają w pustkę, rozglądam się gwałtownie. Nasze ostrza leżą kilka metrów dalej.
      - Cholera. – syknęłam do siebie, obszukując mężczyznę. Muszę tutaj znaleźć jakąś broń. Jeśli się ruszę, kobieta zorientuje się. Dopiero w kieszeni kurtki natrafiam na coś okrągłego, co dotychczas widywałam tylko w filmach.
     - Może się przydać – stwierdzam, uśmiechając się złowieszczo. W mojej głowie zrodził się zarys szaleńczego planu. Ale na razie był to jedyny plan jaki mamy.
     Usłyszałam jak Taki wrzeszczy moje imię. Kobieta przerwała starcie z nim,  szarżując w moją stronę.
      - ZOSTAW GOOOO!!! – krzyczy obłąkańczo.
     Taki skręca w innym kierunku, pokazując na bramę wyjazdową. Kiwam głową, zrywając się do biegu. Chwytam swój sztylet, przygotowana na atak Toshiyuki, który nie nadszedł. Przed wybiegnięciem na ulicę, oglądam się jeszcze, by ujrzeć ją klęczącą obok Kijuro.
      - Otrząśnij się, Kijuro! – wrzeszczy, tarmosząc go za koszulę. Mężczyzna odkasłuje krwią i unosi kciuk do góry, że już lepiej. Kobieta zrywa się na równe nogi. – Zabiję. Zabiję. Zabiję. Zabiję. Zabiję. Zabiję. – zaczyna mamrotać w szaleńczym tempie, krzyżując na ułamek sekundy ze mną wzrok.
      Jej oczy są zasnute mgłą szalonej obsesji, usta wykrzywiają się w psychicznym, morderczym uśmiechu. Kobieta już całkowicie straciła kontrolę nad swoją psychiką. Zrywa się w naszym kierunku, ciągnąc za sobą faceta, który po kilku krokach odzyskuje siły.
      - Taki, przyśpiesz! – wrzeszczę, doganiając go w kilka sekund. Blondyn o nic nie pyta, przebierając szybciej nogami.
      - Przez most! – krzyczy zdawkowo, a ja potakuję.   
      Mijani przez nas ludzie najpierw są przez nas potrącani, po kilku sekundach ustępują nam drogi, zdziwieni sytuacją. Pewnie wygląda to jak scena z filmu akcji.
      Od mostu zwodzonego dzieli nas 150m. Auta stoją przy szlabanach, czekając na możliwość przejazdu. Światła z pomarańczowych zmieniły się na czerwone, a dwie połowy mostu drgnęły podnosząc się powoli, centymetr po centymetrze.
       - Cholera! – krzyknął Taki, oglądając się za siebie. – Depczą nam po piętach!
       - Mam plan! – wołałam do niego.
       - Boję się twoich planów! – blondyn wykrzesuje z siebie ostatnie reszki poczucia humoru. Zmrażam go wzrokiem. Chłopak wzdryga się.
       - Musimy tylko zwolnic tak by gdy wylądujemy po 2 stronie mostu, oni będą jeszcze w powietrzu. – tłumaczę, ale gdy zauważam, że towarzysz chce się jeszcze o coś zapytać, rzucam mu komórkę. – Dzwoń po kogoś!
       Czterooki tylko kręci głową, poprawia szkła i wybiera numery po kolei. Most jest już niebezpiecznie blisko. Tak samo jak nasi wrogowie.
       Nikt nie może odebrać. Dopiero gdy Taki, zirytowany już wszystkim, wybiera numer Meijiego, odzywa się przyjaciel.
       - Meiji!? – woła do słuchawki, gdy wbiegamy już na część mostu. – Całe szczęście!
       - Streszczaj się! – pośpieszam go, wyrywając się na przód. Płynnym susem przeskakuję szlaban, zbliżając się do prawie pionowej ściany. Za nami w budki kontrolnej wybiega wściekły mężczyzna.
      - Słuchaj, mamy problem! – tłumaczy zdawkowo. – Potrzebujemy wsparcia!
      - Taki, skacz! – drę się, chwytając go za nadgarstek i wybijając się z krawędzi.   Chłopak w zaskoczenia wypuszcza telefon, głośno klnąc. Będąc w powietrzu, kilka metrów nad lodowatą rzeką, machamy nogami i rękami by jak najdalej polecieć. Sięgam do kieszeni po zdobycz.
        - Żryjcie to! – wołałam do nich, gdy moje nogi dotykają ponownie asfaltu. Obracam się na brzuch, odrywam zawleczkę zębami i posyłam pocisk w powietrze, wysoko nad przeciwników. Zjeżdżam na sam dół mostu, kuląc się i zakrywając uszy.
        Po chwili ogłusza nas ostry wybuch granatu i wrzaski paniki, która nastąpiła sekundę po eksplozji.
***
~kilka minut wcześniej~
      Meiji i Mako stoją na dachu jednego z wieżowców znajdujących się w Taitou. Kobieta balansuje przy gzymsie, a mężczyzna patrzy się w horyzont.
       - Więc… - zaczyna rudowłosa. – Po cholerę mnie tu wyciągnąłeś? – jej głos jak zwykle był bezbarwny, a zielone oczy nie wyrażały niczego.
       - Mamy jeszcze chwilę czasu, a to jest najwyższy budynek w okręgu. Wiesz, taka wycieczka zapoznawcza. – śmieje się czarnowłosy, stając obok Mako.
       - Jak jedzenie na Wigilię się zamrozi, ty je będziesz odmrażał – ostrzegła spokojnie. Meiji parsknął śmiechem. – Nie żartuję.
       - Hai, hai – machnął ręką. – No, nie bądź taka. Spójrz – wykonał zamaszysty gest, obejmując całą dzielnicę. – Tam jest park Ueno, przed nami jest świątynia Asakusa, a tam dalej jest Akihabara…
       - Gdzie? – przerwała mu beznamiętnie. – Gdzie ta świątynia? Nie widzę jej.
      Meiji mimowolnie się uśmiechnął, objął ją ramieniem, lekko uginając kolana. Mimo iż mierzył 170cm, był niewiele od niej wyższy. Położył brodę na jej ramieniu, a kobieta nawet nie drgnęła. Patrzyła się zawzięcie przed siebie, lekko mrużąc zielone oczy. Meiji posmutniał na krótką chwilę, ale wyciągnął ramię przed siebie, dokładniej wskazując położenie świątyni.
       - O tam, tam… - mówił wesoło.
       - Widzę już. Dzięki. – stwierdziła Mako po kilku sekundach. – Możesz mnie już puścić.
       - Co? A, jasne… - czarnowłosy zawahał się, ale w końcu odsunął się od przyjaciółki. Odwrócił od niej twarz, która powoli pokrywała się czerwienią. – Mako…
      - Nic nie mów.
      - Mako...? Posłuchaj…
      - I tak wiem co chcesz powiedzieć. Moja odpowiedź nadal brzmi tak samo. – jej głos jest chłodny, a zielone oczy wbite w horyzont.
       - ‘’Mam to dobrze przemyśleć’’, co? – czarnowłosy parska śmiechem. Wbija poważne spojrzenie w rudowłosą, która odwraca twarz w jego kierunku, krzyżując z nim beznamiętne, zielone oczy. – Myślę o tym od 5 lat tak samo.
       - Meiji… - Mako wypowiada jego imię szeptem, smutno, wręcz ze zrezygnowaniem. Przerywa bitwę na spojrzenia, wbijając posmutniałe oczy w oddaloną o kilkadziesiąt metrów ziemię. – Posłucha… - zaczyna, gdy rozlega się dzwonek telefonu.
       - Cholera. – syknął Meiji, odbierając komórkę. – Słucham? – rzuca do słuchawki z wyrzutem. – Taki? – mężczyzna sztywnieje. Kobieta napina wszystkie mięśnie, gotowa do natychmiastowej reakcji. – Spokojnie, spokojnie! Co tam się dzieje? Jakie wsparcie? – Meiji pod wpływem wyczekującego wzroku towarzyszki przełącza telefon na głośnik. – Gdzie wy jesteście?
      W tle rozlega się okrzyk Ichigo: ,,SKACZ!’’,  po czym rozlega się siarczyste przekleństwo. Najpewniej wypadł mu telefon. Po jakiejś sekundzie, słychać trzask.
       - Co się…? – zaczyna Mako, ale głośny wybuch, przecznicę dalej, urywa jej zdanie w połowie. Nad mostem zwodzonym unosi chmura dymu.  Przyjaciele patrzą po sobie z przerażeniem. – To oni – stwierdza pusto Mako.
       Meiji jej przytakuje, oszołomiony eksplozją.
       - Przejmuję dowodzenie nad misją. – oznajmia spokojnie kobieta. Mężczyzna ocknął się i popatrzył się na nią pytająco. – Za mną.
       Cofnęła się o kilka kroków, wzięła rozbieg i wybiła się z gracją od gzymsu. Meiji nawet jakby nie chciał, rzucił się za nią w przepaść, na odsiecz przyjaciołom.   Przeskakiwali z jednego dachu na drugi, a on o nic nie pytając, obmyślał gorączkowo plan działania.
***
       Kiedy szok po wybuchu już minął, Taki popatrzył się na mnie jak na wariatkę.   Podniosłam się i otrzepałam ze śniegu, jak gdyby nigdy nic. Uśmiechnęłam się do niego. Jego szare oczy rozszerzyły się z szoku, a kąciki ust powędrowały do góry. Po sekundzie wybuchł histerycznym śmiechem.
       Zrobiłam krok do tyłu, wiedząc, że taka ekspresja u przyjaciela nie wróży nic dobrego. Chłopak ukrył twarz w dłoniach, zanosząc się śmiechem.
       - Czy ty wiesz co zrobiłaś!? – wydusił, na przemian chichocząc. Przeszły mnie ciarki. – Wiesz? – powtórzył, uspokajając się. Opuścił ramiona, a włosy zakryły mu oczy.
       - Wysadziłam ich w powietrze? – powiedziałam ostrożnie, nie wiedząc jak może zareagować. Jego szok był zrozumiały, choć mnie samej nawet nie to nie ruszyło. Nie czułam poczucia winy, przerażenia – niczego oprócz cienia satysfakcji, że plan zakończył się powodzeniem.
       - TAK! – wrzasnął na mnie. Wyciągnął do mnie dłonie, jakby chciał się rzucić na moją szyję i udusić. W końcu jednak zacisnął je w pięści, wsadził do kieszeni i wziął głęboki oddech. – Skąd ty w ogóle wytrzasnęłaś granat?
       - No ten… Kijuro miał… 
       - Nawet nie znałaś jego mocy rażenia! Mogłaś wysadzić nas w powietrze! Nie, gorzej! Mogłaś wysadzić cały most w powietrze!
       - Ale żyjemy… - zauważyłam, kładąc kojąco dłoń na jego ramieniu. – Choć, musimy się zmywać póki gliny nie przyjechały.
       Skierowaliśmy się w zaułek, wmieszając się z łatwością w tłum. Kiedy skryliśmy się w cieniu budynków, coś kazało mi spojrzeć za siebie.
        Zastygłam w bezruchu, w całkowitym przerażeniu. Końca mostu chwyciła się jedna okrwawiona dłoń. Po chwili druga.

       Miałam wrażenie, że serce na chwilę mi stanęło. 

3 października 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 25 ~ Spotkanie, które zmieni wszystko

Rozdział 25

Spotkanie, które zmieni wszystko

~ Tsuneari ~
         Delikatne, białe płatki śniegu wirowały w powietrzu przy najmniejszym podmuchu wiatru. Ludzie błądzili po ulicach z torbami pełnymi prezentów. Większość osób robiła zakupy świąteczne w te ostatnie dni, w ogóle nie myśląc o biednych ludziach, którzy muszą ich obsługiwać i sami też chcą by ich święta się udały.
         Westchnąłem, a z moich ust wydobył się obłoczek pary, świadczący o niskiej temperaturze. Przystanąłem na chwilę i wgapiłem się bezsensownie w jakąś sklepową wystawkę. Trafiło akurat na sklep elektroniczny.
         Za szybą stało kilka plazm w ‘’okazyjnych cenach’’. I tak bym nie dały tyle za telewizor. Te małe ‘pudła’ stojące w kilku pomieszczeniach w Kaminari są wystarczającą rozrywką, zwłaszcza gdy ogląda się jakiś film w dziesiątkę.
        Na każdym włączony był ten sam program – akurat leciały wiadomości. W rogu ekranu przewijały się pomniejsze informacje oraz data. 22 grudnia. Już jutro mogę w końcu wrócić do organizacji. W końcu.
        Misja, którą powierzył mi Fumiya na pierwszy rzut oka nie wydawała się aż tak wymagająca. Niestety sprawy zbyt się skomplikowały. No i zostałem zmuszony ukrywać się i błądzić po całym kraju od października do końca grudnia. A teraz wracam prosto w wojnę. Gdy Jishin dowie się o tym przekręcie, zaogni to tylko konflikt.
       No świetnie, po prostu świetnie.
       Ruszam spokojnym krokiem w stronę dworca kolejowego w Tateyamie. Od Kaminari dzieli mnie około 100km więc jeśli wezmę jakiś wczesny pociąg rano powinienem już być. A jak dobrze pójdzie wiadomość o moim powrocie się tak szybko nie rozejdzie. 
       Tylko idąc na ten cholerny dworzec oczywiście coś musiało pójść inaczej. Zdziwiłbym się gdyby poszło dobrze.
       Gdy po raz pierwszy mignęły mi miodowe włosy myślałem, że mi się przywidziało. W końcu może być wielu chłopaków o podobnych włosach, którzy np. ćwiczą kendo czy szermierkę. Niestety gdy się obrócił rozpoznałem bursztynowe oczy. W odległości zaledwie 10 metrów stał Satoru Ashida z Harikenu. I który najwyraźniej kogoś śledził.
       Długo się nie zastanawiając ruszyłem za nim. Mogła to być zwykła misja w innej prefekturze nic więcej. Tylko mój niezawodny instynkt podpowiadał mi co innego. Niestety.
      Satoru kluczył trochę, a ja nie mogłem podejść bliżej i zorientować się kogo on śledzi. A kierunek jaki obierał nic mi nie podpowiadał. A gdy zobaczyłem tabliczkę ‘’Szpital Psychiatryczny Tateyama’’ kompletnie zdezorientowałem się.
      Siedzę teraz na drzewie, a pode mną kręci się Satoru już od jakichś 20min. Jeśli on zgubił tego śledzonego to mnie szlag trafi. Parę razy myślałem nawet czy by nie zwinąć się stąd cichaczem i wracać w końcu do domu, ale ciekawość i przeczucia kazały mi zostać.
      - No, no… - rozległ się głos. Napiąłem wszystkie mięśnie i spojrzałem na dół.  
      Satoru już trzymał broń w dłoni. Czyli on tego nie mówił. Więc kto…?
      - Wiedziałem, że Hariken będzie mnie śledzić, bo macie duże kontakty, ale żeby też Kaminari? – głos należał do jakiegoś młodego chłopaka, niewiele ode mnie starszego. Może być w wieku Ryu.
      - O czym ty gadasz, Ryuji? – warknął Satoru.
      - Gratulacje, Ashida-kun. Sądziłem, że wiesz, że cię śledzą – prychnął ów Ryuji. – No dobra, młody, złaź z tego drzewa. – powiedział w kierunku drzewa, na którym siedziałem, a pod wpływem jego przeszywającego spojrzenia wzdrygnąłem się.
      No dobra, Tsu.
      Skup się. Skup się.
      Załatw to szybko i zmywaj się do Tokio.
      Ściskając broń w prawej dłoni, zeskoczyłem z drzewa. Z mojej gałęzi wybiłem się jeszcze wyżej więc trajektoria lotu się wydłużyła. Poczułem na sobie zdziwiony wzrok Satoru i chłodne, logiczne spojrzenie Ryujiego. Ugiąłem kolana, lekko lądując na ziemi, podpierając się zgrabnie lewą dłonią o ziemię. Odczekawszy sekundę podniosłem się energicznie, poprawiając niezauważenie chwyt na rękojeści.
      Jasnowłosy zrobił pół kroku do tyłu trzymając ostrze skierowane w moją stronę. Posłałem mu ostrzegawcze spojrzenie, napinając wszystkie mięśnie, gotowy do natychmiastowej reakcji. Ale dostrzegł to również nieznajomy, który zdążył zareagować szybciej.
      - No już, już, panowie, spokojnie. – zawołał, gestykulując uspokajająco rękoma. – Załatwmy to kulturalnie.
      Spojrzałem na niego po raz pierwszy. Miał dłuższe czarne włosy sięgające do ramion i przeszywające złote oczy, które przywiodły mi na myśl oczy pantery. Był jakieś pół głowy wyższy ode mnie, a usta wykrzywiał w uśmieszku. Dolna warga przebita była kolczykiem, na którym wygrawerowano jedno kanji – ziemia. Tsuchi.
       Pierwsza rzecz jaka mi się z tym skojarzyła to Jishin. Trzęsienie ziemi.
       Zakląłem cicho pod nosem.
       Na terenie jednego z największych szpitali psychiatrycznych dla morderców w Japonii naprzeciwko mnie stoją dwaj zabójcy – Satoru Ashida z Harikenu oraz Ryuji z Jishin. Trzej przedstawiciele nienawidzących się organizacji.
       W co ja się, do jasnej cholery, wpakowałem?
~ Ryuji Kuno ~
       Popatrzyłem się na moich prześladowców. Obaj byli ode mnie młodsi i byli z innych organizacji. Spodziewałem się śledzenia, jednak nie z dwóch stron. Satoru szło jeszcze jakoś wykiwać, ale Tsuneari… Z tego co słyszałem, z nim mogło być ciężej. Już na pierwszy rzut oka biło od niego pewnością siebie i kłopotami. Dużymi kłopotami.
      Na całe szczęście zabójcy potrzebowali kilkunastu sekund by się od siebie odsunąć, uspokoić i wbić we mnie wyczekujące, wściekłe spojrzenia. Ciekawe czy stworzyliby sojusz w razie mojego ataku? Ale wracając do sytuacji. Te cenne sekundy dały mi chwilę na zastanowienie się co powiedzieć.
      - No więc, Nakade Tsuneari-kun – zacząłem, uśmiechając jak najbardziej szczerze w stronę brązowowłosego. Popatrzył się na mnie spode łba, napinając mięśnie.
      Kurde. On to jednak nie zaczyna od dzisiaj bycia płatnym mordercą.
      - Nie poznaliśmy się jeszcze, nieprawdaż? – wiem, że ton mojego głosu był trochę zbyt przesłodzony, ale nim Tsuneari zdążył jakkolwiek na to zareagować, podjąłem ponownie. – Jestem Kuno Ryuji – oznajmiłem i wyciągnąłem do niego otwartą dłoń.
      Chłopak jednak rzucił mi mordercze spojrzenie i kiwnął głową.
      - Co tu robisz? – burknął.
      - Dostałem misję jakbyś nie zauważył. – zaśmiałem się. – I usiłuję ją w spokoju dokończyć, ale pewne osobniki mi przeszkadzają.
       - Dziwny jesteś – mruknął Satoru, który w końcu włączył się do naszej rozmowy. Spojrzałem na niego krótko, ale nie uznawałem go za zagrożenie. Podczas misji w Setagayi zebrałem o nim wystarczająco dużo informacji, by wiedzieć, że go pokonam.
       Jednak umiejętności Tsuneariego nadal pozostawały owiane tajemnicą. A krążący przydomek o tym dzieciaku wcale nie upewniał mnie, że jest słaby. Zjawa Tokio. To nie brzmi ani trochę dobrze.
       - Chciałbym to załatwić na czysto – powiedziałem. – Więc teraz sobie grzecznie zostawicie mnie w spokoju, a ja nie wspomnę o tym w raporcie.
       Chłopaki popatrzyli się po sobie z miną w stylu ,,co on pierdoli?’’ i wbili we mnie podejrzliwe spojrzenia. No tak. Jakbym nie był z Jishinu, nie uwierzyłbym, że jego członek może zaproponować pokojowe rozwiązanie.
       A Kaminari pokrzyżowanie moich planów wyszłoby na dobre.
       I nagle coś do mnie dotarło.
       Wszystkie Pioruny jakie widziałem od rozpoczęcia wojny noszą jeden typ munduru  - glany, moro i skórzana kurtka. Tylko, że on był w znoszonych adidasach, bluzie z kapturem i jeansach.   Czyli musiał nie wracać do bazy… A to wszystko łączy się z tą dziwną mylącą misją, na którą Sotomura kogoś posłał.
       Czyli to był Tsu.
       I chyba mu wyszło.
       Biedny Gihei. I tak go nie lubiłem.
       - No idźcie! – zawołałem.
       Nawet nie drgnęli. Położyli dłonie na rękojeściach mieczy, gotowi zaatakować. Oczywiście dałbym radę tak ich sprowokować by pozabijali się nawzajem ale nie było czasu. A walka byłaby zbyt głośna. Tachibana by usłyszał i się zmył z tego wariatkowa.
      - WON! – wrzasnąłem nagle, celując sztyletami idealnie w ich głowy. Tsuneari uchylił się jakby od niechcenia, dalej nie atakując. Ostrze rozcięło Satoru policzek. Wyciągnął już do połowy broń. Przybrałem nonszalancką, pewną siebie pozę i uśmiechnąłem się chytrze.
      - Nie radziłbym. Mam tam wsparcie – warknąłem, wskazując kciukiem za siebie w stronę psychiatryku. Tsuneari patrzył się prosto w moje oczy, szukając jakiegokolwiek zawahania.   Odpowiedziałem hardo na jego spojrzenie, uśmiechając się coraz szerzej i okrutniej.
      Na zniechęcenie Satoru to wystarczyło. Westchnął głęboko i schował miecz z donośnym ‘klik’. Wyprostował się i rzucił bezlitosne spojrzenie najpierw na mnie, potem na Pioruna. Skrzyżowałem dłonie na klatce.
      Zawsze działało.
     Śledź go. Jak będzie miał wsparcie, wycofaj się.
     Prawie byłem pewny, że tak brzmiały jego wytyczne.
     - No już, już – pomachałem odganiająco w ich kierunku. Jasnowłosy mruknął jeszcze coś pod nosem i zaczął powoli się wycofywać. Bałem się, że Tsu zaatakuje lecz on też, nie spuszczając ze mnie wzroku, wycofywał się do wyjścia. – Spokojnie, nic nie powiem. Ale wisicie mi przysługę! – zawołałem jeszcze za nimi.
      I skierowałem swoje kroki w stronę Szpitalu Psychiatrycznego Tateyama.
***
     Wyszedłem po jakiejś godzinie, a na drzewie przy wyjściu z terenu dojrzałem nienaturalne poruszanie się liści. Normalnie nie zwróciłbym na to uwagi, ale nie znając przeciwnika, doszukiwałem się go wszędzie. Stanąłem pod rozłożystym klombem, opierając dłoń na biodrze.
     - Wiesz, że możesz zejść, Tsuneari-kun? – zawołałem. – Ale nie musisz tak efektownie skakać. – dodałem po chwili.
      Wręcz poczułem jego wahanie, ale po kilku sekundach ześlizgnął się wzdłuż pnia. Stanął wyprostowany dumnie naprzeciwko mnie, mimo że dzieliło nas kilka dobrych centymetrów wzrostu i wiek.
      - Nie sądzisz, że mogę cię zaatakować? – rzuciłem, zaciekawiony jego nonszalancją.
      - Nie. – prychnął. – Gdybyś chciał to zrobić, rzuciłbyś we mnie sztyletem.
      Wybuchłem śmiechem, a on uśmiechnął się triumfalnie.
       Interesujące.
      W końcu jednak spoważniał i błysnął groźnie swoimi orzechowymi oczami.
       - Czego chcesz?
       - Nie mogę wprost ci powiedzieć, ale… - zawahałem się. – Ale gościu stąd – wskazałem psychiatryk. – wisiał Jishin przysługę. I właśnie byłem tam by uzgodnić jej spłatę. – wyjaśniłem cicho, szepcząc mu to prawie na ucho.
        Chłopak spojrzał na mnie ze zdezorientowaniem.
        - Czemu mi to mówisz…? – zaczął, ale zdążyłem już zniknąć.
***
        Kiedy po raz pierwszy otworzyłam oczy, promienie słońca przedzierały się przez przysłonięte okno, nadając mojej sypialni ciepłych barw. Przeciągnęłam się leniwie, przykrywając szczelniej kołdrą, nie zastanawiając się nawet gdzie jestem.
        Ale po chwili rozległo się ponowne pukanie do drzwi.
        Otworzyłam oczy, tym razem z trochę bardziej zezłoszczoną miną. Odkryłam się zamaszyście, zerkając na tykający cicho zegar. Wskazówka znajdowała się na siódemce. Westchnęłam.
        Z patrolu ściągnęli nas po 3 godzinach i od razu poszłam spać. Niestety tylko godzinę. Mam nadzieję, że to coś ważnego.
       Podchodzę do drzwi i nie sprawdzając w ogóle kto puka, otwieram je. Na moją twarz wstępuje zdziwienie, gdy widzę zawieszoną w powietrzu pięść, gotową do ponowienia pukania i lekko zdezorientowaną minę Takiego.
       - Coś się…? – zaczynam, ale przyjaciel zatyka mi usta dłonią.
       - Shhh! – syczy i zaciąga w głąb mieszkania. Nie opieram się za bardzo, choć zachowanie blondyna jest dość dziwne.
        Chłopak zamyka drzwi na klucz i patrzy przez otwór. Po kilku sekundach wzdycha z ulgą, a ja posyłam mu pytające spojrzenie. Taki uśmiecha się sztucznie, drga mu kącik ust. Cholera, co on wymyślił.
       - Co się stało? – ponawiam pytanie.
       - Mam do ciebie prośbę, Ichigo… - zaczyna niepewnie, trochę się jąkając.
       - Czy ona była tak ważna, żeby zrywać mnie tak gwałtownie ze snu po patrolu? – pytam się sarkastycznie, chcąc się trochę podroczyć.
       - No… w sumie… to… - blondyn się speszył. Ukrył oczy za oprawkami, mamrocząc coś pod nosem. Zrobiło mi się go żal, więc klepnęłam go przyjacielsko w plecy, zachęcając do rozmowy.
       Jednak on nadal coś mamrotał.     Westchnęłam z ulgą. Czyli raczej od tego nie ważą się losy świata. Czy coś w tym guście.
       - No więc? – zapytałam łagodnie.   Taki spojrzał na mnie, po czym się zaczerwienił. Teraz już kompletnie nie wiem o co mu chodzi.
        - Więc… Poszłabyś ze mną po prezent? – wydusił, coraz bardziej oblewając się rumieńcem. Wbił wzrok w podłogę, kręcąc stopą kręgi.
        - No okej… Na Wigilię, prawda? – dopytałam się. W słowie święta ukryłam dość dużą dawkę bólu. Nadal nie mogłam uwierzyć, że w Kaminari to świętują.
         - Yhym…
         - Dla kogo? – rzuciłam bezmyślnie. Nie doczekawszy się żadnej odpowiedzi, chciałam powtórzyć pytanie, ale spostrzegłam, że chłopak zrobił się czerwony niczym wino. Bingo. – Dla… Ayako? – domyśliłam się.
        Taki powoli kiwnął głową.   Roześmiałam się i przytuliłam go jednym ramieniem. Oznajmiłam by poczekał tutaj, a ja się ogarnę.
       - Jakby co, załatwiłem już pozwolenie na wyjście! – zawołał, gdy zniknęłam w swoim pokoju.
        Od razu zdecydowałam się na czarne rurki i czerwony sweter z golfem. Włosy jedynie przeczesałam, pozostawiając je swobodnie rozpuszczone. Wciągnęłam na nogi wysokie kozaki, których cholewka sięgała prawie po kolano, a na wierzch zarzuciłam ciemnobrązowy płaszcz. Chwyciłam jakieś pieniądze, upychając je w kieszeni.
         - Gotowa! – oznajmiłam radośnie, wkraczając do przedpokoju.   Sięgnęłam na wieszak, który mimo że był przeznaczony dla ubrań, wisiały na nim pochwy z mieczami. Wzięłam moją pierwszą broń – długą, jednoręczną katanę.
         - Nie musisz brać tego największego! – jęknął chłopak. – Przecież na koniec roku jest niepisany pokój. W święta i tak nikt nic nie robi.
         Popatrzyłam się na niego przez chwilę rozmytym wzrokiem i odrzuciłam broń. Zastanowiwszy się przez chwilę, wsunęłam 25-centymetrowe ostrze do prawego buta. Kiwnęłam głową na znak, że jestem gotowa.
         Wychodząc z organizacji zauważyłam, że w ‘stołówce’ jest kilkanaście kartonowych pudeł, ale jakoś nie zapytałam się o ich zawartość. Wyszliśmy niezauważeni z budynku, prosto na mroźną ulicę.
***
       Omitsu zastała mężczyznę pogrążonego w zadumie. Siedział na parapecie, nogi swobodnie zwisały, a głowa oparta była o szybę. Wlepił czarne oczy w otoczenie. Nawet nie zauważył, że weszła do biblioteki.     Kobieta uśmiechnęła się pod nosem i podeszła bliżej.
        Za oknem powoli wstawało słońce, a pośród opustoszałej okolicy wirowały płatki śniegu. Biały puch nadawał organizacji takiej… czystości i delikatności, której brakowało w ich codziennym życiu. Właśnie dlatego tak bardzo z Fumiyą kochali grudzień.
        Na biurku leżała sterta wypełnionych dokumentów. Najwyraźniej czarnowłosy uporał się z nimi przed świętami. I znowu nie spał całą noc.
         Omitsu usiadła obok niego na parapecie. Jednak mężczyzna ocknął się z zadumy dopiero gdy wcisnęła mu w dłoń kubek z gorącą herbatą.   Popatrzył się na nią pytająco, ale kobieta tylko podciągnęła kolana pod brodę i wbiła wzrok w okno.
          Milczeli, sącząc herbatę. We wszystkich budynkach, w piwnicy zainstalowane zostały ogromne, stare piece, które zapewniały względne ciepło w zimie, ale mimo to trzeba było chodzić w grubych swetrach. Z ust kobiety wydobywały się obłoczki pary, które osiadały na szybie, by zaraz zniknąć i odsłonić zimowy, śnieżny krajobraz.
         Fumiya patrzył się na brązowowłosą przez kilka minut, jednak nie doczekawszy się reakcji, wypuścił cicho powietrze i również wbił wzrok za okno.
          Odkąd wrócił, nie mieli tak naprawdę czasu by pobyć samemu. We dwoje. Od czasów gdy Shuuko i Arata zginęli często wymykali się gdziekolwiek, byleby tylko pogadać, podnieść się na duchu, czy powspominać ich. Stali się przez te 3 lata sobie bliżsi niż kiedykolwiek.
        Mężczyzna czuł, że musi coś powiedzieć. Jakoś ją przeprosić, mimo iż nie była na niego zła. Wiedział, że zranił ją dogłębnie swoim zachowaniem, odnawiając ból i pozwalając by umierała ze zmartwienia przez wiele godzin.
       Jednak to ona odezwała się pierwsza.
        - Dałeś pozwolenie na wyjście Ichigo i Takiego?
        Był zdziwiony, że akurat oto zapytała. Powiódł mimowolnie wzrokiem po terytorium i dojrzał dwie opatulone sylwetki najmłodszych podwładnych. Przedzierali się właśnie przez zaspy przy bramie wejściowej.
         - Tak… - potwierdził. – Taki musiał jeszcze kupić jakiś prezent.
         Na to wyjaśnienie kobieta kiwnęła głową i znowu zapadła między nimi cisza.
         Najgorsze, że go nie denerwowała. Często milczeli w swoim towarzystwie, pogrążając się w odmętach pamięci. Młodości. Gdy wszystko jeszcze było normalne. I chociaż wtedy byli tylko zwykłymi ludźmi, którymi nie poszczęściło się w życiu, chociaż tak naprawdę byli martwi, to chcieliby się cofnąć do początku. I poprowadzić życie inaczej.
       Wolałbym być martwy w normalnym świecie z nią, niż w pełni życia bez niej.
       Zacisnął zęby, gdy stanęła mu przed oczami.
       - Omitsu… - zaczął, ale mu przerwała.
       - To już 3,5 roku, prawda? – powiedziała cicho. Spojrzał na nią, ale jej ciemnobrązowe oczy nadal były wlepione w wirujące płatki śniegu. Nie wiedział co powiedzieć, całkowicie zbity z tropu.
       - Mija 3,5 roku od kiedy go zamordowano… - dopowiedziała cicho, zamykając oczy. Objęła kolana rękami i wzięła cichy, krótki wdech.
         - Omitsu… - powtórzył bezwiednie jej imię, tak naprawdę nie wiedząc co powiedzieć, by nie pogłębiać jej bólu.
        Miała rację. 23 czerwca, trzy lata wcześniej ich drugi dowódca, Arata Serizawa został zamordowany. Tylko po to by przeżyli. A potem, w sierpniu wybuchła wojna, w której jego poświęcenie praktycznie poszło na marne. 
         - Wiesz, Fumiya… Czasem zastanawiam się po co to wszystko. – zaczęła cicho. Milczał, nie wiedząc o co jej dokładnie chodzi. – Po co zaprzyjaźniamy się, zakochujemy, zakładamy rodziny… Tylko po to by cierpieć po ich stracie? By pogrążyć się w mroku, postradać rozum? Do samego końca żyć z nadzieją, że w końcu się umrze?
          - Omitsu… - wypowiedział jej imię w taki sposób, jakby chciał wszystko co nie da się powiedzieć, zawrzeć w tym słowie. Kobieta skrzyżowała z nim wzrok, przepełniony rozpaczą. – Myślę, że… że właśnie po to tworzymy więzy. By doświadczyć cierpienia i nauczyć się z nim żyć. Czy tego chcemy czy nie… ono zawsze będzie czekać za rogiem, gotowe odebrać nam wszystko. A my musimy stawić mu czoło i oswoić się z nim.
         Omitsu spojrzała na niego przeciągle, a w jej oczach pojawił się błysk. Po kilku sekundach kąciki jej ust drgnęły. Opuściła ręce i nogi, a usta wyszczerzyły się odkrywając zęby. Kobieta zaśmiała się cicho, po chwili wybuchając niekontrolowanym śmiechem.
        Całkowicie zdezorientowany, wstał i popatrzył się na nią niepewnie. Jej śmiech był jednak tak szczery, że sam zaczął się śmiać. Kobieta również wstała nadal zanosząc się śmiechem.
       - Co to miało być, co? – prawie płakała z rozbawienia. – Na sentymentalne teksty ci się zebrało? Ty co? Bohater mangi jesteś?
        - A ty nie lepsza! – wydusił, starając się opanować śmiech. – Ta dramaturgia jak z greckiej tragedii!
         Zanieśli się ponownie śmiechem, jednak cichszym i coraz bardziej blaknącym, aż w końcu całkowicie ucichli i spoważnieli. Omitsu skrzyżowała ręce i spojrzała prosto w jego oczy. W jej ciemnobrązowych ukryta była ulga, ale też i smutek.
       - Dziękuję, Fumiya… Lepiej mi teraz – powiedziała cicho.
       - Nie ma za co – odparł.
       W tym momencie drzwi otworzył Hiroki, który zmierzył dwójkę znudzonym spojrzeniem. Odłożył jakąś książkę na półkę i mruknął pod nosem:
        - Wariaci.
       A oni ponownie wybuchli niekontrolowanym śmiechem.