3 października 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 25 ~ Spotkanie, które zmieni wszystko

Rozdział 25

Spotkanie, które zmieni wszystko

~ Tsuneari ~
         Delikatne, białe płatki śniegu wirowały w powietrzu przy najmniejszym podmuchu wiatru. Ludzie błądzili po ulicach z torbami pełnymi prezentów. Większość osób robiła zakupy świąteczne w te ostatnie dni, w ogóle nie myśląc o biednych ludziach, którzy muszą ich obsługiwać i sami też chcą by ich święta się udały.
         Westchnąłem, a z moich ust wydobył się obłoczek pary, świadczący o niskiej temperaturze. Przystanąłem na chwilę i wgapiłem się bezsensownie w jakąś sklepową wystawkę. Trafiło akurat na sklep elektroniczny.
         Za szybą stało kilka plazm w ‘’okazyjnych cenach’’. I tak bym nie dały tyle za telewizor. Te małe ‘pudła’ stojące w kilku pomieszczeniach w Kaminari są wystarczającą rozrywką, zwłaszcza gdy ogląda się jakiś film w dziesiątkę.
        Na każdym włączony był ten sam program – akurat leciały wiadomości. W rogu ekranu przewijały się pomniejsze informacje oraz data. 22 grudnia. Już jutro mogę w końcu wrócić do organizacji. W końcu.
        Misja, którą powierzył mi Fumiya na pierwszy rzut oka nie wydawała się aż tak wymagająca. Niestety sprawy zbyt się skomplikowały. No i zostałem zmuszony ukrywać się i błądzić po całym kraju od października do końca grudnia. A teraz wracam prosto w wojnę. Gdy Jishin dowie się o tym przekręcie, zaogni to tylko konflikt.
       No świetnie, po prostu świetnie.
       Ruszam spokojnym krokiem w stronę dworca kolejowego w Tateyamie. Od Kaminari dzieli mnie około 100km więc jeśli wezmę jakiś wczesny pociąg rano powinienem już być. A jak dobrze pójdzie wiadomość o moim powrocie się tak szybko nie rozejdzie. 
       Tylko idąc na ten cholerny dworzec oczywiście coś musiało pójść inaczej. Zdziwiłbym się gdyby poszło dobrze.
       Gdy po raz pierwszy mignęły mi miodowe włosy myślałem, że mi się przywidziało. W końcu może być wielu chłopaków o podobnych włosach, którzy np. ćwiczą kendo czy szermierkę. Niestety gdy się obrócił rozpoznałem bursztynowe oczy. W odległości zaledwie 10 metrów stał Satoru Ashida z Harikenu. I który najwyraźniej kogoś śledził.
       Długo się nie zastanawiając ruszyłem za nim. Mogła to być zwykła misja w innej prefekturze nic więcej. Tylko mój niezawodny instynkt podpowiadał mi co innego. Niestety.
      Satoru kluczył trochę, a ja nie mogłem podejść bliżej i zorientować się kogo on śledzi. A kierunek jaki obierał nic mi nie podpowiadał. A gdy zobaczyłem tabliczkę ‘’Szpital Psychiatryczny Tateyama’’ kompletnie zdezorientowałem się.
      Siedzę teraz na drzewie, a pode mną kręci się Satoru już od jakichś 20min. Jeśli on zgubił tego śledzonego to mnie szlag trafi. Parę razy myślałem nawet czy by nie zwinąć się stąd cichaczem i wracać w końcu do domu, ale ciekawość i przeczucia kazały mi zostać.
      - No, no… - rozległ się głos. Napiąłem wszystkie mięśnie i spojrzałem na dół.  
      Satoru już trzymał broń w dłoni. Czyli on tego nie mówił. Więc kto…?
      - Wiedziałem, że Hariken będzie mnie śledzić, bo macie duże kontakty, ale żeby też Kaminari? – głos należał do jakiegoś młodego chłopaka, niewiele ode mnie starszego. Może być w wieku Ryu.
      - O czym ty gadasz, Ryuji? – warknął Satoru.
      - Gratulacje, Ashida-kun. Sądziłem, że wiesz, że cię śledzą – prychnął ów Ryuji. – No dobra, młody, złaź z tego drzewa. – powiedział w kierunku drzewa, na którym siedziałem, a pod wpływem jego przeszywającego spojrzenia wzdrygnąłem się.
      No dobra, Tsu.
      Skup się. Skup się.
      Załatw to szybko i zmywaj się do Tokio.
      Ściskając broń w prawej dłoni, zeskoczyłem z drzewa. Z mojej gałęzi wybiłem się jeszcze wyżej więc trajektoria lotu się wydłużyła. Poczułem na sobie zdziwiony wzrok Satoru i chłodne, logiczne spojrzenie Ryujiego. Ugiąłem kolana, lekko lądując na ziemi, podpierając się zgrabnie lewą dłonią o ziemię. Odczekawszy sekundę podniosłem się energicznie, poprawiając niezauważenie chwyt na rękojeści.
      Jasnowłosy zrobił pół kroku do tyłu trzymając ostrze skierowane w moją stronę. Posłałem mu ostrzegawcze spojrzenie, napinając wszystkie mięśnie, gotowy do natychmiastowej reakcji. Ale dostrzegł to również nieznajomy, który zdążył zareagować szybciej.
      - No już, już, panowie, spokojnie. – zawołał, gestykulując uspokajająco rękoma. – Załatwmy to kulturalnie.
      Spojrzałem na niego po raz pierwszy. Miał dłuższe czarne włosy sięgające do ramion i przeszywające złote oczy, które przywiodły mi na myśl oczy pantery. Był jakieś pół głowy wyższy ode mnie, a usta wykrzywiał w uśmieszku. Dolna warga przebita była kolczykiem, na którym wygrawerowano jedno kanji – ziemia. Tsuchi.
       Pierwsza rzecz jaka mi się z tym skojarzyła to Jishin. Trzęsienie ziemi.
       Zakląłem cicho pod nosem.
       Na terenie jednego z największych szpitali psychiatrycznych dla morderców w Japonii naprzeciwko mnie stoją dwaj zabójcy – Satoru Ashida z Harikenu oraz Ryuji z Jishin. Trzej przedstawiciele nienawidzących się organizacji.
       W co ja się, do jasnej cholery, wpakowałem?
~ Ryuji Kuno ~
       Popatrzyłem się na moich prześladowców. Obaj byli ode mnie młodsi i byli z innych organizacji. Spodziewałem się śledzenia, jednak nie z dwóch stron. Satoru szło jeszcze jakoś wykiwać, ale Tsuneari… Z tego co słyszałem, z nim mogło być ciężej. Już na pierwszy rzut oka biło od niego pewnością siebie i kłopotami. Dużymi kłopotami.
      Na całe szczęście zabójcy potrzebowali kilkunastu sekund by się od siebie odsunąć, uspokoić i wbić we mnie wyczekujące, wściekłe spojrzenia. Ciekawe czy stworzyliby sojusz w razie mojego ataku? Ale wracając do sytuacji. Te cenne sekundy dały mi chwilę na zastanowienie się co powiedzieć.
      - No więc, Nakade Tsuneari-kun – zacząłem, uśmiechając jak najbardziej szczerze w stronę brązowowłosego. Popatrzył się na mnie spode łba, napinając mięśnie.
      Kurde. On to jednak nie zaczyna od dzisiaj bycia płatnym mordercą.
      - Nie poznaliśmy się jeszcze, nieprawdaż? – wiem, że ton mojego głosu był trochę zbyt przesłodzony, ale nim Tsuneari zdążył jakkolwiek na to zareagować, podjąłem ponownie. – Jestem Kuno Ryuji – oznajmiłem i wyciągnąłem do niego otwartą dłoń.
      Chłopak jednak rzucił mi mordercze spojrzenie i kiwnął głową.
      - Co tu robisz? – burknął.
      - Dostałem misję jakbyś nie zauważył. – zaśmiałem się. – I usiłuję ją w spokoju dokończyć, ale pewne osobniki mi przeszkadzają.
       - Dziwny jesteś – mruknął Satoru, który w końcu włączył się do naszej rozmowy. Spojrzałem na niego krótko, ale nie uznawałem go za zagrożenie. Podczas misji w Setagayi zebrałem o nim wystarczająco dużo informacji, by wiedzieć, że go pokonam.
       Jednak umiejętności Tsuneariego nadal pozostawały owiane tajemnicą. A krążący przydomek o tym dzieciaku wcale nie upewniał mnie, że jest słaby. Zjawa Tokio. To nie brzmi ani trochę dobrze.
       - Chciałbym to załatwić na czysto – powiedziałem. – Więc teraz sobie grzecznie zostawicie mnie w spokoju, a ja nie wspomnę o tym w raporcie.
       Chłopaki popatrzyli się po sobie z miną w stylu ,,co on pierdoli?’’ i wbili we mnie podejrzliwe spojrzenia. No tak. Jakbym nie był z Jishinu, nie uwierzyłbym, że jego członek może zaproponować pokojowe rozwiązanie.
       A Kaminari pokrzyżowanie moich planów wyszłoby na dobre.
       I nagle coś do mnie dotarło.
       Wszystkie Pioruny jakie widziałem od rozpoczęcia wojny noszą jeden typ munduru  - glany, moro i skórzana kurtka. Tylko, że on był w znoszonych adidasach, bluzie z kapturem i jeansach.   Czyli musiał nie wracać do bazy… A to wszystko łączy się z tą dziwną mylącą misją, na którą Sotomura kogoś posłał.
       Czyli to był Tsu.
       I chyba mu wyszło.
       Biedny Gihei. I tak go nie lubiłem.
       - No idźcie! – zawołałem.
       Nawet nie drgnęli. Położyli dłonie na rękojeściach mieczy, gotowi zaatakować. Oczywiście dałbym radę tak ich sprowokować by pozabijali się nawzajem ale nie było czasu. A walka byłaby zbyt głośna. Tachibana by usłyszał i się zmył z tego wariatkowa.
      - WON! – wrzasnąłem nagle, celując sztyletami idealnie w ich głowy. Tsuneari uchylił się jakby od niechcenia, dalej nie atakując. Ostrze rozcięło Satoru policzek. Wyciągnął już do połowy broń. Przybrałem nonszalancką, pewną siebie pozę i uśmiechnąłem się chytrze.
      - Nie radziłbym. Mam tam wsparcie – warknąłem, wskazując kciukiem za siebie w stronę psychiatryku. Tsuneari patrzył się prosto w moje oczy, szukając jakiegokolwiek zawahania.   Odpowiedziałem hardo na jego spojrzenie, uśmiechając się coraz szerzej i okrutniej.
      Na zniechęcenie Satoru to wystarczyło. Westchnął głęboko i schował miecz z donośnym ‘klik’. Wyprostował się i rzucił bezlitosne spojrzenie najpierw na mnie, potem na Pioruna. Skrzyżowałem dłonie na klatce.
      Zawsze działało.
     Śledź go. Jak będzie miał wsparcie, wycofaj się.
     Prawie byłem pewny, że tak brzmiały jego wytyczne.
     - No już, już – pomachałem odganiająco w ich kierunku. Jasnowłosy mruknął jeszcze coś pod nosem i zaczął powoli się wycofywać. Bałem się, że Tsu zaatakuje lecz on też, nie spuszczając ze mnie wzroku, wycofywał się do wyjścia. – Spokojnie, nic nie powiem. Ale wisicie mi przysługę! – zawołałem jeszcze za nimi.
      I skierowałem swoje kroki w stronę Szpitalu Psychiatrycznego Tateyama.
***
     Wyszedłem po jakiejś godzinie, a na drzewie przy wyjściu z terenu dojrzałem nienaturalne poruszanie się liści. Normalnie nie zwróciłbym na to uwagi, ale nie znając przeciwnika, doszukiwałem się go wszędzie. Stanąłem pod rozłożystym klombem, opierając dłoń na biodrze.
     - Wiesz, że możesz zejść, Tsuneari-kun? – zawołałem. – Ale nie musisz tak efektownie skakać. – dodałem po chwili.
      Wręcz poczułem jego wahanie, ale po kilku sekundach ześlizgnął się wzdłuż pnia. Stanął wyprostowany dumnie naprzeciwko mnie, mimo że dzieliło nas kilka dobrych centymetrów wzrostu i wiek.
      - Nie sądzisz, że mogę cię zaatakować? – rzuciłem, zaciekawiony jego nonszalancją.
      - Nie. – prychnął. – Gdybyś chciał to zrobić, rzuciłbyś we mnie sztyletem.
      Wybuchłem śmiechem, a on uśmiechnął się triumfalnie.
       Interesujące.
      W końcu jednak spoważniał i błysnął groźnie swoimi orzechowymi oczami.
       - Czego chcesz?
       - Nie mogę wprost ci powiedzieć, ale… - zawahałem się. – Ale gościu stąd – wskazałem psychiatryk. – wisiał Jishin przysługę. I właśnie byłem tam by uzgodnić jej spłatę. – wyjaśniłem cicho, szepcząc mu to prawie na ucho.
        Chłopak spojrzał na mnie ze zdezorientowaniem.
        - Czemu mi to mówisz…? – zaczął, ale zdążyłem już zniknąć.
***
        Kiedy po raz pierwszy otworzyłam oczy, promienie słońca przedzierały się przez przysłonięte okno, nadając mojej sypialni ciepłych barw. Przeciągnęłam się leniwie, przykrywając szczelniej kołdrą, nie zastanawiając się nawet gdzie jestem.
        Ale po chwili rozległo się ponowne pukanie do drzwi.
        Otworzyłam oczy, tym razem z trochę bardziej zezłoszczoną miną. Odkryłam się zamaszyście, zerkając na tykający cicho zegar. Wskazówka znajdowała się na siódemce. Westchnęłam.
        Z patrolu ściągnęli nas po 3 godzinach i od razu poszłam spać. Niestety tylko godzinę. Mam nadzieję, że to coś ważnego.
       Podchodzę do drzwi i nie sprawdzając w ogóle kto puka, otwieram je. Na moją twarz wstępuje zdziwienie, gdy widzę zawieszoną w powietrzu pięść, gotową do ponowienia pukania i lekko zdezorientowaną minę Takiego.
       - Coś się…? – zaczynam, ale przyjaciel zatyka mi usta dłonią.
       - Shhh! – syczy i zaciąga w głąb mieszkania. Nie opieram się za bardzo, choć zachowanie blondyna jest dość dziwne.
        Chłopak zamyka drzwi na klucz i patrzy przez otwór. Po kilku sekundach wzdycha z ulgą, a ja posyłam mu pytające spojrzenie. Taki uśmiecha się sztucznie, drga mu kącik ust. Cholera, co on wymyślił.
       - Co się stało? – ponawiam pytanie.
       - Mam do ciebie prośbę, Ichigo… - zaczyna niepewnie, trochę się jąkając.
       - Czy ona była tak ważna, żeby zrywać mnie tak gwałtownie ze snu po patrolu? – pytam się sarkastycznie, chcąc się trochę podroczyć.
       - No… w sumie… to… - blondyn się speszył. Ukrył oczy za oprawkami, mamrocząc coś pod nosem. Zrobiło mi się go żal, więc klepnęłam go przyjacielsko w plecy, zachęcając do rozmowy.
       Jednak on nadal coś mamrotał.     Westchnęłam z ulgą. Czyli raczej od tego nie ważą się losy świata. Czy coś w tym guście.
       - No więc? – zapytałam łagodnie.   Taki spojrzał na mnie, po czym się zaczerwienił. Teraz już kompletnie nie wiem o co mu chodzi.
        - Więc… Poszłabyś ze mną po prezent? – wydusił, coraz bardziej oblewając się rumieńcem. Wbił wzrok w podłogę, kręcąc stopą kręgi.
        - No okej… Na Wigilię, prawda? – dopytałam się. W słowie święta ukryłam dość dużą dawkę bólu. Nadal nie mogłam uwierzyć, że w Kaminari to świętują.
         - Yhym…
         - Dla kogo? – rzuciłam bezmyślnie. Nie doczekawszy się żadnej odpowiedzi, chciałam powtórzyć pytanie, ale spostrzegłam, że chłopak zrobił się czerwony niczym wino. Bingo. – Dla… Ayako? – domyśliłam się.
        Taki powoli kiwnął głową.   Roześmiałam się i przytuliłam go jednym ramieniem. Oznajmiłam by poczekał tutaj, a ja się ogarnę.
       - Jakby co, załatwiłem już pozwolenie na wyjście! – zawołał, gdy zniknęłam w swoim pokoju.
        Od razu zdecydowałam się na czarne rurki i czerwony sweter z golfem. Włosy jedynie przeczesałam, pozostawiając je swobodnie rozpuszczone. Wciągnęłam na nogi wysokie kozaki, których cholewka sięgała prawie po kolano, a na wierzch zarzuciłam ciemnobrązowy płaszcz. Chwyciłam jakieś pieniądze, upychając je w kieszeni.
         - Gotowa! – oznajmiłam radośnie, wkraczając do przedpokoju.   Sięgnęłam na wieszak, który mimo że był przeznaczony dla ubrań, wisiały na nim pochwy z mieczami. Wzięłam moją pierwszą broń – długą, jednoręczną katanę.
         - Nie musisz brać tego największego! – jęknął chłopak. – Przecież na koniec roku jest niepisany pokój. W święta i tak nikt nic nie robi.
         Popatrzyłam się na niego przez chwilę rozmytym wzrokiem i odrzuciłam broń. Zastanowiwszy się przez chwilę, wsunęłam 25-centymetrowe ostrze do prawego buta. Kiwnęłam głową na znak, że jestem gotowa.
         Wychodząc z organizacji zauważyłam, że w ‘stołówce’ jest kilkanaście kartonowych pudeł, ale jakoś nie zapytałam się o ich zawartość. Wyszliśmy niezauważeni z budynku, prosto na mroźną ulicę.
***
       Omitsu zastała mężczyznę pogrążonego w zadumie. Siedział na parapecie, nogi swobodnie zwisały, a głowa oparta była o szybę. Wlepił czarne oczy w otoczenie. Nawet nie zauważył, że weszła do biblioteki.     Kobieta uśmiechnęła się pod nosem i podeszła bliżej.
        Za oknem powoli wstawało słońce, a pośród opustoszałej okolicy wirowały płatki śniegu. Biały puch nadawał organizacji takiej… czystości i delikatności, której brakowało w ich codziennym życiu. Właśnie dlatego tak bardzo z Fumiyą kochali grudzień.
        Na biurku leżała sterta wypełnionych dokumentów. Najwyraźniej czarnowłosy uporał się z nimi przed świętami. I znowu nie spał całą noc.
         Omitsu usiadła obok niego na parapecie. Jednak mężczyzna ocknął się z zadumy dopiero gdy wcisnęła mu w dłoń kubek z gorącą herbatą.   Popatrzył się na nią pytająco, ale kobieta tylko podciągnęła kolana pod brodę i wbiła wzrok w okno.
          Milczeli, sącząc herbatę. We wszystkich budynkach, w piwnicy zainstalowane zostały ogromne, stare piece, które zapewniały względne ciepło w zimie, ale mimo to trzeba było chodzić w grubych swetrach. Z ust kobiety wydobywały się obłoczki pary, które osiadały na szybie, by zaraz zniknąć i odsłonić zimowy, śnieżny krajobraz.
         Fumiya patrzył się na brązowowłosą przez kilka minut, jednak nie doczekawszy się reakcji, wypuścił cicho powietrze i również wbił wzrok za okno.
          Odkąd wrócił, nie mieli tak naprawdę czasu by pobyć samemu. We dwoje. Od czasów gdy Shuuko i Arata zginęli często wymykali się gdziekolwiek, byleby tylko pogadać, podnieść się na duchu, czy powspominać ich. Stali się przez te 3 lata sobie bliżsi niż kiedykolwiek.
        Mężczyzna czuł, że musi coś powiedzieć. Jakoś ją przeprosić, mimo iż nie była na niego zła. Wiedział, że zranił ją dogłębnie swoim zachowaniem, odnawiając ból i pozwalając by umierała ze zmartwienia przez wiele godzin.
       Jednak to ona odezwała się pierwsza.
        - Dałeś pozwolenie na wyjście Ichigo i Takiego?
        Był zdziwiony, że akurat oto zapytała. Powiódł mimowolnie wzrokiem po terytorium i dojrzał dwie opatulone sylwetki najmłodszych podwładnych. Przedzierali się właśnie przez zaspy przy bramie wejściowej.
         - Tak… - potwierdził. – Taki musiał jeszcze kupić jakiś prezent.
         Na to wyjaśnienie kobieta kiwnęła głową i znowu zapadła między nimi cisza.
         Najgorsze, że go nie denerwowała. Często milczeli w swoim towarzystwie, pogrążając się w odmętach pamięci. Młodości. Gdy wszystko jeszcze było normalne. I chociaż wtedy byli tylko zwykłymi ludźmi, którymi nie poszczęściło się w życiu, chociaż tak naprawdę byli martwi, to chcieliby się cofnąć do początku. I poprowadzić życie inaczej.
       Wolałbym być martwy w normalnym świecie z nią, niż w pełni życia bez niej.
       Zacisnął zęby, gdy stanęła mu przed oczami.
       - Omitsu… - zaczął, ale mu przerwała.
       - To już 3,5 roku, prawda? – powiedziała cicho. Spojrzał na nią, ale jej ciemnobrązowe oczy nadal były wlepione w wirujące płatki śniegu. Nie wiedział co powiedzieć, całkowicie zbity z tropu.
       - Mija 3,5 roku od kiedy go zamordowano… - dopowiedziała cicho, zamykając oczy. Objęła kolana rękami i wzięła cichy, krótki wdech.
         - Omitsu… - powtórzył bezwiednie jej imię, tak naprawdę nie wiedząc co powiedzieć, by nie pogłębiać jej bólu.
        Miała rację. 23 czerwca, trzy lata wcześniej ich drugi dowódca, Arata Serizawa został zamordowany. Tylko po to by przeżyli. A potem, w sierpniu wybuchła wojna, w której jego poświęcenie praktycznie poszło na marne. 
         - Wiesz, Fumiya… Czasem zastanawiam się po co to wszystko. – zaczęła cicho. Milczał, nie wiedząc o co jej dokładnie chodzi. – Po co zaprzyjaźniamy się, zakochujemy, zakładamy rodziny… Tylko po to by cierpieć po ich stracie? By pogrążyć się w mroku, postradać rozum? Do samego końca żyć z nadzieją, że w końcu się umrze?
          - Omitsu… - wypowiedział jej imię w taki sposób, jakby chciał wszystko co nie da się powiedzieć, zawrzeć w tym słowie. Kobieta skrzyżowała z nim wzrok, przepełniony rozpaczą. – Myślę, że… że właśnie po to tworzymy więzy. By doświadczyć cierpienia i nauczyć się z nim żyć. Czy tego chcemy czy nie… ono zawsze będzie czekać za rogiem, gotowe odebrać nam wszystko. A my musimy stawić mu czoło i oswoić się z nim.
         Omitsu spojrzała na niego przeciągle, a w jej oczach pojawił się błysk. Po kilku sekundach kąciki jej ust drgnęły. Opuściła ręce i nogi, a usta wyszczerzyły się odkrywając zęby. Kobieta zaśmiała się cicho, po chwili wybuchając niekontrolowanym śmiechem.
        Całkowicie zdezorientowany, wstał i popatrzył się na nią niepewnie. Jej śmiech był jednak tak szczery, że sam zaczął się śmiać. Kobieta również wstała nadal zanosząc się śmiechem.
       - Co to miało być, co? – prawie płakała z rozbawienia. – Na sentymentalne teksty ci się zebrało? Ty co? Bohater mangi jesteś?
        - A ty nie lepsza! – wydusił, starając się opanować śmiech. – Ta dramaturgia jak z greckiej tragedii!
         Zanieśli się ponownie śmiechem, jednak cichszym i coraz bardziej blaknącym, aż w końcu całkowicie ucichli i spoważnieli. Omitsu skrzyżowała ręce i spojrzała prosto w jego oczy. W jej ciemnobrązowych ukryta była ulga, ale też i smutek.
       - Dziękuję, Fumiya… Lepiej mi teraz – powiedziała cicho.
       - Nie ma za co – odparł.
       W tym momencie drzwi otworzył Hiroki, który zmierzył dwójkę znudzonym spojrzeniem. Odłożył jakąś książkę na półkę i mruknął pod nosem:
        - Wariaci.
       A oni ponownie wybuchli niekontrolowanym śmiechem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz