11 października 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 26 ~ Pokój zostaje naruszony

Rozdział 26

Pokój zostaje naruszony

      Kiedy wkroczyliśmy na główną ulicę Akihabary dochodziła ósma rano. Po dwukrotnym zwijaniu się z metra z powodu kanarów, trafiliśmy na miejsce.   Wiedziałam, że będzie dużo ludzi, jednak liczyłam na mniejszy tłum z powodu w miarę wczesnej godziny. Niestety, ludzie kłębili się wszędzie, pogrążeni w szale przedświątecznych zakupów, robionych na ostatnią chwilę.
        Nadal nie zapytałam Takiego dlaczego sam nie mógł pójść po ten prezent. Nawet nie wiedziałam, co on chce jej kupić. Pozwoliłam się prowadzić przyjacielowi, który wymijał każdego bez żadnych problemów. Najwyraźniej miał wprawę.
       Cicho gwizdnęłam, kiedy zobaczyłam szyld sklepu z biżuterią, do którego skierował kroki.
       - No nieźle. – zaśmiałam się.
       - Oj, zamknij się… - burknął w odpowiedzi, a czubki jego uszu się zaczerwieniły. Pacnęłam go przyjacielsko w plecy.
      Od razu skierował kroki w róg sklepu, doskonale wiedząc, gdzie znajduje się wybrany prezent, nawet pomimo zaparowanych szkieł. Kiedy doszliśmy do stoiska z kamieniami zodiakalnymi, zatrzymał się i przeczyścił szkła.
      - To ten malachit. – mruknął, unikając mojego wzroku. Jakby ta podpowiedź miała cokolwiek mi dać. Nie jestem geologiem, by rozróżniać kamienie.
      Mimo to kucnęłam, wodząc granatowymi oczyma po naszyjnikach. Zastanowiłam się przez chwilę, jaki znak zodiaku ma Ayako. Chyba Koziorożec. Nadal nic mi to nie dało.
      Taki westchnął cicho i przyklęknął koło mnie, biorąc w dłoń jeden z naszyjników. Obrócił go w palcach, jakby chciał sprawdzić, że to nie podróbka i wręczył delikatnie w dłonie. Przewiesiłam go swobodnie przez dłoń, by znajdował się w powietrzu. Oczy zabłysnęły mi gdy zobaczyłam malachit w całej okazałości. 
       Kamień nie był duży. Był raczej okrągły, z góry miał złotą zawieszkę, w kształcie liści. Wydawał się być jakimś cudownym owocem. Jego ciemnozielona barwa wręcz hipnotyzowała. Uśmiechnęłam się na myśl, jak Ayako może w nim pięknie wyglądać.
       - Malachit według astrologii oczyszcza i otwiera wszystkie czakry, przynosi równowagę oraz harmonię, dodaje siły i…. – tu zawahał się, znów się lekko czerwieniąc. Odwrócił wzrok i wymamrotał: - I otwiera serce na wielką miłość.
      Zagwizdałam.
      - Ichigo!
      - No co? – zaśmiałam się. – Chodziło mi tylko o to, że jesteś znawcą. O nic więcej.
      - Tsa, na pewno.
      Zaśmiałam się ponownie.
      - No więc?
      - Słucham? – chłopak nie zrozumiał o co mi chodziło.
      -  Dlaczego nie mogłeś sam go kupić? 
      - No wiesz… - zaczął. – Nie wiedziałem, czy to dobry pomysł, no i… tak głupio iść do jubilerskiego samemu…
       Parsknęłam, klepiąc go po ramieniu. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, zaciągnęłam go do kasy. Kiedy wręczał pieniądze kasjerce, popatrzył się na mnie z wdzięcznością. Wystawiłam kciuk do góry.
       Zapatrzyłam się w jedną z wystaw, a szczególnie w przypinkę. Wykonana cała ze srebra, wysadzana rubinami i białymi kryształami Swarovskiego. Przedstawiała soczysto-czerwoną truskawkę. Nim jednak zdążyłam sprawdzić jej cenę, usłyszałam koszt malachitu. Zakrztusiłam się śliną.
        - 9550 jenów poproszę.
        On albo zwariował, albo…
        No tak. Ta ‘robota’ jest bardzo dochodowa, gdy nie musisz utrzymywać rodziny jak Ayako.
        Ciekawe jak jest z rodziną Takiego. Czy jego rodzice żyją? Dlaczego akurat tutaj skończył? Jeśli żyją, pewnie pójdzie w święta do nich. W sumie prawie nic nie wiem o nim, a teoretycznie się przyjaźnimy. Nic o jego przeszłości, mieście, rodzicach…
        Wypadałoby odwiedzić rodziców w święta. 
        - Ichigo? – spytał delikatnie blondyn. – Coś się stało?
        - Nie, nic. 
        Mimo tych słów, czułam rozrywający ból w sercu. Goszczący zaraz obok nienawiści i zemsty.
***
        Zeszliśmy na trochę bardziej boczne ulice Taitou, gdzie ludzie nie chodzili wielkimi stadami, tylko spokojnie i pojedynczo. Otaczały nas starsze zabudowania i liczne, nastrojowe kawiarenki. Niedaleko nas znajdowała się rzeka, a w oddali widać było podnoszony most.
        - Ne, Taki… - zaczęłam trochę niepewnie.
        - Tak?
        - Dlaczego…? Nie, nie tak… Z jakiego powodu…? – język mi się plątał, bo nie wiedziałam za bardzo jak ubrać to w słowa. – Co cię łączy z Ayako?
        Chłopak rozszerzył swoje szare oczy szeroko, gwałtownie obracając głowę. Mimo to się uśmiechał. Czekałam kilka chwil by w końcu on sam mi odpowiedział, nie chcąc naciskać.
         - Wiesz… To długa historia… - zaczął, a ja już miałam mu powiedzieć, żeby się nie zmuszał, kiedy posłał mi ciepły uśmiech. – Ale powinienem ci ją opowiedzieć.
         Uśmiechnęłam się do niego zachęcająco, zamieniając się w słuch. Chłopak podjął swoją opowieść. Z każdą chwilą opowieści odczuwałam coraz większy ból przyjaciela, jak i wściekłość na jego rodziców. Choć Taki mówił o tym spokojnie i naturalnie, jakby opowiadał o zmarłej przed 5 laty rybką, jego oczy stały się przerażająco puste.
        Opowiadał wszystko ze szczegółami. Od jego starań, poprzez pracę rodziców, ich wymagania aż do relacji z Shou. Wszystko to wydawało się takie… przykre. Jakby całe jego życie było dla niego pozbawione sensu. Przypatrzyłam się wyrazowi twarzy. Śmiał się, cieszył się i uśmiechał. Ale to wcale nie znak, że uważa, że to życie jest lepsze.
         Kiedy skończył mówić o ratowaniu Shou i znalezieniu się w Kaminari, przystanął i zaczerpnął głęboko powietrza. Oparł się o barierkę, która oddzielała nas od rzeki. Od mostu dzieliło nas zaledwie kilkaset metrów, a wokół było pełno ślicznych kawiarenek. Jedna szczególnie zwróciła moją uwagę. Miała oszklony balkonik na piętrze, pomalowany na pastelowe kolory. Stanęłam koło przyjaciela, nie wiedząc co powiedzieć.
         - Przepraszam… Po prostu… Dość dawno to opowiadałem…
         - Nic nie szkodzi… - mruknęłam, krzyżując ręce na barierce i pochylając się do przodu. Zamknęłam oczy pod wpływem zimnego wiatru.
         - A w tym wszystkim Ayako… - podjął ponownie, ale urwał, nie wiedząc jak to wszystko wyrazić. – Ayako mnie uratowała. 
        Na początku nie widziałem w niej nic. Patrząc się na nią, będąc w głębokiej depresji, dostrzegałem tylko niską chłopczycę, o ostrym nosie, brzydkich oczach i krzywym warkoczu. Dopiero potem zrozumiałem, że to właśnie czyni ją tym kim jest.
        Nigdy się nie poddawała. Cały czas ciągała mnie wszędzie za sobą, chcąc choć trochę mnie rozweselić. Na treningi, na posiłki, na ogniska, na misje, na posiłki. I tak w kółko. Ona i Tsuneari. Ale bardziej ona.
        Nie cierpiałem jej wtedy. Nie mogłem zrozumieć dlaczego tak bardzo jej zależy, by utrzymać mnie przy życiu, gdy tak bardzo chciałem zniknąć. Nie pojmowałem jak cały czas się uśmiecha, mordując ludzi. Dlaczego nadal kocha rodziców, mimo, że to przez nich stała się płatnym mordercą.
        Nie pamiętam o co chodziło, gdy nastąpiło moje przebudzenie. Ayako coś po prostu powiedziała, reszta się roześmiała, a ja… delikatnie się uśmiechnąłem. Wszyscy wokół ucichli, a Ayako… rozpłakała się. Na początku sama tego nie spostrzegła, obcierając łzy wierzchem dłoni. Po chwili popłynęły kolejne, a ona rzuciła tekstem w stylu ,,Przepraszam, to ze… szczęścia…’’ czy coś. A mnie ścisnęło się serce, przez umysł przepłynęły wszystkie chwile z nią spędzone i roześmiałem się po raz pierwszy od długiego czasu. Objąłem ją, gdy zaczęła bardziej płakać, zrozumiawszy, że nie chcę bym to ja był powodem jej płaczu.
        W jakiś dziwny sposób stała się dla mnie najważniejsza…
         Przepraszam, gadam od rzeczy… - speszył się pod sam koniec.
         Patrzyłam się na niego uważnie, trawiąc znaczenie tych słów. To nie było zwykłe, młodzieńcze zauroczenie, tylko coś bardziej, dużo bardziej głębszego, opierającego się na potężnych fundamentach.
         - Ichigo? – wypowiedział moje imię niepewnie, oczekując reakcji, która nie nadchodziła.
        Uśmiechnęłam się do niego i nic nie mówiąc, zarzuciłam mu ręce na szyję i mocno przytuliłam. Na początku nie ogarnął co robię, potem delikatnie odwzajemnił mój uścisk. Odsunęłam się od niego, szczerząc radośnie.
        - Jesteś zarąbisty, Taki! – zaśmiałam się do niego, a on trzepnął mnie w ramię. – I dobierasz naszyjniki pod kolor oczu! – dodałam.
       - Oj, zamknij się – burknął, ale po chwili się roześmiał.
       Ruszyliśmy przed siebie.
***
       Para siedziała spokojnie w pastelowej kawiarence na obrzeżach dzielnicy Taitou. Lokal urządzony został bardzo przytulnie i jasno. Górne piętro zostało oszklone, łącznie z balkonem, więc klienci mogli spokojnie obserwować co działo się wokół.
        Kijuro obserwował narzeczoną, gdy pochłaniała zamówione świąteczne ciasto. Toshiyuki podniosła na niego wzrok, wyczuwszy jego spojrzenie i uśmiechnęła się ciepło, lekko się rumieniąc. Mężczyzna odwzajemnił jej uśmiech, popijając kawę. Gdy kobieta odwróciła od niego wzrok, spochmurniał.
        Doskonale wiedział, że te uśmiechy to tylko pozory. Za nimi kryła się psychopatyczna morderczyni, którą poszukiwało całe Tokio. Wystarczyło tylko by jej ciśnienie lekko wykroczyło poza normę, nie ważne czy przez zdenerwowanie, strach czy radość, budziła się jej mordercza osobowość.
        A tylko ja umiem ją uspokoić, pomyślał Kijuro, prychając pod nosem.
        Mężczyzna nie wiedział dlaczego ją kocha, dlaczego się z nią zaręczył. W czasach młodości strasznie go zafascynowała, a po tych wszystkich latach ciekawość przerodziła się w coś na kształt miłości.
        - Ne, ne, Kijuro-kun! – uśmiechnęła się do niego uroczo. – A ty co byś chciał na święta? – zapytała, szczerząc się. Na policzku miała kawałek ciasta, więc nachylił się i go ściągnął. – Mówię poważnie! – zaśmiała się.
       - Wiesz, że nie obchodzę świąt. – mruknął wymijająco.
       Toshiyuki nadyma policzki. 
       - No weź!
       - Toshiyuki… - jej imię zabrzmiało jak westchnienie, ale kiedy mężczyzna dostrzegł jej smutne oczy zmiękł. – Wystarczy mi, że będziesz ze mną.
       Kobieta rozszerzyła swoje błękitne oczy, jakby nie zrozumiawszy tych słów, po chwili pąsowiejąc i odwracając wzrok. Mamrotała coś pod nosem, ale delikatnie się uśmiechała. Kijuro wybuchł śmiechem, obserwując reakcję ukochanej.
       Toshiyuki wodziła wzrokiem po całym lokalu, usilnie unikając jego piwnych, ciepłych oczu. Kijuro uśmiechał się, mimo że wiedział, że to tylko pozory. Wystarczy chwila by ta urocza dziewczyna stała się maszyną do zabijania.
       Jej fioletowe włosy przykryły jej policzek gdy zapatrzyła się w ulicę. Jasne oczy śledziły każdego przechodnia, a zarumienienie powolutku ustępowało.
       Nagle skrytobójczyni zastygła, a jej twarz wróciła do pierwotnej barwy. Podniosła minimalnie głowę, uśmiech zmienił się na okrutny, a oczy, pozbawione jakiejkolwiek pozytywnej emocji, zabłysły z ekscytacji. Strateg od razu wiedział, że musiała coś zobaczyć.
       - Toshi… - zaczął delikatnie, nakrywając jej drobną dłoń swoją, ale kobieta mu przerwała.
      - Te dwa dzieciaki… Są z Kaminari, prawda? – zmieniła ton głosu na wyższy, przez co ciarki przeszły mu po plecach. Szybko prześledził tłum, a gdy dostrzegł chłopaka i dziewczynę, zastanawiał się przez chwilę. Blondyna od razu poznał jako starszego Hideyoshiego, a czarne włosy dziewczyny od razu podpasował do tej, z którą walczył Shigeo w Setagayi…
       - To Taki-kun, prawda? A ta obok niego to… Ichigo-chan? – spojrzała prosto na niego tymi błękitnymi oczami, przepełnionymi żądzą krwi, a on wiedział już, że jej nie powstrzyma.
      - Toshiyuki…
      - Ona zabiła naszych dilerów, wraz z ojczulkiem Shigeo. Ona zraniła bliźniaczków. Ona jest z Kaminari. – mamrotała pod nosem bardzo szybko, a na jej twarzy malowało się coraz większe szaleństwo. Nim Kijuro zdążył ścisnąć kojąco jej dłoń, zabójczyni zerwała się z miejsca. – Ona jest wrogiem.
       Odbiegła od stolika, czym zwróciła uwagę klientów. Skierowała się do balkonu, wskakując na czyjąś zastawę, odbiła się od niej, wprawiając wszystkich w osłupienie, chwyciła się barierki jedną ręką. Kobieta napięła wszystkie mięśnie, opierając ciężar ciała na ramieniu, a podnosząc nogi, z rozmachu rozbiła szkło i zeskoczyła z pierwszego piętra.
       Nim Kijuro zdążył zareagować, usłyszał pisk hamulców i dźwięk wyginanego metalu. Toshiyuki wylądowała na czyjeś masce. Oj, naprawa będzie dużo kosztować.
       - Wybacz, Sakiko! – krzyknął przez ramię do właścicielki i podążając tą samą drogą co narzeczona zeskoczył za nią.
      Wylądował bliżej, mniej efektownie. Kobieta stała jak bogini na wgniecionej masce samochodu, obserwując wszystkich ludzi wokół zastygłych – tych w oknach, na chodniku, w samochodach oraz na przejściu. Choć była odwrócona tyłem był pewny jak wygląda jej wzrok – bezlitosny, szukający ofiary. Zauważył skrytobójców z Kaminari szybciej – stali na wprost kobiety, zastygli w bezruchu, z wyrazem całkowitego szoku, ustępującego przerażeniu.
***
        Przechodziliśmy z Takim akurat przez skrzyżowanie, gdy pomyślałam, że jest zbyt spokojnie, nawet jak na czas zawieszenia broni. Na nikogo się nie natknęliśmy.
        I właśnie wtedy kątem oka dostrzegłam podjeżdżające bliżej auto, a po chwili donośny pisk opon zaledwie dwa metry ode mnie i ogłuszający dźwięk wyginanego metalu. Na początku nawet nie spojrzałam w tamtym kierunku jedynie rozszerzając oczy ze zdziwienia.
       Zatrzymałam się wpół kroku, Taki zaraz za mną. Zastygliśmy z resztą ludzi na przejściu. Podniosłam głowę, wiedząc, że nie zobaczę nic co mnie ucieszy. Z wyrazem głębokiego oszołomienia, dostrzegłam około dwudziestoletnią kobietę z fioletowymi lokami sięgającymi do klatki piersiowej, prostym nosem, kształtnymi ustami oraz lodowatymi jak śnieg błękitnymi oczami, dużo jaśniejszymi niż oczy Shigeo. Miała na sobie ciemnofioletową sukienkę, na to długi płaszcz oraz wysokie kozaki. Śledziła wzrokiem po tłumie, jakby kogoś szukała.
       Nie wiedziałam dlaczego tylko Taki wydaje się przerażony, choć w głębi serca po prostu nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli. Gdy tylko moje granatowe oczy spotkały się z jej błękitnymi wiedziałam, że chodzi o nas. Uśmiechnęła się okrutnie.
       - Jasna cholera! – wrzasnął Taki, gdy w dłoni kobiety błysnęło coś metalowego. Złapał mnie za rękaw płaszcza i mocno pociągnął, zmuszając do zrywu.
       - Co się…? – zaczęłam wrzeszczeć, ale Taki mnie zignorował.
       - Biegnij, do jasnej cholery! – krzyknął, puszczając mnie przed siebie. Obrócił się kilka razy do tyłu. Ja też nie mogłam się oprzeć by to zrobić.
       Kobieta zaśmiała się psychicznie i energicznie zeskoczyła z samochodu. W dłoniach trzymała dwa potężne sztylety, zakładane na palce. Szła w naszą stronę powoli, rozkoszując się każdą chwilą naszej paniki.
       - Kto to… - zaczęłam jeszcze raz, ale Taki znów mi przerwał.
       - Nie gadaj tylko biegnij! – wrzasnął wściekle. Wzdrygnęłam się na taki ton głosu. Blondyn zazwyczaj był bardzo spokojny i łagodny.
       Kim, do cholery, jest ta kobieta?
       Przebiegliśmy jakieś 200 metrów wyrabiając sobie dużą przewagę. Kobieta przyśpieszyła minimalnie kroku, cały czas zanosząc się śmiechem. Przyjaciel cały czas coś mruczał pod nosem, ale kiedy tylko spróbowałam choć odwrócić głowę, kazał mi nie zwalniać.
       Po jakieś minucie gdy most zwodzony był prawie w naszym zasięgu, dojrzeliśmy znak parkingu. Taki wydał cichy okrzyk, zrównując tempo biegu ze mną. Nigdy nie widziałam tak zaciętego wyrazu twarzy u niego. Gdy byliśmy koło skrętu na parking, złapał nagle za mój rękaw, ściągając nas w ułamku sekundy na teren parkingu.
       Spojrzałam pod nogi. Na śniegu odznaczały się liczne odcisku butów i opon. Nie możliwe by tamta kobieta ogarnęła którędy poszliśmy. Taki zaciągnął nas za niedużą ciężarówkę, w której przysypiał ochroniarz. Opadliśmy na śnieg, opierając się o nią, dysząc ciężko.
       - Kto to, kurna, jest? – wysapałam. Serce waliło mi strasznie szybko, nie tylko z biegu, ale też podenerwowania. Adrenalina jest wpompowana w moje żyły w zastraszającym tempie, a mój zew krwi buzuje cicho gdzieś na dnie umysłu.
       - Toshiyuki Karube… Z Jishinu… - rzuca Taki, wychyla się szybko i wraca, kiwając uspokajająco głowę. Jeszcze jej nie ma.
       - Dobra, mniejsza z tym. Co jest z nią nie tak…?
       - To psychopatka… - wysapał Taki, a ja parsknęłam. Zmroził mnie szarymi oczami. – I to nie jest metafora. Ona naprawdę jest psychiczna. Ma zaburzenia osobowości. Krótka chwila i… bum, masz maszynę zagłady.
        - Nie przesadzaj – szepnęłam wściekle, kiedy chłopak znowu się wychylił i uniósł dłoń, bym ściszyła głos. – Ona jest jedna, a nas jest dwoje. Przecież…
       - Zamknij się – syknął. – Czy ty, kurwa, nie rozumiesz? Jej szef się jej boi. Ona sama dałaby radę wymordować jakieś 20 osób na raz. NA RAZ. – warknął, a mnie przeszył dreszcz. Co gorsza nie poczułam strachu, ale podniecenie na myśl o walce z nią.
       - To co, do jasnej ciasnej, robimy? – spytałam, wyciągając sztylet z buta.
       - Ja odpalam jakiś ze stojących motorów. Ty odciągasz na chwilę Karube. ODCIĄGASZ, nie walczysz. Ja cię zgarniam i zmywamy się tak szybko jak damy radę. – wytłumaczył pobieżnie. Kiwnęłam głową. Nie było czasu na sprzeczki.
       Wstałam bezszelestnie, wychylając się lekko zza ciężarówki. Ścisnęłam lekko broń, gdy zobaczyłam zabójczynię przechadzającą się lekko kilka rzędów aut dalej. W przeciwnym kierunku były motory.
       Uspokój oddech. Napnij mięśnie. Myśl.
       - Ichigo. – Taki szepnął moje imię, kładąc dłoń na ramieniu. – Nie próbuj z nią walczyć. -  powiedział już spokojniej, wręcz z niepokojem.
       - Spokojnie, Taki. – uśmiechnęłam się pobieżnie. – W końcu trenowałam codziennie przez 4 miesiące po 8 godzin. Coś musiało to dać.
      - Ja wiem, że już teraz jesteś silna. Ale nie uśmiecha mi się twoja śmierć. Jasne? – rzucił mi wyzywające spojrzenie, a mnie mimowolnie przeszedł dreszcz. Odwróciłam wzrok.
      - Jasne. – mruknęłam.
      - Przepraszam, że to ty musisz ją odciągnąć ale… - zaczął jeszcze, lecz przerwałam mu.
      - Ale biegam szybciej. Już dobra. – powiedziałam, bardziej do siebie niż do niego. – No to idę.
       Zacisnęłam zęby. Moje tętno się uspokoiło, cały organizm przygotował się na starcie. Spojrzałam na przyjaciela. Teraz staliśmy się wspólnikami. Nie ważne co miało się stać, plan jest najważniejszy. Kiwnęłam głową na niego, a on dał mi znak.     Wzięłam głęboki oddech i wybiegłam.
       Toshiyuki nie usłyszała mnie od razu. Choć raczej powinnam powiedzieć: Nie odwróciła się od  razu. Zdążyłam przebiec jakieś 5 metrów, kiedy kobieta bardzo powoli i z wielką gracją zaczęła się obracać. Przeszył mnie dreszcz. Zachowywała się jak z horroru.
      Spojrzała na mnie z pewnym siebie uśmieszkiem, ale kiedy zza ciężarówki wybiegł Taki, błysnęła oczami, zaczynając biec w naszym kierunku. Poprawiłam automatycznie chwyt na sztylecie, kierując się prosto na nią. Serce mi się ścisnęło, gdy zobaczyłam szybkość z jaką porusza się kobieta.
      Muszę ją tylko odciągnąć.
      Potrząsnęłam głową, starając odgonić myśli. Zmrużyłam swoje granatowe oczy, tylko przyśpieszając i zapominając o wszystkim. Liczyła się tylko morderczyni przede mną. Nim zdążyłam się obejrzeć dzielił nas zaledwie metr, a sztylet spadał na mnie z zawrotną prędkością i chłodną precyzją. Kobieta na pewno nie robiła tego pierwszy raz.
      I na pewno nie ostatni. 
      W ostatnim momencie przypomniałam sobie jawny zakaz Takiego. Zacisnęłam zęby i przemknęłam się zwinnie obok niej, tuż pod ramieniem, które miało zadać cios. Nie wiem jakim cudem, ale Toshiyuki nawet nie zareagowała. Modliłam się, by rzuciła się w pogoń za mną, a nie na Takiego.
      - Interesujące! – zaśmiała się piskliwie, a ja usłyszałam coraz to szybsze plaśnięcia w śnieg. Czyli jednak pobiegła za mną. 
      Westchnęłam z ulgą, mimo że biegłam w przeciwną stronę niż znajdował się blondyn i jeśli się nie pośpieszy, zagonią mnie w drogę bez wyjścia. A wtedy czy tego chcę czy nie, będę musiała walczyć.
      Staram się utrzymywać najszybsze tempo na jakie mnie stać, biegnąc slalomem między autami. Nie mam stroju do bawienia się w skakanie przez maski samochodów. Kobieta biegnie jakieś dwa metry za mną. Ogarnia mnie wściekłość.
      Ona się tylko ze mną bawi.
      Buty ślizgały mi się na śniegu, a tylne ogrodzenie zbliżało się w niebezpiecznie szybkim tempie. W tyle nawet nie było słychać odpalanego silnika. Kiedy byłam niecałe 5 metrów od ogrodzenia, Toshiyuki zaczęła okrutnie chichotać, ale starałam się nie popadać w gniew, tylko zachować trzeźwość umysłu.
      Taki zdąży. Na pewno. Musi zdążyć.
      Dzielił mnie ostatni rząd aut, kiedy z dachu ciężarówki stojącej na wprost mnie zeskoczył mężczyzna.
      Na początku gwałtownie odskoczyłam do tylu. Kątem oka widziałam jak kobieta mnie dogania, a ziemia usuwa mi się spod stóp. Podeszwy kozaków nie znalazły oparcia na śliskim śniegu, a ja byłam zbyt zdziwiona by zachować równowagę.
      Wrzasnęłam z zaskoczenia, upadając na ziemię.
       Kobieta zatrzymała się obok mężczyzny, okrutny uśmiech wykrzywiał jej twarz. Mina faceta nic nie zdradzała. Bordowe włosy opadły mu na piwne oczy. Miał skórzaną kurtkę i czarne spodnie, a na nogach spoczywały trapery.
       Jasny szlag.
       Zerwałam się od razu na równe nogi. Mężczyzna zaatakował pierwszy. Jego długa katana skrzyżowała się z moim 25cm sztyletem. Broń szczęknęła żałośnie pod siłą ciosu. Sparowałam szybko, ale facet cofnął się, a Toshiyuki od razu rzuciła się do przodu. Sztylet w jej lewej ręce udało mi się zablokować, ale ten w prawej rozciął mi policzek.
       Jeśli sądzili, że mnie to zdezorientuje, pomylili się. Adrenalina zawrzała w moich żyłach. Zaatakowałam. Wymieniałam zręczne ciosy z kobietą.
       Ogarnął mnie całkowity spokój. Nic nie czułam, fizycznie i psychicznie. Tylko walka. Moje ciało poruszało się szybko, płynnie, a wyćwiczone ruchy idealnie zgrywały się z atakiem i obroną przeciwniczki. Trening przyniósł efekty.
       Niestety popełniłam jeden błąd, wynikający z braku doświadczenia. Siła i perfekcja cięć błękitnookiej kazały skupić się tylko na niej.  Spuściłam z oczu mężczyznę. Kiedy Toshiyuki podniosła zwycięsko broń do góry, w jej odbiciu, splamionym krwią z mojego policzka, ujrzałam błysk stali.
       Serce zabiło mi szybciej, wpadłam w otchłań wody. Wszystko działo się w zwolnionym tempie, a ja myślałam gorączkowo. Jeśli się teraz odwrócę, trafi mnie Toshiyuki, jeśli nie – on.
       Jest źle.
       Nie miałam czasu się zastanawiać. Sparowałam z trudem cios kobiety, starając się jakoś uchylić i przygotować na metal rozcinający moje plecy, ale usłyszałam tylko szczęk stali. Na twarz Toshiyuki wstąpiło zaskoczenie, które po chwili zastąpił psychiczny uśmiech.
       Odwróciłam się trochę do tyłu, starając nie spuszczać z oczu przeciwniczki. Taki siłował się z mężczyzną swoim małym sztyletem.
       - Taki!? – wyrwało mi się, ale krzyk zabrzmiał urywanie, kiedy parowałam szybkie pchnięcie fioletowo-włosej.
      - Uciekaj! – wrzasnął, zmniejszając siłę pchnięcia i odsuwając gwałtownie ostrze, powodując tym samym, że mężczyzna traci równowagę i spada prosto na mnie. Napinam mięśnie, gotowa do ucieczki.
      Tylko to byłoby zbyt proste.
      - Gomene, Kijuro! – woła Toshiyuki, a nim zdążę się zorientować za co przeprasza, jej but znajduje się kilka centymetrów ode mnie. Jej kopnięcie prosto w klatkę piersiową, wytrąca mi resztki powietrza i podrywa do góry. Łokiec faceta wbija mi się w plecy, gdy na niego spadam. Suniemy po śniegu kilka metrów, by zatrzymać się z głośnym stęknięciem.
      Taki stoi jak osłupiały, nie mogąc uwierzyć sile kobiety. Rzuca się na nią ze swoim krótkim sztyletem, parując ciosy nadchodzące z obu stron. Radzi sobie całkiem nieźle, ale nie wytrzyma zbyt długo.
      Zmuszam się do powolnego podniesienia się. Nie czuję połamanych żeber, ale przeciwnik na pewno jest połamany. Przy spadnięciu usłyszałam głuchy trzask.     Przechodzę w kucki, przyglądając się mu. Ręce i nogi mu drżą, stara się wziąć w garść i podnieść się. Sięgam dłonią do buta, a kiedy palce trafiają w pustkę, rozglądam się gwałtownie. Nasze ostrza leżą kilka metrów dalej.
      - Cholera. – syknęłam do siebie, obszukując mężczyznę. Muszę tutaj znaleźć jakąś broń. Jeśli się ruszę, kobieta zorientuje się. Dopiero w kieszeni kurtki natrafiam na coś okrągłego, co dotychczas widywałam tylko w filmach.
     - Może się przydać – stwierdzam, uśmiechając się złowieszczo. W mojej głowie zrodził się zarys szaleńczego planu. Ale na razie był to jedyny plan jaki mamy.
     Usłyszałam jak Taki wrzeszczy moje imię. Kobieta przerwała starcie z nim,  szarżując w moją stronę.
      - ZOSTAW GOOOO!!! – krzyczy obłąkańczo.
     Taki skręca w innym kierunku, pokazując na bramę wyjazdową. Kiwam głową, zrywając się do biegu. Chwytam swój sztylet, przygotowana na atak Toshiyuki, który nie nadszedł. Przed wybiegnięciem na ulicę, oglądam się jeszcze, by ujrzeć ją klęczącą obok Kijuro.
      - Otrząśnij się, Kijuro! – wrzeszczy, tarmosząc go za koszulę. Mężczyzna odkasłuje krwią i unosi kciuk do góry, że już lepiej. Kobieta zrywa się na równe nogi. – Zabiję. Zabiję. Zabiję. Zabiję. Zabiję. Zabiję. – zaczyna mamrotać w szaleńczym tempie, krzyżując na ułamek sekundy ze mną wzrok.
      Jej oczy są zasnute mgłą szalonej obsesji, usta wykrzywiają się w psychicznym, morderczym uśmiechu. Kobieta już całkowicie straciła kontrolę nad swoją psychiką. Zrywa się w naszym kierunku, ciągnąc za sobą faceta, który po kilku krokach odzyskuje siły.
      - Taki, przyśpiesz! – wrzeszczę, doganiając go w kilka sekund. Blondyn o nic nie pyta, przebierając szybciej nogami.
      - Przez most! – krzyczy zdawkowo, a ja potakuję.   
      Mijani przez nas ludzie najpierw są przez nas potrącani, po kilku sekundach ustępują nam drogi, zdziwieni sytuacją. Pewnie wygląda to jak scena z filmu akcji.
      Od mostu zwodzonego dzieli nas 150m. Auta stoją przy szlabanach, czekając na możliwość przejazdu. Światła z pomarańczowych zmieniły się na czerwone, a dwie połowy mostu drgnęły podnosząc się powoli, centymetr po centymetrze.
       - Cholera! – krzyknął Taki, oglądając się za siebie. – Depczą nam po piętach!
       - Mam plan! – wołałam do niego.
       - Boję się twoich planów! – blondyn wykrzesuje z siebie ostatnie reszki poczucia humoru. Zmrażam go wzrokiem. Chłopak wzdryga się.
       - Musimy tylko zwolnic tak by gdy wylądujemy po 2 stronie mostu, oni będą jeszcze w powietrzu. – tłumaczę, ale gdy zauważam, że towarzysz chce się jeszcze o coś zapytać, rzucam mu komórkę. – Dzwoń po kogoś!
       Czterooki tylko kręci głową, poprawia szkła i wybiera numery po kolei. Most jest już niebezpiecznie blisko. Tak samo jak nasi wrogowie.
       Nikt nie może odebrać. Dopiero gdy Taki, zirytowany już wszystkim, wybiera numer Meijiego, odzywa się przyjaciel.
       - Meiji!? – woła do słuchawki, gdy wbiegamy już na część mostu. – Całe szczęście!
       - Streszczaj się! – pośpieszam go, wyrywając się na przód. Płynnym susem przeskakuję szlaban, zbliżając się do prawie pionowej ściany. Za nami w budki kontrolnej wybiega wściekły mężczyzna.
      - Słuchaj, mamy problem! – tłumaczy zdawkowo. – Potrzebujemy wsparcia!
      - Taki, skacz! – drę się, chwytając go za nadgarstek i wybijając się z krawędzi.   Chłopak w zaskoczenia wypuszcza telefon, głośno klnąc. Będąc w powietrzu, kilka metrów nad lodowatą rzeką, machamy nogami i rękami by jak najdalej polecieć. Sięgam do kieszeni po zdobycz.
        - Żryjcie to! – wołałam do nich, gdy moje nogi dotykają ponownie asfaltu. Obracam się na brzuch, odrywam zawleczkę zębami i posyłam pocisk w powietrze, wysoko nad przeciwników. Zjeżdżam na sam dół mostu, kuląc się i zakrywając uszy.
        Po chwili ogłusza nas ostry wybuch granatu i wrzaski paniki, która nastąpiła sekundę po eksplozji.
***
~kilka minut wcześniej~
      Meiji i Mako stoją na dachu jednego z wieżowców znajdujących się w Taitou. Kobieta balansuje przy gzymsie, a mężczyzna patrzy się w horyzont.
       - Więc… - zaczyna rudowłosa. – Po cholerę mnie tu wyciągnąłeś? – jej głos jak zwykle był bezbarwny, a zielone oczy nie wyrażały niczego.
       - Mamy jeszcze chwilę czasu, a to jest najwyższy budynek w okręgu. Wiesz, taka wycieczka zapoznawcza. – śmieje się czarnowłosy, stając obok Mako.
       - Jak jedzenie na Wigilię się zamrozi, ty je będziesz odmrażał – ostrzegła spokojnie. Meiji parsknął śmiechem. – Nie żartuję.
       - Hai, hai – machnął ręką. – No, nie bądź taka. Spójrz – wykonał zamaszysty gest, obejmując całą dzielnicę. – Tam jest park Ueno, przed nami jest świątynia Asakusa, a tam dalej jest Akihabara…
       - Gdzie? – przerwała mu beznamiętnie. – Gdzie ta świątynia? Nie widzę jej.
      Meiji mimowolnie się uśmiechnął, objął ją ramieniem, lekko uginając kolana. Mimo iż mierzył 170cm, był niewiele od niej wyższy. Położył brodę na jej ramieniu, a kobieta nawet nie drgnęła. Patrzyła się zawzięcie przed siebie, lekko mrużąc zielone oczy. Meiji posmutniał na krótką chwilę, ale wyciągnął ramię przed siebie, dokładniej wskazując położenie świątyni.
       - O tam, tam… - mówił wesoło.
       - Widzę już. Dzięki. – stwierdziła Mako po kilku sekundach. – Możesz mnie już puścić.
       - Co? A, jasne… - czarnowłosy zawahał się, ale w końcu odsunął się od przyjaciółki. Odwrócił od niej twarz, która powoli pokrywała się czerwienią. – Mako…
      - Nic nie mów.
      - Mako...? Posłuchaj…
      - I tak wiem co chcesz powiedzieć. Moja odpowiedź nadal brzmi tak samo. – jej głos jest chłodny, a zielone oczy wbite w horyzont.
       - ‘’Mam to dobrze przemyśleć’’, co? – czarnowłosy parska śmiechem. Wbija poważne spojrzenie w rudowłosą, która odwraca twarz w jego kierunku, krzyżując z nim beznamiętne, zielone oczy. – Myślę o tym od 5 lat tak samo.
       - Meiji… - Mako wypowiada jego imię szeptem, smutno, wręcz ze zrezygnowaniem. Przerywa bitwę na spojrzenia, wbijając posmutniałe oczy w oddaloną o kilkadziesiąt metrów ziemię. – Posłucha… - zaczyna, gdy rozlega się dzwonek telefonu.
       - Cholera. – syknął Meiji, odbierając komórkę. – Słucham? – rzuca do słuchawki z wyrzutem. – Taki? – mężczyzna sztywnieje. Kobieta napina wszystkie mięśnie, gotowa do natychmiastowej reakcji. – Spokojnie, spokojnie! Co tam się dzieje? Jakie wsparcie? – Meiji pod wpływem wyczekującego wzroku towarzyszki przełącza telefon na głośnik. – Gdzie wy jesteście?
      W tle rozlega się okrzyk Ichigo: ,,SKACZ!’’,  po czym rozlega się siarczyste przekleństwo. Najpewniej wypadł mu telefon. Po jakiejś sekundzie, słychać trzask.
       - Co się…? – zaczyna Mako, ale głośny wybuch, przecznicę dalej, urywa jej zdanie w połowie. Nad mostem zwodzonym unosi chmura dymu.  Przyjaciele patrzą po sobie z przerażeniem. – To oni – stwierdza pusto Mako.
       Meiji jej przytakuje, oszołomiony eksplozją.
       - Przejmuję dowodzenie nad misją. – oznajmia spokojnie kobieta. Mężczyzna ocknął się i popatrzył się na nią pytająco. – Za mną.
       Cofnęła się o kilka kroków, wzięła rozbieg i wybiła się z gracją od gzymsu. Meiji nawet jakby nie chciał, rzucił się za nią w przepaść, na odsiecz przyjaciołom.   Przeskakiwali z jednego dachu na drugi, a on o nic nie pytając, obmyślał gorączkowo plan działania.
***
       Kiedy szok po wybuchu już minął, Taki popatrzył się na mnie jak na wariatkę.   Podniosłam się i otrzepałam ze śniegu, jak gdyby nigdy nic. Uśmiechnęłam się do niego. Jego szare oczy rozszerzyły się z szoku, a kąciki ust powędrowały do góry. Po sekundzie wybuchł histerycznym śmiechem.
       Zrobiłam krok do tyłu, wiedząc, że taka ekspresja u przyjaciela nie wróży nic dobrego. Chłopak ukrył twarz w dłoniach, zanosząc się śmiechem.
       - Czy ty wiesz co zrobiłaś!? – wydusił, na przemian chichocząc. Przeszły mnie ciarki. – Wiesz? – powtórzył, uspokajając się. Opuścił ramiona, a włosy zakryły mu oczy.
       - Wysadziłam ich w powietrze? – powiedziałam ostrożnie, nie wiedząc jak może zareagować. Jego szok był zrozumiały, choć mnie samej nawet nie to nie ruszyło. Nie czułam poczucia winy, przerażenia – niczego oprócz cienia satysfakcji, że plan zakończył się powodzeniem.
       - TAK! – wrzasnął na mnie. Wyciągnął do mnie dłonie, jakby chciał się rzucić na moją szyję i udusić. W końcu jednak zacisnął je w pięści, wsadził do kieszeni i wziął głęboki oddech. – Skąd ty w ogóle wytrzasnęłaś granat?
       - No ten… Kijuro miał… 
       - Nawet nie znałaś jego mocy rażenia! Mogłaś wysadzić nas w powietrze! Nie, gorzej! Mogłaś wysadzić cały most w powietrze!
       - Ale żyjemy… - zauważyłam, kładąc kojąco dłoń na jego ramieniu. – Choć, musimy się zmywać póki gliny nie przyjechały.
       Skierowaliśmy się w zaułek, wmieszając się z łatwością w tłum. Kiedy skryliśmy się w cieniu budynków, coś kazało mi spojrzeć za siebie.
        Zastygłam w bezruchu, w całkowitym przerażeniu. Końca mostu chwyciła się jedna okrwawiona dłoń. Po chwili druga.

       Miałam wrażenie, że serce na chwilę mi stanęło. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz