Rozdział 26
Pokój zostaje
naruszony
Kiedy
wkroczyliśmy na główną ulicę Akihabary dochodziła ósma rano. Po dwukrotnym
zwijaniu się z metra z powodu kanarów, trafiliśmy na miejsce. Wiedziałam, że
będzie dużo ludzi, jednak liczyłam na mniejszy tłum z powodu w miarę wczesnej
godziny. Niestety, ludzie kłębili się wszędzie, pogrążeni w szale
przedświątecznych zakupów, robionych na ostatnią chwilę.
Nadal
nie zapytałam Takiego dlaczego sam nie mógł pójść po ten prezent. Nawet nie
wiedziałam, co on chce jej kupić. Pozwoliłam się prowadzić przyjacielowi, który
wymijał każdego bez żadnych problemów. Najwyraźniej miał wprawę.
Cicho
gwizdnęłam, kiedy zobaczyłam szyld sklepu z biżuterią, do którego skierował
kroki.
-
No nieźle. – zaśmiałam się.
-
Oj, zamknij się… - burknął w odpowiedzi, a czubki jego uszu się zaczerwieniły. Pacnęłam go przyjacielsko w plecy.
Od
razu skierował kroki w róg sklepu, doskonale wiedząc, gdzie znajduje się wybrany prezent, nawet pomimo zaparowanych szkieł. Kiedy doszliśmy do stoiska z
kamieniami zodiakalnymi, zatrzymał się i przeczyścił szkła.
-
To ten malachit. – mruknął, unikając mojego wzroku. Jakby ta podpowiedź miała
cokolwiek mi dać. Nie jestem geologiem, by rozróżniać kamienie.
Mimo
to kucnęłam, wodząc granatowymi oczyma po naszyjnikach. Zastanowiłam się przez
chwilę, jaki znak zodiaku ma Ayako. Chyba Koziorożec. Nadal nic mi to nie dało.
Taki
westchnął cicho i przyklęknął koło mnie, biorąc w dłoń jeden z naszyjników.
Obrócił go w palcach, jakby chciał sprawdzić, że to nie podróbka i wręczył
delikatnie w dłonie. Przewiesiłam go swobodnie przez dłoń, by znajdował się w
powietrzu. Oczy zabłysnęły mi gdy zobaczyłam malachit w całej okazałości.
Kamień
nie był duży. Był raczej okrągły, z góry miał złotą zawieszkę, w kształcie
liści. Wydawał się być jakimś cudownym owocem. Jego ciemnozielona barwa wręcz
hipnotyzowała. Uśmiechnęłam się na myśl, jak Ayako może w nim pięknie wyglądać.
- Malachit według astrologii oczyszcza i otwiera wszystkie czakry, przynosi
równowagę oraz harmonię, dodaje siły i…. – tu zawahał się, znów się lekko
czerwieniąc. Odwrócił wzrok i wymamrotał: - I otwiera serce na wielką miłość.
Zagwizdałam.
-
Ichigo!
-
No co? – zaśmiałam się. – Chodziło mi tylko o to, że jesteś znawcą. O nic
więcej.
-
Tsa, na pewno.
Zaśmiałam
się ponownie.
-
No więc?
-
Słucham? – chłopak nie zrozumiał o co mi chodziło.
- Dlaczego nie mogłeś sam go kupić?
-
No wiesz… - zaczął. – Nie wiedziałem, czy to dobry pomysł, no i… tak głupio iść
do jubilerskiego samemu…
Parsknęłam,
klepiąc go po ramieniu. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, zaciągnęłam go do
kasy. Kiedy wręczał pieniądze kasjerce, popatrzył się na mnie z wdzięcznością.
Wystawiłam kciuk do góry.
Zapatrzyłam
się w jedną z wystaw, a szczególnie w przypinkę. Wykonana cała ze srebra,
wysadzana rubinami i białymi kryształami Swarovskiego. Przedstawiała
soczysto-czerwoną truskawkę. Nim jednak zdążyłam sprawdzić jej cenę, usłyszałam
koszt malachitu. Zakrztusiłam się śliną.
- 9550 jenów poproszę.
On
albo zwariował, albo…
No
tak. Ta ‘robota’ jest bardzo dochodowa, gdy nie musisz utrzymywać rodziny jak
Ayako.
Ciekawe
jak jest z rodziną Takiego. Czy jego rodzice żyją? Dlaczego akurat tutaj
skończył? Jeśli żyją, pewnie pójdzie w święta do nich. W sumie prawie nic nie
wiem o nim, a teoretycznie się przyjaźnimy. Nic o jego przeszłości, mieście,
rodzicach…
Wypadałoby
odwiedzić rodziców w święta.
- Ichigo? – spytał delikatnie blondyn. – Coś się stało?
-
Nie, nic.
Mimo
tych słów, czułam rozrywający ból w sercu. Goszczący zaraz obok nienawiści i
zemsty.
***
Zeszliśmy
na trochę bardziej boczne ulice Taitou, gdzie ludzie nie chodzili wielkimi
stadami, tylko spokojnie i pojedynczo. Otaczały nas starsze zabudowania i
liczne, nastrojowe kawiarenki. Niedaleko nas znajdowała się rzeka, a w oddali
widać było podnoszony most.
-
Ne, Taki… - zaczęłam trochę niepewnie.
-
Tak?
-
Dlaczego…? Nie, nie tak… Z jakiego powodu…? – język mi się plątał, bo nie
wiedziałam za bardzo jak ubrać to w słowa. – Co cię łączy z Ayako?
Chłopak
rozszerzył swoje szare oczy szeroko, gwałtownie obracając głowę. Mimo to się
uśmiechał. Czekałam kilka chwil by w końcu on sam mi odpowiedział, nie chcąc
naciskać.
- Wiesz… To długa historia… - zaczął, a ja już miałam mu powiedzieć, żeby się nie
zmuszał, kiedy posłał mi ciepły uśmiech. – Ale powinienem ci ją opowiedzieć.
Uśmiechnęłam
się do niego zachęcająco, zamieniając się w słuch. Chłopak podjął swoją
opowieść. Z każdą chwilą opowieści odczuwałam coraz większy ból przyjaciela,
jak i wściekłość na jego rodziców. Choć Taki mówił o tym spokojnie i naturalnie,
jakby opowiadał o zmarłej przed 5 laty rybką, jego oczy stały się przerażająco
puste.
Opowiadał
wszystko ze szczegółami. Od jego starań, poprzez pracę rodziców, ich wymagania
aż do relacji z Shou. Wszystko to wydawało się takie… przykre. Jakby całe jego
życie było dla niego pozbawione sensu. Przypatrzyłam się wyrazowi twarzy. Śmiał
się, cieszył się i uśmiechał. Ale to wcale nie znak, że uważa, że to życie jest
lepsze.
Kiedy
skończył mówić o ratowaniu Shou i znalezieniu się w Kaminari, przystanął i
zaczerpnął głęboko powietrza. Oparł się o barierkę, która oddzielała nas od
rzeki. Od mostu dzieliło nas zaledwie kilkaset metrów, a wokół było pełno
ślicznych kawiarenek. Jedna szczególnie zwróciła moją uwagę. Miała oszklony
balkonik na piętrze, pomalowany na pastelowe kolory. Stanęłam koło przyjaciela,
nie wiedząc co powiedzieć.
-
Przepraszam… Po prostu… Dość dawno to opowiadałem…
-
Nic nie szkodzi… - mruknęłam, krzyżując ręce na barierce i pochylając się do
przodu. Zamknęłam oczy pod wpływem zimnego wiatru.
- A
w tym wszystkim Ayako… - podjął ponownie, ale urwał, nie wiedząc jak to
wszystko wyrazić. – Ayako mnie uratowała.
Na
początku nie widziałem w niej nic. Patrząc się na nią, będąc w głębokiej
depresji, dostrzegałem tylko niską chłopczycę, o ostrym nosie, brzydkich oczach
i krzywym warkoczu. Dopiero potem zrozumiałem, że to właśnie czyni ją tym kim
jest.
Nigdy
się nie poddawała. Cały czas ciągała mnie wszędzie za sobą, chcąc choć trochę
mnie rozweselić. Na treningi, na posiłki, na ogniska, na misje, na posiłki. I
tak w kółko. Ona i Tsuneari. Ale bardziej ona.
Nie
cierpiałem jej wtedy. Nie mogłem zrozumieć dlaczego tak bardzo jej zależy, by
utrzymać mnie przy życiu, gdy tak bardzo chciałem zniknąć. Nie pojmowałem jak
cały czas się uśmiecha, mordując ludzi. Dlaczego nadal kocha rodziców, mimo, że
to przez nich stała się płatnym mordercą.
Nie
pamiętam o co chodziło, gdy nastąpiło moje przebudzenie. Ayako coś po prostu
powiedziała, reszta się roześmiała, a ja… delikatnie się uśmiechnąłem. Wszyscy
wokół ucichli, a Ayako… rozpłakała się. Na początku sama tego nie spostrzegła,
obcierając łzy wierzchem dłoni. Po chwili popłynęły kolejne, a ona rzuciła
tekstem w stylu ,,Przepraszam, to ze… szczęścia…’’ czy coś. A mnie ścisnęło się
serce, przez umysł przepłynęły wszystkie chwile z nią spędzone i roześmiałem
się po raz pierwszy od długiego czasu. Objąłem ją, gdy zaczęła bardziej płakać,
zrozumiawszy, że nie chcę bym to ja był powodem jej płaczu.
W
jakiś dziwny sposób stała się dla mnie najważniejsza…
Przepraszam,
gadam od rzeczy… - speszył się pod sam koniec.
Patrzyłam
się na niego uważnie, trawiąc znaczenie tych słów. To nie było zwykłe,
młodzieńcze zauroczenie, tylko coś bardziej, dużo bardziej głębszego,
opierającego się na potężnych fundamentach.
-
Ichigo? – wypowiedział moje imię niepewnie, oczekując reakcji, która nie
nadchodziła.
Uśmiechnęłam
się do niego i nic nie mówiąc, zarzuciłam mu ręce na szyję i mocno przytuliłam.
Na początku nie ogarnął co robię, potem delikatnie odwzajemnił mój uścisk.
Odsunęłam się od niego, szczerząc radośnie.
-
Jesteś zarąbisty, Taki! – zaśmiałam się do niego, a on trzepnął mnie w ramię. –
I dobierasz naszyjniki pod kolor oczu! – dodałam.
-
Oj, zamknij się – burknął, ale po chwili się roześmiał.
Ruszyliśmy
przed siebie.
***
Para
siedziała spokojnie w pastelowej kawiarence na obrzeżach dzielnicy Taitou.
Lokal urządzony został bardzo przytulnie i jasno. Górne piętro zostało
oszklone, łącznie z balkonem, więc klienci mogli spokojnie obserwować co działo
się wokół.
Kijuro
obserwował narzeczoną, gdy pochłaniała zamówione świąteczne ciasto. Toshiyuki
podniosła na niego wzrok, wyczuwszy jego spojrzenie i uśmiechnęła się ciepło,
lekko się rumieniąc. Mężczyzna odwzajemnił jej uśmiech, popijając kawę. Gdy
kobieta odwróciła od niego wzrok, spochmurniał.
Doskonale
wiedział, że te uśmiechy to tylko pozory. Za nimi kryła się psychopatyczna
morderczyni, którą poszukiwało całe Tokio. Wystarczyło tylko by jej ciśnienie
lekko wykroczyło poza normę, nie ważne czy przez zdenerwowanie, strach czy radość,
budziła się jej mordercza osobowość.
A
tylko ja umiem ją uspokoić, pomyślał Kijuro, prychając pod nosem.
Mężczyzna
nie wiedział dlaczego ją kocha, dlaczego się z nią zaręczył. W czasach młodości
strasznie go zafascynowała, a po tych wszystkich latach ciekawość przerodziła
się w coś na kształt miłości.
- Ne, ne, Kijuro-kun! – uśmiechnęła się do niego uroczo. – A ty co byś chciał na
święta? – zapytała, szczerząc się. Na policzku miała kawałek ciasta, więc
nachylił się i go ściągnął. – Mówię poważnie! – zaśmiała się.
-
Wiesz, że nie obchodzę świąt. – mruknął wymijająco.
Toshiyuki
nadyma policzki.
- No weź!
-
Toshiyuki… - jej imię zabrzmiało jak westchnienie, ale kiedy mężczyzna
dostrzegł jej smutne oczy zmiękł. – Wystarczy mi, że będziesz ze mną.
Kobieta
rozszerzyła swoje błękitne oczy, jakby nie zrozumiawszy tych słów, po chwili
pąsowiejąc i odwracając wzrok. Mamrotała coś pod nosem, ale delikatnie się
uśmiechała. Kijuro wybuchł śmiechem, obserwując reakcję ukochanej.
Toshiyuki
wodziła wzrokiem po całym lokalu, usilnie unikając jego piwnych, ciepłych oczu.
Kijuro uśmiechał się, mimo że wiedział, że to tylko pozory. Wystarczy chwila by
ta urocza dziewczyna stała się maszyną do zabijania.
Jej
fioletowe włosy przykryły jej policzek gdy zapatrzyła się w ulicę. Jasne oczy
śledziły każdego przechodnia, a zarumienienie powolutku ustępowało.
Nagle
skrytobójczyni zastygła, a jej twarz wróciła do pierwotnej barwy. Podniosła
minimalnie głowę, uśmiech zmienił się na okrutny, a oczy, pozbawione
jakiejkolwiek pozytywnej emocji, zabłysły z ekscytacji. Strateg od razu
wiedział, że musiała coś zobaczyć.
-
Toshi… - zaczął delikatnie, nakrywając jej drobną dłoń swoją, ale kobieta mu
przerwała.
-
Te dwa dzieciaki… Są z Kaminari, prawda? – zmieniła ton głosu na wyższy, przez
co ciarki przeszły mu po plecach. Szybko prześledził tłum, a gdy dostrzegł
chłopaka i dziewczynę, zastanawiał się przez chwilę. Blondyna od razu poznał
jako starszego Hideyoshiego, a czarne włosy dziewczyny od razu podpasował do
tej, z którą walczył Shigeo w Setagayi…
-
To Taki-kun, prawda? A ta obok niego to… Ichigo-chan? – spojrzała prosto na
niego tymi błękitnymi oczami, przepełnionymi żądzą krwi, a on wiedział już, że
jej nie powstrzyma.
-
Toshiyuki…
-
Ona zabiła naszych dilerów, wraz z ojczulkiem Shigeo. Ona zraniła bliźniaczków.
Ona jest z Kaminari. – mamrotała pod nosem bardzo szybko, a na jej twarzy
malowało się coraz większe szaleństwo. Nim Kijuro zdążył ścisnąć kojąco jej
dłoń, zabójczyni zerwała się z miejsca. – Ona jest wrogiem.
Odbiegła
od stolika, czym zwróciła uwagę klientów. Skierowała się do balkonu, wskakując
na czyjąś zastawę, odbiła się od niej, wprawiając wszystkich w osłupienie,
chwyciła się barierki jedną ręką. Kobieta napięła wszystkie mięśnie, opierając
ciężar ciała na ramieniu, a podnosząc nogi, z rozmachu rozbiła szkło i
zeskoczyła z pierwszego piętra.
Nim
Kijuro zdążył zareagować, usłyszał pisk hamulców i dźwięk wyginanego metalu.
Toshiyuki wylądowała na czyjeś masce. Oj, naprawa będzie dużo kosztować.
-
Wybacz, Sakiko! – krzyknął przez ramię do właścicielki i podążając tą samą
drogą co narzeczona zeskoczył za nią.
Wylądował
bliżej, mniej efektownie. Kobieta stała jak bogini na wgniecionej masce
samochodu, obserwując wszystkich ludzi wokół zastygłych – tych w oknach, na
chodniku, w samochodach oraz na przejściu. Choć była odwrócona tyłem był pewny
jak wygląda jej wzrok – bezlitosny, szukający ofiary. Zauważył skrytobójców z
Kaminari szybciej – stali na wprost kobiety, zastygli w bezruchu, z wyrazem
całkowitego szoku, ustępującego przerażeniu.
***
Przechodziliśmy z Takim akurat przez
skrzyżowanie, gdy pomyślałam, że jest zbyt spokojnie, nawet jak na czas
zawieszenia broni. Na nikogo się nie natknęliśmy.
I
właśnie wtedy kątem oka dostrzegłam podjeżdżające bliżej auto, a po chwili
donośny pisk opon zaledwie dwa metry ode mnie i ogłuszający dźwięk wyginanego
metalu. Na początku nawet nie spojrzałam w tamtym kierunku jedynie rozszerzając
oczy ze zdziwienia.
Zatrzymałam
się wpół kroku, Taki zaraz za mną. Zastygliśmy z resztą ludzi na przejściu.
Podniosłam głowę, wiedząc, że nie zobaczę nic co mnie ucieszy. Z wyrazem
głębokiego oszołomienia, dostrzegłam około dwudziestoletnią kobietę z
fioletowymi lokami sięgającymi do klatki piersiowej, prostym nosem, kształtnymi
ustami oraz lodowatymi jak śnieg błękitnymi oczami, dużo jaśniejszymi niż oczy
Shigeo. Miała na sobie ciemnofioletową sukienkę, na to długi płaszcz oraz
wysokie kozaki. Śledziła wzrokiem po tłumie, jakby kogoś szukała.
Nie
wiedziałam dlaczego tylko Taki wydaje się przerażony, choć w głębi serca po
prostu nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli. Gdy tylko moje granatowe oczy
spotkały się z jej błękitnymi wiedziałam, że chodzi o nas. Uśmiechnęła się
okrutnie.
-
Jasna cholera! – wrzasnął Taki, gdy w dłoni kobiety błysnęło coś metalowego.
Złapał mnie za rękaw płaszcza i mocno pociągnął, zmuszając do zrywu.
-
Co się…? – zaczęłam wrzeszczeć, ale Taki mnie zignorował.
-
Biegnij, do jasnej cholery! – krzyknął, puszczając mnie przed siebie. Obrócił
się kilka razy do tyłu. Ja też nie mogłam się oprzeć by to zrobić.
Kobieta
zaśmiała się psychicznie i energicznie zeskoczyła z samochodu. W dłoniach
trzymała dwa potężne sztylety, zakładane na palce. Szła w naszą stronę powoli,
rozkoszując się każdą chwilą naszej paniki.
-
Kto to… - zaczęłam jeszcze raz, ale Taki znów mi przerwał.
-
Nie gadaj tylko biegnij! – wrzasnął wściekle. Wzdrygnęłam się na taki ton
głosu. Blondyn zazwyczaj był bardzo spokojny i łagodny.
Kim,
do cholery, jest ta kobieta?
Przebiegliśmy
jakieś 200 metrów wyrabiając sobie dużą przewagę. Kobieta przyśpieszyła
minimalnie kroku, cały czas zanosząc się śmiechem. Przyjaciel cały czas coś
mruczał pod nosem, ale kiedy tylko spróbowałam choć odwrócić głowę, kazał mi
nie zwalniać.
Po
jakieś minucie gdy most zwodzony był prawie w naszym zasięgu, dojrzeliśmy znak
parkingu. Taki wydał cichy okrzyk, zrównując tempo biegu ze mną. Nigdy nie
widziałam tak zaciętego wyrazu twarzy u niego. Gdy byliśmy koło skrętu na
parking, złapał nagle za mój rękaw, ściągając nas w ułamku sekundy na teren
parkingu.
Spojrzałam
pod nogi. Na śniegu odznaczały się liczne odcisku butów i opon. Nie możliwe by
tamta kobieta ogarnęła którędy poszliśmy. Taki zaciągnął nas za niedużą
ciężarówkę, w której przysypiał ochroniarz. Opadliśmy na śnieg, opierając się o
nią, dysząc ciężko.
-
Kto to, kurna, jest? – wysapałam. Serce waliło mi strasznie szybko, nie tylko z
biegu, ale też podenerwowania. Adrenalina jest wpompowana w moje żyły w
zastraszającym tempie, a mój zew krwi buzuje cicho gdzieś na dnie umysłu.
- Toshiyuki Karube… Z Jishinu… - rzuca Taki, wychyla się szybko i wraca, kiwając
uspokajająco głowę. Jeszcze jej nie ma.
-
Dobra, mniejsza z tym. Co jest z nią nie tak…?
-
To psychopatka… - wysapał Taki, a ja parsknęłam. Zmroził mnie szarymi oczami. –
I to nie jest metafora. Ona naprawdę jest psychiczna. Ma zaburzenia osobowości.
Krótka chwila i… bum, masz maszynę zagłady.
-
Nie przesadzaj – szepnęłam wściekle, kiedy chłopak znowu się wychylił i uniósł
dłoń, bym ściszyła głos. – Ona jest jedna, a nas jest dwoje. Przecież…
- Zamknij się – syknął. – Czy ty, kurwa, nie rozumiesz? Jej szef się jej boi. Ona
sama dałaby radę wymordować jakieś 20 osób na raz. NA RAZ. – warknął, a mnie
przeszył dreszcz. Co gorsza nie poczułam strachu, ale podniecenie na myśl o
walce z nią.
- To co, do jasnej ciasnej, robimy? – spytałam, wyciągając sztylet z buta.
-
Ja odpalam jakiś ze stojących motorów. Ty odciągasz na chwilę Karube.
ODCIĄGASZ, nie walczysz. Ja cię zgarniam i zmywamy się tak szybko jak damy
radę. – wytłumaczył pobieżnie. Kiwnęłam głową. Nie było czasu na sprzeczki.
Wstałam
bezszelestnie, wychylając się lekko zza ciężarówki. Ścisnęłam lekko broń, gdy
zobaczyłam zabójczynię przechadzającą się lekko kilka rzędów aut dalej. W
przeciwnym kierunku były motory.
Uspokój
oddech. Napnij mięśnie. Myśl.
-
Ichigo. – Taki szepnął moje imię, kładąc dłoń na ramieniu. – Nie próbuj z nią
walczyć. - powiedział już spokojniej,
wręcz z niepokojem.
-
Spokojnie, Taki. – uśmiechnęłam się pobieżnie. – W końcu trenowałam codziennie
przez 4 miesiące po 8 godzin. Coś musiało to dać.
-
Ja wiem, że już teraz jesteś silna. Ale nie uśmiecha mi się twoja śmierć.
Jasne? – rzucił mi wyzywające spojrzenie, a mnie mimowolnie przeszedł dreszcz.
Odwróciłam wzrok.
- Jasne. – mruknęłam.
-
Przepraszam, że to ty musisz ją odciągnąć ale… - zaczął jeszcze, lecz
przerwałam mu.
-
Ale biegam szybciej. Już dobra. – powiedziałam, bardziej do siebie niż do
niego. – No to idę.
Zacisnęłam
zęby. Moje tętno się uspokoiło, cały organizm przygotował się na starcie.
Spojrzałam na przyjaciela. Teraz staliśmy się wspólnikami. Nie ważne co miało
się stać, plan jest najważniejszy. Kiwnęłam głową na niego, a on dał mi znak. Wzięłam głęboki oddech i wybiegłam.
Toshiyuki
nie usłyszała mnie od razu. Choć raczej powinnam powiedzieć: Nie odwróciła się
od razu. Zdążyłam przebiec jakieś 5
metrów, kiedy kobieta bardzo powoli i z wielką gracją zaczęła się obracać.
Przeszył mnie dreszcz. Zachowywała się jak z horroru.
Spojrzała
na mnie z pewnym siebie uśmieszkiem, ale kiedy zza ciężarówki wybiegł Taki,
błysnęła oczami, zaczynając biec w naszym kierunku. Poprawiłam automatycznie
chwyt na sztylecie, kierując się prosto na nią. Serce mi się ścisnęło, gdy
zobaczyłam szybkość z jaką porusza się kobieta.
Muszę
ją tylko odciągnąć.
Potrząsnęłam
głową, starając odgonić myśli. Zmrużyłam swoje granatowe oczy, tylko
przyśpieszając i zapominając o wszystkim. Liczyła się tylko morderczyni przede
mną. Nim zdążyłam się obejrzeć dzielił nas zaledwie metr, a sztylet spadał na
mnie z zawrotną prędkością i chłodną precyzją. Kobieta na pewno nie robiła tego
pierwszy raz.
I
na pewno nie ostatni.
W
ostatnim momencie przypomniałam sobie jawny zakaz Takiego. Zacisnęłam zęby i
przemknęłam się zwinnie obok niej, tuż pod ramieniem, które miało zadać cios.
Nie wiem jakim cudem, ale Toshiyuki nawet nie zareagowała. Modliłam się, by
rzuciła się w pogoń za mną, a nie na Takiego.
-
Interesujące! – zaśmiała się piskliwie, a ja usłyszałam coraz to szybsze
plaśnięcia w śnieg. Czyli jednak pobiegła za mną.
Westchnęłam
z ulgą, mimo że biegłam w przeciwną stronę niż znajdował się blondyn i jeśli
się nie pośpieszy, zagonią mnie w drogę bez wyjścia. A wtedy czy tego chcę czy
nie, będę musiała walczyć.
Staram
się utrzymywać najszybsze tempo na jakie mnie stać, biegnąc slalomem między
autami. Nie mam stroju do bawienia się w skakanie przez maski samochodów. Kobieta biegnie jakieś dwa metry za mną. Ogarnia mnie wściekłość.
Ona
się tylko ze mną bawi.
Buty
ślizgały mi się na śniegu, a tylne ogrodzenie zbliżało się w niebezpiecznie
szybkim tempie. W tyle nawet nie było słychać odpalanego silnika. Kiedy byłam
niecałe 5 metrów od ogrodzenia, Toshiyuki zaczęła okrutnie chichotać, ale
starałam się nie popadać w gniew, tylko zachować trzeźwość umysłu.
Taki
zdąży. Na pewno. Musi zdążyć.
Dzielił
mnie ostatni rząd aut, kiedy z dachu ciężarówki stojącej na wprost mnie
zeskoczył mężczyzna.
Na
początku gwałtownie odskoczyłam do tylu. Kątem oka widziałam jak kobieta mnie
dogania, a ziemia usuwa mi się spod stóp. Podeszwy kozaków nie znalazły oparcia
na śliskim śniegu, a ja byłam zbyt zdziwiona by zachować równowagę.
Wrzasnęłam
z zaskoczenia, upadając na ziemię.
Kobieta
zatrzymała się obok mężczyzny, okrutny uśmiech wykrzywiał jej twarz. Mina
faceta nic nie zdradzała. Bordowe włosy opadły mu na piwne oczy. Miał skórzaną
kurtkę i czarne spodnie, a na nogach spoczywały trapery.
Jasny
szlag.
Zerwałam
się od razu na równe nogi. Mężczyzna zaatakował pierwszy. Jego długa katana
skrzyżowała się z moim 25cm sztyletem. Broń szczęknęła żałośnie pod siłą ciosu.
Sparowałam szybko, ale facet cofnął się, a Toshiyuki od razu rzuciła się do
przodu. Sztylet w jej lewej ręce udało mi się zablokować, ale ten w prawej
rozciął mi policzek.
Jeśli
sądzili, że mnie to zdezorientuje, pomylili się. Adrenalina zawrzała w moich
żyłach. Zaatakowałam. Wymieniałam zręczne ciosy z kobietą.
Ogarnął
mnie całkowity spokój. Nic nie czułam, fizycznie i psychicznie. Tylko walka.
Moje ciało poruszało się szybko, płynnie, a wyćwiczone ruchy idealnie zgrywały
się z atakiem i obroną przeciwniczki. Trening przyniósł efekty.
Niestety
popełniłam jeden błąd, wynikający z braku doświadczenia. Siła i perfekcja cięć
błękitnookiej kazały skupić się tylko na niej.
Spuściłam z oczu mężczyznę. Kiedy Toshiyuki podniosła zwycięsko broń do
góry, w jej odbiciu, splamionym krwią z mojego policzka, ujrzałam błysk stali.
Serce
zabiło mi szybciej, wpadłam w otchłań wody. Wszystko działo się w zwolnionym
tempie, a ja myślałam gorączkowo. Jeśli się teraz odwrócę, trafi mnie
Toshiyuki, jeśli nie – on.
Jest
źle.
Nie
miałam czasu się zastanawiać. Sparowałam z trudem cios kobiety, starając się
jakoś uchylić i przygotować na metal rozcinający moje plecy, ale usłyszałam
tylko szczęk stali. Na twarz Toshiyuki wstąpiło zaskoczenie, które po chwili
zastąpił psychiczny uśmiech.
Odwróciłam
się trochę do tyłu, starając nie spuszczać z oczu przeciwniczki. Taki siłował
się z mężczyzną swoim małym sztyletem.
-
Taki!? – wyrwało mi się, ale krzyk zabrzmiał urywanie, kiedy parowałam szybkie
pchnięcie fioletowo-włosej.
-
Uciekaj! – wrzasnął, zmniejszając siłę pchnięcia i odsuwając gwałtownie ostrze,
powodując tym samym, że mężczyzna traci równowagę i spada prosto na mnie.
Napinam mięśnie, gotowa do ucieczki.
Tylko
to byłoby zbyt proste.
-
Gomene, Kijuro! – woła Toshiyuki, a nim zdążę się zorientować za co przeprasza,
jej but znajduje się kilka centymetrów ode mnie. Jej kopnięcie prosto w klatkę
piersiową, wytrąca mi resztki powietrza i podrywa do góry. Łokiec faceta wbija
mi się w plecy, gdy na niego spadam. Suniemy po śniegu kilka metrów, by zatrzymać
się z głośnym stęknięciem.
Taki
stoi jak osłupiały, nie mogąc uwierzyć sile kobiety. Rzuca się na nią ze swoim
krótkim sztyletem, parując ciosy nadchodzące z obu stron. Radzi sobie całkiem
nieźle, ale nie wytrzyma zbyt długo.
Zmuszam
się do powolnego podniesienia się. Nie czuję połamanych żeber, ale przeciwnik na
pewno jest połamany. Przy spadnięciu usłyszałam głuchy trzask. Przechodzę w
kucki, przyglądając się mu. Ręce i nogi mu drżą, stara się wziąć w garść i podnieść
się. Sięgam dłonią do buta, a kiedy palce trafiają w pustkę, rozglądam się
gwałtownie. Nasze ostrza leżą kilka metrów dalej.
-
Cholera. – syknęłam do siebie, obszukując mężczyznę. Muszę tutaj znaleźć jakąś
broń. Jeśli się ruszę, kobieta zorientuje się. Dopiero w kieszeni kurtki natrafiam
na coś okrągłego, co dotychczas widywałam tylko w filmach.
-
Może się przydać – stwierdzam, uśmiechając się złowieszczo. W mojej głowie
zrodził się zarys szaleńczego planu. Ale na razie był to jedyny plan jaki mamy.
Usłyszałam
jak Taki wrzeszczy moje imię. Kobieta przerwała starcie z nim, szarżując w moją stronę.
-
ZOSTAW GOOOO!!! – krzyczy obłąkańczo.
Taki
skręca w innym kierunku, pokazując na bramę wyjazdową. Kiwam głową, zrywając
się do biegu. Chwytam swój sztylet, przygotowana na atak Toshiyuki, który nie
nadszedł. Przed wybiegnięciem na ulicę, oglądam się jeszcze, by ujrzeć ją
klęczącą obok Kijuro.
-
Otrząśnij się, Kijuro! – wrzeszczy, tarmosząc go za koszulę. Mężczyzna
odkasłuje krwią i unosi kciuk do góry, że już lepiej. Kobieta zrywa się na
równe nogi. – Zabiję. Zabiję. Zabiję. Zabiję. Zabiję. Zabiję. – zaczyna mamrotać
w szaleńczym tempie, krzyżując na ułamek sekundy ze mną wzrok.
Jej
oczy są zasnute mgłą szalonej obsesji, usta wykrzywiają się w psychicznym,
morderczym uśmiechu. Kobieta już całkowicie straciła kontrolę nad swoją psychiką.
Zrywa się w naszym kierunku, ciągnąc za sobą faceta, który po kilku krokach
odzyskuje siły.
-
Taki, przyśpiesz! – wrzeszczę, doganiając go w kilka sekund. Blondyn o nic nie
pyta, przebierając szybciej nogami.
-
Przez most! – krzyczy zdawkowo, a ja potakuję.
Mijani
przez nas ludzie najpierw są przez nas potrącani, po kilku sekundach ustępują
nam drogi, zdziwieni sytuacją. Pewnie wygląda to jak scena z filmu akcji.
Od
mostu zwodzonego dzieli nas 150m. Auta stoją przy szlabanach, czekając na możliwość
przejazdu. Światła z pomarańczowych zmieniły się na czerwone, a dwie połowy
mostu drgnęły podnosząc się powoli, centymetr po centymetrze.
-
Cholera! – krzyknął Taki, oglądając się za siebie. – Depczą nam po piętach!
-
Mam plan! – wołałam do niego.
-
Boję się twoich planów! – blondyn wykrzesuje z siebie ostatnie reszki poczucia
humoru. Zmrażam go wzrokiem. Chłopak wzdryga się.
-
Musimy tylko zwolnic tak by gdy wylądujemy po 2 stronie mostu, oni będą jeszcze
w powietrzu. – tłumaczę, ale gdy zauważam, że towarzysz chce się jeszcze o coś zapytać,
rzucam mu komórkę. – Dzwoń po kogoś!
Czterooki
tylko kręci głową, poprawia szkła i wybiera numery po kolei. Most jest już
niebezpiecznie blisko. Tak samo jak nasi wrogowie.
Nikt
nie może odebrać. Dopiero gdy Taki, zirytowany już wszystkim, wybiera numer
Meijiego, odzywa się przyjaciel.
-
Meiji!? – woła do słuchawki, gdy wbiegamy już na część mostu. – Całe szczęście!
-
Streszczaj się! – pośpieszam go, wyrywając się na przód. Płynnym susem
przeskakuję szlaban, zbliżając się do prawie pionowej ściany. Za nami w budki
kontrolnej wybiega wściekły mężczyzna.
- Słuchaj, mamy problem! – tłumaczy zdawkowo. – Potrzebujemy wsparcia!
-
Taki, skacz! – drę się, chwytając go za nadgarstek i wybijając się z krawędzi. Chłopak w zaskoczenia wypuszcza telefon, głośno klnąc. Będąc w powietrzu, kilka
metrów nad lodowatą rzeką, machamy nogami i rękami by jak najdalej polecieć.
Sięgam do kieszeni po zdobycz.
-
Żryjcie to! – wołałam do nich, gdy moje nogi dotykają ponownie asfaltu. Obracam
się na brzuch, odrywam zawleczkę zębami i posyłam pocisk w powietrze, wysoko
nad przeciwników. Zjeżdżam na sam dół mostu, kuląc się i zakrywając uszy.
Po
chwili ogłusza nas ostry wybuch granatu i wrzaski paniki, która nastąpiła
sekundę po eksplozji.
***
~kilka
minut wcześniej~
Meiji
i Mako stoją na dachu jednego z wieżowców znajdujących się w Taitou. Kobieta
balansuje przy gzymsie, a mężczyzna patrzy się w horyzont.
-
Więc… - zaczyna rudowłosa. – Po cholerę mnie tu wyciągnąłeś? – jej głos jak
zwykle był bezbarwny, a zielone oczy nie wyrażały niczego.
-
Mamy jeszcze chwilę czasu, a to jest najwyższy budynek w okręgu. Wiesz, taka
wycieczka zapoznawcza. – śmieje się czarnowłosy, stając obok Mako.
-
Jak jedzenie na Wigilię się zamrozi, ty je będziesz odmrażał – ostrzegła spokojnie.
Meiji parsknął śmiechem. – Nie żartuję.
-
Hai, hai – machnął ręką. – No, nie bądź taka. Spójrz – wykonał zamaszysty gest,
obejmując całą dzielnicę. – Tam jest park Ueno, przed nami jest świątynia
Asakusa, a tam dalej jest Akihabara…
- Gdzie? – przerwała mu beznamiętnie. – Gdzie ta świątynia? Nie widzę jej.
Meiji
mimowolnie się uśmiechnął, objął ją ramieniem, lekko uginając kolana. Mimo iż
mierzył 170cm, był niewiele od niej wyższy. Położył brodę na jej ramieniu, a
kobieta nawet nie drgnęła. Patrzyła się zawzięcie przed siebie, lekko mrużąc
zielone oczy. Meiji posmutniał na krótką chwilę, ale wyciągnął ramię przed
siebie, dokładniej wskazując położenie świątyni.
- O
tam, tam… - mówił wesoło.
-
Widzę już. Dzięki. – stwierdziła Mako po kilku sekundach. – Możesz mnie już puścić.
-
Co? A, jasne… - czarnowłosy zawahał się, ale w końcu odsunął się od
przyjaciółki. Odwrócił od niej twarz, która powoli pokrywała się czerwienią. –
Mako…
-
Nic nie mów.
-
Mako...? Posłuchaj…
- I
tak wiem co chcesz powiedzieć. Moja odpowiedź nadal brzmi tak samo. – jej głos
jest chłodny, a zielone oczy wbite w horyzont.
- ‘’Mam
to dobrze przemyśleć’’, co? – czarnowłosy parska śmiechem. Wbija poważne
spojrzenie w rudowłosą, która odwraca twarz w jego kierunku, krzyżując z nim
beznamiętne, zielone oczy. – Myślę o tym od 5 lat tak samo.
-
Meiji… - Mako wypowiada jego imię szeptem, smutno, wręcz ze zrezygnowaniem.
Przerywa bitwę na spojrzenia, wbijając posmutniałe oczy w oddaloną o
kilkadziesiąt metrów ziemię. – Posłucha… - zaczyna, gdy rozlega się dzwonek
telefonu.
-
Cholera. – syknął Meiji, odbierając komórkę. – Słucham? – rzuca do słuchawki z
wyrzutem. – Taki? – mężczyzna sztywnieje. Kobieta napina wszystkie mięśnie,
gotowa do natychmiastowej reakcji. – Spokojnie, spokojnie! Co tam się dzieje?
Jakie wsparcie? – Meiji pod wpływem wyczekującego wzroku towarzyszki przełącza
telefon na głośnik. – Gdzie wy jesteście?
W
tle rozlega się okrzyk Ichigo: ,,SKACZ!’’,
po czym rozlega się siarczyste przekleństwo. Najpewniej wypadł mu
telefon. Po jakiejś sekundzie, słychać trzask.
-
Co się…? – zaczyna Mako, ale głośny wybuch, przecznicę dalej, urywa jej zdanie
w połowie. Nad mostem zwodzonym unosi chmura dymu. Przyjaciele patrzą po sobie z przerażeniem. –
To oni – stwierdza pusto Mako.
Meiji
jej przytakuje, oszołomiony eksplozją.
-
Przejmuję dowodzenie nad misją. – oznajmia spokojnie kobieta. Mężczyzna ocknął
się i popatrzył się na nią pytająco. – Za mną.
Cofnęła
się o kilka kroków, wzięła rozbieg i wybiła się z gracją od gzymsu. Meiji nawet
jakby nie chciał, rzucił się za nią w przepaść, na odsiecz przyjaciołom. Przeskakiwali z jednego dachu na drugi, a on o nic nie pytając, obmyślał
gorączkowo plan działania.
***
Kiedy
szok po wybuchu już minął, Taki popatrzył się na mnie jak na wariatkę. Podniosłam się i otrzepałam ze śniegu, jak gdyby nigdy nic. Uśmiechnęłam się do
niego. Jego szare oczy rozszerzyły się z szoku, a kąciki ust powędrowały do
góry. Po sekundzie wybuchł histerycznym śmiechem.
Zrobiłam
krok do tyłu, wiedząc, że taka ekspresja u przyjaciela nie wróży nic dobrego. Chłopak
ukrył twarz w dłoniach, zanosząc się śmiechem.
-
Czy ty wiesz co zrobiłaś!? – wydusił, na przemian chichocząc. Przeszły mnie
ciarki. – Wiesz? – powtórzył, uspokajając się. Opuścił ramiona, a włosy zakryły
mu oczy.
-
Wysadziłam ich w powietrze? – powiedziałam ostrożnie, nie wiedząc jak może zareagować.
Jego szok był zrozumiały, choć mnie samej nawet nie to nie ruszyło. Nie czułam
poczucia winy, przerażenia – niczego oprócz cienia satysfakcji, że plan zakończył
się powodzeniem.
-
TAK! – wrzasnął na mnie. Wyciągnął do mnie dłonie, jakby chciał się rzucić na
moją szyję i udusić. W końcu jednak zacisnął je w pięści, wsadził do kieszeni i
wziął głęboki oddech. – Skąd ty w ogóle wytrzasnęłaś granat?
- No
ten… Kijuro miał…
-
Nawet nie znałaś jego mocy rażenia! Mogłaś wysadzić nas w powietrze! Nie,
gorzej! Mogłaś wysadzić cały most w powietrze!
-
Ale żyjemy… - zauważyłam, kładąc kojąco dłoń na jego ramieniu. – Choć, musimy
się zmywać póki gliny nie przyjechały.
Skierowaliśmy
się w zaułek, wmieszając się z łatwością w tłum. Kiedy skryliśmy się w cieniu budynków,
coś kazało mi spojrzeć za siebie.
Zastygłam
w bezruchu, w całkowitym przerażeniu. Końca mostu chwyciła się jedna okrwawiona
dłoń. Po chwili druga.
Miałam
wrażenie, że serce na chwilę mi stanęło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz