Rozdział 27
Guess, who’s
came back?
-
No bez jaj! – zawołał Taki, podążając za moim wzrokiem. Zerwał się na równe
nogi, chwytając sztylet w dłoń.
Obkrwawione
dłonie, trzymające się krawędzi sprawiły, że większość tłumu rozbiegła się w
popłochu, wrzeszcząc. Po chwili dłoni chwyciły się kolejne ręce, podciągające
się sprawnie. Kobieta płynnie wskoczyła na most, zjeżdżając po pionowej
ścianie, zatrzymanej przez awarię. Kijuro również podciągnął się i z ciężkim
jękiem stoczył się do Toshiyuki, od razu jednak się podniósł lekko krzywiąc.
Obserwując
zabójców, wiedziałam, że to nie był granat masowego rażenia. O ile to w ogóle
można było nazwać granatem, a nie środkiem wybuchowym. Toshiyuki miała jedynie
nadpalone końcówki włosów i oparzoną w kilku miejscach skórę, widoczną w
wypalonych dziurach. Kijuro oberwał dużo bardziej, choć bardziej celowałam w
fioletowowłosą. Skórę z przedramion miał całkowicie zdartą, krew spływała po
nich na dłonie, część twarz była czarna, a ubranie nosiło wyraźnie skutki
broni.
Toshiyuki
pomogła wstać towarzyszowi, pytając się o coś cały czas. Miałam wrażenie, że w
jej oczach zabłysło zmartwienie. Po jej zachowaniu trudno było w to uwierzyć.
- A
ona co? – syknęłam. Taki wychylił się zza ściany obok mnie.
-
Mówiłem – ma zaburzenia osobowości. – przypomniał mi szeptem. – Dla niego
zawsze jest kochającą narzeczoną.
-
Narzeczoną? – zagwizdałam. – No nieźle. Nie myślałam, że ci z Jishin znają
pojęcie miłość. – rzuciłam sarkastycznie.
-
To wyjątek od reguły – prychnął chłopak. – Policja zaraz będzie. Zmywamy się?
-
Jeszcze się pytasz. Tylko musimy główną ulicą – to ślepy zaułek.
-
Cholera.
-
Dokładnie. Cholera.
Taki
poprawił chwyt na rękojeści sztyletu, wychylając się jeszcze raz. Odczekał
kilka sekund, a po jego minie widać było, że tak czy siak zorientują się, że
uciekamy, nie ważne kiedy wybiegniemy, wstrzymał oddech i dał znak dłonią,
wybiegając w tym samym momencie.
Ludzie
wydali zduszone okrzyki, gdy wpadliśmy w ich tłum. Nie przejmowaliśmy się, że
upadają, mocno pchnięci lub grożą nam policją. Najważniejsze by jak najszybciej
wybiec z ich zasięgu. Dalej niech zajmą się nimi gliny.
Po
kilku sekundach przeszył mnie dreszcz i poczułam na plecach jej wzrok.
- I
tak nie uciekniecie, dzieciaczki! – zawołała za nami słodkim głosikiem.
-
Szybciej! – syknął Taki, gdy za sobą usłyszeliśmy krzyki. Najwyraźniej kobieta
zaczęła nas ścigać.
Po
kilku sekundach, podczas których adrenalina znów zakrążyła w moich żyłach, a
serce ścisnął nagły niepokój, wiedziałam, że zabójczyni potraktuje nas na
poważnie.
Kopnięcie
między łopatki pozbawiło mnie tchu, a ziemia usunęła się spod nóg. Opadłam z
plaskiem na chodnik. Nie pozwoliłam sobie nawet na sekundę oszołomienia,
obracając się od razu na plecy, by spojrzeć prosto na czubek ostrza Toshiyuki.
Kobieta
gwizdnęła.
-
ICHIGO!!! – wrzasnął Taki, hamując kilka metrów dalej, a śnieg nadał mu
kilkumetrowy poślizg. – ŁAPY PRECZ OD NIEJ! – zawołał, rzucając się w naszym
kierunku.
Niestety
został zablokowany przez Kijuro, z którym od razu zaczął wymieniać efektywne
cięcia, że ich ostrza wyglądały tylko na rozmazane smugi, przecinające
spokojnie powietrze. Patrzyłam się na nich ze strachem, modląc się by Taki nie
tracił koncentracji.
-
Ej, ej! – zaśmiała się, dźgając mnie mieczem w policzek, chcąc zwrócić moją
uwagę na nią. – O niego się nie martw, zdolny z niego chłopaczek, Ichigo-chan!
– Uśmiechnęła się do mnie psychopatycznie, mrużąc oczy. Przełknęłam ślinę.
Nie
doceniliśmy jej. Przez cały ten czas tylko się z nami cackała. Nawet nie
zdążyłam zorientować się kiedy wyprowadzała kopnięcie.
Zacisnęłam
dłonie w pięści i posłałam jej najgroźniejsze spojrzenie na jakie było mnie
teraz stać.
-
Ojejku, jak strasznie! – zawołała jak mała dziewczynka. – Interesująca jesteś.
– stwierdziła niższym, doroślejszym głosem. Kucnęła koło mnie, nadal trzymając
przede mną miecz. Wsparłam się na
ramionach powoli, patrząc się cały czas w jej bezlitosne oczy.
-
Wiesz, jesteś teraz w tarapatach. Mam
cię na czubku ostrza, hihihi! – zaśmiała się ze swojego żartu. – Nie cierpię
ludzi, którzy ranią Kijuro-kuna. Nienawidzę. Kiedy ich widzę, chcę by cierpieli
sto razy bardziej niż on. – barwa jej głosu zmieniała się na coraz bardziej
psychiczną, a źrenice zmniejszały się. – Chcę ich pociąć, posiekać,
poćwiartować, zmiażdżyć, połamać. ZABIĆ. Hahahahahaha!!! – zaczęła się śmiać,
całkowicie oddając się psychopatii.
Wiedziałam,
że mam niezłe kłopoty. Taki nie zdoła pokonać mężczyzny, ani tym bardziej mi
pomóc. Kobieta nie pozwoli mi zginąć od razu, ten typ zabójcy musi jeszcze
pomęczyć ofiarę.
Jasny
szlag.
Nie
dopełnię zemsty. Moja zemsta…
- Szkoda,
że trafiłaś akurat do Kaminari… - zaczęła jeszcze kobieta, przejeżdżając
ostrzem powoli po mojej szyi. Nawet nie drgnęłam. – Zapowiadasz się obiecująco,
tylko tam są same… - zaczęła z odrazą ale urwała gwałtownie.
Zastygłam
gdy w jej twarz wbiły się obcasy skórzanych kozaków, posyłając Toshiyuki,
całkowicie oszołomioną, kilka metrów dalej.
***
~Tokaji~
Oszalałem
całkowicie.
Otworzyłem
cicho regał w salonie w poszukiwaniu albumów. Większość zdjęć w tym domu
pochodziła ze starszych lat, a żadne nie pasowało do tego czego szukałem.
Odłożyłem piąty album.
Zwariowałem.
Wspiąłem
się po schodach, do sypialni. Zawahałem się przed samymi drzwiami, nie będąc
pewny czy mam prawo tam wejść. W końcu potrząsnąłem głową, otwierając
efektownie drzwi.
Wszystko
było pozostawione tak jak to zostawiła, a przedmioty pokrywała warstwa kurzu.
Zastygłem na moment, zamykając oczy i nakazując sobie wziąć się w garść.
Rozejrzałem się po pokoju, szukając zdjęć. Pstryknąłem palcami, gdy zauważyłem
zdjęcie oprawione w ramkę.
-
No i jest – powiedziałem cicho, a mój głos zabrzmiał nienaturalnie głośno. Ściągnąłem zdjęcie ze ściany, z zamiarem schowania go do plecaka, ale coś
kazało mi zatrzymać się na sekundę. – Naprawdę zwariowałem.
Przetarłem
szkło dłonią, odsłaniając trójkę ludzi, tworzących niegdyś rodzinę. Stali na
szczycie jakieś góry a za nimi rozciągał się piękny widok. Córka wdała się w
ojca, wysoka, z prostym nosem i wydatnymi ustami. Jej włosy miały taki sam
czarny odcień co włosy mężczyzny. Po matce odziedziczyła jedynie oczy –
najpiękniejsze jakie widziałem.
-
Byłoby bardzo szkoda gdyby ich kolor nie przetrwał kolejnego pokolenia –
szepnąłem, wpatrując się pusto w zdjęcie. W końcu potrząsnąłem głową, wrzucając
je do plecaka.
Skierowałem
się do wyjścia, starając się nie myśleć co tutaj robię. Będąc przed drzwiami
starannie ominąłem plamę zastygłej krwi na podłodze.
Co
ja w ogóle robię? Nie powinienem się tak cackać.
Nie
dla niej. Nie dla kogokolwiek.
Wychodzę
na zewnątrz, a zimny wiatr bezlitośnie smaga mi twarz. Przedzieram się przez
zaspy, rozglądając się czy nikt mnie nie widzi czy obserwuje. Nawet gdy nie
zauważam nikogo, nie rozluźniam się, usiłując znaleźć jakieś logiczne
wytłumaczenie mojego postępowania.
Dlaczego
nie widzę w tym nic dziwnego? Dlaczego akurat chcę to zrobić dla niej? Dlaczego
się denerwuję gdy myślę o jej reakcji?
To
nie ma sensu.
Po
cholerę w ogóle cokolwiek dla niej robię? Te rozmowy, patrole, treningi… Co
sprawiło, że jest to dla mnie tak ważne i… naturalne.
Wsiadam
do tramwaju kierującego się do Senkawy. Opieram się o ścianę, chowając głowę w
szalik, choć trochę próbując ogrzać sobie zamarznięty nos. Choć myśli kołaczą
mi się po głowie, z przyzwyczajenia wyostrzam słuch, choć nie liczę na żadną
konkretną informację.
‘’…
wybuch w Taitou…’’
Drgam
na tą nazwę. Prostuję się, starając nie
dać po sobie poznać, że słucham ich rozmowy. Przy ostrzejszym zakręcie robię
kilka nieznacznych kroków w stronę rozmawiających.
-
Kręcą tam pewnie jakiś film.
-
Tylko most został uszkodzony.
-
Ale dzieciaki były bardzo przekonujące.
-
Tak, tak. Film o młodocianych zabójcach, będzie…
Zrywam
się, gdy tramwaj staje i wręcz wypadam na tłum stojący przed wejściem. Nie
przejmuję się warknięciami w moją stronę, rozglądając się chaotycznie, próbując
namierzyć nazwę stacji. Widząc przyległą dzielnicę do Asakusy, przepycham się
między tłumem.
Na
zewnątrz, mimo ludzi i zimna biegnę tak szybko jak tylko potrafię. Serce mam
ściśnięte, przed oczami tylko czarne wizje, czuję niepokój i desperację, prawie
zapomniane już przeze mnie uczucia. A w głowie mam tylko jedną, jedyną myśl. Jedne, jedyne imię, które mógłbym już zawsze wypowiadać.
Ichigo.
***
Zamrugałam
ze zdziwienia. Toshiyuki została wbita w ziemię kilka metrów dalej, a kobieta,
która wyprowadzała atak opadła na nogi z gracją, odrzucając do tyłu długie,
rude włosy. Nie byłam w stanie się ruszyć. Szok mnie sparaliżował.
Nie
słyszałam nawet jak do mnie krzyczą, zastygłam w tej samej pozycji. Moje imię
obijało mi się o uszy, a ja wiedziałam, że
muszę się podnieść. Tylko coś trzymało mnie ziemi.
Podbiegł
do mnie Meiji. Złapał za ramiona, potrząsając mocno. Mówił cały czas, ale gdy
spostrzegł, że praktycznie nie reaguję, podniósł mnie na nogi. Patrzyłam
się na niego ze zdziwieniem, usiłując
zrozumieć choć słowo.
‘’Muszę
iść pomóc Takiemu…’’
- Taki
– powtórzyłam imię przyjaciela. Wszystkie informacje rozjaśniły się, a mi
prościej było myśleć. Obróciłam się gwałtownie w stronę walczącego przyjaciela.
– Taki!
-
No w końcu się ogarnęłaś! – prychnął Meiji. – Lecę zatrzymać Kijuro, a ty z
Takim skombinujcie jakieś auto. – rzucił przez ramię, biegnąc w stronę
walczących.
Płynnie
wbiegł między nich, zatrzymując cios bordowowłosego. Okularnik popatrzył się na
niego zdziwiony, odskakując o krok do tyłu. Meiji rzucił mu coś przez ramię, a
chłopak kiwnął głową, zostawiając zabójcę przyjacielowi.
Kiedy
do mnie biegł, rozłożyłam lekko ramiona, ale Taki wpadł na mnie z całym
impetem. Objął mnie szybko i mocno.
-
Całe szczęście – mruknął, sapiąc ciężko.
-
Tak, też się cieszę, że jesteś cały – opowiedziałam, odsuwając go od siebie. –
Ale nie mamy na razie czasu na ckliwe gadki.
Przyjaciel
kiwnął głową z determinacją, zrywając się do biegu. Podążyłam za nim, aż nie
zatrzymał się gwałtownie przy jednym z aut. Oczy mu błysnęły, a lewy kącik ust
powędrował do góry.
-
Ichigo, ile mamy jeszcze czasu? – zapytał, cały czas wpatrując się w auto.
Obrzuciłam
spojrzeniem Mako i Meijiego. Czarnowłosy wymieniał spokojne cięcia z Kijuro,
jakby prowadzili luźną pogawędkę. Ich twarze były beznamiętne, ale czuć było
ciężką aurę ich otaczającą. Z Mako było inaczej. Wraz z Toshiyuki tworzyły
smugi ludzi i mieczy poruszając się w niezwalniających tańcu śmierci.
Jednakże oboje wyglądali na pełnych sił i
opanowanych.
-
Powinni wytrzymać jeszcze z 5 minut. – stwierdziłam. – Gorzej z policją.
-
Wystarczą 3 minuty – mruknął, majstrując przy zamku. – Daj znak jakby coś się
działo. – dodał nim całkowicie zatopił się w pracy.
Westchnęłam
i oparłam się o maskę. Przeskakiwałam wzrokiem od jednej walki do drugiej. Wraz
z każdą sekundą zabójcy zbliżali się do siebie. W końcu walczyli ramię w ramię,
choć tempo Meijiego nie przyśpieszyło, a Mako nie zmalało.
Zacisnęłam
dłonie w pięści. Byłam wściekła na siebie.
Jestem
nadal za słaba. Muszę być silniejsza. Więcej. Więcej.
Gdyby
nie oni, leżałabym teraz w czerwonym śniegu, a moja zemsta nigdy by się nie
dopełniła.
A
teraz mogę tylko patrzeć się na nich, licząc, że żadne nie popełni błędu i
wyjdą cało z akcji ratunkowej.
Nosz
cholera.
~.~.~
Meiji ciął spokojnie z lewej, a Kijuro
odparował, wyprowadzając kolejny atak. Patrzyli się w swoje piwne oczy, w
prawie identycznym odcieniu. Nie była to bardzo zacięta walka.
-
Jak widzę gracie na czas? – mruknął Kijuro.
- A
wy nie? – odpowiedział Meiji, uśmiechając się kpiąco.
Kijuro
się roześmiał, atakując trochę silniej, ale czarnowłosy ze znudzeniem
zablokował cięcie. Żaden z nich nie chciał się rozkręcać, byleby tylko nie
pokazać swoich umiejętności.
-
Widzę, że nie chce ci się walczyć – zauważył Kijuro.
-
Doskonale wiesz, że jeślibyśmy walczyli na poważnie, byłyby straty w cywilach.
A mi naprawdę nie uśmiecha się dochodzenie śledcze przed świętami.
- A
kobiety jakoś mają to gdzieś. – zaśmiał się zabójca.
Obaj
spojrzeli na morderczynie, które ani na sekundę nie przestawały ciąć powietrze ostrzami. Twarz Toshiyuki wykrzywiał uśmiech furii, a Mako pozostała jak zwykle
spokojna.
-
Zabić. Zabić. Zabić. Zabić. Zabić. – powtarzała cały czas fioletowo-włosa.
-
Mogłabyś łaskawie się zamknąć. To irytujące. – powiedziała lodowato Mako, czym
rozjuszyła psychopatkę. Zaatakowała ze zdwojoną siłą.
Mako
błyskawicznie kucnęła, ostrze mignęło tuż nad jej głową, spróbowała kopnąć
kobietę z pół obrotu, ale ona wybiła się wysoko, unikając uderzenia. Wzięła
rozmach zza pleców, a rudowłosa zaparła się dwoma ostrzami przed sobą, hamując
impet z jakim spadła na nią Toshiyuki. Siła posunęła kobiety trochę do tyłu.
Mako odepchnęła ją, biorąc zamach i tnąc z dwóch stron jednocześnie, lecz
przeciwniczka sparowała to z łatwością, ponawiając szybką wymianę ciosów.
Meiji
zaatakował rozproszonego stratega. Ten jednak miał wystarczająco szybką
reakcję, by sparować cios. Uśmiechnął się kpiąco, tnąc błyskawicznie ze
wszystkich stron po kolei.
- Na serio zaatakowałeś mocniej? – zakpił. – Nie mieliśmy nie walczyć na
poważnie. – zaśmiał się.
-
Jak się patrzę na poziom kobiet, głupio mi się robi. – syknął Meiji, wypadając
do przodu. Kijuro musiał odskoczyć do tyłu by nie oberwać. Zagwizdał cicho,
mrużąc groźnie oczy.
Nim
jednak zdołali rozkręcić się całkowicie, zastygli na dźwięk syren policyjnych.
Zaprzestali walki, klnąc w tym samym momencie. Po chwili musieli odskoczyć, by
uniknąć zderzenia z czarnym mercedesem, który wziął ostry zakręt kilka
centymetrów od nich. Meiji wykrzyknął coś wesoło, podbiegając od strony
kierowcy, ryjąc się na fotel. Mako podbiegła od drugiej strony, siadając z
gracją.
~Ichigo~
-
Taki, ja kieruję, ty zawalidrogo! – powiedział Meiji, wyrzucając młodszego
przyjaciela na tylne miejsca. Okularnik mruknął coś pod nosem, jednak zaśmiał
się, chwytając się przednich siedzeń.
-
Meiji, ty umiesz kierować? – spytałam, widząc, że Mako zapina pasy. Ostatkiem
świadomości zarejestrowałam szaleńczą jazdę Juna, podczas której zbudził by się
nieboszczyk, a co dopiero zemdlała dziewczyna.
- Teoretycznie
– rzucił przez ramię wesoło. Wrzucił tylny bieg, zaczynając szybko wycofywać w
tłum gapiów. Ludzie odskakiwali, krzycząc ze strachu.
-
Radzę zapiąć pasy – wtrąciła rudowłosa.
-
Mako! – wypowiedział jej imię z oburzeniem, ale twarz mu się śmiała. Gdy syrena
policyjna nasiliła się, spoważniał. – Most jest nieprzejezdny, prawda?
-
No, na razie go nie opuścili, więc… - zaczęłam, ale Taki spojrzał na mnie jak
na wariatkę. Znowu.
-
Nie działa, bo prawie go wysadziłaś. – zauważył, wytrzeszczając na mnie oczy
zza szkieł. Nadal nie przeszła mu adrenalina, po spokojnym chłopaku nie było
ani śladu.
-
Cicho! – uciszył nas Meiji, poprawiając lusterko. Wyglądało na to, że robił to
z wprawą więc może się nie rozbijemy. Zapięłam szybko pas. – Czyli policja
przyjedzie tylko z tej strony… - mruknął do siebie, uśmiechając się przebiegle.
– Dobra, trzymać się mocno! Mam plan.
Wrzucił
na pierwszy bieg, startując z piskiem opon. Nowe auto szybko nabierało
prędkości, tak że praktycznie wbiło mnie w fotel. Zagwizdałam cicho.
-
Oni nie zejdą z drogi – rzuciła beznamiętnie Mako.
-
Wiem. – odpowiedział ze stoickim spokojem Meiji. Spojrzałam przez przednią
szybę. Rozszerzyłam oczy ze zdziwienia, widząc twardo stojąco Toshiyuki,
kierującą jeden ze swoich sztyletów prosto na nasze rozpędzone auto. Opadłam na
fotel, nie chcąc tego widzieć.
Nie
wiem dlaczego tak zareagowałam. Myślałam, że przywykłam do takiego widoku.
Zwłaszcza, że ta psychopatka usiłowała mnie zabić. Tylko co innego walczyć na
miecze, a kogoś rozjechać.
W
ostatniej sekundzie przed maskę wyskoczył Kijuro, który chwycił Toshiyuki w
ramiona i wypchnął z toru naszego mercedesa. Spadli na śnieg kilka, a lusterko
minęło ich o zaledwie 2cm. Krzyknęli coś w naszą stronę, ale na miejsce
zdarzenia zajechały radiowozy i zabójcy uciekli w boczną uliczkę, praktycznie
rozmywając się w powietrzu.
Opadłam
na fotel, wypuszczając z ulgą powietrze. Spięłam się sekundę po tym, słysząc
odgłos łamanych szlabanów. Zerwałam się, patrząc się z przerażeniem na Takiego.
On również podzielał mój niepokój.
-
Ne, Ichigo… Ile ta przerwa ma? – zapytał Meiji, błyskając przebiegle piwnymi
oczami. Nie zdejmował nogi z gazu.
-
Nie za późno na takie pytania? – rzuciła Mako, trochę zirytowanym głosem.
-
Jakieś 3 metry – odpowiedziałam, blednąc.
-
No to izi – zaśmiał się mężczyzna. Chwycił mocniej kierownicę, kiedy wjechaliśmy pod podniesioną część
mostu. – Trzymać się!
-
Stop, Meiji… - zaczął krzyczeć blondyn, ale gdy koła oderwały się od asfaltu, a
uczucie nieważkości nas oszołomiło, urwał. Ścisnęłam fotel, gdy rzeka mignęła
pod nami. Każdy ułamek sekundy wydawał się wiecznością.
W
końcu spadliśmy z hukiem na drugą stronę, a Meiji od razu wystartował ponownie,
nie przejmując się odpadniętymi felgami i tylnym zderzakiem.
-
To nowy mercedes… - dokończył Taki, patrząc się z bólem na pozostawionymi
częściami.
Nie
odetchnęłam z ulgą, nie wiedząc co dalej zamierza czarnowłosy.
-
Mako, jak policja?
-
Zawrócili.
-
Kurde.
Przyśpieszył
ponownie, wymuszając by wszyscy usuwali się nam z drogi. Przekroczył dozwoloną
prędkość przynajmniej 2 razy. Bez problemu odjechaliśmy od miejsca zdarzenia –
droga została zamknięta z powodu wybuchu.
-
Co wyście tam w ogóle robili? – zapytał Meiji po kilku chwilach, gdy wszyscy
upewniliśmy się, że auto nie stanie w płomieniach.
-
Kupowaliśmy prezenty. – wytłumaczył Taki. – Szliśmy jak kulturalni ludzie, aż
tu nagle ci z Jishin wydupili. A wy jako jedyni łaskawie odebraliście od nas. –
jego głos ociekał wyrzutem.
- A
wy co tu robiliście? – spytałam, nachylając się do przodu.
-
Robiliśmy zakupy. Patrz, mamy indyka! – powiedział wesoło Meiji.
-
No, kiedyś to był indyk – zauważyła Mako, zaglądając do reklamówki. – Co dalej
robimy? Namierzą nas jak tak po prostu się zatrzymamy i wysiądziemy.
Zamilkliśmy,
zastanawiając się nad dalszym planem.
Po
chwili mnie olśniło.
- A
gdybyśmy wysiedli, nie zatrzymując się? – rzuciłam. Meiji posłał mi błyszczące
spojrzenie, na które odpowiedziałam uśmiechem.
-
Dobrze główkujesz.
- I
co, Meiji? Myślisz, że pozwolę ci tu tak zostać? – prychnęła Mako, posyłając mu
wrogie spojrzenie. Meiji odpowiedział tym samym, bijąc się z nią wzrokiem.
-
Spokojnie, Mako… Tu jest autopilot. – powiedział czarnowłosy. Zielonooka
odwróciła od niego głowę, otwierając okno.
-
Niech ci będzie. – prychnęła. – Nastaw go na zakład budowlany. Będzie mogło to
uchodzić za wypadek. – poleciła, po czym wyszła jednym ruchem na dach.
Meiji
mamrotał coś pod nosem, klikając w nawigację auta. Wzruszyliśmy z Takim
ramionami, starając powtórzyć czynność Mako. Kiedy już prawie byłam na dachu,
coś do mnie dotarło.
-
Meiji, ale czy tam nie będzie ludzi? – zapytałam niepewnie.
-
Będą.
-
Więc nie możemy po prostu się o to rozbić!
-
Niby dlaczego nie? – Meiji nie rozumiał mojego rozumowania.
-
Przecież ci ludzie nic nie zrobili. Są niewinni!
Zabójca
spojrzał na mnie pusto, odwrócił głowę i podciągnął się na dach. Pokręciłam
głową, również wchodząc na dach. Wiatr od razu rozburzył mi włosy. Taki przed
chwilą zeskoczył, właśnie podnosił się z ziemi, Mako powoli do nas truchtała z
bardzo, bardzo daleka.
-
Nie spodziewałem się, że akurat ty będziesz się o nich martwic. – mruknął.
Posłałam mu mrożące spojrzenie. – Nie patrz się tak. Gdyby to była zwykła
misja, nawet byś się nie zastanowiła. – jego głos był zimny, ale nawet nie
drgnęłam. Mężczyzna odwrócił się, przygotowując się do skoku. – Różnica jest
taka, że za misje dostajesz pieniądze, a tu stawką jest życie. A teraz skacz. –
rzucił jeszcze, chwytając mnie za nadgarstek.
Nie
zdążyłam się nawet odbić, a gdy poczułam, że lecę zamachałam ze
zdezorientowaniem nogami. Meiji puścił moją dłoń, a ja już całkowicie straciłam
panowanie nad lotem. On wylądował trochę ciężko, ale nie stracił równowagi, ja
natomiast uderzyłam z łoskotem w ziemię, przetaczając się kilka metrów i
zatrzymując się z rozłożonymi ramionami na plecach.
Całe
życie mignęło mi przed oczami.
Mako
i Taki właśnie do nas podbiegali, gdy Meiji wyciągnął dłoń w moim kierunku,
śmiejąc się. Uśmiechnęłam się niepewnie, nie wiedząc czy zdenerwował się na
mnie za wcześniej. Jednak gdy żwawo podciągnął mnie do pionu, rozwiały się moje
wątpliwości. To nadal był stary, dobry Meiji.
-
Dobra! – zawołał, gdy reszta do nas dobiegła. – Nikt nie jest połamany? –
rzucił i nie czekawszy na odpowiedź, zakrzyknął: - Świetnie! A teraz ruchy,
ruchy, ruchy! Im szybciej się zwiniemy tym lepiej!
Zerwał
się pierwszy do biegu, skręcając w ciemną uliczkę. Mako puściła nas przed
siebie, a sama zamknęła nasz ‘orszak’. Zaledwie gdy skręciliśmy w głębszą
uliczkę, za naszymi plecami mignęły radiowozy. Uśmiechnęliśmy się do siebie
chytrze, lekko zwalniając. Teraz już o nic nie musimy się martwic.
***
-
Meiji, zatrzymaj się! – krzyknęła po kilku minutach Mako. Czarnowłosy zatrzymał
się gwałtownie, a my na niego wpadliśmy
-
Co się stało? – wykrzyknął wściekle.
- Jedzenie! Jak nic nie przywieziemy, to Omitsu nas zabije – rudowłosa miała
idealnego poker face’a. Meiji popatrzył się na nią spode łba. W końcu głęboko
westchnął.
-
No dobra. Niedaleko są jakieś supermarkety. – prychnął i skierował się w inną
stronę. Po kilku minutach byliśmy pod jakąś dużą sieciówką.
-
Ja wejdę, a wy poczekajcie. – westchnął i wszedł do sklepu. – I jakby co to
produkty najwyższej jakości, jasne? – zawołał do nas, nim automatyczne drzwi
się zamknęły.
Zaśmialiśmy
się. Oparłam się o ścianę, a Taki przysiadł na stojaku na rowery. Dotknęłam
swojego rozciętego policzka. Krew już przestała cieknąc, a ja dopiero teraz
poczułam ból. Po sekundzie oberwałam plastrem od Mako.
-
Proszę. – powiedziała, gdy popatrzyłam się zdziwiona na opatrunek.
-
Dziękuje. – uśmiechnęłam się do dawnej mistrzyni. – W ogóle to miło cię
widzieć, Anzai-sensei.
-
Ciebie również, Ichigo. – odpowiedziała kobieta. – I daruj już sobie to
‘sensei’. Już cię nie uczę. Nie muszę. – stwierdziła dumnie, choć jej twarz
tego nie wyrażała. Rozszerzyłam uśmiech. Spędziłam z rudowłosą tyle godzin
treningu, że rozróżniam bez problemu jej emocje.
Oparła
się obok mnie, patrząc się przed siebie. Westchnęłam, czekając.
Śnieg
zaczynał coraz mocniej sypać, a temperatura spadała niżej i niżej. Z naszych
ust wydobywały się wielkie obłoczki pary wodnej, które rozwiewał przenikający
do szpiku kości lodowaty wiatr.
Po
kilku minutach, Mako drgnęła i podniosła głowę. Nie zwróciłam na to uwagi,
rysując butem jakieś wzorki w śniegu. Kobieta jednak wyprostowała się.
Spojrzałam na nią pytająco.
- A
ten tu skąd? – mruknęła do siebie.
-
Kto? – rzuciłam, zaglądając jej przez ramię. Rozszerzyłam oczy, gdy dostrzegłam
pędzącego, czarnowłosego chłopaka. – Tokaji? – wyrwało mi się.
Taki
spojrzał najpierw przed siebie z konsternacją, potem na nas, a na końcu na
zabójcę, który był już kilka metrów od nas. Jego oczy też się rozszerzyły, gdy
ujrzał determinację na jego twarzy. Tokaji pędził prosto na nas, nawet nie
zwalniając.
-
Toka… - zaczęłam, ale urwałam, gdy na mnie wpadł.
Impet
sprawił, że zrobiłam kilka kroków do tyłu. Chłopak objął mnie mocno ramionami,
także moja twarz zatonęła w jego szaliku – był ode mnie dużo wyższy. Usłyszałam
koło ucha jego westchnienie ulgi. Stałam zdziwiona tak kilka chwil, a on w
ogóle nawet nie chciał drgnąć.
-
Tokaji, coś się… - zaczęłam, ale gwałtownie mnie puścił, posyłając ten sam co
zwykle chytry uśmieszek.
-
Nic takiego. Usłyszałem, że macie kłopoty, więc się zmartwiłem. – prychnął,
podkreślając ‘usłyszałem’. Odwrócił się
do Takiego. – Ciebie też miło widzieć w całości. – rzucił. Kiwnął przy okazji
głową do Mako i oparł się o ścianę, w znacznej odległości niż my.
Popatrzyłam
się po sobie z Takim, ale on tylko wzruszył ramionami, równie zdziwiony co ja.
Jedynie Mako wydawała się obojętna. Jak zwykle.
-
Może mu się święta udzielają – szepnął. Zaśmiałam się krótko.
-
Mam wszystko! – zawołał Meiji, wychodząc ze sklepu. – O, Tokaji. Witaj. –
powiedział tylko i skierował nas do metra.
W
metrze stałam między Takim, a Tokajim. Wszyscy milczeli w jego obecności, a
atmosfera robiła się coraz gęstsza. Wbiłam ręce w kieszenie, chcąc jak
najszybciej znaleźć się w ciepłej, świątecznej organizacji.
Na
naszej stacji, Taki powiedział, że pójdzie przodem i załagodzi choć trochę spór
jaki wywoła się dostarczonymi przez nas informacjami. Popatrzyłam się za nim
wzrokiem: ,,Ty parszywy zdrajco!’’, ale chłopak tylko pobiegł spokojnie przed
siebie. Przodem ruszyli także Mako i Meiji, idąc ramię w ramię. Popatrzyłam się
po sobie z Tokajim, wzruszyłam ramionami i ruszyłam przed siebie.
Organizacja
znajdowała się jakieś 5 minut drogi od stacji. Między nami zapadła niezręczna
cisza, którą nie wiedziałam jak przerwać. Tokaji wydawał się być wściekły, wbił
zwinięte w pięści dłonie do kieszeni i uporczywie patrzył przed siebie.
Przyzwyczajona do jego zachowań, starałam się go ignorować, wiedząc, że rozmowa
teraz spowoduje konflikt.
Jednak
gdy minęliśmy bramę naszej organizacji, Tokaji zatrzymał mnie, chwytając za
nadgarstek i obracając do siebie. Kątem oka zdążyła dostrzegałam niewielki
tłumik przed wejściem do głównego budynku. Spojrzałam na niego pytająco.
Popatrzył się prosto w moje oczy, po chwili odwracając wzrok.
- O
co ci chodzi? – prychnęłam, gdy milczał, nadal trzymając mój nadgarstek.
Odpowiedziało
mi milczenie. Tupnęłam lekko, wyrywając ręką z uchwytu. Spojrzał na mnie z
lekkim strachem, ponownie odwracając swoje głębokie, czarne oczy ode mnie.
Miałam wrażenie, że w jego pustych tęczówkach coś lśni. Posłałam mu
podirytowane spojrzenie.
-
Tokaji… - zaczęłam, odwracając trochę głowę, zaciekawiona rozentuzjazmowanym tłumem.
-
Ichigo… - wypowiedział z wahaniem moje imię. Przerwał, przełknął ślinę, a gdy
wyglądałam przed siebie, by dojrzeć powód zbiegowiska, podjął ponownie. –
Posłuchaj… - i znowu urwał, gdy gwałtownie się odwróciłam.
Serce
zabiło mi mocniej, a usta samoistnie ułożyły się w szeroki uśmiech. Gdy między
ludźmi dostrzegłam rozczochrane włosy, całą moją duszę ogarnął w końcu spokój.
Całkowicie zignorowałam Tokajiego, zrywając się do biegu. Chłopak bezsilnie
wyciągnął za mną dłoń.
Trudno.
Powie mi później.
Przebiegłam
odległość w kilku sekundach, rozpychając zgromadzonych. Chłopak najpierw
spojrzał w moją stronę zdziwiony, potem gdy na niego wpadłam na jego twarzy
pojawiło się przerażenie. Zachwiał się, ale ustał na nogach. Objęłam go mocno,
wtulając twarz w jego ramię. Chłopak popatrzył się na mnie, uśmiechnął się
szeroko i odwzajemnił uścisk.
- Tsu! Okaeri! – powiedziałam. Mój głos od dawna nie wyrażał takiego szczęścia.
Chłopak podniósł mnie i okręcił w powietrzu, śmiejąc się.
-
Tadaima, Ichi! – odpowiedział, nadal mnie nie puszczając.
Serce
zamiast się uspokoić, że nic mu nie jest, skakało radośnie, a w środku
rozlewało się przyjemne ciepło, współgrające z jego ciepłem, oddechem, ze
wszystkim. Westchnęłam cicho, czując łzy wzbierające pod powiekami. Nie
chciałam się jednak tak po prostu rozpłakać.
-
Dobrze cię mieć w całości z powrotem… - szepnęłam, a on przytulił mnie mocniej.
Kiwnął kilka razy energicznie głową.
Po
chwili usłyszałam głośny płacz i poczułam ramiona na szyi. Ayako, w największej
histerii, przytulała przyjaciela. Taki też do nas podszedł. Wszyscy wokół
klepali Tsuneariego po plecach, śmiejąc się szczerze.
Gdy
tłum zaczął się powiększać, chłopak mnie puścił, uśmiechając się do mnie.
Odpowiedziałam tym samym, ale poczułam, że coś wypala mi policzki i odwróciłam
wzrok. Chłopak zrobił to samo, ale starał się zachować twarz wśród tłumu
przyjaciół.
Korzystając
z chwili, przypomniawszy sobie o Tokajim, rozejrzałam się w poszukiwaniu
przyjaciela. Byłam pewna, że też przyjdzie, widząc starego kumpla z powrotem w
całości. Dojrzałam go jednak odwróconego do nas plecami, stojącego nadal przy
bramie. Chciałam go zawołać, ale opuścił czarną czuprynę, walnął pięścią w
bramę i po prostu sobie poszedł.
Czułam,
że w jakiś sposób to przeze mnie, ale nim zdążyłam za nim pobiec, Tsu klepnął
mnie w ramię, wskazując głową wejście. Obok niego stali Ayako i Taki, reszta
powoli wracała do wcześniejszych zajęć. Spojrzałam jeszcze w stronę, w którą
pobiegł czarnowłosy.
Dawno
nie byłam aż tak rozdarta.
W
końcu nie dostrzegłam po nim ani śladu, więc ze śmiechem odwróciłam się do
przyjaciół, pozwalając zaciągnąć się do środka. Serce szalało mi z radości, nie
mogłam przestać się uśmiechać, więc nie zauważyłam ziarenka poczucia winy,
które zostało zasiane, gdzieś w środku mnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz