15 października 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 27 ~ Guess who's came back?

Rozdział 27

Guess, who’s came back?
      - No bez jaj! – zawołał Taki, podążając za moim wzrokiem. Zerwał się na równe nogi, chwytając sztylet w dłoń.
      Obkrwawione dłonie, trzymające się krawędzi sprawiły, że większość tłumu rozbiegła się w popłochu, wrzeszcząc. Po chwili dłoni chwyciły się kolejne ręce, podciągające się sprawnie. Kobieta płynnie wskoczyła na most, zjeżdżając po pionowej ścianie, zatrzymanej przez awarię. Kijuro również podciągnął się i z ciężkim jękiem stoczył się do Toshiyuki, od razu jednak się podniósł lekko krzywiąc.
      Obserwując zabójców, wiedziałam, że to nie był granat masowego rażenia. O ile to w ogóle można było nazwać granatem, a nie środkiem wybuchowym. Toshiyuki miała jedynie nadpalone końcówki włosów i oparzoną w kilku miejscach skórę, widoczną w wypalonych dziurach. Kijuro oberwał dużo bardziej, choć bardziej celowałam w fioletowowłosą. Skórę z przedramion miał całkowicie zdartą, krew spływała po nich na dłonie, część twarz była czarna, a ubranie nosiło wyraźnie skutki broni.
       Toshiyuki pomogła wstać towarzyszowi, pytając się o coś cały czas. Miałam wrażenie, że w jej oczach zabłysło zmartwienie. Po jej zachowaniu trudno było w to uwierzyć.
       - A ona co? – syknęłam. Taki wychylił się zza ściany obok mnie.
       - Mówiłem – ma zaburzenia osobowości. – przypomniał mi szeptem. – Dla niego zawsze jest kochającą narzeczoną.
       - Narzeczoną? – zagwizdałam. – No nieźle. Nie myślałam, że ci z Jishin znają pojęcie miłość. – rzuciłam sarkastycznie.
       - To wyjątek od reguły – prychnął chłopak. – Policja zaraz będzie. Zmywamy się?
       - Jeszcze się pytasz. Tylko musimy główną ulicą – to ślepy zaułek.
       - Cholera.
       - Dokładnie. Cholera. 
       Taki poprawił chwyt na rękojeści sztyletu, wychylając się jeszcze raz. Odczekał kilka sekund, a po jego minie widać było, że tak czy siak zorientują się, że uciekamy, nie ważne kiedy wybiegniemy, wstrzymał oddech i dał znak dłonią, wybiegając w tym samym momencie.
       Ludzie wydali zduszone okrzyki, gdy wpadliśmy w ich tłum. Nie przejmowaliśmy się, że upadają, mocno pchnięci lub grożą nam policją. Najważniejsze by jak najszybciej wybiec z ich zasięgu. Dalej niech zajmą się nimi gliny.
       Po kilku sekundach przeszył mnie dreszcz i poczułam na plecach jej wzrok.
       - I tak nie uciekniecie, dzieciaczki! – zawołała za nami słodkim głosikiem.
       - Szybciej! – syknął Taki, gdy za sobą usłyszeliśmy krzyki. Najwyraźniej kobieta zaczęła nas ścigać.
      Po kilku sekundach, podczas których adrenalina znów zakrążyła w moich żyłach, a serce ścisnął nagły niepokój, wiedziałam, że zabójczyni potraktuje nas na poważnie.
      Kopnięcie między łopatki pozbawiło mnie tchu, a ziemia usunęła się spod nóg. Opadłam z plaskiem na chodnik. Nie pozwoliłam sobie nawet na sekundę oszołomienia, obracając się od razu na plecy, by spojrzeć prosto na czubek ostrza Toshiyuki.
      Kobieta gwizdnęła.
      - ICHIGO!!! – wrzasnął Taki, hamując kilka metrów dalej, a śnieg nadał mu kilkumetrowy poślizg. – ŁAPY PRECZ OD NIEJ! – zawołał, rzucając się w naszym kierunku.
      Niestety został zablokowany przez Kijuro, z którym od razu zaczął wymieniać efektywne cięcia, że ich ostrza wyglądały tylko na rozmazane smugi, przecinające spokojnie powietrze. Patrzyłam się na nich ze strachem, modląc się by Taki nie tracił koncentracji.
      - Ej, ej! – zaśmiała się, dźgając mnie mieczem w policzek, chcąc zwrócić moją uwagę na nią. – O niego się nie martw, zdolny z niego chłopaczek, Ichigo-chan! – Uśmiechnęła się do mnie psychopatycznie, mrużąc oczy. Przełknęłam ślinę.
      Nie doceniliśmy jej. Przez cały ten czas tylko się z nami cackała. Nawet nie zdążyłam zorientować się kiedy wyprowadzała kopnięcie.
      Zacisnęłam dłonie w pięści i posłałam jej najgroźniejsze spojrzenie na jakie było mnie teraz stać.
      - Ojejku, jak strasznie! – zawołała jak mała dziewczynka. – Interesująca jesteś. – stwierdziła niższym, doroślejszym głosem. Kucnęła koło mnie, nadal trzymając przede mną miecz. Wsparłam się  na ramionach powoli, patrząc się cały czas w jej bezlitosne oczy.
      - Wiesz, jesteś teraz  w tarapatach. Mam cię na czubku ostrza, hihihi! – zaśmiała się ze swojego żartu. – Nie cierpię ludzi, którzy ranią Kijuro-kuna. Nienawidzę. Kiedy ich widzę, chcę by cierpieli sto razy bardziej niż on. – barwa jej głosu zmieniała się na coraz bardziej psychiczną, a źrenice zmniejszały się. – Chcę ich pociąć, posiekać, poćwiartować, zmiażdżyć, połamać. ZABIĆ. Hahahahahaha!!! – zaczęła się śmiać, całkowicie oddając się psychopatii.
       Wiedziałam, że mam niezłe kłopoty. Taki nie zdoła pokonać mężczyzny, ani tym bardziej mi pomóc. Kobieta nie pozwoli mi zginąć od razu, ten typ zabójcy musi jeszcze pomęczyć ofiarę.
       Jasny szlag.
       Nie dopełnię zemsty. Moja zemsta…
       - Szkoda, że trafiłaś akurat do Kaminari… - zaczęła jeszcze kobieta, przejeżdżając ostrzem powoli po mojej szyi. Nawet nie drgnęłam. – Zapowiadasz się obiecująco, tylko tam są same… - zaczęła z odrazą ale urwała gwałtownie.
      Zastygłam gdy w jej twarz wbiły się obcasy skórzanych kozaków, posyłając Toshiyuki, całkowicie oszołomioną, kilka metrów dalej.  
***
~Tokaji~
     Oszalałem całkowicie.
     Otworzyłem cicho regał w salonie w poszukiwaniu albumów. Większość zdjęć w tym domu pochodziła ze starszych lat, a żadne nie pasowało do tego czego szukałem. Odłożyłem piąty album.
     Zwariowałem. 
     Wspiąłem się po schodach, do sypialni. Zawahałem się przed samymi drzwiami, nie będąc pewny czy mam prawo tam wejść. W końcu potrząsnąłem głową, otwierając efektownie drzwi.
     Wszystko było pozostawione tak jak to zostawiła, a przedmioty pokrywała warstwa kurzu. Zastygłem na moment, zamykając oczy i nakazując sobie wziąć się w garść. Rozejrzałem się po pokoju, szukając zdjęć. Pstryknąłem palcami, gdy zauważyłem zdjęcie oprawione w ramkę.
      - No i jest – powiedziałem cicho, a mój głos zabrzmiał nienaturalnie głośno.   Ściągnąłem zdjęcie ze ściany, z zamiarem schowania go do plecaka, ale coś kazało mi zatrzymać się na sekundę. – Naprawdę zwariowałem.
     Przetarłem szkło dłonią, odsłaniając trójkę ludzi, tworzących niegdyś rodzinę. Stali na szczycie jakieś góry a za nimi rozciągał się piękny widok. Córka wdała się w ojca, wysoka, z prostym nosem i wydatnymi ustami. Jej włosy miały taki sam czarny odcień co włosy mężczyzny. Po matce odziedziczyła jedynie oczy – najpiękniejsze jakie widziałem.
     - Byłoby bardzo szkoda gdyby ich kolor nie przetrwał kolejnego pokolenia – szepnąłem, wpatrując się pusto w zdjęcie. W końcu potrząsnąłem głową, wrzucając je do plecaka.
     Skierowałem się do wyjścia, starając się nie myśleć co tutaj robię. Będąc przed drzwiami starannie ominąłem plamę zastygłej krwi na podłodze.
       Co ja w ogóle robię? Nie powinienem się tak cackać.
       Nie dla niej. Nie dla kogokolwiek.
       Wychodzę na zewnątrz, a zimny wiatr bezlitośnie smaga mi twarz. Przedzieram się przez zaspy, rozglądając się czy nikt mnie nie widzi czy obserwuje. Nawet gdy nie zauważam nikogo, nie rozluźniam się, usiłując znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie mojego postępowania.
        Dlaczego nie widzę w tym nic dziwnego? Dlaczego akurat chcę to zrobić dla niej? Dlaczego się denerwuję gdy myślę o jej reakcji?
        To nie ma sensu.
        Po cholerę w ogóle cokolwiek dla niej robię? Te rozmowy, patrole, treningi… Co sprawiło, że jest to dla mnie tak ważne i… naturalne.
        Wsiadam do tramwaju kierującego się do Senkawy. Opieram się o ścianę, chowając głowę w szalik, choć trochę próbując ogrzać sobie zamarznięty nos. Choć myśli kołaczą mi się po głowie, z przyzwyczajenia wyostrzam słuch, choć nie liczę na żadną konkretną informację.
         ‘’… wybuch w Taitou…’’
          Drgam na tą nazwę.  Prostuję się, starając nie dać po sobie poznać, że słucham ich rozmowy. Przy ostrzejszym zakręcie robię kilka nieznacznych kroków w stronę rozmawiających.
          - Kręcą tam pewnie jakiś film.
          - Tylko most został uszkodzony.
          - Ale dzieciaki były bardzo przekonujące.
          - Tak, tak. Film o młodocianych zabójcach, będzie…
          Zrywam się, gdy tramwaj staje i wręcz wypadam na tłum stojący przed wejściem. Nie przejmuję się warknięciami w moją stronę, rozglądając się chaotycznie, próbując namierzyć nazwę stacji. Widząc przyległą dzielnicę do Asakusy, przepycham się między tłumem.
          Na zewnątrz, mimo ludzi i zimna biegnę tak szybko jak tylko potrafię. Serce mam ściśnięte, przed oczami tylko czarne wizje, czuję niepokój i desperację, prawie zapomniane już przeze mnie uczucia. A w głowie mam tylko jedną, jedyną myśl.   Jedne, jedyne imię, które mógłbym już zawsze wypowiadać.
          Ichigo.
***
      Zamrugałam ze zdziwienia. Toshiyuki została wbita w ziemię kilka metrów dalej, a kobieta, która wyprowadzała atak opadła na nogi z gracją, odrzucając do tyłu długie, rude włosy. Nie byłam w stanie się ruszyć. Szok mnie sparaliżował.
      Nie słyszałam nawet jak do mnie krzyczą, zastygłam w tej samej pozycji. Moje imię obijało mi się o uszy, a ja wiedziałam, że  muszę się podnieść. Tylko coś trzymało mnie ziemi.
     Podbiegł do mnie Meiji. Złapał za ramiona, potrząsając mocno. Mówił cały czas, ale gdy spostrzegł, że praktycznie nie reaguję, podniósł mnie na nogi. Patrzyłam się  na niego ze zdziwieniem, usiłując zrozumieć choć słowo.
     ‘’Muszę iść pomóc Takiemu…’’
     - Taki – powtórzyłam imię przyjaciela. Wszystkie informacje rozjaśniły się, a mi prościej było myśleć. Obróciłam się gwałtownie w stronę walczącego przyjaciela. –   Taki!
     - No w końcu się ogarnęłaś! – prychnął Meiji. – Lecę zatrzymać Kijuro, a ty z Takim skombinujcie jakieś auto. – rzucił przez ramię, biegnąc w stronę walczących.
     Płynnie wbiegł między nich, zatrzymując cios bordowowłosego. Okularnik popatrzył się na niego zdziwiony, odskakując o krok do tyłu. Meiji rzucił mu coś przez ramię, a chłopak kiwnął głową, zostawiając zabójcę przyjacielowi.
     Kiedy do mnie biegł, rozłożyłam lekko ramiona, ale Taki wpadł na mnie z całym impetem. Objął mnie szybko i mocno.
     - Całe szczęście – mruknął, sapiąc ciężko.
     - Tak, też się cieszę, że jesteś cały – opowiedziałam, odsuwając go od siebie. – Ale nie mamy na razie czasu na ckliwe gadki.
    Przyjaciel kiwnął głową z determinacją, zrywając się do biegu. Podążyłam za nim, aż nie zatrzymał się gwałtownie przy jednym z aut. Oczy mu błysnęły, a lewy kącik ust powędrował do góry.
    - Ichigo, ile mamy jeszcze czasu? – zapytał, cały czas wpatrując się w auto.
    Obrzuciłam spojrzeniem Mako i Meijiego. Czarnowłosy wymieniał spokojne cięcia z Kijuro, jakby prowadzili luźną pogawędkę. Ich twarze były beznamiętne, ale czuć było ciężką aurę ich otaczającą. Z Mako było inaczej. Wraz z Toshiyuki tworzyły smugi ludzi i mieczy poruszając się w niezwalniających tańcu śmierci.
    Jednakże oboje wyglądali na pełnych sił i opanowanych.
     - Powinni wytrzymać jeszcze z 5 minut. – stwierdziłam. – Gorzej z policją.
     - Wystarczą 3 minuty – mruknął, majstrując przy zamku. – Daj znak jakby coś się działo. – dodał nim całkowicie zatopił się w pracy.
      Westchnęłam i oparłam się o maskę. Przeskakiwałam wzrokiem od jednej walki do drugiej. Wraz z każdą sekundą zabójcy zbliżali się do siebie. W końcu walczyli ramię w ramię, choć tempo Meijiego nie przyśpieszyło, a Mako nie zmalało.
       Zacisnęłam dłonie w pięści. Byłam wściekła na siebie.
       Jestem nadal za słaba. Muszę być silniejsza. Więcej. Więcej.
       Gdyby nie oni, leżałabym teraz w czerwonym śniegu, a moja zemsta nigdy by się nie dopełniła.
      A teraz mogę tylko patrzeć się na nich, licząc, że żadne nie popełni błędu i wyjdą cało z akcji ratunkowej.
      Nosz cholera.
~.~.~
      Meiji ciął spokojnie z lewej, a Kijuro odparował, wyprowadzając kolejny atak. Patrzyli się w swoje piwne oczy, w prawie identycznym odcieniu. Nie była to bardzo zacięta walka.
     - Jak widzę gracie na czas? – mruknął Kijuro.
     - A wy nie? – odpowiedział Meiji, uśmiechając się kpiąco.
     Kijuro się roześmiał, atakując trochę silniej, ale czarnowłosy ze znudzeniem zablokował cięcie. Żaden z nich nie chciał się rozkręcać, byleby tylko nie pokazać swoich umiejętności.
     - Widzę, że nie chce ci się walczyć – zauważył Kijuro.
     - Doskonale wiesz, że jeślibyśmy walczyli na poważnie, byłyby straty w cywilach. A mi naprawdę nie uśmiecha się dochodzenie śledcze przed świętami.
      - A kobiety jakoś mają to gdzieś. – zaśmiał się zabójca.
      Obaj spojrzeli na morderczynie, które ani na sekundę nie przestawały ciąć powietrze ostrzami. Twarz Toshiyuki wykrzywiał uśmiech furii, a Mako pozostała jak zwykle spokojna.
     - Zabić. Zabić. Zabić. Zabić. Zabić. – powtarzała cały czas fioletowo-włosa.
     - Mogłabyś łaskawie się zamknąć. To irytujące. – powiedziała lodowato Mako, czym rozjuszyła psychopatkę. Zaatakowała ze zdwojoną siłą.
      Mako błyskawicznie kucnęła, ostrze mignęło tuż nad jej głową, spróbowała kopnąć kobietę z pół obrotu, ale ona wybiła się wysoko, unikając uderzenia. Wzięła rozmach zza pleców, a rudowłosa zaparła się dwoma ostrzami przed sobą, hamując impet z jakim spadła na nią Toshiyuki. Siła posunęła kobiety trochę do tyłu. Mako odepchnęła ją, biorąc zamach i tnąc z dwóch stron jednocześnie, lecz przeciwniczka sparowała to z łatwością, ponawiając szybką wymianę ciosów.
      Meiji zaatakował rozproszonego stratega. Ten jednak miał wystarczająco szybką reakcję, by sparować cios. Uśmiechnął się kpiąco, tnąc błyskawicznie ze wszystkich stron po kolei.
      - Na serio zaatakowałeś mocniej? – zakpił. – Nie mieliśmy nie walczyć na poważnie. – zaśmiał się.
      - Jak się patrzę na poziom kobiet, głupio mi się robi. – syknął Meiji, wypadając do przodu. Kijuro musiał odskoczyć do tyłu by nie oberwać. Zagwizdał cicho, mrużąc groźnie oczy.
      Nim jednak zdołali rozkręcić się całkowicie, zastygli na dźwięk syren policyjnych. Zaprzestali walki, klnąc w tym samym momencie. Po chwili musieli odskoczyć, by uniknąć zderzenia z czarnym mercedesem, który wziął ostry zakręt kilka centymetrów od nich. Meiji wykrzyknął coś wesoło, podbiegając od strony kierowcy, ryjąc się na fotel. Mako podbiegła od drugiej strony, siadając z gracją.
 ~Ichigo~
     - Taki, ja kieruję, ty zawalidrogo! – powiedział Meiji, wyrzucając młodszego przyjaciela na tylne miejsca. Okularnik mruknął coś pod nosem, jednak zaśmiał się, chwytając się przednich siedzeń.
      - Meiji, ty umiesz kierować? – spytałam, widząc, że Mako zapina pasy. Ostatkiem świadomości zarejestrowałam szaleńczą jazdę Juna, podczas której zbudził by się nieboszczyk, a co dopiero zemdlała dziewczyna.
     - Teoretycznie – rzucił przez ramię wesoło. Wrzucił tylny bieg, zaczynając szybko wycofywać w tłum gapiów. Ludzie odskakiwali, krzycząc ze strachu.
    - Radzę zapiąć pasy – wtrąciła rudowłosa.
    - Mako! – wypowiedział jej imię z oburzeniem, ale twarz mu się śmiała. Gdy syrena policyjna nasiliła się, spoważniał. – Most jest nieprzejezdny, prawda?
    - No, na razie go nie opuścili, więc… - zaczęłam, ale Taki spojrzał na mnie jak na wariatkę. Znowu.
    - Nie działa, bo prawie go wysadziłaś. – zauważył, wytrzeszczając na mnie oczy zza szkieł. Nadal nie przeszła mu adrenalina, po spokojnym chłopaku nie było ani śladu.
      - Cicho! – uciszył nas Meiji, poprawiając lusterko. Wyglądało na to, że robił to z wprawą więc może się nie rozbijemy. Zapięłam szybko pas. – Czyli policja przyjedzie tylko z tej strony… - mruknął do siebie, uśmiechając się przebiegle. – Dobra, trzymać się mocno! Mam plan.
     Wrzucił na pierwszy bieg, startując z piskiem opon. Nowe auto szybko nabierało prędkości, tak że praktycznie wbiło mnie w fotel. Zagwizdałam cicho.
     - Oni nie zejdą z drogi – rzuciła beznamiętnie Mako.
     - Wiem. – odpowiedział ze stoickim spokojem Meiji. Spojrzałam przez przednią szybę. Rozszerzyłam oczy ze zdziwienia, widząc twardo stojąco Toshiyuki, kierującą jeden ze swoich sztyletów prosto na nasze rozpędzone auto. Opadłam na fotel, nie chcąc tego widzieć.
      Nie wiem dlaczego tak zareagowałam. Myślałam, że przywykłam do takiego widoku. Zwłaszcza, że ta psychopatka usiłowała mnie zabić. Tylko co innego walczyć na miecze, a kogoś rozjechać.
      W ostatniej sekundzie przed maskę wyskoczył Kijuro, który chwycił Toshiyuki w ramiona i wypchnął z toru naszego mercedesa. Spadli na śnieg kilka, a lusterko minęło ich o zaledwie 2cm. Krzyknęli coś w naszą stronę, ale na miejsce zdarzenia zajechały radiowozy i zabójcy uciekli w boczną uliczkę, praktycznie rozmywając się w powietrzu. 
      Opadłam na fotel, wypuszczając z ulgą powietrze. Spięłam się sekundę po tym, słysząc odgłos łamanych szlabanów. Zerwałam się, patrząc się z przerażeniem na Takiego. On również podzielał mój niepokój.
      - Ne, Ichigo… Ile ta przerwa ma? – zapytał Meiji, błyskając przebiegle piwnymi oczami. Nie zdejmował nogi z gazu.
     - Nie za późno na takie pytania? – rzuciła Mako, trochę zirytowanym głosem.
      - Jakieś 3 metry – odpowiedziałam, blednąc.
      - No to izi – zaśmiał się mężczyzna. Chwycił mocniej kierownicę,  kiedy wjechaliśmy pod podniesioną część mostu. – Trzymać się!
      - Stop, Meiji… - zaczął krzyczeć blondyn, ale gdy koła oderwały się od asfaltu, a uczucie nieważkości nas oszołomiło, urwał. Ścisnęłam fotel, gdy rzeka mignęła pod nami. Każdy ułamek sekundy wydawał się wiecznością.
      W końcu spadliśmy z hukiem na drugą stronę, a Meiji od razu wystartował ponownie, nie przejmując się odpadniętymi felgami i tylnym zderzakiem.
      - To nowy mercedes… - dokończył Taki, patrząc się z bólem na pozostawionymi częściami.
      Nie odetchnęłam z ulgą, nie wiedząc co dalej zamierza czarnowłosy.
      - Mako, jak policja?
     - Zawrócili.
     - Kurde.
     Przyśpieszył ponownie, wymuszając by wszyscy usuwali się nam z drogi. Przekroczył dozwoloną prędkość przynajmniej 2 razy. Bez problemu odjechaliśmy od miejsca zdarzenia – droga została zamknięta z powodu wybuchu.
      - Co wyście tam w ogóle robili? – zapytał Meiji po kilku chwilach, gdy wszyscy upewniliśmy się, że auto nie stanie w płomieniach.
      - Kupowaliśmy prezenty. – wytłumaczył Taki. – Szliśmy jak kulturalni ludzie, aż tu nagle ci z Jishin wydupili. A wy jako jedyni łaskawie odebraliście od nas. – jego głos ociekał wyrzutem.
      - A wy co tu robiliście? – spytałam, nachylając się do przodu.
      - Robiliśmy zakupy. Patrz, mamy indyka! – powiedział wesoło Meiji.
      - No, kiedyś to był indyk – zauważyła Mako, zaglądając do reklamówki. – Co dalej robimy? Namierzą nas jak tak po prostu się zatrzymamy i wysiądziemy.
      Zamilkliśmy, zastanawiając się nad dalszym planem.
      Po chwili mnie olśniło.
      - A gdybyśmy wysiedli, nie zatrzymując się? – rzuciłam. Meiji posłał mi błyszczące spojrzenie, na które odpowiedziałam uśmiechem.
      - Dobrze główkujesz.
      - I co, Meiji? Myślisz, że pozwolę ci tu tak zostać? – prychnęła Mako, posyłając mu wrogie spojrzenie. Meiji odpowiedział tym samym, bijąc się z nią wzrokiem.
      - Spokojnie, Mako… Tu jest autopilot. – powiedział czarnowłosy. Zielonooka odwróciła od niego głowę, otwierając okno.
      - Niech ci będzie. – prychnęła. – Nastaw go na zakład budowlany. Będzie mogło to uchodzić za wypadek. – poleciła, po czym wyszła jednym ruchem na dach.
       Meiji mamrotał coś pod nosem, klikając w nawigację auta. Wzruszyliśmy z Takim ramionami, starając powtórzyć czynność Mako. Kiedy już prawie byłam na dachu, coś do mnie dotarło.
       - Meiji, ale czy tam nie będzie ludzi? – zapytałam niepewnie.
       - Będą.
       - Więc nie możemy po prostu się o to rozbić!
       - Niby dlaczego nie? – Meiji nie rozumiał mojego rozumowania.
       - Przecież ci ludzie nic nie zrobili. Są niewinni!
       Zabójca spojrzał na mnie pusto, odwrócił głowę i podciągnął się na dach. Pokręciłam głową, również wchodząc na dach. Wiatr od razu rozburzył mi włosy. Taki przed chwilą zeskoczył, właśnie podnosił się z ziemi, Mako powoli do nas truchtała z bardzo, bardzo daleka.
      - Nie spodziewałem się, że akurat ty będziesz się o nich martwic. – mruknął. Posłałam mu mrożące spojrzenie. – Nie patrz się tak. Gdyby to była zwykła misja, nawet byś się nie zastanowiła. – jego głos był zimny, ale nawet nie drgnęłam. Mężczyzna odwrócił się, przygotowując się do skoku. – Różnica jest taka, że za misje dostajesz pieniądze, a tu stawką jest życie. A teraz skacz. – rzucił jeszcze, chwytając mnie za nadgarstek.
       Nie zdążyłam się nawet odbić, a gdy poczułam, że lecę zamachałam ze zdezorientowaniem nogami. Meiji puścił moją dłoń, a ja już całkowicie straciłam panowanie nad lotem. On wylądował trochę ciężko, ale nie stracił równowagi, ja natomiast uderzyłam z łoskotem w ziemię, przetaczając się kilka metrów i zatrzymując się z rozłożonymi ramionami na plecach.
       Całe życie mignęło mi przed oczami.
        Mako i Taki właśnie do nas podbiegali, gdy Meiji wyciągnął dłoń w moim kierunku, śmiejąc się. Uśmiechnęłam się niepewnie, nie wiedząc czy zdenerwował się na mnie za wcześniej. Jednak gdy żwawo podciągnął mnie do pionu, rozwiały się moje wątpliwości. To nadal był stary, dobry Meiji.
         - Dobra! – zawołał, gdy reszta do nas dobiegła. – Nikt nie jest połamany? – rzucił i nie czekawszy na odpowiedź, zakrzyknął: - Świetnie! A teraz ruchy, ruchy, ruchy! Im szybciej się zwiniemy tym lepiej!
        Zerwał się pierwszy do biegu, skręcając w ciemną uliczkę. Mako puściła nas przed siebie, a sama zamknęła nasz ‘orszak’. Zaledwie gdy skręciliśmy w głębszą uliczkę, za naszymi plecami mignęły radiowozy. Uśmiechnęliśmy się do siebie chytrze, lekko zwalniając. Teraz już o nic nie musimy się martwic.
***
        - Meiji, zatrzymaj się! – krzyknęła po kilku minutach Mako. Czarnowłosy zatrzymał się gwałtownie, a my na niego wpadliśmy
       - Co się stało? – wykrzyknął wściekle.
       - Jedzenie! Jak nic nie przywieziemy, to Omitsu nas zabije – rudowłosa miała idealnego poker face’a. Meiji popatrzył się na nią spode łba. W końcu głęboko westchnął.
       - No dobra. Niedaleko są jakieś supermarkety. – prychnął i skierował się w inną stronę. Po kilku minutach byliśmy pod jakąś dużą sieciówką.
     - Ja wejdę, a wy poczekajcie. – westchnął i wszedł do sklepu. – I jakby co to produkty najwyższej jakości, jasne? – zawołał do nas, nim automatyczne drzwi się zamknęły.
      Zaśmialiśmy się. Oparłam się o ścianę, a Taki przysiadł na stojaku na rowery. Dotknęłam swojego rozciętego policzka. Krew już przestała cieknąc, a ja dopiero teraz poczułam ból. Po sekundzie oberwałam plastrem od Mako.
      - Proszę. – powiedziała, gdy popatrzyłam się zdziwiona na opatrunek.
      - Dziękuje. – uśmiechnęłam się do dawnej mistrzyni. – W ogóle to miło cię widzieć, Anzai-sensei.
      - Ciebie również, Ichigo. – odpowiedziała kobieta. – I daruj już sobie to ‘sensei’. Już cię nie uczę. Nie muszę. – stwierdziła dumnie, choć jej twarz tego nie wyrażała. Rozszerzyłam uśmiech. Spędziłam z rudowłosą tyle godzin treningu, że rozróżniam bez problemu jej emocje.
       Oparła się obok mnie, patrząc się przed siebie. Westchnęłam, czekając. 
       Śnieg zaczynał coraz mocniej sypać, a temperatura spadała niżej i niżej. Z naszych ust wydobywały się wielkie obłoczki pary wodnej, które rozwiewał przenikający do szpiku kości lodowaty wiatr.
      Po kilku minutach, Mako drgnęła i podniosła głowę. Nie zwróciłam na to uwagi, rysując butem jakieś wzorki w śniegu. Kobieta jednak wyprostowała się. Spojrzałam na nią pytająco.
      - A ten tu skąd? – mruknęła do siebie.
      - Kto? – rzuciłam, zaglądając jej przez ramię. Rozszerzyłam oczy, gdy dostrzegłam pędzącego, czarnowłosego chłopaka. – Tokaji? – wyrwało mi się.
      Taki spojrzał najpierw przed siebie z konsternacją, potem na nas, a na końcu na zabójcę, który był już kilka metrów od nas. Jego oczy też się rozszerzyły, gdy ujrzał determinację na jego twarzy. Tokaji pędził prosto na nas, nawet nie zwalniając.
       - Toka… - zaczęłam, ale urwałam, gdy na mnie wpadł.
       Impet sprawił, że zrobiłam kilka kroków do tyłu. Chłopak objął mnie mocno ramionami, także moja twarz zatonęła w jego szaliku – był ode mnie dużo wyższy.   Usłyszałam koło ucha jego westchnienie ulgi. Stałam zdziwiona tak kilka chwil, a on w ogóle nawet nie chciał drgnąć.
      - Tokaji, coś się… - zaczęłam, ale gwałtownie mnie puścił, posyłając ten sam co zwykle chytry uśmieszek.
      - Nic takiego. Usłyszałem, że macie kłopoty, więc się zmartwiłem. – prychnął, podkreślając ‘usłyszałem’.  Odwrócił się do Takiego. – Ciebie też miło widzieć w całości. – rzucił. Kiwnął przy okazji głową do Mako i oparł się o ścianę, w znacznej odległości niż my.
      Popatrzyłam się po sobie z Takim, ale on tylko wzruszył ramionami, równie zdziwiony co ja. Jedynie Mako wydawała się obojętna. Jak zwykle.
      - Może mu się święta udzielają – szepnął. Zaśmiałam się krótko.
      - Mam wszystko! – zawołał Meiji, wychodząc ze sklepu. – O, Tokaji. Witaj. – powiedział tylko i skierował nas do metra.
      W metrze stałam między Takim, a Tokajim. Wszyscy milczeli w jego obecności, a atmosfera robiła się coraz gęstsza. Wbiłam ręce w kieszenie, chcąc jak najszybciej znaleźć się w ciepłej, świątecznej organizacji.
      Na naszej stacji, Taki powiedział, że pójdzie przodem i załagodzi choć trochę spór jaki wywoła się dostarczonymi przez nas informacjami. Popatrzyłam się za nim wzrokiem: ,,Ty parszywy zdrajco!’’, ale chłopak tylko pobiegł spokojnie przed siebie.   Przodem ruszyli także Mako i Meiji, idąc ramię w ramię. Popatrzyłam się po sobie z Tokajim, wzruszyłam ramionami i ruszyłam przed siebie.
       Organizacja znajdowała się jakieś 5 minut drogi od stacji. Między nami zapadła niezręczna cisza, którą nie wiedziałam jak przerwać. Tokaji wydawał się być wściekły, wbił zwinięte w pięści dłonie do kieszeni i uporczywie patrzył przed siebie. Przyzwyczajona do jego zachowań, starałam się go ignorować, wiedząc, że rozmowa teraz spowoduje konflikt.
       Jednak gdy minęliśmy bramę naszej organizacji, Tokaji zatrzymał mnie, chwytając za nadgarstek i obracając do siebie. Kątem oka zdążyła dostrzegałam niewielki tłumik przed wejściem do głównego budynku. Spojrzałam na niego pytająco. Popatrzył się prosto w moje oczy, po chwili odwracając wzrok.
      - O co ci chodzi? – prychnęłam, gdy milczał, nadal trzymając mój nadgarstek.
Odpowiedziało mi milczenie. Tupnęłam lekko, wyrywając ręką z uchwytu. Spojrzał na mnie z lekkim strachem, ponownie odwracając swoje głębokie, czarne oczy ode mnie. Miałam wrażenie, że w jego pustych tęczówkach coś lśni. Posłałam mu podirytowane spojrzenie. 
      - Tokaji… - zaczęłam, odwracając trochę głowę, zaciekawiona rozentuzjazmowanym tłumem.
      - Ichigo… - wypowiedział z wahaniem moje imię. Przerwał, przełknął ślinę, a gdy wyglądałam przed siebie, by dojrzeć powód zbiegowiska, podjął ponownie. – Posłuchaj… - i znowu urwał, gdy gwałtownie się odwróciłam.
      Serce zabiło mi mocniej, a usta samoistnie ułożyły się w szeroki uśmiech. Gdy między ludźmi dostrzegłam rozczochrane włosy, całą moją duszę ogarnął w końcu spokój. Całkowicie zignorowałam Tokajiego, zrywając się do biegu. Chłopak bezsilnie wyciągnął za mną dłoń.
      Trudno. Powie mi później.
      Przebiegłam odległość w kilku sekundach, rozpychając zgromadzonych. Chłopak najpierw spojrzał w moją stronę zdziwiony, potem gdy na niego wpadłam na jego twarzy pojawiło się przerażenie. Zachwiał się, ale ustał na nogach. Objęłam go mocno, wtulając twarz w jego ramię. Chłopak popatrzył się na mnie, uśmiechnął się szeroko i odwzajemnił uścisk.
      - Tsu! Okaeri! – powiedziałam. Mój głos od dawna nie wyrażał takiego szczęścia. Chłopak podniósł mnie i okręcił w powietrzu, śmiejąc się. 
     - Tadaima, Ichi! – odpowiedział, nadal mnie nie puszczając.
     Serce zamiast się uspokoić, że nic mu nie jest, skakało radośnie, a w środku rozlewało się przyjemne ciepło, współgrające z jego ciepłem, oddechem, ze wszystkim. Westchnęłam cicho, czując łzy wzbierające pod powiekami. Nie chciałam się jednak tak po prostu rozpłakać.
      - Dobrze cię mieć w całości z powrotem… - szepnęłam, a on przytulił mnie mocniej. Kiwnął kilka razy energicznie głową.
      Po chwili usłyszałam głośny płacz i poczułam ramiona na szyi. Ayako, w największej histerii, przytulała przyjaciela. Taki też do nas podszedł. Wszyscy wokół klepali Tsuneariego po plecach, śmiejąc się szczerze.
     Gdy tłum zaczął się powiększać, chłopak mnie puścił, uśmiechając się do mnie. Odpowiedziałam tym samym, ale poczułam, że coś wypala mi policzki i odwróciłam wzrok. Chłopak zrobił to samo, ale starał się zachować twarz wśród tłumu przyjaciół.
      Korzystając z chwili, przypomniawszy sobie o Tokajim, rozejrzałam się w poszukiwaniu przyjaciela. Byłam pewna, że też przyjdzie, widząc starego kumpla z powrotem w całości. Dojrzałam go jednak odwróconego do nas plecami, stojącego nadal przy bramie. Chciałam go zawołać, ale opuścił czarną czuprynę, walnął pięścią w bramę i po prostu sobie poszedł.
      Czułam, że w jakiś sposób to przeze mnie, ale nim zdążyłam za nim pobiec, Tsu klepnął mnie w ramię, wskazując głową wejście. Obok niego stali Ayako i Taki, reszta powoli wracała do wcześniejszych zajęć. Spojrzałam jeszcze w stronę, w którą pobiegł czarnowłosy.
      Dawno nie byłam aż tak rozdarta.

      W końcu nie dostrzegłam po nim ani śladu, więc ze śmiechem odwróciłam się do przyjaciół, pozwalając zaciągnąć się do środka. Serce szalało mi z radości, nie mogłam przestać się uśmiechać, więc nie zauważyłam ziarenka poczucia winy, które zostało zasiane, gdzieś w środku mnie.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz