4 kwietnia 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 8 ~ Nadciągający huragan

Rozdział 8

Nadciągający huragan

        Padał deszcz. Choć to trochę słabe określenie. Lało jak z cebra. Na nierównej kostce powstawały kałuże. Zwierzęta zmierzały ku swoim kryjówkom. Jedynie ja i Ayako zostałyśmy, niewzruszone pogodą. Miałyśmy nieprzemakalne kurtki, więc nie musiałyśmy się śpieszyć.
W oddali rozbłysnęła błyskawica. Podniosłyśmy głowy, kierując wzrok w stronę światła. Ponure, ciemne otoczenie na chwilę się rozświetliło. Oprócz nas nie było tu nikogo innego. Wysokie, strzeliste drzewa, kamienne nagrobki i wszechogarniająca cisza. Po kilku sekundach usłyszałyśmy grzmot.
- Burza jest coraz bliżej. – stwierdza Ayako, naciągając bardziej kaptur. Stara się ochronić swojego długiego warkocza, który i tak jest już przemoczony do suchej nitki. Jednak stoi kilka metrów za mną i nie narzeka.
- Jeszcze jedna modlitwa. – mówię cicho i opuszczam głowę, zamykając oczy. Kaptur zsunął mi się już jakiś czas temu, ale go nie poprawiam. Moje czarne włosy oblepiają mi twarz.
Dochodzi 6 rano, ale praktycznie nic nie widać. Zrywa się silniejszy wiatr, zdmuchując mokre włosy, odsłaniając tym samym mój beznamiętny wyraz twarzy. Zamiast ocieplać się, robi się jakby chłodniej. Ayako kicha.
- Brrr… - trzęsie się, rozcierając sobie ręce. – Jak ja nie cierpię listopada.
Nie reaguję, w myślach prowadząc jednostronną konwersację z rodzicami.
Cmentarz główny w Setagayi. Grób rodziny Kanegawy.
I niech zawsze przyświeca wam światło. Amen.
Podnoszę się z klęczków. Przy takiej pogodzie nie ma mowy o zapalaniu świec czy zniczy. Wzdycham głęboko. Przyjaciółka nadal mnie nie pogania.
Rozmyślam o mojej rodzinie. Rodzice mojej mamy zmarli kiedy byłam malutka, a od strony taty odeszli dużo wcześniej. Nie miałam też żadnych wujków czy ciotek, może oprócz młodszej siostry taty, która siedzi za granicą. Nawet nie mam kogoś kto by mnie szukał. Policja da sobie za niedługo spokój.
- Możemy iść. – mówię i ruszam ku bramie. Naciągam przy okazji kaptur.
- Świetna pogoda na odwiedziny – rzuca z przekąsem Ayako. Równa krok z moim, ale nic nie dodaje na temat długości mojej modlitwy. – Szkoda, że mieszkałaś tak daleko. Od naszego okręgu to kawał drogi.
Wzruszam ramionami. Ostatnio nie mogę zebrać się na jakiś bardziej entuzjastyczny gest.
- Dziękuję, Ayako – mówię tylko, zbywając temat starego życia. – I przepraszam. – dodaję po chwili.
Dziewczyna śmieje się i kręci tylko głową.
- Daj spokój. Nigdy nie byłam w Setagayi. Zawsze to jakaś wycieczka. Choć nie sądziłam, że akurat oto ci chodziło.
Idziemy dalej w milczeniu. Światła uliczne powoli gasną. Wybiła 6, choć przez deszczowe chmury jest tak ciemno, że nic nie widać. Kierujemy się na stację. Dostałyśmy kilka godzin, ale nie chcę być w tym miejscu dłużej niż muszę. Kiedy wchodzimy do środka, niebo przecina błyskawica, w tym samym momencie co rozlega się grzmot.
- Burza dotarła. – zauważa Ayako. Nie odpowiadam tylko kieruję się w stronę kas. Stawiam wszystko ze swoich pieniędzy, po części dlatego, że to był mój pomysł. I choć dziewczyna protestowała to w końcu odpuściła. Po opowiedzeniu swojej historii, musi mi dać czas by jej wszystkiego nie stawiać.
Kasjer coś mówi na temat pociągów i burzy, ale zaczynam się tym interesować na słowo ‘odwołane’. Robię wielkie oczy i wypytuję się dokładniej.
Jakikolwiek pociąg do Senkawy. Nawet nie musi być do Toshimy. Najszybciej to o 11. I tego też mogą odwołać. Najpewniejszy jest o 18.
Opadam zrezygnowana na ławkę obok przyjaciółki. Nie dość, że to wszystko przysparza tylu wspomnień to utknęłyśmy tu do co najmniej 18. Świetnie. Po prostu świetnie. Ayako od razu odgaduje o co chodzi i klepie mnie po ramieniu. Mówi coś pocieszającego, ale jej nie słucham.
- Znasz tutejsze okolice, co nie? Robię się głodna.
***
Siedzimy w ładnej kawiarence parę kilometrów od stacji. Lepszego miejsca nie mogłam sobie przypomnieć. Jasne, przytulne miejsce. Z dala od mojego starego domu i szkoły. Chociaż pracuje tu kelnerka, którą kojarzę. Jednak kobieta najpierw obrzuca mnie bacznym wzrokiem, po czym wzrusza ramionami, nic nie podejrzewając. Czy aż tak się zmieniłam?
Zjadamy kanapki, crossainty, pączki, kilka kawałków ciasta, a wszystko popijamy kawą. Jedzenie jest przepyszne, więc śniadanie zajmuje nam już godzinę. Dochodzi 8, a na ulicach pojawiają się dzieciaki w mundurkach. Dopiero wtedy dociera do mnie groza sytuacji. W kawiarence siedzą 2 dziewczyny w wieku gimnazjalnym, przemoczone i ubrane w spodnie moro i jakieś czarne kurtki. W ogóle niepodejrzane.
Postanawiam jednak dokończyć śniadanie. Ayako jest w niebo wzięta, bo wszystko stawiam. Jestem ciekawa jak często pozwala sobie na takie przyjemności. Wyżywienie 7 osób, opłacenie rachunków, spłacenie długów i hazardowych zapędów ojca nie jest łatwe. Nie ważne ile dostanie za wykonanie roboty.
- Ciekawe co u Tsu… - zastanawia się dopijając kawę. Czekam tylko na nią. Nie zdaje sobie sprawy z podejrzanych spojrzeń obsługi. Jednak na imię chłopaka prostuję się.
- Nie mam zielonego pojęcia. – mruczę. – Gdzie on teraz jest?
- Region Chugoku, prefektura Okayama. – recytuje Ayako i wypija duszkiem resztkę kawy. Płacę za posiłek i szybkim krokiem wychodzę z lokalu. Kieruję się do najbliższego, zacisznego parku. Nie będziemy tam zwracać uwagi.
Siadamy na starej ławce w głębi parku. Zakładam ręce za głowę. Ayako przypomniała mi o Tsunearim. No właśnie.
Widziałam go ostatnim razem kiedy wypadł z Sejmu wściekły, a odprowadził mnie zaniepokojonym wzrokiem, bez słowa. Kiedy wróciłam Sotomura-san oznajmił, że chłopak wyruszył na misję do innego regionu. I że może wrócić po kilku miesiącach. Genialne. Jest teraz jakieś 700 km od nas i nie ma z nim normalnego kontaktu. Jedynie otrzymujemy powiadomienia od dowództwa, że się odezwał. Łaskawie, po miesiącu.
Ayako dzwoni do szefa i przedstawia sytuację. Pyta też o jakąś misję, ale obie wiemy, że to daleko i pewnie nic nie będzie.
Patrzymy się po sobie zdziwione, kiedy otrzymujemy pozytywną odpowiedź. Stare zlecenie, nadal aktualne, o rozbiciu szajki dilerów. Fumiya podaje dokładne dane, a ja czuję coś w sercu. Ciche, niepokojące przeczucie. Zapowiedź czegoś niedobrego. Dziewczyna kończy rozmowę , patrząc się na mnie wyczekująco. No tak. Nie zna tutejszej okolicy. Odpędzam czarne myśli, tłumacząc to wszystko tym, że nie chcę uwierzyć, że w mojej okolicy byli dilerzy. Na pewno.
***
- Jesteś pewna, że to tutaj? – Ayako nie jest przekonana.
- Na stówę. – potwierdzam i ściągam pokrowiec na rakietę z ramienia. Oczywiście to tylko marna przykrywka, ale nikt się nie czepia. Dziewczyna rzuca jeszcze niepewne spojrzenie w stronę budynku i zaczyna składać swój łuk.
Znajdujemy się w tej ‘gorszej’ części miasta. Przed nami stoi stary budynek drukarni, która jak się okazuje jest bazą szajki dilerów. Kilka wybitych okien, drzwi dyndające w zawiasach, bluszcz pnący się po odrapanych ścianach. Jakże oryginalnie.
- Ilu ich miało być? – pyta Ayako, przesznurowując swoje trapery.
- Czterech. 1 Japończyk w średnim wieku, 2 studentów z Rosji i jakiś szwab.
- A ile za nich dostaniemy? – rzuca jeszcze, naciągając się. Uspokoiła się i zachowuje się dużo ciszej. Pytając o kasę, lekko się krzywi.   
- 20 000 dolców. To od jakiegoś Amerykanina, który… - zaczynam, ale Ayako macha ręką. Nie obchodzi ją historia. W sumie 10 000 dolców na łebka to niezła sumka. – Jeśli chodzi o plan, to ja tam wbijam, a ty kryjesz mi plecy. Jak będzie okazja to zdejmujesz ich z łuku, jasne?
- Jak słońce – przytakuje i obie ruszamy w stronę budynku.
Przystajemy przed wejściem i nasłuchujemy. Prowadzą rozmowę po angielsku. Słychać wyraźne akcenty. Rzucamy sobie spojrzenie i kiwamy powoli głową. Dziewczyna od razu doskakuje ściany, szukając wystających cegieł. Czekam aż skończy się wspinać. Idzie jej to nadzwyczaj szybko. Zaledwie po kilku susach znajduje wybite okno i znika w środku.
Biorę głęboki wdech i wyciągam miecz. Rozglądam się jeszcze po okolicy, a kiedy nie dostrzegam niczego niepokojącego, kopnięciem otwieram drzwi. Wchodzę raźnie do środka, trzymając opuszczony miecz. W środku jest ciemno, a odpowiadająca mi cisza informuje, że ludzie są gdzieś indziej. Skupiam się. Słyszę głosy niedaleko, jakby po mojej prawej. Ruszam za głosami i docieram do drzwi jakiegoś magazynu. 4 męskie głosy są głośniejsze i wyraźniejsze.
Twardy akcent Niemca. Płynna wymowa Ruskich. Nieskładne zdania Japończyka. To oni.
Biorę kolejny wdech, wyłączając jakiekolwiek myśli. Misja.
Kopię w drzwi z całej siły.  Otwierają się z hukiem na oścież i uderzają o ścianę. Ludzie zrywają się z krzeseł i rzucają mi zaskoczone spojrzenie. Słyszę jakieś nieznane mi słowa, jednak z brzmienia wnioskuję, że to przekleństwa.
Wchodzę spokojnie do magazynu. Jest to ogromne, kilkupiętrowe pomieszczenie. Z sufitu zwisają prostokątne lampy, z których świeci praktycznie połowa. Wszędzie stoją okurzone pudła, a bliżej środka sali stoją skrzynki wypełnione po brzegi zielskiem. Odrażające.
Zaskoczone spojrzenia powoli zmieniają się w pełne zażenowania czy nawet politowania. No tak. Jestem jedynie 13-letnią dziewczynką, stojącą naprzeciw 4 dorosłych facetów. Jeden z nich prostuje się i odchrząkuje.
- Zgubiłaś się, mała? – pyta ironicznie, czystą japońszczyzną. Czyli ten to Japończyk. Uśmiecha się szeroko z udawanym ciepłem. Koleś, nikt się na to nie nabierze. Wodzę po magazynie beznamiętnym wzrokiem. Mam wrażenie, że po wyższym piętrze ktoś przebiegł.
- Nie cackaj się z nią, Takamine. – rzuca jakiś facet, tym razem po angielsku. – To tylko dziecko. – rechocze szwab, a do niego dołączają Rosjanie. Rzucam w ich stronę spojrzenie. Cichną w jednej sekundzie, a jeden nawet cofa się krok do tyłu. Moje oczy są całkowicie puste, bez jakiejkolwiek oznaki emocji. Japończyk jednak zauważa coś oprócz mojego beznamiętnego wzroku. Miecz.
- Oho! – marszczy brwi, przyglądając się mojej broni. – A myślałem, że Igarashi Yasuaki mówił, że wyślą chłopa, a nie dziewczynkę.
O kim on mówi?
Nie wiem o co mu chodzi, ale moja twarz ani drgnie. Obserwuję facetów. Japończyk zachowuje się luźno, całkowicie mnie lekceważąc. Odwraca się do swoich kolegów.
- Ne, Dimitrij, a z Jishin to miał być… - zaczął protekcjonalnym tonem, ale urwał w jednej chwili. Odkaszlnął i rozszerzył oczy ze zdziwienia. Padł na podłogę jak długi, a z klatki piersiowej sterczała mu strzała. Zaczyna się.
Ściskam mocniej miecz i ruszam na przeciwników. Nie mogę pozwolić im na zbędne sekundy, kiedy to Ayako wyrobiła mi przewagę przez zaskoczenie. Zamykam swój umysł na inne myśli, choć jedno słowo kołata mi się po głowie. Jishin. Nasz obecny, największy wróg.
Podbiegam w przeciągu sekundy do szwaba, stojącego najbardziej na lewo. Nie ma czasu na reakcję, a ja gwałtownie hamuję i odsuwam się do tyłu. Biorę zamach i tnę od lewej przez cały jego brzuch. Krew ochlapuje mi kurtkę, ale nie zwracam na to uwagi. Jeden z Rosjan rzuca się na mnie z krzykiem i scyzorykiem. Analizuję błyskawicznie jego ruchy. Są ociężałe i bez jakiejkolwiek płynności. Mrużę oczy i odwracam cię do niego przodem. Jest 3 metry ode mnie, rękę ma wysoko podniesioną,  by zadać cios scyzorykiem. Kątem oka dostrzegam błysk metalu za głową przeciwnika. Decyduję się na inny ruch niż miałam zamiar na początku. Kiedy ręka opada na mnie, tnę od dołu i wyprowadzam cios aż do samej góry. Trzymam miecz wysoko nad głową, a po ostrzu spływa krew, brudząc moją dłoń. Ruski rzuca mi niedowierzające spojrzenie, po czym zaczyna wrzeszczeć na cały głos. Metr od nas leży jego ręka. Z miejsca odcięcia wypływa cały czas krew. Facet drze się coraz bardziej, ale zupełnie mnie to nie wzrusza. Moje oczy są beznamiętne.
Odsuwam się o 2 kroki do tyłu. Facet po chwili dławi się swoim wrzaskiem
i pada na ziemię. Z pleców sterczy mu strzała. Rzucam mu przelotne spojrzenie, po czym podnoszę wolną rękę dość wysoko, z uniesionym kciukiem do góry. Ładny strzał, Ayako.
Rozglądam się za ostatnim. Zdążył się już oddalić. Rosjanin znajduje się po drugiej stronie magazynu i rozrzuca pudła. Ruszam zdecydowanym, szybkim krokiem w jego stronę. Jedno pchnięcie wystarczy. Kątem oka zauważam ruch na wyższym piętrze. Ayako zmienia pozycję. No tak, facet był praktycznie pod nią.
- Zapłacisz za to, suko! – wrzeszczy. Wyciąga kij bejsbolowy spomiędzy zielska i macha nim jak oszalały. Oczy mu się rozbiegły, a ust sączy się piana. – Jishin się na was zemści! – krzyczy i rzuca się na mnie. Mimowolnie się cofam. Jego ruchy są inne niż tamtego obcokrajowca. Porusza się w szaleńczych zrywach, więc nie mogę przewidzieć jego ruchów. Panicznie boi się śmierci, więc jest gotowy do najbardziej drastycznych kroków.
Macha kijem we wszystkie strony. Jest wyższy, a że celuje w moją głowę, odsłania swój brzuch. Unikam płynnie wszystkie ciosy, patrząc mu się w oczy. Muszę pokazać mu kto tu jest drapieżnikiem, a kto ofiarą. Rosjanin w końcu bierze większy zamach. Wychwytuję błyskawicznie moment i tnę na ukos przez całą klatkę piersiową. Nie jest to czyste cięcie, a krew ochlapuje mi twarz, jednak przynosi zamierzony efekt. Zamach traci impet, a facet wypuszcza kij. Wypluwa krew i osuwa się na ziemię.
Wypuszczam powietrze z płuc. Muszę głęboko pooddychać, a tutaj powietrze przesycone jest wilgocią, narkotykami oraz krwią. Nim zdążę całkowicie rozluźnić mięśnie, słyszę głośne sapnięcie. Odwracam się gwałtownie, w oddali słysząc Ayako krzyczącą moje imię. Nie zdążam obrócić się całkowicie, ale odskakuję. Kij nie sięga mojej głowy jednak trafia w prawy bok. Uderzenie zapiera mi dech w piersiach, tracę równowagę i walę ramieniem o podłogę. Facet z okrzykiem bierze zamach do kolejnego ciosu. Mimo bólu szybko przetaczam się.
- Rób te uniki, młoda! – krzyczy, a piana skapuje mu z ust. – Oni za chwilę tu będą! – Jego kij prawie znowu mnie dosięgnął. Jestem w kuckach, ale kiedy uderzenie chybia, a impet ciągnie za sobą mężczyznę, przerzucam ciężar na ręce i z całej siły walę nogą o stopę Rosjanina. Nie utrzymuje równowagi i upada głośno na płytki. Podnoszę się od razu na nogi, miecz trzymam przed sobą. Dyszę, mokre włosy oblepiają mi twarz. Prawy bok pulsuje nieprzyjemnie. Nie wiem czy krwawię, cały czas ścieka ze mnie deszcz.
Jeśli on nie kłamie, ludzie z Jishin za chwilę tu będą. A wtedy będzie po nas. Ledwo daję sobie radę ze zwykłymi ludźmi, a z wyszkolonymi zabójcami będzie dużo trudniej. Cień strachu przeszywa mój umysł. Musimy się pośpieszyć.
- No i na co czekasz, suko! – facet cały czas drze mordę. Powoli mnie denerwuje. Podnosi się powoli, a ja stwierdzam, że muszę to zakończyć. Niezgrabnym ruchem przebijam go mieczem, przyszpilając do podłogi.
Wokół nas tworzy się kałuża krwi. Moje buty przybierają bordowego odcienia. Jestem cała upaćkana czerwonym płynem. Patrzę się na twarz umierającego. Zdenerwował mnie nieźle. Muszę mieć pewność, że umrze. 
- Dzieci… nie powinny… bawić się… w zabijanie… - stęka jeszcze, z rozmytym wzrokiem, gdzie ostatnie słowo wymawia ledwo dosłyszalnym szeptem. Po chwili jego ciało całkowicie nieruchomieje. Uśmiecham się chłodno, prychając przy okazji lekceważąco. Jestem zadowolona, choć bok nieźle mnie nawala.
Dosłownie sekundę później mnie mroczy. Zataczam się i łapię za głowę. Przez głowę przechodzi mi obraz moich rodziców. Leżących w kałuży krwi. I tych dilerów w krwi. Nie widzę różnicy.
Nie. Jest różnica. Moi rodzice nie mieli powodu by być zabitym. Nie mieli. Dobrze, że ci nie żyją. Dobrze.
Podnoszę się i omiatam spojrzeniem pomieszczenie. Mój beznamiętny spokój powraca. Pochodzę do ciał, sprawdzając jeszcze czy na pewno są martwi.
Ayako przechodzi przez balustradę i chwyta się gzymsu. Wisi jakieś 4 metry nad ziemią. Mimo wysokości puszcza się i gładko ląduje. Podchodzi do mnie spokojnym krokiem. Najwyraźniej nie słyszała o zbliżającym się niebezpieczeństwie.
- Musimy się stąd zmywać. – rzucam cicho. Przechodzą mnie dreszcze. Coś się zbliża. Trzeba się jak najszybciej ulotnić.
- Spokojnie. Najpierw pokaż ten swój nieszczęsny bok. – Ayako nie zamierza odpuścić. Kręcę głową.
- Nie, Ayako. Posłuchaj, prawdopodobnie za chwilę… - zaczynam, ale dziewczyna nasłuchuje czegoś. Również milknę. Po chwili, oprócz naszych oddechów, słyszę zbliżające się kroki. Dziewczyna marszczy brwi.
- Kto… - zaczyna ale milknie kiedy zauważa moją minę. Po raz pierwszy od mojej pierwszej misji okazuję jakiekolwiek uczucia. Na mojej twarzy maluje się przerażenie, a usta zamarły, niezdolne do wypowiedzenia czegokolwiek. Drżę. Nie tylko ze strachu, udziela mi się zimno i ból. Ayako reaguje szybciej niż ja. Łapie mnie na za rękę i ciągnie przed siebie. Biegniemy ile sił w nogach i wypadamy z magazynu.
Korytarz zdaje się ciągnąc w nieskończoność. Liczne rzędy identycznych drzwi. Kiedy słyszymy w oddali okrzyk, Ayako wpada do najbliższego pomieszczenia. Rozgląda się szybko, a ujrzawszy szafkę, popycha mnie w jej stronę. Nie tylko mi nieśpieszno do walki. Zamykamy się od środka i obserwujemy przebieg sytuacji przez szparki.
Serce wali mi jak szalone. Staramy się oddychać jak najciszej, ale obydwie dyszymy. Rzucamy sobie ukradkowe spojrzenia. Ayako kiwa mi tylko nieznacznie głową. Możemy jedynie modlić się by nas nie znaleźli.  
Po kilku minutach, trwających nieskończenie długo, drzwi pokoju otwierają się na oścież. Wstrzymujemy oddech. W drzwiach stoi 2 facetów na oko w wieku 30 lat. Wchodzą i rozglądają się po pokoju. Po chwili dołącza do nich jeszcze jeden, znacznie młodszy. Będzie kilka lat ode mnie starszy. Może w wieku Ryutaro.
- I co, są tutaj? – rzuca i też wchodzi do pokoju. Faceci nie odpowiadają. Młodszy rzuca spojrzenie na naszą szafkę. Lodowata dłoń ściska mi serce. Chłopak chce już ją otworzyć kiedy pojawia się jeszcze jeden.
Ma może 25 lat. Wysoki, umięśniony, o bezlitosnym wzroku. Z miejsca zauważam podobieństwo do tamtego dilera, Takamine.
- Ryuji! Nie cackaj się! – rzuca z oburzeniem do najmłodszego. Chłopak wzdryga się i odchodzi od szafki. Z trudem powstrzymuję się by nie westchnąć.
- Takahide, Takahiro! Ruchy! – warczy na swoich podwładnych. Mężczyźni wzdrygają się, ale od razu ruszają dalej. W nikłym świetle widzę, że są tego samego wzrostu, a ich rude włosy falują. Wyglądają na bliźniaków. 
Kiedy faceci znikają, Ryuji wyłamuje sobie palce.
- Nie tak ostro, Shigeo-san. – śmieje się.
- Dla ciebie, Taichi-danna. Nie pozwalaj sobie, nie płacę ci za to. – warczy.
- Ej, Taichi-san. Ty mi nie płacisz. Jedynie dowodzisz dzisiejszą misją. A kasę rozdziela Igarashi-sama. – chłopak obniża głos i uśmiecha się złowieszczo. Mimo iż jest młodszy, drobniejszy i niższy od dowódcy jest w nim coś niepokojącego. Shigeo, chociaż patrzy się na niego z góry, odchrząkuje.
- Pośpieszmy się, może ci z Kaminari gdzieś tu są. – mówi tylko. Ryuji wzrusza tylko ramionami i rusza ku drzwiom. A kiedy oni mają już wyjść, odwraca się na ułamek sekundy i posyła mi kpiące spojrzenie.
Serce mi zamiera. Zapominam jak się oddycha. Ayako trzepie mnie w ramię. Budzę się z głębokiego szoku.
Czyli wiedział, że tu jesteśmy. Tylko dlaczego nic nie powiedział?
Po kilkudziesięciu sekundach, dziewczyna otwiera po cichu szafkę. Nic nie mówimy, ale kiedy napotykamy swój wzrok, wiemy jaki mamy plan. Kierujemy się tak szybko do wyjścia jak się da.
Ayako wychyla się zza drzwi. Na korytarzu nikogo nie ma. Ruszamy w sprincie w stronę magazynu. Kiedy jesteśmy na zakręcie, słyszymy za sobą okrzyk. Zobaczyli nas.
- Cholera. – klnie cicho Ayako, przyśpieszając biegu. Jest niesamowicie szybka, mimo niezbyt szczupłej budowy i niskiego wzrostu.
Wypadamy przez praktycznie wyważone przeze mnie drzwi na zewnątrz. Mimo iż uderza w nas przenikające zimno, ulewny deszcz i szaleńczy wiatr, nie zatrzymujemy się ani na chwilę. Wysuwam się na prowadzenie. Znam świetnie okolicę i wiem gdzie można się skryć.
Zimny deszcz zmywa z nas pot i krew. Chłód przenika moje ciało, ale równocześnie orzeźwia. Jest dużo lepiej niż gdyby miałoby 30 stopni. Woda lejąca się strumieniami z nieba, ogranicza widoczność, która tylko dodatkowo nas maskuje. Znam okolicę więc dla nas nie będzie problemu. Oby ci z Jishin nie znali dróg. Poza tym nikogo nie zdziwi widok dwóch dziewczyn wiejących przed deszczem.
Kiedy na niebie rozbłyska piorun, Ayako siarczyście klnie.
- Że też musi walić piorunami! Jakby nie mogło się przejaśnić!
- Dobrze, że leje. – śmieje się. – Mamy przecież pioruny po swojej stronie, czyż nie? – uśmiecham się, nawiązując do znaczenia nazwy naszej organizacji. Ayako nie odpowiada, tylko szeroko się uśmiecha, a jej twarz rozjaśnia piorun.
***
- No gdzieście byli? Przegapiliście najlepsze! – wdycha jeden z chłopaków. Jest całkowicie przemoczony. Ma 15 lat, miodowe, kręcone włosy i bursztynowe oczy. Przez mokrą kurtkę ma przepasaną pochwę z mieczem.
- Weź się zamknij, Satoru. – mruczy dziewczyna, ale siada obok niego. Wyciąga z torby puszkę Pepsi. – Trzymaj. Nawet nie wiesz jaka w sklepie była kolejka. – śmieje się.
Dziewczyna ma 16 lat i kręcone, pofarbowane na turkusowy odcień włosy. Oczy błyszczą się na ten sam bursztynowy odcień co chłopaka. To jedyne podobieństwo zewnętrzne do brata. Ma zadarty nos i wydatne usta. Dosiada się do nich jeszcze 18-latek, o brązowej szopie włosów i czarnych oczach. Ma ciemniejszą karnację, ale jest niższy od tej dwójki.
- Nie przesadzaj, Suzuko-chan – upomina dziewczynę.
- Nie przesadzam, Matsuki-kun. Było tyyyle ludzi! Że też wam się zachciało fast-foodów! – śmieje się. Patrzy się budynek fabryki. – To co nas ominęło?
- Do środka wbili ci z Jishinu! – chłopak uśmiecha się z błyskiem w oku.
- Ktoś znajomy? – pyta Matsuki. Przysiadł się do kumpli i otworzył batonika. Przysmak od razu staje się mokry od nieprzerwanego deszczu.
- Widziałem bliźniaków Weasleyów i chyba tyle jeśli chodzi o ‘bliższych’ znajomych… - zastanawia się Satoru wymieniając przezwisko rodzeństwa.
- Walić znajomych! – wykrzykuje Suzuko, z chipsami w ustach. – Co się działo? Ogarnęli, że zaciupali im dilerów?
- Suzuko-chan! Wyrażaj się trochę… - Matsuki znowu chce zwrócić uwagę dziewczynie jednak ona nie reaguje. Już dawno nie rozmawiała ‘’jak na damę przystało’’. – Eh… Z resztą nie ważne…
- No ogarnęli. Ten szefuńcio w ogóle darł się jak jakiś cwel. No a po kilku minutach wyleciały te z Kaminari…
- Ły? Kobitki?
- Num. Mówię ci, siostra, na oko to wczesna gimbaza. Coś jak my kiedy dołączaliśmy! – Satoru gestykuluje rękoma. Również porzucił kulturalny sposób mówienia. – Nie wierzę, że Weasleyowie dali zwiać dwóm dziewczyneczkom! – chłopak śmieje się z członków Jishin razem z siostrą, a Matsuki kręci tylko głową.
- Satoru-kun, te ‘dziewczyneczki’ zabiły 4 dorosłych facetów…
- No wiem, wiem… W końcu są z Kaminari, co nie? – uśmiecha się.
Matsuki ponownie kręci głową. Wszyscy milkną i wracają do obserwacji. Misja z pozoru dość nudna, mieli po prostu w cholernie deszczowy dzień namierzyć ludzi z Jishin i miejsce z narkotykami, a wywiązała się z tego niezła afera, z udziałem Kaminari, które jeszcze ma napięte stosunki z organizacją z Shibuyi.
- Serizawa-sama będzie raczej zadowolony z naszego raportu. – stwierdza Satoru obserwując wychodzących z budynku mężczyzn.
- Daj spokój. Od dawna nie działo się nic ciekawego. Wszyscy siebie unikają, a tu proszę! Jishin bawi się w kotka i myszkę z Kaminari. – dodaje Suzuko kiedy faceci kierują się w stronę parku.
- Tak… A Hariken najwyraźniej w tej akcji został psem. – kwituje Matsuki. Podnosi się i zbiera potrzebne rzeczy. Może to nie było rozkazem, ale wszyscy chcą podążyć za tamtymi.
- Oj, Matsuki-kun! – Suzuko przeciąga końcówki. Dziewczyna ukrywa włosy pod kapturem. – Wyraziłbyś się bardziej poetycko, a nie…
- A przepraszam. – Matsuki uśmiecha się w udawany sposób. – No bo ty jesteś specjalistką od poetyckiej wymowy, co?
- Nie wypominaj mi, durniu, mojego sposobu gadania! – Dziewczyna wyrywa bratu półpełną puszkę i bierze zamach na kolegę. Czarnooki uchyla się, a puszka leci kilkadziesiąt metrów dalej. Satoru robi zbolałą minę.
- Siostraaaa! – wyciąga bezradnie ręce w stronę dziewczyny, ale ona już oddala się w kierunku parku. Opuszcza ze zrezygnowaniem głowę, a Matsuki tylko kręci głową.
- Dobra, Satoru. Chodźmy nim ich zgubimy.
Chłopak prostuje się, nagle przestając się martwic o swój napój. Uśmiecha się przebiegle i gładzi się po brodzie. Matsuki łapie się za skroń.
- Proszę cię… - mówi zmęczonym głosem. – Pobawisz się w knucie potem. Teraz. Jedynie. Obserwujemy. Rozwój. Sytuacji. Nie. Walczymy. Jasne?
- Tak, tak! – usłyszał w odpowiedzi. Satoru śmieje się i biegnie za siostrą. Matsuki wzdycha i kręci głową. Schyla się i sięga po swoją pochwę z mieczem, uśmiechając się pod nosem i kierując się w stronę rodzeństwa.
_____________________________________________________________________

Witam :D
To już 8 rozdział. Nie wierzę, że dałam radę tyle napisać. Obecnie to chyba najbardziej rozbudowana historia jaką stworzyłam. Jak widzicie pojawiło się dużo nowych postaci: 4 z Jishinu (5 jeśli liczyć szefa) no i 3 z Harikenu :D
Akcja będzie ciągnąc się jeszcze przez rozdział bądź dwa >.< Co z tego, że była tworzona na całkowitym spontanie :D
Ogólnie, to chciałabym życzyć wam dużo zdrowia i szczęścia z okazji Świąt Wielkanocnych. Smacznego Jajka i Mokrego Dyngusa! 

Do przeczytania <3

30 marca 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 7 ~ Granica, której nie mogę przekroczyć

Rozdział 7
Granica, której nie mogę przekroczyć
 Chłopak siedział i wpatrywał się uporczywie w zegar. Przeczesał niespokojnie ręką swoje, i tak sterczące, brązowe włosy. Wstał i obszedł pomieszczenie wokoło. Znów usiadł. Po chwili powtórzył okrążanie pokoju. Mimo iż dziewczyna wyszła zaledwie 15 minut wcześniej, bardzo się niepokoił.
Ktoś zapukał w lekko uchylone drzwi i wszedł do pokoju. Brązowowłosy rzucił w stronę przybyłego zdziwione spojrzenie, a kiedy rozpoznał mężczyznę zmierzył go wściekłym wzrokiem. W odpowiedzi usłyszał westchnienie, które tamten usiłował ukryć.
- Tsuneari? – odchrząknął. Chłopak prychnął i odwrócił się bezceremonialnie. Nie miał ochoty ani natchnienia by teraz rozmawiać.
- Sotomura-san. – wysilił się by okazać choć trochę szacunku ku przybyłemu szefowi. Jednak ostatnie pół godziny były dla niego trudne i bardzo denerwujące.
Facet podszedł bliżej. Był od niego wyższy co najmniej o głowę. Włosy związał w niedbałego kucyka. Zmierzył go zmęczonymi ciemnymi oczami. Tsuneari zauważył też, że powiększyły mu się cienie pod oczami. Ostatnio miał masę roboty, zwłaszcza, że byli bliscy wojny gangów. Ale młody nie przejął się tym, nie teraz. Obecnie był skupiony tylko na wściekłości w jego stronę.
- Ja wiem, że jesteś zły, ale musisz mnie posłuchać… - zaczął, ale Tsuneari obrócił się gwałtownie. Jego ciemno-brązowe oczy zabłysnęły groźnie.
- Zły? Ja… Ja… - nosiło go tak, że nie mógł dobrać słów. Zacisnął dłonie mocno w pięści. – Jestem bardziej niż wściekły! – krzyknął w stronę szefa. – Jak mogłeś posłać praktycznie niewyszkoloną osobę i to jeszcze dziewczynę na misję! I to do Shinjuku! Czy ty zdajesz sobie sprawę…!? – krzyczał dalej, ale w pewnym momencie urwał. Na Sotomurze nie robiło to żadnego wrażenia. Po prostu stał i obserwował. – Jesteś idiotą…
- Wiesz, Tsu… - zaczął spokojnie. Przetarł sobie kark dłonią. – To było po części posunięcie taktyczne. – Fumiya widząc minę chłopca, wykonał uspokajający gest rękoma. – Spokojnie, jest z nią Mako-chan. Co jak co, ale ona jest w naszej czołówce. Ichigo wróci cała. – zapewnił na końcu.
Tsuneari prychnął. Nadal mu się to nie podobało.
- O jaką taktykę ci chodzi? – zagaił, udając wyluzowanego.
- Wiedziałem, że tego nie przeoczysz – Fumiya prawie się zaśmiał. – Wiem, że zdajesz sobie sprawę z napiętej atmosfery, prawda? Z Hariken zawsze mieliśmy problemy, ale są zbyt starzy i potężni by się nami martwić.  Kojarzysz Jishin? – zapytał.
- Pewnie. Miałem z nimi ostatnio kilka starć. – odparł. – Ale to nie zmienia faktu, że Fubuki… - zaczął, ale szef machnął ręką.
- Fubuki to ty zostaw… - widział, że Tsuneari chciał zaprzeczyć, więc ciągnął dalej. – Są w innym mieście. Nie wiem co robili w Ikebukuro, ale pokazaliśmy im czyj to teren. – zakończył temat. – Wracając do Jishin…
- Czekamy na otwartą wojnę, prawda?
- Teoretycznie oni czekają na nasz atak. Są lepiej przygotowani, jednak mamy przewagę liczebną. A prowokują nas ostatnio przy każdej okazji. Suzuki-san został przez nich zaatakowany. Bez powodu.
Tsuneari zacisnął mocniej pięści. Był teraz tak żądny krwi, że mógł złamać swoje przyrzeczenie. Fumiya obrzucił go badawczym wzrokiem.
- Dlatego mam prośbę… - dodał szef, niby od niechcenia. – Związaną z taktyką…
Chłopak podniósł jedną brew.
- Też związaną z taktyką?
- Tak. Misja mylącą. Trochę dłuższa i daleko.
- Dobra, zgodziłbym się i tak, i tak. – prycha Tsuneari, nie analizując podanych informacji. – Ale wiesz, Sotomura-sensei… - zaczął jeszcze. Udało mu się posilić na spokojny, pełen szacunku ton. – Mam nadzieję, że to strategia Uetake-sensei.
Fumiya milczał. Nie potwierdził ani nie zaprzeczył. Tsuneari obrzucił go krótkim spojrzeniem.
- Wiem, że to ty jesteś szefem, ale… Serizawa-sama wybrał Uetake-san na stratega. Nie ciebie.
- Wiem.
- Więc o tym pamiętaj. Więc gdzie ta misja?
***
Siedzę zamknięta w swoim ciasnym mieszkanku. Od powrotu nie porozmawiałam z nikim. Tsuneari musiał pilnie gdzieś pojechać, Ayako wracała zazwyczaj późno, Taki był jeszcze na misji.
Misja.
Czuję, że to co mam w żołądku mi się przewraca.
Opadam na łóżko. Skombinowałam je dopiero ostatnio. Te jest sto razy wygodniejsze niż poprzednie. Mój miecz leży koło mnie, umyty i wypolerowany.
Wzdycham. Nie miałam najmniejszego problemu by zmyć krew. Wykonałam to jakbym robiła to codziennie. Jak mycie zębów. Żadnych napadów histerii.
Sięgam po kopertę, zaglądając przy okazji do środka. Przeliczam po raz enty pieniądze. Równe 20 000 jenów. Nawet dopłacili za szybkie zrealizowanie zadania.
Gapię się w sufit. Burczy mi w brzuchu. Jest 17. Pora obiadowa zakończyła się godzinę temu. Nie wyszłam z pokoju. Nie miałam siły.
Dlaczego tu wstąpiłaś?
Pytanie Anzai-sensei cały czas kołatało mi się po głowie. Aż do chwili kiedy ujrzałam puste, niebieskie oczy tamtego hakera. Nawet nie pamiętam jak się nazywał. Jestem…
- Ichigo-chan?
Podnoszę się do pozycji pół siedzącej. Rozpoznaję głos chłopaka. Patrzę na drzwi i czekam aż się w nich pojawi. Z korytarza wyłania się postać niewysokiego 17-latka.
- Hej.
- Hej. – opadam z hukiem na łóżko. Chłopak stoi chwilę w drzwiach po czym wchodzi do mojej sypialni. Bez pytania rzuca się na łóżko. Siła jego uderzenia podrzuca mnie do góry, ale praktycznie na to nie reaguję. Gapię się w sufit. Ryutaro zakłada ręce na głowę i też patrzy się w sufit. Wzdycha głęboko.
- Wygodne to łóżko, co nie?
Odpowiada mu cisza.
- Ichigo.
Nadal milczę, choć tak naprawdę muszę podzielić się z kimś moimi spostrzeżeniami. Choć one ich mogą przerazić. Choć one przerażają mnie.
- Żyjesz jakoś? – rzuca, nadal nie tracąc nadziei. Jego głos jednak trochę się zniżył, jakby złagodniał. Czasem dziękuję Bogu, że na świecie są jeszcze taktowni ludzie, umiejący delikatnie wpleść temat do rozmowy.
- Ja tak. Tamten gościu nie.
Ryutaro patrzy się na mnie. Jego brązowe oczy bacznie mnie obserwują. Oczekiwał, że się załamię i zacznę płakać. Dlatego tu przyszedł. By mnie pocieszyć. To jest dużo prostsze.
Tylko, że wcale nie chce mi się płakać. Owszem przerażają mnie moje myśli, ale jedyne co teraz mogę okazać to… beznamiętność.
- Ne, Ryutaro…
- Słucham.
- Mogę ci coś powiedzieć?
- Nadal słucham.
Przewracam oczami, ale delikatnie się uśmiecham. Jego usposobienie działa kojąco na ludzi. Nie dziwne, że świetnie sprawdza się jako lekarz.
- Chodzi o to, że… Nie czuję nic. Nawet nie pamiętam jak on się nazywał. Nie… Nawet mnie to nie obchodzi. – Ryutaro nic nie wtrąca, więc ciągnę dalej. – Najpierw zastanawiałam się dlaczego ludzie biorą mnie i Tokajiego za rodzeństwo. Nie wiem teraz, czy już wtedy mnie przejrzeli.
- A w jakim sensie? – Ryutaro mnie nie rozumiał.
- Charakteru. Kiedy… kiedy go zabiłam… - zająknęłam się, trawiąc słowa. –Nie pomyślałam o strachu, poczuciu winy. Nie czułam nawet ulgi. – gula w moim gardle stopniowo się powiększała. – Poczułam… Radość. – kiedy wykrztusiłam to słowo, gula zniknęła. Mój głos stał się pusty. – Fakt, że leżał przede mną martwy, sprawił mi satysfakcję. Czy już staję się potworem?
- Wiesz, Ichigo… - Ryutaro nie zaprzeczył od razu, ani nie potwierdził. – Sądzę, że tu chodzi o motywy jakimi się kierujesz… Tsuneari z kolei nie określa po motywach, tylko po przyjmowanych misjach. Każdy jest inny pod tym względem…
- To znaczy? – rzuciłam pusto. Zabiłam w sobie coś. Wszystko nagle traciło barwy.
- Hmm… Tsuneari na przykład zawsze bierze misje dotyczące okropnych przestępców, Taki obrończe, Ayako z jak największym wynagrodzeniem…
- A Tokaji? – prycham.
- Im więcej osób ma zabić tym lepiej. – kwituje to lekarz. Czemu mnie to nie dziwi. – Tylko od ciebie zależy jakich ludzi będziesz się... pozbywać. Świat jest dziwny, Ichigo. Więc my musimy być jeszcze dziwniejsi.
Myślę nad nowymi informacjami. W sumie do Tsuneariego rola ‘sprawiedliwego bohatera’ pasuje. Jakkolwiek to brzmi. Taki w sumie, w tych okularach w ogóle nie wygląda na obrońcę. Ayako nie posądziłabym o materializm. Natomiast Tokajiego byłam pewna.
Tylko nie mogę ich tak ocenić. Zostaje jeszcze pryzmat przeszłości. I cel.
No właśnie cel.
- Ryutaro? Mogę cię spytać dlaczego po pokonaniu Akumu zostałeś tu?
- Ze względu na siostrę. – odpowiada bez wahania. – No i trochę przez ojca. – dodaje po chwili z przekąsem. Rzuca mi pytające spojrzenie.
- Może to będzie trochę niepokojące, ale… Znalazłam odpowiedź, dlaczego się zgodziłam. – stwierdzam pustym głosem, zaciskając pięści tak mocno, że bieleją mi knykcie. – Zemsta.
Przed oczami migają mi wspomnienia. Uśmiechnięci rodzice. Odgłos otwieranych drzwi. Krzyk. Strach. Trzy głosy. Kałuża krwi. Ucieczka. Krew. Walka. Kaminari. I w końcu martwe ciało hakera.
Doskonale wiem co chcę zrobić. Co muszę osiągnąć.
Ryutaro nie odpowiada, choć wiem, że nie spodziewał się takiej odpowiedzi, jednocześnie ją znając. Nie zwraca mi jednak żadnej uwagi i wstaje bez słowa. Kieruje się ku drzwiom. Zatrzymuje się jednak w progu.
- Wiesz na co wydasz pieniądze? – rzuca jakby od niechcenia.
Milczę przez chwilę po czym odpowiadam:
- Na małą wycieczkę. – rzucam tylko, a w mojej głowie kreśli się zarys planu. Lekarz wzdycha tylko i bez pożegnania wychodzi. Ten głupi przesąd wszedł wszystkim w krew.
Opadam na łóżko i wgapiam się w sufit bez celu. Po kilku godzinach rozmyślań, morzy mnie sen.
***
Stoję gdzieś w środku lasu. Ze wszystkich stron mam zarośla, a nade mną górują strzeliste sosny. Niebo, ledwo widoczne pomiędzy rozłożystymi gałęziami, ma kolor jasnego błękitu, prawie białego. Jednak widzę jasne punkciki, symbolizujące gwiazdy. I księżyc w pełni. Mimo iż nie wiem gdzie jestem, ruszam przed siebie.
Dopiero kiedy stawiam pierwszy krok, orientuję się, że jestem boso. Ściółka leśna okala moje stopy, gdzieniegdzie kłując mnie igłą, a indziej łaskocząc mchem. Rozpuszczone czarne włosy spadają mi na twarz. Kontrastują z śnieżnobiałą sukienką, którą mam na sobie.
Idę kilka minut, a otoczenie się nie zmienia. Mam wrażenie, że to te same drzewa. Ślady znikają tak szybko jak się pojawiają. Przełykam ślinę.
Jest mi piekielnie gorąco, po twarzy ścieka mi pot. Mimo iż ciała niebieskie należą do nocy, błękit nieba przypomina o środku dnia. Dopiero teraz zaczynam się niepokoić co dalej.
Jestem praktycznie pewna, że stoję w miejscu. Kiedy praktycznie opadam z sił, zmęczona wielogodzinnym marszem, słyszę chlupot wody. Rzucam spojrzenie w górę. Te same gwiazdy, to samo położenie księżyca. Jednak pochodzę bliżej i moim oczom ukazuje się malutki strumyczek. Rozciąga się za nim dużo bardziej przejrzysty, liściasty las. Chcę przejść przez wodę i tam trafić. Jednak w ostatniej chwili coś zauważam.
Cofam gwałtownie dłoń. Słońce. Nad tamtym lasem góruje słońce.
Serca bije mi coraz mocniej. Nie wiem co się dzieje. Przechodzi mnie dreszcz i nachodzi przeczucie. To samo, które czułam na dachu z Tsunearim.
Obracam się bardzo powoli i powstrzymuję się by nie krzyknąć. Po niebie, prosto z księżyca rozciąga się czerwień. Powoli, spokojnymi smugami. Niczym krew. Gwiazdy zdają się blaknąc i mam wrażenie, że robi się coraz goręcej.
Dostrzegam również mężczyznę stojącego kilka metrów w głębi sosnowego lasu. Zauważam farbowane, kasztanowe włosy, przenikające błękitne spojrzenie oraz masę kolczyków.
- Yo Ito… - wymawiam jego imię. Chcę zrobić krok do tyłu, ale nie mogę drgnąć. Dlaczego przede mną stoi mężczyzna, którego zabiłam? Czy teraz zawsze będę go widywać w swojej podświadomości?
- Nie rób takiej miny. Nic ci nie zrobię. – rzuca z przekąsem. – Nawet gdybym chciał, to bym nie mógł.
Patrzę się na niego szeroko rozwartymi oczami. Podchodzi bliżej i nic nie mówi. Patrzy się na jaśniejszy las, rozciągający się za strumykiem. Rzucam mu nerwowe spojrzenie. Mimo iż do wysokich nie należy, jest ode mnie wyższy.
- Odwróć się sama i spójrz.
Wykonuję jego polecenie i krzyk zamiera mi na ustach.
Stało tam małżeństwo w oślepiająco białych ubraniu. Typowi Japończycy w średnim wieku.
Mai i Hiroshi Kanegawa.
Moi rodzice.
Krzyczę coś i wyciągam rękę przed siebie. Jednak nim sięgnie ona nad strumyk, nim Yo mnie odciągnie, zastygam.
Moja dłoń jest cała we krwi. Spływa nią, jakbym zanurzyła ją w jakimś zbiorniku. Robię kilka chwiejnych kroków do tyłu i podnoszę drugą rękę. Wyglądają tak samo.
Nie mam pojęcia co się dzieje. Podnoszę głowę i patrzę się na rodziców. W jednej chwili są jaśni i roześmiani. Potem leżą w ciemności, w kałuży krwi. Wizje migają mi przed oczami.
- Mamo! – oczy zachodzą mi łzami. – Tato!
- Nie usłyszą cię. Jesteśmy po drugiej stronie.
Osuwam się na kolana. Jaka strona?
Moja sukienka barwi się powoli na czerwono,  niczym nasze niebo. Jednak barwy nie przechodzą na drugą stronę strumyka. Jakby była tu niewidzialna bariera, której nie mogę przekroczyć. 
- Ale oni są tak blisko… - mówię drżącym głosem. Są na wyciągnięcie ręki. Nie mogę ich zostawić. Muszę iść do nich.
- Tak naprawdę są bardzo daleko. – prycha, pobrzękując przy tym kolczykami w wardze. – Ani ja, ani ty nigdy nie przekroczymy tej granicy.
Odwracam się z krzykiem na niego, z milionem pytań, z milionem wściekłości. Jednak on zniknął. Wracam do strumyka, jednak go też nie ma. Otacza mnie tylko sosnowy las, skąpany w czerwieni nieba.
Osuwam się znowu na kolana. Sukienka jest w całości czerwona, a krew na dłoniach cały czas wygląda na świeżą. Oddycham ciężko.
Po chwili gwiazdy spadają z nieba.
***
Otwieram gwałtownie oczy. Dyszę, a serce wali mi jak szalone. Podrywam się do pozycji półleżącej, rozglądając się wokół. W sypialni pali się światło, które na pewno nie było zapalone nim zasnęłam.
Dopiero po chwili dostrzegam postać siedzącą na skraju łóżka. Niska, drobna dziewczyna, w przepoconym i ubłoconym ubraniu. Ma zmęczone zatroskane, szarozielone oczy i ciemnoczekoladowe włosy, nadal związane w niedbałego warkocza. Jest zaskoczona moją nagłą pobudką i wciąż trzyma wyciągnięta rękę w moją stronę, jakby chciała mnie obudzić.
- Ayako… - mówię tylko. Jestem całkowicie zdezorientowana. Skąd ona się tu wzięła? No tak. Nie zamknęłam drzwi.
- I… Ichigo… - wykrztusza z siebie, po czym oblewa się rumieńcem. – Przepraszam! Przed chwilą wróciłam, no i powiedzieli mi, że… - zaczyna się tłumaczyć. Śmieje się i gestykuluje rękoma. Obserwuję ją tylko z początku, potem napływają sceny ze snu. Podpieram głowę dłonią.
Yo Ito i ja po jednej stronie. Moi rodzicie po drugiej. Iglasty las i liściasty las. Straszny i bezpieczny. Ciemny i jasny.
Doskonale wiem, że to tylko symbolika. Mój umysł jasno daje mi do zrozumienia, po jakiej stronie teraz stoję. Jakiej granicy nie mogę przekroczyć. Jasność i ciemność. Niebo i Piekło.
Ukrywam twarz w dłoniach. Nie mogę uspokoić oddechu i dalej dostaję palpitacji serca. Moi rodzice. Od ich śmierci nie widziałam ich żadnego zdjęcia, nawet mi się nie śnili. Jedynie wspomniałam o nich, kiedy myślałam o… zemście. Zemście za nich.
- … Ale wiesz, Ichigo, bardzo dobrze wyglądasz! Sądziłam, że będzie z tobą… - Ayako nadal ciągnie swój wywód, ale w pewnym momencie urywa. – Ichigo? – wymawia cicho moje imię.
Siedzę i wpatruję się w jakiś odległy, niewidoczny punkt. Po moich policzkach ściekają łzy, a dolna warga mi drży. Jednak na tym kończą się zewnętrzne oznaki. Nie wydaję z siebie żadnych odgłosów łkania, nie drżą mi ramiona. Nic. Po prostu siedzę.
- Ichigo! – Ayako wydaje z siebie cichy okrzyk. Zakrywa na moment usta dłonią, o oczy zachodzą łzami. Mimo to, od razu zaciska zęby i uśmiecha się. Podchodzi do mnie, siada obok i najzwyczajniej  mnie obejmuje. Odwzajemniam uścisk i wtulam się w przyjaciółkę.
Żadna z nas nic nie mówi. Po prostu siedzimy przytulone, z moich oczu ciekną ciurkiem łzy, a Ayako mnie delikatnie kołysze.
Mai i Hiroshi Kanegawa. Moi najdrożsi rodzice. To za nich chcę się zemścić. Tylko tyle. Muszę sprawić by były martwe 4 osoby – zabójcy i zleceniodawca. Ta myśl prześladowała mnie od chwili gdy wyciągnęłam miecz. Ale zapomniałam o najważniejszym. O tym dlaczego chce się mścić.
Kołyszemy się w ciszy. Mimo iż nie odstawiam histerii, emocje rozrywają mnie od środka. Nie umiem ich okazać, więc tłamszą się w środku. Strata. Złość. Strach. Przerażenie. Histeria. Panika. Zupełnie nie wiem co mam robić. Wszystko to miesza się w środku, powodując głęboki, wewnętrzny ból, który zamieniłabym za wszystko na zewnętrzny.
W końcu biorę głęboki oddech i odsuwam się od Ayako. By dokonać zemsty muszę być silniejsza. Chwila słabości właśnie się kończy. Zaciskam dłonie w pięści, aż bieleją mi knykcie. Biorę kolejny głęboki wdech i liczę do 10.
Dziesięć. Dziewięć. Osiem.
Uspokój się.
Siedem. Sześc. Pięć.
Bądź silna.
Cztery. Trzy.
Dasz radę.
Dwa.
Dam radę.
Jeden.
Ścieram pewnym ruchem łzy z policzków i patrzę się Ayako w oczy. Kiwamy w milczeniu głowami. Siedzimy kilkanaście centymetrów od siebie. W końcu dziewczyna zakłada ręce na kark i opada na łóżko. Klepie miejsce obok siebie, więc też się kładę.
- Mogę ci opowiedzieć pewną historię, Ichigo? – zaczyna cicho. Kiwam tylko głową, a ona poprawia swoją pozycję i zamyka oczy.
- Była sobie kiedyś pewna dziewczynka. Kiedy miała 10 lat mieszkała wraz z rodzicami i rodzeństwem w małym mieszkanku w Itabashi. Była najstarsza z 5 rodzeństwa. Miała 4 braci – 8-letniego Akiego, 7-letniego Hiro, 6-letniego Masu i Midę – oraz jedną siostrę – 5-letnią Fumi. Jej rodzice nie byli ułożonymi ludźmi, jednak starali się. Ojciec często pił, choć mimo to nie stał się alkoholikiem. Mama była ciężko chora i często traciła pracę. Więc zawsze brakowało pieniędzy. Rodzina zaczęła popadać w długi, a wtajemniczona w problemy została ona sama, jako najstarsza. ‘’Nie mów rodzeństwu.’’ ‘’Bądź silna’’ i takie tam. Dziewczynka przytakiwała i dalej się uśmiechała. Minął kolejny rok. I kolejny. I wydawało się, że wszystko się układa jednak do domu zawitał komornik. Dług okazał się kilkusettysięczny. Dziewczynka rozumiała grozę sytuacji. Jeśli nie zaczną tego spłacać rodzice mogą pójść do więzienia, a oni sami trafią do domu dziecka. Dlatego postanowiła ochronić swoją rodzinę. Jako iż była najstarsza. Poświęciła swoje dzieciństwo, a nawet przyszłość by ich uratować. Byleby tylko mogli zostać razem. A na imię jej było…
- Ayako… - kończę. Wzdycham głęboko i przepraszam w głębi duszy, że posądziłam ją o materializm.
- Wybacz, że mówię ci to kiedy twoja psychika nie jest w najlepszej kondycji, ale boję się, że nie zdobyłabym się na to później. – mówi.
- Dziękuję.
- Nie masz za co. W końcu tak robią przyjaciele, prawda?
- Tak… Prawda. – przytakuję i uśmiecham się blado. – Wiesz, Ayako… Pojechałabyś ze mną jutro w jedno miejsce? 

22 marca 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa truskawka ~ Rozdział 6 ~ Haker

Rozdział 6 
Haker
Wzięłam kilka kanapek na tacę i rozglądnęłam się po jadalni. 
Ogólnie pomieszczenie znajdowało się na samym parterze największego budynku naszego ‘kompleksu’ jeśli można to tak nazwać. Sala pomieściłaby spokojnie ze 100 osób jednak podczas pór śniadań i obiadów znajduje się tu średnio 30. Większość ludzi
 wychodzi jeść na miasto, a ci z większymi mieszkaniami sami skombinowali sobie kuchnię. Tutaj zazwyczaj starsze osoby ogarniają śniadania lub jeżdżą odpowiednio wcześniej po restauracjach czy barach. 
Cała organizacja mieści się i nawet mieszka w tym kompleksie budynków. Znajdujemy się na obrzeżach i jeszcze w miarę podniszczonych z zewnątrz budynkach starej firmy. Nikt się tym nie interesuje, a przynajmniej Fumiya pilnuje by nikt się nie zainteresował. Wiele pomieszczeń zostało zmienionych albo całkowicie przebudowanych na rzecz członków. Nikt nie musi się martwić o dach nad głową, ani nawet o miejsce. Jest to bardzo wygodne, choć z pozoru przypomina mi to wojsko. Tylko, że jest luźniej. 
Na sali udało mi się ujrzeć ostatnią osobę, z którą chciałabym pogadać. Mimo wszystko skierowałam się w stronę czarnowłosego chłopaka, który grzebał sennie widelcem w jajecznicy. 
- Dobry… - ziewnął, nawet nie spojrzawszy na mnie, a odzywając się jedynie z przyzwyczajenia. 
- Hej – siadam i zaczynam jeść kanapkę z szynką. 
W jadalni jest piekielnie cicho. Słyszę jak ktoś przeżuwa jedzenie przy sąsiednim stoliku. Może powinnam wykluczyć bardzo wczesną godzinę, bo mam zamiar zaraz iść na trening, ale nigdy nie było tak cicho. 
Przechodzą mnie dreszcze. Czyżby instynkt dobrze mi podpowiadał? Szybko kończę kanapki i zajmuję się herbatą byleby tylko pójść trenować i nie zaprzątać sobie głowy błahostkami. Jednak napój okazuje się wrzątkiem. 
- Dziwnie cicho, co nie? – zagaduje niespodziewanie Tokaji. Patrzę się na niego podejrzliwie, oczekując jakiejś docinki. Jednak on czeka na moją odpowiedź. Nowość.
- Jak nigdy – przytakuję. 
- Widziałaś dzisiaj Ryutaro? Podobno mamy kogoś ciężko rannego…
- Kogo? – dopytuję zaciekawiając się. Jeszcze nigdy nie prowadziłam z nim normalnej konwersacji. 
- Jakiegoś typka. – wzrusza ramionami. Cofam to. To nadal ten sam ignorant co zawsze. – Ale to jest niepokojące. 
- A dokładniej co? – nadal się dopytuję. Jeśli ma zamiar mówić okrężnie to coś mu zrobię. – Mów jaśniej, Tokaji. 
- Bo najpierw ty, potem Kosei, teraz ten typu… Wszyscy są atakowani przez Fubuki… - mówi z wielkim wysiłkiem. Jego plan dręczenia mnie informacjami spalił na panewce. 
- Fubuki? A oni to przypadkiem nie mają trochę za daleko? 
- No właśnie, geniuszu… Chodzi o to, że wyraźnie zachodzą nam za skórę, a Sotomura walczy ze sobą by nie posłać na nich połowy naszych ludzi. Dzieje się coś niedobrego. – Tokaji opuszcza głowę na stół. W tym tempie wystygnie mu jajecznica. – Tsuneari, do jasnej cholery, czemu twoje przeczucia zawsze się sprawdzają!? 
Patrzę się na niego przez moment, po czym stwierdzam, że go zignoruję. Dopijam herbatę i wstaję, by odnieść kubek. Tokaji jednak łapie mnie za nadgarstek. 
- Pilnuj się, nowa – warczy do mnie i puszcza moją rękę. Wraca do ospałego jedzenia jajecznicy. Warczę do niego w odpowiedzi jakieś wyzwisko i wychodzę raźnym krokiem. O co mu chodziło? Mogłam mu napluć do tej jajecznicy. 
Na sali treningowej czeka na mnie kolejna niepokojąca rzecz. Nigdzie nie widać Anzai-sensei. Zawsze siedzi tu od świtu, a wychodzi dopiero koło 10. Ayako zawsze śmieje się, że mogłaby tu zamieszkać. Rzucam okiem na tarczę zegara. Dochodzi 7 rano. Jak na nią, to dziwne spóźniać się o takiej godzinie. 
Wychodzę z pomieszczenia i rozglądam się za kimś kogo mogłabym zapytać co się dzieje. Już w powietrzu wyczuwam kłopoty. Serce bije mi niespokojnie, choć nie ma ku temu żadnego, logicznego powodu. Tłumaczę sobie, że to tylko paranoja Tsuneariego. Tylko. 
Po korytarzu szybkim krokiem idzie Hiroki. Jako księgowy, zawsze ma masę papierów przy sobie, jednak teraz stos kartek wyraźnie góruje nad jego głową. Z odległości kilku metrów, słyszę gamę słów, których dziewczyna nie powinna używać. Widać, że jest w niehumorze, ale ciekawość bierze nade mną górę.  
- Em… Nishio-san? – rzucam niepewnie. Mężczyzna przystaje i usiłuje wychylić głowę. Papiery niebezpiecznie się przechylają, a ja słyszę głośnie przekleństwo. – Może pomóc? 
- A to ty, Kanegawa – mówi z obojętnością. Jednak kiedy biorę od niego praktycznie połowę, uśmiecha się z wdzięcznością. – Jak mi to doniesiesz do Głównego Biura, to będę twoim dłużnikiem – rzuca ze śmiechem. 
Uśmiecham się w odpowiedzi i schodzę po schodach. Zagajam go o obecną sytuację.
- Szczerze… To nie wiem – westchnął. Jego dłuższe blond włosy opadły mu na twarz, przysłaniając bliznę. – Mikuru-san wywaliła mnie, mówiąc coś o papierach. – znowu wzdycha. 
Główne Biuro znajduje się kilka drzwi obok Sejmu. Wszyscy potocznie nazywają tak salę zebrań. Słyszę jakieś rozmowy. Musi trwać jakaś zażarta dyskusja. Przebiega po mnie dreszcz. Czyżby jednak paranoja Tsuneariego była słuszna? 
- Nishio-san… Ktoś podobno został ranny… - zagajam, gdy już wychodzimy z pokoju. Wszędzie walają się kartoteki podpisane imionami. Najstarsze jak np. Omitsu czy Fumuyi pękają w szwach, rozwalone. 
- A, faktycznie! – Hiroki w geście zastanowienia, gładzi się po swoim jasnym zaroście. Blizna, kilkudniowy zarost, dłuższe blond włosy. Wszystko to sprawia, że wygląda na 35 a nie 25 lat. – Seizo Suzuki. 
Przemyka mi obraz sympatycznego 20-latka. Seizo ma kręcone, czarne włosy okalające całą rumianą twarz. Ma przeszywające, bursztynowe oczy. Są o kilka odcieni żywsze od piwnych oczu Meiji’ego. Czuję ukłucie poniżej żeber. 
- Będzie z nim dobrze? – rzucam zduszonym głosem. Podczas mojego miesięcznego już pobytu tutaj nikt nie doszedł, nikt nie odszedł. Powoli dociera do mnie miejsce w którym się znajduję. Przez ludzi mnie otaczających zapominam o tym. 
- Raczej tak, choć nieźle oberwał. – mruczy w odpowiedzi. Zauważa mój wzrok i przejeżdża ręką po włosach. – Ale spokojnie. Ryutaro jest świetny. Bywało gorzej. – Klepie mnie po ramieniu i idzie w swoją stronę. Patrzę się za nim jeszcze chwilę po czym kieruję wzrok na drzwi od Sejmu. Nadal słychać podniesione głosy. Wzruszam ramionami i podchodzę bliżej. I tak miałam się spytać gdzie podziewa się moja patronka. 
Kiedy miałam już zapukać, rozpoznałam jeden z głosów. 
- To nie zmienia faktu, że zdurniałeś!
Tsuneari. 
- Tsu, słuchaj. To  była kwestia czasu i doskonale zdawałeś sobie z tego sprawę… - odzywa się Fumiya, ale chłopak mu przerywa. 
- Z czego niby? Wiesz po ilu latach mnie wypuściłeś na pierwszą misję!? – Tsuneari jest wyraźnie wściekły. Zawsze odnosił się z bardzo dużym szacunkiem do szefa, lecz teraz po poważaniu nie ma śladu.
- Młody, spokojnie – słyszę głos Mako. Czemu ona jest tu, a nie na sali treningowej? Jej głos jak zwykle jest wyprany z emocji. 
- Właśnie Tsu… Trochę wiary… - mruczy zmęczonym głosem Omitsu. 
- Wiary? Jesteśmy o krok od wojny z…! – zaczyna krzyczeć, ale Mikuru mu przerywa cicho. Nie rozpoznaję słów jakie wypowiada, być może zbyt zdruzgotana słowem ‘wojna’. Słyszę kroki i szybko odskakuję od drzwi. Po chwili otwierają się na oścież. Wychodzi chłopak i nim trzaśnie nimi, rzuca na mnie pobieżne spojrzenie. Zamach na drzwi traci impet i tylko nieznacznie się przymykają. 
- Ichigo? – wymawia moje imię, wyraźnie zdziwiony moją obecnością. 
- O co…? – zaczynam, ale we framudze pojawia się Omitsu. 
- O, Ichigo. Dobrze, że jesteś. Chodź na moment. – macha w moją stronę ręką i odwraca się. Nim wchodzę do pokoju rzucam Tsuneariemu pytające spojrzenie. Odprowadza mnie jednak niepewnym wzrokiem z domieszką niepokoju. 
***
Sięgam do szafki drżącą ręką. Zakładam jakąś koszulę w kratę i granatowe jeansy. Na nogach mam wygodne buty do biegania. Wiążę włosy w wysokiego kucyka, by nic mi nie przeszkadzało. 
Podchodzę do łóżka i kucam. Sięgam ręką głęboko pod nie i czekam aż moje palce natrafią na jakiś materiał. Przełykam głośno ślinę, kiedy czuję twardą pochwę z mieczem. Podnoszę się i spoglądam na broń. Rzucam przelotne spojrzenie w lustro, prosto w swoje oczy, usiłując coś z nich wyczytać. Zaciskam tylko dłoń w pięść i przerzucam miecz przez ramię. 
Wychodzę. 
Przed budynkiem czeka na mnie Mako. Rzuca mi przelotne spojrzenie. 
- Gotowa?
- Ani trochę. – odpowiadam od razu, zgodnie z prawdą. Mako wali mnie delikatnie w głowę, w jakiś dziwny sposób dodając mi otuchy. 
- To dobrze. – stwierdza tylko. – Z nikim się nie żegnaj. – dorzuca jeszcze, a widząc moje pytające spojrzenie, wzdycha. – Taki mamy przesąd. Jeśli się pożegnasz przed misją, to tak jakbyś szła na misję samobójczą. Jakby to inaczej… Nieładnie odchodzić bez słów pożegnalnych, że to tak ujmę. 
Krzywię się, choć tak naprawdę uważam to za śmieszne. No i może po troszku sentymentalne. Ale tylko troszku. 
Ruszamy spokojnym truchtem w stronę stacji metra. Mamy niezły kawałek drogi, ale ruch pozwala mi o tym nie myśleć. Nigdzie mi się nie śpieszy. 
Kiedy jedziemy metrem, wbijam wzrok w sufit. Rozmyślam o wszystkim. Sotomura z przekąsem oznajmił mi o misji. Odaka-san nie był zbyt zaskoczony, tak samo Uetake-san. Jedynie Omitsu wyglądała na zrezygnowaną. 
Yo Ito. Haker, zwinął paru osobom majątek całego życia. Wszystkie, nie mogąc pogodzić się z utraceniem wszystkiego, odebrały sobie życie. W większości przypadków byli to młodzi studenci, ciężko pracujący na życie.  Uniewinniony przez sąd. Zlecenie od kilku rodziców zmarłych. Kwota: 18000 jenów (ok. 5800zł)
Metro gwałtownie hamuje. Lekko spadam w bok i patrzę się orientacyjnie po otoczeniu. Nic. Po prostu przystanek. 
- Mogłabym cię o coś spytać? – rzuca spokojnie Mako. Kiwam twierdząco głową.  – Dlaczego tu wstąpiłaś? Podobno miałaś wybór…
Milczę. Opowiadałam pobieżnie Mako jak się tu znalazłam ale nigdy nie wspominałam o motywach. No właśnie. Dlaczego tu jestem? W ogóle dlaczego nie pomyślałam nad konsekwencjami mojego wyboru? Czy zgodziłam się pod wpływem zdezorientowania? 
Nadal milczę, a Mako wzdycha. Chyba żałuje, że zadała mi to pytanie. Nie rozmawiamy aż do ostatniego przystanku. Łatwo znikamy wśród tłumu ludzi. Dochodzi już 9, więc miasto ożywa. Kiedy jednak widzę tabliczkę z nazwą dzielnicy, mam ochotę się cofnąć.
Shinjuku.
- Co się stało, Ichigo? – rzuca Mako przez ramię. Patrzę się na nią, nie rozumiejąc jej zdziwienia. 
- Przecież to tutaj jest… - zaczynam lekko zduszonym głosem ale kobieta zwinnym ruchem przytyka palec do ust, nakazując milczenie. Od razu milknę, zdając sobie z tego sprawę. Shinjuku. Dzielnica Hariken. 
- Doskonale wiem. Szybko, znikajmy stąd. Im szybciej go znajdziemy tym lepiej dla nas. Może nie będzie z tego dramy. 
Wychodzimy z dworca i ruszamy przed siebie. Mako sprawdza coś w swoim telefonie. Rozmawiamy o najzwyklejszych rzeczach. 
- Dobrze. No to chodźmy do tego sklepu! – rzuca do mnie ze śmiechem. Reaguję entuzjastycznie. Od razu wiem, że śmiejąca się Mako to znak tylko jednej rzeczy – śledzą nas. – Skręcamy w następną uliczkę. Potem od razu biegiem za mną. – Dodaje bardzo cicho. Ledwo rozumiem słowa, a ona nawet nie obróciła głowy w moim kierunku. 
Robię wszystko dokładnie według instrukcji. Spokojnie skręcamy w lewo, a kiedy znikamy z pola widzenia, zrywamy się w nagłym sprincie. Mako biegnie przede mną i od razu skręca w prawo. Słyszę w oddali jakiś okrzyk. 
- Cholera. – dociera do mnie przekleństwo Mako. 
- To z Hariken? – sapię. Moja patronka kiwa tylko głową. – zawsze tak jest jak macie zlecenie na czyimś okręgu? 
- Nie. – skręcamy gwałtownie w prawo. Ulica jest prawie nieoświetlona. Stoi tu może z dwóch facetów. Jestem ciekawa skąd ona tak dobrze zna tą okolicę. – Zazwyczaj się nie wpieprzamy  do roboty innych, chyba że oni mają kogoś zabić, a my obronić. 
- Więc dlaczego…
- Rozpoznali mnie. – dodaje tylko. Patrzę się na jej umięśnione plecy. Ma rozpuszczone, długie rude włosy. Nie dziwię się, że jest rozpoznawalna. Tylko ciekawe z jakiego powodu. 
Mako sięga po telefon i w biegu wyszukuje czyjś numer. Mam wrażenie, że cały czas przyśpieszamy, ale na razie dotrzymuję jej tempa. Trenowanie koszykówki wyrobiło mi dobrą kondycję. 
- Sotomura? Namierzyłeś go w końcu? – sapie do telefonu. Czyli to z nim tak pisała przez cały czas. – Pod koniec tej ulicy i za prawym rogiem. I charakterystycznie wygląda? Ok. Jakby co to mam towarzystwo. Tak. 
Rozłącza się i pozwala mi dobiec do niej. Mówi, że odciągnie lub przystopuje nasz ogon, a ja pobiegnę załatwić gościa. Mam zamiar zaprotestować, ale kobieta tylko mnie zatrzymuje. Kładzie mi obie dłonie na ramionach i mówi:
- Dam radę. Ty dasz radę. Obie damy radę.  
Po chwili rozlega się krzyk i metr od mojej głowy przelatuje sztylet. Widzę trzy postacie kilkadziesiąt metrów przed nami. Sami faceci. Mako napina mięśnie i trzyma z gracją swój jednoręczny miecz. Kieruje złowieszczy wzrok na przeciwników. Oni ruszają w naszym kierunku. 
Czuję adrenalinę. Nie rozróżniam słów jakie kieruje do mnie Mako i chwytam miecz. Ruszam we wskazanym kierunku. Kiedy skręcam widzę niewysokiego chłopaka. Włosy ma pofarbowane na kasztanowy odcień, kolczyki w wardze i nosie pobłyskują. Jest może w wieku Anzai. Rzuca mi kpiące spojrzenie.
- Yo Ito? – rzucam. Mój głos drży, choć to już nie z adrenaliny, tylko ze strachu. Śmieje się w odpowiedzi. Choć budynki rzucają cień, a lampy się nie palą, wyraźnie widzę jego niebieskie oczy. Są pewne szyderczości. I zero skruchy. Serce wali mi jak oszalałe.
- Słucham, szmato. Czego? – wypluwa z siebie słowa. Adrenalina znowu uderza mi do głowy, tym razem z większą siłą. Strach powoli znika. To tylko zwykły śmieć. Ogarnia mnie do niego odraza. Sięgam ręką za głowę, jakbym robiła to zawsze. Patrzy się na mnie jak na idiotkę, ale kiedy stal błyska w ciemności, dostrzegam zdziwienie na jego twarzy. Tnę wprawnie powietrze mieczem i rzucam mu najgroźniejsze spojrzenie na jakie mnie teraz stać. Nie wychodzi mi to, ale facet krzyczy coś i zaczyna uciekać. Nim o czymkolwiek pomyślę, ruszam w jego stronę. 
Nie wiem co mam zrobić. Dobiegam do niego nieubłaganie szybko. Będąc wystarczająco blisko, zauważam, że potyka się. Wyprzedzam go lekko i bezceremonialnie podstawiam mu haka. Pada jak długi i nim spróbuje się podnieść, przewracam go na plecy. Przydeptuję go. 
I co teraz? Adrenalina powoli mnie opuszcza. 
Chłopak spluwa i zaczyna się histerycznie śmiać. W jakiś sposób jego panika mnie uspokaja.
- I kto cię nasłał, co? Rodzice tych skurwysynów? Szkoda, że oni też nie popełnili samobójstwa! Hahahahah! – śmieje się, ale ja go tylko obserwuję. W jego głosie, choć nie zachwianym, słychać strach. – No co się gapisz szmato!? Wszyscy jesteście tacy sami! I co myślisz, suko!? Że wyznaczasz sprawiedliwość!? Zdzira! Dziw… - przerywa monolog. Patrzy się na mnie pusto, a z ust cieknie mu strużka krwi. Miecz ma wbity prosto w serce. 
Kręcę kółka mieczem, choć mężczyzna już jest martwy. Adrenalina powoli mnie opuszcza. Wyciągam zamaszyście broń i odwracam się. O niczym nie myślę. Ruszam spokojnie przed siebie. Miecz mam opuszczony i sunę nim ze zgrzytem po ziemi. Po kilku krokach osuwam się na ziemię i chowam twarz w dłoniach. 
Zrobiłam to. 
Zabiłam człowieka z premedytacją. Bez żadnego motywu.
Zrobiłam to.
***
Mężczyzna spokojnie krążył po dachu obserwując raz Yo, a raz walczącą rudowłosą. Nikt nie był wstanie wyczytać z jego twarzy co myśli. Był ubrany w skórę i wyglądał jak typowy motocyklista. Za nim stało około 5 mężczyzn i jedna kobieta. 
Rzucił okiem na walczących podwładnych. Nikt jeszcze nie zginął, choć mężczyźni radzili sobie coraz gorzej. Nawet z przewagą liczebną, ruda wyraźnie prowadziła. 
- Takeda-sama… - odezwał się jeden z nich. – Straciliśmy właśnie klienta… Czy teraz ruszamy na dziewczynę? 
- Nie… - mężczyzna uśmiecha się szyderczo. – Odwołaj tamtych. Wracamy do szefa. – widząc pytające spojrzenia grupy, śmieje się. – Coś czuję, że robi się coraz ciekawiej. 11-letnia chwała Kaminari jest już policzona. Bez Araty na czele nie mają szans. 
Grupa najpierw prycha niepewnie, po czym zaczyna się śmiać złowieszczo, nie mogąc doczekać się nadchodzącej bitwy. 

- Wybacz, bracie, ale twoje Kaminari jest skończone. – rzuca jeszcze cicho w stronę zdezorientowanej rudowłosej. Kobieta rozgląda się po otoczeniu, nie rozumiejąc dlaczego młodzi zrezygnowali. Kieruje swój wzrok wyżej, ale Takedy Serizawy już tam nie ma. 
________________________________________________________________________________

W końcu jest kolejny rozdział. Wybaczcie, ale musiałam zebrać się by dobrze opisać scenę ataku na Yo. No i musiałam go wymyślić. Na czym polega konflikt z potężnym Harikenem. Jakie związki posiada Mako. I kim tak naprawdę jest brat Araty? Kim był sam Arata? 
Do zobaczenia <3