Rozdział 8
Nadciągający huragan
Padał deszcz. Choć to trochę słabe określenie. Lało
jak z cebra. Na nierównej kostce powstawały kałuże. Zwierzęta zmierzały ku
swoim kryjówkom. Jedynie ja i Ayako zostałyśmy, niewzruszone pogodą. Miałyśmy
nieprzemakalne kurtki, więc nie musiałyśmy się śpieszyć.
W oddali rozbłysnęła błyskawica. Podniosłyśmy głowy,
kierując wzrok w stronę światła. Ponure, ciemne otoczenie na chwilę się
rozświetliło. Oprócz nas nie było tu nikogo innego. Wysokie, strzeliste drzewa,
kamienne nagrobki i wszechogarniająca cisza. Po kilku sekundach usłyszałyśmy
grzmot.
- Burza jest coraz bliżej. – stwierdza Ayako,
naciągając bardziej kaptur. Stara się ochronić swojego długiego warkocza, który
i tak jest już przemoczony do suchej nitki. Jednak stoi kilka metrów za mną i
nie narzeka.
- Jeszcze jedna modlitwa. – mówię cicho i opuszczam
głowę, zamykając oczy. Kaptur zsunął mi się już jakiś czas temu, ale go nie
poprawiam. Moje czarne włosy oblepiają mi twarz.
Dochodzi 6 rano, ale praktycznie nic nie widać.
Zrywa się silniejszy wiatr, zdmuchując mokre włosy, odsłaniając tym samym mój
beznamiętny wyraz twarzy. Zamiast ocieplać się, robi się jakby chłodniej. Ayako
kicha.
- Brrr… - trzęsie się, rozcierając sobie ręce. – Jak
ja nie cierpię listopada.
Nie reaguję, w myślach prowadząc jednostronną
konwersację z rodzicami.
Cmentarz główny w Setagayi. Grób rodziny Kanegawy.
I niech zawsze
przyświeca wam światło. Amen.
Podnoszę się z klęczków. Przy takiej pogodzie nie ma
mowy o zapalaniu świec czy zniczy. Wzdycham głęboko. Przyjaciółka nadal mnie
nie pogania.
Rozmyślam o mojej rodzinie. Rodzice mojej mamy
zmarli kiedy byłam malutka, a od strony taty odeszli dużo wcześniej. Nie miałam
też żadnych wujków czy ciotek, może oprócz młodszej siostry taty, która siedzi
za granicą. Nawet nie mam kogoś kto by mnie szukał. Policja da sobie za
niedługo spokój.
- Możemy iść. – mówię i ruszam ku bramie. Naciągam
przy okazji kaptur.
- Świetna pogoda na odwiedziny – rzuca z przekąsem
Ayako. Równa krok z moim, ale nic nie dodaje na temat długości mojej modlitwy.
– Szkoda, że mieszkałaś tak daleko. Od naszego okręgu to kawał drogi.
Wzruszam ramionami. Ostatnio nie mogę zebrać się na
jakiś bardziej entuzjastyczny gest.
- Dziękuję, Ayako – mówię tylko, zbywając temat
starego życia. – I przepraszam. – dodaję po chwili.
Dziewczyna śmieje się i kręci tylko głową.
- Daj spokój. Nigdy nie byłam w Setagayi. Zawsze to
jakaś wycieczka. Choć nie sądziłam, że akurat oto ci chodziło.
Idziemy dalej w milczeniu. Światła uliczne powoli
gasną. Wybiła 6, choć przez deszczowe chmury jest tak ciemno, że nic nie widać.
Kierujemy się na stację. Dostałyśmy kilka godzin, ale nie chcę być w tym
miejscu dłużej niż muszę. Kiedy wchodzimy do środka, niebo przecina błyskawica,
w tym samym momencie co rozlega się grzmot.
- Burza dotarła. – zauważa Ayako. Nie odpowiadam
tylko kieruję się w stronę kas. Stawiam wszystko ze swoich pieniędzy, po części
dlatego, że to był mój pomysł. I choć dziewczyna protestowała to w końcu
odpuściła. Po opowiedzeniu swojej historii, musi mi dać czas by jej wszystkiego
nie stawiać.
Kasjer coś mówi na temat pociągów i burzy, ale
zaczynam się tym interesować na słowo ‘odwołane’. Robię wielkie oczy i wypytuję
się dokładniej.
Jakikolwiek
pociąg do Senkawy. Nawet nie musi być do Toshimy. Najszybciej to o 11. I tego też
mogą odwołać. Najpewniejszy jest o 18.
Opadam zrezygnowana na ławkę obok przyjaciółki. Nie
dość, że to wszystko przysparza tylu wspomnień to utknęłyśmy tu do co najmniej
18. Świetnie. Po prostu świetnie. Ayako od razu odgaduje o co chodzi i klepie
mnie po ramieniu. Mówi coś pocieszającego, ale jej nie słucham.
- Znasz tutejsze okolice, co nie? Robię się głodna.
***
Siedzimy w ładnej kawiarence parę kilometrów od
stacji. Lepszego miejsca nie mogłam sobie przypomnieć. Jasne, przytulne
miejsce. Z dala od mojego starego domu i szkoły. Chociaż pracuje tu kelnerka,
którą kojarzę. Jednak kobieta najpierw obrzuca mnie bacznym wzrokiem, po czym
wzrusza ramionami, nic nie podejrzewając. Czy aż tak się zmieniłam?
Zjadamy kanapki, crossainty, pączki, kilka kawałków
ciasta, a wszystko popijamy kawą. Jedzenie jest przepyszne, więc śniadanie
zajmuje nam już godzinę. Dochodzi 8, a na ulicach pojawiają się dzieciaki w
mundurkach. Dopiero wtedy dociera do mnie groza sytuacji. W kawiarence siedzą 2
dziewczyny w wieku gimnazjalnym, przemoczone i ubrane w spodnie moro i jakieś
czarne kurtki. W ogóle niepodejrzane.
Postanawiam jednak dokończyć śniadanie. Ayako jest w
niebo wzięta, bo wszystko stawiam. Jestem ciekawa jak często pozwala sobie na
takie przyjemności. Wyżywienie 7 osób, opłacenie rachunków, spłacenie długów i
hazardowych zapędów ojca nie jest łatwe. Nie ważne ile dostanie za wykonanie
roboty.
- Ciekawe co u Tsu… - zastanawia się dopijając kawę.
Czekam tylko na nią. Nie zdaje sobie sprawy z podejrzanych spojrzeń obsługi.
Jednak na imię chłopaka prostuję się.
- Nie mam zielonego pojęcia. – mruczę. – Gdzie on
teraz jest?
- Region Chugoku, prefektura Okayama. – recytuje
Ayako i wypija duszkiem resztkę kawy. Płacę za posiłek i szybkim krokiem
wychodzę z lokalu. Kieruję się do najbliższego, zacisznego parku. Nie będziemy
tam zwracać uwagi.
Siadamy na starej ławce w głębi parku. Zakładam ręce
za głowę. Ayako przypomniała mi o Tsunearim. No właśnie.
Widziałam go ostatnim razem kiedy wypadł z Sejmu
wściekły, a odprowadził mnie zaniepokojonym wzrokiem, bez słowa. Kiedy wróciłam
Sotomura-san oznajmił, że chłopak wyruszył na misję do innego regionu. I że
może wrócić po kilku miesiącach. Genialne. Jest teraz jakieś 700 km od nas i
nie ma z nim normalnego kontaktu. Jedynie otrzymujemy powiadomienia od
dowództwa, że się odezwał. Łaskawie, po miesiącu.
Ayako dzwoni do szefa i przedstawia sytuację. Pyta
też o jakąś misję, ale obie wiemy, że to daleko i pewnie nic nie będzie.
Patrzymy się po sobie zdziwione, kiedy otrzymujemy
pozytywną odpowiedź. Stare zlecenie, nadal aktualne, o rozbiciu szajki dilerów.
Fumiya podaje dokładne dane, a ja czuję coś w sercu. Ciche, niepokojące
przeczucie. Zapowiedź czegoś niedobrego. Dziewczyna kończy rozmowę , patrząc
się na mnie wyczekująco. No tak. Nie zna tutejszej okolicy. Odpędzam czarne
myśli, tłumacząc to wszystko tym, że nie chcę uwierzyć, że w mojej okolicy byli
dilerzy. Na pewno.
***
- Jesteś pewna, że to tutaj? – Ayako nie jest
przekonana.
- Na stówę. – potwierdzam i ściągam pokrowiec na
rakietę z ramienia. Oczywiście to tylko marna przykrywka, ale nikt się nie
czepia. Dziewczyna rzuca jeszcze niepewne spojrzenie w stronę budynku i zaczyna
składać swój łuk.
Znajdujemy się w tej ‘gorszej’ części miasta. Przed nami
stoi stary budynek drukarni, która jak się okazuje jest bazą szajki dilerów.
Kilka wybitych okien, drzwi dyndające w zawiasach, bluszcz pnący się po
odrapanych ścianach. Jakże oryginalnie.
- Ilu ich miało być? – pyta Ayako, przesznurowując
swoje trapery.
- Czterech. 1 Japończyk w średnim wieku, 2 studentów
z Rosji i jakiś szwab.
- A ile za nich dostaniemy? – rzuca jeszcze,
naciągając się. Uspokoiła się i zachowuje się dużo ciszej. Pytając o kasę,
lekko się krzywi.
- 20 000 dolców. To od jakiegoś Amerykanina,
który… - zaczynam, ale Ayako macha ręką. Nie obchodzi ją historia. W sumie
10 000 dolców na łebka to niezła sumka. – Jeśli chodzi o plan, to ja tam
wbijam, a ty kryjesz mi plecy. Jak będzie okazja to zdejmujesz ich z łuku,
jasne?
- Jak słońce – przytakuje i obie ruszamy w stronę
budynku.
Przystajemy przed wejściem i nasłuchujemy. Prowadzą
rozmowę po angielsku. Słychać wyraźne akcenty. Rzucamy sobie spojrzenie i
kiwamy powoli głową. Dziewczyna od razu doskakuje ściany, szukając wystających
cegieł. Czekam aż skończy się wspinać. Idzie jej to nadzwyczaj szybko. Zaledwie
po kilku susach znajduje wybite okno i znika w środku.
Biorę głęboki wdech i wyciągam miecz. Rozglądam się
jeszcze po okolicy, a kiedy nie dostrzegam niczego niepokojącego, kopnięciem
otwieram drzwi. Wchodzę raźnie do środka, trzymając opuszczony miecz. W środku
jest ciemno, a odpowiadająca mi cisza informuje, że ludzie są gdzieś indziej.
Skupiam się. Słyszę głosy niedaleko, jakby po mojej prawej. Ruszam za głosami i
docieram do drzwi jakiegoś magazynu. 4 męskie głosy są głośniejsze i
wyraźniejsze.
Twardy akcent Niemca. Płynna wymowa Ruskich.
Nieskładne zdania Japończyka. To oni.
Biorę kolejny wdech, wyłączając jakiekolwiek myśli.
Misja.
Kopię w drzwi z całej siły. Otwierają się z hukiem
na oścież i uderzają o ścianę. Ludzie zrywają się z krzeseł i rzucają mi
zaskoczone spojrzenie. Słyszę jakieś nieznane mi słowa, jednak z brzmienia
wnioskuję, że to przekleństwa.
Wchodzę spokojnie do magazynu. Jest to ogromne,
kilkupiętrowe pomieszczenie. Z sufitu zwisają prostokątne lampy, z których
świeci praktycznie połowa. Wszędzie stoją okurzone pudła, a bliżej środka sali
stoją skrzynki wypełnione po brzegi zielskiem. Odrażające.
Zaskoczone spojrzenia powoli zmieniają się w pełne
zażenowania czy nawet politowania. No tak. Jestem jedynie 13-letnią
dziewczynką, stojącą naprzeciw 4 dorosłych facetów. Jeden z nich prostuje się i
odchrząkuje.
- Zgubiłaś się, mała? – pyta ironicznie, czystą
japońszczyzną. Czyli ten to Japończyk. Uśmiecha się szeroko z udawanym ciepłem.
Koleś, nikt się na to nie nabierze. Wodzę po magazynie beznamiętnym wzrokiem.
Mam wrażenie, że po wyższym piętrze ktoś przebiegł.
- Nie cackaj się z nią, Takamine. – rzuca jakiś
facet, tym razem po angielsku. – To tylko dziecko. – rechocze szwab, a do niego
dołączają Rosjanie. Rzucam w ich stronę spojrzenie. Cichną w jednej sekundzie,
a jeden nawet cofa się krok do tyłu. Moje oczy są całkowicie puste, bez
jakiejkolwiek oznaki emocji. Japończyk jednak zauważa coś oprócz mojego
beznamiętnego wzroku. Miecz.
- Oho! – marszczy brwi, przyglądając się mojej
broni. – A myślałem, że Igarashi Yasuaki mówił, że wyślą chłopa, a nie
dziewczynkę.
O kim on mówi?
Nie wiem o co mu chodzi, ale moja twarz ani drgnie.
Obserwuję facetów. Japończyk zachowuje się luźno, całkowicie mnie lekceważąc.
Odwraca się do swoich kolegów.
- Ne, Dimitrij, a z Jishin to miał być… - zaczął
protekcjonalnym tonem, ale urwał w jednej chwili. Odkaszlnął i rozszerzył oczy
ze zdziwienia. Padł na podłogę jak długi, a z klatki piersiowej sterczała mu
strzała. Zaczyna się.
Ściskam mocniej miecz i ruszam na przeciwników. Nie
mogę pozwolić im na zbędne sekundy, kiedy to Ayako wyrobiła mi przewagę przez
zaskoczenie. Zamykam swój umysł na inne myśli, choć jedno słowo kołata mi się
po głowie. Jishin. Nasz obecny, największy wróg.
Podbiegam w przeciągu sekundy do szwaba, stojącego
najbardziej na lewo. Nie ma czasu na reakcję, a ja gwałtownie hamuję i odsuwam
się do tyłu. Biorę zamach i tnę od lewej przez cały jego brzuch. Krew ochlapuje
mi kurtkę, ale nie zwracam na to uwagi. Jeden z Rosjan rzuca się na mnie z
krzykiem i scyzorykiem. Analizuję błyskawicznie jego ruchy. Są ociężałe i bez
jakiejkolwiek płynności. Mrużę oczy i odwracam cię do niego przodem. Jest 3
metry ode mnie, rękę ma wysoko podniesioną,
by zadać cios scyzorykiem. Kątem oka dostrzegam błysk metalu za głową
przeciwnika. Decyduję się na inny ruch niż miałam zamiar na początku. Kiedy
ręka opada na mnie, tnę od dołu i wyprowadzam cios aż do samej góry. Trzymam
miecz wysoko nad głową, a po ostrzu spływa krew, brudząc moją dłoń. Ruski rzuca
mi niedowierzające spojrzenie, po czym zaczyna wrzeszczeć na cały głos. Metr od
nas leży jego ręka. Z miejsca odcięcia wypływa cały czas krew. Facet drze się
coraz bardziej, ale zupełnie mnie to nie wzrusza. Moje oczy są beznamiętne.
Odsuwam się o 2 kroki do tyłu. Facet po chwili dławi
się swoim wrzaskiem
i pada na ziemię. Z pleców sterczy mu strzała. Rzucam mu przelotne spojrzenie, po czym podnoszę wolną rękę dość wysoko, z uniesionym kciukiem do góry. Ładny strzał, Ayako.
i pada na ziemię. Z pleców sterczy mu strzała. Rzucam mu przelotne spojrzenie, po czym podnoszę wolną rękę dość wysoko, z uniesionym kciukiem do góry. Ładny strzał, Ayako.
Rozglądam się za ostatnim. Zdążył się już oddalić.
Rosjanin znajduje się po drugiej stronie magazynu i rozrzuca pudła. Ruszam
zdecydowanym, szybkim krokiem w jego stronę. Jedno pchnięcie wystarczy. Kątem
oka zauważam ruch na wyższym piętrze. Ayako zmienia pozycję. No tak, facet był
praktycznie pod nią.
- Zapłacisz za to, suko! – wrzeszczy. Wyciąga kij
bejsbolowy spomiędzy zielska i macha nim jak oszalały. Oczy mu się rozbiegły, a
ust sączy się piana. – Jishin się na was zemści! – krzyczy i rzuca się na mnie.
Mimowolnie się cofam. Jego ruchy są inne niż tamtego obcokrajowca. Porusza się
w szaleńczych zrywach, więc nie mogę przewidzieć jego ruchów. Panicznie boi się
śmierci, więc jest gotowy do najbardziej drastycznych kroków.
Macha kijem we wszystkie strony. Jest wyższy, a że
celuje w moją głowę, odsłania swój brzuch. Unikam płynnie wszystkie ciosy,
patrząc mu się w oczy. Muszę pokazać mu kto tu jest drapieżnikiem, a kto ofiarą.
Rosjanin w końcu bierze większy zamach. Wychwytuję błyskawicznie moment i tnę
na ukos przez całą klatkę piersiową. Nie jest to czyste cięcie, a krew
ochlapuje mi twarz, jednak przynosi zamierzony efekt. Zamach traci impet, a
facet wypuszcza kij. Wypluwa krew i osuwa się na ziemię.
Wypuszczam powietrze z płuc. Muszę głęboko
pooddychać, a tutaj powietrze przesycone jest wilgocią, narkotykami oraz krwią.
Nim zdążę całkowicie rozluźnić mięśnie, słyszę głośne sapnięcie. Odwracam się
gwałtownie, w oddali słysząc Ayako krzyczącą moje imię. Nie zdążam obrócić się
całkowicie, ale odskakuję. Kij nie sięga mojej głowy jednak trafia w prawy bok.
Uderzenie zapiera mi dech w piersiach, tracę równowagę i walę ramieniem o
podłogę. Facet z okrzykiem bierze zamach do kolejnego ciosu. Mimo bólu szybko
przetaczam się.
- Rób te uniki, młoda! – krzyczy, a piana skapuje mu
z ust. – Oni za chwilę tu będą! – Jego kij prawie znowu mnie dosięgnął. Jestem
w kuckach, ale kiedy uderzenie chybia, a impet ciągnie za sobą mężczyznę, przerzucam
ciężar na ręce i z całej siły walę nogą o stopę Rosjanina. Nie utrzymuje
równowagi i upada głośno na płytki. Podnoszę się od razu na nogi, miecz trzymam
przed sobą. Dyszę, mokre włosy oblepiają mi twarz. Prawy bok pulsuje
nieprzyjemnie. Nie wiem czy krwawię, cały czas ścieka ze mnie deszcz.
Jeśli on nie kłamie, ludzie z Jishin za chwilę tu
będą. A wtedy będzie po nas. Ledwo daję sobie radę ze zwykłymi ludźmi, a z
wyszkolonymi zabójcami będzie dużo trudniej. Cień strachu przeszywa mój umysł.
Musimy się pośpieszyć.
- No i na co czekasz, suko! – facet cały czas drze
mordę. Powoli mnie denerwuje. Podnosi się powoli, a ja stwierdzam, że muszę to
zakończyć. Niezgrabnym ruchem przebijam go mieczem, przyszpilając do podłogi.
Wokół nas tworzy się kałuża krwi. Moje buty
przybierają bordowego odcienia. Jestem cała upaćkana czerwonym płynem. Patrzę
się na twarz umierającego. Zdenerwował mnie nieźle. Muszę mieć pewność, że
umrze.
- Dzieci… nie powinny… bawić się… w zabijanie… -
stęka jeszcze, z rozmytym wzrokiem, gdzie ostatnie słowo wymawia ledwo
dosłyszalnym szeptem. Po chwili jego ciało całkowicie nieruchomieje. Uśmiecham
się chłodno, prychając przy okazji lekceważąco. Jestem zadowolona, choć bok
nieźle mnie nawala.
Dosłownie sekundę później mnie mroczy. Zataczam się
i łapię za głowę. Przez głowę przechodzi mi obraz moich rodziców. Leżących w
kałuży krwi. I tych dilerów w krwi. Nie widzę różnicy.
Nie. Jest różnica. Moi rodzice nie mieli powodu by
być zabitym. Nie mieli. Dobrze, że ci nie żyją. Dobrze.
Podnoszę się i omiatam spojrzeniem pomieszczenie.
Mój beznamiętny spokój powraca. Pochodzę do ciał, sprawdzając jeszcze czy na
pewno są martwi.
Ayako przechodzi przez balustradę i chwyta się
gzymsu. Wisi jakieś 4 metry nad ziemią. Mimo wysokości puszcza się i gładko
ląduje. Podchodzi do mnie spokojnym krokiem. Najwyraźniej nie słyszała o
zbliżającym się niebezpieczeństwie.
- Musimy się stąd zmywać. – rzucam cicho. Przechodzą
mnie dreszcze. Coś się zbliża. Trzeba się jak najszybciej ulotnić.
- Spokojnie. Najpierw pokaż ten swój nieszczęsny
bok. – Ayako nie zamierza odpuścić. Kręcę głową.
- Nie, Ayako. Posłuchaj, prawdopodobnie za chwilę… -
zaczynam, ale dziewczyna nasłuchuje czegoś. Również milknę. Po chwili, oprócz
naszych oddechów, słyszę zbliżające się kroki. Dziewczyna marszczy brwi.
- Kto… - zaczyna ale milknie kiedy zauważa moją
minę. Po raz pierwszy od mojej pierwszej misji okazuję jakiekolwiek uczucia. Na
mojej twarzy maluje się przerażenie, a usta zamarły, niezdolne do wypowiedzenia
czegokolwiek. Drżę. Nie tylko ze strachu, udziela mi się zimno i ból. Ayako
reaguje szybciej niż ja. Łapie mnie na za rękę i ciągnie przed siebie.
Biegniemy ile sił w nogach i wypadamy z magazynu.
Korytarz zdaje się ciągnąc w nieskończoność. Liczne
rzędy identycznych drzwi. Kiedy słyszymy w oddali okrzyk, Ayako wpada do
najbliższego pomieszczenia. Rozgląda się szybko, a ujrzawszy szafkę, popycha
mnie w jej stronę. Nie tylko mi nieśpieszno do walki. Zamykamy się od środka i
obserwujemy przebieg sytuacji przez szparki.
Serce wali mi jak szalone. Staramy się oddychać jak
najciszej, ale obydwie dyszymy. Rzucamy sobie ukradkowe spojrzenia. Ayako kiwa
mi tylko nieznacznie głową. Możemy jedynie modlić się by nas nie znaleźli.
Po kilku minutach, trwających nieskończenie długo,
drzwi pokoju otwierają się na oścież. Wstrzymujemy oddech. W drzwiach stoi 2
facetów na oko w wieku 30 lat. Wchodzą i rozglądają się po pokoju. Po chwili
dołącza do nich jeszcze jeden, znacznie młodszy. Będzie kilka lat ode mnie
starszy. Może w wieku Ryutaro.
- I co, są tutaj? – rzuca i też wchodzi do pokoju.
Faceci nie odpowiadają. Młodszy rzuca spojrzenie na naszą szafkę. Lodowata dłoń
ściska mi serce. Chłopak chce już ją otworzyć kiedy pojawia się jeszcze jeden.
Ma może 25 lat. Wysoki, umięśniony, o bezlitosnym
wzroku. Z miejsca zauważam podobieństwo do tamtego dilera, Takamine.
- Ryuji! Nie cackaj się! – rzuca z oburzeniem do
najmłodszego. Chłopak wzdryga się i odchodzi od szafki. Z trudem powstrzymuję
się by nie westchnąć.
- Takahide, Takahiro! Ruchy! – warczy na swoich
podwładnych. Mężczyźni wzdrygają się, ale od razu ruszają dalej. W nikłym
świetle widzę, że są tego samego wzrostu, a ich rude włosy falują. Wyglądają na
bliźniaków.
Kiedy faceci znikają, Ryuji wyłamuje sobie palce.
- Nie tak ostro, Shigeo-san. – śmieje się.
- Dla ciebie, Taichi-danna. Nie pozwalaj sobie, nie
płacę ci za to. – warczy.
- Ej, Taichi-san. Ty mi nie płacisz. Jedynie
dowodzisz dzisiejszą misją. A kasę rozdziela Igarashi-sama. – chłopak obniża
głos i uśmiecha się złowieszczo. Mimo iż jest młodszy, drobniejszy i niższy od
dowódcy jest w nim coś niepokojącego. Shigeo, chociaż patrzy się na niego z
góry, odchrząkuje.
- Pośpieszmy się, może ci z Kaminari gdzieś tu są. –
mówi tylko. Ryuji wzrusza tylko ramionami i rusza ku drzwiom. A kiedy oni mają
już wyjść, odwraca się na ułamek sekundy i posyła mi kpiące spojrzenie.
Serce mi zamiera. Zapominam jak się oddycha. Ayako
trzepie mnie w ramię. Budzę się z głębokiego szoku.
Czyli wiedział, że tu jesteśmy. Tylko dlaczego nic
nie powiedział?
Po kilkudziesięciu sekundach, dziewczyna otwiera po
cichu szafkę. Nic nie mówimy, ale kiedy napotykamy swój wzrok, wiemy jaki mamy
plan. Kierujemy się tak szybko do wyjścia jak się da.
Ayako wychyla się zza drzwi. Na korytarzu nikogo nie
ma. Ruszamy w sprincie w stronę magazynu. Kiedy jesteśmy na zakręcie, słyszymy
za sobą okrzyk. Zobaczyli nas.
- Cholera. – klnie cicho Ayako, przyśpieszając
biegu. Jest niesamowicie szybka, mimo niezbyt szczupłej budowy i niskiego
wzrostu.
Wypadamy przez praktycznie wyważone przeze mnie
drzwi na zewnątrz. Mimo iż uderza w nas przenikające zimno, ulewny deszcz i
szaleńczy wiatr, nie zatrzymujemy się ani na chwilę. Wysuwam się na
prowadzenie. Znam świetnie okolicę i wiem gdzie można się skryć.
Zimny deszcz zmywa z nas pot i krew. Chłód przenika
moje ciało, ale równocześnie orzeźwia. Jest dużo lepiej niż gdyby miałoby 30
stopni. Woda lejąca się strumieniami z nieba, ogranicza widoczność, która tylko
dodatkowo nas maskuje. Znam okolicę więc dla nas nie będzie problemu. Oby ci z
Jishin nie znali dróg. Poza tym nikogo nie zdziwi widok dwóch dziewczyn
wiejących przed deszczem.
Kiedy na niebie rozbłyska piorun, Ayako siarczyście
klnie.
- Że też musi walić piorunami! Jakby nie mogło się
przejaśnić!
- Dobrze, że leje. – śmieje się. – Mamy przecież
pioruny po swojej stronie, czyż nie? – uśmiecham się, nawiązując do znaczenia
nazwy naszej organizacji. Ayako nie odpowiada, tylko szeroko się uśmiecha, a
jej twarz rozjaśnia piorun.
***
- No gdzieście byli? Przegapiliście najlepsze! –
wdycha jeden z chłopaków. Jest całkowicie przemoczony. Ma 15 lat, miodowe,
kręcone włosy i bursztynowe oczy. Przez mokrą kurtkę ma przepasaną pochwę z
mieczem.
- Weź się zamknij, Satoru. – mruczy dziewczyna, ale
siada obok niego. Wyciąga z torby puszkę Pepsi. – Trzymaj. Nawet nie wiesz jaka
w sklepie była kolejka. – śmieje się.
Dziewczyna ma 16 lat i kręcone, pofarbowane na
turkusowy odcień włosy. Oczy błyszczą się na ten sam bursztynowy odcień co
chłopaka. To jedyne podobieństwo zewnętrzne do brata. Ma zadarty nos i wydatne
usta. Dosiada się do nich jeszcze 18-latek, o brązowej szopie włosów i czarnych
oczach. Ma ciemniejszą karnację, ale jest niższy od tej dwójki.
- Nie przesadzaj, Suzuko-chan – upomina dziewczynę.
- Nie przesadzam, Matsuki-kun. Było tyyyle ludzi! Że
też wam się zachciało fast-foodów! – śmieje się. Patrzy się budynek fabryki. –
To co nas ominęło?
- Do środka wbili ci z Jishinu! – chłopak uśmiecha
się z błyskiem w oku.
- Ktoś znajomy? – pyta Matsuki. Przysiadł się do
kumpli i otworzył batonika. Przysmak od razu staje się mokry od nieprzerwanego
deszczu.
- Widziałem bliźniaków Weasleyów i chyba tyle jeśli
chodzi o ‘bliższych’ znajomych… - zastanawia się Satoru wymieniając przezwisko
rodzeństwa.
- Walić znajomych! – wykrzykuje Suzuko, z chipsami w
ustach. – Co się działo? Ogarnęli, że zaciupali im dilerów?
- Suzuko-chan! Wyrażaj się trochę… - Matsuki znowu
chce zwrócić uwagę dziewczynie jednak ona nie reaguje. Już dawno nie rozmawiała
‘’jak na damę przystało’’. – Eh… Z resztą nie ważne…
- No ogarnęli. Ten szefuńcio w ogóle darł się jak
jakiś cwel. No a po kilku minutach wyleciały te z Kaminari…
- Ły? Kobitki?
- Num. Mówię ci, siostra, na oko to wczesna gimbaza.
Coś jak my kiedy dołączaliśmy! – Satoru gestykuluje rękoma. Również porzucił
kulturalny sposób mówienia. – Nie wierzę, że Weasleyowie dali zwiać dwóm
dziewczyneczkom! – chłopak śmieje się z członków Jishin razem z siostrą, a
Matsuki kręci tylko głową.
- Satoru-kun, te ‘dziewczyneczki’ zabiły 4 dorosłych
facetów…
- No wiem, wiem… W końcu są z Kaminari, co nie? –
uśmiecha się.
Matsuki ponownie kręci głową. Wszyscy milkną i
wracają do obserwacji. Misja z pozoru dość nudna, mieli po prostu w cholernie
deszczowy dzień namierzyć ludzi z Jishin i miejsce z narkotykami, a wywiązała
się z tego niezła afera, z udziałem Kaminari, które jeszcze ma napięte stosunki
z organizacją z Shibuyi.
- Serizawa-sama będzie raczej zadowolony z naszego
raportu. – stwierdza Satoru obserwując wychodzących z budynku mężczyzn.
- Daj spokój. Od dawna nie działo się nic ciekawego.
Wszyscy siebie unikają, a tu proszę! Jishin bawi się w kotka i myszkę z
Kaminari. – dodaje Suzuko kiedy faceci kierują się w stronę parku.
- Tak… A Hariken najwyraźniej w tej akcji został
psem. – kwituje Matsuki. Podnosi się i zbiera potrzebne rzeczy. Może to nie
było rozkazem, ale wszyscy chcą podążyć za tamtymi.
- Oj, Matsuki-kun! – Suzuko przeciąga końcówki.
Dziewczyna ukrywa włosy pod kapturem. – Wyraziłbyś się bardziej poetycko, a
nie…
- A przepraszam. – Matsuki uśmiecha się w udawany
sposób. – No bo ty jesteś specjalistką od poetyckiej wymowy, co?
- Nie wypominaj mi, durniu, mojego sposobu gadania!
– Dziewczyna wyrywa bratu półpełną puszkę i bierze zamach na kolegę. Czarnooki
uchyla się, a puszka leci kilkadziesiąt metrów dalej. Satoru robi zbolałą minę.
- Siostraaaa! – wyciąga bezradnie ręce w stronę
dziewczyny, ale ona już oddala się w kierunku parku. Opuszcza ze zrezygnowaniem
głowę, a Matsuki tylko kręci głową.
- Dobra, Satoru. Chodźmy nim ich zgubimy.
Chłopak prostuje się, nagle przestając się martwic o
swój napój. Uśmiecha się przebiegle i gładzi się po brodzie. Matsuki łapie się
za skroń.
- Proszę cię… - mówi zmęczonym głosem. – Pobawisz
się w knucie potem. Teraz. Jedynie. Obserwujemy. Rozwój. Sytuacji. Nie. Walczymy.
Jasne?
- Tak,
tak! – usłyszał w odpowiedzi. Satoru śmieje się i biegnie za siostrą. Matsuki
wzdycha i kręci głową. Schyla się i sięga po swoją pochwę z mieczem,
uśmiechając się pod nosem i kierując się w stronę rodzeństwa._____________________________________________________________________
Witam :D
To już 8 rozdział. Nie wierzę, że dałam radę tyle napisać. Obecnie to chyba najbardziej rozbudowana historia jaką stworzyłam. Jak widzicie pojawiło się dużo nowych postaci: 4 z Jishinu (5 jeśli liczyć szefa) no i 3 z Harikenu :D
Akcja będzie ciągnąc się jeszcze przez rozdział bądź dwa >.< Co z tego, że była tworzona na całkowitym spontanie :D
Ogólnie, to chciałabym życzyć wam dużo zdrowia i szczęścia z okazji Świąt Wielkanocnych. Smacznego Jajka i Mokrego Dyngusa!
Do przeczytania <3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz