4 kwietnia 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 8 ~ Nadciągający huragan

Rozdział 8

Nadciągający huragan

        Padał deszcz. Choć to trochę słabe określenie. Lało jak z cebra. Na nierównej kostce powstawały kałuże. Zwierzęta zmierzały ku swoim kryjówkom. Jedynie ja i Ayako zostałyśmy, niewzruszone pogodą. Miałyśmy nieprzemakalne kurtki, więc nie musiałyśmy się śpieszyć.
W oddali rozbłysnęła błyskawica. Podniosłyśmy głowy, kierując wzrok w stronę światła. Ponure, ciemne otoczenie na chwilę się rozświetliło. Oprócz nas nie było tu nikogo innego. Wysokie, strzeliste drzewa, kamienne nagrobki i wszechogarniająca cisza. Po kilku sekundach usłyszałyśmy grzmot.
- Burza jest coraz bliżej. – stwierdza Ayako, naciągając bardziej kaptur. Stara się ochronić swojego długiego warkocza, który i tak jest już przemoczony do suchej nitki. Jednak stoi kilka metrów za mną i nie narzeka.
- Jeszcze jedna modlitwa. – mówię cicho i opuszczam głowę, zamykając oczy. Kaptur zsunął mi się już jakiś czas temu, ale go nie poprawiam. Moje czarne włosy oblepiają mi twarz.
Dochodzi 6 rano, ale praktycznie nic nie widać. Zrywa się silniejszy wiatr, zdmuchując mokre włosy, odsłaniając tym samym mój beznamiętny wyraz twarzy. Zamiast ocieplać się, robi się jakby chłodniej. Ayako kicha.
- Brrr… - trzęsie się, rozcierając sobie ręce. – Jak ja nie cierpię listopada.
Nie reaguję, w myślach prowadząc jednostronną konwersację z rodzicami.
Cmentarz główny w Setagayi. Grób rodziny Kanegawy.
I niech zawsze przyświeca wam światło. Amen.
Podnoszę się z klęczków. Przy takiej pogodzie nie ma mowy o zapalaniu świec czy zniczy. Wzdycham głęboko. Przyjaciółka nadal mnie nie pogania.
Rozmyślam o mojej rodzinie. Rodzice mojej mamy zmarli kiedy byłam malutka, a od strony taty odeszli dużo wcześniej. Nie miałam też żadnych wujków czy ciotek, może oprócz młodszej siostry taty, która siedzi za granicą. Nawet nie mam kogoś kto by mnie szukał. Policja da sobie za niedługo spokój.
- Możemy iść. – mówię i ruszam ku bramie. Naciągam przy okazji kaptur.
- Świetna pogoda na odwiedziny – rzuca z przekąsem Ayako. Równa krok z moim, ale nic nie dodaje na temat długości mojej modlitwy. – Szkoda, że mieszkałaś tak daleko. Od naszego okręgu to kawał drogi.
Wzruszam ramionami. Ostatnio nie mogę zebrać się na jakiś bardziej entuzjastyczny gest.
- Dziękuję, Ayako – mówię tylko, zbywając temat starego życia. – I przepraszam. – dodaję po chwili.
Dziewczyna śmieje się i kręci tylko głową.
- Daj spokój. Nigdy nie byłam w Setagayi. Zawsze to jakaś wycieczka. Choć nie sądziłam, że akurat oto ci chodziło.
Idziemy dalej w milczeniu. Światła uliczne powoli gasną. Wybiła 6, choć przez deszczowe chmury jest tak ciemno, że nic nie widać. Kierujemy się na stację. Dostałyśmy kilka godzin, ale nie chcę być w tym miejscu dłużej niż muszę. Kiedy wchodzimy do środka, niebo przecina błyskawica, w tym samym momencie co rozlega się grzmot.
- Burza dotarła. – zauważa Ayako. Nie odpowiadam tylko kieruję się w stronę kas. Stawiam wszystko ze swoich pieniędzy, po części dlatego, że to był mój pomysł. I choć dziewczyna protestowała to w końcu odpuściła. Po opowiedzeniu swojej historii, musi mi dać czas by jej wszystkiego nie stawiać.
Kasjer coś mówi na temat pociągów i burzy, ale zaczynam się tym interesować na słowo ‘odwołane’. Robię wielkie oczy i wypytuję się dokładniej.
Jakikolwiek pociąg do Senkawy. Nawet nie musi być do Toshimy. Najszybciej to o 11. I tego też mogą odwołać. Najpewniejszy jest o 18.
Opadam zrezygnowana na ławkę obok przyjaciółki. Nie dość, że to wszystko przysparza tylu wspomnień to utknęłyśmy tu do co najmniej 18. Świetnie. Po prostu świetnie. Ayako od razu odgaduje o co chodzi i klepie mnie po ramieniu. Mówi coś pocieszającego, ale jej nie słucham.
- Znasz tutejsze okolice, co nie? Robię się głodna.
***
Siedzimy w ładnej kawiarence parę kilometrów od stacji. Lepszego miejsca nie mogłam sobie przypomnieć. Jasne, przytulne miejsce. Z dala od mojego starego domu i szkoły. Chociaż pracuje tu kelnerka, którą kojarzę. Jednak kobieta najpierw obrzuca mnie bacznym wzrokiem, po czym wzrusza ramionami, nic nie podejrzewając. Czy aż tak się zmieniłam?
Zjadamy kanapki, crossainty, pączki, kilka kawałków ciasta, a wszystko popijamy kawą. Jedzenie jest przepyszne, więc śniadanie zajmuje nam już godzinę. Dochodzi 8, a na ulicach pojawiają się dzieciaki w mundurkach. Dopiero wtedy dociera do mnie groza sytuacji. W kawiarence siedzą 2 dziewczyny w wieku gimnazjalnym, przemoczone i ubrane w spodnie moro i jakieś czarne kurtki. W ogóle niepodejrzane.
Postanawiam jednak dokończyć śniadanie. Ayako jest w niebo wzięta, bo wszystko stawiam. Jestem ciekawa jak często pozwala sobie na takie przyjemności. Wyżywienie 7 osób, opłacenie rachunków, spłacenie długów i hazardowych zapędów ojca nie jest łatwe. Nie ważne ile dostanie za wykonanie roboty.
- Ciekawe co u Tsu… - zastanawia się dopijając kawę. Czekam tylko na nią. Nie zdaje sobie sprawy z podejrzanych spojrzeń obsługi. Jednak na imię chłopaka prostuję się.
- Nie mam zielonego pojęcia. – mruczę. – Gdzie on teraz jest?
- Region Chugoku, prefektura Okayama. – recytuje Ayako i wypija duszkiem resztkę kawy. Płacę za posiłek i szybkim krokiem wychodzę z lokalu. Kieruję się do najbliższego, zacisznego parku. Nie będziemy tam zwracać uwagi.
Siadamy na starej ławce w głębi parku. Zakładam ręce za głowę. Ayako przypomniała mi o Tsunearim. No właśnie.
Widziałam go ostatnim razem kiedy wypadł z Sejmu wściekły, a odprowadził mnie zaniepokojonym wzrokiem, bez słowa. Kiedy wróciłam Sotomura-san oznajmił, że chłopak wyruszył na misję do innego regionu. I że może wrócić po kilku miesiącach. Genialne. Jest teraz jakieś 700 km od nas i nie ma z nim normalnego kontaktu. Jedynie otrzymujemy powiadomienia od dowództwa, że się odezwał. Łaskawie, po miesiącu.
Ayako dzwoni do szefa i przedstawia sytuację. Pyta też o jakąś misję, ale obie wiemy, że to daleko i pewnie nic nie będzie.
Patrzymy się po sobie zdziwione, kiedy otrzymujemy pozytywną odpowiedź. Stare zlecenie, nadal aktualne, o rozbiciu szajki dilerów. Fumiya podaje dokładne dane, a ja czuję coś w sercu. Ciche, niepokojące przeczucie. Zapowiedź czegoś niedobrego. Dziewczyna kończy rozmowę , patrząc się na mnie wyczekująco. No tak. Nie zna tutejszej okolicy. Odpędzam czarne myśli, tłumacząc to wszystko tym, że nie chcę uwierzyć, że w mojej okolicy byli dilerzy. Na pewno.
***
- Jesteś pewna, że to tutaj? – Ayako nie jest przekonana.
- Na stówę. – potwierdzam i ściągam pokrowiec na rakietę z ramienia. Oczywiście to tylko marna przykrywka, ale nikt się nie czepia. Dziewczyna rzuca jeszcze niepewne spojrzenie w stronę budynku i zaczyna składać swój łuk.
Znajdujemy się w tej ‘gorszej’ części miasta. Przed nami stoi stary budynek drukarni, która jak się okazuje jest bazą szajki dilerów. Kilka wybitych okien, drzwi dyndające w zawiasach, bluszcz pnący się po odrapanych ścianach. Jakże oryginalnie.
- Ilu ich miało być? – pyta Ayako, przesznurowując swoje trapery.
- Czterech. 1 Japończyk w średnim wieku, 2 studentów z Rosji i jakiś szwab.
- A ile za nich dostaniemy? – rzuca jeszcze, naciągając się. Uspokoiła się i zachowuje się dużo ciszej. Pytając o kasę, lekko się krzywi.   
- 20 000 dolców. To od jakiegoś Amerykanina, który… - zaczynam, ale Ayako macha ręką. Nie obchodzi ją historia. W sumie 10 000 dolców na łebka to niezła sumka. – Jeśli chodzi o plan, to ja tam wbijam, a ty kryjesz mi plecy. Jak będzie okazja to zdejmujesz ich z łuku, jasne?
- Jak słońce – przytakuje i obie ruszamy w stronę budynku.
Przystajemy przed wejściem i nasłuchujemy. Prowadzą rozmowę po angielsku. Słychać wyraźne akcenty. Rzucamy sobie spojrzenie i kiwamy powoli głową. Dziewczyna od razu doskakuje ściany, szukając wystających cegieł. Czekam aż skończy się wspinać. Idzie jej to nadzwyczaj szybko. Zaledwie po kilku susach znajduje wybite okno i znika w środku.
Biorę głęboki wdech i wyciągam miecz. Rozglądam się jeszcze po okolicy, a kiedy nie dostrzegam niczego niepokojącego, kopnięciem otwieram drzwi. Wchodzę raźnie do środka, trzymając opuszczony miecz. W środku jest ciemno, a odpowiadająca mi cisza informuje, że ludzie są gdzieś indziej. Skupiam się. Słyszę głosy niedaleko, jakby po mojej prawej. Ruszam za głosami i docieram do drzwi jakiegoś magazynu. 4 męskie głosy są głośniejsze i wyraźniejsze.
Twardy akcent Niemca. Płynna wymowa Ruskich. Nieskładne zdania Japończyka. To oni.
Biorę kolejny wdech, wyłączając jakiekolwiek myśli. Misja.
Kopię w drzwi z całej siły.  Otwierają się z hukiem na oścież i uderzają o ścianę. Ludzie zrywają się z krzeseł i rzucają mi zaskoczone spojrzenie. Słyszę jakieś nieznane mi słowa, jednak z brzmienia wnioskuję, że to przekleństwa.
Wchodzę spokojnie do magazynu. Jest to ogromne, kilkupiętrowe pomieszczenie. Z sufitu zwisają prostokątne lampy, z których świeci praktycznie połowa. Wszędzie stoją okurzone pudła, a bliżej środka sali stoją skrzynki wypełnione po brzegi zielskiem. Odrażające.
Zaskoczone spojrzenia powoli zmieniają się w pełne zażenowania czy nawet politowania. No tak. Jestem jedynie 13-letnią dziewczynką, stojącą naprzeciw 4 dorosłych facetów. Jeden z nich prostuje się i odchrząkuje.
- Zgubiłaś się, mała? – pyta ironicznie, czystą japońszczyzną. Czyli ten to Japończyk. Uśmiecha się szeroko z udawanym ciepłem. Koleś, nikt się na to nie nabierze. Wodzę po magazynie beznamiętnym wzrokiem. Mam wrażenie, że po wyższym piętrze ktoś przebiegł.
- Nie cackaj się z nią, Takamine. – rzuca jakiś facet, tym razem po angielsku. – To tylko dziecko. – rechocze szwab, a do niego dołączają Rosjanie. Rzucam w ich stronę spojrzenie. Cichną w jednej sekundzie, a jeden nawet cofa się krok do tyłu. Moje oczy są całkowicie puste, bez jakiejkolwiek oznaki emocji. Japończyk jednak zauważa coś oprócz mojego beznamiętnego wzroku. Miecz.
- Oho! – marszczy brwi, przyglądając się mojej broni. – A myślałem, że Igarashi Yasuaki mówił, że wyślą chłopa, a nie dziewczynkę.
O kim on mówi?
Nie wiem o co mu chodzi, ale moja twarz ani drgnie. Obserwuję facetów. Japończyk zachowuje się luźno, całkowicie mnie lekceważąc. Odwraca się do swoich kolegów.
- Ne, Dimitrij, a z Jishin to miał być… - zaczął protekcjonalnym tonem, ale urwał w jednej chwili. Odkaszlnął i rozszerzył oczy ze zdziwienia. Padł na podłogę jak długi, a z klatki piersiowej sterczała mu strzała. Zaczyna się.
Ściskam mocniej miecz i ruszam na przeciwników. Nie mogę pozwolić im na zbędne sekundy, kiedy to Ayako wyrobiła mi przewagę przez zaskoczenie. Zamykam swój umysł na inne myśli, choć jedno słowo kołata mi się po głowie. Jishin. Nasz obecny, największy wróg.
Podbiegam w przeciągu sekundy do szwaba, stojącego najbardziej na lewo. Nie ma czasu na reakcję, a ja gwałtownie hamuję i odsuwam się do tyłu. Biorę zamach i tnę od lewej przez cały jego brzuch. Krew ochlapuje mi kurtkę, ale nie zwracam na to uwagi. Jeden z Rosjan rzuca się na mnie z krzykiem i scyzorykiem. Analizuję błyskawicznie jego ruchy. Są ociężałe i bez jakiejkolwiek płynności. Mrużę oczy i odwracam cię do niego przodem. Jest 3 metry ode mnie, rękę ma wysoko podniesioną,  by zadać cios scyzorykiem. Kątem oka dostrzegam błysk metalu za głową przeciwnika. Decyduję się na inny ruch niż miałam zamiar na początku. Kiedy ręka opada na mnie, tnę od dołu i wyprowadzam cios aż do samej góry. Trzymam miecz wysoko nad głową, a po ostrzu spływa krew, brudząc moją dłoń. Ruski rzuca mi niedowierzające spojrzenie, po czym zaczyna wrzeszczeć na cały głos. Metr od nas leży jego ręka. Z miejsca odcięcia wypływa cały czas krew. Facet drze się coraz bardziej, ale zupełnie mnie to nie wzrusza. Moje oczy są beznamiętne.
Odsuwam się o 2 kroki do tyłu. Facet po chwili dławi się swoim wrzaskiem
i pada na ziemię. Z pleców sterczy mu strzała. Rzucam mu przelotne spojrzenie, po czym podnoszę wolną rękę dość wysoko, z uniesionym kciukiem do góry. Ładny strzał, Ayako.
Rozglądam się za ostatnim. Zdążył się już oddalić. Rosjanin znajduje się po drugiej stronie magazynu i rozrzuca pudła. Ruszam zdecydowanym, szybkim krokiem w jego stronę. Jedno pchnięcie wystarczy. Kątem oka zauważam ruch na wyższym piętrze. Ayako zmienia pozycję. No tak, facet był praktycznie pod nią.
- Zapłacisz za to, suko! – wrzeszczy. Wyciąga kij bejsbolowy spomiędzy zielska i macha nim jak oszalały. Oczy mu się rozbiegły, a ust sączy się piana. – Jishin się na was zemści! – krzyczy i rzuca się na mnie. Mimowolnie się cofam. Jego ruchy są inne niż tamtego obcokrajowca. Porusza się w szaleńczych zrywach, więc nie mogę przewidzieć jego ruchów. Panicznie boi się śmierci, więc jest gotowy do najbardziej drastycznych kroków.
Macha kijem we wszystkie strony. Jest wyższy, a że celuje w moją głowę, odsłania swój brzuch. Unikam płynnie wszystkie ciosy, patrząc mu się w oczy. Muszę pokazać mu kto tu jest drapieżnikiem, a kto ofiarą. Rosjanin w końcu bierze większy zamach. Wychwytuję błyskawicznie moment i tnę na ukos przez całą klatkę piersiową. Nie jest to czyste cięcie, a krew ochlapuje mi twarz, jednak przynosi zamierzony efekt. Zamach traci impet, a facet wypuszcza kij. Wypluwa krew i osuwa się na ziemię.
Wypuszczam powietrze z płuc. Muszę głęboko pooddychać, a tutaj powietrze przesycone jest wilgocią, narkotykami oraz krwią. Nim zdążę całkowicie rozluźnić mięśnie, słyszę głośne sapnięcie. Odwracam się gwałtownie, w oddali słysząc Ayako krzyczącą moje imię. Nie zdążam obrócić się całkowicie, ale odskakuję. Kij nie sięga mojej głowy jednak trafia w prawy bok. Uderzenie zapiera mi dech w piersiach, tracę równowagę i walę ramieniem o podłogę. Facet z okrzykiem bierze zamach do kolejnego ciosu. Mimo bólu szybko przetaczam się.
- Rób te uniki, młoda! – krzyczy, a piana skapuje mu z ust. – Oni za chwilę tu będą! – Jego kij prawie znowu mnie dosięgnął. Jestem w kuckach, ale kiedy uderzenie chybia, a impet ciągnie za sobą mężczyznę, przerzucam ciężar na ręce i z całej siły walę nogą o stopę Rosjanina. Nie utrzymuje równowagi i upada głośno na płytki. Podnoszę się od razu na nogi, miecz trzymam przed sobą. Dyszę, mokre włosy oblepiają mi twarz. Prawy bok pulsuje nieprzyjemnie. Nie wiem czy krwawię, cały czas ścieka ze mnie deszcz.
Jeśli on nie kłamie, ludzie z Jishin za chwilę tu będą. A wtedy będzie po nas. Ledwo daję sobie radę ze zwykłymi ludźmi, a z wyszkolonymi zabójcami będzie dużo trudniej. Cień strachu przeszywa mój umysł. Musimy się pośpieszyć.
- No i na co czekasz, suko! – facet cały czas drze mordę. Powoli mnie denerwuje. Podnosi się powoli, a ja stwierdzam, że muszę to zakończyć. Niezgrabnym ruchem przebijam go mieczem, przyszpilając do podłogi.
Wokół nas tworzy się kałuża krwi. Moje buty przybierają bordowego odcienia. Jestem cała upaćkana czerwonym płynem. Patrzę się na twarz umierającego. Zdenerwował mnie nieźle. Muszę mieć pewność, że umrze. 
- Dzieci… nie powinny… bawić się… w zabijanie… - stęka jeszcze, z rozmytym wzrokiem, gdzie ostatnie słowo wymawia ledwo dosłyszalnym szeptem. Po chwili jego ciało całkowicie nieruchomieje. Uśmiecham się chłodno, prychając przy okazji lekceważąco. Jestem zadowolona, choć bok nieźle mnie nawala.
Dosłownie sekundę później mnie mroczy. Zataczam się i łapię za głowę. Przez głowę przechodzi mi obraz moich rodziców. Leżących w kałuży krwi. I tych dilerów w krwi. Nie widzę różnicy.
Nie. Jest różnica. Moi rodzice nie mieli powodu by być zabitym. Nie mieli. Dobrze, że ci nie żyją. Dobrze.
Podnoszę się i omiatam spojrzeniem pomieszczenie. Mój beznamiętny spokój powraca. Pochodzę do ciał, sprawdzając jeszcze czy na pewno są martwi.
Ayako przechodzi przez balustradę i chwyta się gzymsu. Wisi jakieś 4 metry nad ziemią. Mimo wysokości puszcza się i gładko ląduje. Podchodzi do mnie spokojnym krokiem. Najwyraźniej nie słyszała o zbliżającym się niebezpieczeństwie.
- Musimy się stąd zmywać. – rzucam cicho. Przechodzą mnie dreszcze. Coś się zbliża. Trzeba się jak najszybciej ulotnić.
- Spokojnie. Najpierw pokaż ten swój nieszczęsny bok. – Ayako nie zamierza odpuścić. Kręcę głową.
- Nie, Ayako. Posłuchaj, prawdopodobnie za chwilę… - zaczynam, ale dziewczyna nasłuchuje czegoś. Również milknę. Po chwili, oprócz naszych oddechów, słyszę zbliżające się kroki. Dziewczyna marszczy brwi.
- Kto… - zaczyna ale milknie kiedy zauważa moją minę. Po raz pierwszy od mojej pierwszej misji okazuję jakiekolwiek uczucia. Na mojej twarzy maluje się przerażenie, a usta zamarły, niezdolne do wypowiedzenia czegokolwiek. Drżę. Nie tylko ze strachu, udziela mi się zimno i ból. Ayako reaguje szybciej niż ja. Łapie mnie na za rękę i ciągnie przed siebie. Biegniemy ile sił w nogach i wypadamy z magazynu.
Korytarz zdaje się ciągnąc w nieskończoność. Liczne rzędy identycznych drzwi. Kiedy słyszymy w oddali okrzyk, Ayako wpada do najbliższego pomieszczenia. Rozgląda się szybko, a ujrzawszy szafkę, popycha mnie w jej stronę. Nie tylko mi nieśpieszno do walki. Zamykamy się od środka i obserwujemy przebieg sytuacji przez szparki.
Serce wali mi jak szalone. Staramy się oddychać jak najciszej, ale obydwie dyszymy. Rzucamy sobie ukradkowe spojrzenia. Ayako kiwa mi tylko nieznacznie głową. Możemy jedynie modlić się by nas nie znaleźli.  
Po kilku minutach, trwających nieskończenie długo, drzwi pokoju otwierają się na oścież. Wstrzymujemy oddech. W drzwiach stoi 2 facetów na oko w wieku 30 lat. Wchodzą i rozglądają się po pokoju. Po chwili dołącza do nich jeszcze jeden, znacznie młodszy. Będzie kilka lat ode mnie starszy. Może w wieku Ryutaro.
- I co, są tutaj? – rzuca i też wchodzi do pokoju. Faceci nie odpowiadają. Młodszy rzuca spojrzenie na naszą szafkę. Lodowata dłoń ściska mi serce. Chłopak chce już ją otworzyć kiedy pojawia się jeszcze jeden.
Ma może 25 lat. Wysoki, umięśniony, o bezlitosnym wzroku. Z miejsca zauważam podobieństwo do tamtego dilera, Takamine.
- Ryuji! Nie cackaj się! – rzuca z oburzeniem do najmłodszego. Chłopak wzdryga się i odchodzi od szafki. Z trudem powstrzymuję się by nie westchnąć.
- Takahide, Takahiro! Ruchy! – warczy na swoich podwładnych. Mężczyźni wzdrygają się, ale od razu ruszają dalej. W nikłym świetle widzę, że są tego samego wzrostu, a ich rude włosy falują. Wyglądają na bliźniaków. 
Kiedy faceci znikają, Ryuji wyłamuje sobie palce.
- Nie tak ostro, Shigeo-san. – śmieje się.
- Dla ciebie, Taichi-danna. Nie pozwalaj sobie, nie płacę ci za to. – warczy.
- Ej, Taichi-san. Ty mi nie płacisz. Jedynie dowodzisz dzisiejszą misją. A kasę rozdziela Igarashi-sama. – chłopak obniża głos i uśmiecha się złowieszczo. Mimo iż jest młodszy, drobniejszy i niższy od dowódcy jest w nim coś niepokojącego. Shigeo, chociaż patrzy się na niego z góry, odchrząkuje.
- Pośpieszmy się, może ci z Kaminari gdzieś tu są. – mówi tylko. Ryuji wzrusza tylko ramionami i rusza ku drzwiom. A kiedy oni mają już wyjść, odwraca się na ułamek sekundy i posyła mi kpiące spojrzenie.
Serce mi zamiera. Zapominam jak się oddycha. Ayako trzepie mnie w ramię. Budzę się z głębokiego szoku.
Czyli wiedział, że tu jesteśmy. Tylko dlaczego nic nie powiedział?
Po kilkudziesięciu sekundach, dziewczyna otwiera po cichu szafkę. Nic nie mówimy, ale kiedy napotykamy swój wzrok, wiemy jaki mamy plan. Kierujemy się tak szybko do wyjścia jak się da.
Ayako wychyla się zza drzwi. Na korytarzu nikogo nie ma. Ruszamy w sprincie w stronę magazynu. Kiedy jesteśmy na zakręcie, słyszymy za sobą okrzyk. Zobaczyli nas.
- Cholera. – klnie cicho Ayako, przyśpieszając biegu. Jest niesamowicie szybka, mimo niezbyt szczupłej budowy i niskiego wzrostu.
Wypadamy przez praktycznie wyważone przeze mnie drzwi na zewnątrz. Mimo iż uderza w nas przenikające zimno, ulewny deszcz i szaleńczy wiatr, nie zatrzymujemy się ani na chwilę. Wysuwam się na prowadzenie. Znam świetnie okolicę i wiem gdzie można się skryć.
Zimny deszcz zmywa z nas pot i krew. Chłód przenika moje ciało, ale równocześnie orzeźwia. Jest dużo lepiej niż gdyby miałoby 30 stopni. Woda lejąca się strumieniami z nieba, ogranicza widoczność, która tylko dodatkowo nas maskuje. Znam okolicę więc dla nas nie będzie problemu. Oby ci z Jishin nie znali dróg. Poza tym nikogo nie zdziwi widok dwóch dziewczyn wiejących przed deszczem.
Kiedy na niebie rozbłyska piorun, Ayako siarczyście klnie.
- Że też musi walić piorunami! Jakby nie mogło się przejaśnić!
- Dobrze, że leje. – śmieje się. – Mamy przecież pioruny po swojej stronie, czyż nie? – uśmiecham się, nawiązując do znaczenia nazwy naszej organizacji. Ayako nie odpowiada, tylko szeroko się uśmiecha, a jej twarz rozjaśnia piorun.
***
- No gdzieście byli? Przegapiliście najlepsze! – wdycha jeden z chłopaków. Jest całkowicie przemoczony. Ma 15 lat, miodowe, kręcone włosy i bursztynowe oczy. Przez mokrą kurtkę ma przepasaną pochwę z mieczem.
- Weź się zamknij, Satoru. – mruczy dziewczyna, ale siada obok niego. Wyciąga z torby puszkę Pepsi. – Trzymaj. Nawet nie wiesz jaka w sklepie była kolejka. – śmieje się.
Dziewczyna ma 16 lat i kręcone, pofarbowane na turkusowy odcień włosy. Oczy błyszczą się na ten sam bursztynowy odcień co chłopaka. To jedyne podobieństwo zewnętrzne do brata. Ma zadarty nos i wydatne usta. Dosiada się do nich jeszcze 18-latek, o brązowej szopie włosów i czarnych oczach. Ma ciemniejszą karnację, ale jest niższy od tej dwójki.
- Nie przesadzaj, Suzuko-chan – upomina dziewczynę.
- Nie przesadzam, Matsuki-kun. Było tyyyle ludzi! Że też wam się zachciało fast-foodów! – śmieje się. Patrzy się budynek fabryki. – To co nas ominęło?
- Do środka wbili ci z Jishinu! – chłopak uśmiecha się z błyskiem w oku.
- Ktoś znajomy? – pyta Matsuki. Przysiadł się do kumpli i otworzył batonika. Przysmak od razu staje się mokry od nieprzerwanego deszczu.
- Widziałem bliźniaków Weasleyów i chyba tyle jeśli chodzi o ‘bliższych’ znajomych… - zastanawia się Satoru wymieniając przezwisko rodzeństwa.
- Walić znajomych! – wykrzykuje Suzuko, z chipsami w ustach. – Co się działo? Ogarnęli, że zaciupali im dilerów?
- Suzuko-chan! Wyrażaj się trochę… - Matsuki znowu chce zwrócić uwagę dziewczynie jednak ona nie reaguje. Już dawno nie rozmawiała ‘’jak na damę przystało’’. – Eh… Z resztą nie ważne…
- No ogarnęli. Ten szefuńcio w ogóle darł się jak jakiś cwel. No a po kilku minutach wyleciały te z Kaminari…
- Ły? Kobitki?
- Num. Mówię ci, siostra, na oko to wczesna gimbaza. Coś jak my kiedy dołączaliśmy! – Satoru gestykuluje rękoma. Również porzucił kulturalny sposób mówienia. – Nie wierzę, że Weasleyowie dali zwiać dwóm dziewczyneczkom! – chłopak śmieje się z członków Jishin razem z siostrą, a Matsuki kręci tylko głową.
- Satoru-kun, te ‘dziewczyneczki’ zabiły 4 dorosłych facetów…
- No wiem, wiem… W końcu są z Kaminari, co nie? – uśmiecha się.
Matsuki ponownie kręci głową. Wszyscy milkną i wracają do obserwacji. Misja z pozoru dość nudna, mieli po prostu w cholernie deszczowy dzień namierzyć ludzi z Jishin i miejsce z narkotykami, a wywiązała się z tego niezła afera, z udziałem Kaminari, które jeszcze ma napięte stosunki z organizacją z Shibuyi.
- Serizawa-sama będzie raczej zadowolony z naszego raportu. – stwierdza Satoru obserwując wychodzących z budynku mężczyzn.
- Daj spokój. Od dawna nie działo się nic ciekawego. Wszyscy siebie unikają, a tu proszę! Jishin bawi się w kotka i myszkę z Kaminari. – dodaje Suzuko kiedy faceci kierują się w stronę parku.
- Tak… A Hariken najwyraźniej w tej akcji został psem. – kwituje Matsuki. Podnosi się i zbiera potrzebne rzeczy. Może to nie było rozkazem, ale wszyscy chcą podążyć za tamtymi.
- Oj, Matsuki-kun! – Suzuko przeciąga końcówki. Dziewczyna ukrywa włosy pod kapturem. – Wyraziłbyś się bardziej poetycko, a nie…
- A przepraszam. – Matsuki uśmiecha się w udawany sposób. – No bo ty jesteś specjalistką od poetyckiej wymowy, co?
- Nie wypominaj mi, durniu, mojego sposobu gadania! – Dziewczyna wyrywa bratu półpełną puszkę i bierze zamach na kolegę. Czarnooki uchyla się, a puszka leci kilkadziesiąt metrów dalej. Satoru robi zbolałą minę.
- Siostraaaa! – wyciąga bezradnie ręce w stronę dziewczyny, ale ona już oddala się w kierunku parku. Opuszcza ze zrezygnowaniem głowę, a Matsuki tylko kręci głową.
- Dobra, Satoru. Chodźmy nim ich zgubimy.
Chłopak prostuje się, nagle przestając się martwic o swój napój. Uśmiecha się przebiegle i gładzi się po brodzie. Matsuki łapie się za skroń.
- Proszę cię… - mówi zmęczonym głosem. – Pobawisz się w knucie potem. Teraz. Jedynie. Obserwujemy. Rozwój. Sytuacji. Nie. Walczymy. Jasne?
- Tak, tak! – usłyszał w odpowiedzi. Satoru śmieje się i biegnie za siostrą. Matsuki wzdycha i kręci głową. Schyla się i sięga po swoją pochwę z mieczem, uśmiechając się pod nosem i kierując się w stronę rodzeństwa.
_____________________________________________________________________

Witam :D
To już 8 rozdział. Nie wierzę, że dałam radę tyle napisać. Obecnie to chyba najbardziej rozbudowana historia jaką stworzyłam. Jak widzicie pojawiło się dużo nowych postaci: 4 z Jishinu (5 jeśli liczyć szefa) no i 3 z Harikenu :D
Akcja będzie ciągnąc się jeszcze przez rozdział bądź dwa >.< Co z tego, że była tworzona na całkowitym spontanie :D
Ogólnie, to chciałabym życzyć wam dużo zdrowia i szczęścia z okazji Świąt Wielkanocnych. Smacznego Jajka i Mokrego Dyngusa! 

Do przeczytania <3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz