Rozdział 9
Decyzja
Biegłyśmy przez park na przełaj. Nasz pot mieszał
się z przeszywającym na wskroś deszczem. Przemoczone ciuchy ciążyły i
utrudniały nam ruchy. Coraz ciężej było podnosić nogi, dodatkowo obciążone
traperami. Dochodziło południe ale nic nie wskazywało, że spomiędzy chmur
wysunie się słońce. Chłodne powietrze przyprawiało mnie o dreszcze mimo wysiłku
jaki wkładałam w bieg.
Uciekamy już od prawie godziny. Nawet nie wiemy czy
nas gonią, jednak obie jesteśmy w zbyt głębokim szoku by cokolwiek do nas
docierało. Prowadzę, doskonale znając otoczenie, a Ayako biegnie niestrudzenie
tuż za mną. Dziewczyna w ogóle nie kwestionuje drogi, jedynie szczęka zębami z
zimna.
Kiedy zbiegamy z pokaźnego pagórka, grunt ucieka mi
spod nóg. Nie łapię równowagi i zsuwam się na plecach na sam dół. Oddycham
ciężko i nie podnoszę się z mokrej ziemi. Po chwili przyjaciółka ląduje koło
mnie. Zamykam oczy i usiłuję uspokoić oddech. Chwytam łapczywie powietrze, a
mięśnie pulsują po prawie godzinnym sprincie. Napływ adrenaliny powoli się zmniejsza,
a ja zaczynam odczuwać wszystkie utrudnienia: mokre ciuchy, ciężkie buty,
mięśnie, zimno i zraniony prawy bok. Ból rozchodzi się po całym tułowiu. Łapię
się za niego i choć jestem przemarznięta, czuję gorącą skórę.
- Chwila… przerwy… proszę… - sapie obok mnie Ayako.
Przewiązuje na szybko warkocza, wyciskając z niego wodę jak ze szmatki.
Kiwam tylko twierdząco głową. Zaciskam zęby i
podciągam koszulkę. Zdarta skóra ma średnicę co najmniej 10 centymetrów, a
wokół tworzy się siniak, już w kilku miejscach fioletowy. Kiedy deszcz obmywa
ranę, wydaję z siebie westchnienie ulgi. Opadam na ziemię i zamykam oczy.
- Źle to wygląda… - mruczy Ayako. Nie wiem czy mówi
o naszej sytuacji czy o mojej ranie. Tak czy siak, i to, i to jest nieciekawe.
- Musimy iść dalej… - stwierdzam słabo. Jestem
wycieńczona, adrenalina całkowicie mnie opuściła. – Weź sprawdź czy nas gonią…
Ayako kiwa głową i oddala się na kilka metrów.
Wychyla się zza pagórka ostrożnie i obserwuje. Stoi tak kilka sekund po czym
wzdryga się. Nim zdąży zerwać się do biegu, powoli wstaję na nogi. Po minie
dziewczyny wiem, że są bardzo blisko. Za blisko.
- Dasz radę biec? – Ayako łapie mnie za rękę i
ciągnie przed siebie. Potwierdzam skinieniem głowy i biegnę za przyjaciółką.
Choć ból rozchodzi się na prawie całe ciało, zmuszam się by stawiać stopy przed
siebie.
Gdy wybiegamy z parku, znowu obieram prowadzenie.
Kieruję nasze kroki w stronę dworca. Wystarczy, że pojedziemy pierwszym lepszym
pociągiem przed siebie i wysiądziemy na najszybszym przystanku.
Zdaję sobie sprawę ze swojej słabości. Ostatnio cały
czas myślę jedynie o zemście, a teraz padam ze zmęczenia, jedynie uciekając od
walki. Być może ktoś z nich zabił moich rodziców. Muszę wrócić i ich zabić.
Potrząsam głową, przerażona po części własną rządzą
krwi. Wiem, że nie mogę zostawić Ayako lub zaciągnąć ją do walki. Nie zdąży
wyrobić sobie wystarczającego dystansu by strzelać z łuku, a w sparingu jest
bardzo kiepska. Zresztą ja też nie jestem specem od szermierki. A ich przewaga
liczebna nie zachęca do ryzykowania.
Choć wszystkie te powody powinny wybić mi to z
głowy, nadal jakiś głos każe mi się zatrzymać. Wziąć zamach. Niech leje się ich
krew. Deszcz krwi. Niech leżą martwi. Zemścić się. Zabić ich. Zabić.
- Ichigo? – przez wiatr i strugi deszczu słyszę
swoje imię. Zatrzymuję się i odwracam. Ayako stoi kilka metrów za mną, z
przerażonym wyrazem twarzy. Patrzy mi się prosto w oczy.
- Co ty robisz? Musimy uciekać. – mówię szorstko.
- Nie możesz… Tak po prostu z nimi walczyć… -
zaczyna dziewczyna. Dopiero wtedy dociera do mnie fakt, że myślałam ostatnie
rzeczy na głos.
- Ayako… - zaczynam, ale ciągnie dalej.
- Jeśli któreś z was wda się w bójkę i zginie nie
trzeba będzie mieć lepszego powodu do wypowiedzenia wojny… Nie możesz…
Nie może skończyć, bo zza zakrętu wybiega grupka
mężczyzn. Czuję napływ adrenaliny i mimowolnie powoli, złowieszczo się
uśmiecham. Chcę sięgnąć przez ramię by wyciągnąć miecz, ale Ayako mnie szarpie.
Zataczam się, biegnąc za nią. Mocno trzyma mnie za nadgarstek i ciągnie przed
siebie. Posyłam jej zaskoczone spojrzenie.
- Nie możesz zginąć tak po prostu, Ichigo… - kończy
bardzo cicho swoje wcześniejsze zdanie. Ledwo rozróżniam słowa, dlatego nie
wiem czy mi się to wydawało. Mimo wszystko nie odzywam się już i biegnę o
własnych siłach.
Nadal kierujemy się na peron, mimo iż Jishin depcze
nam po piętach. Jeśli choć trochę zwolnimy dopadną nas. Ta myśl dodaje mi
trochę sił, chociaż zadaję sobie sprawę, że po części wszystko mi jedno.
Straciłam rodzinę, dom, życie. Zostałam całkowicie sama i jeszcze do tego staję
się powoli potworem, rządnym krwi. Nie powiem, że nie boję się śmierci. Tylko
ona nic nie zmieni, poza faktem, że nikt nie pomści moich rodziców.
Jeśli natomiast chodzi o Ayako, sprawa przedstawia
się inaczej. Bez niej życie jej rodziny całkowicie się posypie. Kocha ich całym
sercem, najbardziej na świecie, więc ma prosty powód by choć trochę troszczyć
się o własne.
Wybucham śmiechem i skręcam na bardziej ruchliwą
ulicę. Kątem oka dostrzegam trójkę nastolatków siedzących na murku i
obserwujących pościg. Wyglądają podejrzanie, ale nie obchodzi mnie to.
- Ichigo? – Ayako posyła mi pełne niepokoju
spojrzenie. Od dłuższego czasu patrzy się na mnie w ten sposób. Kręcę głową i
śmieję się dalej.
W książkach, w takiej sytuacji, to osoba, która nie
ma nic do stracenia, zostaje i zatrzymuje wroga na tyle ile zdoła by umrzeć
jako bohater. A reszta ludzi ucieka i żyją dalej. Czyli wychodzi na to, że mam się poświęcić.
To tak przewidywalne, że przyprawia mnie o napady śmiechu. Patrzę się w ciemne,
zachmurzone niebo i nie wiem czy po moich policzkach spływa tylko deszcz.
- Mam pomysł… - zaczynam beznamiętnie, choć głos
trochę mi się łamie.
- Nawet o tym nie myśl, idiotko. – odpiera od razu
Ayako, a ja się śmieję i wypowiadam niedosłyszalnie ‘dziękuję’. Dobiegamy do
starszej zabudowy miasta, a mi w głowie świta pewna myśl. Skręcamy pomiędzy
kamieniczkami, tworząc zygzak. Ayako ma zdezorientowaną minę. W końcu dobiegamy
do zamkniętego przejścia, ale płynnie przechodzimy przez siatkę. Ruszamy dalej
przed siebie aż wybiegamy na zatłoczoną ulicę pełną sklepików i barów.
Zatrzymujemy się za jakąś wycieczką, w zaciemnionym zaułku.
- Jesteś genialna. – Ayako kiwa z uznaniem głową. –
Znasz to miasto, więc będą szukać dobrego przejścia. Nie przejdą przez tą
siatkę co my. A tu poza tym jest masa ludzi.
- Nie miałam pojęcia, że jest tu taka ulica. – mówię
zgodnie z prawdą. – Równie dobrze mogłyśmy trafić na totalnie ślepą uliczkę.
- Jednak jesteś idiotką. – dziewczyna uderza się w
czoło otwartą dłonią. – To co robimy teraz? – pyta, a ja wzruszam ramionami. W
sklepie naprzeciwko stoi 3 nastolatków, których chyba widziałam wcześniej. Mają
na sobie coś co kojarzę, jednak zdenerwowany wzrok Ayako odwraca od nich moją
uwagę.
- Raczej się nie odwalą? – moje pytanie ma charakter
retoryczny. – Może zadzwonisz po posiłki? – podsuwam beznamiętnie. Równie
dobrze mogłabym rzucić się na przeciwników.
Dziewczyna prycha z irytacją i wybiera numer szefa.
Relacjonuje szybko i cicho naszą sytuację, a ja obserwuję otoczenie.
***
- Dobra, tylko nie panikujcie. – rzuca do słuchawki
na samym początku. Od samego początku rozmowy chodzi w kółko po pokoju. –
Dajcie mi moment.
- Fumiya-san? – Omitsu obserwuje go podejrzliwym
wzrokiem, kiedy jednak on obdarza ją kwaśną miną, wydusza z siebie ciche
przekleństwo.
- Pragnę nadmienić iż nasza ‘Święta Trójca’ jest w
Setagayi… - odchrząkuje Hiroki. Mężczyzna podniósł głowę znad sterty papierów.
Blond włosy okalały mu twarz, lekko maskując paskudną bliznę.
- Poinformuję ich o zmianie planów. – odpiera od
razu Mikuru i sięga po komórkę. – Jeszcze tylko mi powiedz gdzie one są
dokładnie. – prosi.
- Słyszysz, Kasahara? Gdzie jesteście? – mężczyzna
rzuca niecierpliwie do słuchawki. Słucha uważnie adresu i podaje go kobiecie,
która zapisawszy go na kartce dzwoni do ‘’Świętej Trójcy’’.
- Meiji-san? – Mikuru wpatruje się w adres,
marszcząc brwi. Z jej jasnobrązowego koka zaczęły wysuwać się pojedyncze
kosmyki. – Mamy małą zmianę planów. A co mnie obchodzi, że oni są ulicę dalej!?
Mamy nieciekawą sytuację w Setagayi. – kobieta relacjonuje szczegółowo
wydarzenia, na końcu tylko upewniając się ile zajmie im dotarcie na miejsce.
- Kasahara, żyjecie jeszcze? – pyta Fumiya, z lekkim
niepokojem w głosie. – Cieszę się, że masz siłę pyskować. Jun, Koichi i Meiji
będą za jakieś 10 minut. Postarajcie się nie zmieniać lokacji. I broń Boże, nie
walczcie, jasne?
- Co tu takie zamieszanie? – Daiki podnosi głowę ze
stołu. Najstarszy członek Kaminari od rana sączył spokojnie alkohol na fotelu,
niczym się nie zajmując. Atmosfera stała się tak gęsta, że wyrwała go z
pijackiego upojenia.
Szef skrzyżował ręce na piersi, marszcząc brwi. Był
zestresowany, zmęczony, zmartwiony i na dodatek wściekły. Przez ostatnie
miesiące sytuacja z Jishin tylko się pogarszała, a dzisiejsza sytuacja prawie
na pewno doprowadzi do walki. Ścisnął swojego kucyka i zaczął krążyć po pokoju.
Wszyscy, włącznie z Hirokim, który nie mógł skupić się na papierkowej robocie,
obserwowali go uważnie.
- Fumiya-san? – Omitsu wyciągnęła rękę w stronę
dowódcy. Martwiła się o niego od dłuższego czasu, a stale pogłębiające się
worki pod oczami oraz blady wygląd nie uspokajały jej. Położyła delikatnie rękę
na ramieniu przyjaciela, ale ten ją strącił. – Fumiya-san?
Zignorował ją i ruszył w stronę dużej szafy.
Otworzył ją zamaszyście, chwilę rozglądając się po jej zasobach i sięgnął po
okurzoną pochwę z mieczem. Trzymał broń chwilę w dłoniach, wspominając stare
czasy. Kuranosuke, Shuuko, Arata. Zacisnął dłonie w pięści.
- Omitsu. – wypowiedział jej imię chłodno, na co ona
się wzdrygnęła. – Nie idziesz na tą misję. Dzisiaj. – dodał, słysząc, że chce
zaprzeczyć. – Poszefujesz, pani zastępco. Ja muszę wyjść. – oznajmia i nim
ktokolwiek zdąży zareagować, bezceremonialnie wychodzi.
Dowództwo patrzy się po sobie. Dzień zapowiadał się
jak każdy inny. Mikuru opada na fotel i rozpuszcza swoje długie włosy. Hiroki
przeciera twarz ręką, mamrocząc coś niekulturalnego. Omitsu kontaktuje się
wzrokowo ze strategiczką, warczy coś w efekcie frustracji i wychodzi za Fumiyą,
trzaskając drzwiami.
- Fiu, fiu! – kwituje Daiki i upija spory łyk whisky
z gwintu.
Omitsu idzie w stronę wyjścia tak szybko jak może,
jednak nie biegnąc. Dłonie ma zwinięte w pięści tak mocno, że bieleją jej
knykcie. Przez jej falowane, rozpuszczone włosy przebijała się siwizna, a jej
ciemnoczekoladowe oczy błyskały groźnie. Ludzie szybko schodzili jej z drogi.
Swojego starego przyjaciela dorwała na chodniku
prowadzącym do wyjścia z ich terenu. Szedł spokojnym krokiem, mimo iż wszystkie
mięśnie miał spięte i gotowe do walki. Stanęła kilka metrów za nim, a
położywszy ręce na biodrach powiedziała tak strasznie jak umiała:
- So-to-mu-ra-san… - przeciągnęła każdą sylabę jego
nazwiska, tak jak kiedy po raz pierwszy jej siostra przyprowadziła go do domu.
Dowódca wzdrygnął się, przypominając sobie tą ‘’sympatyczną’’ sytuację i
odwrócił się.
- Posłuchaj mnie, Omitsu-chan… - zaczął już
spokojniej. Uśmiechnął się smutno, lekko rozjaśniając bladą twarz. Jego ciemne,
długie włosy i czarne jak węgiel oczy dawały wyraźny kontrast od jego
trupiobladej twarzy. Na czole porobiły mu się zmarszczki. Wyglądał jak bardzo
zapracowany ojciec.
Omitsu westchnęła głęboko i pokręciła głową.
Opuściła ją, zamknąwszy wcześniej oczy, czując, że łzy się zbliżają. Przełknęła
je tylko i podeszła do starego przyjaciela, uśmiechając się tak szczerze jak
tylko teraz potrafiła.
- Omitsu… - Fumiya wypowiedział jej imię czule i
zmierzwił jej włosy. Wyglądało to jak kiedyś.
- Ne, Fumiya… - zaczęła kobieta, podnosząc na niego
wzrok. – Co ty masz zamiar zrobić, co? Idioto?
- Eh… - westchnął, słysząc stary sposób gadania
przyjaciółki. Kiedy byli dużo młodsi, zawsze dodawała na koniec zdań wyzwisko
jeśli kierowała je do niego. – Wypowiedzieć wojnę – oznajmił poważnie. Przez
jej twarz przebiegło przerażenie.
- Ale Fumiya… - zaczęła, ale jej głos się załamał.
Zacisnęła zęby i powtórzyła. – Ale Fumiya, nie możesz dać się sprowokować.
Wojna, to to, czego oni oczekują.
- No to będą ją mieli. – mężczyzna patrzy się gdzieś
w dal, obojętniejąc.
- Czy już zapomniałeś koszmar sprzed 11 lat? –
zapytała cicho. On się wzdrygnął, więc ciągnęła dalej. – Straciliśmy wtedy
Pierwszego. Nie możesz…
- Mogę. – przerywa jej chłodno. – Właśnie, że mogę,
Omitsu. Bo ja tu jestem szefem. –
dodaje, patrząc jej prosto w oczy. Po policzku kobiety spływa pojedyncza łza,
ale z jej ciemnych oczu emanuje wściekłość.
- Arata nie mianował cię dowódcą byś postępował w
ten sposób! – wykrzykuje. – Doskonale wiesz jak bardzo odbiła się na nim wojna
a Akumu! Wiesz, jak bardzo się troszczył o Kaminari! Nie możesz tak po prostu
wypowiedzieć kolejnej wojny! Nawet jeśli chodzi o Jishin! Nawet jeśli to oni go
zabili! – Omitsu krzyczy kolejne zdania, a po twarzy ciekną jej łzy
bezsilności. Widziała to w jego oczach. Z tym wzrokiem nie przekona go do
zmiany zdania.
- Proszę… - mówi jeszcze cicho na koniec. Mężczyzna
zdaje się tego nie słyszeć i gładzi ją po głowie.
- Muszę iść, Omitsu. Głowa do góry, damy radę. –
rzuca jeszcze przez ramię i wychodzi z ich terenu. Skręca w stronę dworca.
Kobieta patrzy się za nim, aż nie zniknie z pola
widzenia. Przestała już płakać, a na miejscu frustracji została jedynie
wszechogarniająca pustka. Wzięła głęboki wdech. Bolało ją serce, miała
wrażenie, że już go straciła. Kolejną ważną osobę.
- Od kiedy nie żyjesz, on jest nie sobą,
siostrzyczko. – szepcze cicho, podnosząc głowę. Na niebie zaczęły gromadzić się
czarne chmury, zwiastujące pewne przyjście deszczu. – Wybacz, ale tylko ty
byłaś w stanie powstrzymać go przed robieniem głupot. – jej twarz wykrzywia
ból, ale stara się uśmiechnąć. Patrzy się w niebo, szukając jakiegokolwiek
znaku od swojej starszej siostry. Kiedy nic się nie dzieje, odwraca się jedynie
i powoli kieruje w stronę Kaminari.
***
Ryutaro krząta się po swoim gabinecie. Wala się tu
sterta papierów, przyrządów oraz leków, które powinny mieć swoje miejsce. Od
ostatniego czasu ma urwanie głowy. Co chwila ktoś jest ranny, co chwila trzeba
kogoś szyć. Napięta sytuacja z Jishin też nie działa na niego krzepiąco,
jedynie pogłębia jego obawy. A na dodatek Ichigo zachowuje się jak nie ona,
Tsuneari nie kontaktuje się z nikim, a stan Seizo cały czas jest niestabilny.
Opiera się o biurko, zmęczony tym wszystkim. W
takich chwilach najbardziej odczuwalny jest brak starego dowódcy. Chłopak
wzdycha głęboko i podnosi oczy na przybyłą osobę.
- Jeśli to tylko draśnięcie to nic… - zaczyna, ale
nie wyczuwa, żadnej krwi. Skupia się bardziej na przybyłej postaci, a kiedy
rozpoznaję zastępczynię dowódcy, rozszerza oczy ze zdziwienia, prostując się
jednocześnie.
- Spokojnie, Ryutaro… - kobieta macha na niego ręką.
Chłopak od razu zauważa, że jest spięta. Patrzy się na boki, porusza się
nieswojo. W jej oczach kryje się coś co zwiastuje kłopoty. – Mógłbyś ze mną
zapalić?
Chłopak patrzy się najpierw na przełożoną zdziwiony.
Mimo iż w świetle prawa jest niepełnoletni, to zdarzało mu się napić czy
zapalić, choć niezbyt często z tego korzystał. Zazwyczaj patrzył z degustacją
jak Omitsu, Mikuru i Daiki zakładają się kto więcej wypije. Hiroki i Fumiya
zachowywali powagę.
- Proszę? – Dodaje jeszcze kobieta, wyciągając zza
pleców paczkę jakichś drogich papierosów. Ryutaro rzuca jeszcze spojrzenie na
cały bałagan.
- Z przyjemnością. – mówi, chcąc jedynie wyrwać się
z tego całego bagna choć na moment.
Po kilku minutach siedzą na dachu skrzydła
szpitalnego. Nogi zwisają im swobodnie kilkanaście metrów nad ziemią, a jeden
zły ruch i któreś z nich rozpłaszczy się tam na dole. Omitsu podaje mu
papierosa, a sama zapala swojego. Trzyma go w zębach i patrzy się beznamiętnie
w przestrzeń. Ryutaro powstrzymuje się by nie westchnąć.
- To jak źle? – pyta w końcu, wydmuchując dym przez
nos.
- Atakują naszych w Setagayi, no i wysłaliśmy tam ‘’Świętą Trójcę.’’
- Rozumiem. – odpowiada tylko, strzepując na sam dół
popiół.
- No i Fumiya poszedł do szefa Jishinu wypowiedzieć
im wojnę.
- To było tylko kwestią czasu, Adachi. – zwraca się
do kobiety po nazwisku, pomimo tego, że zna ją już od 11 lat. Jego głos jest
spokojny, nie przejawia ani krzty zdziwienia. Choć chłopak jest dopiero
nastolatkiem, zachowuje się odpowiedzialniej niż niejeden dorosły. – Wiedziałaś
to tak samo dobrze jak ja, i każdy kto był w organizacji przynajmniej za
szefowania Araty.
Kobieta milczy i zapala kolejnego papierosa. Tym
razem zaciąga się dymem i wypuszcza kółka. Cała masa wspomnień napływa przed
jej oczy, nie dając jej chwili wytchnienia. Chłopaka, który siedzi obok niej
zna już od bardzo długiego czasu. Od prawie kilkunastu lat patrzy jak dorasta.
Wzdycha smutno.
- Z tym wszystkim… - zaczyna, urywając na moment.
Ryutaro posyła jej zaciekawione spojrzenie. – To całkiem długa historia, co? –
uśmiecha się smutno. Lekarz wzdycha, nic nie odpowiedziawszy.
Kobieta pochyla się do tyłu i przeciąga.
- Czasem tak się zastanawiam… Do jakiego momentu chciałabym
się cofnąć…
- To i tak bezsensowne… - prycha w odpowiedzi
chłopak. – Nie zmienimy przeszłości, a przyszłość jest zmienna. Jedynie możemy
ingerować w teraźniejszości.
- Ne, Ryutaro… A ty gdzie byś się cofnął? – rzuca,
ignorując stwierdzenie chłopaka. Chciałaby czasem zobaczyć jeszcze tego
beztroskiego chłopczyka, którego Kuranosuke przyprowadził. Który musiał tak
szybko dorosnąć.
Lekarz milczy. Jego wzrok się rozmywa, kiedy
wspomina przeszłość. Kobieta czeka cicho na jego odpowiedź, choć wcale jej się
nie spodziewa. Chłopak w końcu wzdycha i uśmiecha się smutno. Oczy ma zamglone,
ale szybko je przeciera. Na ustach nadal gości mu ciepły, nostalgiczny uśmiech.
- Do momentu kiedy moja siostra odchodziła. – mówi spokojnym
głosem. – Żebym mógł ją zawołać, zatrzymać. Zrobić cokolwiek. – czuje narastającą
gulę w gardle. Przed oczami staje mu widok jego odchodzącej 13-letniej siostry.
– To jest ta jedyna rzecz, której nigdy sobie nie wybaczę. – kończy łamiącym
się głosem. W oczach stają mu łzy, choć zawzięcie z nimi walczy.
Omitsu uśmiecha się czule. Podnosi niespokojnie dłoń
i gładzi młodego przyjaciela po włosach. Obdarza go ciepłym, siostrzanym
spojrzeniem. Chłopak prycha i pozwala pojedynczej łzie spłynąć po policzku.
- Od kiedy pamiętam, Ryu… - zaczyna, ale jej ton ją
dziwi. Jest taki spokojny, skłaniający do refleksji. Taki jaki zawsze chciała osiągnąć.
– Zawsze nie zwierzałeś się ze swoich problemów… Emocjonalnie. – ciągnie dalej.
Młody Ishimura słucha ją uważnie, a ona sama zastanawia się czy w końcu
dojrzała do tego by tak mówić. – Opowiadałeś swoją historię, ale w taki sposób,
że nikt się o ciebie nie martwił. Twoja osobowość sprawia, że ludzie się ciebie
radzą, zdradzają tajemnice. Mimowolnie zostałeś ‘psychologiem’. Obarczamy cię
bardzo dużym ciężarem, prawda? – rzuca pytanie retoryczne, gładząc jego jasno-orzechowe
włosy. W końcu czuje impuls i przytula go. – Wybacz, Ryu. Naprawdę. To my
jesteśmy dorośli, to ty powinieneś nas się radzić. Ale nie martw się. Teraz to
my… - chce skończyć, ale urywa nie wiedząc o co zapewnić.
Chłopak posyła jej pytające spojrzenie, pełne troski
i zrozumienia. Kobieta widząc to kręci głową, mocniej go przytulając. Znowu
widzi w nich to co on powinien widzieć w oczach starszych.
- Wiesz, Adachi – szepcze chłopak. – Boję się wojny.
Walki. Znowu będą ginąc ważni dla mnie ludzie.
Omitsu chce w pierwszym odruchu przytaknąć, jednak
wie, że jako starsza musi okazać hart ducha. Choć na myśl przeżycia takiego
samego koszmaru jak 11 lat temu odbiera jej dech, zdolność logicznego myślenia,
zaciska zęby i stara się jak najspokojniej uciszyć obawy młodego przyjaciela.
- Nie martw się. Nie pozwolę na to. – po wypowiedzeniu
tych słów czuje napływ energii. Choć to tylko słowa, są one w całkowitą prawdą.
Puszcza z duszącego uścisku Ryutaro i zaciska pięści, rzucając poważne, groźne
spojrzenie w stronę odległego Jishinu. – Nie mam zamiaru pozwolić by ludzie dla
mnie ważni umierali. Znowu.
Milczą przez chwilę. Czarne chmury zaczynają się gęstnieć
zwiastując burzę. Mimo iż dochodzi południe, miasto spowijają wieczorne
ciemności. Wyraz twarzy Omitsu w końcu łagodnieje, a ona sama posyła
pokrzepiający uśmiech przybitemu z lekka nastolatkowi. Chłopak może sprawia
wrażenie smutnego, jednak w głębi duszy jest mu lżej po podzieleniu się obawami
z kimś. Dziękuje w duchu kobiecie za jej zrozumienie, wynikające po części z
doświadczenia.
- Wiesz, Adachi… Czasem zastanawiam dlaczego tak
dobrze mnie rozumiesz. I teraz chyba wiem… - kobieta nie odpowiada, więc lekarz
ciągnie dalej. – Oboje straciliśmy nasze starsze siostry, co?
- Tak… - z jej ust wydobywa się westchnienie.
Pierwsze krople spadają na ziemię. Ryutaro podnosi się, rzucając przeciągłe,
badawcze spojrzenie przyjaciółce. Deszcz nasila się z każdą sekundą.
- Nie siedź tu za długo. – radzi tylko i znika w
budynku.
Omitsu nic za nim nie mówi. Patrzy się w niebo,
szukając jakiegoś przebłysku. Krople obmywają jej twarz, pozorując płacz, na
który nie mogła sobie teraz pozwolić. Zbyt wiele się dzieje, by mogła okazać słabość.
Wzdycha głęboko i sięga do wewnętrznej kieszeni kurtki po lewej stronie. Od
dłuższego czasu nosi oprawione w folijkę stare zdjęcie.
Obserwuje postacie znajdujące się na fotografii. 25
letniego niebieskookiego mężczyznę o białych jak śnieg włosach. Gołym okiem widać
zadziorność w jego uśmiechu oraz porażającą inteligencję w oczach. Obok niego
stoi para starych przyjaciół z jednej klasy. Jeden o orzechowych włosach i
oczach, drugi ma płowe włosy i mahoniowe oczy. Na rękach ma dziary i ogólnie
wygląda na typowego gangstera. Na fotografii znajduje się jeszcze młody
mężczyzna o czarnych oczach, równie inteligentnych jak jego trochę starszego
przyjaciela. Nosi zapuszczone długie, czarne włosy związane w kucyka. Obejmuje
piękną dziewczynę o na wskroś przenikających, prawie czarnych oczach i kasztanowych,
krótkich włosach. A na samym środku stoi najmłodsza dziewczyna o podobnej
urodzie, z jedyną różnicą dotyczącą długości włosów. Jej sięgają aż do pasa.
Patrzy prosto w obiektyw, wyzywającym wzrokiem. Takim samym jak dzisiaj.
- Nie zmieniłam się zbytnio, co? – mruczy do siebie,
tęskniąc za swoimi długimi włosami. – Arata, Kuranosuke, Daiki, Fumiya i ty,
moja siostro, Shuuko… Jeśli miałabym wybierać, przeniosłabym się właśnie do
momentu, w którym zrobiliśmy to zdjęcie… 11 lat temu… - wzdycha jeszcze i
posyła spojrzenie ku niebu. Zwykły symbol tego, że wierzy, że jej siostra ją
obserwuje. Chowając zdjęcie, patrzy w stronę, w którą poszedł Fumiya.
- Proszę cię, idioto, wróć w całości. Nie zostawiaj
naszego składu jako tylko mnie i Daikiego. Proszę. – wypowiada te słowa cicho,
przeklinając siebie, że nie powiedziała ich wcześniej. – Idioto. – dodaje,
prychając i kierując się do środka.
___________________________________________________________________
Witajcie!
Jak widzicie szybko z wami się spotykam ponownie. Ostatnio miałam natchnienie więc przedstawiam wam nowy rozdział. Jak widzicie ogólna akcja w Setagayi nie rozwinęła się zbytnio, wybaczcie. Musiałam wpleść moment kiedy Fumiya odchodzi z wypowiedzeniem wojny i przedstawić jego bliską relację z Omitsu. A potem poczułam potrzebę napisania szczerej rozmowy Ryu z Omitsu. No i zeszło na cały rozdział >.<
Obiecuję, że w 10 rozdziale będzie już 'akcja' jako taka. Mam nadzieję, że ze mną wytrwacie :)
Przepraszam też za wszelkie błędy, dodaję go szybko i edytować będę po napływie weny :D
Pozdrawiam :*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz