17 października 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 28 ~ Cicha Noc

Rozdział 28

Cicha Noc
      Idziemy w czwórkę korytarzem, a Tsu kieruje nas do dowództwa. Najwyraźniej nic ważnego się nie stało, jeśli nie popędził od razu zdać raport. Całe szczęście.
      Rozglądam się po organizacji. Wszędzie pałętają się ludzie, śląc pozdrowienia w stronę chłopaka, a on odpowiada im uśmiechem. Wszyscy coś robią – noszą prezenty, pudła, gotują coś bądź sprzątają. W ten jeden, jedyny magiczny tydzień w roku są porządki w Kaminari. Nigdy nie było tu tak czysto i… przytulnie. Nawet obskurne ściany, z zaciekami i odchodzącą farbą nabrały kolorów, a w pęknięciach szyb nie ma hodowli roztoczy.
      Odwracam od tego wszystkiego wzrok. Wszystko to przywołuje wspomnienia, które przynoszą ból. Nie sądziłam, że aż tak sentymentalnie do tego podejdziemy.
      - Co ty w ogóle zamierzasz zrobić, Tsu? – zapytał Taki, gdy brązowowłosy stanął przed drzwiami biura, starając się opanować mimikę twarzy.
      Tsuneari popatrzył się na niego jakby był jakiś niekumaty.
      - Wejście Smoka, rzecz jasna – odparł, robiąc krok do tyłu.
      - No nie… - mruknęła jeszcze Ayako, zakrywając twarz dłonią. 
      Chłopak kopnął drzwi, prawie urywając je z zawiasów i wpadł do środka w bojowej pozycji.   Wyrzucił ramię do przodu, wskazując w przestrzeń.
      - Zgadnijcie kto…! Ej, czemu tu nikogo nie ma? – urwał swój okrzyk w połowie, wracając do normalnej pozycji.
      Zajrzałam do środka. W zagraconym pomieszczeniu walały się wszędzie papiery i butelki po alkoholu, lecz nawet o karnisz przewieszone były zielono-czerwone łańcuchy. W pokoju siedział tylko Fumiya, pisząc coś enigmatycznie i podpierając głową na dłoni. Podniósł na nas znudzone oczy.
      - Mają urlop świąteczny – powiedział Fumiya, wstając. Podszedł do Tsu i uściskawszy mu rękę, poczochrał go po głowie. – Dobrze cię w końcu widzieć.
     - W końcu? – obruszył się. – A kto mnie posłał na tą bezsensowną misję?
     - Już się tak nie irytuj… - westchnął czarnowłosy. – Co z raportem?
     W ust chłopaka wydobył się jęk.
      - Oj, Sotomura-san… Święta są…
      - Właśnie! – poparliśmy chórem, nie chcą tracić przyjaciela. 
      Mężczyzna tylko machnął na nas dłonią, dając spokój i powlókł się ponownie do biurka. Siadł apatycznie przy nim, patrząc się pusto w kartkę. Walną głową w biurko i zaczął skrobać coś w aktach na ślepo.
      - Tylko niech się pan nie przepracowuje! – zawołała jeszcze Ayako przez ramię, gdy wychodziliśmy.
      Zza zamykanych drzwi dosłyszeliśmy jęk, na co zareagowaliśmy wybuchem śmiechu. Jedynie Tsu się tak niemrawo śmiał. W końcu odwrócił od nas wzrok, patrząc się z konsternacją przez okno.
      - Coś się stało? – spytałam, gdy Taki z Ayako zaczęli o czymś dyskutować, zanosząc się salwami śmiechu.
      - Bo wiesz… Fumiya ma straszne cienie pod oczami… I ogólnie taki bledszy i chudszy się wydaje… - mruknął. Zastanowiłam się przez chwilę, przywołując obraz szefa, ale nie mogłam sobie przypomnieć jakiś wielkich zmian.
      - Czy ja wiem…? Po prostu dużo się dzieje… - wzruszyłam ramionami, również spoglądając przez okno. Śnieg wirował w powietrzu, a mróz tworzył fikuśne wzroki na szybie.
      - Wiesz, może wy tego nie zauważacie, ale mnie nie było kilka miesięcy, więc widzę… - westchnął i przeczesał włosy dłonią, po czym spojrzał na mnie intensywnie. – A ty?
     - Co ja?
     - Wydaje mi się, że posmutniałaś jak weszliśmy. 
     Milczałam przez chwilę, przygryzając wargę. W końcu zdobyłam się na posłanie mu uśmiechu.
     - Wydaje ci się – zaśmiałam się.
     Chłopak popatrzył się na mnie z powątpiewaniem, ale nie dopytywał się, nadal idąc w stronę kuchni. Gdy odwrócił się ode mnie, kąciki ust znów opadły, jakbym nie miała siły utrzymać ich ku górze, mimo że szczęście mnie przepełniało gdy wiedziałam, że Tsuneari idzie obok mnie. Cały i zdrowy.
     Ayako i Taki odłączyli się od nas, nawet nie zauważając, że minęli kuchnię. Popatrzyliśmy się po sobie, porozumiewając chytrze wzrokiem, po czym wybuchliśmy śmiechem. Tsuneari już miał mnie przepuścić w drzwiach gdy zastygł, rozciągając usta w przebiegłym uśmiechu.
      - Uwaga, Ichi… Robię replay. Riplej, riplej… - cofnął się i powtórzył swoje Wejście Smoka. – Zgadnijcie kto wrócił! – zakrzyknął, wpadając do środka.
     Weszłam za nim, ale nim zdążyłam się zorientować kto jest w środku, drgnęłam na wrzask Omitsu.
      - ZAMKNIJ SIĘ, TSU! – krzyknęła kobieta nawet się do nas nie odwracając. Przebierała niestrudzenie ubijaczką w misce.
      Ogółem w kuchni stały 3 osoby – Omitsu, Daiki i Ryu. Mężczyźni na dźwięk imienia chłopaka popatrzyli się po sobie ze zdziwieniem i odwrócili się do nas, by przyjrzeć się brązowowłosemu. Obaj mieli na sobie fartuszki w pierniczki, na głowie czapki kucharskie, a twarze mieli w mące.
Stłumiłam śmiech, zerkając na Tsuneariego. Na widok jego miny zbitego szczeniaczka parsknęłam, chwytając się za brzuch.
      - Tsu? – powtórzyli, uśmiechając się. Kobieta zastygła, podniosła głową i również się odwróciła. Oczy jej się rozszerzyły ze zdziwienia.
     - Tsuneari? – powtórzyła za swoimi pomocnikami. Chłopak skrzyżował ramiona i na żart żachnął się.
     - Tsa dzięki. – mruknął, ale kąciki ust mu drgały.
     - Tsu! – wykrzyknęła Omistu, podbiegając by uściskać chłopaka. Młodzian odwzajemnił to ze śmiechem. – Znowu urosłeś!
     - Nie gadaj jak moja babcia, Omitsu.
     - Ty nie masz babci.
     - Dziękuję, że mi o tym przypomniałaś. – parsknął.
     Omistu machnęła na pomocników by również zrobili sobie przerwę na co westchnęli z ulgą. Ryu wymienił z przyjacielem męski uścisk, a Daiki uścisnął mu dłoń. Zaczęli ze sobą gadać o tych ‘’męskich sprawach’’ a ja z zastępczynią podeszłam z powrotem do kuchni.
     - W ogóle to Mako i Meiji dotarli z tymi zakupami? – spytałam ostrożnie.
     - Dotarli. – zaśmiała się brązowowłosa, wlewając ciasto do formy. – Ale posłałam ich po nowe. – dodała, a widząc moją minę uśmiechnęła się krzepiąco. – Ale nie zadręczaj się. Meiji i może trochę główkuje, lecz kucharza nie da się oszukać.
    - Lubi pani gotować?
    - Oj daj spokój z tą panią. Święta są. – poklepała mnie po ramionach. – I tak, uwielbiam. Moja   siostra… Nigdy tego nie umiała, choć nikt nie spodziewał się po mnie akurat takiej umiejętności – uśmiechnęła się smutno, wracając myślami do przeszłości.
     Nastawiłam jednym ruchem piekarnik, a drugim równie wprawnym wsunęłam formę do pieca. Omitsu pokiwała z zadowoleniem głową.
     - Widzę, że nie tylko ja dam radę wyżywić tą bandę darmozjadów.
     - Zawsze piekłam z mamą. – powiedziałam. – Mogę pomóc.
     - Ratujesz mi życie. A reszcie kubki smakowe. – powiedziała dość głośno, by chłopaki zareagowali.
     - Ej! My z Daikim się staramy! – zawołał Ryutaro.
     - Akurat chodziło mi tylko o ciebie! – odkrzyknęła kobieta, a zastępca zdusił śmiech, podchodząc do nas ponownie. Ryutaro stanął obok mnie, mamrocząc coś o tym, że ma lepsze rzeczy do roboty, ale po chwili posłał mi uśmiech.
    Tsuneari stanął za nami, za bardzo nie wiedząc co może zrobić. Gdy chciał coś upichcić, Omitsu bardzo delikatnie zabrała mu naczynia z rąk. Potem podkręcił gaz na kuchence, na co kobieta rzuciła się, ochraniając kuchenkę jak własne dziecko.
     - A kysz, ty piromanie! – mruknęła do niego.
     Tsuneari wydał z siebie jedynie ‘’phi’’ i nie zdążył nic dodać. W tle rozległo się głośne ‘łubu-dubu’. Popatrzyliśmy po sobie.
      - Co do… - zaczęłam, ale oczy wszystkich roziskrzyły się radośnie.
      Spojrzałam pytająco na Tsu. Nie doczekałam się odpowiedzi – chłopak chwycił mnie za rękę, ciągnąc za sobą i zmuszając do biegu. Wypuściłam z dłoni miskę z mąką, która z brzękiem spadła na ziemię, rozsypując dookoła mąkę. Nawet na korytarzu usłyszałam przekleństwo Omitsu.
       - Przepraszam! – krzyknął Tsu, nadal mnie ciągnąc. Nie opierałam się. – Szybciej, Ichigo!
       - Ale co się…
       - Jak się nie pośpieszymy to ozdobią ją bez nas! – odpowiedział, praktycznie wpadając do jednej z większych sal. 
       To akurat była imitacja salonu. Ściany obite w połowie drewnem, w połowie spalone i przemalowane na czerwono, poplamiony dywan, mahoniowe regały pełne książek, stoliki na kawę i masa foteli oraz kanap. Teraz gromadziło się tu kilkanaście osób, stojących między pudłami.
        A w rogu pokoju stała wielka, żywa choinka.
        - Łoo, jaka wielka w tym roku! – zawołał Tsu, a w jego głosie dało się usłyszeć dziecięcą radość. Uśmiechnęłam się lekko, czując, że powoli robi mi się słabo. 
       Wszystko było takie bolesne.
        Choinkę przywiązywały w sumie trzy osoby – Jun, Koichi i Suzuki, którzy najpewniej ją tutaj przytaszczyli. Tylko oni mogli narobić tyle hałasu. Wokół siebie dostrzegłam bliźniaczki – Miyako i Miyoko, Natsu, Kotaro, a pod samą choinką Ayako i Takiego. Czyli tutaj się zawieruszyli.
        Każdy chwytał jakieś pudełko – jak się teraz okazało z ozdobami na choinkę, chcąc przyozdobić jak największą część choinki. Bawiło mnie to – zapewne nawet nie rozumieli religijnego znaczenia tych świąt, a mimo to przeżywali je tak jak każdy chrześcijanin.
       Nie wzięłam żadnego pudełka, głównie dlatego, że atmosfera mnie przytłoczyła, a gwar rozmów przypominał mi moje rodzinne święta. Rok temu nie przypuszczałam, że tamte będą moimi ostatnimi z rodzicami.
       Tsuneari zauważył, że stoję wyizolowana w kącie, więc podał mi jedno ze swoich malutkich pudełek. Chciał coś powiedzieć, ale ktoś go zaczepił, odciągając ode mnie, zupełnie nieświadom naszej milczącej rozmowy.
        Nim się obejrzałam, zapadłam w trans, oglądając jak przyjaciele przyzdabiają drzewko.  Bliźniaczki obkręciły wokół choinki światełka i łańcuchy, a wokół nich kręcili się Natsu i Suzuki, zawieszając bombki. Dostrzegłam nawet Ryu, który stając na palcach zawieszał ozdoby, konkurując z Tsu, kto zawiesi wyżej. Oczywiście Święta Trójca, która pojawiła się ponownie w komplecie wygrała wszystko robiąc potrójną ludzką wieżę.
       Ale musieli spaść, co wywołało salwy śmiechu.
       - Kto ma gwiazdę? – zawołał na sam koniec Kotaro. Po pokoju przeszedł szmer, a każdy zaczął przerzucać pudełka, szukając najważniejszego elementu.
       Po chwili poczułam pacnięcie w ramię i Tsu wskazał mi moje pudełko. Z ociąganiem do niego zajrzałam. W granatowych oczach odbiło się coś na kształt złotego piorunu. Zapatrzyłam się na ozdobę, więc kiedy chłopak wskazał na mnie, wzdrygnęłam się.
       - Ichi ma gwiazdę!
       Popchnął mnie do przodu, a ja niepewnie podeszłam do choinki. Choć wokół otaczały mnie roześmiane twarze przyjaciół, czułam, że nie powinnam tego zrobić. Że nie mogę tego zrobić.
       - Wszyscy są? – zawołał Meiji, składając ręce w tubę. Przeszedł potakujący szmer, choć i tak wiedziałam, że na pewno nie ma jednej osoby.
        Tokaji.
        Koichi podsadził mnie, a Jun postawił mnie sobie na barkach, stojąc na taborecie. Zachwiałam się i obejrzałam do tyłu. Zgromadziło się więcej osób, nawet sekcja kucharska oraz dowództwo. Fumiya opierał się o framugę drzwi. Gdy napotkał mój niepewny wzrok, podniósł kciuk do góry.
         Dobra, Ichigo. Weź się w garść. To tylko gwiazda.
         Pewnym ruchem wetknęłam ozdobę na sam czubek choinki.
         Po chwili poczułam, że lecę. Spadłam prosto w ramiona Tsuneariego, który śmiejąc się, postawił mnie na ziemi. Rozległy się wiwaty, oklaski, gwizdy, a nawet szaleńcze wrzaski. Wszyscy tak szczerze się cieszyli, że aż mnie zatkało.
         Chciałam wtedy z wszystkimi się śmiać i cieszyć, przeczuwając, że to może być pierwszy i ostatni raz w tym składzie. Ale w tamtej chwili mogłam tylko się rozpłakać.
***
      - Tu jesteś. – powiedział cicho. 
      Odwróciłam się gwałtownie, przecierając oczy dłonią. Pociągnęłam nosem, patrząc się na niego uważnie. Stał niepewnie w drzwiach, chowając ręce w kieszeniach. Garbił się lekko,  unikając mojego wzroku, jakby nie wiedział czy powinien podchodzić.
      Westchnęłam tylko, odwracając się z powrotem.
      - Skąd wiedziałeś? – spytałam. Podszedł do mnie, przysiadając obok mnie.
      - Po prostu wiedziałem. – odparł, zapatrując się w horyzont.
      Mroźne powietrze smagało nam policzki, co jakiś czas przechodził mnie dreszcz. Siedziałam na dachu już od kilkunastu minut w samym sweterku. Tsuneari też wcale lepiej się nie ubrał – miał na sobie tylko tą nieśmiertelną, granatową koszulę.
      - Przeziębisz się – stwierdziłam. Wzruszył tylko ramionami, nadal milcząc.
      Przetarłam jeszcze raz oczy ręką.
      - Przepraszam. – powiedział.
      - Za co? – nie wiedziałam o co mu chodzi.
      - Mogłem pomyśleć…
      - Przestań. – przerwałam mu, mrużąc groźnie oczy. – To tylko przez… - mój głos złagodniał, a wzrok się rozmył. – Przez tą atmosferę. Wszystko tak bardzo przypomina mi… rodziców… - przełknęłam ciężko ślinę, zaciskając mocno oczy.
      - Byli religijni? – spytał Tsuneari.
      - Nie, ale święta były u nas tradycją… Nie w sensie religijnym, ale dla samego bycia w rodzinnym gronie… - uśmiechnęłam się lekko na ciepłe wspomnienia, a nim zdążyłam powstrzymać łzy, spłynęły po policzkach. – Przepraszam… - mruknęłam, ocierając je szybko.
      - Nie przepraszaj. Jeśli ci smutno to płacz. To pomaga… - stwierdził, ale ja potrząsnęłam głową. Muszę być silna. Uśmiechnął się delikatnie. – Zmieniłaś się. Jesteś silniejsza.
      - O to mi chodziło – odpowiedziałam, patrząc mu w oczy.
      Chłopak przerwał po kilku chwilach kontakt, wstając. Balansował teraz na gzymsie, ale każdy jego ruch był płynny i wyćwiczony. Patrzyłam się na niego, a moje serce powoli ogarniał spokój.
       - Nie wiem jak cię pocieszyć… - zaczął. – Nigdy nie miałem rodziców, a święta zacząłem obchodzić dopiero tutaj. – obrócił się na pięcie,  nim zdążyłam o cokolwiek spytać. – Ale jeśli mogę coś ci poradzić, to… Święta są po to by się nimi cieszyć. Nie zadręczaj się wspomnieniami. Czy tego chcemy czy nie, Kaminari jest teraz naszym domem. A oni – tu machnął ręką, zakreślając okrąg. – są naszą rodziną. – uśmiechnął się ciepło, podając mi rękę.
       Patrzyłam się na nią przez chwilę, czując wielki ból. Ale wiedziałam, że muszę się z nim pogodzić. I po prostu żyć dalej. Teraz ta organizacja morderców jest moją nową rodziną. Dla niego jest to jedyna rodzina jaką dane było mu dotychczas poznać. Wiele osób zaznało tu więcej ciepła niż z tą ‘prawdziwą’ rodziną.
       Co za paradoks.
       - Dziękuje, Tsu – powiedziałam, wstając. Odegnałam na razie ponure myśli, patrząc się na teraz organizacji. Ludzie biegali w tę i we tę, przystrajając drzewka świecidełkami czy rzucając się śnieżkami. Przy bramie zamajaczyła mi się czarnowłosa postać.
       - Nie ma za co – odparł, uśmiechając się. – Chodźmy z tego dachu.
       Kiwnęłam głową, dając się ściągnąć z gzymsu.
       Uśmiechnęłam się pod nosem. On zawsze pojawiał się w najbardziej odpowiednich momentach.
***
       Ludzie krzątali się wszędzie. Kończyłam z Ryu gotować barszcz z uszkami. Byliśmy ubrani bardziej odświętnie, jednak efekt psuły fartuszki.
      - Czuję się jak w Masterchefie – zaśmiał się lekarz. – ‘’Macie 2 godziny na wykarmienie 50 żołnieży’’ – imitował głos prowadzących.
      - Ciszej, bo Omitsu cię usłyszy – zaśmiałam się. – Mamy więcej czasu. Nie ma jeszcze pierwszej gwiazdki, a wszystko dogotuje się jak będziemy dzielić się opłatkiem.
      - Widzę tryskasz optymizmem.
      - No a jak.
      Wróciliśmy do gotowania. W tle słychać było kolędy i krzątaninę. W końcu jednak usłyszeliśmy wesoły, dziecięcy okrzyk: ,,Jest!’’. Zrzuciliśmy fartuchu i przeszliśmy do jadalni.
      Wszystkie stoły były ze sobą złączone, część jedzenia została już podana. Członkowie Kaminari gromadzili się przy oknach, pokazując sobie ze śmiechem gwiazdkę, która zabłysła wysoko na nocnym niebie.
      Otoczył mnie gwar rozmów. Słyszałam dziesiątki ciepłych życzeń, dźwięk łamanego opłatka. Przy stole nic nie ucichło, dopóki Fumiya uroczyście zastukał łyżeczką w kieliszek. Stanął na fotelu by każdy mógł go zobaczyć i usłyszeć.
      - Miło widzieć was tu po raz jedenasty z rzędu oraz witać po raz trzeci – zaczął elegancko. – Wiem, że dzielenie się opłatkiem i życzenia już były, ale chciałbym jeszcze raz, nim zaczniemy jeść i otwierać prezenty, pożyczyć wam wszystkiego co najlepsze. Wesołych świąt! – zawołał, uderzając się pięścią w serce i salutując do nas lewą dłonią.
      Wstaliśmy, powtórzyliśmy gest i zaczęliśmy klaskać. Ayako siedząca po mojej prawej, szczerzyła się, a Tsu siedzący po mojej lewej zagwizdał głośno. Rodzinna atmosfera rozlała się w środku mnie, a ja momentalnie zapomniałam o wszystkich problemach, chociaż na krótką chwilę.
       Po uroczystej wieczerzy, jak dzieci, zabójcy rzucili się na prezenty. Teraz w ogóle nie posądziłabym ich o tak potworne czyny, jakich dopuszczali się w każdy inny dzień roku. Wszyscy mieli podpisany prezent, do którego przyjaciele wrzucali drobny upominek.
       Usiedliśmy w piątkę przy kominku – ja, Tsuneari, Ryutaro, Ayako i Taki. Tokaji zaszył się gdzieś, ale nikt jakoś nie odczuwał braku jego chłodnej osobowości. Oprócz mnie.
       Zagwizdałam cicho, gdy otworzyłam swoje pudełko. Znalazłam nową katanę od Ayako i Takiego, apteczkę od Ryutaro, sztylet z wygrawerowaną rękojeścią od dowództwa, nowy telefon od Świętej Trójcy, Mako, bliźniaczek oraz Suzukiego i Natsu. Jednak moją uwagę najbardziej przykuł zapakowany szczelnie wisiorek o Tsu.
       A gdy go otworzyłam, całkowicie zaniemówiłam.
       - Kurde, myślałem, że ci się spodoba… - zaczął, nie widząc żadnej oznaki radości na mojej oszołomionej twarzy.
       To była dokładnie ta sama ‘truskawka’, na którą patrzyłam w Akihabarze. 
       Skąd on wiedział?
       - Jest piękna. – wydusiłam, zakładając ją sobie na szyję. – Dziękuję.
       Tsu zaśmiał się, zmieszany. Lekko poczerwieniał.
       Czas płynął nieubłaganie. Po kilku godzinach, gdy dobiegała powoli północ, wszyscy powoli wychodzili na zewnątrz. Przyjaciele zostawili mnie samą w sali, wracając się po kurtki. Oprócz mnie było tu jeszcze może pięć osób.
       Zamyślona, nie zauważyłam jak podszedł do mnie Tokaji.
       - Ichigo… - wypowiedział moje imię szeptem, ale i tak podskoczyłam.
       - Tokaji… - spojrzałam na niego ze złością. – Gdzieś ty był?
      - Nie lubię tego świątecznego badziewia. – warknął na mnie. Zmroziłam go wzrokiem. – Masz. – wepchnął mi w dłonie pudełko i odszedł, gwiżdżąc.
      Zacisnęłam dłoń w pięść. Nie rozumiałam o co mu chodzi. Ostatnio nie był taki wredni dla mnie. Zaczął zachowywać się tak jak na samym początku, gdy dopiero co dołączyłam.
      Mimo złości, otworzyłam prezent. Nie rozumiałam co on chciał mi podarować, że musiał zrobić to osobiście. W środku ujrzałam odwróconą, zakurzoną ramkę. Wzięłam ją ostrożnie w dłonie, nawet nie podejrzewając, co może być na drugiej stronie.
      Gdy patrzę się na zdjęcie, przestaję funkcjonować. Ramię zaczyna mi drżeć, a obraz zamazuje się. Na chwilę wyostrza się, gdy na ramkę spadają dwie krople, a potem widok znów przysłaniają mi łzy.
      Ze zdjęcia śmieją się do mnie 3 twarze: ja i moi rodzice. 
      Czuję, że za chwilę się załamię. Że moje kolana ugną się pod ciężarem życia, że płuca przestaną chcieć oddychać. Że serce przestanie mi pracować.
      Przyciskam zdjęcie do serca, zagryzając do krwi wargę, by tylko bardziej się nie rozpłakać. Chwytam łapczywie powietrze, przed oczami zaczynają pojawiać się czarne plamy.
      Nie możesz dawać mi takich rzeczy i po prostu sobie iść.
      Tokaji, ty idioto.
       Dziękuję.
***
       Na zewnątrz mimo chłodu, odczuwam ciepło. Śnieg zalega na każdym centymetrze powietrza, nadając organizacji nietypowego klimatu. Na największym świerku zawieszone są niebiesko-białe światełka, oświetlające nas delikatnie. Pod choinką stoi Mikuru przy keyboardzie, Hiroki z gitarą oraz Kotaro z basem.
       Siedzimy razem na pieńku – Ryutaro, Tsuneari, ja, Ayako, Taki i (o dziwo) Tokaji. Za nami, na stole ogrodowym siedzą Meiji, Koichi, Jun, Mako oraz Miyako i Miyoko. Wszyscy gdzieś w kole znajdują sobie miejsca.
       A już po chwili do moich uszu dobiegają łagodne nuty.
       - Cicha noc, święta noc – melodyjny głos Mikuru rozpoczyna kolędowanie, a w drugim wersie już wszyscy się włączają. 
Pokój niesie ludziom wszem,
  A u żłóbka Matka święta,
  Czuwa sama, uśmiechnięta…
      Kiwamy się w takty kolędy, a mi ze wzruszenia chce się płakać. Uczucia jakie teraz odczuwam są nie do opisania. Ta radość, szczęście… Wszyscy wokół stali się w tak krótkim czasie moją rodziną, której nie chcę za nic stracić.
     Teraz rozumiem dlaczego akurat nas uważają za najdziwniejszą organizację w Japonii. I dlaczego za najsilniejszą.
       - Hashire sori yo,
       Kaze no you ni… - zaczyna Hiroki, a ja parskam krótko śmiechem, nie wierząc, że akurat on zaczął ‘’Jingle Bells’’.
        - Yuki no naka wo, karuku hayaku! – wyje stolik za nami, a my usiłujemy ich prześpiewać.
        - WARAIGOE WO YUKI NI MAKEBA!!! – jestem pewna, że fałsze Tsuneariego było słychać. Omitsu ze śmiechem pstryknęła nam zdjęcie.
         Czas upływał nam świątecznie aż do czwartej nad ranem, gdy niestety Fumiya musiał zarządzić koniec Wigilii, po drobnym cynku od naszej wtyczki w policji. Rozeszliśmy się do pokoi smutni, chociaż wiedzieliśmy, że zostały nam jeszcze 2 dni świąt.
         Nigdy nie przypuszczałabym, że moje najwspanialsze święta spędzę w organizacji morderców. I nigdy nie pomyślałabym, że będą one pierwsze i ostatnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz