Rozdział 28
Cicha Noc
Idziemy
w czwórkę korytarzem, a Tsu kieruje nas do dowództwa. Najwyraźniej nic ważnego
się nie stało, jeśli nie popędził od razu zdać raport. Całe szczęście.
Rozglądam
się po organizacji. Wszędzie pałętają się ludzie, śląc pozdrowienia w stronę
chłopaka, a on odpowiada im uśmiechem. Wszyscy coś robią – noszą prezenty,
pudła, gotują coś bądź sprzątają. W ten jeden, jedyny magiczny tydzień w roku
są porządki w Kaminari. Nigdy nie było tu tak czysto i… przytulnie. Nawet obskurne
ściany, z zaciekami i odchodzącą farbą nabrały kolorów, a w pęknięciach szyb
nie ma hodowli roztoczy.
Odwracam
od tego wszystkiego wzrok. Wszystko to przywołuje wspomnienia, które przynoszą
ból. Nie sądziłam, że aż tak sentymentalnie do tego podejdziemy.
-
Co ty w ogóle zamierzasz zrobić, Tsu? – zapytał Taki, gdy brązowowłosy stanął
przed drzwiami biura, starając się opanować mimikę twarzy.
Tsuneari
popatrzył się na niego jakby był jakiś niekumaty.
-
Wejście Smoka, rzecz jasna – odparł, robiąc krok do tyłu.
-
No nie… - mruknęła jeszcze Ayako, zakrywając twarz dłonią.
Chłopak
kopnął drzwi, prawie urywając je z zawiasów i wpadł do środka w bojowej
pozycji. Wyrzucił ramię do przodu, wskazując w przestrzeń.
-
Zgadnijcie kto…! Ej, czemu tu nikogo nie ma? – urwał swój okrzyk w połowie,
wracając do normalnej pozycji.
Zajrzałam
do środka. W zagraconym pomieszczeniu walały się wszędzie papiery i butelki po
alkoholu, lecz nawet o karnisz przewieszone były zielono-czerwone łańcuchy. W
pokoju siedział tylko Fumiya, pisząc coś enigmatycznie i podpierając głową na
dłoni. Podniósł na nas znudzone oczy.
-
Mają urlop świąteczny – powiedział Fumiya, wstając. Podszedł do Tsu i
uściskawszy mu rękę, poczochrał go po głowie. – Dobrze cię w końcu widzieć.
- W
końcu? – obruszył się. – A kto mnie posłał na tą bezsensowną misję?
-
Już się tak nie irytuj… - westchnął czarnowłosy. – Co z raportem?
W
ust chłopaka wydobył się jęk.
-
Oj, Sotomura-san… Święta są…
-
Właśnie! – poparliśmy chórem, nie chcą tracić przyjaciela.
Mężczyzna
tylko machnął na nas dłonią, dając spokój i powlókł się ponownie do biurka.
Siadł apatycznie przy nim, patrząc się pusto w kartkę. Walną głową w biurko i
zaczął skrobać coś w aktach na ślepo.
-
Tylko niech się pan nie przepracowuje! – zawołała jeszcze Ayako przez ramię,
gdy wychodziliśmy.
Zza
zamykanych drzwi dosłyszeliśmy jęk, na co zareagowaliśmy wybuchem śmiechu.
Jedynie Tsu się tak niemrawo śmiał. W końcu odwrócił od nas wzrok, patrząc się
z konsternacją przez okno.
-
Coś się stało? – spytałam, gdy Taki z Ayako zaczęli o czymś dyskutować,
zanosząc się salwami śmiechu.
-
Bo wiesz… Fumiya ma straszne cienie pod oczami… I ogólnie taki bledszy i
chudszy się wydaje… - mruknął. Zastanowiłam się przez chwilę, przywołując obraz
szefa, ale nie mogłam sobie przypomnieć jakiś wielkich zmian.
-
Czy ja wiem…? Po prostu dużo się dzieje… - wzruszyłam ramionami, również
spoglądając przez okno. Śnieg wirował w powietrzu, a mróz tworzył fikuśne
wzroki na szybie.
-
Wiesz, może wy tego nie zauważacie, ale mnie nie było kilka miesięcy, więc
widzę… - westchnął i przeczesał włosy dłonią, po czym spojrzał na mnie
intensywnie. – A ty?
-
Co ja?
-
Wydaje mi się, że posmutniałaś jak weszliśmy.
Milczałam
przez chwilę, przygryzając wargę. W końcu zdobyłam się na posłanie mu uśmiechu.
-
Wydaje ci się – zaśmiałam się.
Chłopak
popatrzył się na mnie z powątpiewaniem, ale nie dopytywał się, nadal idąc w
stronę kuchni. Gdy odwrócił się ode mnie, kąciki ust znów opadły, jakbym nie
miała siły utrzymać ich ku górze, mimo że szczęście mnie przepełniało gdy
wiedziałam, że Tsuneari idzie obok mnie. Cały i zdrowy.
Ayako
i Taki odłączyli się od nas, nawet nie zauważając, że minęli kuchnię.
Popatrzyliśmy się po sobie, porozumiewając chytrze wzrokiem, po czym
wybuchliśmy śmiechem. Tsuneari już miał mnie przepuścić w drzwiach gdy zastygł,
rozciągając usta w przebiegłym uśmiechu.
-
Uwaga, Ichi… Robię replay. Riplej, riplej… - cofnął się i powtórzył swoje
Wejście Smoka. – Zgadnijcie kto wrócił! – zakrzyknął, wpadając do środka.
Weszłam
za nim, ale nim zdążyłam się zorientować kto jest w środku, drgnęłam na wrzask
Omitsu.
-
ZAMKNIJ SIĘ, TSU! – krzyknęła kobieta nawet się do nas nie odwracając.
Przebierała niestrudzenie ubijaczką w misce.
Ogółem
w kuchni stały 3 osoby – Omitsu, Daiki i Ryu. Mężczyźni na dźwięk imienia
chłopaka popatrzyli się po sobie ze zdziwieniem i odwrócili się do nas, by
przyjrzeć się brązowowłosemu. Obaj mieli na sobie fartuszki w pierniczki, na głowie
czapki kucharskie, a twarze mieli w mące.
Stłumiłam
śmiech, zerkając na Tsuneariego. Na widok jego miny zbitego szczeniaczka
parsknęłam, chwytając się za brzuch.
-
Tsu? – powtórzyli, uśmiechając się. Kobieta zastygła, podniosła głową i również
się odwróciła. Oczy jej się rozszerzyły ze zdziwienia.
-
Tsuneari? – powtórzyła za swoimi pomocnikami. Chłopak skrzyżował ramiona i na
żart żachnął się.
-
Tsa dzięki. – mruknął, ale kąciki ust mu drgały.
-
Tsu! – wykrzyknęła Omistu, podbiegając by uściskać chłopaka. Młodzian
odwzajemnił to ze śmiechem. – Znowu urosłeś!
-
Nie gadaj jak moja babcia, Omitsu.
-
Ty nie masz babci.
-
Dziękuję, że mi o tym przypomniałaś. – parsknął.
Omistu
machnęła na pomocników by również zrobili sobie przerwę na co westchnęli z ulgą.
Ryu wymienił z przyjacielem męski uścisk, a Daiki uścisnął mu dłoń. Zaczęli ze
sobą gadać o tych ‘’męskich sprawach’’ a ja z zastępczynią podeszłam z powrotem
do kuchni.
- W
ogóle to Mako i Meiji dotarli z tymi zakupami? – spytałam ostrożnie.
-
Dotarli. – zaśmiała się brązowowłosa, wlewając ciasto do formy. – Ale posłałam
ich po nowe. – dodała, a widząc moją minę uśmiechnęła się krzepiąco. – Ale nie
zadręczaj się. Meiji i może trochę główkuje, lecz kucharza nie da się oszukać.
-
Lubi pani gotować?
- Oj daj spokój z tą panią. Święta są. –
poklepała mnie po ramionach. – I tak, uwielbiam. Moja siostra… Nigdy tego nie
umiała, choć nikt nie spodziewał się po mnie akurat takiej umiejętności –
uśmiechnęła się smutno, wracając myślami do przeszłości.
Nastawiłam
jednym ruchem piekarnik, a drugim równie wprawnym wsunęłam formę do pieca.
Omitsu pokiwała z zadowoleniem głową.
-
Widzę, że nie tylko ja dam radę wyżywić tą bandę darmozjadów.
-
Zawsze piekłam z mamą. – powiedziałam. – Mogę pomóc.
- Ratujesz mi życie. A reszcie kubki smakowe. – powiedziała dość głośno, by
chłopaki zareagowali.
-
Ej! My z Daikim się staramy! – zawołał Ryutaro.
-
Akurat chodziło mi tylko o ciebie! – odkrzyknęła kobieta, a zastępca zdusił
śmiech, podchodząc do nas ponownie. Ryutaro stanął obok mnie, mamrocząc coś o
tym, że ma lepsze rzeczy do roboty, ale po chwili posłał mi uśmiech.
Tsuneari
stanął za nami, za bardzo nie wiedząc co może zrobić. Gdy chciał coś upichcić,
Omitsu bardzo delikatnie zabrała mu naczynia z rąk. Potem podkręcił gaz na
kuchence, na co kobieta rzuciła się, ochraniając kuchenkę jak własne dziecko.
- A
kysz, ty piromanie! – mruknęła do niego.
Tsuneari wydał z siebie jedynie ‘’phi’’ i nie
zdążył nic dodać. W tle rozległo się głośne ‘łubu-dubu’. Popatrzyliśmy po
sobie.
-
Co do… - zaczęłam, ale oczy wszystkich roziskrzyły się radośnie.
Spojrzałam
pytająco na Tsu. Nie doczekałam się odpowiedzi – chłopak chwycił mnie za rękę,
ciągnąc za sobą i zmuszając do biegu. Wypuściłam z dłoni miskę z mąką, która z
brzękiem spadła na ziemię, rozsypując dookoła mąkę. Nawet na korytarzu
usłyszałam przekleństwo Omitsu.
-
Przepraszam! – krzyknął Tsu, nadal mnie ciągnąc. Nie opierałam się. – Szybciej,
Ichigo!
-
Ale co się…
-
Jak się nie pośpieszymy to ozdobią ją bez nas! – odpowiedział, praktycznie
wpadając do jednej z większych sal.
To
akurat była imitacja salonu. Ściany obite w połowie drewnem, w połowie spalone
i przemalowane na czerwono, poplamiony dywan, mahoniowe regały pełne książek,
stoliki na kawę i masa foteli oraz kanap. Teraz gromadziło się tu kilkanaście
osób, stojących między pudłami.
A w
rogu pokoju stała wielka, żywa choinka.
-
Łoo, jaka wielka w tym roku! – zawołał Tsu, a w jego głosie dało się usłyszeć
dziecięcą radość. Uśmiechnęłam się lekko, czując, że powoli robi mi się słabo.
Wszystko
było takie bolesne.
Choinkę
przywiązywały w sumie trzy osoby – Jun, Koichi i Suzuki, którzy najpewniej ją
tutaj przytaszczyli. Tylko oni mogli narobić tyle hałasu. Wokół siebie
dostrzegłam bliźniaczki – Miyako i Miyoko, Natsu, Kotaro, a pod samą choinką
Ayako i Takiego. Czyli tutaj się zawieruszyli.
Każdy
chwytał jakieś pudełko – jak się teraz okazało z ozdobami na choinkę, chcąc
przyozdobić jak największą część choinki. Bawiło mnie to – zapewne nawet nie
rozumieli religijnego znaczenia tych świąt, a mimo to przeżywali je tak jak
każdy chrześcijanin.
Nie
wzięłam żadnego pudełka, głównie dlatego, że atmosfera mnie przytłoczyła, a
gwar rozmów przypominał mi moje rodzinne święta. Rok temu nie przypuszczałam,
że tamte będą moimi ostatnimi z rodzicami.
Tsuneari
zauważył, że stoję wyizolowana w kącie, więc podał mi jedno ze swoich malutkich
pudełek. Chciał coś powiedzieć, ale ktoś go zaczepił, odciągając ode mnie,
zupełnie nieświadom naszej milczącej rozmowy.
Nim
się obejrzałam, zapadłam w trans, oglądając jak przyjaciele przyzdabiają
drzewko. Bliźniaczki obkręciły wokół
choinki światełka i łańcuchy, a wokół nich kręcili się Natsu i Suzuki,
zawieszając bombki. Dostrzegłam nawet Ryu, który stając na palcach zawieszał
ozdoby, konkurując z Tsu, kto zawiesi wyżej. Oczywiście Święta Trójca, która
pojawiła się ponownie w komplecie wygrała wszystko robiąc potrójną ludzką
wieżę.
Ale
musieli spaść, co wywołało salwy śmiechu.
-
Kto ma gwiazdę? – zawołał na sam koniec Kotaro. Po pokoju przeszedł szmer, a
każdy zaczął przerzucać pudełka, szukając najważniejszego elementu.
Po
chwili poczułam pacnięcie w ramię i Tsu wskazał mi moje pudełko. Z ociąganiem do
niego zajrzałam. W granatowych oczach odbiło się coś na kształt złotego
piorunu. Zapatrzyłam się na ozdobę, więc kiedy chłopak wskazał na mnie,
wzdrygnęłam się.
-
Ichi ma gwiazdę!
Popchnął
mnie do przodu, a ja niepewnie podeszłam do choinki. Choć wokół otaczały mnie
roześmiane twarze przyjaciół, czułam, że nie powinnam tego zrobić. Że nie mogę
tego zrobić.
-
Wszyscy są? – zawołał Meiji, składając ręce w tubę. Przeszedł potakujący szmer,
choć i tak wiedziałam, że na pewno nie ma jednej osoby.
Tokaji.
Koichi
podsadził mnie, a Jun postawił mnie sobie na barkach, stojąc na taborecie.
Zachwiałam się i obejrzałam do tyłu. Zgromadziło się więcej osób, nawet sekcja kucharska oraz dowództwo. Fumiya
opierał się o framugę drzwi. Gdy napotkał mój niepewny wzrok, podniósł kciuk do
góry.
Dobra,
Ichigo. Weź się w garść. To tylko gwiazda.
Pewnym
ruchem wetknęłam ozdobę na sam czubek choinki.
Po
chwili poczułam, że lecę. Spadłam prosto w ramiona Tsuneariego, który śmiejąc
się, postawił mnie na ziemi. Rozległy się wiwaty, oklaski, gwizdy, a nawet
szaleńcze wrzaski. Wszyscy tak szczerze się cieszyli, że aż mnie zatkało.
Chciałam
wtedy z wszystkimi się śmiać i cieszyć, przeczuwając, że to może być pierwszy i
ostatni raz w tym składzie. Ale w tamtej chwili mogłam tylko się rozpłakać.
***
-
Tu jesteś. – powiedział cicho.
Odwróciłam
się gwałtownie, przecierając oczy dłonią. Pociągnęłam nosem, patrząc się na
niego uważnie. Stał niepewnie w drzwiach, chowając ręce w kieszeniach. Garbił
się lekko, unikając mojego wzroku, jakby
nie wiedział czy powinien podchodzić.
Westchnęłam
tylko, odwracając się z powrotem.
- Skąd wiedziałeś? – spytałam. Podszedł do mnie, przysiadając obok mnie.
-
Po prostu wiedziałem. – odparł, zapatrując się w horyzont.
Mroźne
powietrze smagało nam policzki, co jakiś czas przechodził mnie dreszcz.
Siedziałam na dachu już od kilkunastu minut w samym sweterku. Tsuneari też
wcale lepiej się nie ubrał – miał na sobie tylko tą nieśmiertelną, granatową
koszulę.
-
Przeziębisz się – stwierdziłam. Wzruszył tylko ramionami, nadal milcząc.
Przetarłam
jeszcze raz oczy ręką.
-
Przepraszam. – powiedział.
-
Za co? – nie wiedziałam o co mu chodzi.
-
Mogłem pomyśleć…
-
Przestań. – przerwałam mu, mrużąc groźnie oczy. – To tylko przez… - mój głos
złagodniał, a wzrok się rozmył. – Przez tą atmosferę. Wszystko tak bardzo
przypomina mi… rodziców… - przełknęłam ciężko ślinę, zaciskając mocno oczy.
-
Byli religijni? – spytał Tsuneari.
- Nie, ale święta były u nas tradycją… Nie w sensie religijnym, ale dla samego
bycia w rodzinnym gronie… - uśmiechnęłam się lekko na ciepłe wspomnienia, a nim
zdążyłam powstrzymać łzy, spłynęły po policzkach. – Przepraszam… - mruknęłam,
ocierając je szybko.
-
Nie przepraszaj. Jeśli ci smutno to płacz. To pomaga… - stwierdził, ale ja
potrząsnęłam głową. Muszę być silna. Uśmiechnął się delikatnie. – Zmieniłaś
się. Jesteś silniejsza.
- O
to mi chodziło – odpowiedziałam, patrząc mu w oczy.
Chłopak
przerwał po kilku chwilach kontakt, wstając. Balansował teraz na gzymsie, ale
każdy jego ruch był płynny i wyćwiczony. Patrzyłam się na niego, a moje serce
powoli ogarniał spokój.
-
Nie wiem jak cię pocieszyć… - zaczął. – Nigdy nie miałem rodziców, a święta
zacząłem obchodzić dopiero tutaj. – obrócił się na pięcie, nim zdążyłam o cokolwiek spytać. – Ale jeśli
mogę coś ci poradzić, to… Święta są po to by się nimi cieszyć. Nie zadręczaj
się wspomnieniami. Czy tego chcemy czy nie, Kaminari jest teraz naszym domem. A
oni – tu machnął ręką, zakreślając okrąg. – są naszą rodziną. – uśmiechnął się
ciepło, podając mi rękę.
Patrzyłam
się na nią przez chwilę, czując wielki ból. Ale wiedziałam, że muszę się z nim
pogodzić. I po prostu żyć dalej. Teraz ta organizacja morderców jest moją nową
rodziną. Dla niego jest to jedyna rodzina jaką dane było mu dotychczas poznać.
Wiele osób zaznało tu więcej ciepła niż z tą ‘prawdziwą’ rodziną.
Co
za paradoks.
-
Dziękuje, Tsu – powiedziałam, wstając. Odegnałam na razie ponure myśli, patrząc
się na teraz organizacji. Ludzie biegali w tę i we tę, przystrajając drzewka
świecidełkami czy rzucając się śnieżkami. Przy bramie zamajaczyła mi się
czarnowłosa postać.
-
Nie ma za co – odparł, uśmiechając się. – Chodźmy z tego dachu.
Kiwnęłam
głową, dając się ściągnąć z gzymsu.
Uśmiechnęłam
się pod nosem. On zawsze pojawiał się w najbardziej odpowiednich momentach.
***
Ludzie
krzątali się wszędzie. Kończyłam z Ryu gotować barszcz z uszkami. Byliśmy
ubrani bardziej odświętnie, jednak efekt psuły fartuszki.
-
Czuję się jak w Masterchefie – zaśmiał się lekarz. – ‘’Macie 2 godziny na
wykarmienie 50 żołnieży’’ – imitował głos prowadzących.
-
Ciszej, bo Omitsu cię usłyszy – zaśmiałam się. – Mamy więcej czasu. Nie ma
jeszcze pierwszej gwiazdki, a wszystko dogotuje się jak będziemy dzielić się
opłatkiem.
-
Widzę tryskasz optymizmem.
-
No a jak.
Wróciliśmy
do gotowania. W tle słychać było kolędy i krzątaninę. W końcu jednak
usłyszeliśmy wesoły, dziecięcy okrzyk: ,,Jest!’’. Zrzuciliśmy fartuchu i
przeszliśmy do jadalni.
Wszystkie
stoły były ze sobą złączone, część jedzenia została już podana. Członkowie
Kaminari gromadzili się przy oknach, pokazując sobie ze śmiechem gwiazdkę,
która zabłysła wysoko na nocnym niebie.
Otoczył
mnie gwar rozmów. Słyszałam dziesiątki ciepłych życzeń, dźwięk łamanego
opłatka. Przy stole nic nie ucichło, dopóki Fumiya uroczyście zastukał łyżeczką
w kieliszek. Stanął na fotelu by każdy mógł go zobaczyć i usłyszeć.
-
Miło widzieć was tu po raz jedenasty z rzędu oraz witać po raz trzeci – zaczął
elegancko. – Wiem, że dzielenie się opłatkiem i życzenia już były, ale
chciałbym jeszcze raz, nim zaczniemy jeść i otwierać prezenty, pożyczyć wam
wszystkiego co najlepsze. Wesołych świąt! – zawołał, uderzając się pięścią w
serce i salutując do nas lewą dłonią.
Wstaliśmy,
powtórzyliśmy gest i zaczęliśmy klaskać. Ayako siedząca po mojej prawej,
szczerzyła się, a Tsu siedzący po mojej lewej zagwizdał głośno. Rodzinna
atmosfera rozlała się w środku mnie, a ja momentalnie zapomniałam o wszystkich
problemach, chociaż na krótką chwilę.
Po
uroczystej wieczerzy, jak dzieci, zabójcy rzucili się na prezenty. Teraz w
ogóle nie posądziłabym ich o tak potworne czyny, jakich dopuszczali się w każdy
inny dzień roku. Wszyscy mieli podpisany prezent, do którego przyjaciele
wrzucali drobny upominek.
Usiedliśmy
w piątkę przy kominku – ja, Tsuneari, Ryutaro, Ayako i Taki. Tokaji zaszył się
gdzieś, ale nikt jakoś nie odczuwał braku jego chłodnej osobowości. Oprócz
mnie.
Zagwizdałam
cicho, gdy otworzyłam swoje pudełko. Znalazłam nową katanę od Ayako i Takiego,
apteczkę od Ryutaro, sztylet z wygrawerowaną rękojeścią od dowództwa, nowy
telefon od Świętej Trójcy, Mako, bliźniaczek oraz Suzukiego i Natsu. Jednak
moją uwagę najbardziej przykuł zapakowany szczelnie wisiorek o Tsu.
A
gdy go otworzyłam, całkowicie zaniemówiłam.
-
Kurde, myślałem, że ci się spodoba… - zaczął, nie widząc żadnej oznaki radości
na mojej oszołomionej twarzy.
To
była dokładnie ta sama ‘truskawka’, na którą patrzyłam w Akihabarze.
Skąd
on wiedział?
-
Jest piękna. – wydusiłam, zakładając ją sobie na szyję. – Dziękuję.
Tsu
zaśmiał się, zmieszany. Lekko poczerwieniał.
Czas
płynął nieubłaganie. Po kilku godzinach, gdy dobiegała powoli północ, wszyscy
powoli wychodzili na zewnątrz. Przyjaciele zostawili mnie samą w sali, wracając
się po kurtki. Oprócz mnie było tu jeszcze może pięć osób.
Zamyślona,
nie zauważyłam jak podszedł do mnie Tokaji.
-
Ichigo… - wypowiedział moje imię szeptem, ale i tak podskoczyłam.
-
Tokaji… - spojrzałam na niego ze złością. – Gdzieś ty był?
-
Nie lubię tego świątecznego badziewia. – warknął na mnie. Zmroziłam go
wzrokiem. – Masz. – wepchnął mi w dłonie pudełko i odszedł, gwiżdżąc.
Zacisnęłam
dłoń w pięść. Nie rozumiałam o co mu chodzi. Ostatnio nie był taki wredni dla
mnie. Zaczął zachowywać się tak jak na samym początku, gdy dopiero co
dołączyłam.
Mimo
złości, otworzyłam prezent. Nie rozumiałam co on chciał mi podarować, że musiał
zrobić to osobiście. W środku ujrzałam odwróconą, zakurzoną ramkę. Wzięłam ją
ostrożnie w dłonie, nawet nie podejrzewając, co może być na drugiej stronie.
Gdy
patrzę się na zdjęcie, przestaję funkcjonować. Ramię zaczyna mi drżeć, a obraz
zamazuje się. Na chwilę wyostrza się, gdy na ramkę spadają dwie krople, a potem
widok znów przysłaniają mi łzy.
Ze
zdjęcia śmieją się do mnie 3 twarze: ja i moi rodzice.
Czuję,
że za chwilę się załamię. Że moje kolana ugną się pod ciężarem życia, że płuca
przestaną chcieć oddychać. Że serce przestanie mi pracować.
Przyciskam
zdjęcie do serca, zagryzając do krwi wargę, by tylko bardziej się nie
rozpłakać. Chwytam łapczywie powietrze, przed oczami zaczynają pojawiać się
czarne plamy.
Nie
możesz dawać mi takich rzeczy i po prostu sobie iść.
Tokaji,
ty idioto.
Dziękuję.
***
Na
zewnątrz mimo chłodu, odczuwam ciepło. Śnieg zalega na każdym centymetrze
powietrza, nadając organizacji nietypowego klimatu. Na największym świerku
zawieszone są niebiesko-białe światełka, oświetlające nas delikatnie. Pod
choinką stoi Mikuru przy keyboardzie, Hiroki z gitarą oraz Kotaro z basem.
Siedzimy
razem na pieńku – Ryutaro, Tsuneari, ja, Ayako, Taki i (o dziwo) Tokaji. Za
nami, na stole ogrodowym siedzą Meiji, Koichi, Jun, Mako oraz Miyako i Miyoko.
Wszyscy gdzieś w kole znajdują sobie miejsca.
A
już po chwili do moich uszu dobiegają łagodne nuty.
- Cicha noc, święta noc – melodyjny głos
Mikuru rozpoczyna kolędowanie, a w drugim wersie już wszyscy się włączają.
– Pokój niesie ludziom wszem,
– Pokój niesie ludziom wszem,
A u żłóbka Matka święta,
Czuwa sama, uśmiechnięta…
Kiwamy
się w takty kolędy, a mi ze wzruszenia chce się płakać. Uczucia jakie teraz
odczuwam są nie do opisania. Ta radość, szczęście… Wszyscy wokół stali się w
tak krótkim czasie moją rodziną, której nie chcę za nic stracić.
Teraz
rozumiem dlaczego akurat nas uważają za najdziwniejszą organizację w Japonii. I
dlaczego za najsilniejszą.
- Hashire sori yo,
Kaze no you ni… - zaczyna Hiroki, a ja parskam
krótko śmiechem, nie wierząc, że akurat on zaczął ‘’Jingle Bells’’.
-
Yuki no naka wo, karuku hayaku! – wyje stolik za nami, a my usiłujemy ich
prześpiewać.
-
WARAIGOE WO YUKI NI MAKEBA!!! – jestem pewna, że fałsze Tsuneariego było
słychać. Omitsu ze śmiechem pstryknęła nam zdjęcie.
Czas
upływał nam świątecznie aż do czwartej nad ranem, gdy niestety Fumiya musiał
zarządzić koniec Wigilii, po drobnym cynku od naszej wtyczki w policji.
Rozeszliśmy się do pokoi smutni, chociaż wiedzieliśmy, że zostały nam jeszcze 2
dni świąt.
Nigdy
nie przypuszczałabym, że moje najwspanialsze święta spędzę w organizacji
morderców. I nigdy nie pomyślałabym, że będą one pierwsze i ostatnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz