30 lipca 2016

Pospolita Przyjaźń ~ Rozdział 4 ~ Życie to kręta droga prowadząca nas na około

Rozdział 4

Życie to droga, prowadząca nas na około
- Mam ich po dziurki w nosie! – mruknęła na koniec Constanza, obchodząc jeszcze raz swój motor, licząc że w ten sposób znajdzie jakieś ukryte uszczerbki.
Westchnęłam ponownie i założyłam kask na głowę.
- Mówisz to chyba 10 raz.
- Bo oni już się o to wykłócają 10 dni! – wybuchła w końcu. – Ja na serio nie wiem o co chodzi Riccardo. Przecież Sergio naprawdę zachowuje się normalnie.
- A wiesz, że ja go rozumiem? – wzruszyłam ramionami. – Patrzysz się na to inaczej, bo ci się podoba. A że masz decydujący głos praktycznie zawsze, dziewczyny stwierdziły, że skoro nawet ty dajesz mu drugą szansę to nie będą gorsze. A Riccardo… cóż, męski honor i te sprawy.
- Znaczy… - zawahała się, przeczesując włosy. – Znaczy, wiem dlaczego Ricc tak reaguje na niego, tylko… No… Jezu jakie to głupie! Po prostu cieszę się, że ze mną rozmawia i tyle!
- Jak chcesz zasugeruje to delikatnie Riccowi, żeby przecierpiał te przerwy dla twojego dobra, albo z nim gdzieś pójdę. – westchnęłam. – Dobra, możemy już jechać? Według moich obliczeń powinnyśmy być od 30 minut w trasie, a założyłam co najwyżej godzinny poślizg.
- Spokojna twoja rozczochrana. – głos Constanzy został zniekształcony przez kask. – Masz przed sobą maestro motorów.
- I to martwi mnie najbardziej. – rzuciłam sarkastycznie, ale usiadłam za przyjaciółką na motorze.
Gdy złapałam za uchwyt na tyle, Constanza odpaliła silnik i wprawnym ruchem zaryczała silnikiem. W następnym ułamku sekundy wystartowała, rozpędzając się do niewiarygodnej prędkości w tak krótkim czasie. Mimowolnie zacisnęłam mocniej palce.
Jednak prędkość nie sprawiała Constanzie żadnych kłopotów. Nie przekraczała przepisów na uczęszczanych drogach, choć zawsze jechała na granicy. Mimo wszystko i tak mój żołądek był ściśnięty.
Prawdziwa jazda rozpoczęła się, gdy wjechałyśmy na autostradę.
- No to jedziemy, ile fabryka dała! – rzuciła przez ramię Constanza, przekrzykując pęd wiatru.
- CO? – wydusiłam tylko, nawet nie zdążając zaprotestować. W następnej sekundzie serce przyśpieszyło, czując narastającą prędkość. Zamknęłam oczy, a palce posiniały mi z zaciśniętego uścisku.
Jednak po kilku minutach przyzwyczaiłam się do świstu wiatru i mijanych aut. Przywykłam do szybkości i rozmazanych obrazów wokół. Wyprostowałam się i wpatrywałam się w Constanzę.
Była całkowicie skupiona na jeździe. Nie, to złe słowo. Pochłonięta jazdą. Chłonęła każdą sekundę, każdy warknięcie silnika, każdy powiew wiatru. Mogłabym przysiąc, że jej brązowe oczy jarzyły się złotem, pełne ekscytacji, a usta rozciągnięte były w nieopanowanym uśmiechu. Dostrzegłam, że panuje nad wszystkim. Że jest w stanie to okiełznać.
I że kocha to całym sercem.
- Uzależnienie od adrenaliny… - mruknęłam pod nosem, uśmiechając się. W tym tempie mi również się ono udzieli.
- Co mówisz? – Przyjaciółka wyprostowała się bardziej, drąc mordę jak najgłośniej, by przekrzyczeć siłę pędu.
- Że możesz przyśpieszyć! – zażartowałam, a gdy Constanza zaczęła zwiększać prędkość, zbliżając się do górnej granicy obowiązującej prędkości, roześmiałam się.
Może z tym motorem nie będzie aż tak źle.
***
  Constanza zahamowała gwałtownie, ostatkiem sił sprawiając, że utrzymała się na motorze, a nie wylądowała w pobliskim rowie. Zatrzymałam stoper i podbiegłam do niej, ale gdy dziewczyna ściągnęła kask i cisnęła nim o ziemię, wzniosłam oczy ku niebu.
- Ile razy mam ci, do jasnej cholery, powtarzać, że lepiej przyjechać tą trasę wolniej, ale w całości, niż za każdym razem sprawdzać, czy przy następnym upadku nie połamiesz się lub nie zabijesz? – wycedziłam.
- Nie wiem, kurna mać! – warknęła, kopiąc w oponę. – Co za skończony złom! – ponowiła kopnięcie.
- Constanza! – podniosłam głos, a gdy przyjaciółka łypnęła na mnie wściekle, wyraz mojej twarzy złagodniał. – Na dzisiaj starczy. Wracamy, za chwilę zacznie lać.
- Jeszcze jeden raz.
- Nie mam zamiaru zdrapywać cię z ziemi, bo zrobi się mokro i ślisko.
Constanza zwinęła dłonie w pięści, ale po chwili westchnęła i podniosła kask.
- W tym tempie nigdy nie wyrobię się do tych zawodów… - mruknęła tylko.
- Nikt od razu nie został mistrzem. – powtórzyłam po raz tysięczny. – A tak na serio, radziłabym ci się zastanowić czy nie lepiej iść w wyścigi. Przynajmniej dopóki nie masz crossa.
- Nie chcę się ścigać tak po prostu. – powiedziała cicho. – Doskonale wiesz, że jazda wyczynowa to moje marzenie, ale tu tak bardzo nie ma warunków.
- Mamy w ogóle farta, że pozwolili ci ćwiczyć na tej zapomnianej szutrówce. Inaczej w ogóle byś nie trenowała. – wzruszyłam ramionami, ale gdy Constanza milczała, uderzyłam ją lekko w ramię. – Wiesz co nam dobrze zrobi? Szybki wyścig na deskach.
Dziewczyna lekko się uśmiechnęła.
- I tak przegrasz.
- Phi. – udałam, że się obruszam. – Mam ci przypomnieć kiedy ostatnio byłaś na deskorolce?
- Czy to jest wyzwanie? – Constanza rozszerzyła usta w uśmiechu.
- A jeśli jest, to co? – również uśmiechnęłam się szelmowsko.
Patrzyłyśmy jeszcze przez chwilę po sobie, aż w końcu przybiłyśmy naszą piąteczkę i ruszyłyśmy po nas stary, ulubiony środek transportu.
***
Siedziałam od kilkunastu minut pod gabinetem dyrektora, przeklinając w myślach każdego, kto zdążył zaleźć mi za skórę. Wstałam, przeszłam wzdłuż korytarza, po czym znów usiadłam praktycznie pod drzwiami.
Nawet mój oddech wydawał się być głośny. Wybiła 16 i gimnazjum stało się praktycznie wymarłe. A drzwi od gabinetu wydawały się tłumić każdy dźwięk. Zabębniłam palcami po kolanie, przygryzając wargę ze zdenerwowania. Długo ją tam trzymali. A im dłużej na ciebie wrzeszczą, tym twoja sytuacja jest gorsza.
Nie chciałam być złym prorokiem, ale czułam w kościach, że Constanza tym razem bardzo mocno oberwie.
Przeszły mnie ciarki, gdy przed oczami stanęło mi szaleństwo  jakie opętało jej oczy raptem półgodziny wcześniej. Wyszłyśmy w czwórkę, naszą paczką dziewczyn, na zewnątrz, gotowe na nasz piątkowy wypad, gdy Constanza gwałtownie się zatrzymała.
- Zajebię sukę. – wycedziła z lodowatym spokojem i ruszyła przed siebie powoli.
Nawet nie zdążyłam chwycić jej za ramię, gdy Cristina zakryła twarz dłonią, klnąc siarczyście pod nosem. A gdy ona klnie, to już naprawdę dzieje się źle.
- Oż cholera, coś czuję, że na wyzwiskach się nie skończy. – stwierdziła Nicola, a ja powędrowałam wzrokiem w stronę, w którą zmierzała Constanza i od razu we mnie zawrzało.
Przyjaciółka przyśpieszała coraz bardziej, a jej dłonie, zwinięte w pięści, drżały z wściekłości. O jej motor opierała się Giovanna, uśmiechając się szelmowsko, a jej demoniczny śmiech przeszył mnie do szpiku kości, ale nie ze strachu przed nią tylko przed Constanzą. Felicia i Enrica zawtórowały swojej przywódczyni.
Oceniłam szybko straty. Te idiotki przebiły Constanzie obie opony, a na boku widniała długa rysa. Gdy zobaczyły, że właścicielka się zbliża, Giovanna, niby przez przypadek popchnęła biodrem motor, który dodatkowo uderzył o ziemię.
A Constanza, jakby tego nie zauważyła, jakby zignorowała ich szyderstwa i zatrzymując się gwałtownie przed Giovanną, wzięła potężny zamach i wbiła prawego sierpowego w twarz dziewczyny.
- CONSTA! – wrzasnęłam, bardziej z szoku niż z wściekłości i rzuciłam się w ich stronę najszybciej jak umiałam. Nawet nie zauważyłam, że koleżanki, po chwili wahania również za mną podążyły.
Giovanna tym czasem upadła na ziemię jak długa, a adrenalina sprawiła, że zaczęła się od razu podnosić. Constanza, jakby opętana, uderzyła ją jeszcze raz. I jeszcze raz. Felicia i Enrica jakby się ocknęły, zaczęły piszczeć, a nawet próbując ściągnąć Constanzę z Giovanny. Dobiegłam do nich, również się wydzierając.
- Natychmiast się uspokójcie, do jasnej cholery!
Constanza okładała Giovannę pięściami, choć sama obrywała. Miała haratniętą twarz w jednym miejscu przez długie paznokcie dziewczyny. Przyjaciółka znów zyskała przewagę, gdy Felicia i Enrica błyskawicznie się zmyły. Mój umysł ledwo rejestrował co się dzieje, i choć był to piękny widok, chwyciłam Constanzę za fraki i pociągnęłam z całej siły.
- Kurwa mać, opanuj się! – wrzasnęłam.
Constanza zdawała się mnie nie słyszeć i nawet nie obeszło jej moje wkroczenie. Cedziła cały czas pod nosem oszczerstwa i wypluwała całą nienawiść na dziewczynę.
- Czemu to zawsze musisz być ty. – urwała na moment, gdy znów ją pociągnęłam. – Zawsze ty. A ja ci nawet, kurwa, nic nie zrobiłam. Dziwko.
- Constanza! – usłyszałam za sobą Cristinę.
Wzięłam głęboki oddech i wkładając w to całą siłę, odciągnęłam przyjaciółkę od naszego wspólnego wroga. Włożyłam w to cały swój ciężar, więc w końcu upadłyśmy na ziemię, a ja resztką sił utrzymałam Constaznę. Giovanna tymczasem podniosła się z ziemi i ocierała usta z krwi.
- Jesteś szurnięta. – warknęła, ale po chwili rozciągnęła usta w zwycięskim, demonicznym uśmiechu. – A teraz radzę ci odpieprzyć się od Sergia, to może nie złożę sprawy do sądu. Znaj swoje miejsce, szmato.
- TY SKOŃCZONA KURWO! – Constanza odepchnęła mnie, zrywając się na równe nogi i nim Cristina oraz Nicola chwyciły ją, zdążyła wycelować ostatni cios w twarz dziewczyny.
Dlaczego ostatni? Odwróciłam się i dostrzegłam nadbiegających nauczycieli, a za nimi Felicię i Enricę. Reszta historii jest już jasna.
Minęły kolejne minuty, aż Constanza otworzyła drzwi na oścież i wycedziła pożegnanie. Spojrzała na mnie krótko, ruszając do wyjścia. Poszłam za nią spokojnie, wiedząc, że teraz będzie jedynie gorzej. Podałam jej plecak, który przyczepiła do motoru i ruszyłyśmy pieszo do domu. Constanza nadal się nie odzywała.
Wybitnie daleko nie miałyśmy, raptem 2 kilometry. W takie jesienne popołudnie to wręcz przyjemność, zwłaszcza, że było jeszcze ciepło. Jednak gdy wchodziłyśmy pod niewielkie wzniesienie, musiałam pomóc przyjaciółce prowadzić motor. Jego przebite opony klekotały, jakby kpiły sobie z nas.
- Kurwa, mogłam mocniej ją uderzyć.
Spojrzałam na nią przeciągle. To były pierwsze słowa jakie powiedziała, stale ogarnięta przejmującym gniewem.
- Jak dla mnie, oberwała wyjątkowo mocno. – wzruszyłam ramionami. – Nie sądzę, że wcześniej miała chociaż złamany paznokieć.
Constanza przejechała palcem po ranie jakie zostawiły paznokcie Giovanny na jej policzku.
- Teraz na pewno coś jej się złamało. – spróbowała zażartować, ale wyszło z tego tylko wściekłe warknięcie. – Czemu mnie powstrzymywałaś? Jak już zaczęłam ją tłuc, mogłam dokończyć.
- To była najtrudniejsza decyzja w całym moim życiu i jednocześnie najpiękniejszy widok. – uśmiechnęłam się do niej ponuro, a przyjaciółka w odpowiedzi prychnęła, rozluźniając się lekko.
- A jeśli chodzi o szkołę, to… nie wyrzucą mnie, ale wzorowego na koniec mieć nie będę. Kiedy moi rodzice wrócą do domu, będzie jakaś pogadanka, ale prawdopodobnie nawet mnie nie zawieszą. Głównie dlatego, że Giovanna zniszczyła mi motor.
- Przynajmniej tyle. Szkoda tylko, że ta frajerka jest „poszkodowaną”.
Constanza wręcz zawarczała.
- Ale, tak na serio… Co jej odbiło, by czepiać się mojego motoru? Mogła po prostu powiedzieć, że chodzi o chłopaka. – Constanza wzruszyła ramionami. – Coś w stylu „jestem od ciebie lepsza”, „nie masz szans” czy tam „Sergio jest mój”. Wredna suka.
Pokręciłam tylko głową, a na końcu ulicy dostrzegłam już dom Constanzy, a pod nim Cristinę i Nicolę z torbami. Przyśpieszyłyśmy kroku i dostrzegłyśmy szelmowskie uśmiechy koleżanek.
- Nim zaczniesz się wydzierać, bo masz zły humor. – Nicola odchrząknęła. – Robimy piżama party, póki jeszcze nie uziemili cię do osiemnastki.
- A tylko ty dzisiaj masz wolną chatę. – Cristina wyszczerzyła się szeroko, pokazując nam kusząco wyglądające reklamówki z jedzeniem.
Spojrzałyśmy po sobie z Constanzą w tym samym momencie i zaniosłyśmy się szczerym śmiechem, pozwalając by negatywne emocje nas opuściły.
***
Był środek nocy, a pokoju słyszałam tylko oddechy przyjaciółek obok na ziemi, w śpiworach i kocach. Poddasze Constanzy należało tylko do nas i wyglądało jak po przejściu tornada i powodzi. Obróciłam się na plecy, zastanawiając się co przebudziło mnie koło świtu.
- Psst. – usłyszałam, gdy znowu przysypiałam. – Psst, Blanca.
- Co? – szepnęłam w ciemność.
- Nie śpisz, co nie? – odszepnęła Constanza.
- Jakbyś nie zauważyła. – przewróciłam oczami, choć dziewczyna nie mogła tego zobaczyć. – Psst, Nic. Cristi.
Odpowiedziała nam cisza zakłócana tylko przez ich spokojne oddechy.
- Śpią. – stwierdziła Constanza. – Może nawet i lepiej.
- Śniły ci się koszmary? – spytałam cicho, wyczuwając strach w jej głosie. 
- Tak trochę… - westchnęła smutno. – Cały czas mam wrażanie, że mam na sobie jej krew. – mogłam przysiąc, że urwała, bo po jej plecach przebiegł dreszcz. – Ej, Blanca…
- No?
- Dziękuje, że mnie powstrzymałaś. – szepnęła ledwo dosłyszalnie. – Gdyby nie ty, nie wiem co bym… do czego byłabym w stanie… się posunąć.
Zamknęłam oczy, licząc uderzenia serca. Przypomniałam sobie moją wewnętrzną panikę, gdy widziałam rozszalałą przyjaciółkę.
- Nie ma sprawy. – szepnęłam, uśmiechając się. – Od tego ma się przyjaciół.
Zapanowała chwilowa cisza.
- No i, przepraszam. – dodała drżącym głosem.
- Też nie masz za co. – szepnęłam zdecydowanym głosem. – I nie wiem co tam teraz sobie myślisz, ale ja nadal widzę cię jako starą, dobrą Constanzę.
Usłyszałam jedynie westchnienie pełne ulgi.
- Dziękuje. – powtórzyła jedynie, a ja zamknęłam oczy i ponownie zmorzył mnie sen.
***
Minął praktycznie miesiąc od czasu tej nieszczęsnej bójki, a nasza klasa znów wyraźnie się podzieliła, lecz tym razem większość trzymała stronę Giovanny. Tak więc wręcz wyizolowaliśmy się od nich, wiedząc, że po jakiejś dłużej przerwie wszystko wróci do normy.
Siedziałyśmy przy naszych ławkach, bo zrobiło się na tyle zimno, że nie dało się wysiedzieć na zewnątrz. Nicola właśnie opowiadała o konkursie pianistycznym i niesprawiedliwych sędziach. Ot co. Zwykła rozmowa, zwykła atmosfera. Czekałyśmy ze wszystkimi „nowościami” na Riccardo, który zagubił się na jakimś spotkaniu dla samorządu.
Kątem oka obserwowałam naszych „najlepszych przyjaciół”, którzy najwyraźniej zbierali się, by gdzieś pójść w trakcie tej długiej przerwy. Dostrzegłam wśród nich Sergia i od razu podniosło mi się ciśnienie. Od czasu tej bójki nie przysiadywał się do nas i znów nas ignorował. Spojrzałam na Constanzę. Nadal miałam wrażenie, że jej tego brakuje.
Tego idioty.
Spojrzałam na nich po raz ostatni i moje spojrzenia skrzyżowały się z wzrokiem chłopaka. Od razu odwróciłam głowę w stronę koleżanek, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że gapił się tylko na mnie. Ale uczucie szybko mnie opuściło, ustępując obrzydzeniu, gdy Giovanna znów zaczęła się do niego przystawiać.
Dobrze, że po kilku sekundach do klasy wpadł Riccardo, bo zwymiotowałabym.
- Dobre wieści ludzie! – zawołał na przywitanie, wskakując na blat. – Będziemy mieli dyskotekę!
Constanza wzięła głęboki łyk z kubka termicznego, patrząc się na niego bez entuzjazmu.
- A puszczą mnie na nią? – spytała, nie licząc na cud.
- Oczywiście. – Riccardo spojrzał na nią, marszcząc czoło. Gdy dziewczyna wykonała gest zwycięstwa, nie mógł się jednak powstrzymać od sarkazmu. – Oczywiście jeśli obiecasz, że na nikogo się nie rzucisz.
- Hahaha. – Constanza przewróciła oczami. – Nieśmieszne.
- Ja nie mówię, że to śmieszne. Twierdzę jedynie, że kariera boksera stoi przed tobą otworem.
Zakrztusiłam się herbatką, nie mogąc powstrzymać śmiechu. Reszta paczki też do mnie dołączyła, ignorując Constanzę mamroczącą coś pod nosem, w stylu „z kim ja żyję…”.
- Ale wracając do tematu, kiedy ta dyskoteka? – spytałam. Chłopak spojrzał na karteczkę z notatkami.
- 6 grudnia, taka mikołajkowa czy coś. No i składka po piątaku.
- Grudzień? – zdziwiła się Cristina. – Coś szybko to planują. Dopiero listopad się zaczął.
- Jakąś fajną pewnie chcą odwalić, ale im nie wyjdzie. Jak zwykle.
- Hmm… Mam zawody siódmego… - westchnęła Constanza.
Spojrzałam po niej podejrzliwie.
- A czy one przypadkiem nie były pod koniec grudnia?
- To inne. – odparła zdawkowo, ale widząc, że wszyscy wokół wręcz napinają mięśnie by wyperswadować jej to dla jej dobra, uniosła dłonie do góry w uspokajającym geście. – Ale spokojnie. Wybrałam łatwiejsze. No i to tylko wyścig, a nie skakanie z ramp i te sprawy.
- „Tylko wyścig”… - powtórzył Riccardo, praktycznie dusząc się z irracjonalnego śmiechu. Constanza obrzuciła go podirytowanym spojrzeniem.
- Powiedziała uzależniona od prędkości. – dopowiedziałam, cmokając z niezadowoleniem.
- Naprawdę Blanca? Nawet ty będziesz mnie powstrzymywać? – jęknęła, a w jej głosie usłyszałam taką nieznośną pretensję. Uśmiechnęłam się groźnie.
- Nawet ja będę cię powstrzymywać. – podkreśliłam. – A wiesz czemu? Bo z tobą trenuję i wiem najlepiej, że nie jesteś jeszcze przygotowana! A ja nie będę cię zdrapywać z asfaltu! – w miarę jak mówiłam, Constanza coraz bardziej mnie ignorowała, a ja podnosiłam głos.
W odpowiedzi dostałam tylko zdawkowe prychnięcie i zacięty, zdeterminowany wzrok przyjaciółki.
***
Owszem, nawet ja nie byłam w stanie jej powstrzymać.
Dlatego stałam pod sekretariatem, znudzona i czekałam aż Constanza w końcu z niego wyjdzie. Składała papiery, zapisy i Bóg wie co jeszcze, by to szkoła zatwierdziła jej udział w wyścigu i by mogła reprezentować Manarolę. Skubałam skórki przy paznokciach, nie wiedząc co ze sobą począć, aż w końcu oderwałam się od ściany i ruszyłam wzdłuż korytarza, zostawiając nasze plecaki w polu widzenia.
Szczęście długo się do mnie nie uśmiechało, ale z kolei przede mną stanął żywy przykład Prawa Murphiego – im bardziej czegoś nie chcesz, tym pewniejsze, że to się stanie. Praktycznie wpadłam na Giovannę i jej przyjaciółeczki. Na szczęście bez obstawy w postaci chłopaków.
- Uważaj jak leziesz, idiotko. – syknęła zjadliwie, a Felicia i Enrica dopowiedziały coś jeszcze.
Przewróciłam oczami, ignorując je. Udałam zafascynowanie jedną z historycznych tablic wiszących na korytarzu. Coś o fundatorach szkoły, ważnych absolwentach czy inne pierdoły, które nikogo nie interesują.
Po kilku minutach w końcu usłyszałam kliknięcie klamki i obróciłam się w stronę drzwi, wypatrując z utęsknieniem Constanzy. Przyjaciółka przybrała przepraszającą minę i kucnęła przy swoim plecaku.
- Sorki, jeszcze chwila. Gdzieś zapodziałam jeden z formularzy… - zaczęła, przetrząsając książki. – Za chwilę go znajdę.
- Znowu, sklerotyku? Pewnie jakiś najważniejszy i zejdzie ci tam dwa razy dłużej. – prychnęłam, ale nachyliłam się nad jej ramieniem.
- Kurde, nie ma. – syknęła z irytacją i zaczęła sprawdzać jeszcze raz.
- Ej, koleżanki… - zawołała przesłodzonym głosikiem Felicia.
Inteligencja niektórych osób mnie przeraża. Czy raczej jej brak.
Felicia machała nam z końca korytarza formularzem, a gdy dostrzegła rozwścieczony wzrok Constanzy, błyskawicznie schowała się za ścianą.
- Czy one na serio…? – spytałam, przekrzywiając głowę z niedowierzaniem.
- Tak. – przytaknęła mi Constanza i zajrzała do sekretariatu, uśmiechając się naturalnie i spokojnie. – Przepraszam, ale chyba zostawiłam to w którejś z klas.
- Normalnie jak dzieci. – mruknęłam pod nosem, idąc w stronę Felicii.
- Gorzej. – warknęła Constanza w bojowym nastroju. – To jest pojedynczy formularz. Drugiego mi już nie dadzą.
Wyszłyśmy na zewnątrz. Miłe jesienne popołudnia szybko zmieniały się na te, niemiłe, deszczowe. Nawet nie zdziwiłam się, gdy dostrzegłam Giovannę, która poczytywała owy formularz, a po obu jej stronach sterczą te hieny. Na nasz widok, wyszczerzyła usta w diabolicznym uśmiechu.
- Cześć, Blanca. Cześć, Constanza. – wręcz opluła nas jadem.
- Tak, tak, cześć, cześć. – warknęła Constanza, nie zatrzymując się. Wyciągnęła dłoń we władczym geście. – Oddawaj to.
Giovanna zabrała jej to sprzed nosa kilka razy, widocznie mając z tego świetną zabawę. Wtórowały jej śmiechy koleżanek. Constanza po kilku sekundach, zwinęła dłonie w pięści (prawdopodobnie by nie rzucić się na naszą koleżaneczkę) i zmroziła ich wzrokiem.
- Nie mam zamiaru ci tego wydzierać i podrzeć. – wycedziła. – Albo oddasz po dobroci, albo tak ci przyjebię…
- Constanza. – położyłam kojąco dłoń na jej ramieniu. – Daruj sobie.
Spojrzała na mnie wściekle, a grupka roześmiała się.
- Właśnie. Daruj sobie. – powiedziała z wyższością Enrica.
Przewróciłam oczami ze znudzonym jękiem.
- Wy też sobie darujcie. – powiedziałam, zachowując spokój. – Zachowujecie się taaak dojrzale. Zabraliście jej kartkę, niesamowite, ale to zabawne. – udałam entuzjazm, po czym spojrzałam na nie spod zmarszczonych brwi. – Na serio? Na więcej was nie stać?
- Czy to jest wypowiedzenie wojny? – Giovanna aż skrzyżowała ręce.
- Nie. To jest, kurwa, delikatna sugestia, że masz mi to, do cholery jasnej oddać! – warknęła Constanza. Zacisnęłam palce na jej ramieniu.
- Ta kartka jest taka cenna? – Giovanna uśmiechnęła się złowieszczo. – Szkoda by było gdyby wpadła w błoto.
Lekko pobladłam, ale po chwili ogarnął mnie gniew.
- Nie odważysz się.
Giovanna spojrzała na nas wyzywająco, nadstawiając kartkę nad kałużę.
- Założymy się?
Constanza była czerwona z wściekłości, a ja naprawdę zastanawiałam się, czy nie pozwolić jej roznieść te idiotki na strzępy. Niestety wygrał zdrowy rozsądek.
- Nie zrobisz tego.
- Niby dlaczego nie? – jej uśmiech był coraz szerszy.
- Bo to żałosne.
Obróciłyśmy się w tym samym momencie. Przewróciłam oczami. Ten to lubił   dramatyczne wejścia.
- Sergio! – tym razem to Giovanna pobladła. – Co ty tu…?
- Chodzę tu do szkoły. – uciął i stanął obok Constanzy. Jak dla mnie trochę zbyt blisko jej przestrzeni osobistej. – A teraz oddawaj jej ten formularz i nie zgrywaj wrednej suki.
- Jak śmiesz… - zapowietrzyła się, ale urwała gwałtownie i agresywnym ruchem wepchnęła kartkę w dłonie Constanzy. Kiwnęła głową na przyjaciółki i odeszły szybkim krokiem od nas.
- Pierwszy raz widzę jak braknie jej słów. – mruknęła pod nosem Constanza. – Dobra, idę to zanieść. – rzuciła i pobiegła do sekretariatu.
Zostawiając mnie samego z nim.
Sergio włożył dłonie do kieszeni, nie bardzo wiedząc jak się zachować. Ja wbiłam wzrok w ziemię, unikając jakiejkolwiek sposobności do rozmowy. Ale w końcu i tak musiałam przełamać ciszę.
- Dzięki, że wstawiłeś się za Constanzą. – mruknęłam, posyłając mu niepewny uśmiech.
- Ta, wstawiłem się za Constanzą… - mruknął ledwo dosłyszalnie.
- Słucham?
- Nie, nic-nic – uśmiechnął się. – Co to za dokumenty, tak w ogóle?
- Constanza zgłasza się do takiego wyścigu i formularz był jej potrzebny.
- Czyli coraz lepiej jeździ na tym swoim motorze. No to fajno.
- Jeśli można to tak określić. – wzruszyłam ramionami. – A ty co? Czekasz na swoich kolegów?
- Tak szczerze, to… - zaciął się, unikając mojego wzroku. – Zastanawiałem się, czy nie…
Zadzwonił mi telefon i z automatu go odebrałam, od razu przeprosiłam Sergia. Miałam w zwyczaju zawsze odbierać albo oddzwaniać jak najszybciej. Nigdy nie wiadomo czy nie chodzi o coś dużo ważniejszego niż to czym się teraz zajmuję. Ale o dziwo to był tylko Riccardo, który chciał tylko pogadać. Rozłączyliśmy się dopiero, gdy Constanza wyszła ze szkoły, niosąc nasze plecaki.
- Trzeba było go ode mnie pozdrowić. – rzucił trochę zjadliwie Sergio.
Przewróciłam oczami, biorąc plecak od Constanzy.
- O, Sergio. Sądziłam, że już poszedłeś do domu. – uśmiechnęła się do niego dziewczęco. – W ogóle, dziękuję za wcześniej. Uratowałeś mi skórę.
- Nie ma za co. Przyjemność po mojej stronie.
Od tych ich uśmiechów zrobiło mi się nie dobrze. Taka Constanza zdecydowanie była zbyt przesłodzoną wersją siebie.
W jakiś dziwny sposób zaczęliśmy wracać we trójkę, a ja usilnie się nie odzywałam, tak by Constanza i Sergio mogli gadać, ale on oczywiście musiał cały czas się o coś pytać i nie pozwalał mi opuścić konwersacji. Nawet raz użyłam sygnału, że się zmywam, a Constanza mi to potwierdziła. Tylko, że chłopak zatrzymał mnie ze słowami, typu „weź zostań, w grupie raźniej”.  Tak więc trzymałam się w większej odległości niż oni i starałam się zachowywać jak profesjonalna swatka.
Szkoda tylko, że chłopcy to idioci.
I na dodatek ślepcy.
***
Pod koniec tygodnia, gdy po popołudniu passa złej pogody się przerwała, w moich progach zawitała Constanza. Otworzyłam jej ze zdziwieniem. W piątki zazwyczaj albo robiłyśmy wieczorki filmowe, albo siedziałyśmy u siebie nawzajem do późnej nocy. W lecie było ciekawiej, ale obecny, przenikliwy wiatr nie zachęcał do sportowego wypoczynku. Spojrzałam dodatkowo na zegarek – minęła raptem czwarta po południu co zdecydowanie nie można było nazwać wieczorem.
- Zegarki ci się przestawiły? – spytałam ze śmiechem, trzymając kubek z gorącą herbatką. Oparłam się luźno o framugę.
Constanza nim odpowiedziała obrzuciła mnie krytycznym spojrzeniem.
- Czemu siedzisz już w szlafroku i grubych skarpetach? – spytała retorycznie, po czym tylko pokręciła głową. – Ubieraj się.
- Po kiego? – spojrzałam podejrzliwie na chmury.
- Zabieram cię na przejażdżkę.
Zamrugałam kilka razy, nie bardzo rozumiejąc tok jej rozumowania. Spojrzałam jeszcze raz na pogodę. W sumie nie było aż tak źle. No i był piątek. Dopiłam herbatkę jednym haustem, po czym machnęłam na przyjaciółkę dłonią.
- Właź do środka. – rzuciłam przez ramię. – Ubiorę się i możemy ruszać.
***
Przejażdżka była przyjemna.
Ale tak zawsze jest. Możemy planować coś nawet miesiącami, a na końcu i tak opatrzność uweźmie się na nas i zacznie psuć wszystko od pogody po sam nasz nastrój. A takie spontaniczne wyjścia zawsze się udają.
Powinnam częściej dziękować losowi, że mam z kim wychodzić.
Zatrzymałyśmy się tylko raz, na jednej z polan wokół całkowitej pustki. Okolica wydawała się pusta, pozbawiona ingerencji człowieka, oprócz śladów kół motoru Constanzy. Zsiadłam rozbawiona z machiny i przeciągnęłam się, rzucając okiem na niebo. Akurat w tym miejscu świerki i sosny nie zasłaniały nieba, a jedynie okalały wokół linii horyzontu niczym korona.
- Czemu wywiozłaś mnie do lasu? Masz jakieś niecne zamiary? – zaśmiałam się.
Dostrzegłam po Constanzie, że choć ma coś ze mną do obgadania nie może powstrzymać rozbawionego uśmiechu. Upewniła się, że pojazd utrzyma pion, po czym obróciła się w moją stronę z „niecnym” uśmieszkiem.
- Ależ oczywiście. Z taką milusią dziewczynką jak ty… Muahahaha… - zaśmiała się złowieszczo, wyciągając ramiona w moim kierunku.
Odtrąciłam je z udawanym przestrachem.
- Zostaw mnie, ty oblechu! – zapiszczałam jak rasowa blondynka w horrorach.
- Pragnę twego ciała! – ryknęła Constanza i powaliła mnie na ziemię.
Przez krótką chwilę brakowało mi tlenu, by zaraz potem wybuchnąć śmiechem. Otarłam łzy, turlając się kilka metrów dalej od przyjaciółki, która po swoim diabelskim ataku wylądowała twarzą w trawie.
- A teraz gadaj o co ci na serio chodzi.
- Mi? O nic ważnego. Po prostu chodziło o to by nie marnować naszej młodości na piątkowe popołudnia spędzane w domu. – wymruczała, po czym podniosła się i wypluła trawę z ust. – Tutaj nikt nie usłyszy o czym gadamy.
- W moim domu też, no ale niech ci będzie… - wtrąciłam sarkastycznie.
Constanza spojrzała na mnie spode łba, ale nie mogła długo powstrzymać uśmiechu. A gdy ona uśmiecha się po moich sarkastycznych tekstach, temat który chciała poruszyć, musiał dotyczyć zapewne osobnika płci męskiej.
- Zaczynam sądzić, że Sergio mi się podoba. Ale wiesz… Tak serio-serio.
Spojrzałam na nią uważnie.
Owszem chłopak znowu cały czas się z nami zadawał, przynajmniej od kiedy wstawił się z tym formularzem. Coraz bardziej zakumplowywał się z Constanzą i ogólnie z całą paczką, lecz coraz bardziej kwitła nienawiść pomiędzy nim, a Riccardo. Faceci. Ale pomijając to wszystko, przestałam Sergia „nie trawić”. Teraz przeszło to na „tolerancja” bądź „akceptacja”.
- Akurat to już wiem, bo ślinisz się jak go widzisz.
- Nie ślinię się!
- Mam cię nagrać?
- Ale ja się nie ślinię! – burknęła Constanza. – Cicho siedź, ty sieroto. Ja tu usiłuję poruszyć poważny temat, a ty tu wyskakujesz z jakimś ślinieniem się!
- Nie wiem, czy gimnazjalną miłość można nazwać „poważną” – odparłam. – Ale słucham ja ciebie.
- Nie masz nic przeciwko?
- Przeciwko czemu? – zmarszczyłam brwi.
- Ogólnie. Jeśli czysto teoretycznie, wyszłoby coś z tego z Sergiem… Wszystko byłoby między nami okej? – spytała niepewnie.
Ja w odpowiedzi roześmiałam się.
- Oczywiście, głupia. A niby czemu miałoby być inaczej?
Uniknęła mojego wzorku, a czubki jej uszy zaczerwieniły się.
- A sama nie wiem.
***
Pomachałam Constanzie na pożegnanie i pognałam do domu po sprzęt astronomiczny. Zapowiadała się bezchmurna noc, w dodatku jedna z cieplejszych z tych jesiennych. Wybrałam bliższy punkt obserwacyjny niż plaża i pognałam na niego pieszo.
Już dawno wzeszły pierwsze gwiazdy.
Wskoczyłam na barierkę, wpatrując się w ciemniejące niebo, a dziesiątki gwiazd odbijały się i lśniły w moich zielonych oczach. Poczułam jak w żołądku podrywają się motyle. Wszechświat stawał przede mną otworem, pozwalając zanurzyć się w bezkres swoich tajemnic i sekretów, jak w mętną toń oceanu.
Gdy niebo stało się czarnym płótnem zabrałam się do poważniejszych obserwacji. Uwielbiałam to robić, choć zawsze miałam wrażenie, że minuty prześlizgują się między moimi palcami jak woda.
- Znowu straciłaś poczucie czasu?
Wzdrygnęłam się i powoli odwróciłam się do przybysza.
- Ciebie też miło widzieć, Sergio.
Chłopak uśmiechnął się czarująco, wpatrując w moje roziskrzone tęczówki. Nie spuszczałam jednej dłoni z teleskopu, jakby było to co najmniej moje niemowlę, a w drugiej ściskałam notes pokryty rozmaitymi szkicami i zapiskami.
- Jak patrzę się w twoje oczy, zaczynam rozumieć, że teraz dla ciebie czas nie istnieje. – powiedział cicho i podszedł do barierki.
Nie wiedziałam jak się zachować. Zignorować go i dalej zająć się swoimi sprawami? Niegrzecznie. Podejść do niego? Wzruszyłam ramionami i podeszłam lekkim krokiem w stronę barierki, stając jakiś metr od chłopaka.
- Co tutaj robisz? – spytałam cicho, znów tonąc w migoczących gwiazdach.
- Sam nie wiem. – szepnął jeszcze ciszej. – Poczułem, że muszę wyjść i trafiłem tutaj. Nogi same mnie poniosły.
- Może zaczynasz wariować. – mruknęłam, uśmiechając się kpiąco pod nosem. Kątem oka dostrzegłam, że wbił we mnie spojrzenie, ale ja nie zaszczyciłam go swoim. Sama nie wiem czemu. Może dlatego, że coś wydawało się być nie tak. A może dlatego, że krew dudniła mi w uszach.
- Może. – przyznał, uśmiechając się w ten irytująco słodki sposób, który sprawiał, że stawał się przystojniejszy niż jest. – I chyba nawet wiem dlaczego.
Jego ton był zaczepny, a ja sama nie mogłam się powstrzymać, by obrócić głowę w jego stronę i posłać mu tak samo zaczepny uśmieszek.
- No, dlaczego? – uniosłam brwi, szczerząc się głupowato.
- Przez ciebie.
Nie wiem czy dreszcz przeszył mnie od jego słów, czy od tego, że tknął swoimi ciepłymi palcami moją dłoń. Zastygłam, nie słysząc nic innego niż bicie własnego serca. Chłopak przejechał palcami po grzbiecie mojej ręki, wywołując mrowienie, po czym ujął ją delikatnie.
O nie, nie, nie, nie, nie, nie.
To idzie w bardzo złym kierunku.
Mój umysł huczał od ostrzeżeń, ale ja byłam jak zaklęta. Jednocześnie zbyt przestraszona, by cokolwiek zrobić oraz oczarowana chłopakiem. Gdy odciągnął mnie lekko od balustrady i objął zaborczo w talii, przez mgłę moje umysłu przebił się ryk. Zatrzymaj się.
- Blanca… - wyszeptał moje imię, nachylając się w moją stronę. – Usiłuję ci to powiedzieć od dawna…
- Zatrzymaj się.
Zastygł gwałtownie, a ja wysunęłam się z jego objęć, mając wrażenie, że ściągam z siebie pajęczynę. Serce waliło mi strasznie szybko, a zabiło boleśniej, gdy dostrzegłam rozczarowanie w jego ciemnych oczach. Nawet jeśli to Sergio, zasługiwał na bardziej „taktowne odrzucenie”.
- Przepraszam. – powiedział cicho, wpychając ręce do kieszeni. – Sądziłem, że…
- Nie mogę. – wydukałam, czując jak twarz oblewa się czerwienią. – Po prostu… Nie mogę.
Spojrzał na mnie przeciągle, jakby szukając czegokolwiek na mojej twarzy. Jakiejś sprzeczności. Czegoś co pozwoliłoby mu bezboleśnie to zrozumieć. Ale nie dostrzegł żadnych szans. Moja twarz była bezlitośnie poważna, choć serce pędziło szybciej niż powinno do chłopaka, do którego nic nie czuję.
Nie wiem.
Unikając jego wzroku chwyciłam teleskop i odeszłam w stronę domu powoli. Sergio nie zaoferował się, by mnie odprowadzić. Za zakrętem puściłam się biegiem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz