Rozdział 4
Życie to droga,
prowadząca nas na około
- Mam ich po
dziurki w nosie! – mruknęła na koniec Constanza, obchodząc jeszcze raz swój
motor, licząc że w ten sposób znajdzie jakieś ukryte uszczerbki.
Westchnęłam
ponownie i założyłam kask na głowę.
- Mówisz to
chyba 10 raz.
- Bo oni już się
o to wykłócają 10 dni! – wybuchła w końcu. – Ja na serio nie wiem o co chodzi
Riccardo. Przecież Sergio naprawdę zachowuje się normalnie.
- A wiesz, że ja
go rozumiem? – wzruszyłam ramionami. – Patrzysz się na to inaczej, bo ci się
podoba. A że masz decydujący głos praktycznie zawsze, dziewczyny stwierdziły,
że skoro nawet ty dajesz mu drugą szansę to nie będą gorsze. A Riccardo… cóż,
męski honor i te sprawy.
- Znaczy… -
zawahała się, przeczesując włosy. – Znaczy, wiem dlaczego Ricc tak reaguje na
niego, tylko… No… Jezu jakie to głupie! Po prostu cieszę się, że ze mną
rozmawia i tyle!
- Jak chcesz
zasugeruje to delikatnie Riccowi, żeby przecierpiał te przerwy dla twojego
dobra, albo z nim gdzieś pójdę. – westchnęłam. – Dobra, możemy już jechać?
Według moich obliczeń powinnyśmy być od 30 minut w trasie, a założyłam co
najwyżej godzinny poślizg.
- Spokojna twoja
rozczochrana. – głos Constanzy został zniekształcony przez kask. – Masz przed
sobą maestro motorów.
- I to martwi
mnie najbardziej. – rzuciłam sarkastycznie, ale usiadłam za przyjaciółką na
motorze.
Gdy złapałam za
uchwyt na tyle, Constanza odpaliła silnik i wprawnym ruchem zaryczała
silnikiem. W następnym ułamku sekundy wystartowała, rozpędzając się do niewiarygodnej
prędkości w tak krótkim czasie. Mimowolnie zacisnęłam mocniej palce.
Jednak prędkość
nie sprawiała Constanzie żadnych kłopotów. Nie przekraczała przepisów na
uczęszczanych drogach, choć zawsze jechała na granicy. Mimo wszystko i tak mój
żołądek był ściśnięty.
Prawdziwa jazda
rozpoczęła się, gdy wjechałyśmy na autostradę.
- No to
jedziemy, ile fabryka dała! – rzuciła przez ramię Constanza, przekrzykując pęd
wiatru.
- CO? –
wydusiłam tylko, nawet nie zdążając zaprotestować. W następnej sekundzie serce
przyśpieszyło, czując narastającą prędkość. Zamknęłam oczy, a palce posiniały
mi z zaciśniętego uścisku.
Jednak po kilku
minutach przyzwyczaiłam się do świstu wiatru i mijanych aut. Przywykłam do
szybkości i rozmazanych obrazów wokół. Wyprostowałam się i wpatrywałam się w
Constanzę.
Była całkowicie
skupiona na jeździe. Nie, to złe słowo. Pochłonięta jazdą. Chłonęła każdą
sekundę, każdy warknięcie silnika, każdy powiew wiatru. Mogłabym przysiąc, że
jej brązowe oczy jarzyły się złotem, pełne ekscytacji, a usta rozciągnięte były
w nieopanowanym uśmiechu. Dostrzegłam, że panuje nad wszystkim. Że jest w
stanie to okiełznać.
I że kocha to
całym sercem.
- Uzależnienie
od adrenaliny… - mruknęłam pod nosem, uśmiechając się. W tym tempie mi również
się ono udzieli.
- Co mówisz? –
Przyjaciółka wyprostowała się bardziej, drąc mordę jak najgłośniej, by
przekrzyczeć siłę pędu.
- Że możesz
przyśpieszyć! – zażartowałam, a gdy Constanza zaczęła zwiększać prędkość,
zbliżając się do górnej granicy obowiązującej prędkości, roześmiałam się.
Może z tym
motorem nie będzie aż tak źle.
***
Constanza zahamowała gwałtownie, ostatkiem
sił sprawiając, że utrzymała się na motorze, a nie wylądowała w pobliskim
rowie. Zatrzymałam stoper i podbiegłam do niej, ale gdy dziewczyna ściągnęła
kask i cisnęła nim o ziemię, wzniosłam oczy ku niebu.
- Ile razy mam
ci, do jasnej cholery, powtarzać, że lepiej przyjechać tą trasę wolniej, ale w
całości, niż za każdym razem sprawdzać, czy przy następnym upadku nie połamiesz
się lub nie zabijesz? – wycedziłam.
- Nie wiem,
kurna mać! – warknęła, kopiąc w oponę. – Co za skończony złom! – ponowiła
kopnięcie.
- Constanza! –
podniosłam głos, a gdy przyjaciółka łypnęła na mnie wściekle, wyraz mojej
twarzy złagodniał. – Na dzisiaj starczy. Wracamy, za chwilę zacznie lać.
- Jeszcze jeden
raz.
- Nie mam
zamiaru zdrapywać cię z ziemi, bo zrobi się mokro i ślisko.
Constanza
zwinęła dłonie w pięści, ale po chwili westchnęła i podniosła kask.
- W tym tempie
nigdy nie wyrobię się do tych zawodów… - mruknęła tylko.
- Nikt od razu
nie został mistrzem. – powtórzyłam po raz tysięczny. – A tak na serio,
radziłabym ci się zastanowić czy nie lepiej iść w wyścigi. Przynajmniej dopóki
nie masz crossa.
- Nie chcę się
ścigać tak po prostu. – powiedziała cicho. – Doskonale wiesz, że jazda
wyczynowa to moje marzenie, ale tu tak bardzo nie ma warunków.
- Mamy w ogóle
farta, że pozwolili ci ćwiczyć na tej zapomnianej szutrówce. Inaczej w ogóle
byś nie trenowała. – wzruszyłam ramionami, ale gdy Constanza milczała,
uderzyłam ją lekko w ramię. – Wiesz co nam dobrze zrobi? Szybki wyścig na
deskach.
Dziewczyna lekko
się uśmiechnęła.
- I tak
przegrasz.
- Phi. – udałam,
że się obruszam. – Mam ci przypomnieć kiedy ostatnio byłaś na deskorolce?
- Czy to jest
wyzwanie? – Constanza rozszerzyła usta w uśmiechu.
- A jeśli jest,
to co? – również uśmiechnęłam się szelmowsko.
Patrzyłyśmy
jeszcze przez chwilę po sobie, aż w końcu przybiłyśmy naszą piąteczkę i
ruszyłyśmy po nas stary, ulubiony środek transportu.
***
Siedziałam od
kilkunastu minut pod gabinetem dyrektora, przeklinając w myślach każdego, kto
zdążył zaleźć mi za skórę. Wstałam, przeszłam wzdłuż korytarza, po czym znów
usiadłam praktycznie pod drzwiami.
Nawet mój oddech
wydawał się być głośny. Wybiła 16 i gimnazjum stało się praktycznie wymarłe. A
drzwi od gabinetu wydawały się tłumić każdy dźwięk. Zabębniłam palcami po
kolanie, przygryzając wargę ze zdenerwowania. Długo ją tam trzymali. A im
dłużej na ciebie wrzeszczą, tym twoja sytuacja jest gorsza.
Nie chciałam być
złym prorokiem, ale czułam w kościach, że Constanza tym razem bardzo mocno
oberwie.
Przeszły mnie
ciarki, gdy przed oczami stanęło mi szaleństwo
jakie opętało jej oczy raptem półgodziny wcześniej. Wyszłyśmy w czwórkę,
naszą paczką dziewczyn, na zewnątrz, gotowe na nasz piątkowy wypad, gdy
Constanza gwałtownie się zatrzymała.
- Zajebię sukę.
– wycedziła z lodowatym spokojem i ruszyła przed siebie powoli.
Nawet nie
zdążyłam chwycić jej za ramię, gdy Cristina zakryła twarz dłonią, klnąc
siarczyście pod nosem. A gdy ona klnie, to już naprawdę dzieje się źle.
- Oż cholera,
coś czuję, że na wyzwiskach się nie skończy. – stwierdziła Nicola, a ja
powędrowałam wzrokiem w stronę, w którą zmierzała Constanza i od razu we mnie
zawrzało.
Przyjaciółka
przyśpieszała coraz bardziej, a jej dłonie, zwinięte w pięści, drżały z
wściekłości. O jej motor opierała się Giovanna, uśmiechając się szelmowsko, a
jej demoniczny śmiech przeszył mnie do szpiku kości, ale nie ze strachu przed
nią tylko przed Constanzą. Felicia i Enrica zawtórowały swojej przywódczyni.
Oceniłam szybko
straty. Te idiotki przebiły Constanzie obie opony, a na boku widniała długa
rysa. Gdy zobaczyły, że właścicielka się zbliża, Giovanna, niby przez przypadek
popchnęła biodrem motor, który dodatkowo uderzył o ziemię.
A Constanza,
jakby tego nie zauważyła, jakby zignorowała ich szyderstwa i zatrzymując się
gwałtownie przed Giovanną, wzięła potężny zamach i wbiła prawego sierpowego w
twarz dziewczyny.
- CONSTA! –
wrzasnęłam, bardziej z szoku niż z wściekłości i rzuciłam się w ich stronę
najszybciej jak umiałam. Nawet nie zauważyłam, że koleżanki, po chwili wahania
również za mną podążyły.
Giovanna tym
czasem upadła na ziemię jak długa, a adrenalina sprawiła, że zaczęła się od
razu podnosić. Constanza, jakby opętana, uderzyła ją jeszcze raz. I jeszcze
raz. Felicia i Enrica jakby się ocknęły, zaczęły piszczeć, a nawet próbując
ściągnąć Constanzę z Giovanny. Dobiegłam do nich, również się wydzierając.
- Natychmiast
się uspokójcie, do jasnej cholery!
Constanza
okładała Giovannę pięściami, choć sama obrywała. Miała haratniętą twarz w
jednym miejscu przez długie paznokcie dziewczyny. Przyjaciółka znów zyskała
przewagę, gdy Felicia i Enrica błyskawicznie się zmyły. Mój umysł ledwo
rejestrował co się dzieje, i choć był to piękny widok, chwyciłam Constanzę za
fraki i pociągnęłam z całej siły.
- Kurwa mać,
opanuj się! – wrzasnęłam.
Constanza
zdawała się mnie nie słyszeć i nawet nie obeszło jej moje wkroczenie. Cedziła
cały czas pod nosem oszczerstwa i wypluwała całą nienawiść na dziewczynę.
- Czemu to
zawsze musisz być ty. – urwała na moment, gdy znów ją pociągnęłam. – Zawsze ty.
A ja ci nawet, kurwa, nic nie zrobiłam. Dziwko.
- Constanza! –
usłyszałam za sobą Cristinę.
Wzięłam głęboki
oddech i wkładając w to całą siłę, odciągnęłam przyjaciółkę od naszego
wspólnego wroga. Włożyłam w to cały swój ciężar, więc w końcu upadłyśmy na
ziemię, a ja resztką sił utrzymałam Constaznę. Giovanna tymczasem podniosła się
z ziemi i ocierała usta z krwi.
- Jesteś szurnięta.
– warknęła, ale po chwili rozciągnęła usta w zwycięskim, demonicznym uśmiechu.
– A teraz radzę ci odpieprzyć się od Sergia, to może nie złożę sprawy do sądu.
Znaj swoje miejsce, szmato.
- TY SKOŃCZONA
KURWO! – Constanza odepchnęła mnie, zrywając się na równe nogi i nim Cristina
oraz Nicola chwyciły ją, zdążyła wycelować ostatni cios w twarz dziewczyny.
Dlaczego
ostatni? Odwróciłam się i dostrzegłam nadbiegających nauczycieli, a za nimi
Felicię i Enricę. Reszta historii jest już jasna.
Minęły kolejne minuty,
aż Constanza otworzyła drzwi na oścież i wycedziła pożegnanie. Spojrzała na
mnie krótko, ruszając do wyjścia. Poszłam za nią spokojnie, wiedząc, że teraz
będzie jedynie gorzej. Podałam jej plecak, który przyczepiła do motoru i
ruszyłyśmy pieszo do domu. Constanza nadal się nie odzywała.
Wybitnie daleko
nie miałyśmy, raptem 2 kilometry. W takie jesienne popołudnie to wręcz
przyjemność, zwłaszcza, że było jeszcze ciepło. Jednak gdy wchodziłyśmy pod
niewielkie wzniesienie, musiałam pomóc przyjaciółce prowadzić motor. Jego
przebite opony klekotały, jakby kpiły sobie z nas.
- Kurwa, mogłam
mocniej ją uderzyć.
Spojrzałam na
nią przeciągle. To były pierwsze słowa jakie powiedziała, stale ogarnięta
przejmującym gniewem.
- Jak dla mnie,
oberwała wyjątkowo mocno. – wzruszyłam ramionami. – Nie sądzę, że wcześniej
miała chociaż złamany paznokieć.
Constanza
przejechała palcem po ranie jakie zostawiły paznokcie Giovanny na jej policzku.
- Teraz na pewno
coś jej się złamało. – spróbowała zażartować, ale wyszło z tego tylko wściekłe
warknięcie. – Czemu mnie powstrzymywałaś? Jak już zaczęłam ją tłuc, mogłam
dokończyć.
- To była
najtrudniejsza decyzja w całym moim życiu i jednocześnie najpiękniejszy widok.
– uśmiechnęłam się do niej ponuro, a przyjaciółka w odpowiedzi prychnęła,
rozluźniając się lekko.
- A jeśli chodzi
o szkołę, to… nie wyrzucą mnie, ale wzorowego na koniec mieć nie będę. Kiedy
moi rodzice wrócą do domu, będzie jakaś pogadanka, ale prawdopodobnie nawet
mnie nie zawieszą. Głównie dlatego, że Giovanna zniszczyła mi motor.
- Przynajmniej
tyle. Szkoda tylko, że ta frajerka jest „poszkodowaną”.
Constanza wręcz
zawarczała.
- Ale, tak na
serio… Co jej odbiło, by czepiać się mojego motoru? Mogła po prostu powiedzieć,
że chodzi o chłopaka. – Constanza wzruszyła ramionami. – Coś w stylu „jestem od
ciebie lepsza”, „nie masz szans” czy tam „Sergio jest mój”. Wredna suka.
Pokręciłam tylko
głową, a na końcu ulicy dostrzegłam już dom Constanzy, a pod nim Cristinę i
Nicolę z torbami. Przyśpieszyłyśmy kroku i dostrzegłyśmy szelmowskie uśmiechy
koleżanek.
- Nim zaczniesz
się wydzierać, bo masz zły humor. – Nicola odchrząknęła. – Robimy piżama party,
póki jeszcze nie uziemili cię do osiemnastki.
- A tylko ty
dzisiaj masz wolną chatę. – Cristina wyszczerzyła się szeroko, pokazując nam
kusząco wyglądające reklamówki z jedzeniem.
Spojrzałyśmy po
sobie z Constanzą w tym samym momencie i zaniosłyśmy się szczerym śmiechem,
pozwalając by negatywne emocje nas opuściły.
***
Był środek nocy,
a pokoju słyszałam tylko oddechy przyjaciółek obok na ziemi, w śpiworach i
kocach. Poddasze Constanzy należało tylko do nas i wyglądało jak po przejściu
tornada i powodzi. Obróciłam się na plecy, zastanawiając się co przebudziło
mnie koło świtu.
- Psst. –
usłyszałam, gdy znowu przysypiałam. – Psst, Blanca.
- Co? –
szepnęłam w ciemność.
- Nie śpisz, co
nie? – odszepnęła Constanza.
- Jakbyś nie
zauważyła. – przewróciłam oczami, choć dziewczyna nie mogła tego zobaczyć. –
Psst, Nic. Cristi.
Odpowiedziała
nam cisza zakłócana tylko przez ich spokojne oddechy.
- Śpią. –
stwierdziła Constanza. – Może nawet i lepiej.
- Śniły ci się
koszmary? – spytałam cicho, wyczuwając strach w jej głosie.
- Tak trochę… -
westchnęła smutno. – Cały czas mam wrażanie, że mam na sobie jej krew. – mogłam
przysiąc, że urwała, bo po jej plecach przebiegł dreszcz. – Ej, Blanca…
- No?
- Dziękuje, że
mnie powstrzymałaś. – szepnęła ledwo dosłyszalnie. – Gdyby nie ty, nie wiem co
bym… do czego byłabym w stanie… się posunąć.
Zamknęłam oczy,
licząc uderzenia serca. Przypomniałam sobie moją wewnętrzną panikę, gdy
widziałam rozszalałą przyjaciółkę.
- Nie ma sprawy.
– szepnęłam, uśmiechając się. – Od tego ma się przyjaciół.
Zapanowała
chwilowa cisza.
- No i,
przepraszam. – dodała drżącym głosem.
- Też nie masz
za co. – szepnęłam zdecydowanym głosem. – I nie wiem co tam teraz sobie
myślisz, ale ja nadal widzę cię jako starą, dobrą Constanzę.
Usłyszałam
jedynie westchnienie pełne ulgi.
- Dziękuje. –
powtórzyła jedynie, a ja zamknęłam oczy i ponownie zmorzył mnie sen.
***
Minął
praktycznie miesiąc od czasu tej nieszczęsnej bójki, a nasza klasa znów
wyraźnie się podzieliła, lecz tym razem większość trzymała stronę Giovanny. Tak
więc wręcz wyizolowaliśmy się od nich, wiedząc, że po jakiejś dłużej przerwie
wszystko wróci do normy.
Siedziałyśmy
przy naszych ławkach, bo zrobiło się na tyle zimno, że nie dało się wysiedzieć
na zewnątrz. Nicola właśnie opowiadała o konkursie pianistycznym i
niesprawiedliwych sędziach. Ot co. Zwykła rozmowa, zwykła atmosfera. Czekałyśmy
ze wszystkimi „nowościami” na Riccardo, który zagubił się na jakimś spotkaniu
dla samorządu.
Kątem oka
obserwowałam naszych „najlepszych przyjaciół”, którzy najwyraźniej zbierali
się, by gdzieś pójść w trakcie tej długiej przerwy. Dostrzegłam wśród nich
Sergia i od razu podniosło mi się ciśnienie. Od czasu tej bójki nie
przysiadywał się do nas i znów nas ignorował. Spojrzałam na Constanzę. Nadal
miałam wrażenie, że jej tego brakuje.
Tego idioty.
Spojrzałam na
nich po raz ostatni i moje spojrzenia skrzyżowały się z wzrokiem chłopaka. Od
razu odwróciłam głowę w stronę koleżanek, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że
gapił się tylko na mnie. Ale uczucie szybko mnie opuściło, ustępując
obrzydzeniu, gdy Giovanna znów zaczęła się do niego przystawiać.
Dobrze, że po
kilku sekundach do klasy wpadł Riccardo, bo zwymiotowałabym.
- Dobre wieści
ludzie! – zawołał na przywitanie, wskakując na blat. – Będziemy mieli
dyskotekę!
Constanza wzięła
głęboki łyk z kubka termicznego, patrząc się na niego bez entuzjazmu.
- A puszczą mnie
na nią? – spytała, nie licząc na cud.
- Oczywiście. –
Riccardo spojrzał na nią, marszcząc czoło. Gdy dziewczyna wykonała gest
zwycięstwa, nie mógł się jednak powstrzymać od sarkazmu. – Oczywiście jeśli
obiecasz, że na nikogo się nie rzucisz.
- Hahaha. –
Constanza przewróciła oczami. – Nieśmieszne.
- Ja nie mówię,
że to śmieszne. Twierdzę jedynie, że kariera boksera stoi przed tobą otworem.
Zakrztusiłam się
herbatką, nie mogąc powstrzymać śmiechu. Reszta paczki też do mnie dołączyła,
ignorując Constanzę mamroczącą coś pod nosem, w stylu „z kim ja żyję…”.
- Ale wracając
do tematu, kiedy ta dyskoteka? – spytałam. Chłopak spojrzał na karteczkę z
notatkami.
- 6 grudnia,
taka mikołajkowa czy coś. No i składka po piątaku.
- Grudzień? –
zdziwiła się Cristina. – Coś szybko to planują. Dopiero listopad się zaczął.
- Jakąś fajną
pewnie chcą odwalić, ale im nie wyjdzie. Jak zwykle.
- Hmm… Mam
zawody siódmego… - westchnęła Constanza.
Spojrzałam po
niej podejrzliwie.
- A czy one
przypadkiem nie były pod koniec grudnia?
- To inne. –
odparła zdawkowo, ale widząc, że wszyscy wokół wręcz napinają mięśnie by
wyperswadować jej to dla jej dobra, uniosła dłonie do góry w uspokajającym
geście. – Ale spokojnie. Wybrałam łatwiejsze. No i to tylko wyścig, a nie
skakanie z ramp i te sprawy.
- „Tylko
wyścig”… - powtórzył Riccardo, praktycznie dusząc się z irracjonalnego śmiechu.
Constanza obrzuciła go podirytowanym spojrzeniem.
- Powiedziała
uzależniona od prędkości. – dopowiedziałam, cmokając z niezadowoleniem.
- Naprawdę
Blanca? Nawet ty będziesz mnie powstrzymywać? – jęknęła, a w jej głosie
usłyszałam taką nieznośną pretensję. Uśmiechnęłam się groźnie.
- Nawet ja będę
cię powstrzymywać. – podkreśliłam. – A wiesz czemu? Bo z tobą trenuję i wiem
najlepiej, że nie jesteś jeszcze przygotowana! A ja nie będę cię zdrapywać z
asfaltu! – w miarę jak mówiłam, Constanza coraz bardziej mnie ignorowała, a ja
podnosiłam głos.
W odpowiedzi
dostałam tylko zdawkowe prychnięcie i zacięty, zdeterminowany wzrok
przyjaciółki.
***
Owszem, nawet ja
nie byłam w stanie jej powstrzymać.
Dlatego stałam
pod sekretariatem, znudzona i czekałam aż Constanza w końcu z niego wyjdzie.
Składała papiery, zapisy i Bóg wie co jeszcze, by to szkoła zatwierdziła jej
udział w wyścigu i by mogła reprezentować Manarolę. Skubałam skórki przy
paznokciach, nie wiedząc co ze sobą począć, aż w końcu oderwałam się od ściany
i ruszyłam wzdłuż korytarza, zostawiając nasze plecaki w polu widzenia.
Szczęście długo
się do mnie nie uśmiechało, ale z kolei przede mną stanął żywy przykład Prawa
Murphiego – im bardziej czegoś nie chcesz, tym pewniejsze, że to się stanie.
Praktycznie wpadłam na Giovannę i jej przyjaciółeczki. Na szczęście bez obstawy
w postaci chłopaków.
- Uważaj jak
leziesz, idiotko. – syknęła zjadliwie, a Felicia i Enrica dopowiedziały coś
jeszcze.
Przewróciłam
oczami, ignorując je. Udałam zafascynowanie jedną z historycznych tablic
wiszących na korytarzu. Coś o fundatorach szkoły, ważnych absolwentach czy inne
pierdoły, które nikogo nie interesują.
Po kilku
minutach w końcu usłyszałam kliknięcie klamki i obróciłam się w stronę drzwi,
wypatrując z utęsknieniem Constanzy. Przyjaciółka przybrała przepraszającą minę
i kucnęła przy swoim plecaku.
- Sorki, jeszcze
chwila. Gdzieś zapodziałam jeden z formularzy… - zaczęła, przetrząsając
książki. – Za chwilę go znajdę.
- Znowu,
sklerotyku? Pewnie jakiś najważniejszy i zejdzie ci tam dwa razy dłużej. – prychnęłam,
ale nachyliłam się nad jej ramieniem.
- Kurde, nie ma.
– syknęła z irytacją i zaczęła sprawdzać jeszcze raz.
- Ej, koleżanki…
- zawołała przesłodzonym głosikiem Felicia.
Inteligencja
niektórych osób mnie przeraża. Czy raczej jej brak.
Felicia machała
nam z końca korytarza formularzem, a gdy dostrzegła rozwścieczony wzrok
Constanzy, błyskawicznie schowała się za ścianą.
- Czy one na
serio…? – spytałam, przekrzywiając głowę z niedowierzaniem.
- Tak. –
przytaknęła mi Constanza i zajrzała do sekretariatu, uśmiechając się naturalnie
i spokojnie. – Przepraszam, ale chyba zostawiłam to w którejś z klas.
- Normalnie jak
dzieci. – mruknęłam pod nosem, idąc w stronę Felicii.
- Gorzej. –
warknęła Constanza w bojowym nastroju. – To jest pojedynczy formularz. Drugiego
mi już nie dadzą.
Wyszłyśmy na
zewnątrz. Miłe jesienne popołudnia szybko zmieniały się na te, niemiłe,
deszczowe. Nawet nie zdziwiłam się, gdy dostrzegłam Giovannę, która poczytywała
owy formularz, a po obu jej stronach sterczą te hieny. Na nasz widok,
wyszczerzyła usta w diabolicznym uśmiechu.
- Cześć, Blanca.
Cześć, Constanza. – wręcz opluła nas jadem.
- Tak, tak,
cześć, cześć. – warknęła Constanza, nie zatrzymując się. Wyciągnęła dłoń we
władczym geście. – Oddawaj to.
Giovanna zabrała
jej to sprzed nosa kilka razy, widocznie mając z tego świetną zabawę. Wtórowały
jej śmiechy koleżanek. Constanza po kilku sekundach, zwinęła dłonie w pięści
(prawdopodobnie by nie rzucić się na naszą koleżaneczkę) i zmroziła ich
wzrokiem.
- Nie mam
zamiaru ci tego wydzierać i podrzeć. – wycedziła. – Albo oddasz po dobroci,
albo tak ci przyjebię…
- Constanza. –
położyłam kojąco dłoń na jej ramieniu. – Daruj sobie.
Spojrzała na
mnie wściekle, a grupka roześmiała się.
- Właśnie. Daruj
sobie. – powiedziała z wyższością Enrica.
Przewróciłam
oczami ze znudzonym jękiem.
- Wy też sobie
darujcie. – powiedziałam, zachowując spokój. – Zachowujecie się taaak dojrzale.
Zabraliście jej kartkę, niesamowite, ale to zabawne. – udałam entuzjazm, po
czym spojrzałam na nie spod zmarszczonych brwi. – Na serio? Na więcej was nie
stać?
- Czy to jest
wypowiedzenie wojny? – Giovanna aż skrzyżowała ręce.
- Nie. To jest,
kurwa, delikatna sugestia, że masz mi to, do cholery jasnej oddać! – warknęła
Constanza. Zacisnęłam palce na jej ramieniu.
- Ta kartka jest
taka cenna? – Giovanna uśmiechnęła się złowieszczo. – Szkoda by było gdyby
wpadła w błoto.
Lekko pobladłam,
ale po chwili ogarnął mnie gniew.
- Nie odważysz
się.
Giovanna
spojrzała na nas wyzywająco, nadstawiając kartkę nad kałużę.
- Założymy się?
Constanza była
czerwona z wściekłości, a ja naprawdę zastanawiałam się, czy nie pozwolić jej
roznieść te idiotki na strzępy. Niestety wygrał zdrowy rozsądek.
- Nie zrobisz
tego.
- Niby dlaczego
nie? – jej uśmiech był coraz szerszy.
- Bo to żałosne.
Obróciłyśmy się
w tym samym momencie. Przewróciłam oczami. Ten to lubił dramatyczne wejścia.
- Sergio! – tym
razem to Giovanna pobladła. – Co ty tu…?
- Chodzę tu do
szkoły. – uciął i stanął obok Constanzy. Jak dla mnie trochę zbyt blisko jej
przestrzeni osobistej. – A teraz oddawaj jej ten formularz i nie zgrywaj
wrednej suki.
- Jak śmiesz… -
zapowietrzyła się, ale urwała gwałtownie i agresywnym ruchem wepchnęła kartkę w
dłonie Constanzy. Kiwnęła głową na przyjaciółki i odeszły szybkim krokiem od
nas.
- Pierwszy raz
widzę jak braknie jej słów. – mruknęła pod nosem Constanza. – Dobra, idę to
zanieść. – rzuciła i pobiegła do sekretariatu.
Zostawiając mnie
samego z nim.
Sergio włożył
dłonie do kieszeni, nie bardzo wiedząc jak się zachować. Ja wbiłam wzrok w
ziemię, unikając jakiejkolwiek sposobności do rozmowy. Ale w końcu i tak
musiałam przełamać ciszę.
- Dzięki, że
wstawiłeś się za Constanzą. – mruknęłam, posyłając mu niepewny uśmiech.
- Ta, wstawiłem
się za Constanzą… - mruknął ledwo dosłyszalnie.
- Słucham?
- Nie, nic-nic –
uśmiechnął się. – Co to za dokumenty, tak w ogóle?
- Constanza
zgłasza się do takiego wyścigu i formularz był jej potrzebny.
- Czyli coraz
lepiej jeździ na tym swoim motorze. No to fajno.
- Jeśli można to
tak określić. – wzruszyłam ramionami. – A ty co? Czekasz na swoich kolegów?
- Tak szczerze,
to… - zaciął się, unikając mojego wzroku. – Zastanawiałem się, czy nie…
Zadzwonił mi
telefon i z automatu go odebrałam, od razu przeprosiłam Sergia. Miałam w
zwyczaju zawsze odbierać albo oddzwaniać jak najszybciej. Nigdy nie wiadomo czy
nie chodzi o coś dużo ważniejszego niż to czym się teraz zajmuję. Ale o dziwo
to był tylko Riccardo, który chciał tylko pogadać. Rozłączyliśmy się dopiero,
gdy Constanza wyszła ze szkoły, niosąc nasze plecaki.
- Trzeba było go
ode mnie pozdrowić. – rzucił trochę zjadliwie Sergio.
Przewróciłam
oczami, biorąc plecak od Constanzy.
- O, Sergio.
Sądziłam, że już poszedłeś do domu. – uśmiechnęła się do niego dziewczęco. – W
ogóle, dziękuję za wcześniej. Uratowałeś mi skórę.
- Nie ma za co.
Przyjemność po mojej stronie.
Od tych ich
uśmiechów zrobiło mi się nie dobrze. Taka Constanza zdecydowanie była zbyt
przesłodzoną wersją siebie.
W jakiś dziwny
sposób zaczęliśmy wracać we trójkę, a ja usilnie się nie odzywałam, tak by
Constanza i Sergio mogli gadać, ale on oczywiście musiał cały czas się o coś
pytać i nie pozwalał mi opuścić konwersacji. Nawet raz użyłam sygnału, że się
zmywam, a Constanza mi to potwierdziła. Tylko, że chłopak zatrzymał mnie ze
słowami, typu „weź zostań, w grupie raźniej”.
Tak więc trzymałam się w większej odległości niż oni i starałam się
zachowywać jak profesjonalna swatka.
Szkoda tylko, że
chłopcy to idioci.
I na dodatek
ślepcy.
***
Pod koniec
tygodnia, gdy po popołudniu passa złej pogody się przerwała, w moich progach
zawitała Constanza. Otworzyłam jej ze zdziwieniem. W piątki zazwyczaj albo
robiłyśmy wieczorki filmowe, albo siedziałyśmy u siebie nawzajem do późnej
nocy. W lecie było ciekawiej, ale obecny, przenikliwy wiatr nie zachęcał do
sportowego wypoczynku. Spojrzałam dodatkowo na zegarek – minęła raptem czwarta
po południu co zdecydowanie nie można było nazwać wieczorem.
- Zegarki ci się
przestawiły? – spytałam ze śmiechem, trzymając kubek z gorącą herbatką. Oparłam
się luźno o framugę.
Constanza nim
odpowiedziała obrzuciła mnie krytycznym spojrzeniem.
- Czemu siedzisz
już w szlafroku i grubych skarpetach? – spytała retorycznie, po czym tylko
pokręciła głową. – Ubieraj się.
- Po kiego? –
spojrzałam podejrzliwie na chmury.
- Zabieram cię
na przejażdżkę.
Zamrugałam kilka
razy, nie bardzo rozumiejąc tok jej rozumowania. Spojrzałam jeszcze raz na
pogodę. W sumie nie było aż tak źle. No i był piątek. Dopiłam herbatkę jednym
haustem, po czym machnęłam na przyjaciółkę dłonią.
- Właź do
środka. – rzuciłam przez ramię. – Ubiorę się i możemy ruszać.
***
Przejażdżka była
przyjemna.
Ale tak zawsze
jest. Możemy planować coś nawet miesiącami, a na końcu i tak opatrzność uweźmie
się na nas i zacznie psuć wszystko od pogody po sam nasz nastrój. A takie
spontaniczne wyjścia zawsze się udają.
Powinnam
częściej dziękować losowi, że mam z kim wychodzić.
Zatrzymałyśmy
się tylko raz, na jednej z polan wokół całkowitej pustki. Okolica wydawała się
pusta, pozbawiona ingerencji człowieka, oprócz śladów kół motoru Constanzy. Zsiadłam
rozbawiona z machiny i przeciągnęłam się, rzucając okiem na niebo. Akurat w tym
miejscu świerki i sosny nie zasłaniały nieba, a jedynie okalały wokół linii
horyzontu niczym korona.
- Czemu
wywiozłaś mnie do lasu? Masz jakieś niecne zamiary? – zaśmiałam się.
Dostrzegłam po
Constanzie, że choć ma coś ze mną do obgadania nie może powstrzymać
rozbawionego uśmiechu. Upewniła się, że pojazd utrzyma pion, po czym obróciła
się w moją stronę z „niecnym” uśmieszkiem.
- Ależ
oczywiście. Z taką milusią dziewczynką jak ty… Muahahaha… - zaśmiała się
złowieszczo, wyciągając ramiona w moim kierunku.
Odtrąciłam je z
udawanym przestrachem.
- Zostaw mnie,
ty oblechu! – zapiszczałam jak rasowa blondynka w horrorach.
- Pragnę twego
ciała! – ryknęła Constanza i powaliła mnie na ziemię.
Przez krótką
chwilę brakowało mi tlenu, by zaraz potem wybuchnąć śmiechem. Otarłam łzy,
turlając się kilka metrów dalej od przyjaciółki, która po swoim diabelskim
ataku wylądowała twarzą w trawie.
- A teraz gadaj
o co ci na serio chodzi.
- Mi? O nic
ważnego. Po prostu chodziło o to by nie marnować naszej młodości na piątkowe
popołudnia spędzane w domu. – wymruczała, po czym podniosła się i wypluła trawę
z ust. – Tutaj nikt nie usłyszy o czym gadamy.
- W moim domu
też, no ale niech ci będzie… - wtrąciłam sarkastycznie.
Constanza
spojrzała na mnie spode łba, ale nie mogła długo powstrzymać uśmiechu. A gdy
ona uśmiecha się po moich sarkastycznych tekstach, temat który chciała
poruszyć, musiał dotyczyć zapewne osobnika płci męskiej.
- Zaczynam
sądzić, że Sergio mi się podoba. Ale wiesz… Tak serio-serio.
Spojrzałam na
nią uważnie.
Owszem chłopak
znowu cały czas się z nami zadawał, przynajmniej od kiedy wstawił się z tym
formularzem. Coraz bardziej zakumplowywał się z Constanzą i ogólnie z całą
paczką, lecz coraz bardziej kwitła nienawiść pomiędzy nim, a Riccardo. Faceci.
Ale pomijając to wszystko, przestałam Sergia „nie trawić”. Teraz przeszło to na
„tolerancja” bądź „akceptacja”.
- Akurat to już
wiem, bo ślinisz się jak go widzisz.
- Nie ślinię
się!
- Mam cię
nagrać?
- Ale ja się nie
ślinię! – burknęła Constanza. – Cicho siedź, ty sieroto. Ja tu usiłuję poruszyć
poważny temat, a ty tu wyskakujesz z jakimś ślinieniem się!
- Nie wiem, czy
gimnazjalną miłość można nazwać „poważną” – odparłam. – Ale słucham ja ciebie.
- Nie masz nic
przeciwko?
- Przeciwko
czemu? – zmarszczyłam brwi.
- Ogólnie. Jeśli
czysto teoretycznie, wyszłoby coś z tego z Sergiem… Wszystko byłoby między nami
okej? – spytała niepewnie.
Ja w odpowiedzi
roześmiałam się.
- Oczywiście,
głupia. A niby czemu miałoby być inaczej?
Uniknęła mojego
wzorku, a czubki jej uszy zaczerwieniły się.
- A sama nie
wiem.
***
Pomachałam
Constanzie na pożegnanie i pognałam do domu po sprzęt astronomiczny. Zapowiadała
się bezchmurna noc, w dodatku jedna z cieplejszych z tych jesiennych. Wybrałam
bliższy punkt obserwacyjny niż plaża i pognałam na niego pieszo.
Już dawno
wzeszły pierwsze gwiazdy.
Wskoczyłam na
barierkę, wpatrując się w ciemniejące niebo, a dziesiątki gwiazd odbijały się i
lśniły w moich zielonych oczach. Poczułam jak w żołądku podrywają się motyle.
Wszechświat stawał przede mną otworem, pozwalając zanurzyć się w bezkres swoich
tajemnic i sekretów, jak w mętną toń oceanu.
Gdy niebo stało
się czarnym płótnem zabrałam się do poważniejszych obserwacji. Uwielbiałam to
robić, choć zawsze miałam wrażenie, że minuty prześlizgują się między moimi
palcami jak woda.
- Znowu
straciłaś poczucie czasu?
Wzdrygnęłam się
i powoli odwróciłam się do przybysza.
- Ciebie też
miło widzieć, Sergio.
Chłopak
uśmiechnął się czarująco, wpatrując w moje roziskrzone tęczówki. Nie
spuszczałam jednej dłoni z teleskopu, jakby było to co najmniej moje niemowlę,
a w drugiej ściskałam notes pokryty rozmaitymi szkicami i zapiskami.
- Jak patrzę się
w twoje oczy, zaczynam rozumieć, że teraz dla ciebie czas nie istnieje. –
powiedział cicho i podszedł do barierki.
Nie wiedziałam
jak się zachować. Zignorować go i dalej zająć się swoimi sprawami?
Niegrzecznie. Podejść do niego? Wzruszyłam ramionami i podeszłam lekkim krokiem
w stronę barierki, stając jakiś metr od chłopaka.
- Co tutaj
robisz? – spytałam cicho, znów tonąc w migoczących gwiazdach.
- Sam nie wiem.
– szepnął jeszcze ciszej. – Poczułem, że muszę wyjść i trafiłem tutaj. Nogi
same mnie poniosły.
- Może zaczynasz
wariować. – mruknęłam, uśmiechając się kpiąco pod nosem. Kątem oka dostrzegłam,
że wbił we mnie spojrzenie, ale ja nie zaszczyciłam go swoim. Sama nie wiem
czemu. Może dlatego, że coś wydawało się być nie tak. A może dlatego, że krew
dudniła mi w uszach.
- Może. –
przyznał, uśmiechając się w ten irytująco słodki sposób, który sprawiał, że
stawał się przystojniejszy niż jest. – I chyba nawet wiem dlaczego.
Jego ton był
zaczepny, a ja sama nie mogłam się powstrzymać, by obrócić głowę w jego stronę
i posłać mu tak samo zaczepny uśmieszek.
- No, dlaczego?
– uniosłam brwi, szczerząc się głupowato.
- Przez ciebie.
Nie wiem czy
dreszcz przeszył mnie od jego słów, czy od tego, że tknął swoimi ciepłymi
palcami moją dłoń. Zastygłam, nie słysząc nic innego niż bicie własnego serca.
Chłopak przejechał palcami po grzbiecie mojej ręki, wywołując mrowienie, po
czym ujął ją delikatnie.
O nie, nie, nie,
nie, nie, nie.
To idzie w
bardzo złym kierunku.
Mój umysł huczał
od ostrzeżeń, ale ja byłam jak zaklęta. Jednocześnie zbyt przestraszona, by
cokolwiek zrobić oraz oczarowana chłopakiem. Gdy odciągnął mnie lekko od
balustrady i objął zaborczo w talii, przez mgłę moje umysłu przebił się ryk. Zatrzymaj się.
- Blanca… -
wyszeptał moje imię, nachylając się w moją stronę. – Usiłuję ci to powiedzieć
od dawna…
- Zatrzymaj się.
Zastygł
gwałtownie, a ja wysunęłam się z jego objęć, mając wrażenie, że ściągam z
siebie pajęczynę. Serce waliło mi strasznie szybko, a zabiło boleśniej, gdy
dostrzegłam rozczarowanie w jego ciemnych oczach. Nawet jeśli to Sergio,
zasługiwał na bardziej „taktowne odrzucenie”.
- Przepraszam. –
powiedział cicho, wpychając ręce do kieszeni. – Sądziłem, że…
- Nie mogę. –
wydukałam, czując jak twarz oblewa się czerwienią. – Po prostu… Nie mogę.
Spojrzał na mnie
przeciągle, jakby szukając czegokolwiek na mojej twarzy. Jakiejś sprzeczności.
Czegoś co pozwoliłoby mu bezboleśnie to zrozumieć. Ale nie dostrzegł żadnych
szans. Moja twarz była bezlitośnie poważna, choć serce pędziło szybciej niż
powinno do chłopaka, do którego nic nie czuję.
Nie wiem.
Unikając jego
wzroku chwyciłam teleskop i odeszłam w stronę domu powoli. Sergio nie
zaoferował się, by mnie odprowadzić. Za zakrętem puściłam się biegiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz