Rozdział 3
Pierwsza ścieżka
została wydeptana
Wszystko kiedyś
się kończy, więc koniec lata skomentowałam tylko przeciągłym westchnięciem, gdy
w końcu musiałam spakować książki do szkoły. Z ubraniami nadal nie było
problemu, tak jak Constanza wyciągałam pierwszą koszulkę z brzegu i pierwsze
spodnie. Jednak tym razem zawahałam się, przypominając sobie jej słowa o
‘zachowywaniu się jak dziewczyna’.
No, to chyba do
mnie nie było.
Zaśmiałam się w
duchu, wyciągając jakąś koszulkę na oślep. Nim jednak wygrzebałam spodnie,
wyświetlacz mojego telefonu podświetlił się i wydał z siebie pierwsze nuty
Maroon 5 Harder to Breathe. Muszę
szybko zmienić ten utwór, bo przestanę odbierać telefon, tylko by go posłuchać.
- No cześć,
Constans – przywitałam, przytrzymując telefon ramieniem, przy okazji wyciągając
resztę potrzebnych mi ciuchów. Przyjaciółka zaczęła nadawać na cały głośnik, a
ja rozumiałam piąte przez dziewiąte, więc gdy w końcu zaczęłam chwytać sens
rozmowy, przerwałam jej. – Czyli, jutro po szkole wpadamy do ciebie, bo masz
jakąś niespodziankę?
- I to nie jakąś! – ryknęła do słuchawki.
– Pamiętasz jak mówiłam o próbowaniu
nowych rzeczy? Szczena ci opadnie!
I po tych
słowach, dramatycznie się rozłączyła. Wzniosłam oczy ku niebu (sufitowi) i
zapatrzyłam się. W połowie wakacji w końcu przyczepiłyśmy z Constanzą realną
mapę nieba, podświetlaną w ciemności. To przypomniało mi, że zapowiadali
bezchmurne niebo. Sięgnęłam jeszcze do szafy po jakąś bluzę.
W między czasie
przyszedł mi SMS od Constanzy. Dobranoc.
Uśmiechnęłam się
pod nosem, kręcąc głową i chwyciłam swój stary teleskop. Przemknęłam między
rodzicami, choć oni i tak wiedzieli, że „wymykam” się z domu na obserwacje i
póki co, nie zgłaszali skarg. Zapięłam bardziej bluzę, gdy chłodnawe powietrze
smagnęło mnie po klatce i kopnęłam deskorolkę, by się ruszyła. Nim zaczęłam
jechać na ulubiony punkt, przyszedł mi jeszcze jeden SMS.
Nie zasiedź się na tych swoich obserwacjach, bo to
już nie wakacje.
Pokręciłam głową
raz jeszcze i wprawnym ruchem odepchnęłam się od ziemi nabierając prędkości.
Była raptem 20, a końcem sierpnia praktycznie panowała względna jasność.
Miasteczko pogrążało się w ciemnościach nocy, choć latarnie zaczynały świecić.
Tu i ówdzie zauważałam jeszcze turystów, którzy korzystali z ostatnich dni
urlopu. Uśmiechnęłam się pod nosem. Minęłam starego ogrodnika, pana listonosza,
nawet latarnika, a cała Manarola wydawała się być taka znana i ciepła,
zwłaszcza, gdy miejscowi uśmiechali się na mój widok.
Teraz też jestem
miejscowa.
Oczywiście
uśmiech mi zszedł z twarzy, gdy przy jedynym ‘klubie’ w miasteczku zobaczyłam
moje ulubione towarzystwo, z którym będę musiała męczyć się jeszcze jakieś 6
lat. Giovanna, Enrica, Felicia, Sergio, Marco, Carlos i Gulio. Zmroziłam ich
nienawistnym spojrzeniem z daleka, dalej pamiętając to co odstawiali przez całą
podstawówkę. Prychnęłam pod nosem. Przez to lato się zmienią, wolne sobie,
Constanza. Niestety stali w najgorszym możliwym miejscu, w którym oczywiście
musiałam skręcić.
O losie, ty
zgubna istoto.
Sergio dostrzegł
mnie pierwszy i nawet podniósł dłoń w
geście przywitania, ale szybko ją schował, gdy jego kochani przyjaciele zaczęli
mnie wygwizdywać. Enrica oczywiście ani myślała, by zejść swoim cielskiem choć
trochę z drogi, więc potrąciłam ją ramieniem. Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy
posłali za mną przekleństwa. Mimo, że praktycznie byłam pewna, że akurat Sergio
nic nie wołał, również zaliczyłam go do tej grupy. Jakby chciał, nie zadawałby
się z nimi.
Odetchnęłam z
ulgą, gdy w końcu dojechałam do opuszczonej części zatoki z wysokim, płaskim
falochronem. Podjechałam jak najdalej jak się dało, a potem musiałam zejść. W
oddali dostrzegłam sylwetkę niskiej postaci i uśmiechnęłam się pod nosem.
Chłopak krzątał się, wyraźnie się śpiesząc.
- Witam pana. –
rzuciłam, nachylając się mu nad ramieniem.
Riccardo odskoczył
jak oparzony, po czym obrzucił mnie miłym spojrzeniem.
- A, to tylko
ty, Blanca. – odetchnął z ulgą.
- To aż ja,
Ricc. – zaśmiałam się i przybiłam z nim żółwika. - Widzę, że ty też usłyszałeś
o pozytywnych prognozach pogody. – wskazałam brodą na czyste niebo z
jaśniejącym coraz bardziej księżycem.
Przytaknął,
spoglądając pojawiające się powoli gwiazdy.
- Ano. Tylko
szkoda, że zawsze musimy się wyminąć. – westchnął.
- No bo wiesz…
Gwiazdy są tylko w nocy.
- Haha,
nieśmieszne.
- Dobra, dobra.
Wiem, rodzice cię cisną mocno.
- Tsa… „mocno” –
podkreślił ironicznie, zapakowując do końca swoją podręczną lunetę. –
Powinienem być od 5 minut w domu.
Zrzuciłam z
pleców teleskop i przeciągnęłam się.
- No to ja cię
nie zatrzymuję.
- Oszalałaś? –
Riccardo wytrzeszczył na mnie oczy zza swoich okrągłych szkieł. – Może mi się
śpieszy, ale… ale… Już wiem. Nie mogę zostawić dziewczyny samej z takim ciężkim
sprzętem.
Zachichotałam.
- Nie używaj
mnie jako wymówki.
- Ja? Ta gdzie,
jam po prostu dżentelmen. – ukłonił się wytwornie i zaczął wprawie pomagać mi
rozłożyć teleskop. Po udzielonej pomocy, pożegnał się i pomknął na rowerze w
stronę domu.
Westchnęłam,
nadal uśmiechając się pod nosem. Riccardo był śmieszkiem, ale mało kto
dostrzegał to spod kurtyny bardzo dobrych ocen. Spojrzałam kątem oka na
zegarek. Za kwadrans dziewiąta. Miałam tylko trochę ponad godzinkę, nim wybije
godzina ciszy nocnej i trzeba będzie wracać.
Czas upłynął
błyskawicznie.
Westchnęłam
ponownie, okręcając się wokół własnej osi, spoglądając przy tym w rozgwieżdżone
niebo. Cały wszechświat zawirował wraz ze mną. Po czym wróciłam na ziemię,
zapakowałam się szybko i pojechałam deskorolką wzdłuż falochronu.
Aby dojść do
głównej, oświetlonej drogi trzeba było pokonać odcinek starą, zapuszczoną
plażą. Mogłoby się wydawać, że jechanie po piasku jest trudne na rowerze, ale
dla mnie było to wykonalne nawet na deskorolce. Oczywiście poszło mozolnie.
Kątem oka obserwowałam iskrzące się od księżyca morze. Westchnęłam z błogością,
wiedząc że w tych ciemnościach nikt na mnie nie patrzy. Nikt mnie nie widzi.
Z lekka
zziajana, dowlekłam się do końca plaży i zaczęłam wchodzić po kamiennych
schodkach w górę, kryjąc się w mroku drzew. Musiałam odczekać chwilę nim oczy
przyzwyczaiły się do mroku.
- To
niebezpieczne, gdy dziewczyny chodzą same w nocy.
Ugryzłam się w
język, by nie wrzasnąć. Wystarczyło jedno szybsze uderzenie serca, by mój
instynkt zaczął działać (albo wystarczyła znajomość z Constanzą). Wprawnym
ruchem nogi podrzuciłam deskorolkę do góry i łapiąc je w obie dłonie, rzuciłam
się z nią w stronę, z której dobiegał głos.
Wszystko
rozegrało się w mniej niż sekundę. Zadrżałam, gdy kółeczka od deski wpiły się w
czyjś brzuch.
- AŁĆ, BLANCA,
CZEKAJ! – głos tym razem wydał mi się bardziej znajomy. Przycisnęłam deskę do
siebie, mrużąc oczy w ciemności.
- Chwila…
Sergio? – zdziwiłam się.
Jeszcze tylko
jego tu brakowało.
- Ale ty jesteś
szybka… - urwał na moment, by zakaszleć. – Tego o niebezpieczeństwie nie cofnę.
To TY stwarzasz zagrożenie.
Położyłam deskę
na ziemi, stawiając na niej jedną stopę. Mierzyłam Sergia uważnym, wrogim
spojrzeniem, nie miałam najmniejszego powodu, by zachowywać się sympatycznie,
zwłaszcza do niego. A jego postępowanie było bardzo dziwne.
- Czemu mnie śledzisz?
– spytałam chłodno.
Ciemnowłosy
spojrzał na mnie dłużej niż powinien, bo aż cofnęłam się o krok. Dopiero wtedy
dotarł do niego jego błąd.
- Co? Nie! –
wzdrygnął się. – Czemu w ogóle myślisz o takich rzeczach? Serio masz mnie za
takiego zboka? – obruszył się.
- Czajenie się
na dziewczynę w ciemnościach daje wiele do myślenia. – prychnęłam. – Zwłaszcza,
że nigdy nie dałeś mi powodu do zaufania.
Dostrzegłam, że
doskonale wie, o co mi chodzi. To nawet już nie ta ustawka. To całe 3 lata
ciągłego dokuczania i wzajemnej niechęci.
- Tak na serio,
to… - zaciął się na moment, wplatając palce w czekoladowe włosy. – Dopiero
teraz wracałem od… no wiesz. – zaintonował to co najmniej jakby się ich…
wstydził? – Zobaczyłem, że się zbierasz i pomyślałem, że… no… dziewczyna nie
powinna wracać sama o tej porze…
Uniosłam jedną
brew, za bardzo nie wierząc w to co słyszę.
- Przed chwilą
powiedziałeś, że to ja stanowię zagrożenie.
- Blanca! –
jęknął, a jego ramiona opadły.
Uśmiechnęłam się
chytrze, czując, że tym razem nie muszę się obawiać wyzwisk czy większej
przemocy. Mogłam spokojnie mu podokuczać.
- No już, dobra,
dobra. – mruknęłam w końcu, odpychając się jedną nogą od ziemi i zaczynając
jechać. Pokręciłam głową z niedowierzaniem, ale uniosłam dłoń do góry, by
pomachać koledze. W końcu jestem skazana na niego przez kilka kolejnych lat.
Kolejny zawał
przeżyłam, gdy po kilku sekundach chłopak zrównał się ze mną, jadąc na rowerze.
Tym razem jednak nie wzdrygnęłam się widocznie, tylko posłałam mu przeciągłe
spojrzenie.
- Wiesz, Sergio…
Sądziłam, że załapiesz aluzję. – zachichotałam pod nosem. – Mogłeś spokojnie
jechać do domu.
- No nie mogłem.
– zaśmiał się, myśląc że żartuję z nim, a nie z niego. Na swój sposób było to…
słodkie? – Już się zaoferowałem, to dotrzymam obietnicy.
Super, teraz się
ode mnie nie odczepi.
- Mieszkasz na
przeciwnym krańcu miasta. – zauważyłam, przyśpieszając lekko, by mógł jechać
normalnym, rowerowym tempem.
- Blanca,
przecież to nie jest Nowy York. 10 minut i będę z powrotem.
Kolejne metry
przejechaliśmy w milczeniu, a mnie korciło, by trochę mu powygarniać. No może
to złe słowo. Delikatnie zasugerować, że ani się z nim nie koleguję, ani nawet
nie mam zamiaru. Już widzę miny Giovanny i spółki. O nie, nie. Nie widzi mi się
wracanie do ciągłego stanu wojny. Zawieszenie broni jest fajne. Pasuje mi.
- Wiesz, Sergio,
tu nie chodzi o to, że nie doceniam na jakich to dżentelmenów rośnie nasze
pokolenie, tylko… No wiesz. My się za bardzo nie kolegujemy.
Chłopak milczał,
trawiąc moje słowa.
- No to
zaczniemy.
Spojrzałam na
niego, ale w ciemności błysnęły tylko jego zęby, odsłonięte w szerokim
uśmiechu. Pokręciłam głową. Chłopaki to idioci. Miałam już powiedzieć coś
ostrzej, by odczepił się raz na zawsze, on i jego równie mądrzy koledzy, ale
Sergio zaczął pogawędkę na jakiś przyjemny temat. Z czystej ciekawości
odpowiedziałam i w jakiś naturalny sposób wywiązała się z tego żartobliwa
rozmowa.
I w sumie dobrze. Teraz żałowałabym, jakbym go
spławiła.
- No dobra. –
zahamowałam. – Ja tutaj. – wskazałam głową swój dom.
Sergio również
się zatrzymał i czekał na coś. Sama nie wiem na co. Rozglądnęłam się nerwowo,
nie wiedząc co powiedzieć. Tak po prostu się pożegnać? Westchnęłam, czując że
zacznę paplać co mi ślina na język przyniesie.
- Wiesz, co
Sergio? – nabrałam pewności w głosie. – Pomimo twoich przyjaciół i ogólnie tego ‘wszystkiego’… Jesteś równym gościem.
Jego usta
rozciągnęły się w rozbawionym, zawadiackim uśmieszku, a czarne oczy zwęziły się
w wąskie szparki, upodobniając go do Azjaty. Również się uśmiechnęłam, sama nie
wiem czemu.
- Dzięki,
Blanca. – wyszczerzył się, zawracając rower. – To do jutra. – Ledwo skończył
mówić, a już pędził w stronę swojego domu. Pokręciłam głową z dezaprobatą.
- Do jutra.
Przemknęłam
szybko do swojego pokoju, nie budząc rodziców. Czyżby Constanza miała rację z
tym całym „zmienianiem się przez wakacje”? Byłam pewna, że w co najmniej w tym
tygodniu już nic mnie tak nie zaskoczy.
Oczywiście
myliłam się.
***
- No pośpiesz
się! – krzyknęła na mnie Constanza, chyba piąty raz z rzędu.
Przewróciłam
oczami, ale w końcu posłuchałam przyjaciółki i odepchnęłam się parę razy od
ziemi, a deskorolka przyśpieszyła. Patrzyłam na plecy przyjaciółki, która i
tak, i tak oddalała się coraz bardziej. Prychnęłam, gdy Constanza nie zwolniła
przy ostrym zakręcie i prawie rozbiła się o grupkę dzieci. Adrenalina znowu
uderzyła jej do łba.
Minął pierwszy
tydzień szkoły. Nadzieje wszystkich na wielki szkolny debiut szybko się
rozmyły. W miasteczkach takich jak Manarola, gdzie jest jedna podstawówka,
jedne gimnazjum i jeden ogólniak trudno o nowe znajomości. Zarząd szkół nawet
nie bawił się w selekcję – moja klasa była taka sama jak w podstawówce. Pani
Galante prychnęła zirytowanym śmiechem, gdy zobaczyła nasze miny na rozpoczęciu
roku.
- Widzę, że też
cieszycie się, że siebie widzicie.
O, tak. BARDZO.
Razem z Constanzą posłałyśmy zjadliwe uśmiechy do Giovanny i jej koleżaneczek.
Zwolniłam przy
zakręcie, ale dzieciaki, już przestraszone, szybko zbiegły mi z drogi.
Uśmiechnęłam się pod nosem, rozbawiona, ale i tak przyhamowałam. U mnie działa
jeszcze coś takiego jak zdrowy rozsądek.
- Czemu ty się
tak wleczesz!? – Constanza zjechała już na główną drogę i była jakieś 300
metrów przede mną.
Uniosłam oczy ku
niebu, ale rozpędziłam się i w kilkanaście sekund ją dogoniłam. Tutaj bez obaw
można było się rozpędzić – prosta droga z szerokim poboczem. Jednak Constanza
starała się przyśpieszyć coraz bardziej i bardziej, aż jej deska zaczęła się
trzęść, a kółeczka złowróżbnie skrzypieć. Znów zostawałam z tyłu.
- No co z tobą,
Blanca? – jęknęła Constanza, w końcu zwalniając. – Źle się czujesz? – zmartwiła
się.
- Nie, po prostu
nie jestem uzależniona od szybkości.
- Ta, dzięki. –
prychnęła z oburzeniem, ale o dziwo, nie była w stanie powstrzymać lekko
szalonego uśmiechu, który nie schodził jej z twarzy od kiedy zaczęłyśmy jechać.
Westchnęłam
tylko, na co Constanza wybuchła śmiechem i pacnęła mnie w ramię. Do teraz
zastanawiam się jak przy takiej prędkości mogła się tak naturalnie poruszać.
- No to ścigamy
się do mojego domu! – krzyknęła, a nim skończyła zdanie, zaczęła przyśpieszać.
- Jak tam
chcesz! – odpowiedziałam, wkładając wszystkie swoje umiejętności w jazdę.
Czułam przepełniającą mnie chęć rywalizacji. Choć i tak Constanza zawsze
wygrywała akurat wyścigi.
Wiatr świszczał
mi w uszach, a mijające mnie samochody wydawały się być tylko plamami. Krew
dudniła w moich żyłach, domagając się więcej. Dopiero w takich chwilach
zaczynałam rozumieć dlaczego Constanza tak kocha szybkość. Jednak zdrowy rozum
był u mnie silniejszy przy większości sytuacji.
- Widzisz?
Wystarczyło wyzwać cię na wyścig, byś przyśpieszyła! – zaśmiała się Constanza,
próbując przekrzyczeć wiatr.
- Oż, ty!
Godzisz w mój honor! – zachichotałam, zbliżając się coraz bardziej.
Aż w pewnym
momencie, Constanza zwolniła. Nie było tego widać z perspektywy
przechodniów (sąsiedzi dalej kręcili
głowami na nasz widok), ale ja to dostrzegłam. Wyminęłam ją ze świstem, ale
blondynka nawet na mnie krzywo nie spojrzała. Patrzyła gdzieś dalej. Nim
całkowicie minęłyśmy to miejsce, spróbowałam dostrzec to co ona. Ale stał tam
tylko ten gang z bożej łaski. Zdołałam wychwycić dwie rzeczy: nienawistny wzrok
Giovanny (no przecież) i wzrok Sergia, ale akurat nie byłam pewna, czy patrzył
się na mnie czy na Constanzę.
Przeklęłam w
myślach. W sumie nie powiedziałam jej o moim spotkaniu z Sergiem, ale nie
celowo. Po prostu tak wyszło, a z każdym kolejnym dniem, miałam większe
wątpliwości by w ogóle jej to mówić.
Usłyszałam
trzeszczące kółka za sobą i dotarło do mnie, że wyścig nadal trwa, a Constanza
i tak nie odpuści. Rozpędziłam się ze wszystkich sił, a zahamowałam dopiero
przed domem przyjaciółki. Ona oczywiście nie zna pojęcia „zwolnić” i zawaliła o
próg przy otwartej furtce, przelatując kilka metrów na przód.
Przewróciłam
oczami. Po tylu latach byłam pewna, że nic jej nie jest. Ciężko dysząc
podeszłam do niej. Constanza leżała na ziemi, szczerząc się z rozbawieniem.
Podałam jej dłoń, podciągając do pozycji stojącej. Dziewczyna również dyszała,
czerwona z wysiłku.
- Uznajmy, że
był remis. – rzekła i przybiłyśmy swoją piąteczkę. – Dobra, a teraz nadchodzi
najlepsze! – zawołała, szczęśliwa jak małe dziecko.
Rzuciłyśmy
plecaki do salonu i Constanza wręcz pobiegła do garażu. Zatrzymała się przed
samymi drzwiami, podskakując. Odwróciła się do mnie, a jej brązowe oczy
zalśniły jasnym światłem.
- Uwaga, uwaga.
Nie uwierzysz własnym oczom! Wbije cię w podłogę! Zaniemówisz…
- Otwórz
wreszcie te drzwi! – mi również udzielił się jej entuzjazm.
- A, fakt,
już-już. – wzięła głęboki oddech i zamaszyście otworzyła drzwi. Od razu
podbiegła do niespodzianki, śmiejąc się.
A mnie
zatrzymało w progu i dalej nie byłam w stanie się ruszyć. Constanza wybuchła
śmiechem, głaszcząc nowiuteńki motor z czułością. Dopiero po chwili mój mózg
znowu zaczął działać i oczy również się zaświeciły.
- Ja nie mogę –
wydusiłam tylko.
- A nie mówiłam?
– Constanza wyprężyła się dumnie. – To yamaha, model r1. Mój wujek to załatwił,
pracuje w firmie.
Przypatrywałam
się ścigaczowi z rozdziawioną gębą.
- Ile to coś
wyciąga? – spytałam tylko.
- Zgadnij.
Popatrzyłam się
po desce rozdzielczej, ale cały sprzęt niewiele mi mówił o sobie. Skrzywiłam
się, myśląc logicznie. Kiedyś uczyłam się fizyki na własną rękę, ale poszłam
pod kątem astronomii i kij strzeliły podstawy o szybkości. Nim kalkulator w
mojej głowie zaczął działać, strzeliłam.
- Tak ze 100 na
godzinę?
- Ha! –
Constanza uśmiechnęła się szelmowsko. – Chciałabyś! Piszą, że 200km/h, ale
sądzę, że ja wyciągnę z tej bestii więcej!
Nadal stałam i
patrzyłam się to na nią, to na ściągacza. Constanza zaczęła swój motorowy
bełkot, a ja tylko przytakiwałam z uznaniem. Nawet na mnie wszystkie parametry
robiły wrażenie. Tylko martwiło mnie jedno. Owszem, nie było przeciwskazań by
gimnazjaliści jeździli na motorach, ale dawanie ścigacza z taką mocą akurat
Constanzie było ryzykowne.
***
Leżałyśmy na
dachu garażu Constanzy, od wakacji naszego ulubionego miejsca, przysłoniętego
przez drzewa rosnące w ogrodzie i poza posesją. Dochodziła 17, więc moi rodzice
powinni powoli kończyć pracę. Uśmiechnęłam się pod nosem. Był początek roku,
więc cała nagonka z nauką jeszcze nie stała nad nami jak kat.
Wyciągnęłam rękę
po kolejną kanapkę, nasz tradycyjny obiad. Constazna ziewnęła, przeciągnęła
się, po czym ponownie skrzyżowała ręce za karkiem.
- To kiedy
będziesz mogła na nim jeździć? – spytałam z ciekawości.
- Teorię mam
zdaną, za tydzień mam praktyczny. A potem szaleństwo!
- Czyli co,
deskorolka idzie w odstawkę?
- Na deskorolce
nie wyciągnę 200 na godzinę!
- W Manaroli
raczej też nie. – prychnęłam z rozbawieniem.
- No, ale nie
patrz na to tak pesymistycznie! Świat stanie przed nami otworem. – zatoczyła
szeroki krąg ręką. – Do Mediolanu mamy jakieś 3 godziny, a do Florencji raptem
dwie! Mogłybyśmy urwać się z lekcji, obrobić wszystko, wrócić wieczorem i nikt
nawet by się nie zorientował.
- „My”? –
uniosłam wysoko brwi. – Potrzebujesz wspólnika w zbrodni?
- Potrzebuję
przyjaciółki. – podkreśliła, pokazując mi język.
- A ja sądzę, że
jednak kogoś, kto nie zaprzepaści twojej edukacji. Nic nie mam przeciwko
wyprawom, ale w czasie wolnym. I skonfiskuję ci motor, jak będziesz mieć jakieś
zagrożenia na półrocze.
- Przez całą
podstawówkę, żadnych nie miałam! – obruszyła się.
- Przez całą
podstawówkę nie było fizyki, chemii, biologii, wyższej matematyki, geografii…
- O gegrę ty się
nie martw. Ją poznam znakomicie! – uśmiechnęła się chytrze.
- Włochy to nie
cały świat. – znów pokazała mi język.
Zaśmiałam się
pod nosem, a Constanza dołączyła do mnie po kilku sekundach boczenia się.
Przeciągnęłam się, czując promienie słońca na swojej skórze. W końcu wzięłam
głęboki wdech, wiedząc, że muszę w końcu poruszyć ten temat.
- W ogóle,
Constanza… - zaczęłam niewinnie. – Zwolniłaś jak mijaliśmy ten gang gimbusów.
Nie patrzyłaś się przypadkiem na…? – przeniosłam na nią wzrok i urwałam.
Constanza di
Carlo – postrach dróg, kaskaderka, największa zawadiaka i najzajebistsza
dziewczyna „z jajami” – zrobiła się cała czerwona, bynajmniej ze słońca.
Zakrztusiłam się śliną, gdy spojrzała na mnie przez palce, swoimi
ciemnobrązowymi oczami.
- A jednak…
- CICHO BĄDŹ! –
nawet jej uszy były czerwone.
Zachichotałam
pod nosem, a w głębi duszy odetchnęłam z ulgą. Dobrze, że nie wspomniałam o
tym, że spotkałam Sergia. Zdecydowanie zepsułoby jej to humor na dobrych kilka
godzin. Dalej chichocząc pod nosem, spojrzałam na przyjaciółkę.
- Czemu w ogóle
Sergio? – spytałam, po czym odsunęłam się nim przyjaciółka zrzuciła mnie z
dachu.
- No cicho bądź.
– burknęła, chowając twarz w dłoniach. – To głupie. Nie, ja jestem głupia.
- To, że
podobają ci się chłopcy nie jest głupie. Ja bym powiedziała, że to dobrze, że
wolisz płeć przeciwną. W tych czasach to nic nie wiadomo. – powiedziałam z
całkowitą powagą.
Constanza
jęknęła.
- No przestań! –
burknęła. – To nie jest zabawne! To.. żenujące…
- Ale ty masz
problemy. – zaśmiałam się. – To powiesz mi czemu Sergio?
- Nie powiem.
- Nie strzelaj
focha. W końcu i tak bym się domyśliła.
- Nie powiem.
- To nie mów.
Zapadła cisza,
którą raptem po kilku chwilach przerwała Constanza. Blondynka powoli nabierała
normalnych barw na twarzy i uspokajała oddech.
- No dobra. –
westchnęła. – Mogłam powiedzieć ci to szybciej. – zapatrzyła się przed siebie i
w końcu potarmosiła swoje krótkie włosy. – Sama nie wiem. Po prostu mi się
podoba, tylko…
- Tylko jest
idiotą? – podsunęłam, przypominając sobie jak on i jego koledzy zawiesili nam
plecaki na drzewie.
Constanza
zmroziła mnie spojrzeniem.
- Tylko, no
wiesz. Trzyma się z nimi i zdecydowanie podoba się Giovannie. A Giovanna to
Giovanna. – podparła brodę na dłoni.
- Myślisz, że
podobają mu się chude suki?
- Niee… -
przeciągnęła końcówki. – No ale spójrz ty na mnie.
- Cały czas się
patrzę i nie widzę problemów. – powiedziałam całkowicie poważnie, bo wiedziałam
do czego zmierza przyjaciółka.
- No, ale tak
jak chłopak na dziewczynę! Moja fryzura wygląda jak hełm, moje włosy mają kolor
siana, mam usta jak murzyn, ubieram się jak chłopak, gadam jak chłopak i mam
okropny charakter!
Spojrzałam na
nią przeciągle i zastanawiałam się skąd ona bierze te problemy. Ja widziałam
blond włosy, które zawsze układały się w jedną fryzurę, pełne usta, jeansowe
szorty i jakąś męską koszulę. Ale wiedziałam też, że nie ważne jakich słów
użyję i tak to do niej nie dotrze. Mogłabym tylko powiedzieć, że ‘trudny
charakter’ to nie ‘okropny’, ale zaczęłybyśmy się kłócić i nic by to nie dało,
a jedynie podkreśliło jej tezę.
- Uważasz, że
Giovanna jest lepsza od ciebie?
Spojrzała na
mnie jakbym co najmniej oszalała.
- Powaliło cię?
Ja, gorsza od tej suki? – przybrała wyzywający wyraz twarzy.
Uśmiechnęłam się
pod nosem, znowu opadając na dach garażu, a zaczęłam się śmiać, gdy Constanza,
zdezorientowana moim niezrozumiałym zachowaniem, tupnęła nogą i fuknęła.
- Co z tobą jest
nie tak? – burknęła, siadając obok.
- Jak dla mnie
problem jest rozwiązany. – rzuciłam tylko z zupełnie innej beczki, ale
przyjaciółka zrozumiała o co mi chodzi. Nie odezwała się ani słowem. – Nie mam
nic przeciwko obiektom twoim westchnień, ale… uważaj dobra? Z tego Sergia to
takie nie wiadomo co.
Constanza
spróbowała zepchnąć mnie z dachu, na co obie zareagowałyśmy śmiechem.
***
Była akurat
połowa września. Wszystko zmierzało wielkimi krokami ku jesieni, a zimne
powiewy wiatru były tylko wierzchołkiem góry lodowej. Na nauczycieli przestaną
działać wymówki, że słońce świeci i wszyscy byli na zewnątrz.
Westchnęłam i
ugryzłam swoją kanapkę, wyłączając się na chwilę z coraz to
entuzjastyczniejszej rozmowy moich kolegów. Spoglądałam zamyślonym wzrokiem na
Constanzę i jej nowe siniaki. Oczywiście zdała prawko na motor, ale zbyt długo
było spokojnie, a jej bezmyślne zachowanie dało osobie znać. To, że maszyna
wyciąga 200 na godzinę nie oznaczało, że nadaje się do jazdy wyczynowej. Od
kiedy wyrżnęła w ziemię minął tydzień i na razie ćwiczy jazdę samą dla siebie.
- Co nie,
Blanca? – przyjaciółka skierowała na mnie naglące spojrzenie, a ja wzdrygnęłam
się, nie mając pojęcia o czym gadali.
- Oczywiście. –
przytaknęłam z wymuszonym entuzjazmem, by jakoś ratować nieznaną mi sytuację.
Riccardo jedynie prychnął, przewracając oczami i zwinął mi ciastko śniadaniowe.
- Od razu widać,
że nie masz zielonego pojęcia co ona mówiła. – mruknął z dezaprobatą, połykając
wypiek w całości.
- Oż ty żydzie!
Ostatni raz siedzę obok ciebie jak coś jem! – krzyknęłam, na wpół się śmiejąc.
- Ale wracając
do wcześniejszego tematu… - Nicola odchrząknęła i spojrzała spode łba na
Constaznę. – Nie ma szans byś zdążyła się przygotować do tego konkursu w tak
krótkim czasie.
Constanza
przewróciła oczami, krzyżując ramiona. W końcu dotarło do mnie dlaczego nasza
rozmowa przeradzała się powoli w kłótnię. Najwyraźniej ktoś wymienił nazwę
jednego z okolicznych wyścigów crossów, a Constanza zaczęła swoje.
Świetnie. A
przerwa śniadaniowa dopiero się zaczęła. Ugryzłam kanapkę, licząc, że dam radę
to przemilczeć. Siedzieliśmy naszą paczką przy jednym ze stolików na placu
szkolnym – ja, Constanza, Cristina, Nicola i Riccardo. Niech oni wybiją jej ten
pomysł z głowy, bo mnie i tak nie posłucha.
- Ale Constanza,
tu nie chodzi o to, że… - zaczęła grzecznie Cristina, ale Constanza na nią
fuknęła.
- A wiesz o co
chodzi? O to, że nie wierzycie, że dam radę. A wiecie co? Jeszcze tak wszystkich
wykoszę na tym konkursie, że wszystkim jadaczka nie będzie chciała się zamknąć!
- A ja sądziłem,
że to chłopaki wyrywają dziewczyny na motor i tak dalej, a nie na odwrót. –
rzucił Riccardo.
Cudownie, teraz
poruszyli tę stronę Constanzy, która jest głodna rywalizacji. W tym tempie to
se pojedzie jeszcze szybciej na wyścig bez całkowitego przygotowania. Dlaczego
akurat ja muszę rozprawiać o decydujących kwestiach? Nim Constanza zdążyła
rzucić się na niego z pięściami, westchnęłam.
- Consta, daj już
spokój. – rzuciłam, ale nie dałam sobie wejść w słowo. – Nico ma trochę racji.
Masz motor bardziej pod wyścigi, ale nawet nie równa się z tymi co mają inne
młodziki, a ty chcesz na crossa jechać tym gratem. – spojrzałam na nią z naganą
i przetrzymałam spojrzenie.
- To nie jest
grat. – powiedziała z naciskiem. – A crossa wujek będzie miał na zbyciu w
połowie grudnia.
- A konkurs jest
po świętach. – zauważył sarkastycznie Riccardo.
- Właśnie. –
poparła go Nicola. – Nie dasz rady ćwiczyć tego na swoim motorze, a potem nagle
siąść na crossa i myśleć, że doćwiczysz w kilka tygodni. To tak jakbyś…
- Jakbyś
przygotowywała się do turnieju łyżwiarskiego, jeżdżąc tylko na rolakach. –
dopowiedziała na sam koniec Cristina, akcentując w swoisty sposób, że to koniec
dyskusji.
Constanza
prychnęła i od razu widziałam, że ma jeszcze wiele do powiedzenia na ten temat,
ale nim obrzuciła nas podirytowanym wzrokiem, jej spojrzenie zawisło na kimś,
kto akurat kręcił się na zewnątrz. Dyskretnie powędrowałam za jej wzrokiem i
zmarszczyłam lekko czoło. Znowu Sergio.
Nie poruszałyśmy
tematu pierwszych miłostek od tamtego czasu, ale od kiedy Constanza przyznała
się do tego, no można powiedzieć, że otwarcie miałam coraz to mniej kolorowe
odczucia. Jakby kłopoty wisiały w powietrzu. Zwłaszcza, że dziwnym trafem
Sergio, po tym jak odprowadził mnie do domu tamtego wieczoru, coraz częściej na
mnie wpadał, a ja coraz bardziej starałam się go unikać.
Zmarszczki na
moim czole pogłębiły się bardziej, gdy Sergio przestał podejrzanie się kręcić
po okolicy i jawnie skręcił w naszą stronę. Constanza zaczęła popadać w
wewnętrzną panikę, co zauważyłam jedynie po zwężonych do granic możliwości
źrenicach. Rzuciłyśmy sobie pytające spojrzenia. Nicola i Christina również
spowolniły tempo rozmowy i obrzuciły niedowierzającym wzrokiem Sergia. Jedynie
Riccardo pomyślał przez chwilę i dalej gadał coś bez sensu.
- Ogólnie to
wypatrzyłem sobie nowy teleskop, ale jak zwykle nie mam na niego kasy. –
powiedział nienaturalnie głośno. Jakby mądre gadki miały odstraszyć naszego
„kolegę”. Chciało mi się śmiać. Ricc zawsze powtarzał tę samą kwestię, gdy
atmosfera zaczynała robić się napięta.
- No to
tradycja. Mój grat praktycznie się rozlatuje, ale cały czas liczę, że znajdę
jakąś normalną promocję. – odparłam.
Constanza
powinna w tej chwili roześmiać się, nabijając się z naszego utartego schematu
rozmowy awaryjnej. Teraz jednak nie miała pojęcia gdzie zaczepić wzrok i w
końcu zaczęła kontemplować swoje nadgryzione jabłko.
- W ogóle, to
załatwiłem sobie mega szkło powiększające na tą zbliżającą się… - ciągnął
Riccardo, ale nawet mu zabrakło słów, gdy Sergio jak gdyby nigdy nic siadł obok
mnie.
- Cześć
wszystkim. – rzucił, uśmiechając się niepewnie. – Jak leci?
Spojrzeliśmy po
sobie, a ja mimowolnie spojrzałam w kierunku bandy Giovanny. Nie było ich w
zasięgu wzroku, więc albo on czuł się samotny, albo przegrał zakład. Nicola
oprzytomniała najpierw, obrzucając Constanzę naglącym spojrzeniem. To w końcu
ona była od szybkich reakcji i ciętych odzywek. Dziewczyna jednak praktycznie
ignorowała chłopaka.
- A nawet
dobrze. – odparła Nicola, nie pewna co powinna powiedzieć.
Po jej słowach
zapadła niezręczna cisza. Przez coraz dłuższy okres czasu nikt się nie odzywał.
Widać było, że cała ta otoczka jest wymuszona. Spojrzałam z niedowierzaniem po
przyjaciołach – Nicola wydawała się być całkowicie zadowolona ze swojej
„rozmowy”, Cristina i tak nie odezwałaby się pierwsza, a Riccardo… No cóż byłam
wręcz pewna, że obaj obrzucają się nienawistnymi spojrzeniami. Moim ostatnim
ratunkiem była Constanza.
Która patrzyła
się na mnie nagląco i wręcz z niemym błaganiem.
Co za zdrajcy.
- Co się do nas
sprowadza, tak w ogóle? – spytałam, a wewnętrznie wręcz widziałam jak mój głos
roztrzaskuje milczenie.
Sergio wzruszył
ramionami, trącając mnie przy tym przez przypadek. Chyba jako jedyny zachowywał
się normalnie, a z jego mimiki nie dało się wyczytać, czy jest tak bardzo
skonsternowany co my.
- A tak
przyszedłem. – zaśmiał się krótko, a gdy dziewczyny uśmiechnęły się do niego
lekko, wyprostował się bardziej i rozluźnił.
A ja miałam
ochotę walnąć łeb o stół, lecz musiałam walnąć Riccardo pięścią pod stolikiem,
nim powiedział „To możesz sobie iść”. Chłopak spojrzał na mnie z irytacją, ale
przymknął się i powrócił do mordowania Sergia wzrokiem. Z kolei on kontynuował.
- Pomyślałem, że
przysiądę i zintegruję się ze swoją klasą. – wyszczerzył się do nas szeroko,
jakby liczył, że odpowiemy tym samym. Zgadnijcie kto uśmiechnął się jako
pierwszy. Constanza. Najwyraźniej zaczynała znów rozumować i kontaktować ze
światem.
- Znasz nas od 7
lat i jakoś wcześniej nie chciało ci się z nami gadać. – syknął Ricc, mimo
kolejnego ciosu pięścią w kolano.
Wręcz poczułam
jak między spojrzeniem, które wymienili ze sobą przelatują iskry. Wzięłam
głęboki oddech, zastanawiając się jak tępym trzeba być, by osiągnąć poziom
Sergia.
- To nie tak, że
nie chciałem. – rzucił w końcu. – Po prostu… Nasze zainteresowania były trochę
różne w podstawówce.
- Wiesz, że
większość osób aż tak nie zmienia się po wakacjach? – Nicola spojrzała na niego
uważnie, unosząc brwi kpiąco do góry.
- Ja tam dalej
czytam książki i wątpię, że akurat ty zacząłeś. – mruknęła Cristina, nie
patrząc się na niego.
- Ja nie mogę,
ale wy wszystko utrudniacie. Ale ciągnąć ten temat, to Consta znalazła sobie
nowe zajęcie. – posłał jej uśmiech, a ja ledwo opanowałam wybuch śmiechu na
widok jej miny. – Fajny ten twój motor.
- Dziękuję. –
wymamrotała, a chwilę później przybrała spokojną minę. – Gdzie ty w ogóle mnie
widziałeś?
- Wszędzie. –
prychnął za niego Riccardo.
- W sumie kolega
ma trochę racji. – widziałam jak Ricc przewraca oczami. – W Manaroli mało osób
ma motory, więc pokojarzyłem fakty.
I tak szczerze
ku mojemu zdziwieniu, pomiędzy nim a Constanzą rozpoczęła się swobodna
konwersacja, do której po chwili dołączyła Nicola i Cristina. Ja, mimo że
wiedziałam, że Sergio umie zachować się normalnie, wolałam nie zdradzić Ricca i
też zbytnio nie bratać się z wrogiem. Tylko on najwyraźniej nie widział tych
sceptycznych spojrzeń, którymi odpowiadała na jego urywkowe.
- A to chyba ty
wiesz, prawda, Blanca? – Sergio usiłował włączyć mnie do rozmowy, któryś raz i
tym razem w końcu nie miałam wyboru i się poddałam.
- Pokaż to. –
mruknęłam, biorąc od niego zeszyt. – Przecież to jest łatwizna. Podstawiasz do
wzoru na prędkość i przekształcasz. – oddałam mu zadanie z dezaprobatą.
- Dzięki
wielkie. – znów się uśmiechnął. – Całe szczęście, że jesteś taka mądra, Blanca,
bo byłoby po mnie. Nasz fizyk by mnie zjadł.
- Taa… Ona jest
mądra, ale ja jestem kujonem. – wymamrotał pod nosem Ricc, zaciskając dłonie w
pięści.
- Oj daj spokój.
Nadal jesteś zły o tamto?
- Nie. – chłopak
uśmiechnął się do Sergia zjadliwie. – Jestem zły o wszystko.
Wzięłam głęboki
oddech, wiedząc do czego to zmierza.
- Dobra, stop. –
wystarałam się o uśmiech. – Jak to Sergio ujął, ma być to pokojowa integracja.
- Bo w końcu
jesteśmy godni jego uwagi.
- Ricc! –
Constanza na niego fuknęła, ale nie dodała nic więcej.
- No i czemu go
bronisz? – oburzył się chłopak. – Najpierw zaczął, że się pozmienialiśmy, a
potem i tak sam gadał. I założę się, jak znajdzie swoich kochanych koleżków,
będzie nas miał głęboko gdzieś.
- No dzięki. –
skwitował spokojnie Sergio. – Ogólnie to chodziło mi, że to ja się zmieniłem i
jest ogólnie lepiej.
- Aha, już
rozumiem. – Ricc pokiwał głową ze zrozumieniem. – Po prostu Giovanna wyrzuciła
cię z grupy i nie wiesz z kim się trzymać.
- Stary, daruj
sobie. – syknął Sergio, mrużąc oczy.
- Szkoda, że ty
nie darowałeś sobie ostatnich 6 lat.
Wstali
praktycznie w tym samym momencie, a dziewczyny z naprzeciwka aż się wzdrygnęły
gwałtownością tego ruchu. Ja, pozwolę sobie przypomnieć, siedziałam między
nimi, a teraz miałam zareagować znów spokojnie, gdy Constanza odzyskała język w
gębie.
Blondynka
również zerwała się na równe nogi i trzasnęła otwartą dłonią w stolik,
zmuszając chłopców by na nią spojrzeli.
- Dosyć tego! –
huknęła na nich. – Nie mam zamiaru słuchać dłużej tych durnot! Albo będzie żyć
w zgodzie, albo w ogóle!
- Co ciebie
opętało, Consta? – warknął Ricc, mordując Sergia wzrokiem.
- To pytanie
powinieneś skierować do siebie. – syknęła blondynka.
- Ja nie
zaprzyjaźniam się z pierwszą lepszą osobą.
- Ale wrogów też
sobie z takich osób nie robisz!
- Akurat do
niego to mam wiele powodów!
- Ej, ludzie,
uspokójcie się. – mruknęłam, ciągnąć mocno Ricca za rękaw. Chłopak usiadł na
ławce. Constanzę pociągnęła w dół Nicola, której nawet nie potrzebne było
porozumiewawcze spojrzenie.
Sergio tym
czasem wziął swój plecak i zarzucił go na ramię.
- Ja chyba będę
się zbierał. Muszę spisać jeszcze kilka zadań. – rzucił na odchodnym. – Miło
się gadało.
Przy naszym
stoliku znowu zapanowała cisza, którą w końcu przerwała Constanza. Jej twarz była
zaczerwieniona, lecz nie z zauroczenia tylko złości. Mordowała Riccardo
spojrzeniem.
- Zadowolony?
- Bardzo.
- Jaki ty jesteś tępy! – podniosła lekko głos.
- Powiedziała co
wiedziała. – prychnął. – Jakbyś sądziła, że on na serio chciał się zakumplować.
Ja już znam takich jak oni.
- Co nie zmienia
faktu, że nie musisz się zachowywać tak samo. – wtrąciła Cristina.
- Nie zachowuję
się tak. Po prostu wiem, że Falcone nie przyszedłby tutaj bezinteresownie. Albo
przegrał zakład, albo nikt z jego paczki nie przyszedł do szkoły. – mruknął
Ricc.
- Ale nadal
zachowałeś się jak ostatni idiota! Co on ci takiego niby zrobił!?
Riccardo zmroził
ją gniewnym spojrzeniem.
- Serio,
Constanza? – zmrużył oczy. – Mam ci na serio mówić, dlaczego akurat jego i
całej reszty nienawidzę? Bo najwyraźniej zapomniałyście wszystkie jaki był w
podstawówce.
Miałam coś
jeszcze wtrącić, ale nim zdążyłam coś powiedzieć zadzwonił dzwonek. Zamknęłam
usta i skinęłam zachęcająco głową w stronę klas, biorąc przy okazji Constanzę
pod rękę, by trochę się rozruszała. Przez resztę lekcji mało ze sobą gadaliśmy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz