28 lipca 2016

Pospolita Przyjaźń ~ Rozdział 3 ~ Pierwsza ścieżka została wydeptana

Rozdział 3

Pierwsza ścieżka została wydeptana
Wszystko kiedyś się kończy, więc koniec lata skomentowałam tylko przeciągłym westchnięciem, gdy w końcu musiałam spakować książki do szkoły. Z ubraniami nadal nie było problemu, tak jak Constanza wyciągałam pierwszą koszulkę z brzegu i pierwsze spodnie. Jednak tym razem zawahałam się, przypominając sobie jej słowa o ‘zachowywaniu się jak dziewczyna’.
No, to chyba do mnie nie było.
Zaśmiałam się w duchu, wyciągając jakąś koszulkę na oślep. Nim jednak wygrzebałam spodnie, wyświetlacz mojego telefonu podświetlił się i wydał z siebie pierwsze nuty Maroon 5 Harder to Breathe. Muszę szybko zmienić ten utwór, bo przestanę odbierać telefon, tylko by go posłuchać.
- No cześć, Constans – przywitałam, przytrzymując telefon ramieniem, przy okazji wyciągając resztę potrzebnych mi ciuchów. Przyjaciółka zaczęła nadawać na cały głośnik, a ja rozumiałam piąte przez dziewiąte, więc gdy w końcu zaczęłam chwytać sens rozmowy, przerwałam jej. – Czyli, jutro po szkole wpadamy do ciebie, bo masz jakąś niespodziankę?
- I to nie jakąś! – ryknęła do słuchawki. – Pamiętasz jak mówiłam o próbowaniu nowych rzeczy? Szczena ci opadnie!
I po tych słowach, dramatycznie się rozłączyła. Wzniosłam oczy ku niebu (sufitowi) i zapatrzyłam się. W połowie wakacji w końcu przyczepiłyśmy z Constanzą realną mapę nieba, podświetlaną w ciemności. To przypomniało mi, że zapowiadali bezchmurne niebo. Sięgnęłam jeszcze do szafy po jakąś bluzę.
W między czasie przyszedł mi SMS od Constanzy. Dobranoc.
Uśmiechnęłam się pod nosem, kręcąc głową i chwyciłam swój stary teleskop. Przemknęłam między rodzicami, choć oni i tak wiedzieli, że „wymykam” się z domu na obserwacje i póki co, nie zgłaszali skarg. Zapięłam bardziej bluzę, gdy chłodnawe powietrze smagnęło mnie po klatce i kopnęłam deskorolkę, by się ruszyła. Nim zaczęłam jechać na ulubiony punkt, przyszedł mi jeszcze jeden SMS.
Nie zasiedź się na tych swoich obserwacjach, bo to już nie wakacje.
Pokręciłam głową raz jeszcze i wprawnym ruchem odepchnęłam się od ziemi nabierając prędkości. Była raptem 20, a końcem sierpnia praktycznie panowała względna jasność. Miasteczko pogrążało się w ciemnościach nocy, choć latarnie zaczynały świecić. Tu i ówdzie zauważałam jeszcze turystów, którzy korzystali z ostatnich dni urlopu. Uśmiechnęłam się pod nosem. Minęłam starego ogrodnika, pana listonosza, nawet latarnika, a cała Manarola wydawała się być taka znana i ciepła, zwłaszcza, gdy miejscowi uśmiechali się na mój widok.
Teraz też jestem miejscowa.
Oczywiście uśmiech mi zszedł z twarzy, gdy przy jedynym ‘klubie’ w miasteczku zobaczyłam moje ulubione towarzystwo, z którym będę musiała męczyć się jeszcze jakieś 6 lat. Giovanna, Enrica, Felicia, Sergio, Marco, Carlos i Gulio. Zmroziłam ich nienawistnym spojrzeniem z daleka, dalej pamiętając to co odstawiali przez całą podstawówkę. Prychnęłam pod nosem. Przez to lato się zmienią, wolne sobie, Constanza. Niestety stali w najgorszym możliwym miejscu, w którym oczywiście musiałam skręcić.
O losie, ty zgubna istoto.
Sergio dostrzegł mnie pierwszy i  nawet podniósł dłoń w geście przywitania, ale szybko ją schował, gdy jego kochani przyjaciele zaczęli mnie wygwizdywać. Enrica oczywiście ani myślała, by zejść swoim cielskiem choć trochę z drogi, więc potrąciłam ją ramieniem. Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy posłali za mną przekleństwa. Mimo, że praktycznie byłam pewna, że akurat Sergio nic nie wołał, również zaliczyłam go do tej grupy. Jakby chciał, nie zadawałby się z nimi.
Odetchnęłam z ulgą, gdy w końcu dojechałam do opuszczonej części zatoki z wysokim, płaskim falochronem. Podjechałam jak najdalej jak się dało, a potem musiałam zejść. W oddali dostrzegłam sylwetkę niskiej postaci i uśmiechnęłam się pod nosem. Chłopak krzątał się, wyraźnie się śpiesząc.
- Witam pana. – rzuciłam, nachylając się mu nad ramieniem.
Riccardo odskoczył jak oparzony, po czym obrzucił mnie miłym spojrzeniem.
- A, to tylko ty, Blanca. – odetchnął z ulgą.
- To aż ja, Ricc. – zaśmiałam się i przybiłam z nim żółwika. - Widzę, że ty też usłyszałeś o pozytywnych prognozach pogody. – wskazałam brodą na czyste niebo z jaśniejącym coraz bardziej księżycem.
Przytaknął, spoglądając pojawiające się powoli gwiazdy.
- Ano. Tylko szkoda, że zawsze musimy się wyminąć. – westchnął.
- No bo wiesz… Gwiazdy są tylko w nocy.
- Haha, nieśmieszne.
- Dobra, dobra. Wiem, rodzice cię cisną mocno.
- Tsa… „mocno” – podkreślił ironicznie, zapakowując do końca swoją podręczną lunetę. – Powinienem być od 5 minut w domu.
Zrzuciłam z pleców teleskop i przeciągnęłam się.
- No to ja cię nie zatrzymuję.
- Oszalałaś? – Riccardo wytrzeszczył na mnie oczy zza swoich okrągłych szkieł. – Może mi się śpieszy, ale… ale… Już wiem. Nie mogę zostawić dziewczyny samej z takim ciężkim sprzętem.
Zachichotałam.
- Nie używaj mnie jako wymówki.
- Ja? Ta gdzie, jam po prostu dżentelmen. – ukłonił się wytwornie i zaczął wprawie pomagać mi rozłożyć teleskop. Po udzielonej pomocy, pożegnał się i pomknął na rowerze w stronę domu.
Westchnęłam, nadal uśmiechając się pod nosem. Riccardo był śmieszkiem, ale mało kto dostrzegał to spod kurtyny bardzo dobrych ocen. Spojrzałam kątem oka na zegarek. Za kwadrans dziewiąta. Miałam tylko trochę ponad godzinkę, nim wybije godzina ciszy nocnej i trzeba będzie wracać.
Czas upłynął błyskawicznie.
Westchnęłam ponownie, okręcając się wokół własnej osi, spoglądając przy tym w rozgwieżdżone niebo. Cały wszechświat zawirował wraz ze mną. Po czym wróciłam na ziemię, zapakowałam się szybko i pojechałam deskorolką wzdłuż falochronu.
Aby dojść do głównej, oświetlonej drogi trzeba było pokonać odcinek starą, zapuszczoną plażą. Mogłoby się wydawać, że jechanie po piasku jest trudne na rowerze, ale dla mnie było to wykonalne nawet na deskorolce. Oczywiście poszło mozolnie. Kątem oka obserwowałam iskrzące się od księżyca morze. Westchnęłam z błogością, wiedząc że w tych ciemnościach nikt na mnie nie patrzy. Nikt mnie nie widzi.
Z lekka zziajana, dowlekłam się do końca plaży i zaczęłam wchodzić po kamiennych schodkach w górę, kryjąc się w mroku drzew. Musiałam odczekać chwilę nim oczy przyzwyczaiły się do mroku.
- To niebezpieczne, gdy dziewczyny chodzą same w nocy.
Ugryzłam się w język, by nie wrzasnąć. Wystarczyło jedno szybsze uderzenie serca, by mój instynkt zaczął działać (albo wystarczyła znajomość z Constanzą). Wprawnym ruchem nogi podrzuciłam deskorolkę do góry i łapiąc je w obie dłonie, rzuciłam się z nią w stronę, z której dobiegał głos.
Wszystko rozegrało się w mniej niż sekundę. Zadrżałam, gdy kółeczka od deski wpiły się w czyjś brzuch.
- AŁĆ, BLANCA, CZEKAJ! – głos tym razem wydał mi się bardziej znajomy. Przycisnęłam deskę do siebie, mrużąc oczy w ciemności.
- Chwila… Sergio? – zdziwiłam się.
Jeszcze tylko jego tu brakowało.
- Ale ty jesteś szybka… - urwał na moment, by zakaszleć. – Tego o niebezpieczeństwie nie cofnę. To TY stwarzasz zagrożenie.
Położyłam deskę na ziemi, stawiając na niej jedną stopę. Mierzyłam Sergia uważnym, wrogim spojrzeniem, nie miałam najmniejszego powodu, by zachowywać się sympatycznie, zwłaszcza do niego. A jego postępowanie było bardzo dziwne.
- Czemu mnie śledzisz? – spytałam chłodno.
Ciemnowłosy spojrzał na mnie dłużej niż powinien, bo aż cofnęłam się o krok. Dopiero wtedy dotarł do niego jego błąd.
- Co? Nie! – wzdrygnął się. – Czemu w ogóle myślisz o takich rzeczach? Serio masz mnie za takiego zboka? – obruszył się.
- Czajenie się na dziewczynę w ciemnościach daje wiele do myślenia. – prychnęłam. – Zwłaszcza, że nigdy nie dałeś mi powodu do zaufania.
Dostrzegłam, że doskonale wie, o co mi chodzi. To nawet już nie ta ustawka. To całe 3 lata ciągłego dokuczania i wzajemnej niechęci.
- Tak na serio, to… - zaciął się na moment, wplatając palce w czekoladowe włosy. – Dopiero teraz wracałem od… no wiesz. – zaintonował to co najmniej jakby się ich… wstydził? – Zobaczyłem, że się zbierasz i pomyślałem, że… no… dziewczyna nie powinna wracać sama o tej porze…
Uniosłam jedną brew, za bardzo nie wierząc w to co słyszę.
- Przed chwilą powiedziałeś, że to ja stanowię zagrożenie.
- Blanca! – jęknął, a jego ramiona opadły.
Uśmiechnęłam się chytrze, czując, że tym razem nie muszę się obawiać wyzwisk czy większej przemocy. Mogłam spokojnie mu podokuczać.
- No już, dobra, dobra. – mruknęłam w końcu, odpychając się jedną nogą od ziemi i zaczynając jechać. Pokręciłam głową z niedowierzaniem, ale uniosłam dłoń do góry, by pomachać koledze. W końcu jestem skazana na niego przez kilka kolejnych lat.
Kolejny zawał przeżyłam, gdy po kilku sekundach chłopak zrównał się ze mną, jadąc na rowerze. Tym razem jednak nie wzdrygnęłam się widocznie, tylko posłałam mu przeciągłe spojrzenie.
- Wiesz, Sergio… Sądziłam, że załapiesz aluzję. – zachichotałam pod nosem. – Mogłeś spokojnie jechać do domu.
- No nie mogłem. – zaśmiał się, myśląc że żartuję z nim, a nie z niego. Na swój sposób było to… słodkie? – Już się zaoferowałem, to dotrzymam obietnicy.
Super, teraz się ode mnie nie odczepi.
- Mieszkasz na przeciwnym krańcu miasta. – zauważyłam, przyśpieszając lekko, by mógł jechać normalnym, rowerowym tempem.
- Blanca, przecież to nie jest Nowy York. 10 minut i będę z powrotem.
Kolejne metry przejechaliśmy w milczeniu, a mnie korciło, by trochę mu powygarniać. No może to złe słowo. Delikatnie zasugerować, że ani się z nim nie koleguję, ani nawet nie mam zamiaru. Już widzę miny Giovanny i spółki. O nie, nie. Nie widzi mi się wracanie do ciągłego stanu wojny. Zawieszenie broni jest fajne. Pasuje mi.
- Wiesz, Sergio, tu nie chodzi o to, że nie doceniam na jakich to dżentelmenów rośnie nasze pokolenie, tylko… No wiesz. My się za bardzo nie kolegujemy.
Chłopak milczał, trawiąc moje słowa.
- No to zaczniemy.
Spojrzałam na niego, ale w ciemności błysnęły tylko jego zęby, odsłonięte w szerokim uśmiechu. Pokręciłam głową. Chłopaki to idioci. Miałam już powiedzieć coś ostrzej, by odczepił się raz na zawsze, on i jego równie mądrzy koledzy, ale Sergio zaczął pogawędkę na jakiś przyjemny temat. Z czystej ciekawości odpowiedziałam i w jakiś naturalny sposób wywiązała się z tego żartobliwa rozmowa.
I  w sumie dobrze. Teraz żałowałabym, jakbym go spławiła.
- No dobra. – zahamowałam. – Ja tutaj. – wskazałam głową swój dom.
Sergio również się zatrzymał i czekał na coś. Sama nie wiem na co. Rozglądnęłam się nerwowo, nie wiedząc co powiedzieć. Tak po prostu się pożegnać? Westchnęłam, czując że zacznę paplać co mi ślina na język przyniesie.
- Wiesz, co Sergio? – nabrałam pewności w głosie. – Pomimo twoich przyjaciół i ogólnie tego ‘wszystkiego’… Jesteś równym gościem.
Jego usta rozciągnęły się w rozbawionym, zawadiackim uśmieszku, a czarne oczy zwęziły się w wąskie szparki, upodobniając go do Azjaty. Również się uśmiechnęłam, sama nie wiem czemu.
- Dzięki, Blanca. – wyszczerzył się, zawracając rower. – To do jutra. – Ledwo skończył mówić, a już pędził w stronę swojego domu. Pokręciłam głową z dezaprobatą.
- Do jutra.
Przemknęłam szybko do swojego pokoju, nie budząc rodziców. Czyżby Constanza miała rację z tym całym „zmienianiem się przez wakacje”? Byłam pewna, że w co najmniej w tym tygodniu już nic mnie tak nie zaskoczy.
Oczywiście myliłam się.
***
- No pośpiesz się! – krzyknęła na mnie Constanza, chyba piąty raz z rzędu.
Przewróciłam oczami, ale w końcu posłuchałam przyjaciółki i odepchnęłam się parę razy od ziemi, a deskorolka przyśpieszyła. Patrzyłam na plecy przyjaciółki, która i tak, i tak oddalała się coraz bardziej. Prychnęłam, gdy Constanza nie zwolniła przy ostrym zakręcie i prawie rozbiła się o grupkę dzieci. Adrenalina znowu uderzyła jej do łba.
Minął pierwszy tydzień szkoły. Nadzieje wszystkich na wielki szkolny debiut szybko się rozmyły. W miasteczkach takich jak Manarola, gdzie jest jedna podstawówka, jedne gimnazjum i jeden ogólniak trudno o nowe znajomości. Zarząd szkół nawet nie bawił się w selekcję – moja klasa była taka sama jak w podstawówce. Pani Galante prychnęła zirytowanym śmiechem, gdy zobaczyła nasze miny na rozpoczęciu roku.
- Widzę, że też cieszycie się, że siebie widzicie.
O, tak. BARDZO. Razem z Constanzą posłałyśmy zjadliwe uśmiechy do Giovanny i jej koleżaneczek.
Zwolniłam przy zakręcie, ale dzieciaki, już przestraszone, szybko zbiegły mi z drogi. Uśmiechnęłam się pod nosem, rozbawiona, ale i tak przyhamowałam. U mnie działa jeszcze coś takiego jak zdrowy rozsądek.
- Czemu ty się tak wleczesz!? – Constanza zjechała już na główną drogę i była jakieś 300 metrów przede mną.
Uniosłam oczy ku niebu, ale rozpędziłam się i w kilkanaście sekund ją dogoniłam. Tutaj bez obaw można było się rozpędzić – prosta droga z szerokim poboczem. Jednak Constanza starała się przyśpieszyć coraz bardziej i bardziej, aż jej deska zaczęła się trzęść, a kółeczka złowróżbnie skrzypieć. Znów zostawałam z tyłu.
- No co z tobą, Blanca? – jęknęła Constanza, w końcu zwalniając. – Źle się czujesz? – zmartwiła się.
- Nie, po prostu nie jestem uzależniona od szybkości.
- Ta, dzięki. – prychnęła z oburzeniem, ale o dziwo, nie była w stanie powstrzymać lekko szalonego uśmiechu, który nie schodził jej z twarzy od kiedy zaczęłyśmy jechać.
Westchnęłam tylko, na co Constanza wybuchła śmiechem i pacnęła mnie w ramię. Do teraz zastanawiam się jak przy takiej prędkości mogła się tak naturalnie poruszać.
- No to ścigamy się do mojego domu! – krzyknęła, a nim skończyła zdanie, zaczęła przyśpieszać.
- Jak tam chcesz! – odpowiedziałam, wkładając wszystkie swoje umiejętności w jazdę. Czułam przepełniającą mnie chęć rywalizacji. Choć i tak Constanza zawsze wygrywała akurat wyścigi.
Wiatr świszczał mi w uszach, a mijające mnie samochody wydawały się być tylko plamami. Krew dudniła w moich żyłach, domagając się więcej. Dopiero w takich chwilach zaczynałam rozumieć dlaczego Constanza tak kocha szybkość. Jednak zdrowy rozum był u mnie silniejszy przy większości sytuacji.
- Widzisz? Wystarczyło wyzwać cię na wyścig, byś przyśpieszyła! – zaśmiała się Constanza, próbując przekrzyczeć wiatr.
- Oż, ty! Godzisz w mój honor! – zachichotałam, zbliżając się coraz bardziej.
Aż w pewnym momencie, Constanza zwolniła. Nie było tego widać z perspektywy przechodniów  (sąsiedzi dalej kręcili głowami na nasz widok), ale ja to dostrzegłam. Wyminęłam ją ze świstem, ale blondynka nawet na mnie krzywo nie spojrzała. Patrzyła gdzieś dalej. Nim całkowicie minęłyśmy to miejsce, spróbowałam dostrzec to co ona. Ale stał tam tylko ten gang z bożej łaski. Zdołałam wychwycić dwie rzeczy: nienawistny wzrok Giovanny (no przecież) i wzrok Sergia, ale akurat nie byłam pewna, czy patrzył się na mnie czy na Constanzę.
Przeklęłam w myślach. W sumie nie powiedziałam jej o moim spotkaniu z Sergiem, ale nie celowo. Po prostu tak wyszło, a z każdym kolejnym dniem, miałam większe wątpliwości by w ogóle jej to mówić.
Usłyszałam trzeszczące kółka za sobą i dotarło do mnie, że wyścig nadal trwa, a Constanza i tak nie odpuści. Rozpędziłam się ze wszystkich sił, a zahamowałam dopiero przed domem przyjaciółki. Ona oczywiście nie zna pojęcia „zwolnić” i zawaliła o próg przy otwartej furtce, przelatując kilka metrów na przód.
Przewróciłam oczami. Po tylu latach byłam pewna, że nic jej nie jest. Ciężko dysząc podeszłam do niej. Constanza leżała na ziemi, szczerząc się z rozbawieniem. Podałam jej dłoń, podciągając do pozycji stojącej. Dziewczyna również dyszała, czerwona z wysiłku.
- Uznajmy, że był remis. – rzekła i przybiłyśmy swoją piąteczkę. – Dobra, a teraz nadchodzi najlepsze! – zawołała, szczęśliwa jak małe dziecko.
Rzuciłyśmy plecaki do salonu i Constanza wręcz pobiegła do garażu. Zatrzymała się przed samymi drzwiami, podskakując. Odwróciła się do mnie, a jej brązowe oczy zalśniły jasnym światłem.
- Uwaga, uwaga. Nie uwierzysz własnym oczom! Wbije cię w podłogę! Zaniemówisz…
- Otwórz wreszcie te drzwi! – mi również udzielił się jej entuzjazm.
- A, fakt, już-już. – wzięła głęboki oddech i zamaszyście otworzyła drzwi. Od razu podbiegła do niespodzianki, śmiejąc się.
A mnie zatrzymało w progu i dalej nie byłam w stanie się ruszyć. Constanza wybuchła śmiechem, głaszcząc nowiuteńki motor z czułością. Dopiero po chwili mój mózg znowu zaczął działać i oczy również się zaświeciły.
- Ja nie mogę – wydusiłam tylko.
- A nie mówiłam? – Constanza wyprężyła się dumnie. – To yamaha, model r1. Mój wujek to załatwił, pracuje w firmie.
Przypatrywałam się ścigaczowi z rozdziawioną gębą.
- Ile to coś wyciąga? – spytałam tylko.
- Zgadnij.
Popatrzyłam się po desce rozdzielczej, ale cały sprzęt niewiele mi mówił o sobie. Skrzywiłam się, myśląc logicznie. Kiedyś uczyłam się fizyki na własną rękę, ale poszłam pod kątem astronomii i kij strzeliły podstawy o szybkości. Nim kalkulator w mojej głowie zaczął działać, strzeliłam.
- Tak ze 100 na godzinę?
- Ha! – Constanza uśmiechnęła się szelmowsko. – Chciałabyś! Piszą, że 200km/h, ale sądzę, że ja wyciągnę z tej bestii więcej!
Nadal stałam i patrzyłam się to na nią, to na ściągacza. Constanza zaczęła swój motorowy bełkot, a ja tylko przytakiwałam z uznaniem. Nawet na mnie wszystkie parametry robiły wrażenie. Tylko martwiło mnie jedno. Owszem, nie było przeciwskazań by gimnazjaliści jeździli na motorach, ale dawanie ścigacza z taką mocą akurat Constanzie było ryzykowne.
***
Leżałyśmy na dachu garażu Constanzy, od wakacji naszego ulubionego miejsca, przysłoniętego przez drzewa rosnące w ogrodzie i poza posesją. Dochodziła 17, więc moi rodzice powinni powoli kończyć pracę. Uśmiechnęłam się pod nosem. Był początek roku, więc cała nagonka z nauką jeszcze nie stała nad nami jak kat.
Wyciągnęłam rękę po kolejną kanapkę, nasz tradycyjny obiad. Constazna ziewnęła, przeciągnęła się, po czym ponownie skrzyżowała ręce za karkiem.  
- To kiedy będziesz mogła na nim jeździć? – spytałam z ciekawości.
- Teorię mam zdaną, za tydzień mam praktyczny. A potem szaleństwo!
- Czyli co, deskorolka idzie w odstawkę?
- Na deskorolce nie wyciągnę 200 na godzinę!
- W Manaroli raczej też nie. – prychnęłam z rozbawieniem.
- No, ale nie patrz na to tak pesymistycznie! Świat stanie przed nami otworem. – zatoczyła szeroki krąg ręką. – Do Mediolanu mamy jakieś 3 godziny, a do Florencji raptem dwie! Mogłybyśmy urwać się z lekcji, obrobić wszystko, wrócić wieczorem i nikt nawet by się nie zorientował.
- „My”? – uniosłam wysoko brwi. – Potrzebujesz wspólnika w zbrodni?
- Potrzebuję przyjaciółki. – podkreśliła, pokazując mi język.
- A ja sądzę, że jednak kogoś, kto nie zaprzepaści twojej edukacji. Nic nie mam przeciwko wyprawom, ale w czasie wolnym. I skonfiskuję ci motor, jak będziesz mieć jakieś zagrożenia na półrocze.
- Przez całą podstawówkę, żadnych nie miałam! – obruszyła się.
- Przez całą podstawówkę nie było fizyki, chemii, biologii, wyższej matematyki, geografii…
- O gegrę ty się nie martw. Ją poznam znakomicie! – uśmiechnęła się chytrze.
- Włochy to nie cały świat. – znów pokazała mi język.
Zaśmiałam się pod nosem, a Constanza dołączyła do mnie po kilku sekundach boczenia się. Przeciągnęłam się, czując promienie słońca na swojej skórze. W końcu wzięłam głęboki wdech, wiedząc, że muszę w końcu poruszyć ten temat.
- W ogóle, Constanza… - zaczęłam niewinnie. – Zwolniłaś jak mijaliśmy ten gang gimbusów. Nie patrzyłaś się przypadkiem na…? – przeniosłam na nią wzrok i urwałam.
Constanza di Carlo – postrach dróg, kaskaderka, największa zawadiaka i najzajebistsza dziewczyna „z jajami” – zrobiła się cała czerwona, bynajmniej ze słońca. Zakrztusiłam się śliną, gdy spojrzała na mnie przez palce, swoimi ciemnobrązowymi oczami.
- A jednak…
- CICHO BĄDŹ! – nawet jej uszy były czerwone.
Zachichotałam pod nosem, a w głębi duszy odetchnęłam z ulgą. Dobrze, że nie wspomniałam o tym, że spotkałam Sergia. Zdecydowanie zepsułoby jej to humor na dobrych kilka godzin. Dalej chichocząc pod nosem, spojrzałam na przyjaciółkę.
- Czemu w ogóle Sergio? – spytałam, po czym odsunęłam się nim przyjaciółka zrzuciła mnie z dachu.
- No cicho bądź. – burknęła, chowając twarz w dłoniach. – To głupie. Nie, ja jestem głupia.
- To, że podobają ci się chłopcy nie jest głupie. Ja bym powiedziała, że to dobrze, że wolisz płeć przeciwną. W tych czasach to nic nie wiadomo. – powiedziałam z całkowitą powagą.
Constanza jęknęła.
- No przestań! – burknęła. – To nie jest zabawne! To.. żenujące…
- Ale ty masz problemy. – zaśmiałam się. – To powiesz mi czemu Sergio?
- Nie powiem.
- Nie strzelaj focha. W końcu i tak bym się domyśliła.
- Nie powiem.
- To nie mów.
Zapadła cisza, którą raptem po kilku chwilach przerwała Constanza. Blondynka powoli nabierała normalnych barw na twarzy i uspokajała oddech.
- No dobra. – westchnęła. – Mogłam powiedzieć ci to szybciej. – zapatrzyła się przed siebie i w końcu potarmosiła swoje krótkie włosy. – Sama nie wiem. Po prostu mi się podoba, tylko…
- Tylko jest idiotą? – podsunęłam, przypominając sobie jak on i jego koledzy zawiesili nam plecaki na drzewie.
Constanza zmroziła mnie spojrzeniem.
- Tylko, no wiesz. Trzyma się z nimi i zdecydowanie podoba się Giovannie. A Giovanna to Giovanna. – podparła brodę na dłoni.
- Myślisz, że podobają mu się chude suki?
- Niee… - przeciągnęła końcówki. – No ale spójrz ty na mnie.
- Cały czas się patrzę i nie widzę problemów. – powiedziałam całkowicie poważnie, bo wiedziałam do czego zmierza przyjaciółka.
- No, ale tak jak chłopak na dziewczynę! Moja fryzura wygląda jak hełm, moje włosy mają kolor siana, mam usta jak murzyn, ubieram się jak chłopak, gadam jak chłopak i mam okropny charakter!
Spojrzałam na nią przeciągle i zastanawiałam się skąd ona bierze te problemy. Ja widziałam blond włosy, które zawsze układały się w jedną fryzurę, pełne usta, jeansowe szorty i jakąś męską koszulę. Ale wiedziałam też, że nie ważne jakich słów użyję i tak to do niej nie dotrze. Mogłabym tylko powiedzieć, że ‘trudny charakter’ to nie ‘okropny’, ale zaczęłybyśmy się kłócić i nic by to nie dało, a jedynie podkreśliło jej tezę.
- Uważasz, że Giovanna jest lepsza od ciebie?
Spojrzała na mnie jakbym co najmniej oszalała.
- Powaliło cię? Ja, gorsza od tej suki? – przybrała wyzywający wyraz twarzy.
Uśmiechnęłam się pod nosem, znowu opadając na dach garażu, a zaczęłam się śmiać, gdy Constanza, zdezorientowana moim niezrozumiałym zachowaniem, tupnęła nogą i fuknęła.
- Co z tobą jest nie tak? – burknęła, siadając obok.
- Jak dla mnie problem jest rozwiązany. – rzuciłam tylko z zupełnie innej beczki, ale przyjaciółka zrozumiała o co mi chodzi. Nie odezwała się ani słowem. – Nie mam nic przeciwko obiektom twoim westchnień, ale… uważaj dobra? Z tego Sergia to takie nie wiadomo co.
Constanza spróbowała zepchnąć mnie z dachu, na co obie zareagowałyśmy śmiechem.
***
Była akurat połowa września. Wszystko zmierzało wielkimi krokami ku jesieni, a zimne powiewy wiatru były tylko wierzchołkiem góry lodowej. Na nauczycieli przestaną działać wymówki, że słońce świeci i wszyscy byli na zewnątrz.
Westchnęłam i ugryzłam swoją kanapkę, wyłączając się na chwilę z coraz to entuzjastyczniejszej rozmowy moich kolegów. Spoglądałam zamyślonym wzrokiem na Constanzę i jej nowe siniaki. Oczywiście zdała prawko na motor, ale zbyt długo było spokojnie, a jej bezmyślne zachowanie dało osobie znać. To, że maszyna wyciąga 200 na godzinę nie oznaczało, że nadaje się do jazdy wyczynowej. Od kiedy wyrżnęła w ziemię minął tydzień i na razie ćwiczy jazdę samą dla siebie.
- Co nie, Blanca? – przyjaciółka skierowała na mnie naglące spojrzenie, a ja wzdrygnęłam się, nie mając pojęcia o czym gadali.
- Oczywiście. – przytaknęłam z wymuszonym entuzjazmem, by jakoś ratować nieznaną mi sytuację. Riccardo jedynie prychnął, przewracając oczami i zwinął mi ciastko śniadaniowe.
- Od razu widać, że nie masz zielonego pojęcia co ona mówiła. – mruknął z dezaprobatą, połykając wypiek w całości.
- Oż ty żydzie! Ostatni raz siedzę obok ciebie jak coś jem! – krzyknęłam, na wpół się śmiejąc.
- Ale wracając do wcześniejszego tematu… - Nicola odchrząknęła i spojrzała spode łba na Constaznę. – Nie ma szans byś zdążyła się przygotować do tego konkursu w tak krótkim czasie.
Constanza przewróciła oczami, krzyżując ramiona. W końcu dotarło do mnie dlaczego nasza rozmowa przeradzała się powoli w kłótnię. Najwyraźniej ktoś wymienił nazwę jednego z okolicznych wyścigów crossów, a Constanza zaczęła swoje.
Świetnie. A przerwa śniadaniowa dopiero się zaczęła. Ugryzłam kanapkę, licząc, że dam radę to przemilczeć. Siedzieliśmy naszą paczką przy jednym ze stolików na placu szkolnym – ja, Constanza, Cristina, Nicola i Riccardo. Niech oni wybiją jej ten pomysł z głowy, bo mnie i tak nie posłucha.
- Ale Constanza, tu nie chodzi o to, że… - zaczęła grzecznie Cristina, ale Constanza na nią fuknęła.
- A wiesz o co chodzi? O to, że nie wierzycie, że dam radę. A wiecie co? Jeszcze tak wszystkich wykoszę na tym konkursie, że wszystkim jadaczka nie będzie chciała się zamknąć!
- A ja sądziłem, że to chłopaki wyrywają dziewczyny na motor i tak dalej, a nie na odwrót. – rzucił Riccardo.
Cudownie, teraz poruszyli tę stronę Constanzy, która jest głodna rywalizacji. W tym tempie to se pojedzie jeszcze szybciej na wyścig bez całkowitego przygotowania. Dlaczego akurat ja muszę rozprawiać o decydujących kwestiach? Nim Constanza zdążyła rzucić się na niego z pięściami, westchnęłam.
- Consta, daj już spokój. – rzuciłam, ale nie dałam sobie wejść w słowo. – Nico ma trochę racji. Masz motor bardziej pod wyścigi, ale nawet nie równa się z tymi co mają inne młodziki, a ty chcesz na crossa jechać tym gratem. – spojrzałam na nią z naganą i przetrzymałam spojrzenie.
- To nie jest grat. – powiedziała z naciskiem. – A crossa wujek będzie miał na zbyciu w połowie grudnia.
- A konkurs jest po świętach. – zauważył sarkastycznie Riccardo.
- Właśnie. – poparła go Nicola. – Nie dasz rady ćwiczyć tego na swoim motorze, a potem nagle siąść na crossa i myśleć, że doćwiczysz w kilka tygodni. To tak jakbyś…
- Jakbyś przygotowywała się do turnieju łyżwiarskiego, jeżdżąc tylko na rolakach. – dopowiedziała na sam koniec Cristina, akcentując w swoisty sposób, że to koniec dyskusji.
Constanza prychnęła i od razu widziałam, że ma jeszcze wiele do powiedzenia na ten temat, ale nim obrzuciła nas podirytowanym wzrokiem, jej spojrzenie zawisło na kimś, kto akurat kręcił się na zewnątrz. Dyskretnie powędrowałam za jej wzrokiem i zmarszczyłam lekko czoło. Znowu Sergio.
Nie poruszałyśmy tematu pierwszych miłostek od tamtego czasu, ale od kiedy Constanza przyznała się do tego, no można powiedzieć, że otwarcie miałam coraz to mniej kolorowe odczucia. Jakby kłopoty wisiały w powietrzu. Zwłaszcza, że dziwnym trafem Sergio, po tym jak odprowadził mnie do domu tamtego wieczoru, coraz częściej na mnie wpadał, a ja coraz bardziej starałam się go unikać.
Zmarszczki na moim czole pogłębiły się bardziej, gdy Sergio przestał podejrzanie się kręcić po okolicy i jawnie skręcił w naszą stronę. Constanza zaczęła popadać w wewnętrzną panikę, co zauważyłam jedynie po zwężonych do granic możliwości źrenicach. Rzuciłyśmy sobie pytające spojrzenia. Nicola i Christina również spowolniły tempo rozmowy i obrzuciły niedowierzającym wzrokiem Sergia. Jedynie Riccardo pomyślał przez chwilę i dalej gadał coś bez sensu.
- Ogólnie to wypatrzyłem sobie nowy teleskop, ale jak zwykle nie mam na niego kasy. – powiedział nienaturalnie głośno. Jakby mądre gadki miały odstraszyć naszego „kolegę”. Chciało mi się śmiać. Ricc zawsze powtarzał tę samą kwestię, gdy atmosfera zaczynała robić się napięta.
- No to tradycja. Mój grat praktycznie się rozlatuje, ale cały czas liczę, że znajdę jakąś normalną promocję. – odparłam.
Constanza powinna w tej chwili roześmiać się, nabijając się z naszego utartego schematu rozmowy awaryjnej. Teraz jednak nie miała pojęcia gdzie zaczepić wzrok i w końcu zaczęła kontemplować swoje nadgryzione jabłko.
- W ogóle, to załatwiłem sobie mega szkło powiększające na tą zbliżającą się… - ciągnął Riccardo, ale nawet mu zabrakło słów, gdy Sergio jak gdyby nigdy nic siadł obok mnie.
- Cześć wszystkim. – rzucił, uśmiechając się niepewnie. – Jak leci?
Spojrzeliśmy po sobie, a ja mimowolnie spojrzałam w kierunku bandy Giovanny. Nie było ich w zasięgu wzroku, więc albo on czuł się samotny, albo przegrał zakład. Nicola oprzytomniała najpierw, obrzucając Constanzę naglącym spojrzeniem. To w końcu ona była od szybkich reakcji i ciętych odzywek. Dziewczyna jednak praktycznie ignorowała chłopaka.
- A nawet dobrze. – odparła Nicola, nie pewna co powinna powiedzieć.
Po jej słowach zapadła niezręczna cisza. Przez coraz dłuższy okres czasu nikt się nie odzywał. Widać było, że cała ta otoczka jest wymuszona. Spojrzałam z niedowierzaniem po przyjaciołach – Nicola wydawała się być całkowicie zadowolona ze swojej „rozmowy”, Cristina i tak nie odezwałaby się pierwsza, a Riccardo… No cóż byłam wręcz pewna, że obaj obrzucają się nienawistnymi spojrzeniami. Moim ostatnim ratunkiem była Constanza.
Która patrzyła się na mnie nagląco i wręcz z niemym błaganiem.
Co za zdrajcy.
- Co się do nas sprowadza, tak w ogóle? – spytałam, a wewnętrznie wręcz widziałam jak mój głos roztrzaskuje milczenie.
Sergio wzruszył ramionami, trącając mnie przy tym przez przypadek. Chyba jako jedyny zachowywał się normalnie, a z jego mimiki nie dało się wyczytać, czy jest tak bardzo skonsternowany co my.
- A tak przyszedłem. – zaśmiał się krótko, a gdy dziewczyny uśmiechnęły się do niego lekko, wyprostował się bardziej i rozluźnił.
A ja miałam ochotę walnąć łeb o stół, lecz musiałam walnąć Riccardo pięścią pod stolikiem, nim powiedział „To możesz sobie iść”. Chłopak spojrzał na mnie z irytacją, ale przymknął się i powrócił do mordowania Sergia wzrokiem. Z kolei on kontynuował.
- Pomyślałem, że przysiądę i zintegruję się ze swoją klasą. – wyszczerzył się do nas szeroko, jakby liczył, że odpowiemy tym samym. Zgadnijcie kto uśmiechnął się jako pierwszy. Constanza. Najwyraźniej zaczynała znów rozumować i kontaktować ze światem.
- Znasz nas od 7 lat i jakoś wcześniej nie chciało ci się z nami gadać. – syknął Ricc, mimo kolejnego ciosu pięścią w kolano.
Wręcz poczułam jak między spojrzeniem, które wymienili ze sobą przelatują iskry. Wzięłam głęboki oddech, zastanawiając się jak tępym trzeba być, by osiągnąć poziom Sergia.
- To nie tak, że nie chciałem. – rzucił w końcu. – Po prostu… Nasze zainteresowania były trochę różne w podstawówce.
- Wiesz, że większość osób aż tak nie zmienia się po wakacjach? – Nicola spojrzała na niego uważnie, unosząc brwi kpiąco do góry.
- Ja tam dalej czytam książki i wątpię, że akurat ty zacząłeś. – mruknęła Cristina, nie patrząc się na niego.
- Ja nie mogę, ale wy wszystko utrudniacie. Ale ciągnąć ten temat, to Consta znalazła sobie nowe zajęcie. – posłał jej uśmiech, a ja ledwo opanowałam wybuch śmiechu na widok jej miny. – Fajny ten twój motor.
- Dziękuję. – wymamrotała, a chwilę później przybrała spokojną minę. – Gdzie ty w ogóle mnie widziałeś?
- Wszędzie. – prychnął za niego Riccardo.
- W sumie kolega ma trochę racji. – widziałam jak Ricc przewraca oczami. – W Manaroli mało osób ma motory, więc pokojarzyłem fakty.
I tak szczerze ku mojemu zdziwieniu, pomiędzy nim a Constanzą rozpoczęła się swobodna konwersacja, do której po chwili dołączyła Nicola i Cristina. Ja, mimo że wiedziałam, że Sergio umie zachować się normalnie, wolałam nie zdradzić Ricca i też zbytnio nie bratać się z wrogiem. Tylko on najwyraźniej nie widział tych sceptycznych spojrzeń, którymi odpowiadała na jego urywkowe.
- A to chyba ty wiesz, prawda, Blanca? – Sergio usiłował włączyć mnie do rozmowy, któryś raz i tym razem w końcu nie miałam wyboru i się poddałam.
- Pokaż to. – mruknęłam, biorąc od niego zeszyt. – Przecież to jest łatwizna. Podstawiasz do wzoru na prędkość i przekształcasz. – oddałam mu zadanie z dezaprobatą.
- Dzięki wielkie. – znów się uśmiechnął. – Całe szczęście, że jesteś taka mądra, Blanca, bo byłoby po mnie. Nasz fizyk by mnie zjadł.
- Taa… Ona jest mądra, ale ja jestem kujonem. – wymamrotał pod nosem Ricc, zaciskając dłonie w pięści.
- Oj daj spokój. Nadal jesteś zły o tamto?
- Nie. – chłopak uśmiechnął się do Sergia zjadliwie. – Jestem zły o wszystko.
Wzięłam głęboki oddech, wiedząc do czego to zmierza.
- Dobra, stop. – wystarałam się o uśmiech. – Jak to Sergio ujął, ma być to pokojowa integracja.
- Bo w końcu jesteśmy godni jego uwagi.
- Ricc! – Constanza na niego fuknęła, ale nie dodała nic więcej.
- No i czemu go bronisz? – oburzył się chłopak. – Najpierw zaczął, że się pozmienialiśmy, a potem i tak sam gadał. I założę się, jak znajdzie swoich kochanych koleżków, będzie nas miał głęboko gdzieś.
- No dzięki. – skwitował spokojnie Sergio. – Ogólnie to chodziło mi, że to ja się zmieniłem i jest ogólnie lepiej.
- Aha, już rozumiem. – Ricc pokiwał głową ze zrozumieniem. – Po prostu Giovanna wyrzuciła cię z grupy i nie wiesz z kim się trzymać.
- Stary, daruj sobie. – syknął Sergio, mrużąc oczy.
- Szkoda, że ty nie darowałeś sobie ostatnich 6 lat.
Wstali praktycznie w tym samym momencie, a dziewczyny z naprzeciwka aż się wzdrygnęły gwałtownością tego ruchu. Ja, pozwolę sobie przypomnieć, siedziałam między nimi, a teraz miałam zareagować znów spokojnie, gdy Constanza odzyskała język w gębie.
Blondynka również zerwała się na równe nogi i trzasnęła otwartą dłonią w stolik, zmuszając chłopców by na nią spojrzeli.
- Dosyć tego! – huknęła na nich. – Nie mam zamiaru słuchać dłużej tych durnot! Albo będzie żyć w zgodzie, albo w ogóle!
- Co ciebie opętało, Consta? – warknął Ricc, mordując Sergia wzrokiem.
- To pytanie powinieneś skierować do siebie. – syknęła blondynka.
- Ja nie zaprzyjaźniam się z pierwszą lepszą osobą.
- Ale wrogów też sobie z takich osób nie robisz!
- Akurat do niego to mam wiele powodów!
- Ej, ludzie, uspokójcie się. – mruknęłam, ciągnąć mocno Ricca za rękaw. Chłopak usiadł na ławce. Constanzę pociągnęła w dół Nicola, której nawet nie potrzebne było porozumiewawcze spojrzenie.
Sergio tym czasem wziął swój plecak i zarzucił go na ramię.
- Ja chyba będę się zbierał. Muszę spisać jeszcze kilka zadań. – rzucił na odchodnym. – Miło się gadało.
Przy naszym stoliku znowu zapanowała cisza, którą w końcu przerwała Constanza. Jej twarz była zaczerwieniona, lecz nie z zauroczenia tylko złości. Mordowała Riccardo spojrzeniem.
- Zadowolony?
- Bardzo.
-  Jaki ty jesteś tępy! – podniosła lekko głos.
- Powiedziała co wiedziała. – prychnął. – Jakbyś sądziła, że on na serio chciał się zakumplować. Ja już znam takich jak oni.
- Co nie zmienia faktu, że nie musisz się zachowywać tak samo. – wtrąciła Cristina.
- Nie zachowuję się tak. Po prostu wiem, że Falcone nie przyszedłby tutaj bezinteresownie. Albo przegrał zakład, albo nikt z jego paczki nie przyszedł do szkoły. – mruknął Ricc.
- Ale nadal zachowałeś się jak ostatni idiota! Co on ci takiego niby zrobił!?
Riccardo zmroził ją gniewnym spojrzeniem.
- Serio, Constanza? – zmrużył oczy. – Mam ci na serio mówić, dlaczego akurat jego i całej reszty nienawidzę? Bo najwyraźniej zapomniałyście wszystkie jaki był w podstawówce.

Miałam coś jeszcze wtrącić, ale nim zdążyłam coś powiedzieć zadzwonił dzwonek. Zamknęłam usta i skinęłam zachęcająco głową w stronę klas, biorąc przy okazji Constanzę pod rękę, by trochę się rozruszała. Przez resztę lekcji mało ze sobą gadaliśmy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz