Rozdział 20
Wiem, że nie powinna w ogóle tu być. Wiem, że powinna odpoczywać i regenerować siły. Wiem to, ale…
Ruch pozwala mi się uspokoić. Kiedy już weszłam w trans, powtarzając do znudzenia sekwencję ruchów, a do bólu się przyzwyczaiłam, myśli zaczynały powoli się oczyszczać. Kawałek po kawałku, mogłam w końcu wszystko przemyśleć na spokojnie. Bez wybuchów emocji czy pod wpływem stresu.
Odniosłam w sumie 3 obrażenia – stłuczony prawy bok, rozcięte lewe ramię i średnio płytkie cięcie przez cały brzuch. Miałam fart, że nie naruszono narządów wewnętrznych.
Nawet gdy myślę o tym na spokojnie, powinnam wytrzymać dłużej, pomimo ich przewagi nad większością aspektów. Gdyby nie Meiji i chłopaki, mój heroiczny gest spaliłby na panewce i, i ja, i Ayako skończyłybyśmy z mieczem w brzuchu.
Ayako.
Jeśli miałabym taką sytuację przeżywać jeszcze raz, nie jestem pewna na co bym się zdecydowała. Wczoraj zdecydowałam się ratować Ayako pod wpływem chwili, wcześniej byłam pewna, że to ja powinnam przeżyć. Jestem perfidna. Nie mam prawo być uważana przez nią za przyjaciółkę.
Chociaż… W końcu, mimo tego… wszystkiego… nie żałuję swojej decyzji. Dzięki niej chyba mogłam się podnieść po raz kolejny. Nie załamać się całkowicie.
Właśnie. Muszę się tylko z tym pogodzić. Teraz nic z tym nie zrobię. Po prostu się przystosuję. I zemszczę. Za rodziców. Za to wszystko. Zamorduję…
- Orientuj się! – usłyszałam za plecami, obracając się na pięcie. Krzyk wyrwał mnie z głębokich przemyśleń, które powoli schodziły na mroczne tory. Instynktownie odchyliłam się lekko w lewo, a koło prawego policzka coś świsnęło. Chwilę potem usłyszałam brzęk upadającego sztyletu za sobą.
- Całkiem nieźle! – usłyszałam ponownie ten sam krzyk. Poprawiłam chwyt na mieczu, mrużąc oczy.
- Czy ciebie całkowicie pogięło, Tokaji!? – wydarłam się na niego. – Gdybym się nie odchyliła, straciłabym oko!
- Ale się odchyliłaś – zauważył szyderczo chłopak. Zacisnęłam dłonie mocniej na rękojeści. Zabiję go zaraz.
- Co. To. Miało. Być? – rzucam, starając się by mój głos nie drżał ze złości. Chłopak patrzy się prosto na mnie, uśmiechając się nieodgadnienie.
- Trening – mruczy lekko niepokojąco. Cofam się o krok, obserwując go uważnie. Napinam mięśnie, gotowa na wszystko.
Czarnowłosy jak zwykle ma na sobie jakieś przetarte czarne spodnie i jedną ze zwykłych szarych koszulek. W uchu pobłyskuje srebrny kolczyk, a przez ramię przewieszona jest pochwa z jednym mieczem.
Ściąga ją bez entuzjazmu, wręcz ze znudzeniem wyciągając swoje ostrze. Tak jest zawsze. Kiedy tylko chłopak kończy naśmiewanie się z innych, na jego twarz wraca ten sam wyraz – wiecznego znudzenia, a w czarnych oczach wieje pustka.
Przyglądam mu się z coraz większym spokojem. Prostuję się bardziej, miecz kieruję ku podłodze. Tylko, że on na to czekał. Ruszył tak gwałtownie, że gdy tylko podniosłam ostrze, rozległ się szczęk naszych ostrzy. Zrobiłam mimowolnie krok do tyłu, przygotowując się do ciosu. Tokaji jednak wyprowadził go dużo szybciej. Wprowadził w niego dużo więcej siły niż przypuszczałam, więc mój nadgarstek odskoczył na bok, dając mu idealną szansę by ciąć z góry. Odskoczyłam na bok, starając się zmusić mózg do pracy.
Tokaji nie dał mi nawet sekundy. Zadał jeszcze jakieś 4 pchnięcia, a przy piątym miecz wypadł mi z dłoni. Powiodłam za nim przerażonym spojrzeniem, klnąc na siebie w myślach, że odwróciłam od chłopaka wzrok. Nim jednak napotkałam jego twarz, zobaczyłam sufit, po chwili upadając na ziemię. Podciął mnie. Ależ to była wymagająca walka.
Już widzę ten jego chytry uśmieszek, a riposta wręcz pobrzmiewa w moich ustach. Zamiast tego, czarnowłosy stawia stopę na moim brzuchu, mocno go przyciskając. Wydaję z siebie zduszone tchnienie, pełne bólu.
Czy on oszalał?
Nawet na niego nie patrząc, chwytam go na nogę i usiłuję zrzucić. Po kilku sekundach, w miarę mi się to udaje, choć czuję, że sam odpuścił. Z kaszlem przewracam się na bok. Posyłam mu mordercze spojrzenie, które jednak łagodnieje i przechodzi w nieme zdziwienie.
Chłopak kuca przy mnie, z całkowicie obojętną twarzą i pustką w oczach. Zero kpin, zero szyderczości. Jest taki sam jak zwykle. Jakby… beznamiętny.
- Pamiętaj, że atak może nadejść w każdej chwili. Musisz od razu się na nim skupić. Nawet jeśli to byłbym ja, Ayako czy Tsu… masz być gotowa nas zabić. – patrzy się prosto na mnie, mówiąc spokojnie, bez grama emocji. – I pamiętaj, że oni zawsze będą wiedzieli gdzie uderzyć, żeby cię zranić.
Patrzę się na niego, lekko zdezorientowana. Akurat tej strony Tokajiego bym się nie spodziewała. Chociaż aż dziw, że potraktował nauczanie poważnie. Choć nie narzekałabym na inne metody.
- A teraz wstawaj, Ichigo. Jeszcze raz.
***
~ Ryutaro ~
Wchodzę cicho do pokoju, starając się nie przeszkadzać dowództwu. Chociaż widok tym bardziej zmusza mnie do zachowywania się bezszelestnie.
Daiki leży na kanapie w kącie pokoju, zasypany papierami i puszkami. Niedaleko niego, na stole leży Hiroki, pochrapując cicho. Przed nim stoi laptop, z nadal otwartymi dokumentami, a jego dłonie spoczywają na klawiaturze. Obok stoi rozbita szklanka.
Dobra, nie będę wnikać.
Naprzeciwko na stole śpi Fumiya. Jego oddech jest głęboki i spokojny, choć on sam wydaje się wycieńczony nawet przez sen. Omitsu zasnęła z notatnikiem i długopisem w dłoni, na wpół siedząc, na wpół opierając się o parapet.
Jedynie Mikuru nie śpi, siedząc na swoim starym miejscu, skrobiąc coś apatycznie na papierze, mamrocząc niezrozumiałe słowa pod nosem. Nawet nie zwróciła na mnie uwagi, nadal mając przymknięte oczy. Jej głowa z każdą sekundą opada coraz bardziej w dół.
Uśmiecham się pod nosem. Chociaż w pokoju unosi się drażniący zapach alkoholu, miesza się on z kawą i energetykami. Wszędzie są dokumentacje, kartki, plany…
Przynajmniej w końcu wzięli coś na poważnie.
Chyba, że sytuacja jest aż tak poważna.
Kręcę gwałtownie głową, przywracając się do porządku. Spoglądam na dokończoną przed chwilą książką zdrowotną całej organizacji i na Omitsu. Kobieta ma lekko rozchylone usta, a w promieniach wschodzącego słońca wygląda na dużo młodszą.
Kładę delikatnie obok niej papiery, nie chcąc nikogo budzić. Powinni chociaż chwilę się zdrzemnąć. Wypoczętym lepiej się myśli.
Gdy jestem przy drzwiach, cichy szept mnie zatrzymuje.
- Ryu? To ty? – odwracam się w stronę okna.
Omitsu trze oczy, przeciągając się. Po chwili jej ciemnobrązowe oczy nabierają zrozumienia, a ona staje na równe nogi. Patrząc na zegar, na jej twarzy maluje się zgroza.
- O szlag, zaspałam! – mówi dość głośno.
- Shhhh! – przytykam jeden palec do ust, nakazując jej ciszę. – Jak chwilę będziecie spali to nic się nie stanie.
- Ale…
- Nikt was nie skrytykuje za chwilę snu. – ucinam. Czasem zachowuję się jakbym był od nich starszy. Omitsu jednak nie mam mi tego za złe, opadając ponownie na parapet. Kartkuje szybko książkę zdrowotną.
- Dzięki – mówi, odkładając ją na stół. Macham ręką.
- E tam. I tak musiałbym to zrobić. – mówię lekceważąco. Po chwili poważnieję. – Czemu tak się męczycie? Sytuacja jest aż tak zła?
Omitsu milczy, unikając mojego wzroku. Przygryza dolną wargę, widocznie bijąc się z myślami. Krzyżuję ręce na piersi, wpatrując się w nią uporczywie.
- Nie tyle co zła, tylko… - zaczyna dość niechętnie, wodząc wzrokiem po pokoju, jakby szukała od kogoś pomocy.
- Tylko co?
Kobieta nabiera powietrza.
- Ich przewaga liczebna daje im możliwość zaatakowania nas od razu, z gwarancją 75% na zwycięstwo. – Omitsu wpatruje się w jakiś odległy punkt za oknem. – Mają lepszych dilerów broni, duże zapasy dopalaczy, kilku medyków i ludzi z wypranymi umysłami… - kiedy zaczyna wyliczać, tym swoim bezbarwnym głosem, zaciskam dłonie. Na jej ustach błądzi smutny uśmieszek, pokazujący w pewien sposób, że pogodziła się z porażką, przegraną. Śmiercią.
- I co z tego? – nieświadomie podnoszę swój głos. Omitsu spogląda na mnie flegmatycznie. – Przecież na pozycji dowódcy nadal jest Yasuaki Igarashi. A w czołówce są praktycznie te same osoby. Mamy wystarczającą dokumentację by w miarę dokładnie nakreślić ich poziom, a z przeciętnymi damy sobie spokojnie radę.
- Niby tak, ale… Kijuro Harada nie jest głupi. Ma dużo dłuższe doświadczenie jako strateg niż Mikuru i wcześniej planował już walki z nami. – Omitsu wzdycha. – Musimy wydać masę kasy na broń i poświęcić się treningom tak szybko jak tylko się da. Mogą uderzyć w każdej chwili. To ich styl walki. Szybko i efektownie.
- Ale mamy informacje o ich głównych siłach: Kijuro, Toshiyuki, Shigeo, Hisaki, Takahiro, Takahide – zacząłem wyliczać głównych członków Jishin, jednak zamilkłem gdy poczułem jej wzrok. Te pogodzone z sytuacją, smutne ciemnobrązowe oczy i blady uśmiech. Rozszerzam szeroko oczy, opuszczając lekko głowę. – Przecież nie może być, aż tak źle…
Wiem, że dalsze argumenty są zbędne. Nie ważne jak bardzo racjonalne one będą, prawda jest zbyt wyraźna. Nawet jeśli mamy informacje o najsilniejszej dziesiątce, co z pozostałymi 90-cioma zabójcami? Mogą zaatakować w każdej chwili. Nawet teraz mogą być już w drodze…
Poczułem drobne, lecz umięśnione ramię na plecach przyciągające mnie do swego barku. Mała dłoń spoczęła na mojej głowie, przeczesując z czułością orzechowe włosy. Wstrzymałem na początku oddech, ale teraz wypuszczam ciężko powietrze, chowając twarz w jej ramieniu. I stoję tak, przygarbiony lekko, z opuszczonymi bezwiednie rękoma, czując, że zaraz pęknę.
Teraz to wiem. Nie ważne ile bitew, wojen przeżyjesz, każda kolejna jest równie przerażająca. A gdy stoisz w progu, patrząc na oddalające się plecy twoich przyjaciół, idących na pole walki, wiedząc, że możesz tylko czekać, aż przyniosą ich rannych, liczących na twoją pomoc. Możesz tylko patrzeć jak cierpią, krwawią. Jak umierają.
- Ryutaro… - Omitsu wypowiada cicho moje imię, obejmując mnie drugą ręką, ale cały czas głaskając mnie po głowie. – Naprawdę przestań udawać dorosłego. Nadal jesteś tylko dzieckiem. To my jesteśmy dorośli, i naprawdę sobie poradzimy.
- Ale jestem głównym medykiem… jedynym medykiem…
- I co z tego? Zawsze byłeś dla nas podporą, służyłeś radą, ale ciebie nie miał kto wysłuchać. Ja wiem, że dla dzieciaków jesteś jak starszy, silny brat, tylko… Proszę, nie tłamś w sobie tylu emocji. Uwierz, to nie pomoże.
- Omitsu, posłuchaj… - zaczynam jeszcze spokojnie, odsuwając się lekko od Omitsu. Kobieta jednak nie pozwala wyrwać mi się z uścisku.
- Jeśli chce ci się płakać, płacz. Jeśli jesteś smutny, smuć się. Jeśli się boisz, bój się. To nic złego. Musisz czasem to okazać, bo inaczej kiedyś się całkowicie załamiesz. – zaciskam mocno oczy, nie pozwalając dopłynąć łzom, ale moje ręce same wędrują, by ją objąć. – Spójrz na mnie. Nie ważne ile lat tu jestem, cały czas się smucę, boję czy płaczę. Ale też są momenty szczęśliwe. Najważniejsze by człowiek okazywał emocje. Z naturą nie wolno walczyć.
Pojedyncza łza kapie z mojej brody. Zacieśniam mocniej uścisk, a Omitsu go odwzajemnia. Nadal przeczesuje moje włosy w matczynym geście. Pachnie dymem i alkoholem, z lekką wonią kawy. Jest praktycznie mojego wzrostu, ale jest drobniejsza.
- Wiesz, Omitsu… - zaczynam, powoli dławiąc się słowami. – Panicznie się boję. Ich przewaga jest miażdżąca. Nie chce by powtórzyła się historia z Akumu, gdy prawie połowa nie wróciła. Nie dam rady…
- I dlatego właśnie, my, dowództwo, ciężko pracujemy, chcąc poświęcić każdą chwilę na planowanie i przygotowania.
- Ale jaki jest sens w poświęcaniu zdrowia? – odsuwam się od niej, patrząc prosto w ciepłe ciemnobrązowe oczy. Wiem, że moje są zaczerwienione, ale nie zwracam na to uwagi, wpatrując się w nią pewnym wzrokiem. – Macie być naszą główną podporą w bitwie. Musicie chociaż jeść i spać.
Omitsu rozburza moje włosy, szczerząc się pod nosem.
- I znowu robisz to samo… - jej uśmiech lekko gaśnie. - To samo dotyczy się ciebie, Ryu.
- Oj, już mi tak nie matkuj. – śmieję się. – Nie żartowałem z tym spaniem. Mikuru wygląda jakby miała za chwilę zejść.
- I kto tu komu matkuje. – prycha Omitsu, ale przyznaje mi rację. – Zmuszę Mikuru do snu, a Fumiyę przeciągnę do jego pokoju.
- Dasz radę?
- A myślisz, że co ja robiłam, nim powstało Kaminari, co? Mam kilkuletnią wprawę. – mruczy pod nosem. – Idź już, na pewno masz masę zajęć. – pogania mnie ręką.
Kręcę tylko głową, kierując się cicho w stronę drzwi. Jednak coś każe mi się zatrzymać i odwrócić. Brązowowłosa spogląda na mnie pytająco.
- Wiesz… Zawsze byłaś dla mnie jak matka…
- Już mnie tak nie postarzaj! – śmieje się tylko w odpowiedzi.
Patrzę na nią wyczekująco ale chyba nic więcej się nie doczekam. Wychodzę, zamykając cicho drzwi, by nikogo nie obudzić. Jednak nim całkiem się oddalę, do moich uszy dobiega ledwo słyszalne:
- A ty byłeś dla mnie jak syn.
~ Omitsu ~
Gdy Ryu wyszedł zrobiło się pustawo i cicho. Popatrzyłam się na członków dowództwa, uśmiechając się ciepło.
Na Hirokiego narzuciłam sweter, zabierając przy okazji rozbitą filiżankę. Daikiemu poprawiłam poduszkę na kanapie. Gdy chciałam wyrwać Mikuru z transu, okazało się, że kobieta od dawna śpi, pisząc jakieś wyrwane z kontekstu słowa przez sen.
- Mikuru, obudź się i idź spać w bardziej ludzkim miejscu – szepczę do jej ucha, gdy wodzi nieprzytomnym wzrokiem po sali.
- Ale strategia… - zaczyna niemrawo.
- Dokończysz później. Meiji przejrzy to co mamy. – ucinam, ciągnąc ją w stronę dmuchanego fotela. Zielonooka opada na niego ciężko, moszcząc się w wygodnej pozycji. Wzdycha z zadowolenia, od razu zapadając w sen. Narzucam na nią swoją skórzaną kurtkę.
Z Fumiyą pójdzie trochę gorzej. Od co najmniej 3 dób jest na nogach, a gdy wrócił wypił sporo by odreagować ostatnie wydarzenia. Może to nie jest jego najgorszy przypadek pijaństwa, ale bywały lepsze.
Od samego początku telepię nim z całej siły, jednak jedyne co wskórałam to uciszenie chrapania. Wznoszę oczy do nieba (sufitu), biorąc go pod pachy i ściągając z fotela.
Ma farta, że ma mieszkanie niedaleko.
Przeciągam go tam najciszej jak tylko się da. A Fumiya nawet nie drgnął przez całą operację.
W mieszkaniu wtaczam go na łóżko, przykrywając kołdrą. Do moich uszu znów dobiega chrapanie. Mimowolnie kąciki moich ust wędrują do góry. Śpiąc, wygląda tak niewinnie.
Co nie zmienia faktu, że nawet nie porozmawiałam z nim w cztery oczy od czasu jego powrotu. Pomijając lewego sierpowego na dzień dobry.
- Jak wstaniesz, to się na ciebie wydrę. – ziewnęłam. Spojrzałam na czarnowłosego. Przynajmniej teraz wyglądał na uspokojonego. – Skończony idioto – mruczę, odgarniając długie pasma włosów z jego twarzy i składając długi pocałunek na jego czole.
Mężczyzna mruknął coś przez sen, ale nie obudził się. Opadłam na kolana, opierając ręce o materac. Czuję jak głowa sama mi opada, a oczy się zamykają. Zdążyłam jeszcze zapamiętać, że ułożyłam ją na ramionach, gdy obmywa mnie ciemność i zapadam w sen.
***
~ Ichigo ~
Po jakiś 2 godzinach zaczęłam czuć, że leki przeciwbólowe jakie otrzymałam w kroplówkach Ryu przestały działać. Moje ruchy tym samym zaczęły być bardziej ociężałe, jakby samo zmęczenie miało nie wystarczyć. Prawie przy każdym skrzyżowaniu ostrzy, krzywiłam się, dobitnie odczuwając przecięcie na lewym ramieniu.
Tokaji jednak zdawał się tego nie zauważać, a sama za bardzo nie paliłam się do zaprzestania treningu. Przy tym cholernym idiocie, okazywanie słabości nie wychodzi najlepiej. Zwłaszcza, że wolę nie zduszać w sobie determinacji.
- Dobra, jeszcze raz. – rzucił Tokaji, odchodząc ode mnie na kilka metrów. Oboje przyjęliśmy pozycje bojowe. Oddychałam coraz ciężej, spocona, z potarganymi włosami. Ale czarnowłosy jakiś cudem wyglądał jakby przebiegł 2 kółka na stadionie.
Zaatakował pierwszy. Gwałtownie zahamowałam jego cios od góry, blokując kolejno ciosy z prawej i lewej. Jego miecz odbił się wystarczająco daleko by zadać kontratak. Wzięłam szeroki zamach, ale czując rozdzierający ból, skrzywiłam się, zamykając oczy i zmniejszając tym samym impet uderzenia. Tokaji odparował je z łatwością, przystępując do ataku.
Pracuj nogami, powtarzam to sobie od samego początku, prawie słysząc głos Mako w głowie. Jednak przestaję widzieć w tym zdaniu jakikolwiek sens, skupiając się tylko na tym by zignorować ból.
Oczy zachodzą mi mgłą, a głowa tępo pulsuje, opóźniając moje reakcje, przez co ledwo zdążam umocnić uchwyt na rękojeści, gdy ostrze Tokajiego ze zgrzytem spotyka się z moim. Choć staram się to sparować, mój miecz wypada mi z dłoni i wbija się w podłogę jakieś 2 metry dalej.
Nim chłopak zareaguje, zmuszam się by napiąć mięśnie i przejść do walki wręcz. Jednak gdy tylko usiłuję zrobić pierwszy krok, przeszywa mnie tak dogłębny ból, że osuwam się na kolana.
No jasny szlag, miało być bez słabości.
Tokaji nie przejmuje się mną, wyciągając lekkim gestem ostrze z posadzki. Chowa je do mojej pochwy, po czym gdy przerzuca je przez ramię, podchodzi do mnie. Jestem na kolanach, oparta na dłoniach i usiłując złapać choć trochę tlenu, potęguję ból ran na brzuchu. Chłopak klęka koło mnie.
- Na teraz wystarczy. Dobra robota. – rzuca poważnie, kładąc mi dłoń na ramieniu. Nie jestem w stanie wydusić żadnego słowa, więc tylko kiwam głową.
- Dobra, a teraz czas na resztki ze śniadania. – oznajmia kpiącym tonem. Czyli stary Tokaji wrócił. Skierował się luźnym krokiem do wyjścia, więc stwierdziłam, że czas się podnieść.
Chwiejnie stanęłam na nogach, mając wrażenie, że świat się kręci. Zamrugałam kilka razy, starając się pozbyć mroczków, jednak tylko je spotęgowałam. Nim zdążyłam poczuć, że lecę, chłopak złapał mnie za przegub i postawił do pionu.
- Upierdliwa jesteś. – mruknął, ciągnąc mnie w stronę wyjścia.
- A ty wredny – prycham.
- I głodny. – zaznacza. – A teraz zamiast iść jeść trzeba cię dowlec po kolejną porcję leków przeciwbólowych. Ja nie mogę, co ten Ryutaro robi, że nie mówi o tak ważnych rzeczach, do jasnej cholery…
- Pragnę zauważyć, że nie prosiłam o pomoc. – warczę, posyłając mu buntownicze spojrzenie, choć praktycznie nie mam na nie sił.
- A ja cię dwa razy uratowałem od gleby. I trenuję. Więc zamknij się i idź.
***
Niestety, gdy Tokaji w końcu dowlókł mnie do gabinetu Ryu, nie zastaliśmy tam nikogo. Czarnowłosy jęknął, przewracając oczami i kazał mi usiąść. Z radością spełniłam to polecenie, pozwalając odpocząć mięśniom. Gdy nic nie muszę robić, rany stają się mniej uciążliwe.
- Ryu! - krzyknął Tokaji w pokoju, a odczekawszy kilka sekund, wystawił głowę przez drzwi. – RYU!!! Zgłoś się! – wrzasnął jeszcze głośniej, jednak nie doczekał się odpowiedzi. – Ja pitole, co za człowiek.
- Zostaw go, zajęty jest – rzuciłam w obronie przyjaciela. Chłopak cofnął się do środka, lustrując mnie wiecznie kpiącymi, bezdennymi, czarnymi oczami. Gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały, zmrużyłam swoje, rzucając nieprzyjazne spojrzenie. Chłopak uśmiechnął się na to krzywo, przetrzymując przez chwilę kontakt, po czym westchnął i włożył ręce w kieszeń.
- Co mnie, że zajęty. Jestem głodny. – prychnął, zaczynając krążyć po pokoju.
- Drzwi otwarte – powiedziałam z wyczuwalną nienawiścią. Chłopak uniósł jeden kącik ust.
- Czyli co, psiapsiółkujemy się tylko na treningu? – rzucił sarkastycznie.
- Jeśli to na treningu to dla ciebie psiapsiółkowanie się, to jesteś niedorozwiniętym głąbem. – syknęłam.
- Oho, widzę, że twoje słownictwo jest bardziej rozszerzone niż ‘idiota’.
- A ja widzę, że jesteś głodny. Idź. – ostatnie słowo powiedziałam nikczemnie. Czarnowłosy zatrzymał się przed drzwiami, jakby się nad czymś zastanawiał, przechylając lekko głowę do tyłu. – Na serio. Dam sobie radę, poczekam na Ryu.
- Nie zostawię cię samej. Wyglądasz jak kefir z cytryną. Blada i skrzywiona.
- Jesteś idiotą.
Chłopak zbył mnie milczeniem podchodząc do wielkiej szafy z szufladkami. Zaczął je otwierać, wyraźnie czegoś szukając. Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem, jednak zignorował to. Przy 8 szafeczce zatrzymał się i wyciągnął jakieś obszerne opakowanie tabletek.
- Co ty robisz? – zapytałam, gdy rzucił na mnie przelotnie wzrokiem.
- Znalazłem leki przeciwbólowe. – odparł. – Chyba.
- Chyba?
- Pisze tu, że możesz wziąć do 5 na dzień. – rzucił, wysypując na dłoń 5 tabletek. – Trzymaj.
- Ty naprawdę zdurniałeś. 5 na dzień, a nie na raz. – prychnęłam, patrząc na niego z politowaniem.
- Zaufaj mi, nic ci nie będzie. – powiedział z chytrym uśmiechem.
- Zaufać tobie? – zapytałam z powątpiewaniem, jednak sięgnęłam po lekarstwa. Rzuciłam podejrzliwe spojrzenie tabletkom. Nieduże i okrągłe. Połknęłam je na raz, krzywiąc się. Nie cierpię leków.
- No nieźle. – prychnął Tokaji. – A teraz chodźmy coś zjeść.
- Wiesz, że to nie zadziała od razu?
- Wiem. Ale to twój problem, nie mój. W końcu to ja dałem ci te tabletki.
***
Nim doszliśmy na ‘stołówkę’ zaczynałam odczuwać przyćmienie bólu. Albo to dobrze tabletki, albo to ich ilość.
W kącie obszernej sali, która kiedyś była zapewne obiektem szkolnym, stoi kilka lodówek, blatów i innych cudów kuchennych zastawionych jedzeniem. Rzadko trafiało mi się po nie iść, zazwyczaj szły starsze osoby, ewentualnie dowozili nam zaprzyjaźnieni klienci.
Podeszłam do stołu, patrząc co jest. Ślinka pociekła mi na widok jedzenia. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że od doby nic nie jadłam i jestem w cholerę głodna. Pakuję na tackę drożdżówkę z kokosem i wielką babeczkę truskawkową.
- To nie kanibalizm? – rzucił mi przez ramię Tokaji, z tym swoim wnerwiającym uśmiechem. Jezu, ile wersji uśmiechów może mieć jeden człowiek. Zbyłam go, podchodząc do kuchenki. Mam wyraźną ochotę na jajecznicę. Po kilku minutach na talerzu, obok słodyczy ląduje jajecznica z grzybami i bułka.
Przy jednym ze stolików zauważam Ayako i Takiego. Staram się ruszyć raźnym krokiem w ich stronę, jednak lekko się chwieję. Przyjaciele uśmiechają się na mój widok, jednak coś w uśmiechu dziewczyny mnie nie pokoi.
- Czy ciebie całkowicie popieprzyło żeby trenować z Tokajim, Ichi? – rzuciła na dzień dobry. Taki tylko zakrył twarz dłonią i mruknął mi ‘cześć’. Kiwnęłam mu głową, siadając na jednym z krzeseł.
- Ciebie też miło widzieć, Ayako. Tak, czuję się świetnie, dzięki za troskę. – mówię sarkastycznie. – I nie, moja psychika jest w jednym z lepszych stanów.
- Oj już się tak nie złość. Ale poważnie, Tokaji? – mówi brązowowłosa.
- Poważnie. Nic mi nie będzie. – odparłam, rzuciwszy się na jajecznicę.
- Ayako, już ci to tłumaczyłem. Tokaji jest silny. – wzdycha Taki.
- Tak, ale jeden Tokaji to aż nadto. Jego żeńskiej wersji nie potrzebujemy. Nie dość że wygląda podobnie to jeszcze jakby miała się podobnie zachowywać… - tu dziewczyna się wzdrygnęła. – Brrr… w życiu.
- Nadal tu jestem. – wtrącam, przełykając wielki kęs bułki.
- Przepraszam, Ichigo-san. – wtrąca Taki. – Jednak w tym jest trochę racji. Nie chcemy byś zaczęła…
- Spokojnie. Jak się zacznę tak zachowywać to sobie prędzej żyły podetnę niż zaakceptuję. – zbywam to ręką.
- W ogóle to widzę, że iście japońskie śniadanie. – żartuje dziewczyna.
- No a jak. – śmieję się. – Jakoś kuchni narodowej nie umiem. Wolę europejską. – dodaję, pochłaniając wypieki.
Czas miło upływa nam na gadkach-szmatkach, choć w powietrzu wisi jeden, mało przyjemny temat. Wojna. Ryu streścił mi większość informacji, jednak sama nie jestem pewna czy ktokolwiek może zrozumieć wojnę. Jej powody, ambicje, strategię – owszem. Ale samej wojny – nigdy.
Jedyną osobą, która chyba cieszy się z tej wojny jest Tokaji. Mówi o niej się szyderczym uśmiechem, choć mimo to chcę wierzyć, że to tylko maska. Niestety, zbyt dobrze go poznałam.
Wszyscy są przybici i flegmatyczni, choć cały czas panuje tu ruch i zamieszanie, a prawie każdy stara się pomóc na tyle na ile da radę. Masa osób przechodzi interwałowe treningi, inni patrolują okolicę. I nawet gdy widzę, że się wygłupiają i śmieją robią to jakoś… bez życia. Jakby już polegli na tej wojnie.
Kątem oka dostrzegam sunącą postać w naszym kierunku. Zza burzy jasno- brązowych włosów rozpoznaję Mikuru. Strategiczka ma podkrążone oczy, wodzące nieprzytomnie po sali. Ogólnie jest zgarbiona, zmęczona i wygląda jak duch. Jej przygaszone zielone oczy zatrzymują się na mnie.
- Ichigo.
- Konichiwa, Uetake-san – witamy się wszyscy.
- Cieszę się, że żyjesz – kobieta stara się uśmiechnąć jednak wychodzi jej tylko grymas. Po chwili przybiera oficjalny wyraz twarzy. – Jak zjadłaś, to idź do Sotomury. Coś od ciebie chce.
- Dobrze… A co?
- Nie wiem. – ziewa. – Jakbyście gdzieś widzieli Omitsu, to powiedzcie, że ją szukam. A teraz wybaczcie. – nim zdążyliśmy zareagować, Mikuru powlekła się w stronę ekspresu do kawy. Rzuciliśmy sobie zdziwione spojrzenia. Ayako zagwizdała.
- Widzę, że ostro pracują. – stwierdza blondyn. – Trafisz do Sotomury?
- Powinnam dać radę. Dzięki. – mówię, odnosząc tackę do zmywarki. – Do zobaczenia na sali treningowej. – rzucam na odchodnym, machając im dłonią.
- Trzymaj się! – woła Ayako, nim całkowicie się oddalę.
***
Pukam dwa razy w drzwi, po czym otwieram je pewnym ruchem. Wchodzę raźnie do środka, przyglądając się uważnie pomieszczeniu. Pierwszy raz przychodziłam do dowódcy, zazwyczaj wszyscy gromadzili się w Sejmie, ale teraz każdy zajmował się czymś innym.
Mieszkanie ułożone było dość dziwnie. Na początku wchodziło się do dużego pomieszczenia, służącego jako salon i gabinet. Na samym wejściu stał odrapany z lekka komplet skórzanych mebli – kanapa i dwa fotele, a przy nich szklany stolik z dużym pęknięciem. Za nimi stały regały z niesamowitą ilością nieposegregowanych papierów oraz zawieszony na ścianie komplet mieczy. W lewym rogu, na podwyższeniu stało masywne, mahoniowe biurko, zawalone teczkami, tak samo jak półki je otaczające. Wszystko wieczorami oświetlała stara stojąca lampa, dająca pożółkłe, ciepłe światło.
Za biurkiem siedział Fumiya. Pisał coś, podpierając głowę ręką. Jego matowo-czarne oczy przeskakiwały z kartki do kartki, śledząc w skupieniu każde słowo. Czarne włosy, sięgające do łopatek, związał w luźnego kucyka, opadającego teraz przez lewe ramię. Kiedy podeszłam bliżej, już z mniejszą pewnością, podniósł głowę, uśmiechając się życzliwie.
- Dobry, Ichigo. – rzucił, kończąc coś zapisywać. Stanęłam na baczność.
- Dzień dobry, Sotomura-sama. – powiedziałam poważnie. – Cieszę się, że pan jest cały.
- Spokojnie, spokojnie – zaśmiał się krótko. Uśmiechał się przyjacielsko. – Darujmy sobie te uprzejmości. I tak zachowujemy je tylko w poważnych sytuacjach. – wyjaśnił, pochmurniejąc na chwilę. – No, w trochę poważniejszych niż ta.
- Dobrze. – rozluźniłam się. Nadal nie mogłam pozbyć się wrażenia z pierwszych dni. Gdy byłam pewna, że dowódca będzie stary i przerażający. A jest dość młody, pogodny i przystojny. Nawet bardzo. – Więc o co chodzi?
- O widzę, że konkretna z ciebie osóbka. – rozszerzył uśmiech, ukazując zęby. Opowiedziałam tym samym, podchodząc już do samego biurka. – Ale nim zaczniemy, chciałbym powiedzieć, że też się cieszę, że wyszliście z tego z drobnymi obrażeniami. Widzę, że już stanęłaś na nogi.
- A to z pomocą tabletek. – wyjaśniłam. – Tokaji znalazł mi jakieś mocne.
- Tokaji? – jego oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. – To aby na pewno bezpieczne? – zmartwił się.
- Na razie żyję.
Fumiya przewrócił oczami, schylając się do jednej z szafek i przerzucając znajdujące się w niej dokumenty.
Czasami naprawdę sprawiał wrażenie starszego brata, albo młodego wujka, którego wszyscy lubią. Często nie było widać różnicy w posadzie czy zachowaniu. Traktował wszystkich równo. Co było dziwne, zważając na zawód w jakim się obracamy. Jednak zawsze jego aura była inna od wszystkich. Tak samo jak Omitsu. Biła od nich… moc. Potężna moc.
- O w końcu. – mruknął do siebie, rzucając spięty plik dokumentów na biurko. Spojrzałam na to ciekawskim spojrzeniem. – Trzymaj, Ichigo. – wręczył mi to do rąk. Popatrzyłam się na to nierozumnym wzrokiem. – Akt własności.
Papiery prawie wypadły mi z rąk. Od razu jednak zacisnęłam na nich dłonie, starając się nie dać po sobie niczego poznać. No tak. Rodzice już dawno spisali wszystko na mnie.
- Musisz tylko podpisać. Resztą zajmą się moi znajomi. Nikt się nie będzie oto rzucał. – wyjaśnił, dając mi długopis. Otworzył plik na miejscu podpisu, a ja schyliłam się, kreśląc ostrożnie znaki drżącą ręką. – Może ci się jeszcze kiedyś przydać.
- Możliwe – wzruszyłam ramionami, patrząc na niego wyczekująco. – Czy coś jeszcze?
- A? Nie, już nic. Chyba, że ty chcesz coś ode mnie.
- Chyba nie. Muszę iść trenować.
- Spokojnie, Ichigo. Jak na tak krótki czas treningu rozwijasz się w szybkim tempie. – uśmiechnął się do mnie w sposób w jaki uśmiechają się rodzice, gdy chwalą swoje dzieci. Sama wyszczerzyłam się na to porównanie, choć ból ścisnął moje serce.
Rodzice.
- W przeraźliwie szybkim tempie. – usłyszałam cichy szept, którego nie zrozumiałam. Przekrzywiłam lekko głowę.
- Mówiłeś coś, Fumiya-san?
- Nie, nic. To co, masz jakąś sprawę? Jak już pracuję na pełnych obrotach, to może coś znajdę.
- Mikuru-san szukała Omitsu. – rzuciłam, choć to nie było to o co chciałam zapytać. Fumiya westchnął głęboko, trąc dłonią kark.
- Śpi w sypialni. Jak dasz radę to ją dobudź.
Skierowałam kroki do drugiego pomieszczenia, uchylając niepewnie drzwi.
W dużym łóżku spała kobieta. Krótkie kasztanowe włosy okalały jej twarz, schowaną w połowie pod kołdrą. Z zamkniętymi oczami i spokojnym oddechem, wydawała się taka drobna.
Podeszłam do Omitsu, lekko szturchając ją za ramię. Nic.
Wiedziałam, że Omitsu i Fumiyę łączą głębokie więzy, jednak nie za bardzo jakie. Nie są razem, choć siebie kochają. Ale to raczej inny rodzaj miłości. Z tego co wiem to ukochaną szefa była jej starsza siostra… Shuuko? Chyba tak. Jednak to tak drażliwy temat, że nie miałam okazji go poznać.
Nim zdążyłam się zorientować, tarmosiłam kobietą z całej siły co jednak nie dawało żadnego efektu.
- To nic nie da – zaśmiał się Fumiya, wchodząc do pokoju. Popatrzyłam się na niego z prośbą w oczach. Poklepał mnie dwa razy po głowie i stanął przed łóżkiem. – Kiedy się obudziłem, byłem już w łóżku, a ona spała na podłodze obok mnie. Musiała mnie tu przytaszczyć. – w jego głosie ukryta była tak głęboka czułość, że aż zrobiło mi się cieplej na sercu. – Jednak sen ma twardy. Tak bardzo różni się od swojej siostry. – szepnął cicho, a jego oczy zasnuły się mgłą.
Nastała niezręczna cisza, a ja wodziłam bezwiednie wzrokiem po sypialni. Zatrzymałam się jednak dłużej na zdjęciu Omitsu i Fumiyi. Minęłam je bez większego zastanowienia, znów patrząc na dowódcę. Otworzył oczy, biorąc się w garść, i bez ceremonialnie zdarł kołdrę z kobiety, zrzucając ją przy tym z łóżka. Omitsu od razu skoczyła na równe nogi, gotowa do ataku. Gdy nas rozpoznała rozluźniła się.
- A to tylko wy. – rzuciła na powitanie. – Chwila, czy ty mnie właśnie zrzuciłeś z łóżka!?
- Tak?
- Czy ciebie całkowicie popierniczyło!?
- Nie?
Patrząc się na nich, automatycznie się uśmiechnęłam. Nim jednak całkowicie się wyszczerzyłam, zbladłam, uświadamiając sobie coś. Powędrowałam wzrokiem do fotografii. Tam wcale nie była Omitsu. To była jej siostra. W dniu wykonania zdjęcia miała taką samą fryzurę jak Omitsu, takie same ciemnobrązowe oczy, jednak różniły się budową. Przy umięśnionej sylwetce Fumiyi, Shuuko była drobna i kobieca, z odpowiednimi krągłościami, o pełnych ustach i prostym nosie. Omitsu natomiast jest bardziej chłopczycowata, o widocznych mięśniach i małych ustach oraz lekko zakrzywionym nosie.
Jak oni do siebie pasują, myślę patrząc na zdjęcie.
- Więc czemu mnie zbudziłeś? – ubolewający ton głosu Omitsu wyrwał mnie z zadumy.
- Mikuru-san cię szukała. – powiedziałam. Kobieta rzuciła wzrokiem na zegarek, po chwili zrywając się do biegu. Nie minęła sekunda, kiedy usłyszeliśmy trzask zamykanych drzwi. – To było szybkie.
- Tsaa… Ja chyba też muszę wracać do roboty – westchnął ze zmęczeniem. – Coś jeszcze? – zapytał mimo to.
Spoważniałam, rzucając mu opanowane spojrzenie granatowych oczu. Przygotowywałam się długo by spokojnie zadać to pytanie. Coraz bardziej przyzwyczajałam się do prawdy.
- Moi rodzice… Czy jest jakiś trop?
Fumiya wbił wzrok w okno.
- Na razie nic. – powiedział ze zrezygnowaniem. Spuściłam głowę, oddychając głęboko, choć ręce drżały mi z emocji. Mężczyzna ścisnął z otuchą moje ramię. – Kiedyś coś znajdziemy. Nie martw się. A teraz jeśli to wszystko to…
- Jasne, jasne, już się zmywam. – staram się by to zabrzmiało naturalnie i ruszam do drzwi. Kiedy jednak chwytam za klamkę, czuję, że muszę zapytać o jeszcze jedną rzecz. Nie wiem dlaczego akurat o to i po co mi to wiedzieć, ale po prostu muszę.
- Czy…
- Hym? – Fumiya podnosi głowę z nad papierów.
- Czy z Tsu wszystko w porządku? – przygryzam dolną wargę, wgapiając się w drzwi. Już stąd czuję zdziwienie malujące się na jego twarzy. Nie tego się spodziewał.
- Tak, powinien być przed świętami. – opowiada. – Dziś o 18 jest kolejna narada.
- Dobrze, dziękuję. – mówię cicho, wychodząc.
Dlaczego czuję taką ulgę?
***
- Dlaczego ona nie widzi, że Tokaji to taki idiota!? – warczy Ayako, rzucając się na Takiego z mieczem. Chłopak bez problemu wytrąca jej broń z dłoni.
- Skup się – jęknął po raz setny, już znudzony prawie bezowocnym treningiem z przyjaciółką.
- Tak, tak – przytaknęła dziewczyna, sięgając po broń. – No ale on jej zrobi pranie mózgu! – warknęła znowu, atakując blondyna. Sytuacja sprzed chwili powtórzyła się.
- Skup się wreszcie! – zwrócił się uwagę szarooki, lekko już podirytowany. Wziął jeden oddech i zaczął już spokojniej. – Ja uważam, że to nawet dobry pomysł. Tokaji jest silny, a Ichigo jest w najgorszej pozycji do walki. Choć jej szermierka zaczyna być już zaskakująco dobra.
- A ty nie mógłbyś jej trenować? Albo Tsu?
- Ja mam inny typ miecza. Ona ma lekki, jednoręczny, a ja ciężki i oburęczny. A gdy Tsu wróci, może być już po wszystkim – zakończył dość ponuro.
- No ale…
- W końcu rozgrywa się o jej życie, Ayako.
- No wiem to! Ale dlaczego akurat on!? – dziewczyna wzięła silny zamach. – Boję się, że on ją zmieni, bo… - tu się zacięła, przygryzając wargę.
- Bo są podobni? – dopowiedział Taki, a na zdziwione spojrzenie brązowowłosej uśmiechnął się z przekąsem. – W końcu łączy ich ta dziwna chęć zemsty. Tego się boisz. Że tak jak Tsu stracił Tokajiego, tak ty stracisz Ichigo.
Ayako spuściła głowę, chowając miecz do pochwy. Trenowali jakąś godzinę. Dziewczyna postanowiła poznać chociaż podstawy do szermierki. Żeby nie pozwolić by sytuacja ze wczoraj się powtórzyła.
Taki podszedł do niej i nieśmiało ją objął. Dziewczyna westchnęła w jego pierś. Blondyn pogładził ją po głowie.
- Jakby się zastanowić to my też jesteśmy podobni. Jesteśmy tu ze względu na naszą rodzinę – rzuciła dziewczyna.
- No tak… Tylko, że ty robisz wszystko dla ich dobra. A ja nie miałem wyboru. – szare oczy chłopaka jeszcze bardziej zblakły. Wyraźnie zanurzył się w odmętach przeszłości. – Mnie się wyrzekli.
- Zaufać tobie? – zapytałam z powątpiewaniem, jednak sięgnęłam po lekarstwa. Rzuciłam podejrzliwe spojrzenie tabletkom. Nieduże i okrągłe. Połknęłam je na raz, krzywiąc się. Nie cierpię leków.
- No nieźle. – prychnął Tokaji. – A teraz chodźmy coś zjeść.
- Wiesz, że to nie zadziała od razu?
- Wiem. Ale to twój problem, nie mój. W końcu to ja dałem ci te tabletki.
***
Nim doszliśmy na ‘stołówkę’ zaczynałam odczuwać przyćmienie bólu. Albo to dobrze tabletki, albo to ich ilość.
W kącie obszernej sali, która kiedyś była zapewne obiektem szkolnym, stoi kilka lodówek, blatów i innych cudów kuchennych zastawionych jedzeniem. Rzadko trafiało mi się po nie iść, zazwyczaj szły starsze osoby, ewentualnie dowozili nam zaprzyjaźnieni klienci.
Podeszłam do stołu, patrząc co jest. Ślinka pociekła mi na widok jedzenia. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że od doby nic nie jadłam i jestem w cholerę głodna. Pakuję na tackę drożdżówkę z kokosem i wielką babeczkę truskawkową.
- To nie kanibalizm? – rzucił mi przez ramię Tokaji, z tym swoim wnerwiającym uśmiechem. Jezu, ile wersji uśmiechów może mieć jeden człowiek. Zbyłam go, podchodząc do kuchenki. Mam wyraźną ochotę na jajecznicę. Po kilku minutach na talerzu, obok słodyczy ląduje jajecznica z grzybami i bułka.
Przy jednym ze stolików zauważam Ayako i Takiego. Staram się ruszyć raźnym krokiem w ich stronę, jednak lekko się chwieję. Przyjaciele uśmiechają się na mój widok, jednak coś w uśmiechu dziewczyny mnie nie pokoi.
- Czy ciebie całkowicie popieprzyło żeby trenować z Tokajim, Ichi? – rzuciła na dzień dobry. Taki tylko zakrył twarz dłonią i mruknął mi ‘cześć’. Kiwnęłam mu głową, siadając na jednym z krzeseł.
- Ciebie też miło widzieć, Ayako. Tak, czuję się świetnie, dzięki za troskę. – mówię sarkastycznie. – I nie, moja psychika jest w jednym z lepszych stanów.
- Oj już się tak nie złość. Ale poważnie, Tokaji? – mówi brązowowłosa.
- Poważnie. Nic mi nie będzie. – odparłam, rzuciwszy się na jajecznicę.
- Ayako, już ci to tłumaczyłem. Tokaji jest silny. – wzdycha Taki.
- Tak, ale jeden Tokaji to aż nadto. Jego żeńskiej wersji nie potrzebujemy. Nie dość że wygląda podobnie to jeszcze jakby miała się podobnie zachowywać… - tu dziewczyna się wzdrygnęła. – Brrr… w życiu.
- Nadal tu jestem. – wtrącam, przełykając wielki kęs bułki.
- Przepraszam, Ichigo-san. – wtrąca Taki. – Jednak w tym jest trochę racji. Nie chcemy byś zaczęła…
- Spokojnie. Jak się zacznę tak zachowywać to sobie prędzej żyły podetnę niż zaakceptuję. – zbywam to ręką.
- W ogóle to widzę, że iście japońskie śniadanie. – żartuje dziewczyna.
- No a jak. – śmieję się. – Jakoś kuchni narodowej nie umiem. Wolę europejską. – dodaję, pochłaniając wypieki.
Czas miło upływa nam na gadkach-szmatkach, choć w powietrzu wisi jeden, mało przyjemny temat. Wojna. Ryu streścił mi większość informacji, jednak sama nie jestem pewna czy ktokolwiek może zrozumieć wojnę. Jej powody, ambicje, strategię – owszem. Ale samej wojny – nigdy.
Jedyną osobą, która chyba cieszy się z tej wojny jest Tokaji. Mówi o niej się szyderczym uśmiechem, choć mimo to chcę wierzyć, że to tylko maska. Niestety, zbyt dobrze go poznałam.
Wszyscy są przybici i flegmatyczni, choć cały czas panuje tu ruch i zamieszanie, a prawie każdy stara się pomóc na tyle na ile da radę. Masa osób przechodzi interwałowe treningi, inni patrolują okolicę. I nawet gdy widzę, że się wygłupiają i śmieją robią to jakoś… bez życia. Jakby już polegli na tej wojnie.
Kątem oka dostrzegam sunącą postać w naszym kierunku. Zza burzy jasno- brązowych włosów rozpoznaję Mikuru. Strategiczka ma podkrążone oczy, wodzące nieprzytomnie po sali. Ogólnie jest zgarbiona, zmęczona i wygląda jak duch. Jej przygaszone zielone oczy zatrzymują się na mnie.
- Ichigo.
- Konichiwa, Uetake-san – witamy się wszyscy.
- Cieszę się, że żyjesz – kobieta stara się uśmiechnąć jednak wychodzi jej tylko grymas. Po chwili przybiera oficjalny wyraz twarzy. – Jak zjadłaś, to idź do Sotomury. Coś od ciebie chce.
- Dobrze… A co?
- Nie wiem. – ziewa. – Jakbyście gdzieś widzieli Omitsu, to powiedzcie, że ją szukam. A teraz wybaczcie. – nim zdążyliśmy zareagować, Mikuru powlekła się w stronę ekspresu do kawy. Rzuciliśmy sobie zdziwione spojrzenia. Ayako zagwizdała.
- Widzę, że ostro pracują. – stwierdza blondyn. – Trafisz do Sotomury?
- Powinnam dać radę. Dzięki. – mówię, odnosząc tackę do zmywarki. – Do zobaczenia na sali treningowej. – rzucam na odchodnym, machając im dłonią.
- Trzymaj się! – woła Ayako, nim całkowicie się oddalę.
***
Pukam dwa razy w drzwi, po czym otwieram je pewnym ruchem. Wchodzę raźnie do środka, przyglądając się uważnie pomieszczeniu. Pierwszy raz przychodziłam do dowódcy, zazwyczaj wszyscy gromadzili się w Sejmie, ale teraz każdy zajmował się czymś innym.
Mieszkanie ułożone było dość dziwnie. Na początku wchodziło się do dużego pomieszczenia, służącego jako salon i gabinet. Na samym wejściu stał odrapany z lekka komplet skórzanych mebli – kanapa i dwa fotele, a przy nich szklany stolik z dużym pęknięciem. Za nimi stały regały z niesamowitą ilością nieposegregowanych papierów oraz zawieszony na ścianie komplet mieczy. W lewym rogu, na podwyższeniu stało masywne, mahoniowe biurko, zawalone teczkami, tak samo jak półki je otaczające. Wszystko wieczorami oświetlała stara stojąca lampa, dająca pożółkłe, ciepłe światło.
Za biurkiem siedział Fumiya. Pisał coś, podpierając głowę ręką. Jego matowo-czarne oczy przeskakiwały z kartki do kartki, śledząc w skupieniu każde słowo. Czarne włosy, sięgające do łopatek, związał w luźnego kucyka, opadającego teraz przez lewe ramię. Kiedy podeszłam bliżej, już z mniejszą pewnością, podniósł głowę, uśmiechając się życzliwie.
- Dobry, Ichigo. – rzucił, kończąc coś zapisywać. Stanęłam na baczność.
- Dzień dobry, Sotomura-sama. – powiedziałam poważnie. – Cieszę się, że pan jest cały.
- Spokojnie, spokojnie – zaśmiał się krótko. Uśmiechał się przyjacielsko. – Darujmy sobie te uprzejmości. I tak zachowujemy je tylko w poważnych sytuacjach. – wyjaśnił, pochmurniejąc na chwilę. – No, w trochę poważniejszych niż ta.
- Dobrze. – rozluźniłam się. Nadal nie mogłam pozbyć się wrażenia z pierwszych dni. Gdy byłam pewna, że dowódca będzie stary i przerażający. A jest dość młody, pogodny i przystojny. Nawet bardzo. – Więc o co chodzi?
- O widzę, że konkretna z ciebie osóbka. – rozszerzył uśmiech, ukazując zęby. Opowiedziałam tym samym, podchodząc już do samego biurka. – Ale nim zaczniemy, chciałbym powiedzieć, że też się cieszę, że wyszliście z tego z drobnymi obrażeniami. Widzę, że już stanęłaś na nogi.
- A to z pomocą tabletek. – wyjaśniłam. – Tokaji znalazł mi jakieś mocne.
- Tokaji? – jego oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. – To aby na pewno bezpieczne? – zmartwił się.
- Na razie żyję.
Fumiya przewrócił oczami, schylając się do jednej z szafek i przerzucając znajdujące się w niej dokumenty.
Czasami naprawdę sprawiał wrażenie starszego brata, albo młodego wujka, którego wszyscy lubią. Często nie było widać różnicy w posadzie czy zachowaniu. Traktował wszystkich równo. Co było dziwne, zważając na zawód w jakim się obracamy. Jednak zawsze jego aura była inna od wszystkich. Tak samo jak Omitsu. Biła od nich… moc. Potężna moc.
- O w końcu. – mruknął do siebie, rzucając spięty plik dokumentów na biurko. Spojrzałam na to ciekawskim spojrzeniem. – Trzymaj, Ichigo. – wręczył mi to do rąk. Popatrzyłam się na to nierozumnym wzrokiem. – Akt własności.
Papiery prawie wypadły mi z rąk. Od razu jednak zacisnęłam na nich dłonie, starając się nie dać po sobie niczego poznać. No tak. Rodzice już dawno spisali wszystko na mnie.
- Musisz tylko podpisać. Resztą zajmą się moi znajomi. Nikt się nie będzie oto rzucał. – wyjaśnił, dając mi długopis. Otworzył plik na miejscu podpisu, a ja schyliłam się, kreśląc ostrożnie znaki drżącą ręką. – Może ci się jeszcze kiedyś przydać.
- Możliwe – wzruszyłam ramionami, patrząc na niego wyczekująco. – Czy coś jeszcze?
- A? Nie, już nic. Chyba, że ty chcesz coś ode mnie.
- Chyba nie. Muszę iść trenować.
- Spokojnie, Ichigo. Jak na tak krótki czas treningu rozwijasz się w szybkim tempie. – uśmiechnął się do mnie w sposób w jaki uśmiechają się rodzice, gdy chwalą swoje dzieci. Sama wyszczerzyłam się na to porównanie, choć ból ścisnął moje serce.
Rodzice.
- W przeraźliwie szybkim tempie. – usłyszałam cichy szept, którego nie zrozumiałam. Przekrzywiłam lekko głowę.
- Mówiłeś coś, Fumiya-san?
- Nie, nic. To co, masz jakąś sprawę? Jak już pracuję na pełnych obrotach, to może coś znajdę.
- Mikuru-san szukała Omitsu. – rzuciłam, choć to nie było to o co chciałam zapytać. Fumiya westchnął głęboko, trąc dłonią kark.
- Śpi w sypialni. Jak dasz radę to ją dobudź.
Skierowałam kroki do drugiego pomieszczenia, uchylając niepewnie drzwi.
W dużym łóżku spała kobieta. Krótkie kasztanowe włosy okalały jej twarz, schowaną w połowie pod kołdrą. Z zamkniętymi oczami i spokojnym oddechem, wydawała się taka drobna.
Podeszłam do Omitsu, lekko szturchając ją za ramię. Nic.
Wiedziałam, że Omitsu i Fumiyę łączą głębokie więzy, jednak nie za bardzo jakie. Nie są razem, choć siebie kochają. Ale to raczej inny rodzaj miłości. Z tego co wiem to ukochaną szefa była jej starsza siostra… Shuuko? Chyba tak. Jednak to tak drażliwy temat, że nie miałam okazji go poznać.
Nim zdążyłam się zorientować, tarmosiłam kobietą z całej siły co jednak nie dawało żadnego efektu.
- To nic nie da – zaśmiał się Fumiya, wchodząc do pokoju. Popatrzyłam się na niego z prośbą w oczach. Poklepał mnie dwa razy po głowie i stanął przed łóżkiem. – Kiedy się obudziłem, byłem już w łóżku, a ona spała na podłodze obok mnie. Musiała mnie tu przytaszczyć. – w jego głosie ukryta była tak głęboka czułość, że aż zrobiło mi się cieplej na sercu. – Jednak sen ma twardy. Tak bardzo różni się od swojej siostry. – szepnął cicho, a jego oczy zasnuły się mgłą.
Nastała niezręczna cisza, a ja wodziłam bezwiednie wzrokiem po sypialni. Zatrzymałam się jednak dłużej na zdjęciu Omitsu i Fumiyi. Minęłam je bez większego zastanowienia, znów patrząc na dowódcę. Otworzył oczy, biorąc się w garść, i bez ceremonialnie zdarł kołdrę z kobiety, zrzucając ją przy tym z łóżka. Omitsu od razu skoczyła na równe nogi, gotowa do ataku. Gdy nas rozpoznała rozluźniła się.
- A to tylko wy. – rzuciła na powitanie. – Chwila, czy ty mnie właśnie zrzuciłeś z łóżka!?
- Tak?
- Czy ciebie całkowicie popierniczyło!?
- Nie?
Patrząc się na nich, automatycznie się uśmiechnęłam. Nim jednak całkowicie się wyszczerzyłam, zbladłam, uświadamiając sobie coś. Powędrowałam wzrokiem do fotografii. Tam wcale nie była Omitsu. To była jej siostra. W dniu wykonania zdjęcia miała taką samą fryzurę jak Omitsu, takie same ciemnobrązowe oczy, jednak różniły się budową. Przy umięśnionej sylwetce Fumiyi, Shuuko była drobna i kobieca, z odpowiednimi krągłościami, o pełnych ustach i prostym nosie. Omitsu natomiast jest bardziej chłopczycowata, o widocznych mięśniach i małych ustach oraz lekko zakrzywionym nosie.
Jak oni do siebie pasują, myślę patrząc na zdjęcie.
- Więc czemu mnie zbudziłeś? – ubolewający ton głosu Omitsu wyrwał mnie z zadumy.
- Mikuru-san cię szukała. – powiedziałam. Kobieta rzuciła wzrokiem na zegarek, po chwili zrywając się do biegu. Nie minęła sekunda, kiedy usłyszeliśmy trzask zamykanych drzwi. – To było szybkie.
- Tsaa… Ja chyba też muszę wracać do roboty – westchnął ze zmęczeniem. – Coś jeszcze? – zapytał mimo to.
Spoważniałam, rzucając mu opanowane spojrzenie granatowych oczu. Przygotowywałam się długo by spokojnie zadać to pytanie. Coraz bardziej przyzwyczajałam się do prawdy.
- Moi rodzice… Czy jest jakiś trop?
Fumiya wbił wzrok w okno.
- Na razie nic. – powiedział ze zrezygnowaniem. Spuściłam głowę, oddychając głęboko, choć ręce drżały mi z emocji. Mężczyzna ścisnął z otuchą moje ramię. – Kiedyś coś znajdziemy. Nie martw się. A teraz jeśli to wszystko to…
- Jasne, jasne, już się zmywam. – staram się by to zabrzmiało naturalnie i ruszam do drzwi. Kiedy jednak chwytam za klamkę, czuję, że muszę zapytać o jeszcze jedną rzecz. Nie wiem dlaczego akurat o to i po co mi to wiedzieć, ale po prostu muszę.
- Czy…
- Hym? – Fumiya podnosi głowę z nad papierów.
- Czy z Tsu wszystko w porządku? – przygryzam dolną wargę, wgapiając się w drzwi. Już stąd czuję zdziwienie malujące się na jego twarzy. Nie tego się spodziewał.
- Tak, powinien być przed świętami. – opowiada. – Dziś o 18 jest kolejna narada.
- Dobrze, dziękuję. – mówię cicho, wychodząc.
Dlaczego czuję taką ulgę?
***
- Dlaczego ona nie widzi, że Tokaji to taki idiota!? – warczy Ayako, rzucając się na Takiego z mieczem. Chłopak bez problemu wytrąca jej broń z dłoni.
- Skup się – jęknął po raz setny, już znudzony prawie bezowocnym treningiem z przyjaciółką.
- Tak, tak – przytaknęła dziewczyna, sięgając po broń. – No ale on jej zrobi pranie mózgu! – warknęła znowu, atakując blondyna. Sytuacja sprzed chwili powtórzyła się.
- Skup się wreszcie! – zwrócił się uwagę szarooki, lekko już podirytowany. Wziął jeden oddech i zaczął już spokojniej. – Ja uważam, że to nawet dobry pomysł. Tokaji jest silny, a Ichigo jest w najgorszej pozycji do walki. Choć jej szermierka zaczyna być już zaskakująco dobra.
- A ty nie mógłbyś jej trenować? Albo Tsu?
- Ja mam inny typ miecza. Ona ma lekki, jednoręczny, a ja ciężki i oburęczny. A gdy Tsu wróci, może być już po wszystkim – zakończył dość ponuro.
- No ale…
- W końcu rozgrywa się o jej życie, Ayako.
- No wiem to! Ale dlaczego akurat on!? – dziewczyna wzięła silny zamach. – Boję się, że on ją zmieni, bo… - tu się zacięła, przygryzając wargę.
- Bo są podobni? – dopowiedział Taki, a na zdziwione spojrzenie brązowowłosej uśmiechnął się z przekąsem. – W końcu łączy ich ta dziwna chęć zemsty. Tego się boisz. Że tak jak Tsu stracił Tokajiego, tak ty stracisz Ichigo.
Ayako spuściła głowę, chowając miecz do pochwy. Trenowali jakąś godzinę. Dziewczyna postanowiła poznać chociaż podstawy do szermierki. Żeby nie pozwolić by sytuacja ze wczoraj się powtórzyła.
Taki podszedł do niej i nieśmiało ją objął. Dziewczyna westchnęła w jego pierś. Blondyn pogładził ją po głowie.
- Jakby się zastanowić to my też jesteśmy podobni. Jesteśmy tu ze względu na naszą rodzinę – rzuciła dziewczyna.
- No tak… Tylko, że ty robisz wszystko dla ich dobra. A ja nie miałem wyboru. – szare oczy chłopaka jeszcze bardziej zblakły. Wyraźnie zanurzył się w odmętach przeszłości. – Mnie się wyrzekli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz