17 września 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 22 ~ W otchłani melancholii

                               

 Rozdział 22                                

W otchłani melancholii

       Dzień do kolejnej wieczornej narady specjalnie się nie dłużył. Po spotkaniu z Fumiyą wróciłam trenować. W końcu Tokaji mnie z niej ściągnął, twierdząc, że tabletki przestaną za niedługo działać.
      I tak oto siedzę tutaj, na starej sali gimnastycznej, obrośniętej zewsząd winoroślami i mchami, od środka zabitej dechami i zwisającymi z sufitu żarówkami.   Opieram się plecami o okno, a nogi mam podkulone. Siedzę z Ayako na parapecie, obok nas o ścianę opiera się Taki. Tokaji stwierdził, że jak mu się zechce to przyjdzie.
       Przyjaciółka była dziwnie milcząca. Wiem, że zapewne jest na mnie zła za decyzję, którą podjęłam, ale zostałam postawiona w sytuacji bez wyjścia. Taki zdawał się dużo bardziej rozumieć moje postępowanie. Nim jednak zdążyłam zapytać Ayako czy wszystko gra, tłum ucichł, rozstępując się.
       Środkiem sali szło pięć dostojnych osób. Na samym czele szedł dowódca ze swoją zastępczynią, za nimi Hiroki i Mikuru, niosący kilka teczek z dokumentami, a cały pochód zamykał doradca, kroczący wyprostowany na samym końcu.   Ich buty stukały nienaturalnie głośno, a wzrok wszystkich bacznie spoczywał na Fumiyi. Biła od nich niesamowita pewność siebie i coś co było wyczuwalne zawsze.     Niebezpieczeństwo.
       Na samą myśl o ich aurze, przeszedł mnie dreszcz.
       Weszli razem na podwyższenie. Hiroki z Mikuru zajęli się rozkładaniem papierów, Fumiya wystąpił trochę bardziej naprzód, a Omitsu z Daikim stanęli po jego prawej i lewej. Czarnowłosy odchrząknął, podniósł lewą dłoń i energicznie zasalutował. Sala powtórzyła ten gest, z niecierpliwością oczekując przemowy.
        - Zatem witajcie! – rozpoczął donośnie Fumiya. – Jak widzicie dopiero teraz mogę pokazać się wam w całości, mimo że wróciłem wczoraj. – wyszczerzył się do ludzi.      Odpowiedziały mu gwizdy i kilka ciepłych okrzyków.
      - Niestety okoliczności nie są zbyt przyjemne. – podjął ponownie, zmieniając całkowicie barwę głosu. – Jak już to Adachi wam przekazała, została wypowiedziana wojna z Jishin. Wiecie, że nasze stosunki od ostatnich… 6 lat są dość napięte. Zwłaszcza po ich masowym ataku 3 lata temu. – jego czarne oczy gwałtownie pociemniały z gniewu, gdy wspominał o ostatniej wojnie. – Mają ponad 2,5 krotną przewagę liczebną, nie wspominając o prawdopodobnym zawarciu sojuszu z kimś jeszcze. Dlatego prosiłbym o chwilę wyjątkowego skupienia. Strategię mamy już przemyślaną.
       Jestem naprawdę zdziwiona sposobem jakim przemawia Fumiya. Jego głos jest teraz pewny siebie, mocny i głośny. Nie waha się ani na sekundę, a emocje w nim zawarte przechodzą na tłum. Teraz jest dowódcą, a z codziennego, charyzmatycznego mężczyzny nie pozostał żaden ślad. Rozumiem już dlaczego akurat on pełni tą funkcję. Nie ze względu na siłę, tylko przez charakter przywódcy.
       Obok Fumiyi staje Mikuru, odchrząkując. Otwiera obszerną teczkę, zaczynając rzeczowym głosem.
        - Punkty ze wczoraj zostają bez zmian. Czyli dla przypomnienia:  poruszamy się w składach 4-osobowych, które powinniście już znać, jest kategoryczny zakaz wstępowania na teren Jishin, a misje przydzielamy teraz my. Na okres walki nie macie wolnej ręki, musicie się nas słuchać. – ciągnęła Mikuru, mimo iż większość osób jęczała pod nosem, niezbyt zadowolona.
       Hiroki wystąpił o krok do przodu, a tłum momentalnie ucichł. Kiwnął ostrzegawczo głową i ich kierunku, wracając na miejsce.
       - Będziemy dawali wam misje tylko w naszym okręgu, które mogą w jakiś sposób nam pomóc lub nie są niebezpieczne. Co najmniej 70% musi stacjonować tutaj. – podjęła kobieta, ale na kolejne jęki zamilkła i posłała proszące spojrzenie blondynowi.
      - Cisza! – zawołał, co wystarczyło. Echo poniosło się po sali, a mężczyzna wykorzystując siłę swojego głosu postanowił pomóc strategiczce, która nikła delikatną przemową pośród tłumu.       – Nie możemy pozwolić sobie na atak na nich, bo mają miażdżącą przewagę. A w Shibuyi oni zyskają jeszcze przewagę terenu. Musimy być przygotowani na obronę w każdej chwili!
       - Dlatego też wprowadzone zostaną patrole. Wywiesiłam je przy archiwum. Radzę poświęcaj więcej czasu na trening. Każda nowa umiejętność może wam się przydać. – wtrąciła Omitsu. – A teraz macie milczeć, bo Mikuru wyjaśni plan na bitwę jeśli do niej dojdzie.
       - Spokojnie, Omitsu… - szepnął do niej dowódca, pokazując jednocześnie Mikuru by wystąpiła.
       - Jeśli nas zaatakują plan jest następujący. Poruszacie się w grupach. Nie atakujecie większych grup od siebie, chyba, że nie macie wyboru. Nie atakujecie dowódców Jishin bez naszego rozkazu. Chronicie za wszelką cenę skrzydło szpitalne. Nie zostawiacie magazynu z bronią bez nikogo. I starajcie nie dać się zabić. – dodała na koniec, kiwając nam głową i ustąpiła miejsca Omitsu.
       - Jak już jesteśmy przy broni, to każdy powinien upewnić się, że ma najlepszą jaką tylko może mieć. Kontaktowałam się już z naszym dilerem, ma nam dostarczyć miecze w przeciągu jakichś 4 dni. Ryutaro ma cały czas uzupełniony po brzegi gabinet, w chwili kryzysu skorzystamy z zasobów na czarną godzinę.
       Kaminari wyraźnie się uspokoiło, choć niektórzy nadal mieli skwaszone miny. Wojna, nie dość, że niosła ze sobą niebezpieczeństwo, to jeszcze liczne ograniczenia. Ayako dźgnęła mnie łokciem.
        - Omitsu chyba już lepiej się czuje… - szepnęła. Posłałam jej pytające spojrzenie. – Wczoraj wygłaszała bardzo… składne słowa. Teraz mówi jak zwykle – czyli konkretnie i na temat.
        - Czyli oddała gadanie Sotomurze – wtrącił Taki, kręcąc z dezaprobatą głową. Zaśmiałyśmy się pod nosem, ponownie skupiając się na naradzie.
        - Tak przedstawiałaby się nasza strategia. Liczę, że każdy będzie cały czas w gotowości. – podjął ponownie Fumiya. – Musicie zrozumieć zagrożenie jakie jest ze strony bitwy. To nie tak, że nie wierzę w wasze umiejętności. Jesteście jednymi z najlepszych skrytobójców w całym Tokio, jak nie w Japonii. – uśmiechnął się pewnie, prostując się dumnie. Jego czarne oczy lśniły morderczym błyskiem. – Nie atakujcie Jishin gdy to nie potrzebne. Oszczędzajcie siły na większe starcie. A wtedy… - przerwał na moment, wodząc wzrokiem po Kaminari. Dowództwo również uśmiechnęło się. – A wtedy nie okazujcie żadnej litości. Pokażcie im dlaczego nie lekceważy się Kaminari. Sprawcie by już nigdy nikt nie usłyszał o Jishin!
       Odpowiedziały mu bitewne okrzyki. Spojrzeliśmy po sobie przez ułamek sekundy, po chwili zrywając się i przyłączając do wrzawy. Moja pięść była wysoko w górze, zlewała się z tłumem innych.
Zadziwiające, że Sotomura zagrzał nas do walki w zaledwie kilku zdaniach.
       Popatrzyłam się na szefa, na chwilę cichnąc, a krzyki otoczyły mnie nagle, wprawiając w lekkie oszołomienie. Adrenalina mimowolnie mi podskoczyła, oczy zalśniły jakbym nie mogła doczekać się walki. Przyłapałam się na okrutnym uśmiechu i potrząsnęłam gwałtownie głową.
       Nie, nie, nie.
       Spojrzałam jeszcze raz na niego. Stał nadal na środku, uśmiechając się przywódczo. Emanował siłą, którą podzielił się ze wszystkimi. Zrównali się z nim inni. Omitsu, która wyglądała na potężną jak nigdy dotąd; Mikuru stała dumnie i z drobnej strategiczki wyglądała na groźną zabójczynię; Hiroki, który z długą na całą twarz szramą roztaczał aurę niebezpieczeństwa i Daiki, który rzadko cokolwiek mówił, co sprawiło, że otaczała go złudna łagodność i tajemniczość.
     I za niedługo będzie dane mi zobaczyć ich w walce.
     Fumiya usiłował przebić się przez gwar, ale w końcu tylko zaśmiał się, a Omitsu położyła mu dłoń na ramieniu. Mężczyzna uśmiechnął się do niej, po czym wszyscy zasalutowani lewą dłonią, następnie prawą bijąc się w serce.
     Narada zakończyła się.
***
     Leżałam na łóżku wgapiając się w sufit. Poznaczony licznymi pęknięciami, zaciekami, odrywał się w kilku miejscach, a czasami sypał się z niego tynk.
      Westchnęłam.
      Nadal byłam w stroju bojowym, a miecz leżał w pochwie obok mnie. Nawet nie ściągnęłam butów, tylko jak weszłam tak się położyłam. Mama byłaby zła.
      Przerzuciłam wzrok z jednego nacieku na drugi.
      Narada minęła nadzwyczaj szybko. Nie przypuszczałam, że Fumiya postawi sytuację tak konkretnie. Wszyscy wydawali się być tacy opanowani, jakby po prostu informował ich o zmienionym rozkładzie dnia. Kaminari wydawało się pewne siebie, mające wszystko pod kontrolą. Jakby za niedługo nie miało rozegrać się mordobicie.
Szkoda, że ich udawanie jest takie kruche.
      Spuszczone oczy, beznamiętne okrzyki. Wszyscy są przerażeni wizją nadchodzącej bitwy. Wiedzą, że nie dałoby się jej ominąć, że i tak by nadeszła, ale i tak jej nie chcą.     Przechodzą mnie dreszcze na samą myśl o większej walce.
      Przecież skoro na co dzień przyjmujemy okrutne zlecenia, jak straszna musi być walka między organizacjami?
      Przewracam się na bok, zaciskając dłonie tuż przed oczami. Mój oddech staje się cięższy, a serce przyśpiesza. Nakazuję sobie zachować spokój, ale nie czuję łez pod powiekami. Najwyraźniej powoli godzę się z miejscem, w którym teraz żyję. Którego jestem częścią.
      I które muszę bronić.
      Właśnie.
      Bronić.
      Mijają mi roześmiane twarze przyjaciół. Zamykam oczy na chwilę, otwierając je z zdeterminowanym wzrokiem. Dłoń zwijam w pięść.
     - Będę ich bronić. Za wszelką cenę. – mówię pewnie.
      Nie pozwolę by zabrano mi nowy dom. Kolejną rodzinę. Nigdy więcej. Nigdy.
      Zrzucam ze stóp buty i przykrywam się kołdrą.
      Niestety najgorsze w tym wszystkim są noce. Za dnia nie myślisz o tym wszystkim, lecz kiedy zasypiasz w samotności prawda otacza cię powoli, niszcząc od środka póki nie zaśniesz i nie zaczniesz ponownie okłamywać się za dnia.
***
      Zerwałam się nagle. Przed oczami nadal miałam las z mojego snu i Yo Ito. Mara urwała się na momencie, w którym przeszywa mnie czyjś sztylet. Cała oblana potem, przecieram dłonią twarz, zauważając, że jestem w normalnych ciuchach.
       Chwytam jakieś rzeczy na zmianę i ponuro wlokę się do łazienki. Głowa mnie boli, rany zaczynają pulsować, a koszmarem zmęczona jestem bardziej niż wczorajszym treningiem. Gdy woda obmywa szwy na boku, przechodzą mnie dreszcze. Zaciskam zęby, oddając się na chwilę zapomnieniu o tym wszystkim.
      Niestety gdy tylko zamknę oczy pojawia się wizja kałuży krwi.
      W samotności nigdy nie uda się niczego zapomnieć.
      Wychodząc z łazienki zauważam na stoliku karteczkę i trochę tabletek.
     ,,To leki dla ciebie. Bierz 2 tabletki dziennie przed śniadaniem. Ryu. PS. Nic ci nie jest po tych wczorajszych lekach? Nie jestem pewien czy Tokaji nie znalazł jakiś narkotyków.’’
      Świetnie. Nie dość, że jestem zabójczynią to jeszcze, dzięki temu idiocie, zostanę narkomanką.     Świetnie, po prostu idealnie.
       Staram się to odrzucić od siebie, popijając tabletki wodą. Wracam do pokoju po broń i wychodzę, gotowa na kolejny, stresujący dzień. Nie ma siły się uśmiechnąć do siebie lecz kiedy widzę Ayako, rozpromieniam się mimowolnie, pozwalając by instynkt uciszył sumienie.
***
       I tak mijały kolejne dni. Nieustanne patrole, stan gotowości na najwyższym poziomie, całodzienne treningi, drobne misje.       Wstawałam rano, budząc się zlana potem, dręczona cały czas jednym uniwersum tego samego koszmaru i szłam na całodniowy trening. W międzyczasie coś jadłam lub rozmawiałam przelotnie z innymi. A potem usiłowałam zasnąć, starając się nie myśleć o ponurym obrocie spraw.
       Nim się obejrzeliśmy minął listopad i zaczął się grudzień, a ze strony Jishinu nie dobiegały żadne podejrzane znaki. Sotomura jednak trzymał nas cały czas w gotowości. ‘’Chcą uśpić naszą czujność. Chyba mają mnie za idiotę.’’
       W końcu dostaliśmy inną misję niż patrolowanie terenu. Pod wodzą Tokajiego wyruszyliśmy w czwórkę na drugą stronę naszego okręgu: Ja, on, Ayako i Taki. Standardowe zlecenie w stylu: ,,Pozbądźcie się ich, bo…”
        I tak staliśmy we czwórkę przed niedużym sklepikiem, prowadzonym przez grupkę studentów. Ich piekarnia całkowicie miażdżyła domowy interes z naprzeciwka, a biedni uczniowie chcieli tylko trochę zarobić na spłatę czynszu. Niestety właściciele starszego sklepu nie mogli pozwolić sobie na spadek zarobku, a nie było możliwości by konkurenci zmienili lokal.
      - Nienawidzę takich zleceń – powiedział Taki, czytając po raz setny logo.
      - Misja to misja. Płacą, to płacą, nie mieszamy się w szczegóły. – rzucił chłodno Tokaji, opierając luźno dłoń na rękojeści miecza. Jeden z kącików jego ust uniósł się do góry w okrutnym uśmiechu.
      - Jak zawsze musi chodzić o pieniądze… - mruknęła cicho Ayako, nie wiadomo czy chcąc odnieść te słowa do piekarzy czy do nas.
        Zamilkliśmy ponownie. Staliśmy obok siebie przed wejściem od jakiś 10 minut.   Wszyscy ubrani w przylegające, rozciągliwe spodnie w moro, szarych koszulkach na ramiączkach i skórzanych, czarnych kurtkach. Z przewieszoną bronią wyglądaliśmy jak yakuza.
       - Wypadałoby się w końcu ruszyć. – mówię. Ayako posyła mi zmartwione spojrzenie, ale je ignoruje. Wiem, że nie powinnam tego mówić. To do mnie niepodobne.
       Ale szczerze, już nie wiem co jest do mnie podobne. Nic nie zostało takie same, nawet ja.
       - To co, gramy kto więcej? – rzuca wyzywająco Tokaji, ale nim zdążę odpowiedzieć, czuję przerażony wzrok przyjaciół na plecach. Biorę głęboki oddech.
       I precyzyjnym kopniakiem wyważam drzwi.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz