Rozdział 22
W otchłani
melancholii
Dzień
do kolejnej wieczornej narady specjalnie się nie dłużył. Po spotkaniu z Fumiyą
wróciłam trenować. W końcu Tokaji mnie z niej ściągnął, twierdząc, że tabletki
przestaną za niedługo działać.
I
tak oto siedzę tutaj, na starej sali gimnastycznej, obrośniętej zewsząd
winoroślami i mchami, od środka zabitej dechami i zwisającymi z sufitu
żarówkami. Opieram się plecami o okno, a nogi mam podkulone. Siedzę z Ayako na
parapecie, obok nas o ścianę opiera się Taki. Tokaji stwierdził, że jak mu się
zechce to przyjdzie.
Przyjaciółka
była dziwnie milcząca. Wiem, że zapewne jest na mnie zła za decyzję, którą
podjęłam, ale zostałam postawiona w sytuacji bez wyjścia. Taki zdawał się dużo
bardziej rozumieć moje postępowanie. Nim jednak zdążyłam zapytać Ayako czy
wszystko gra, tłum ucichł, rozstępując się.
Środkiem
sali szło pięć dostojnych osób. Na samym czele szedł dowódca ze swoją
zastępczynią, za nimi Hiroki i Mikuru, niosący kilka teczek z dokumentami, a cały
pochód zamykał doradca, kroczący wyprostowany na samym końcu. Ich buty stukały
nienaturalnie głośno, a wzrok wszystkich bacznie spoczywał na Fumiyi. Biła od
nich niesamowita pewność siebie i coś co było wyczuwalne zawsze. Niebezpieczeństwo.
Na
samą myśl o ich aurze, przeszedł mnie dreszcz.
Weszli
razem na podwyższenie. Hiroki z Mikuru zajęli się rozkładaniem papierów, Fumiya
wystąpił trochę bardziej naprzód, a Omitsu z Daikim stanęli po jego prawej i
lewej. Czarnowłosy odchrząknął, podniósł lewą dłoń i energicznie zasalutował.
Sala powtórzyła ten gest, z niecierpliwością oczekując przemowy.
-
Zatem witajcie! – rozpoczął donośnie Fumiya. – Jak widzicie dopiero teraz mogę
pokazać się wam w całości, mimo że wróciłem wczoraj. – wyszczerzył się do
ludzi. Odpowiedziały mu gwizdy i kilka ciepłych okrzyków.
-
Niestety okoliczności nie są zbyt przyjemne. – podjął ponownie, zmieniając
całkowicie barwę głosu. – Jak już to Adachi wam przekazała, została
wypowiedziana wojna z Jishin. Wiecie, że nasze stosunki od ostatnich… 6 lat są
dość napięte. Zwłaszcza po ich masowym ataku 3 lata temu. – jego czarne oczy
gwałtownie pociemniały z gniewu, gdy wspominał o ostatniej wojnie. – Mają ponad
2,5 krotną przewagę liczebną, nie wspominając o prawdopodobnym zawarciu sojuszu
z kimś jeszcze. Dlatego prosiłbym o chwilę wyjątkowego skupienia. Strategię
mamy już przemyślaną.
Jestem
naprawdę zdziwiona sposobem jakim przemawia Fumiya. Jego głos jest teraz pewny
siebie, mocny i głośny. Nie waha się ani na sekundę, a emocje w nim zawarte
przechodzą na tłum. Teraz jest dowódcą, a z codziennego, charyzmatycznego
mężczyzny nie pozostał żaden ślad. Rozumiem już dlaczego akurat on pełni tą
funkcję. Nie ze względu na siłę, tylko przez charakter przywódcy.
Obok
Fumiyi staje Mikuru, odchrząkując. Otwiera obszerną teczkę, zaczynając
rzeczowym głosem.
-
Punkty ze wczoraj zostają bez zmian. Czyli dla przypomnienia: poruszamy się w składach 4-osobowych, które
powinniście już znać, jest kategoryczny zakaz wstępowania na teren Jishin, a
misje przydzielamy teraz my. Na okres walki nie macie wolnej ręki, musicie się
nas słuchać. – ciągnęła Mikuru, mimo iż większość osób jęczała pod nosem,
niezbyt zadowolona.
Hiroki
wystąpił o krok do przodu, a tłum momentalnie ucichł. Kiwnął ostrzegawczo głową
i ich kierunku, wracając na miejsce.
-
Będziemy dawali wam misje tylko w naszym okręgu, które mogą w jakiś sposób nam
pomóc lub nie są niebezpieczne. Co najmniej 70% musi stacjonować tutaj. –
podjęła kobieta, ale na kolejne jęki zamilkła i posłała proszące spojrzenie
blondynowi.
-
Cisza! – zawołał, co wystarczyło. Echo poniosło się po sali, a mężczyzna
wykorzystując siłę swojego głosu postanowił pomóc strategiczce, która nikła
delikatną przemową pośród tłumu. – Nie możemy pozwolić sobie na atak na nich,
bo mają miażdżącą przewagę. A w Shibuyi oni zyskają jeszcze przewagę terenu.
Musimy być przygotowani na obronę w każdej chwili!
-
Dlatego też wprowadzone zostaną patrole. Wywiesiłam je przy archiwum. Radzę
poświęcaj więcej czasu na trening. Każda nowa umiejętność może wam się przydać.
– wtrąciła Omitsu. – A teraz macie milczeć, bo Mikuru wyjaśni plan na bitwę
jeśli do niej dojdzie.
-
Spokojnie, Omitsu… - szepnął do niej dowódca, pokazując jednocześnie Mikuru by
wystąpiła.
-
Jeśli nas zaatakują plan jest następujący. Poruszacie się w grupach. Nie
atakujecie większych grup od siebie, chyba, że nie macie wyboru. Nie atakujecie
dowódców Jishin bez naszego rozkazu. Chronicie za wszelką cenę skrzydło
szpitalne. Nie zostawiacie magazynu z bronią bez nikogo. I starajcie nie dać
się zabić. – dodała na koniec, kiwając nam głową i ustąpiła miejsca Omitsu.
-
Jak już jesteśmy przy broni, to każdy powinien upewnić się, że ma najlepszą
jaką tylko może mieć. Kontaktowałam się już z naszym dilerem, ma nam dostarczyć
miecze w przeciągu jakichś 4 dni. Ryutaro ma cały czas uzupełniony po brzegi
gabinet, w chwili kryzysu skorzystamy z zasobów na czarną godzinę.
Kaminari
wyraźnie się uspokoiło, choć niektórzy nadal mieli skwaszone miny. Wojna, nie
dość, że niosła ze sobą niebezpieczeństwo, to jeszcze liczne ograniczenia. Ayako
dźgnęła mnie łokciem.
-
Omitsu chyba już lepiej się czuje… - szepnęła. Posłałam jej pytające
spojrzenie. – Wczoraj wygłaszała bardzo… składne słowa. Teraz mówi jak zwykle –
czyli konkretnie i na temat.
-
Czyli oddała gadanie Sotomurze – wtrącił Taki, kręcąc z dezaprobatą głową.
Zaśmiałyśmy się pod nosem, ponownie skupiając się na naradzie.
-
Tak przedstawiałaby się nasza strategia. Liczę, że każdy będzie cały czas w
gotowości. – podjął ponownie Fumiya. – Musicie zrozumieć zagrożenie jakie jest
ze strony bitwy. To nie tak, że nie wierzę w wasze umiejętności. Jesteście
jednymi z najlepszych skrytobójców w całym Tokio, jak nie w Japonii. –
uśmiechnął się pewnie, prostując się dumnie. Jego czarne oczy lśniły morderczym
błyskiem. – Nie atakujcie Jishin gdy to nie potrzebne. Oszczędzajcie siły na
większe starcie. A wtedy… - przerwał na moment, wodząc wzrokiem po Kaminari.
Dowództwo również uśmiechnęło się. – A wtedy nie okazujcie żadnej litości.
Pokażcie im dlaczego nie lekceważy się Kaminari. Sprawcie by już nigdy nikt nie
usłyszał o Jishin!
Odpowiedziały
mu bitewne okrzyki. Spojrzeliśmy po sobie przez ułamek sekundy, po chwili
zrywając się i przyłączając do wrzawy. Moja pięść była wysoko w górze, zlewała
się z tłumem innych.
Zadziwiające,
że Sotomura zagrzał nas do walki w zaledwie kilku zdaniach.
Popatrzyłam
się na szefa, na chwilę cichnąc, a krzyki otoczyły mnie nagle, wprawiając w
lekkie oszołomienie. Adrenalina mimowolnie mi podskoczyła, oczy zalśniły jakbym
nie mogła doczekać się walki. Przyłapałam się na okrutnym uśmiechu i
potrząsnęłam gwałtownie głową.
Nie,
nie, nie.
Spojrzałam
jeszcze raz na niego. Stał nadal na środku, uśmiechając się przywódczo.
Emanował siłą, którą podzielił się ze wszystkimi. Zrównali się z nim inni.
Omitsu, która wyglądała na potężną jak nigdy dotąd; Mikuru stała dumnie i z
drobnej strategiczki wyglądała na groźną zabójczynię; Hiroki, który z długą na
całą twarz szramą roztaczał aurę niebezpieczeństwa i Daiki, który rzadko
cokolwiek mówił, co sprawiło, że otaczała go złudna łagodność i tajemniczość.
I
za niedługo będzie dane mi zobaczyć ich w walce.
Fumiya
usiłował przebić się przez gwar, ale w końcu tylko zaśmiał się, a Omitsu
położyła mu dłoń na ramieniu. Mężczyzna uśmiechnął się do niej, po czym wszyscy
zasalutowani lewą dłonią, następnie prawą bijąc się w serce.
Narada
zakończyła się.
***
Leżałam
na łóżku wgapiając się w sufit. Poznaczony licznymi pęknięciami, zaciekami,
odrywał się w kilku miejscach, a czasami sypał się z niego tynk.
Westchnęłam.
Nadal
byłam w stroju bojowym, a miecz leżał w pochwie obok mnie. Nawet nie ściągnęłam
butów, tylko jak weszłam tak się położyłam. Mama byłaby zła.
Przerzuciłam
wzrok z jednego nacieku na drugi.
Narada
minęła nadzwyczaj szybko. Nie przypuszczałam, że Fumiya postawi sytuację tak
konkretnie. Wszyscy wydawali się być tacy opanowani, jakby po prostu informował
ich o zmienionym rozkładzie dnia. Kaminari wydawało się pewne siebie, mające
wszystko pod kontrolą. Jakby za niedługo nie miało rozegrać się mordobicie.
Szkoda,
że ich udawanie jest takie kruche.
Spuszczone
oczy, beznamiętne okrzyki. Wszyscy są przerażeni wizją nadchodzącej bitwy.
Wiedzą, że nie dałoby się jej ominąć, że i tak by nadeszła, ale i tak jej nie
chcą. Przechodzą mnie dreszcze na samą myśl o większej walce.
Przecież
skoro na co dzień przyjmujemy okrutne zlecenia, jak straszna musi być walka
między organizacjami?
Przewracam
się na bok, zaciskając dłonie tuż przed oczami. Mój oddech staje się cięższy, a
serce przyśpiesza. Nakazuję sobie zachować spokój, ale nie czuję łez pod
powiekami. Najwyraźniej powoli godzę się z miejscem, w którym teraz żyję.
Którego jestem częścią.
I
które muszę bronić.
Właśnie.
Bronić.
Mijają
mi roześmiane twarze przyjaciół. Zamykam oczy na chwilę, otwierając je z
zdeterminowanym wzrokiem. Dłoń zwijam w pięść.
-
Będę ich bronić. Za wszelką cenę. – mówię pewnie.
Nie
pozwolę by zabrano mi nowy dom. Kolejną rodzinę. Nigdy więcej. Nigdy.
Zrzucam
ze stóp buty i przykrywam się kołdrą.
Niestety
najgorsze w tym wszystkim są noce. Za dnia nie myślisz o tym wszystkim, lecz
kiedy zasypiasz w samotności prawda otacza cię powoli, niszcząc od środka póki
nie zaśniesz i nie zaczniesz ponownie okłamywać się za dnia.
***
Zerwałam
się nagle. Przed oczami nadal miałam las z mojego snu i Yo Ito. Mara urwała się
na momencie, w którym przeszywa mnie czyjś sztylet. Cała oblana potem,
przecieram dłonią twarz, zauważając, że jestem w normalnych ciuchach.
Chwytam
jakieś rzeczy na zmianę i ponuro wlokę się do łazienki. Głowa mnie boli, rany
zaczynają pulsować, a koszmarem zmęczona jestem bardziej niż wczorajszym
treningiem. Gdy woda obmywa szwy na boku, przechodzą mnie dreszcze. Zaciskam
zęby, oddając się na chwilę zapomnieniu o tym wszystkim.
Niestety gdy tylko zamknę oczy pojawia się
wizja kałuży krwi.
W
samotności nigdy nie uda się niczego zapomnieć.
Wychodząc
z łazienki zauważam na stoliku karteczkę i trochę tabletek.
,,To leki dla ciebie. Bierz 2 tabletki dziennie przed śniadaniem. Ryu. PS. Nic ci
nie jest po tych wczorajszych lekach? Nie jestem pewien czy Tokaji nie znalazł
jakiś narkotyków.’’
Świetnie.
Nie dość, że jestem zabójczynią to jeszcze, dzięki temu idiocie, zostanę
narkomanką. Świetnie, po prostu idealnie.
Staram
się to odrzucić od siebie, popijając tabletki wodą. Wracam do pokoju po broń i
wychodzę, gotowa na kolejny, stresujący dzień. Nie ma siły się uśmiechnąć do
siebie lecz kiedy widzę Ayako, rozpromieniam się mimowolnie, pozwalając by
instynkt uciszył sumienie.
***
I
tak mijały kolejne dni. Nieustanne patrole, stan gotowości na najwyższym
poziomie, całodzienne treningi, drobne misje. Wstawałam rano, budząc się zlana
potem, dręczona cały czas jednym uniwersum tego samego koszmaru i szłam na
całodniowy trening. W międzyczasie coś jadłam lub rozmawiałam przelotnie z
innymi. A potem usiłowałam zasnąć, starając się nie myśleć o ponurym obrocie
spraw.
Nim
się obejrzeliśmy minął listopad i zaczął się grudzień, a ze strony Jishinu nie
dobiegały żadne podejrzane znaki. Sotomura jednak trzymał nas cały czas w
gotowości. ‘’Chcą uśpić naszą czujność. Chyba mają mnie za idiotę.’’
W
końcu dostaliśmy inną misję niż patrolowanie terenu. Pod wodzą Tokajiego
wyruszyliśmy w czwórkę na drugą stronę naszego okręgu: Ja, on, Ayako i Taki.
Standardowe zlecenie w stylu: ,,Pozbądźcie się ich, bo…”
I
tak staliśmy we czwórkę przed niedużym sklepikiem, prowadzonym przez grupkę
studentów. Ich piekarnia całkowicie miażdżyła domowy interes z naprzeciwka, a
biedni uczniowie chcieli tylko trochę zarobić na spłatę czynszu. Niestety
właściciele starszego sklepu nie mogli pozwolić sobie na spadek zarobku, a nie
było możliwości by konkurenci zmienili lokal.
-
Nienawidzę takich zleceń – powiedział Taki, czytając po raz setny logo.
- Misja
to misja. Płacą, to płacą, nie mieszamy się w szczegóły. – rzucił chłodno
Tokaji, opierając luźno dłoń na rękojeści miecza. Jeden z kącików jego ust
uniósł się do góry w okrutnym uśmiechu.
-
Jak zawsze musi chodzić o pieniądze… - mruknęła cicho Ayako, nie wiadomo czy
chcąc odnieść te słowa do piekarzy czy do nas.
Zamilkliśmy
ponownie. Staliśmy obok siebie przed wejściem od jakiś 10 minut. Wszyscy ubrani
w przylegające, rozciągliwe spodnie w moro, szarych koszulkach na ramiączkach i
skórzanych, czarnych kurtkach. Z przewieszoną bronią wyglądaliśmy jak yakuza.
-
Wypadałoby się w końcu ruszyć. – mówię. Ayako posyła mi zmartwione spojrzenie,
ale je ignoruje. Wiem, że nie powinnam tego mówić. To do mnie niepodobne.
Ale
szczerze, już nie wiem co jest do mnie podobne. Nic nie zostało takie same,
nawet ja.
-
To co, gramy kto więcej? – rzuca wyzywająco Tokaji, ale nim zdążę odpowiedzieć,
czuję przerażony wzrok przyjaciół na plecach. Biorę głęboki oddech.
I
precyzyjnym kopniakiem wyważam drzwi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz