Rozdział 21
Taki no Monogatari
Gdy
zastanawiam się nad swoją przeszłością, widzę pewny paradoks. Gdy miałem
wszystko byłem nieszczęśliwy. Nie mając nic odczuwam radość.
A
mówiąc ‘wszystko’ nie odbiegam wcale od dzisiejszej definicji. Oboje moich
rodziców żyje w szczęśliwym związku od lat, mam młodszego brata, mieszkam na
ogromnej posesji ze służbą, chodzę do renomowanej szkoły i na masę zajęć
dodatkowych, a pieniądze zawsze są. Normalnie życie jak z okładki.
Tylko,
że za tą piękną okładką kryje paskudna prawda.
Nazywam
się Taki Hideyoshi. Pierworodny syn dwójki bardzo znanych biznesmenów w
Japonii. 1,5m wzrostu, 45kg, lat 13. Blond włosy i szare oczy. Duża wada
wzroku.
A
teraz wyobraźcie sobie, że macie młodszego brata w wieku 10 lat. I że wszystko
robi od was lepiej. Zawsze.
Mój
brat Shou jest idealnym przykładem genialnego dziecka. Fotograficzna pamięć,
talent do sportu, charyzmatyczny, a gdy urośnie na pewno będzie przystojny. A
ja mimo iż jestem starszy, zostanę w jego cieniu. Tak jak teraz.
Całe
życie od kiedy Shou nauczył się mówić słyszę: Dlaczego nie możesz być taki tak
Shou? Dlaczego musisz być taki beznadziejny?
Albo:
Shou jest takim geniuszem! Jesteśmy z ciebie tacy dumni, Shou!
Chciałbym
kiedyś usłyszeć coś takiego z ust rodziców.
Daiki
i Mei Hideyoshi są bardzo wymagającymi rodzicami. Od zawsze chcieli by ich
dzieci były utalentowane we wszystkim. I niestety nie trafiło na mnie. Choć
trenowałem wszystko do utraty tchu, mojemu bratu wystarczało tylko kilka godzin
by opanować to czego uczyłem się tydzień.
Dla
moich rodziców nie ważne było to, że siedziałem nad lekcjami wiele godzin. Że
ćwiczyłem kendo każdego wieczoru. Że potem biegałem kilka kilometrów. Że
starałem się grać na skrzypcach. Że poświęcałem każdą wolną chwilę by być
najlepszym. By choć trochę się do tego przybliżyć. Ale dla nich nie liczyła się
droga. Dla nich liczył się efekt.
I
tak właśnie skończyłem jako czarna owca.
Swojego
brata znienawidziłem. Shou choć nie bardzo rozumiał stosunki międzyludzkie,
wiedział i widział, że jest ode mnie lepszy, więc zawsze mi coś dogadywał. A ja
musiałem zawsze milczeć by potem nie oberwać.
Chodziliśmy
na te same zajęcia, więc cały czas się nim opiekowałem. Cały czas musiałem być
przy mojej ulepszonej, małej wersji, która była idealna we wszystkim. Musiałem
patrzeć na niego całymi godzinami, tylko utwierdzając się w fakcie, że jestem
beznadziejny. Że nikt mnie nie chce. Jednak parłem do przodu, usilnie próbując
choć na chwilę przykuć uwagę rodziców. Krótkie spojrzenie by wystarczyło. Chciałem tylko usłyszeć 3 słowa: Jesteśmy dumni, Taki. Tylko tyle.
Ale
gdy rok temu zacząłem gimnazjum, wszystko się zmieniło.
-
Patrzcie na niego, jaki kujon!
-
Ale przegryw!
-
Myśli, że jest lepszy, bo jego rodzice są dziani!
O
moje czoło obiła się zmięta kartka, lądując między stronami podręcznika z
historii. Nie popatrzywszy się nawet na ludzi mnie otaczających, rzuciłem
papier do kosza na śmieci, ruszając ponownie w stronę wyjścia.
Mam
10min. by dojść do podstawówki mojego brata i zabrać go na zajęcia z kendo.
Wychodzę w milczeniu ze szkoły, nadal się ucząc, choć moje myśli są
rozproszone.
Jeśli
teraz mam 1,5h treningu, zostanę jeszcze pół godziny, potem wrócę i będę się do
wieczora uczyć, a potem pogram godzinę na skrzypcach i…
Potknąłem
się na podstawionej mi nodze. Przeskoczyłem kilka kroków, odzyskując równowagę
i idąc niewzruszenie dalej. Za plecami
słyszę oszczerstwa, ale z kamienną miną poruszam się na przód. Krok po kroku.
Ze
względu na ilość zajęć i poświęcanego im czasu, nigdy nie miałem czasu by
zawiązać jakieś znajomości czy przyjaźnie. Rozmowa z innymi ludźmi przychodzi
mi z wielką trudnością, nie wspominając o przyczepionej do mnie metce kujona.
To
wszystko jest do bani.
***
Siedzimy
w czwórkę przy stole, a lokaje stawiają przed nami talerze ciepłej zupy. Shou
siedzi obok mnie, posyłając mi wredne uśmieszki. Nadal ze spokojem sączę swoją
zupę, ignorując go.
-
Shou, jak w szkole? – zagaja mama.
-
Dostałem piątkę z matmy! – chwali się, rzucając mi wyniosłe spojrzenie.
-
Wiedziałem, że sobie poradzisz, synu! – tata dumnie wypiął pierś do przodu. –
Taki powinien brać z ciebie przykład.
-
Jakbym brał z matmy to co on, też miałbym same piątki – mruknąłem pod nosem.
Mama posłała mi oburzone spojrzenie.
-
Jak ty się wyrażasz!? Nie, czemu ty w ogóle się odzywasz niepytany!?
-
Przepraszam. – mruczę, garbiąc się i kończąc talerz zupy.
- A
tak w ogóle, mamusiu, mogę dzisiaj iść do kolegi? – rzucił Shou.
-
Oczywiście, kochanie. – odpowiedzieli jednocześnie rodzice. – Brat cię
zaprowadzi. Dotarło? – rzucił ostro w moim kierunku ojciec. Kiwnąłem tylko
głową. Jego spojrzenie zostało na mnie dłużej, jednak wypełnione było
politowaniem. I wyczuwalnym wyrzutem ‘dlaczego nie możesz być jak Shou?’.
Mama
odchrząknęła.
-
Jak już jesteśmy przy tobie, Taki… - na dźwięk swojego gwałtownie podniosłem
swoją głowę. Czułem, że w swoich szarych oczach błysnął płomyk nadziei. Lekko
uniosłem kąciki ust do góry.
-
Dziewięć. – szepnąłem. Ojciec trzasnął dłonią w stół.
-
Nie przerywaj matce! – warknął, a ja się skuliłem, kończąc w myślach. Przez 9
dni nie wypowiedzieli mojego imienia.
- A
zatem… Razem z waszym ojcem zadecydowaliśmy co do dziedziczności firmy…
Zastygłem
w bezruchu, całkowicie przerażony.
Dotychczas
zawsze gdy miałem załamanie psychiczne, przy trzeźwości umysłu trzymała mnie
informacja o firmie. Jako starszy powinienem ją odziedziczyć. Zawsze
powtarzałem, że pokażę wtedy na co mnie stać.
-
Stwierdziliśmy, że świat idzie do przodu, a tradycja, że najstarszy dostaje
wszystko jest niesprawiedliwa, zwłaszcza gdy młodszy ma do tego predyspozycje…
Nie.
Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie…
-
Tak więc przepisaliśmy firmę na ciebie, Shou. – zakończyła z uśmiechem.
-
Hurra! – Shou uniósł ręce do góry.
Chwilę
potem o ziemię rozbił się talerz.
Cała
rodzina spojrzała gwałtownie w moją stronę, a ja jak głupi wpatrywałem się w
swoją dłoń. Miałem wrażenie, że obraz mi się dwoi i troi.
Przepisali
firmę.
Na
Shou.
Shou
odziedziczy firmę.
Lodowata
dłoń zacisnęła mi się na gardle, nie pozwalając oddychać. Matka milczała,
uśmiechając się do mojego brata, który z kolei posyłał mi triumfujące
spojrzenia. Ojciec patrzył się z politowaniem.
Powietrze
z coraz większym trudem lądowało w moich płucach. Zacisnąłem dłoń w pięśc,
powoli ją opuszczając. Wstałem ostrożnie omijając rozbite szkło. Czułem na
sobie ciężkie spojrzenia ludzi. Mojej rodziny.
Muszę
stąd wyjść.
-
Pozwólcie, że nie zjem z wami. Nie jestem głodny – powiedziałem cicho, starając
się by głos nie był urywany i drżący. Nim ktokolwiek zdążył cokolwiek
powiedzieć oddaliłem się.
Każdy
krok na schodach był dla mnie mordęgą. Byłem pewien, że dostanę
hiperwentylacji. Obraz to na chwilę zasnuwał się mgłą, to podwajał się.
Spokojnie,
Taki. Nic po sobie nie pokazuj. Tylko dojdź do pokoju.
Otworzyłem
drzwi i zatrzasnąłem za sobą. Przekręciłem kluczyk, by nikt nie wszedł.
Spojrzałem po pokoju. Łóżko wysokiej jakości, drogie meble, nowoczesne
oświetlenie i elektronika. Wszystko drogie i ekskluzywne.
Stawiając
ciężkie kroki, zasłoniłem zamaszyście okno, po czym rzuciłem się na łóżko.
Jedyne na co było mnie teraz stać to wgapianie się w sufit i usilne łapanie
powietrza.
Jestem
do bani.
Jestem
beznadziejny.
Słaby.
Głupi. Do niczego. Beztalencie.
Zacisnąłem
dłoń na koszulce, usilnie wpompowując tlen w swoje płuca.
Dlaczego
nikt nie chce zobaczyć jak bardzo się staram?
Dlaczego
rodzice mnie nie cierpią?
Dlaczego
to Shou jest tym kochanym?
Po
moim policzku ścieka pojedyncza łza. Serce powoli zwalnia, a oddech stopniowo
robi się głębszy i spokojniejszy.
Dlaczego
Shou się urodził?
Nienawidzę
go. Nienawidzę. Nienawidzę.
-
Nienawidzę. – mówię do siebie, chowając twarz w poduszce. I tak leżę nawet nie
wiem jak długo.
***
Mój
brat idzie obok mnie wyprostowany i uśmiechnięty. Ja wyglądam z kolei jak jedno
wielkie nieszczęście. Potargane blond włosy opadają na szkła, przysłaniając
zaczerwienione, szare oczy. Zmięta bluza założona jest na przygarbione ramiona,
a przetarte jeasny lekko spadają z moich bioder.
- W
sumie wiedziałem, że zapiszą tą firmę mnie.
Milczę,
nawet nie podnosząc głowy. Od lat przyzwyczaiłem się do dokuczania mojego brata
i znosiłem to naprawdę dobrze. Prowadzę go właśnie do jego kolegi. Mam go też
odebrać. Jakby nie mogli posłać jakiejś opiekunki.
- W
końcu jestem dużo lepszy od ciebie.
Moje
milczenie wyprowadza go lekko z równowagi, ale jesteśmy przed domem jego
przyjaciela. Mówię mu, o której przyjdę, a on nim pójdzie do środka, uśmiecha
się najokrutniejszym z uśmiechów.
-
Nie dziwię się, że rodzice cię nie chcą.
Trzask.
Nawet
nie wiedziałem kiedy moja dłoń powędrowała do góry, ale z dość dużym rozmachem
trzasnęła w twarz młodszego brata. Patrzył się na mnie z nienawiścią w oczach.
W moich kryła się tylko pustka i równa mu niechęć.
-
Rodzice o wszystkim się dowiedzą! – warknął
i pobiegł ze słodkim uśmieszkiem do kolegi. Ja natomiast ruszyłem
wściekły w przeciwnym kierunku.
Po
raz pierwszy zareagowałem tak agresywnie. Zawsze starałem się nie rozpoczynać
wojny, ale teraz… teraz przegrałem ją nim w ogóle się zaczęła.
Opadam
ciężko na krawężnik, chowając twarz w dłoniach. Serce mocno mi bije, a po
plecach przebiegają dreszcze, tylko przypominając mi o mojej głupocie. Jeśli
chcę by rodzice mnie zauważyli, muszę zrobić coś pozytywnego dla Shou. Nawet
gdyby miało mnie to zabić, muszę im pokazać, że do czegoś się nadaję. Choćby
mój honor miał przez to zginąć.
***
Zerkając
na zegarek, kieruję się w stronę posesji kolegi Shou. Stawiam ze znużeniem każdy
kolejny krok, czując, że rodzice mnie zabiją gdy wrócimy. Choć i tak jestem dla
nich jak jakieś obce dziecko.
Staję
na progu i pukam. Otwiera mi sympatyczna kobieta, wyraźnie zdziwiona. Mam
dziwne przeczucie.
-
O, to ty, Taki-kun. Shou czegoś zapomniał?
-
Nie… Ja po niego… - wykrztuszam. Coś jest nie tak.
-
Ale on już wyszedł. Myślałam, że wiesz, że przysyłają po niego opiekuna.
-
Opiekuna? – powtarzam. Pierwsze słyszę. Nigdy nie było nikogo takiego. Nigdy… O
nie. – Jak wyglądał?
-
Słucham?
-
Ten mężczyzna. Jak wyglądał?
***
Przebiegam
kolejny zakręt, rozglądając się w panice na boki. Sprawdzam na szybko każdą
uliczkę, mając nadzieję, że wspomniany wcześniej ‘opiekun’ nie miał
zaparkowanego gdzieś dalej auta.
Dysząc
ciężko, skręcając w prawo. Mijam kilka uliczek, gwałtownie zatrzymując się za
jakąś trzecią, cofając się szybko. Wysoki chłopak w granatowej bluzie i dobrze
ubrany blondynek. To oni.
-
Stać! – podnoszę swój głos, stając kilka metrów za nimi w bojowej pozie. Facet
się obraca, a Shou po raz pierwszy w życiu patrzy się na mnie z błaganiem w
oczach. – Puszczaj mojego brata!
-
Chyba śnisz! – odkrzykuje mężczyzna. Zaciska uścisk na nadgarstku mojego brata,
potrząsając jego dłonią. – Wiesz ile dostanę za niego okupu!
-
Jak oddasz po dobroci, nie wezwę policji! – nie wiem za bardzo co robić.
Wybiegłem w epickiej scenie na ratunek, ale nadal mam tylko 13 lat. A tamten
wcale nie musi być sam. – No już! – poganiam go niepewnie.
Mężczyzna
prycha i zaczyna biec. Chwyta Shou pod pachę i wbrew jego woli ciągnie ze
sobą. Blondynek wyciąga w moją stronę dłoń.
-
Taki!
No
tak.
Jak
chcę być zauważony, nie mogę go tak zostawić.
Ale
tak bardzo chcę.
Zaciskając
zęby, chwytam jakiś kij, leżący pomiędzy workami na śmieci, zrywając się do
biegu. Doganiam ich po kilkunastu sekundach. Nie wiedząc co mam zrobić, biorę
szeroki zamach. Waham się jednak przez chwilę.
Przecież
nie rąbnę człowieka kijem w głowę.
Ta
chwila zastanowienia dała mężczyźnie wystarczająco dużo czasu na reakcję.
Odrzuca od siebie dziecko jakby nie ważyło zupełnie nic i wyciąga sztylet z
kieszeni, szarżując prosto na mnie.
Z
mojego gardła wydobywa się okrzyk. Nieumiejętnie uderzam w jego dłoń,
odskakując z paniką od broni. Co robić. Co robić. Co robić. Jasna cholera.
Kątem
oka widzę jak mój brat podnosi się z ziemi i biegnie na główną ulicę. Zostawia
mnie. Walczę by mu ratować życie, a ona mnie zostawia. Tak po prostu. Zginę
tutaj. Nienawidzę go.
Wiedząc,
że jestem na przegranej pozycji cofam się tylko. W pewnym momencie braknie mi
sił na trzymanie czegokolwiek, a kij z trzaskiem uderza o ziemię. Nogi uginają
się pode mną, świat wiruje. Nie czuję gdy spadam na lewy bok. Głowa uderza o
chodnik, a ja mam wrażenie, że moja bluza staje się mokra.
Co
się dzieje?
Kątem
oka zauważam, że facet przygląda mi się przez chwilę, po czym zrywa się do
pościgu za moim bratem. Ostatkiem determinacji usiłuję się podnieść, jednak coś
blokuje moje ruchy. Wędruję dłonią w stronę ograniczonego obszaru czując na
palcach coś lepkiego i ciepłego. W końcu chwytam za coś drewnianego.
Za
sztylet.
Wodna
tafla, pod którą się znajdowałem błyskawicznie znika, pozostawiając po sobie
oszołomienie. Otaczające mnie dźwięki stały się kilka razy głośniejsze, ale nie
to jest najgorsze. To ten palący ból, unieruchamiający każdy centymetr mojego
ciała po kolei i zabijający bardzo, bardzo powoli.
Ja
nie chcę tak ginąć.
Usiłuję
się podnieść, ale jedyne na co mnie stać to wyprostowanie rąk. Reszta ciała
strajkuje, poddając się bólowi. Po kilku piekielnie długich sekundach opadam na
ziemię. Szorstki beton pod policzkiem wydaje się taki przyjemny. Mój ostatni
widok nim zamknę oczy to dalekie światło na głównej ulicy.
Przed
oczami migają mi wspomnienia. Dzień robienia rodzinnego zdjęcia. Obiady,
kolacje. Książki. Gnębienie. Trening. Shou. Trening. Książki. Gnębienie.
Samotność. Rodzice. Shou. Książki. Trening.
Ostatkiem
sił próbuję się zaśmiać, choć wychodzi z tego jakiś jęk.
-
Moje życie było do bani… - śmieję się, nadal leżąc, nie próbując nawet drgnąć.
Coraz więcej krwi upływa z ugodzonego boku, a ja wiem, że za chwilę stracę
całkowicie przytomność. – Całkowita porażka… - śmiech przechodzi w cichy
szloch, a po policzkach spływa pojedyncza łza, mieszająca się z brudem i potem. Pochłania mnie lodowata ciemność.
To
koniec.
W
oddali słyszę krzyk Shou.
- Jestem taka wdzięczna, że uratowałeś Shou!
Taki, ty bohaterze!
- Jestem z ciebie dumny,
synu.
- Wybacz nam. Kochamy cię.
To
moi rodzice. Słyszę ich.
Kurde.
Mam już omamy słuchowe. Ale one są tak realne…
Dlaczego
muszę sobie to wyobrażać przed samą śmiercią?
Znowu
krzyk Shou.
To
było takie wyraźne…
Tak
bardzo chcę to usłyszeć.
Nawet
nie wiem dlaczego chwytam za drewniany uchwyt sztyletu. Zaciskam na nim drżącą
dłoń i zatykam usta pięścią. Jeden płynny ruch i ostrze opuszcza moje ciało, a
ja z wielkim trudem tłumię wrzask. Nawet gdy otwieram oczy widzę ciemnośc.
Biorę
dwa głębokie wdechy, mocno ściskając broń. Podnoszę się ostatkiem sił,
przytrzymując głęboką ranę dłonią. Przez palce przecieka mi krew. Patrzę się z
determinacją przed siebie, poprawiając okulary. Lewe szkło jest pęknięte.
Muszę
usłyszeć to z ust rodziców. MUSZĘ.
Zrywam
się do biegu. Nie wiem po co biegnę, dlaczego biegnę ani jakim cudem biegnę. Po
prostu stawiam szybko nogi do przodu, choć ból mroczy mnie całkowicie. Zataczam
się o ścianę, biorąc zakręt, oślepiony światłem latarni.
Nie
wiem czy to prawda czy tylko halucynacja, ale zaledwie kilkanaście metrów ode
mnie Shou szarpie się z wielkim mężczyzną. Poprawiam chwyt na rękojeści, lewą
dłonią cały czas przytrzymując ranę. Krew sączy się niespiesznie.
Wiem,
że w ogóle nie myślę trzeźwo. Nie powinienem był tego robić. Nigdy.
Najpierw
stawiam kroki powoli, z każdym metrem coraz szybciej i szybciej. Nieubłaganie
zbliżam się do jego pleców, a on nawet nie wie, że jestem w pobliżu.
Wstrzymuję
oddech. Krew pulsuje w żyłach, a serce wali jak oszalałe. Czuję, że oszalałem.
Zwariowałem całkowicie. Chcę go zabić. Muszę go zabić. Zabić.
Nim
zdążę nawet pomyśleć, że trafię za to do więzienia, po prostu widzę nóż wbity w
plecy. Cofam drżącą dłoń i podstawiam pod oczy, patrząc się na nią przez
moment. Szare oczy rozszerzają się z przerażenia, wracam spojrzeniem do faceta.
Obraca się ze zdziwieniem w moją stronę, otwierając usta. Nie wydobywa się z
nich żadne słowo, jedynie pluje krwią, upadając martwy na ziemię.
Odetchnąłem
wtedy z ulgą, że to koniec. Jesteśmy bezpieczni.
Tylko
to był początek. I na pewno daleki od bezpieczeństwa.
Shou
powoli podnosi się z ziemi, nie spuszczając ze mnie wzroku. Nie wiem jak
dzieciak zareaguje, więc uśmiecham się najcieplej jak w tej chwili potrafię,
wyciągając okrwawioną dłoń w jego stronę.
-
Pora wracać do domu.
-
Tak. – Shou posyła mi uśmiech, w którym jest coś bardzo niepokojącego. Staram
się to jednak zignorować, wiedząc, że muszę wykorzystać resztki adrenaliny
jakie mi pozostały. Chwytam jego małą dłoń i ciągnę w kierunku naszego domu.
***
Wchodzę
z trudem po schodkach, pragnąc tylko dotrzeć do drzwi. Zatrzymuję się metr od
nich, pochylając się i ciężko sapiąc. I to było przedsionkiem piekła.
Shou
mija mnie z płaczem, waląc w drzwi.
-
Mamo! Tato!
Słyszę
śpieszne kroki i dźwięk otwieranego zamka.
Czyżby
Shou naprawdę się o mnie zmartwił? Niemożliwe.
Czy
naprawdę jest szansa, że rodzice powiedzą to czego tak bardzo pragnę?
Otwiera
nam ojciec. Na początku patrzy się to na Shou, to na mnie. Z każdą chwilą coraz
bardziej blednie. Woła naszą matkę, a sam pada przed Shou na kolana, obejmując
go troskliwie. Dziecko odwzajemnia uścisk.
-
Shou, kochanie ty moje, nie jesteś ranny?
-
Jestem cały, tatusiu…
-
Co się… SHOU! – mama nagle pojawiła się w drzwiach i opadła obok swojego męża,
też tuląc syna.
Moje
serce zamieniło się w bryłę lodu.
Tulą
tak go przez kilka chwil. Potem blondynek odsuwa ich od siebie, patrząc
poważnie w oczy. Przez ułamek sekundy posyła mi nienawistne spojrzenie. Na moim
lodowym sercu pojawiła się rysa.
-
To nie moja krew, papo. Tylko Takiego.
Rodzice
patrzą się teraz na mnie, ale nic nie mówią.
Rysa
się powiększa.
-
On jest mordercą, mamo. On kogoś zabił.
I
wtedy właśnie lodowe serce pęka.
Daiki
i Mei Hideyoshi zrywają się na równe nogi, zakrywając własnym ciałem swojego
syna. Mama chwyta go za ramię i ciągnie do środka, a tato usiłuje zamknąć
drzwi. Rzucam się z paniką do przodu, ale tracę równowagę i puszczam swoją
ranę, opierając dłoń o okno przy drzwiach.
-
Czekaj, proszę… Jestem przecież… waszym synem… - mówię, a z moich policzków
kapią rzewne łzy. Nie zrobią tego. Nie zrobią. Jestem ich dzieckiem. Jestem
ranny. Nie mogą. Nie. Nie. Nie!
-
Ja już nie mam syna. Nie wracaj tu więcej. – stwierdza chłodno, patrząc się na
mnie z obrzydzeniem i zatrzaskuje drzwi przed moją twarzą.
A
serce roztrzaskuje się na tysiące kawałków.
***
Stawiam
powoli stopy przed siebie, posuwając się z każdą chwilą coraz dalej. I dalej. I
dalej. Jedną ręką trzymam na głębokiej ranie, wokół której krew zaczynała
powoli krzepnąc, a druga zwisa bezwładnie wzdłuż ciała, bo nie mam siły na nic
innego.
Będzie
dobrze.
Nie
ważne ile razy powtórzę te 2 słowa, nie nabiorą one sensu ani nie dadzą mi
nadziei. Z moich szarych oczu płyną strużkiem łzy, których nie umiem powstrzymać. Cały czas drży mi broda, ale nie pozwalam sobie na szloch, choć nie umiem powiedzieć
dlaczego. I tak to wszystko nie ma już sensu. To całe staranie się, walka,
udawanie silnego… nic z tych rzeczy nie ma sensu.
Całe
życie byłem przekonany, że każdy już ma wytyczoną drogę. Nie ważne jak
pójdziemy, jakie decyzje podejmiemy i tak trafimy w przeznaczone nam miejsce. Ścieżka zawsze była dla mnie jasna, ludzie po prostu nie chcą się z nią pogodzić,
usiłując ją obejść lub zmienić. Ale nawet jak ją zmienią, dotrą na ten sam
przeznaczony im koniec.
Teraz
wiem jak bardzo daleki byłem od rzeczywistości.
Tracąc
wszystko, nie mając dokąd pójść, mam przed sobą
pustą przestrzeń. Jednak z każdym kolejnym krokiem, tworzy się tam
ścieżka, którą podążam tak jak chcę. Dopiero jak się odwrócę, widzę drogę jaką
przeszedłem, ale nie mogę wrócić. Zostało mi uporczywe tworzenie tej ścieżki,
dopóki mam siłę. Dopóki żyję.
Z
każdą minutą robi mi się coraz zimniej. Wiem, że powinienem poprosić o pomoc
kogokolwiek, ale nikogo wokół nie ma. Jestem sam. Tak jak zwykle.
Nie
dziwię się, gdy nogi się pode mną załamują kilkaset metrów dalej. Znajduję się
w jakieś ciemnej uliczce, całkowicie wymarłej. Nie ma nawet siły drgnąć, tylko
czekam, błagając by nastąpiło to jak najszybciej. Jestem skończony.
Moje
łzy się kończą, a oczy powoli zamykają. Świat staje się nie wyraźny, okulary
zjechały mi z nosa. Ogarnia mnie kołderka ze śniegu, a po plecach przechodzą
ostatnie dreszcze. Wspomnienia ponownie migają mi przed oczyma, a kiedy
zatrzymują się na obecnym miejscu, staram się uśmiechnąć.
Przynajmniej
niech wyglądam na szczęśliwego.
-
Ej, Ryu tam ktoś leży!
-
Zdaje ci… Ej, faktycznie!
- Co
się…? Kto tam jest!?
-
Hiroki, leć po jakieś auto, jest ciężko ranny!
-
Ale kto to…?
-
Nie ważne, szybko! Jest jeszcze szansa!
Słysząc
te głosy, nie mogłem ich zrozumieć. Wydawały mi się takie odległe, słowa takie
rozmyte, a sens nieskierowany do mnie.
Okazało
się, że ci przysłowiowi ‘zabójcy’, ‘bandyci’ i ‘kryminaliści’ postanowili ratować
życie jakieś nieznajomego im chłopaka pchniętego nożem. Choć wcale oto nie
prosił, nawet nie chciał. Pragnął zamknąć oczy i nie obudzić się więcej.
Naprawdę
wtedy chciałem umrzeć.
Chciałem
umrzeć gdy się ocknąłem w ich siedzibie.
I
jeszcze wiele, wiele razy chciałem po prostu zniknąć.
Ale
teraz, jestem im wdzięczny za to, że mnie nie skreślili.
I
pewnie nigdy im tego nie powiem, ale… Po prostu…
Dziękuję.
***
-
Dzień dobry? – niska dziewczyna w warkoczu weszła do mojego pokoju, z pytającym
tonem. Skinąłem jej posępnie głową, na co wparowała do środka z szerokim uśmiechem.
Nadal nie mogłem zrozumieć jak ci ‘mordercy’ mogą być tacy szczęśliwi. Czy to
tylko dlatego, że są psychiczni?
-
Nazywam się Ayako Kasahara. A ty? – wyciągnęła do mnie dłoń na powitanie.
Powoli podniosłem wzrok i martwymi, szarymi oczami spojrzałem na jej twarz. Nie
zareagowałem od razu.
-
Psst, Ayako! Mówiłem ci, żeby dać mu trochę…
-
Oj cicho, Tsuneari! – odwróciła głowę w stronę drzwi, od razu ją odwracając w
moją stronę. Kiedy spostrzegła, że cały czas się na nią patrzę, wyszczerzyła
się jeszcze szerzej.
Nie
była ładna. Miała długiego warkocza sięgającego do połowy brzucha, a splecione
ciemnoczekoladowe włosy były jak strąki – sztywne i szorstkie, co dało się stwierdzić
od razu. Oczy miała szarozielone, szeroko rozstawione, a między nimi był krzywy
nos i drobne usta. Ostro zarysowana szczęka nadawała jej takiego… zadziornego
charakteru.
Kiedy
nie reagowałem, dziewczyna pochyliła się i wzięła moją dłoń. Potrząsnęła nią
kilka razy, a ja popatrzyłem się na nią trochę bardziej zrozumiałym wzrokiem.
-
Taki Hideyoshi.
Rozciągnęła
usta w najszczerszym uśmiechu jakie było mi dane zobaczyć.
-
Miło mi poznać!
Kiwnąłem
powoli głową, popadając po raz kolejny w stan melancholii, licząc, że w końcu
mnie zostawią i dadzą zniknąć. Choć wcześniej był tu długowłosy mężczyzna,
który oznajmił mi dobrotliwie, że teraz jestem częścią Kaminari i że mam dać sobie
tyle czasu ile potrzebuję, nadal nie rozumiem jak tak szybko się dowiedzieli o
wszystkim. Mają przerażające znajomości.
Dziewczyna
nie puszcza mojej dłoni, kucając przy moim łóżku. Uśmiecha się tak ciepło, że
serce zabija mi mocniej. Mrugam parę razy, bo oczy zachodzą mi mgłą.
-
Słyszałam już to imię, wiesz? Chodziłeś do Megiguraoki, prawda? Miałeś świetne
wyniki. – nawiązała ze mną kontakt wzrokowy. Otwieram usta w niemym zdumieniu. –
Życie jest strasznie niesprawiedliwe, nieprawdaż? Szkoda takiego geniusza jak
ty, Taki-kun. Świat jeszcze nie wie ile stracił. – śmieje się uroczo, a w moich
szarych oczach stają łzy.
Po
raz pierwszy od kilku tygodni cokolwiek poczułem.
-
Nie musisz się martwić. Każdy z nas przez to przechodził. Ale obiecuję ci,
wyciągnę cię z tego. W końcu teraz jesteś w Kaminari. Jesteś jednym z nas.
Wyglądała
dla mnie teraz jak anioł. Mimo tych wszystkich niedoskonałości, została moim
aniołem stróżem. Serce powoli się uspokajało, a ona pomachała mi i wyszła z
pokoju.
A
ja zostałem sam. Ale odczuwałem już mniejszą samotność, a w moi sercu jeszcze
tliła się nadzieja, która teraz rozgorzała na nowo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz