10 września 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 21 - Taki no Monogatari

Rozdział 21

 Taki no Monogatari

       Gdy zastanawiam się nad swoją przeszłością, widzę pewny paradoks. Gdy miałem wszystko byłem nieszczęśliwy. Nie mając nic odczuwam radość.
        A mówiąc ‘wszystko’ nie odbiegam wcale od dzisiejszej definicji. Oboje moich rodziców żyje w szczęśliwym związku od lat, mam młodszego brata, mieszkam na ogromnej posesji ze służbą, chodzę do renomowanej szkoły i na masę zajęć dodatkowych, a pieniądze zawsze są. Normalnie życie jak z okładki.
        Tylko, że za tą piękną okładką kryje paskudna prawda.
        Nazywam się Taki Hideyoshi. Pierworodny syn dwójki bardzo znanych biznesmenów w Japonii. 1,5m wzrostu, 45kg, lat 13. Blond włosy i szare oczy. Duża wada wzroku.
        A teraz wyobraźcie sobie, że macie młodszego brata w wieku 10 lat. I że wszystko robi od was lepiej. Zawsze.
        Mój brat Shou jest idealnym przykładem genialnego dziecka. Fotograficzna pamięć, talent do sportu, charyzmatyczny, a gdy urośnie na pewno będzie przystojny. A ja mimo iż jestem starszy, zostanę w jego cieniu. Tak jak teraz.
         Całe życie od kiedy Shou nauczył się mówić słyszę: Dlaczego nie możesz być taki tak Shou? Dlaczego musisz być taki beznadziejny?
         Albo: Shou jest takim geniuszem! Jesteśmy z ciebie tacy dumni, Shou!
        Chciałbym kiedyś usłyszeć coś takiego z ust rodziców.
        Daiki i Mei Hideyoshi są bardzo wymagającymi rodzicami. Od zawsze chcieli by ich dzieci były utalentowane we wszystkim. I niestety nie trafiło na mnie. Choć trenowałem wszystko do utraty tchu, mojemu bratu wystarczało tylko kilka godzin by opanować to czego uczyłem się tydzień.
         Dla moich rodziców nie ważne było to, że siedziałem nad lekcjami wiele godzin. Że ćwiczyłem kendo każdego wieczoru. Że potem biegałem kilka kilometrów. Że starałem się grać na skrzypcach.   Że poświęcałem każdą wolną chwilę by być najlepszym. By choć trochę się do tego przybliżyć. Ale dla nich nie liczyła się droga. Dla nich liczył się efekt.
        I tak właśnie skończyłem jako czarna owca.
       Swojego brata znienawidziłem. Shou choć nie bardzo rozumiał stosunki międzyludzkie, wiedział i widział, że jest ode mnie lepszy, więc zawsze mi coś dogadywał. A ja musiałem zawsze milczeć by potem nie oberwać.
        Chodziliśmy na te same zajęcia, więc cały czas się nim opiekowałem. Cały czas musiałem być przy mojej ulepszonej, małej wersji, która była idealna we wszystkim. Musiałem patrzeć na niego całymi godzinami, tylko utwierdzając się w fakcie, że jestem beznadziejny. Że nikt mnie nie chce. Jednak parłem do przodu, usilnie próbując choć na chwilę przykuć uwagę rodziców. Krótkie spojrzenie by wystarczyło.   Chciałem tylko usłyszeć 3 słowa:   Jesteśmy dumni, Taki. Tylko tyle.
       Ale gdy rok temu zacząłem gimnazjum, wszystko się zmieniło.
       - Patrzcie na niego, jaki kujon!
       - Ale przegryw!
       - Myśli, że jest lepszy, bo jego rodzice są dziani!
      O moje czoło obiła się zmięta kartka, lądując między stronami podręcznika z historii. Nie popatrzywszy się nawet na ludzi mnie otaczających, rzuciłem papier do kosza na śmieci, ruszając ponownie w stronę wyjścia.
       Mam 10min. by dojść do podstawówki mojego brata i zabrać go na zajęcia z kendo. Wychodzę w milczeniu ze szkoły, nadal się ucząc, choć moje myśli są rozproszone.
       Jeśli teraz mam 1,5h treningu, zostanę jeszcze pół godziny, potem wrócę i będę się do wieczora uczyć, a potem pogram godzinę na skrzypcach i…
        Potknąłem się na podstawionej mi nodze. Przeskoczyłem kilka kroków, odzyskując równowagę i idąc niewzruszenie dalej.  Za plecami słyszę oszczerstwa, ale z kamienną miną poruszam się na przód. Krok po kroku.
         Ze względu na ilość zajęć i poświęcanego im czasu, nigdy nie miałem czasu by zawiązać jakieś znajomości czy przyjaźnie.   Rozmowa z innymi ludźmi przychodzi mi z wielką trudnością, nie wspominając o przyczepionej do mnie metce kujona.
       To wszystko jest do bani.
***
       Siedzimy w czwórkę przy stole, a lokaje stawiają przed nami talerze ciepłej zupy. Shou siedzi obok mnie, posyłając mi wredne uśmieszki. Nadal ze spokojem sączę swoją zupę, ignorując go.
       - Shou, jak w szkole? – zagaja mama.
       - Dostałem piątkę z matmy! – chwali się, rzucając mi wyniosłe spojrzenie.
       - Wiedziałem, że sobie poradzisz, synu! – tata dumnie wypiął pierś do przodu. – Taki powinien brać z ciebie przykład.
      - Jakbym brał z matmy to co on, też miałbym same piątki – mruknąłem pod nosem. Mama posłała mi oburzone spojrzenie.
       - Jak ty się wyrażasz!? Nie, czemu ty w ogóle się odzywasz niepytany!?
      - Przepraszam. – mruczę, garbiąc się i kończąc talerz zupy.
      - A tak w ogóle, mamusiu, mogę dzisiaj iść do kolegi? – rzucił Shou.
      - Oczywiście, kochanie. – odpowiedzieli jednocześnie rodzice. – Brat cię zaprowadzi. Dotarło? – rzucił ostro w moim kierunku ojciec. Kiwnąłem tylko głową. Jego spojrzenie zostało na mnie dłużej, jednak wypełnione było politowaniem. I wyczuwalnym wyrzutem ‘dlaczego nie możesz być jak Shou?’.
       Mama odchrząknęła.
       - Jak już jesteśmy przy tobie, Taki… - na dźwięk swojego gwałtownie podniosłem swoją głowę. Czułem, że w swoich szarych oczach błysnął płomyk nadziei. Lekko uniosłem kąciki ust do góry.
       - Dziewięć. – szepnąłem. Ojciec trzasnął dłonią w stół.
      - Nie przerywaj matce! – warknął, a ja się skuliłem, kończąc w myślach. Przez 9 dni nie wypowiedzieli mojego imienia.
       - A zatem… Razem z waszym ojcem zadecydowaliśmy co do dziedziczności firmy…
         Zastygłem w bezruchu, całkowicie przerażony.
         Dotychczas zawsze gdy miałem załamanie psychiczne, przy trzeźwości umysłu trzymała mnie informacja o firmie. Jako starszy powinienem ją odziedziczyć.   Zawsze powtarzałem, że pokażę wtedy na co mnie stać.
       - Stwierdziliśmy, że świat idzie do przodu, a tradycja, że najstarszy dostaje wszystko jest niesprawiedliwa, zwłaszcza gdy młodszy ma do tego predyspozycje…
       Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie…
       - Tak więc przepisaliśmy firmę na ciebie, Shou. – zakończyła z uśmiechem.
       - Hurra! – Shou uniósł ręce do góry.
      Chwilę potem o ziemię rozbił się talerz.
      Cała rodzina spojrzała gwałtownie w moją stronę, a ja jak głupi wpatrywałem się w swoją dłoń. Miałem wrażenie, że obraz mi się dwoi i troi.
      Przepisali firmę.
      Na Shou.
      Shou odziedziczy firmę.
       Lodowata dłoń zacisnęła mi się na gardle, nie pozwalając oddychać. Matka milczała, uśmiechając się do mojego brata, który z kolei posyłał mi triumfujące spojrzenia. Ojciec patrzył się z politowaniem.
         Powietrze z coraz większym trudem lądowało w moich płucach. Zacisnąłem dłoń w pięśc, powoli ją opuszczając. Wstałem ostrożnie omijając rozbite szkło. Czułem na sobie ciężkie spojrzenia ludzi. Mojej rodziny.
       Muszę stąd wyjść.
       - Pozwólcie, że nie zjem z wami. Nie jestem głodny – powiedziałem cicho, starając się by głos nie był urywany i drżący. Nim ktokolwiek zdążył cokolwiek powiedzieć oddaliłem się.
       Każdy krok na schodach był dla mnie mordęgą. Byłem pewien, że dostanę hiperwentylacji. Obraz to na chwilę zasnuwał się mgłą, to podwajał się.
       Spokojnie, Taki. Nic po sobie nie pokazuj. Tylko dojdź do pokoju.
       Otworzyłem drzwi i zatrzasnąłem za sobą. Przekręciłem kluczyk, by nikt nie wszedł. Spojrzałem po pokoju. Łóżko wysokiej jakości, drogie meble, nowoczesne oświetlenie i elektronika. Wszystko drogie i ekskluzywne.
        Stawiając ciężkie kroki, zasłoniłem zamaszyście okno, po czym rzuciłem się na łóżko. Jedyne na co było mnie teraz stać to wgapianie się w sufit i usilne łapanie powietrza.
        Jestem do bani.
        Jestem beznadziejny.
         Słaby. Głupi. Do niczego.      Beztalencie.
         Zacisnąłem dłoń na koszulce, usilnie wpompowując tlen w swoje płuca.
        Dlaczego nikt nie chce zobaczyć jak bardzo się staram?
       Dlaczego rodzice mnie nie cierpią?
       Dlaczego to Shou jest tym kochanym?
       Po moim policzku ścieka pojedyncza łza. Serce powoli zwalnia, a oddech stopniowo robi się głębszy i spokojniejszy.
       Dlaczego Shou się urodził?
       Nienawidzę go. Nienawidzę. Nienawidzę.
        - Nienawidzę. – mówię do siebie, chowając twarz w poduszce.        I tak leżę nawet nie wiem jak długo.
***
       Mój brat idzie obok mnie wyprostowany i uśmiechnięty. Ja wyglądam z kolei jak jedno wielkie nieszczęście. Potargane blond włosy opadają na szkła, przysłaniając zaczerwienione, szare oczy. Zmięta bluza założona jest na przygarbione ramiona, a przetarte jeasny lekko spadają z moich bioder.
       - W sumie wiedziałem, że zapiszą tą firmę mnie.
       Milczę, nawet nie podnosząc głowy. Od lat przyzwyczaiłem się do dokuczania mojego brata i znosiłem to naprawdę dobrze.   Prowadzę go właśnie do jego kolegi. Mam go też odebrać. Jakby nie mogli posłać jakiejś opiekunki.
       - W końcu jestem dużo lepszy od ciebie.
      Moje milczenie wyprowadza go lekko z równowagi, ale jesteśmy przed domem jego przyjaciela.   Mówię mu, o której przyjdę, a on nim pójdzie do środka, uśmiecha się najokrutniejszym z uśmiechów.
        - Nie dziwię się, że rodzice cię nie chcą.
       Trzask.
       Nawet nie wiedziałem kiedy moja dłoń powędrowała do góry, ale z dość dużym rozmachem trzasnęła w twarz młodszego brata. Patrzył się na mnie z nienawiścią w oczach. W moich kryła się tylko pustka i równa mu niechęć.
       - Rodzice o wszystkim się dowiedzą! – warknął  i pobiegł ze słodkim uśmieszkiem do kolegi. Ja natomiast ruszyłem wściekły w   przeciwnym kierunku.
       Po raz pierwszy zareagowałem tak agresywnie. Zawsze starałem się nie rozpoczynać wojny, ale teraz… teraz przegrałem ją nim w ogóle się zaczęła.
      Opadam ciężko na krawężnik, chowając twarz w dłoniach. Serce mocno mi bije, a po plecach przebiegają dreszcze, tylko przypominając mi o mojej głupocie.        Jeśli chcę by rodzice mnie zauważyli, muszę zrobić coś pozytywnego dla Shou. Nawet gdyby miało mnie to zabić, muszę im pokazać, że do czegoś się nadaję. Choćby mój honor miał przez to zginąć. 
***    
       Zerkając na zegarek, kieruję się w stronę posesji kolegi Shou.   Stawiam ze znużeniem każdy kolejny krok, czując, że rodzice mnie zabiją gdy wrócimy. Choć i tak jestem dla nich jak jakieś obce dziecko.
         Staję na progu i pukam. Otwiera mi sympatyczna kobieta, wyraźnie zdziwiona. Mam dziwne przeczucie.
         - O, to ty, Taki-kun. Shou czegoś zapomniał?
        - Nie… Ja po niego… - wykrztuszam. Coś jest nie tak.
        - Ale on już wyszedł. Myślałam, że wiesz, że przysyłają po niego opiekuna.
        - Opiekuna? – powtarzam. Pierwsze słyszę. Nigdy nie było nikogo takiego. Nigdy… O nie. – Jak wyglądał?
        - Słucham?
        - Ten mężczyzna. Jak wyglądał?
***
        Przebiegam kolejny zakręt, rozglądając się w panice na boki. Sprawdzam na szybko każdą uliczkę, mając nadzieję, że wspomniany wcześniej ‘opiekun’ nie miał zaparkowanego gdzieś dalej auta.
       Dysząc ciężko, skręcając w prawo. Mijam kilka uliczek, gwałtownie zatrzymując się za jakąś trzecią, cofając się szybko.     Wysoki chłopak w granatowej bluzie i dobrze ubrany blondynek.   To oni.
       - Stać! – podnoszę swój głos, stając kilka metrów za nimi w bojowej pozie. Facet się obraca, a Shou po raz pierwszy w życiu patrzy się na mnie z błaganiem w oczach. – Puszczaj mojego brata!
         - Chyba śnisz! – odkrzykuje mężczyzna. Zaciska uścisk na nadgarstku mojego brata, potrząsając jego dłonią. – Wiesz ile dostanę za niego okupu!
         - Jak oddasz po dobroci, nie wezwę policji! – nie wiem za bardzo co robić. Wybiegłem w epickiej scenie na ratunek, ale nadal mam tylko 13 lat. A tamten wcale nie musi być sam. – No już! – poganiam go niepewnie.
         Mężczyzna prycha i zaczyna biec. Chwyta Shou pod pachę i wbrew jego woli ciągnie ze sobą.   Blondynek wyciąga w moją stronę dłoń.
      - Taki!
      No tak.
      Jak chcę być zauważony, nie mogę go tak zostawić.
      Ale tak bardzo chcę.
      Zaciskając zęby, chwytam jakiś kij, leżący pomiędzy workami na śmieci, zrywając się do biegu.   Doganiam ich po kilkunastu sekundach. Nie wiedząc co mam zrobić, biorę szeroki zamach.   Waham się jednak przez chwilę.
      Przecież nie rąbnę człowieka kijem w głowę.
       Ta chwila zastanowienia dała mężczyźnie wystarczająco dużo czasu na reakcję. Odrzuca od siebie dziecko jakby nie ważyło zupełnie nic i wyciąga sztylet z kieszeni, szarżując prosto na mnie.
        Z mojego gardła wydobywa się okrzyk. Nieumiejętnie uderzam w jego dłoń, odskakując z paniką od broni. Co robić. Co robić. Co robić.   Jasna cholera.
        Kątem oka widzę jak mój brat podnosi się z ziemi i biegnie na główną ulicę. Zostawia mnie.   Walczę by mu ratować życie, a ona mnie zostawia. Tak po prostu.     Zginę tutaj. Nienawidzę go.
        Wiedząc, że jestem na przegranej pozycji cofam się tylko. W pewnym momencie braknie mi sił na trzymanie czegokolwiek, a kij z trzaskiem uderza o ziemię. Nogi uginają się pode mną, świat wiruje.         Nie czuję gdy spadam na lewy bok. Głowa uderza o chodnik, a ja mam wrażenie, że moja bluza staje się mokra.
        Co się dzieje?
        Kątem oka zauważam, że facet przygląda mi się przez chwilę, po czym zrywa się do pościgu za moim bratem. Ostatkiem determinacji usiłuję się podnieść, jednak coś blokuje moje ruchy.   Wędruję dłonią w stronę ograniczonego obszaru czując na palcach coś lepkiego i ciepłego. W końcu chwytam za coś drewnianego.
      Za sztylet.   
       Wodna tafla, pod którą się znajdowałem błyskawicznie znika, pozostawiając po sobie oszołomienie. Otaczające mnie dźwięki stały się kilka razy głośniejsze, ale nie to jest najgorsze. To ten palący ból, unieruchamiający każdy centymetr mojego ciała po kolei i zabijający bardzo, bardzo powoli.
       Ja nie chcę tak ginąć.
       Usiłuję się podnieść, ale jedyne na co mnie stać to wyprostowanie rąk. Reszta ciała strajkuje, poddając się bólowi. Po kilku piekielnie długich sekundach opadam na ziemię. Szorstki beton pod policzkiem wydaje się taki przyjemny. Mój ostatni widok nim zamknę oczy to dalekie światło na głównej ulicy.
         Przed oczami migają mi wspomnienia. Dzień robienia rodzinnego zdjęcia. Obiady, kolacje. Książki. Gnębienie. Trening. Shou. Trening. Książki. Gnębienie. Samotność. Rodzice. Shou. Książki. Trening.
       Ostatkiem sił próbuję się zaśmiać, choć wychodzi z tego jakiś jęk.
        - Moje życie było do bani… - śmieję się, nadal leżąc, nie próbując nawet drgnąć. Coraz więcej krwi upływa z ugodzonego boku, a ja wiem, że za chwilę stracę całkowicie przytomność. – Całkowita porażka… - śmiech przechodzi w cichy szloch, a po policzkach spływa pojedyncza łza, mieszająca się z brudem i potem.     Pochłania mnie lodowata ciemność.
      To koniec.
      W oddali słyszę krzyk Shou.
       - Jestem taka wdzięczna, że uratowałeś Shou! Taki, ty bohaterze!
      - Jestem z ciebie dumny, synu.
      - Wybacz nam. Kochamy cię.
      To moi rodzice. Słyszę ich.
       Kurde. Mam już omamy słuchowe. Ale one są tak realne…
       Dlaczego muszę sobie to wyobrażać przed samą śmiercią?
       Znowu krzyk Shou.
       To było takie wyraźne…
       Tak bardzo chcę to usłyszeć.
        Nawet nie wiem dlaczego chwytam za drewniany uchwyt sztyletu. Zaciskam na nim drżącą dłoń i zatykam usta pięścią. Jeden płynny ruch i ostrze opuszcza moje ciało, a ja z wielkim trudem tłumię wrzask. Nawet gdy otwieram oczy widzę ciemnośc.
        Biorę dwa głębokie wdechy, mocno ściskając broń. Podnoszę się ostatkiem sił, przytrzymując głęboką ranę dłonią. Przez palce przecieka mi krew. Patrzę się z determinacją przed siebie, poprawiając okulary. Lewe szkło jest pęknięte.
        Muszę usłyszeć to z ust rodziców. MUSZĘ.
        Zrywam się do biegu. Nie wiem po co biegnę, dlaczego biegnę ani jakim cudem biegnę. Po prostu stawiam szybko nogi do przodu, choć ból mroczy mnie całkowicie.   Zataczam się o ścianę, biorąc zakręt, oślepiony światłem latarni.
       Nie wiem czy to prawda czy tylko halucynacja, ale zaledwie kilkanaście metrów ode mnie Shou szarpie się z wielkim mężczyzną.   Poprawiam chwyt na rękojeści, lewą dłonią cały czas przytrzymując ranę. Krew sączy się niespiesznie.
        Wiem, że w ogóle nie myślę trzeźwo. Nie powinienem był tego robić. Nigdy.
        Najpierw stawiam kroki powoli, z każdym metrem coraz szybciej i szybciej. Nieubłaganie zbliżam się do jego pleców, a on nawet nie wie, że jestem w pobliżu.
         Wstrzymuję oddech. Krew pulsuje w żyłach, a serce wali jak oszalałe. Czuję, że oszalałem. Zwariowałem całkowicie. Chcę go zabić. Muszę go zabić. Zabić.
        Nim zdążę nawet pomyśleć, że trafię za to do więzienia, po prostu widzę nóż wbity w plecy. Cofam drżącą dłoń i podstawiam pod oczy, patrząc się na nią przez moment.   Szare oczy rozszerzają się z przerażenia, wracam spojrzeniem do faceta. Obraca się ze zdziwieniem w moją stronę, otwierając usta. Nie wydobywa się z nich żadne słowo, jedynie pluje krwią, upadając martwy na ziemię.
       Odetchnąłem wtedy z ulgą, że to koniec. Jesteśmy bezpieczni.
       Tylko to był początek. I na pewno daleki od bezpieczeństwa.
        Shou powoli podnosi się z ziemi, nie spuszczając ze mnie wzroku. Nie wiem jak dzieciak zareaguje, więc uśmiecham się najcieplej jak w tej chwili potrafię, wyciągając okrwawioną dłoń w jego stronę.
       - Pora wracać do domu.
       - Tak. – Shou posyła mi uśmiech, w którym jest coś bardzo niepokojącego. Staram się to jednak zignorować, wiedząc, że muszę wykorzystać resztki adrenaliny jakie mi pozostały.       Chwytam jego małą dłoń i ciągnę w kierunku naszego domu.
***
       Wchodzę z trudem po schodkach, pragnąc tylko dotrzeć do drzwi. Zatrzymuję się metr od nich, pochylając się i ciężko sapiąc.         I to było przedsionkiem piekła.
        Shou mija mnie z płaczem, waląc w drzwi.
        - Mamo! Tato!
        Słyszę śpieszne kroki i dźwięk otwieranego zamka.
        Czyżby Shou naprawdę się o mnie zmartwił? Niemożliwe.
        Czy naprawdę jest szansa, że rodzice powiedzą to czego tak bardzo pragnę?
         Otwiera nam ojciec. Na początku patrzy się to na Shou, to na mnie. Z każdą chwilą coraz bardziej blednie. Woła naszą matkę, a sam pada przed Shou na kolana, obejmując go troskliwie. Dziecko odwzajemnia uścisk.
         - Shou, kochanie ty moje, nie jesteś ranny?
        - Jestem cały, tatusiu…
        - Co się… SHOU! – mama nagle pojawiła się w drzwiach i opadła obok swojego męża, też tuląc syna.
        Moje serce zamieniło się w bryłę lodu.
        Tulą tak go przez kilka chwil. Potem blondynek odsuwa ich od siebie, patrząc poważnie w oczy.   Przez ułamek sekundy posyła mi nienawistne spojrzenie. Na moim lodowym sercu pojawiła się rysa.
        - To nie moja krew, papo. Tylko Takiego.
       Rodzice patrzą się teraz na mnie, ale nic nie mówią.
       Rysa się powiększa.
        - On jest mordercą, mamo. On kogoś zabił.
        I wtedy właśnie lodowe serce pęka.
        Daiki i Mei Hideyoshi zrywają się na równe nogi, zakrywając własnym ciałem swojego syna.   Mama chwyta go za ramię i ciągnie do środka, a tato usiłuje zamknąć drzwi. Rzucam się z paniką do przodu, ale tracę równowagę i puszczam swoją ranę, opierając dłoń o okno przy drzwiach.
         - Czekaj, proszę… Jestem przecież… waszym synem… - mówię, a z moich policzków kapią rzewne łzy. Nie zrobią tego. Nie zrobią. Jestem ich dzieckiem.     Jestem ranny. Nie mogą. Nie. Nie. Nie!
         - Ja już nie mam syna. Nie wracaj tu więcej. – stwierdza chłodno, patrząc się na mnie z obrzydzeniem i zatrzaskuje drzwi przed moją twarzą.
        A serce roztrzaskuje się na tysiące kawałków.
***
         Stawiam powoli stopy przed siebie, posuwając się z każdą chwilą coraz dalej. I dalej. I dalej.     Jedną ręką trzymam na głębokiej ranie, wokół której krew zaczynała powoli krzepnąc, a druga zwisa bezwładnie wzdłuż ciała, bo nie mam siły na nic innego.
        Będzie dobrze.
        Nie ważne ile razy powtórzę te 2 słowa, nie nabiorą one sensu ani nie dadzą mi nadziei. Z moich szarych oczu płyną strużkiem łzy, których nie umiem powstrzymać.   Cały czas drży mi broda, ale nie pozwalam sobie na szloch, choć nie umiem powiedzieć dlaczego. I tak to wszystko nie ma już sensu.     To całe staranie się, walka, udawanie silnego… nic z tych rzeczy nie ma sensu.
        Całe życie byłem przekonany, że każdy już ma wytyczoną drogę. Nie ważne jak pójdziemy, jakie decyzje podejmiemy i tak trafimy w przeznaczone nam miejsce.   Ścieżka zawsze była dla mnie jasna, ludzie po prostu nie chcą się z nią pogodzić, usiłując ją obejść lub zmienić. Ale nawet jak ją zmienią, dotrą na ten sam przeznaczony im koniec.
         Teraz wiem jak bardzo daleki byłem od rzeczywistości.
         Tracąc wszystko, nie mając dokąd pójść, mam przed sobą  pustą przestrzeń. Jednak z każdym kolejnym krokiem, tworzy się tam ścieżka, którą podążam tak jak chcę. Dopiero jak się odwrócę, widzę drogę jaką przeszedłem, ale nie mogę wrócić. Zostało mi uporczywe tworzenie tej ścieżki, dopóki mam siłę. Dopóki żyję.
        Z każdą minutą robi mi się coraz zimniej. Wiem, że powinienem poprosić o pomoc kogokolwiek, ale nikogo wokół nie ma. Jestem sam. Tak jak zwykle.
       Nie dziwię się, gdy nogi się pode mną załamują kilkaset metrów dalej. Znajduję się w jakieś ciemnej uliczce, całkowicie wymarłej. Nie ma nawet siły drgnąć, tylko czekam, błagając by nastąpiło to jak najszybciej. Jestem skończony.
       Moje łzy się kończą, a oczy powoli zamykają. Świat staje się nie wyraźny, okulary zjechały mi z nosa. Ogarnia mnie kołderka ze śniegu, a po plecach przechodzą ostatnie dreszcze. Wspomnienia ponownie migają mi przed oczyma, a kiedy zatrzymują się na obecnym miejscu, staram się uśmiechnąć.
       Przynajmniej niech wyglądam na szczęśliwego.
       - Ej, Ryu tam ktoś leży!
       - Zdaje ci… Ej, faktycznie!
       - Co się…? Kto tam jest!?
       - Hiroki, leć po jakieś auto, jest ciężko ranny!
      - Ale kto to…?
      - Nie ważne, szybko! Jest jeszcze szansa!
       Słysząc te głosy, nie mogłem ich zrozumieć. Wydawały mi się takie odległe, słowa takie rozmyte, a sens nieskierowany do mnie.
      Okazało się, że ci przysłowiowi ‘zabójcy’, ‘bandyci’ i ‘kryminaliści’ postanowili ratować życie jakieś nieznajomego im chłopaka pchniętego nożem. Choć wcale oto nie prosił, nawet nie chciał. Pragnął zamknąć oczy i nie obudzić się więcej.
       Naprawdę wtedy chciałem umrzeć.
       Chciałem umrzeć gdy się ocknąłem w ich siedzibie.
       I jeszcze wiele, wiele razy chciałem po prostu zniknąć.
       Ale teraz, jestem im wdzięczny za to, że mnie nie skreślili.
       I pewnie nigdy im tego nie powiem, ale… Po prostu…
       Dziękuję.
***
       - Dzień dobry? – niska dziewczyna w warkoczu weszła do mojego pokoju, z pytającym tonem.         Skinąłem jej posępnie głową, na co wparowała do środka z szerokim uśmiechem. Nadal nie mogłem zrozumieć jak ci ‘mordercy’ mogą być tacy szczęśliwi. Czy to tylko dlatego, że są psychiczni?
       - Nazywam się Ayako Kasahara. A ty? – wyciągnęła do mnie dłoń na powitanie. Powoli podniosłem wzrok i martwymi, szarymi oczami spojrzałem na jej twarz. Nie zareagowałem od razu.
       - Psst, Ayako! Mówiłem ci, żeby dać mu trochę…
       - Oj cicho, Tsuneari! – odwróciła głowę w stronę drzwi, od razu ją odwracając w moją stronę. Kiedy spostrzegła, że cały czas się na nią patrzę, wyszczerzyła się jeszcze szerzej.
        Nie była ładna. Miała długiego warkocza sięgającego do połowy brzucha, a splecione ciemnoczekoladowe włosy były jak strąki – sztywne i szorstkie, co dało się stwierdzić od razu. Oczy miała szarozielone, szeroko rozstawione, a między nimi był krzywy nos i drobne usta. Ostro zarysowana szczęka nadawała jej takiego… zadziornego charakteru.
        Kiedy nie reagowałem, dziewczyna pochyliła się i wzięła moją dłoń. Potrząsnęła nią kilka razy, a ja popatrzyłem się na nią trochę bardziej zrozumiałym wzrokiem.
        - Taki Hideyoshi.
        Rozciągnęła usta w najszczerszym uśmiechu jakie było mi dane zobaczyć.
        - Miło mi poznać!
        Kiwnąłem powoli głową, popadając po raz kolejny w stan melancholii, licząc, że w końcu mnie zostawią i dadzą zniknąć.     Choć wcześniej był tu długowłosy mężczyzna, który oznajmił mi dobrotliwie, że teraz jestem częścią Kaminari i że mam dać sobie tyle czasu ile potrzebuję, nadal nie rozumiem jak tak szybko się dowiedzieli o wszystkim. Mają przerażające znajomości.
         Dziewczyna nie puszcza mojej dłoni, kucając przy moim łóżku.   Uśmiecha się tak ciepło, że serce zabija mi mocniej. Mrugam parę razy, bo oczy zachodzą mi mgłą.
         - Słyszałam już to imię, wiesz? Chodziłeś do Megiguraoki, prawda? Miałeś świetne wyniki. – nawiązała ze mną kontakt wzrokowy.       Otwieram usta w niemym zdumieniu. – Życie jest strasznie niesprawiedliwe, nieprawdaż? Szkoda takiego geniusza jak ty, Taki-kun. Świat jeszcze nie wie ile stracił. – śmieje się uroczo, a w moich szarych oczach stają łzy.
       Po raz pierwszy od kilku tygodni cokolwiek poczułem.
       - Nie musisz się martwić. Każdy z nas przez to przechodził. Ale obiecuję ci, wyciągnę cię z tego. W końcu teraz jesteś w Kaminari. Jesteś jednym z nas.
         Wyglądała dla mnie teraz jak anioł. Mimo tych wszystkich niedoskonałości, została moim aniołem stróżem. Serce powoli się uspokajało, a ona pomachała mi i wyszła z pokoju.
         A ja zostałem sam. Ale odczuwałem już mniejszą samotność, a w moi sercu jeszcze tliła się nadzieja, która teraz rozgorzała na nowo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz