25 września 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 24 ~ Prześwit kłopotów

Rozdział 24

Świt kłopotów

    Walę pięścią w drzwi od jakiś 20 sekund nieprzerwanie. Przestaję dopiero gdy słyszę kliknięcie zamka. Tokaji otwiera drzwi na kilka centymetrów błyskając zaspanymi oczami, a gdy mnie rozpoznaje, otwiera je szerzej. Opiera się nonszalancko o framugę, bawiąc się sztyletem, który wziął pogotowiu.
       - Czy ty zdajesz sobie sprawę, która jest godzina? – rzuca na powitanie z lekkim wyrzutem. Przeczesuję dłonią włosy, usiłując złapać oddech. Serce nadal wali mi po tym cholernym koszmarze, a po plecach przebiegają dreszcze.
      - Patrol – mówię tylko, kładąc dłoń na jednym biodrze.
      - No super, to wiem. Tylko, że jest trzecia. A my mamy zmianę o szóstej.
      - Teraz. Idziemy szybciej.
      Tokaji prostuje się, napinając mięśnie. W czarnych oczach błyska niepokój.
      - Coś się stało? – pyta poważnie.
      - Muszę się przewietrzyć. – tłumaczę. – Miałam niepokojący koszmar.
      - Aha. – chłopak kiwa głową ze zrozumieniem, po chwili taksując wściekłym spojrzeniem. – I co, przytulic cię, pocieszyć? Niby dlaczego mam iść z tobą?
      - Bo cię nie lubię. – rzucam prosto z mostu. – I nie żal było mi ciebie budzić.
     Czarnowłosy przybiera osłupiałą minę, przyglądając mi się protekcjonalnie. Ignoruję ten wzrok, mówiąc, że idę zawiadomić o tym Fumiyę, a on ma być gotowy za jakieś 10min i odchodzę. Kątem oka widzę jak chowa twarz w dłoni, mamrocząc coś niepochlebnego w moim kierunku pod nosem.
       Ignoruję to, przyśpieszając.
       Do sali obrad wchodzę ostrożnie i cicho, ale gdy widzę zapalone światło, otwieram swobodnie drzwi. Przy dużym stole siedzą cztery osoby, a nikły blask lampki rzuca cienie na ich twarze. Mikuru kreśli coś zawzięcie na papierze, a Meiji wskazuje na coś palcem. Chwilę później Kotaro zauważa coś, a kobieta poprawia rysunek. Fumiya usłyszawszy mnie, podnosi się z miejsca. Reszta obecnych jest zbyt zaaferowana planem by mnie zauważyć. Czarnowłosy wskazuje drzwi.
         - Wybacz, że cię wyganiam, ale jak już doszli do jakiegoś porozumienia to nie chcę im przeszkadzać. – tłumaczy, trąc zmęczone oczy.
        -  Nie, nie. To ja przepraszam. – gestykuluję uspokajająco dłońmi. – Szefie, mam prośbę. – mówię, patrząc się mu prosto w oczy. Mężczyzna milczy, wyraźnie czekając, aż powiem coś więcej. – Moglibyśmy wziąć jeszcze na patrol obecne godziny Suzukiego i Natsu? 
       - Teoretyczne tak, tylko… Tokaji też chce? – pyta zdziwiony.
       - Teraz tak. – rzucam zdawkowo, unikając jego wzroku. Fumiya wybucha śmiechem i czochra moje rozburzone, czarne włosy.
      - Niech wam będzie. I tak pewnie już tam śpią. – śmieje się jeszcze. Po chwili poważnieje. – To dość nagłe. Coś się stało? – pyta, obserwując mnie bacznie.  
      Milczę przez chwilę. Zastanawiam się czy mówić mu o moich złych przeczuciach czy nie. W końcu gdy cisza między nami staje się zbyt długa, wzdycham.
      - Nic ważnego.
     Szef lustruje mnie swoimi czarnymi oczyma jeszcze kilka sekund, po czym również wzdycha, postanawiając nie dążyć tematu. Przybiera formalny ton.
     - Niech ci będzie, Ichigo. Przejmijcie ich godziny. A jakby jakaś podejrzana grupka osób się pojawiła, nie wszczynaj alarmu. To zapewne nasi, Tokaji ich rozpozna.
    - Przyjęłam.
    Fumiya salutuje mi lewą ręką, a ja uderzam pośpiesznie 2 razy w serce. Wchodzi ponownie do biura, gdzie toczy się zażarta dyskusja dotycząca spraw wojennych.   Mężczyzna związuje włosy w kucyka, przygotowując się na kolejną bezsenną noc z towarzystwem najinteligentniejszych ludzi w całym Kaminari.
***
     Dochodzimy powoli do umownego punktu obserwacyjnego z Tokajim. Wokół nie ma żywej duszy, a pojedyncze latarnie ledwo oświetlają otaczające je budynki.    
Miejsce patrolu znajduje się kilka budynków dalej, na szczycie 10-piętrowego budynku, z którego idealnie widać całe nasze terytorium.
      Przemykamy w milczeniu przez klatkę schodową na sam dach.
      W pierwszej chwili Natsu zrywa się, dobywając miecza, ale gdy nas rozpoznaje wypuszcza ze świstem powietrze. Od razu też sprawdza godzinę, a widząc dopiero cyfrę 3, marszczy czoło. Obok niego oczy przeciera zaspany Suzuki.
       - Co wy tu robicie? – pyta podejrzliwie Natsu.
       - Przyszliśmy was zmienić. – oznajmia znudzonym tonem Tokaji.
       - Ale jest dopiero trzecia… - mężczyzna nadal patrzy się na nas podejrzliwie. Suzuki, który zdążył już podnieść się na nogi, trzepnął go z całej siły w ramię.
        - Zmienić nas chcą szybciej, a ty marudzisz. – rzuca z oburzeniem, posyłając mi łobuzerski uśmiech. Tłumię śmiech, więc wychodzi tylko zduszone prychnięcie.
         - Ała, Suzuki! – Natsu w odpowiedzi dźga przyjaciela ramieniem w żebra. – No niech wam będzie. Ale to dziwne. Czy coś się stało?
          - Ichigo się stała. – mruczy obrażony czarnowłosy, krzyżując ramiona. W jego ust wydobywa się para, świadcząca o niskiej, grudniowej temperaturze. Posyłam mu nienawistne spojrzenie.
          Suzuki z Natsu prychają śmiechem. Suzuki każe starszemu koledze już iść.
           - I tak pozwoliłeś mi przespać większość tej warty, więc idź spać. Wapniaki muszą dużo spać. – po ostatnim słowie czarnowłosy wystawia język.  Starszy prawie 10 lat kolega przewraca oczami i rzuca 20-latkowi walkie-talkie.
            - Powiadom bliźniaczki. – rzuca na pożegnanie, ziewając przeciągle. – Dobranoc. – i znika w środku budynku. Machamy mu z Suzukim na pożegnanie.   Bursztynowooki wyciąga antenę z krótkofalówki.
            - Halo, halo tu Punkt 2. Punkt 1 zgłoś się. Powtarzam. Tu Punkt 2. Punkt 1 zgłoś się. Odbiór.
            Czekamy kilka sekund, po czym z krótkofalówki wydobywa się szumiący dźwięk i odzywa się jedna z bliźniaczek – Miyoko zapewne. Obie mają strasznie podobne głosy, a rozróżnić można je jedynie dzięki stronie, po której wiążą kucyka.
       - Przyjęłam. Tu Punkt 1. – zaczyna oficjalnie, po czym przechodzi na zwykłą pogawędkę. – Czego chcesz Suzuki? Obiór.
        - A, to tylko Suzu-chan. – rozlega się w tle głos Miyako.
        - Przyjąłem. Zmieniają nas teraz Ichigo i Tokaji. Odbiór.
         Z drugiej strony panuje milczenie. Kiedy chłopak ma już powtórzyć rozlega się głośny jęk, mieszający się drażliwie z szumem krótkofalówki.
         - To jest niesprawiedliwe!!!
         - Odbiór?
         - ODBIÓR, KURNA! Karaluchy pod poduchy, Seizo!
        Czarnowłosy wycisza dziewczyny i podaje mi urządzenie. Loki opadają mu na zaspaną twarz. Uśmiecha się krzepiąco, w podskokach odchodząc od nas.   Rzuca jakiś tekst na pożegnanie w moim kierunku, całkowicie ignorując Tokajiego.
       Zajmujemy miejsca i zaczynamy obserwować otoczenie.
        Wolę poczekać z rozmową, aż Tokaji się odfochnie. Nie mam natchnienia na dociekliwe uwagi, zwłaszcza, że niepokój po koszmarze wcale nie zmalał. Mogę nawet rzec, że się spotęgował. Na całe szczęście niska temperatura działa na mnie kojąco i rozjaśnia mi powoli myśli. Przynajmniej pozwoli mi poukładać wszystko nim zacznę mówić.
      Rzucam spojrzenie na Tokajiego. Wpatruje się pustym wzrokiem w jakąś ulicę, na której nic nie ma. Nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi. Zimowy wiatr rozwiewa mu niepoukładane włosy, odsłaniając od czasu do czasu zakryte grzywką oko.
        Ciekawe o czym on myśli. W końcu nie protestował za bardzo gdy poprosiłam go o wzięcie dłuższej warty. Ani o trening. W sumie nigdy za bardzo nie protestował. Czyżby miał jednak tą dobrą, ciepłą stronę?
        Wzdycham cicho i również zaczynam obserwować ulicę.   Minuty się ciągną niemiłosiernie, a ja usiłuję skupić się na tym co się dzieje. Tylko, że nic się nie dzieje, w tym sęk, a moje myśli znów schodzą na inne tory.
       Ciekawe co u Tsuneariego?
       Marszczę brwi. Czemu akurat o nim pomyślałam? Kręcę głową i patrzę się na rozjaśniające się powoli niebo.
        Jakby się tak nad tym zastanowić to nie ma go już 3 miesiąc. Ciekawe czy pojawi się tak jak zniknął – niespodziewanie i nagle. Mam nadzieję, że wróci na święta. Albo chociaż przed nowym rokiem.
         Nie rozumiem za bardzo dlaczego gdy nie mam o czym myśleć, jego imię wkrada się w moje myśli. Ayako zawsze się chytrze uśmiecha gdy o nim wspominam, a ja nigdy nie pojmuję dlaczego. Z Tsu łączą mnie dość… skomplikowane więzi, jeśli tak można nazwać początek naszej znajomości.
      Tsuneari.
      W sumie to piękne imię.
      Ten, który niesie płomienie.
       Płomienie.
       Blednę, a serce przyśpiesza.   Zaciskam dłoń na krawędzi gzymsu, na którym siedzę by nie spaść. Tokaji posyła mi urywane spojrzenie, ale gdy orientuje się, że nic się dzieje, powraca do melancholijnego trybu obserwacji.   A ja mam wrażenie, że eksploduję od natłoku myśli.
       Niemożliwe. Niemożliwe.     Niemożliwe.
       Ten ogień nie może odnosić się do imienia Tsu. W życiu. Przecież nic mu nie jest. Na pewno nic mu się nie stało. Przecież to Tsu. Mu nigdy się nic nie dzieje.       Wiedziałabym gdyby coś się wydarzyło. Poczułabym coś. Umysł płata mi głupie żarty i figle.
      Tylko dlaczego akurat on?
       Nie mogłam, albo raczej nie umiałam dopuścić do myśli instynktu. Instynktu, który mówił mi, że nasza relacja rozkwitnie.
      Nie byłam pewna tylko w jaki sposób.
***
       Zza strzelistych budynków Tokio przebiły się pierwsze promienie słońca, leniwie oświetlając wszystko dookoła.   Razem z Tokajim podnieśliśmy się z miejsc jak na komendę. Rzuciłam mu wściekłe spojrzenie, które sparował równie złym. Mimo to podeszliśmy do gzymsu od strony wschodniej, chcąc obserwować grudniowy świt.
       Gdzieniegdzie zalegał śnieg, choć prawdziwej śnieżycy jeszcze w tym roku nie było. Temperatura utrzymywała się cały czas poniżej zera – z ust wydobywały się rozległe obłoki pary.
        Staliśmy nieruchomo, wpatrzeni w wschodzące Słońce. Promienie rozjaśniały nasze identyczne kruczoczarne włosy i odbijały się w oczach – moich granatowych, jego czarnych.
        Nie miałam zbyt emocjonalnej miny. Przez resztę nocy dręczyło mnie to co zwykle. Nic nie pomogło towarzystwo Tokajiego. Głos mówiący, że jestem potworem był tak samo głośny jak co nocy. I jak co nocy, przed oczami stawały mi obrazy martwych ciał. Zabitych przeze mnie.
       - Ne, Ichigo… - Tokaji przerywa niepewnie ciszę panującą między nami. Patrzy się nadal przed siebie, więc nie widzę wyrazu jego twarzy, ale w tonie głosu nie wychwyciłam żadnej złośliwości.
       - Tak? – odpowiadam cicho, również uporczywie patrząc się przed siebie.
      - Co takiego ci się śniło?
     Prostuję się nagle, posyłając mu wrogie spojrzenie. On w końcu odrywa wzrok od słońca i unosi pytająco brwi.
      - No co? – pyta.
      - To, że nie myślałam, że sam zaczniesz temat. – prycham. Z ust wydobywają się obłoczki pary.
       - A co, kurna, myślałaś, że dałem się wyciągnąć z tego powodu o 3 rano na 6-godzinny patrol i nie będę ciekawy?  – odgryza się, uśmiechając się kpiąco.
        W odpowiedzi tylko spuszczam wzrok i milczę. Czuję baczne spojrzenie chłopaka na sobie, ale na całe szczęście cierpliwie czeka.
       Teraz nie rozumiem dlaczego akurat jego o to poprosiłam.
       Ta, Ichigo, przekonuj się, że nie rozumiesz.
       Przekonuj, przekonuj. Tylko to nic nie da.
       Prawda jest taka, że w jakiś niewyjaśniony sposób mu ufam. Nie, że nie wyda tajemnicy. Jest silny, więc wierzę, że da radę sobie z moimi problemami. Ayako i tak ma wystarczająco dużo zmartwień na głowie, Taki jest zbyt empatyczny, od razu by rzucił wszystko i chciał pomóc, a Ryu ma tyle na głowie, że nie dołożę mu kolejnej sprawy.
       - Wiem, że to głupio zabrzmi, ale... – zaczęłam niepewnie, lecz z każdym słowem mówiłam śmielej i szybciej. W końcu nawijałam mu o tym koszmarze z różnymi alternatywami, wolnej woli, zmarłych. I na końcu o tym niepokojącym pożarze.
       Tokaji milczał przez cały czas mojej opowieści i po jej końcu również. Patrzyłam się na niego z wyczekiwaniem, sądząc, że postara się o jakąś mądrą wypowiedź.     Chłopak patrzył się to na mnie, to na wschód słońca. Światło zarysowywało mocno ostre rysy jego twarzy.
       - Wiesz Ichigo… - zaczął w końcu, trąc dłonią kark. – Sądzę, że to tylko koszmar. Po prostu się boisz. – patrząc prosto w oczy.
       Spojrzałam na niego wyczekująco, miażdżąc praktycznie granatowymi oczyma. Chłopak minimalnie się wzdrygnął.
      - Naprawdę tak uważasz?
      Odwrócił wzrok.
      - Naprawdę. – odparł.
      Wiedziałam, że doszedł do jakiegoś wniosku, z którym nie chciał się ze mną podzielić, lecz nim zdążyłam się jeszcze czegokolwiek dopytać, zza zakrętu wyłoniło się kilka sylwetek.     Automatycznie sięgnęłam do broni, ale Tokaji tylko machnął na mnie ręką.
       - To nasi. – wytłumaczył. – W końcu.
       - Te ‘’podejrzane typy’’, od których nie miałam wszczynać alarmu?
      - Ci sami.
      - Ja ich w ogóle kojarzę?
      - Minęliście się kilka razy. To starsi weterani, trochę już wyszli z wprawy i pracują jako prywatni skrytobójcy. Chyba przyjdą się zameldować do nas. – dodał, wychylając się przez dach.
       Po kilku minutach zza drzwi od strychu rozległo się pukanie i na dach weszły cztery osoby – 2 mężczyzn i 2 kobiety. Pierwszy i wyraźnie najstarszy zasalutował lewą ręką, uderzając się potem dwa razy w serce prawą pięścią.   Typowe pozdrowienie Kaminari.
       - Meldujemy się, Kosai-kun! – zawołał. Przeniósł swe oczy na mnie, a ich szara barwa przeszyła mnie na wskroś. – I… Kanegawa-san? – zawahał się, ale gdy kiwnęła potwierdzająco głową, uśmiechnął się.
        - Przyjąłem. – Tokaji również zasalutował. Po chwili pozwolił sobie na chytry uśmieszek. – A kto mówi?
       Mężczyzna zmrużył oczy, patrząc się spode łba na chłopaka.
       - Keizo Iwasaki. A ze mną jest Masazumi Murasaki – powiedział wskazując na towarzyszącego mężczyznę. – Oraz Kei Iwasaki oraz Shiori Sanda.
        - Oddelegowano. – oznajmił czarnowłosy. – A gdzie reszta?
       - W punkcie numer 1. Yutaka Okano oraz Itaru Noda. – wymienił jeszcze nazwiska dwóch mężczyzn. Od ilości nowych imion i twarzy zawirowało mi w głowie. – A teraz jeśli pozwolisz, ruszymy do bazy.
       - Hai, hai. – Tokaji machnął na nich ręką, a ja odprowadziłam skrytobójców wzrokiem. Wkrótce grupa sześciu osób zmierzała raźnie w stronę zabudowań Kaminari.
***  
      Carmen siedziała w swoim pokoju na łóżku. Niepościelona pościel i porozpruwane poduszki leżały wokół niej, a ona kryła głową między nogami. Sypialnia była w nieładzie od dłuższego czasu jednak nie mogła zebrać się na to by jakkolwiek to ogarnąć. Porządek nie pasował do tego miejsca.
       Rozległo się ciche pukanie, po czym drzwi donośnie skrzypnęły. W szparze pojawiły się tak znajome dla niej czarne tęczówki.   Brązowowłosy wszedł do pokoju.
        - Carmen? – powiedział cicho. Spojrzała na niego pusto i odwróciła wzrok. Nie miała siły się na niego patrzeć.
        - Carmen? – powtórzył już pewniej. Zrobił kilka kroków w jej kierunku. Przez jego plecy przewieszony był miecz, który pobrzękiwał złowróżbnie przy każdym ruchu. Na sam jego widok się wzdrygała. Za każdym razem. Zawsze.
        Dziewczyna wzięła głęboki, cichy oddech, chcąc by jej głos zabrzmiał pewnie i beztrosko. Wlepiła wzrok w zabite do połowy dechami okno.
       - Słucham. – ton jej głosy był oziębły, lecz po policzku słynęła pojedyncza łza. – Szlag by to. – mruknęła jeszcze, przygryzając dolną wargę, by podbródek jej się nie trząsł.
        Jej brat nic nie powiedziawszy usiadł obok niej na łóżku. Trwali tak przez chwilę – ona powstrzymując płacz, wgapiona w okno, a on patrzący się wściekle w sufit. Z rodzeństwa w końcu zabrała głos Carmen.
         - Brakuje mi rodziców… - powiedziała drżącym głosem, zduszonym do granic możliwości, byleby tylko nie wybuchnąć płaczem.
         Camilo milczał. Nie odgarniał włosów z oczu, jedynie zaciskał mocno szczęki. Dłonie powoli zwijały się w pięści. Dziewczyna spojrzała na niego przepraszająco, choć nie mógł jej dostrzec. Wiedziała, że ten temat był zbyt drażliwy.
         - Przepraszam – mruknęła tylko, ocierając łzy grzbietem dłoni.          Wtem poczuła silny uchwyt na nadgarstku. Ciepłe, czarne oczy   brata patrzyły się na nią wyzywająco. Hiszpanka skrzyżowała z nim spojrzenie.
          Chłopak utrzymywał kontakt wzrokowy przez kilka sekund, czekając na odpowiedni moment by coś powiedzieć. I już otwierał usta, gdy usłyszeli jakieś krzyki za oknem, a potem szczęk stali. Puścił siostrę, a ona podbiegła do okna, patrząc przez szczeliny między deskami.
        - To tylko Toshiyuki się z kimś pokłóciła. – wyjaśniła krótko, przysiadając ponownie obok brata.         Patrzyła na niego wyczekująco, lecz 20-latek nie podjął spojrzenia. Opierał przedramiona na kolanach, wpatrując się w podłogę.
          - To ja… przepraszam… - wydusił w końcu. Spojrzał na nią kątem oka, a gdy ujrzał ten ciepły uśmiech, który ostatnio tak rzadko gościł na jej twarzy, skierował wzrok w innym kierunku.
          Carmen zaśmiała się cicho i poczochrała włosy bratu. Po chwili wahania przysunęła się do niego i przytuliła. Był dużo bardziej barczysty od niej, więc prawie leżała na jego plecach.
          - Carmen, przepraszam… Przyszedłem tu żebyś poczuła się lepiej, ale… Nie potrafię… - mówił cicho, urywanie. Brązowowłosa pogładziła po delikatnie po włosach.
         - Spokojnie, Camilo… Nic mi nie jest tylko… - tu zawahała się. Odwróciła czarne oczy od brata, patrząc się poważnie w przestrzeń. W końcu westchnęła, przerywając kaskadę wspomnień i wybrać to co było dla niego oczywiste. – Tylko, ta cała wojna… przerasta mnie…
         Camilo naprężył mięśnie, a dziewczyna odsunęła się trochę, pozwalając się mu wyprostować. Chłopak złapał ją za ramię, ściskając lekko i sprawiając tym samym by na niego spojrzała.
           - Nie martw się tym, Carmen. – powiedział pewnie. Jego donośny głos rozebrzmiał nikłym echem wśród ścian pokoju.
           Dziewczyna mimowolnie ogarnęła spojrzeniem swoje mieszkanko. Na środku stało duże łóżko z wymiętą kołdrą i rozprutymi poduszkami. Gęsie pióra walały się po zwykłej drewnianej podłodze, a białe ściany przytłaczały ją pustką z każdej strony. W rogu pokoju stała komoda, a zaraz nad nią znajdowało się okno, zabite w połowie deskami, a jedynym źródłem światła były niewielkie szczeliny między nimi.
       Camilo lekko nią szturchnął. Znów spojrzała na brata.
       - Teraz jest koniec roku i nawet Jishin musi niektóre sprawy pozałatwiać. Choć to poniekąd najlepszy czas do ataku, Igarashi nie pozwoli narażać się władzom z niewypełnionymi papierami. – tłumaczy pewnie. – Spokojnie do końca stycznia nic wielkiego się nie wydarzy. – dodaje jeszcze na koniec.
        - A później?
       Chłopak jest wyraźnie zbity z tropu. Siostra patrzy się na niego pusto.
        - A później co? – powtarza za nią brązowowłosy. Carmen na te słowa odwraca wzrok w stronę okna, wlepiając czarne oczy w prześwitujące bladoniebieskie, grudniowe niebo.
         - No właśnie.
         Chłopak przez chwilę milczy, analizując odpowiedź siostry. Gdy w końcu prawdziwość tego do niego dociera, wstaje z miejsca. Carmen nawet nie drgnęła na ten ruch. Camilo patrzy się jeszcze przez chwilę na nią, ale wie, że nic więcej co mogłoby podnieść ją na duchu nie zdoła wykrzesać.
       Stając przed drzwiami zastanawia się czy czegoś nie powiedzieć, ostatecznie wydobywając z siebie głośne westchnienie i zamykając ostrożnie drzwi.
         Na korytarzu chłopak opiera się o drzwi do pokoju siostry, powoli osuwając się w dół. Wyszczuty z emocji, wgapia się w pustkę.
        Przepraszam, Carmen. Nie umiem cię pocieszać. Nie umiem cię obronić. Nie umiem przywrócić nam rodziców. Przyszłości.   Przepraszam, że przeze mnie się tu znaleźliśmy. Przepraszam, że jesteś moją słabością.
***
       Yasuaki Igarashi siedział już przy biurku o godzinie 3 nad ranem w swoim biurze. Wybita przed prawie 2 miesiącami szyba została wstawiona ponowie, znów nadała klimatu oszklonemu pomieszczeniu. Szef Jishinu pisał coś leniwie w notatniku, a obok niego leżała stera papierów do wypełnienia.
        Okres końcowo-roczny może i był dla większości organizacji czasem ogólnego zawieszenia broni i odpoczynku, lecz dla szefów była to masa formalności i papierów dla władzy. Uregulowanie zniknięć, zgonów, większych kradzieży, ataków na większą skalę. Jeśli organizacje się z tego nie wywiązywały kończyło się najczęściej nieprzyjemnie. Wszyscy pamiętają co stało się z ‘Hiraki’ pod koniec roku 7 lat temu.
        Niebiesko-włosy prychnął.
         Świat schodzi na psy, pomyślał. Żeby ci ‘dobrzy’ ludzie, po których dzwonimy z nadzieją, współpracowali tak nikczemnie z tymi ‘złymi’. Chociaż to też wina samych ludzi. Jak można być tak głupim i nie wykryć tego przez dziesięciolecia.
        Winda wydała mroczne ‘ding’ i otworzyła z łoskotem drzwi.   Mężczyzna w niej stojący skrzywił się na te ostre odgłosy, wchodząc spokojnie do pomieszczenia. Widna zamknęła z trzaskiem drzwi i z jękiem pomknęła na dół.
         - Mam nadzieję, że masz dobry powód by przychodzić do mnie o trzeciej z rana, Kijuro Harada. – powiedział na przywitanie szef.
         Mężczyzna wyprostował się, a miecz przewieszony przy jego boku błysnął w niknącej poświacie dochodzącej z lampy. Był środek grudnia, a do świtu jeszcze daleko.
          - Igarashi-sama – ukłonił się, a jego pofarbowana na bordowo szopa włosów rozburzyła się niemiłosiernie, całkowicie zakrywając piwne oczy. – Mam pewien plan. – oznajmił dumnie.
          - Ojej. Kto by się spodziewał tego po strategu, co? – rzucił sarkastycznie.
         Kijuro podszedł już trochę spokojniej do biurka szefa. Mimo iż ‘’Żywa Śmierć’’ był najbardziej skutecznym skrytobójcą na terenie całego Tokio, strateg wiedział na ile nonszalancji może sobie pozwolić. Zwłaszcza, że gdyby mu się coś stało dowódca miałby na głowie Toshiyuki – a jej nawet on się bał.
         - No więc, Harada? – rzucił mało entuzjastycznie na zachętę.
        - No więc… Czy pamięta pan Tachibanę z Tateyamy?
        - Tego co miał córkę w szpitalu prywatnym? – upewnił się Igarashi.
        - Nie, nie ten. Ten ze szpitala psychiatrycznego. – wyjaśnił Kijuro.
         - Weź człowieku mów od razu, a nie. Jak mu tam było… Ichiro?
         - Tak, o tego mi chodzi. On wisi nam przysługę nieprawdaż? – mężczyzna uśmiechnął się chytrze, a w jego piwnych oczach zatańczyły ogniki. – Dość sporą przysługę. – dodał, prychając śmiechem.
         - Kontynuuj. – niebiesko-włosy wyprostował się na fotelu i wpatrywał się chłodno, lecz z dozą zainteresowania, w swojego podwładnego. Kijuro uśmiechnął się jeszcze chytrzej, ukazując przy ty swojego złotego zęba. – Brzmi interesująco. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz