Rozdział 24
Świt kłopotów
Walę
pięścią w drzwi od jakiś 20 sekund nieprzerwanie. Przestaję dopiero gdy słyszę
kliknięcie zamka. Tokaji otwiera drzwi na kilka centymetrów błyskając zaspanymi
oczami, a gdy mnie rozpoznaje, otwiera je szerzej. Opiera się nonszalancko o
framugę, bawiąc się sztyletem, który wziął pogotowiu.
-
Czy ty zdajesz sobie sprawę, która jest godzina? – rzuca na powitanie z lekkim
wyrzutem. Przeczesuję dłonią włosy, usiłując złapać oddech. Serce nadal wali mi
po tym cholernym koszmarze, a po plecach przebiegają dreszcze.
-
Patrol – mówię tylko, kładąc dłoń na jednym biodrze.
-
No super, to wiem. Tylko, że jest trzecia. A my mamy zmianę o szóstej.
-
Teraz. Idziemy szybciej.
Tokaji
prostuje się, napinając mięśnie. W czarnych oczach błyska niepokój.
-
Coś się stało? – pyta poważnie.
-
Muszę się przewietrzyć. – tłumaczę. – Miałam niepokojący koszmar.
-
Aha. – chłopak kiwa głową ze zrozumieniem, po chwili taksując wściekłym
spojrzeniem. – I co, przytulic cię, pocieszyć? Niby dlaczego mam iść z tobą?
-
Bo cię nie lubię. – rzucam prosto z mostu. – I nie żal było mi ciebie budzić.
Czarnowłosy
przybiera osłupiałą minę, przyglądając mi się protekcjonalnie. Ignoruję ten
wzrok, mówiąc, że idę zawiadomić o tym Fumiyę, a on ma być gotowy za jakieś
10min i odchodzę. Kątem oka widzę jak chowa twarz w dłoni, mamrocząc coś
niepochlebnego w moim kierunku pod nosem.
Ignoruję
to, przyśpieszając.
Do
sali obrad wchodzę ostrożnie i cicho, ale gdy widzę zapalone światło, otwieram
swobodnie drzwi. Przy dużym stole siedzą cztery osoby, a nikły blask lampki
rzuca cienie na ich twarze. Mikuru kreśli coś zawzięcie na papierze, a Meiji
wskazuje na coś palcem. Chwilę później Kotaro zauważa coś, a kobieta poprawia
rysunek. Fumiya usłyszawszy mnie, podnosi się z miejsca. Reszta obecnych jest
zbyt zaaferowana planem by mnie zauważyć. Czarnowłosy wskazuje drzwi.
-
Wybacz, że cię wyganiam, ale jak już doszli do jakiegoś porozumienia to nie
chcę im przeszkadzać. – tłumaczy, trąc zmęczone oczy.
- Nie, nie. To ja przepraszam. – gestykuluję uspokajająco dłońmi. – Szefie, mam
prośbę. – mówię, patrząc się mu prosto w oczy. Mężczyzna milczy, wyraźnie
czekając, aż powiem coś więcej. – Moglibyśmy wziąć jeszcze na patrol obecne
godziny Suzukiego i Natsu?
-
Teoretyczne tak, tylko… Tokaji też chce? – pyta zdziwiony.
-
Teraz tak. – rzucam zdawkowo, unikając jego wzroku. Fumiya wybucha śmiechem i
czochra moje rozburzone, czarne włosy.
- Niech wam będzie. I tak pewnie już tam śpią. – śmieje się jeszcze. Po chwili
poważnieje. – To dość nagłe. Coś się stało? – pyta, obserwując mnie bacznie.
Milczę
przez chwilę. Zastanawiam się czy mówić mu o moich złych przeczuciach czy nie.
W końcu gdy cisza między nami staje się zbyt długa, wzdycham.
- Nic ważnego.
Szef
lustruje mnie swoimi czarnymi oczyma jeszcze kilka sekund, po czym również
wzdycha, postanawiając nie dążyć tematu. Przybiera formalny ton.
-
Niech ci będzie, Ichigo. Przejmijcie ich godziny. A jakby jakaś podejrzana
grupka osób się pojawiła, nie wszczynaj alarmu. To zapewne nasi, Tokaji ich
rozpozna.
-
Przyjęłam.
Fumiya
salutuje mi lewą ręką, a ja uderzam pośpiesznie 2 razy w serce. Wchodzi
ponownie do biura, gdzie toczy się zażarta dyskusja dotycząca spraw wojennych. Mężczyzna związuje włosy w kucyka, przygotowując się na kolejną bezsenną noc z
towarzystwem najinteligentniejszych ludzi w całym Kaminari.
***
Dochodzimy
powoli do umownego punktu obserwacyjnego z Tokajim. Wokół nie ma żywej duszy, a
pojedyncze latarnie ledwo oświetlają otaczające je budynki.
Miejsce patrolu
znajduje się kilka budynków dalej, na szczycie 10-piętrowego budynku, z którego
idealnie widać całe nasze terytorium.
Przemykamy
w milczeniu przez klatkę schodową na sam dach.
W
pierwszej chwili Natsu zrywa się, dobywając miecza, ale gdy nas rozpoznaje
wypuszcza ze świstem powietrze. Od razu też sprawdza godzinę, a widząc dopiero
cyfrę 3, marszczy czoło. Obok niego oczy przeciera zaspany Suzuki.
-
Co wy tu robicie? – pyta podejrzliwie Natsu.
-
Przyszliśmy was zmienić. – oznajmia znudzonym tonem Tokaji.
-
Ale jest dopiero trzecia… - mężczyzna nadal patrzy się na nas podejrzliwie.
Suzuki, który zdążył już podnieść się na nogi, trzepnął go z całej siły w
ramię.
-
Zmienić nas chcą szybciej, a ty marudzisz. – rzuca z oburzeniem, posyłając mi
łobuzerski uśmiech. Tłumię śmiech, więc wychodzi tylko zduszone prychnięcie.
-
Ała, Suzuki! – Natsu w odpowiedzi dźga przyjaciela ramieniem w żebra. – No
niech wam będzie. Ale to dziwne. Czy coś się stało?
-
Ichigo się stała. – mruczy obrażony czarnowłosy, krzyżując ramiona. W jego ust
wydobywa się para, świadcząca o niskiej, grudniowej temperaturze. Posyłam mu
nienawistne spojrzenie.
Suzuki
z Natsu prychają śmiechem. Suzuki każe starszemu koledze już iść.
-
I tak pozwoliłeś mi przespać większość tej warty, więc idź spać. Wapniaki muszą
dużo spać. – po ostatnim słowie czarnowłosy wystawia język. Starszy prawie 10 lat kolega przewraca oczami
i rzuca 20-latkowi walkie-talkie.
-
Powiadom bliźniaczki. – rzuca na pożegnanie, ziewając przeciągle. – Dobranoc. –
i znika w środku budynku. Machamy mu z Suzukim na pożegnanie. Bursztynowooki wyciąga
antenę z krótkofalówki.
-
Halo, halo tu Punkt 2. Punkt 1 zgłoś się. Powtarzam. Tu Punkt 2. Punkt 1 zgłoś
się. Odbiór.
Czekamy
kilka sekund, po czym z krótkofalówki wydobywa się szumiący dźwięk i odzywa się
jedna z bliźniaczek – Miyoko zapewne. Obie mają strasznie podobne głosy, a
rozróżnić można je jedynie dzięki stronie, po której wiążą kucyka.
-
Przyjęłam. Tu Punkt 1. – zaczyna oficjalnie, po czym przechodzi na zwykłą
pogawędkę. – Czego chcesz Suzuki? Obiór.
-
A, to tylko Suzu-chan. – rozlega się w tle głos Miyako.
-
Przyjąłem. Zmieniają nas teraz Ichigo i Tokaji. Odbiór.
Z
drugiej strony panuje milczenie. Kiedy chłopak ma już powtórzyć rozlega się
głośny jęk, mieszający się drażliwie z szumem krótkofalówki.
-
To jest niesprawiedliwe!!!
-
Odbiór?
-
ODBIÓR, KURNA! Karaluchy pod poduchy, Seizo!
Czarnowłosy
wycisza dziewczyny i podaje mi urządzenie. Loki opadają mu na zaspaną twarz.
Uśmiecha się krzepiąco, w podskokach odchodząc od nas. Rzuca jakiś tekst na
pożegnanie w moim kierunku, całkowicie ignorując Tokajiego.
Zajmujemy
miejsca i zaczynamy obserwować otoczenie.
Wolę
poczekać z rozmową, aż Tokaji się odfochnie. Nie mam natchnienia na dociekliwe
uwagi, zwłaszcza, że niepokój po koszmarze wcale nie zmalał. Mogę nawet rzec,
że się spotęgował. Na całe szczęście niska temperatura działa na mnie kojąco i
rozjaśnia mi powoli myśli. Przynajmniej pozwoli mi poukładać wszystko nim
zacznę mówić.
Rzucam
spojrzenie na Tokajiego. Wpatruje się pustym wzrokiem w jakąś ulicę, na której
nic nie ma. Nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi. Zimowy wiatr rozwiewa mu
niepoukładane włosy, odsłaniając od czasu do czasu zakryte grzywką oko.
Ciekawe
o czym on myśli. W końcu nie protestował za bardzo gdy poprosiłam go o wzięcie
dłuższej warty. Ani o trening. W sumie nigdy za bardzo nie protestował. Czyżby
miał jednak tą dobrą, ciepłą stronę?
Wzdycham
cicho i również zaczynam obserwować ulicę. Minuty się ciągną niemiłosiernie, a
ja usiłuję skupić się na tym co się dzieje. Tylko, że nic się nie dzieje, w tym
sęk, a moje myśli znów schodzą na inne tory.
Ciekawe
co u Tsuneariego?
Marszczę
brwi. Czemu akurat o nim pomyślałam? Kręcę głową i patrzę się na rozjaśniające
się powoli niebo.
Jakby
się tak nad tym zastanowić to nie ma go już 3 miesiąc. Ciekawe czy pojawi się
tak jak zniknął – niespodziewanie i nagle. Mam nadzieję, że wróci na święta.
Albo chociaż przed nowym rokiem.
Nie
rozumiem za bardzo dlaczego gdy nie mam o czym myśleć, jego imię wkrada się w
moje myśli. Ayako zawsze się chytrze uśmiecha gdy o nim wspominam, a ja nigdy
nie pojmuję dlaczego. Z Tsu łączą mnie dość… skomplikowane więzi, jeśli tak
można nazwać początek naszej znajomości.
Tsuneari.
W
sumie to piękne imię.
Ten, który niesie płomienie.
Płomienie.
Blednę,
a serce przyśpiesza. Zaciskam dłoń na krawędzi gzymsu, na którym siedzę by nie
spaść. Tokaji posyła mi urywane spojrzenie, ale gdy orientuje się, że nic się
dzieje, powraca do melancholijnego trybu obserwacji. A ja mam wrażenie, że
eksploduję od natłoku myśli.
Niemożliwe.
Niemożliwe. Niemożliwe.
Ten
ogień nie może odnosić się do imienia Tsu. W życiu. Przecież nic mu nie jest.
Na pewno nic mu się nie stało. Przecież to Tsu. Mu nigdy się nic nie dzieje. Wiedziałabym gdyby coś się wydarzyło.
Poczułabym coś. Umysł płata mi głupie żarty i figle.
Tylko
dlaczego akurat on?
Nie
mogłam, albo raczej nie umiałam dopuścić do myśli instynktu. Instynktu, który
mówił mi, że nasza relacja rozkwitnie.
Nie
byłam pewna tylko w jaki sposób.
***
Zza strzelistych budynków Tokio przebiły się
pierwsze promienie słońca, leniwie oświetlając wszystko dookoła. Razem z
Tokajim podnieśliśmy się z miejsc jak na komendę. Rzuciłam mu wściekłe
spojrzenie, które sparował równie złym. Mimo to podeszliśmy do gzymsu od strony
wschodniej, chcąc obserwować grudniowy świt.
Gdzieniegdzie
zalegał śnieg, choć prawdziwej śnieżycy jeszcze w tym roku nie było.
Temperatura utrzymywała się cały czas poniżej zera – z ust wydobywały się
rozległe obłoki pary.
Staliśmy
nieruchomo, wpatrzeni w wschodzące Słońce. Promienie rozjaśniały nasze
identyczne kruczoczarne włosy i odbijały się w oczach – moich granatowych, jego
czarnych.
Nie
miałam zbyt emocjonalnej miny. Przez resztę nocy dręczyło mnie to co zwykle.
Nic nie pomogło towarzystwo Tokajiego. Głos mówiący, że jestem potworem był tak
samo głośny jak co nocy. I jak co nocy, przed oczami stawały mi obrazy martwych
ciał. Zabitych przeze mnie.
-
Ne, Ichigo… - Tokaji przerywa niepewnie ciszę panującą między nami. Patrzy się
nadal przed siebie, więc nie widzę wyrazu jego twarzy, ale w tonie głosu nie
wychwyciłam żadnej złośliwości.
-
Tak? – odpowiadam cicho, również uporczywie patrząc się przed siebie.
-
Co takiego ci się śniło?
Prostuję
się nagle, posyłając mu wrogie spojrzenie. On w końcu odrywa wzrok od słońca i
unosi pytająco brwi.
-
No co? – pyta.
-
To, że nie myślałam, że sam zaczniesz temat. – prycham. Z ust wydobywają się
obłoczki pary.
-
A co, kurna, myślałaś, że dałem się wyciągnąć z tego powodu o 3 rano na
6-godzinny patrol i nie będę ciekawy? –
odgryza się, uśmiechając się kpiąco.
W
odpowiedzi tylko spuszczam wzrok i milczę. Czuję baczne spojrzenie chłopaka na
sobie, ale na całe szczęście cierpliwie czeka.
Teraz
nie rozumiem dlaczego akurat jego o to poprosiłam.
Ta,
Ichigo, przekonuj się, że nie rozumiesz.
Przekonuj,
przekonuj. Tylko to nic nie da.
Prawda
jest taka, że w jakiś niewyjaśniony sposób mu ufam. Nie, że nie wyda tajemnicy.
Jest silny, więc wierzę, że da radę sobie z moimi problemami. Ayako i tak ma
wystarczająco dużo zmartwień na głowie, Taki jest zbyt empatyczny, od razu by
rzucił wszystko i chciał pomóc, a Ryu ma tyle na głowie, że nie dołożę mu
kolejnej sprawy.
-
Wiem, że to głupio zabrzmi, ale... – zaczęłam niepewnie, lecz z każdym słowem
mówiłam śmielej i szybciej. W końcu nawijałam mu o tym koszmarze z różnymi
alternatywami, wolnej woli, zmarłych. I na końcu o tym niepokojącym pożarze.
Tokaji
milczał przez cały czas mojej opowieści i po jej końcu również. Patrzyłam się
na niego z wyczekiwaniem, sądząc, że postara się o jakąś mądrą wypowiedź. Chłopak patrzył się to na mnie, to na wschód słońca. Światło zarysowywało mocno
ostre rysy jego twarzy.
-
Wiesz Ichigo… - zaczął w końcu, trąc dłonią kark. – Sądzę, że to tylko koszmar.
Po prostu się boisz. – patrząc prosto w oczy.
Spojrzałam
na niego wyczekująco, miażdżąc praktycznie granatowymi oczyma. Chłopak
minimalnie się wzdrygnął.
-
Naprawdę tak uważasz?
Odwrócił
wzrok.
-
Naprawdę. – odparł.
Wiedziałam,
że doszedł do jakiegoś wniosku, z którym nie chciał się ze mną podzielić, lecz
nim zdążyłam się jeszcze czegokolwiek dopytać, zza zakrętu wyłoniło się kilka
sylwetek. Automatycznie sięgnęłam do broni, ale Tokaji tylko machnął na mnie
ręką.
-
To nasi. – wytłumaczył. – W końcu.
-
Te ‘’podejrzane typy’’, od których nie miałam wszczynać alarmu?
-
Ci sami.
-
Ja ich w ogóle kojarzę?
-
Minęliście się kilka razy. To starsi weterani, trochę już wyszli z wprawy i
pracują jako prywatni skrytobójcy. Chyba przyjdą się zameldować do nas. –
dodał, wychylając się przez dach.
Po
kilku minutach zza drzwi od strychu rozległo się pukanie i na dach weszły
cztery osoby – 2 mężczyzn i 2 kobiety. Pierwszy i wyraźnie najstarszy
zasalutował lewą ręką, uderzając się potem dwa razy w serce prawą pięścią. Typowe pozdrowienie Kaminari.
-
Meldujemy się, Kosai-kun! – zawołał. Przeniósł swe oczy na mnie, a ich szara
barwa przeszyła mnie na wskroś. – I… Kanegawa-san? – zawahał się, ale gdy
kiwnęła potwierdzająco głową, uśmiechnął się.
-
Przyjąłem. – Tokaji również zasalutował. Po chwili pozwolił sobie na chytry
uśmieszek. – A kto mówi?
Mężczyzna
zmrużył oczy, patrząc się spode łba na chłopaka.
-
Keizo Iwasaki. A ze mną jest Masazumi Murasaki – powiedział wskazując na
towarzyszącego mężczyznę. – Oraz Kei Iwasaki oraz Shiori Sanda.
-
Oddelegowano. – oznajmił czarnowłosy. – A gdzie reszta?
-
W punkcie numer 1. Yutaka Okano oraz Itaru Noda. – wymienił jeszcze nazwiska
dwóch mężczyzn. Od ilości nowych imion i twarzy zawirowało mi w głowie. – A
teraz jeśli pozwolisz, ruszymy do bazy.
-
Hai, hai. – Tokaji machnął na nich ręką, a ja odprowadziłam skrytobójców
wzrokiem. Wkrótce grupa sześciu osób zmierzała raźnie w stronę zabudowań
Kaminari.
***
Carmen siedziała w swoim pokoju na łóżku.
Niepościelona pościel i porozpruwane poduszki leżały wokół niej, a ona kryła
głową między nogami. Sypialnia była w nieładzie od dłuższego czasu jednak nie
mogła zebrać się na to by jakkolwiek to ogarnąć. Porządek nie pasował do tego
miejsca.
Rozległo
się ciche pukanie, po czym drzwi donośnie skrzypnęły. W szparze pojawiły się
tak znajome dla niej czarne tęczówki. Brązowowłosy wszedł do pokoju.
-
Carmen? – powiedział cicho. Spojrzała na niego pusto i odwróciła wzrok. Nie
miała siły się na niego patrzeć.
-
Carmen? – powtórzył już pewniej. Zrobił kilka kroków w jej kierunku. Przez jego
plecy przewieszony był miecz, który pobrzękiwał złowróżbnie przy każdym ruchu. Na
sam jego widok się wzdrygała. Za każdym razem. Zawsze.
Dziewczyna
wzięła głęboki, cichy oddech, chcąc by jej głos zabrzmiał pewnie i beztrosko.
Wlepiła wzrok w zabite do połowy dechami okno.
-
Słucham. – ton jej głosy był oziębły, lecz po policzku słynęła pojedyncza łza. –
Szlag by to. – mruknęła jeszcze, przygryzając dolną wargę, by podbródek jej się
nie trząsł.
Jej
brat nic nie powiedziawszy usiadł obok niej na łóżku. Trwali tak przez chwilę –
ona powstrzymując płacz, wgapiona w okno, a on patrzący się wściekle w sufit. Z
rodzeństwa w końcu zabrała głos Carmen.
-
Brakuje mi rodziców… - powiedziała drżącym głosem, zduszonym do granic
możliwości, byleby tylko nie wybuchnąć płaczem.
Camilo
milczał. Nie odgarniał włosów z oczu, jedynie zaciskał mocno szczęki. Dłonie
powoli zwijały się w pięści. Dziewczyna spojrzała na niego przepraszająco, choć
nie mógł jej dostrzec. Wiedziała, że ten temat był zbyt drażliwy.
-
Przepraszam – mruknęła tylko, ocierając łzy grzbietem dłoni. Wtem poczuła silny
uchwyt na nadgarstku. Ciepłe, czarne oczy brata patrzyły się na nią wyzywająco.
Hiszpanka skrzyżowała z nim spojrzenie.
Chłopak
utrzymywał kontakt wzrokowy przez kilka sekund, czekając na odpowiedni moment
by coś powiedzieć. I już otwierał usta, gdy usłyszeli jakieś krzyki za oknem, a
potem szczęk stali. Puścił siostrę, a ona podbiegła do okna, patrząc przez
szczeliny między deskami.
-
To tylko Toshiyuki się z kimś pokłóciła. – wyjaśniła krótko, przysiadając ponownie
obok brata. Patrzyła na niego wyczekująco, lecz 20-latek nie podjął spojrzenia.
Opierał przedramiona na kolanach, wpatrując się w podłogę.
-
To ja… przepraszam… - wydusił w końcu. Spojrzał na nią kątem oka, a gdy ujrzał
ten ciepły uśmiech, który ostatnio tak rzadko gościł na jej twarzy, skierował
wzrok w innym kierunku.
Carmen
zaśmiała się cicho i poczochrała włosy bratu. Po chwili wahania przysunęła się
do niego i przytuliła. Był dużo bardziej barczysty od niej, więc prawie leżała
na jego plecach.
-
Carmen, przepraszam… Przyszedłem tu żebyś poczuła się lepiej, ale… Nie potrafię…
- mówił cicho, urywanie. Brązowowłosa pogładziła po delikatnie po włosach.
-
Spokojnie, Camilo… Nic mi nie jest tylko… - tu zawahała się. Odwróciła czarne
oczy od brata, patrząc się poważnie w przestrzeń. W końcu westchnęła,
przerywając kaskadę wspomnień i wybrać to co było dla niego oczywiste. – Tylko,
ta cała wojna… przerasta mnie…
Camilo
naprężył mięśnie, a dziewczyna odsunęła się trochę, pozwalając się mu wyprostować.
Chłopak złapał ją za ramię, ściskając lekko i sprawiając tym samym by na niego
spojrzała.
-
Nie martw się tym, Carmen. – powiedział pewnie. Jego donośny głos rozebrzmiał
nikłym echem wśród ścian pokoju.
Dziewczyna
mimowolnie ogarnęła spojrzeniem swoje mieszkanko. Na środku stało duże łóżko z
wymiętą kołdrą i rozprutymi poduszkami. Gęsie pióra walały się po zwykłej
drewnianej podłodze, a białe ściany przytłaczały ją pustką z każdej strony. W
rogu pokoju stała komoda, a zaraz nad nią znajdowało się okno, zabite w połowie
deskami, a jedynym źródłem światła były niewielkie szczeliny między nimi.
Camilo
lekko nią szturchnął. Znów spojrzała na brata.
-
Teraz jest koniec roku i nawet Jishin musi niektóre sprawy pozałatwiać. Choć to
poniekąd najlepszy czas do ataku, Igarashi nie pozwoli narażać się władzom z
niewypełnionymi papierami. – tłumaczy pewnie. – Spokojnie do końca stycznia nic
wielkiego się nie wydarzy. – dodaje jeszcze na koniec.
-
A później?
Chłopak
jest wyraźnie zbity z tropu. Siostra patrzy się na niego pusto.
-
A później co? – powtarza za nią brązowowłosy. Carmen na te słowa odwraca wzrok
w stronę okna, wlepiając czarne oczy w prześwitujące bladoniebieskie, grudniowe
niebo.
-
No właśnie.
Chłopak
przez chwilę milczy, analizując odpowiedź siostry. Gdy w końcu prawdziwość tego
do niego dociera, wstaje z miejsca. Carmen nawet nie drgnęła na ten ruch.
Camilo patrzy się jeszcze przez chwilę na nią, ale wie, że nic więcej co
mogłoby podnieść ją na duchu nie zdoła wykrzesać.
Stając
przed drzwiami zastanawia się czy czegoś nie powiedzieć, ostatecznie wydobywając
z siebie głośne westchnienie i zamykając ostrożnie drzwi.
Na
korytarzu chłopak opiera się o drzwi do pokoju siostry, powoli osuwając się w
dół. Wyszczuty z emocji, wgapia się w pustkę.
Przepraszam,
Carmen. Nie umiem cię pocieszać. Nie umiem cię obronić. Nie umiem przywrócić nam
rodziców. Przyszłości. Przepraszam, że przeze mnie się tu znaleźliśmy.
Przepraszam, że jesteś moją słabością.
***
Yasuaki
Igarashi siedział już przy biurku o godzinie 3 nad ranem w swoim biurze. Wybita
przed prawie 2 miesiącami szyba została wstawiona ponowie, znów nadała klimatu
oszklonemu pomieszczeniu. Szef Jishinu pisał coś leniwie w notatniku, a obok
niego leżała stera papierów do wypełnienia.
Okres
końcowo-roczny może i był dla większości organizacji czasem ogólnego
zawieszenia broni i odpoczynku, lecz dla szefów była to masa formalności i
papierów dla władzy. Uregulowanie zniknięć, zgonów, większych kradzieży, ataków
na większą skalę. Jeśli organizacje się z tego nie wywiązywały kończyło się najczęściej
nieprzyjemnie. Wszyscy pamiętają co stało się z ‘Hiraki’ pod koniec roku 7 lat
temu.
Niebiesko-włosy
prychnął.
Świat
schodzi na psy, pomyślał. Żeby ci ‘dobrzy’ ludzie, po których dzwonimy z
nadzieją, współpracowali tak nikczemnie z tymi ‘złymi’. Chociaż to też wina samych
ludzi. Jak można być tak głupim i nie wykryć tego przez dziesięciolecia.
Winda
wydała mroczne ‘ding’ i otworzyła z łoskotem drzwi. Mężczyzna w niej stojący skrzywił
się na te ostre odgłosy, wchodząc spokojnie do pomieszczenia. Widna zamknęła z
trzaskiem drzwi i z jękiem pomknęła na dół.
-
Mam nadzieję, że masz dobry powód by przychodzić do mnie o trzeciej z rana,
Kijuro Harada. – powiedział na przywitanie szef.
Mężczyzna
wyprostował się, a miecz przewieszony przy jego boku błysnął w niknącej
poświacie dochodzącej z lampy. Był środek grudnia, a do świtu jeszcze daleko.
-
Igarashi-sama – ukłonił się, a jego pofarbowana na bordowo szopa włosów
rozburzyła się niemiłosiernie, całkowicie zakrywając piwne oczy. – Mam pewien
plan. – oznajmił dumnie.
-
Ojej. Kto by się spodziewał tego po strategu, co? – rzucił sarkastycznie.
Kijuro
podszedł już trochę spokojniej do biurka szefa. Mimo iż ‘’Żywa Śmierć’’ był
najbardziej skutecznym skrytobójcą na terenie całego Tokio, strateg wiedział na
ile nonszalancji może sobie pozwolić. Zwłaszcza, że gdyby mu się coś stało
dowódca miałby na głowie Toshiyuki – a jej nawet on się bał.
-
No więc, Harada? – rzucił mało entuzjastycznie na zachętę.
-
No więc… Czy pamięta pan Tachibanę z Tateyamy?
-
Tego co miał córkę w szpitalu prywatnym? – upewnił się Igarashi.
-
Nie, nie ten. Ten ze szpitala psychiatrycznego. – wyjaśnił Kijuro.
-
Weź człowieku mów od razu, a nie. Jak mu tam było… Ichiro?
-
Tak, o tego mi chodzi. On wisi nam przysługę nieprawdaż? – mężczyzna uśmiechnął
się chytrze, a w jego piwnych oczach zatańczyły ogniki. – Dość sporą przysługę.
– dodał, prychając śmiechem.
-
Kontynuuj. – niebiesko-włosy wyprostował się na fotelu i wpatrywał się chłodno,
lecz z dozą zainteresowania, w swojego podwładnego. Kijuro uśmiechnął się
jeszcze chytrzej, ukazując przy ty swojego złotego zęba. – Brzmi interesująco.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz