Rozdział 23
Gdzie kończy
się człowiek, a zaczyna zabójca
Drażniący
dźwięk tłuczonego szkła pobudza wszystkie moje zmysły. Kolory nabierają
kontrastu, szum wiatru uderza w moje uszy nagle, a wszystkie zapachy mieszają
się w jedno.
Nim
Ayako zdąży cokolwiek wykrzyknąć, zaciskam dłonie na rękojeści i wbiegam do
środka. Wyczuwam na sobie zdziwione spojrzenie Tokajiego… i pełne jakby
uznania. Taki patrzy się prosto na mnie, nie mogąc uwierzyć co widzi, a Ayako
stoi z opuszczonymi rękoma, z rozmytymi szarozielonymi oczami.
Nie
patrzcie się tak na mnie, błagam.
Odrzucam
od siebie myśli i gwałtownie wbiegam do środka.
Przy
dużej wystawce stoi pierwszy student. Zastygł w bezruchu, trzymając oburącz
tacę ze świeżymi wypiekami. Jest jakoś 2 razy ode mnie starszy i większy, a
mimo to jego wielkie, przerażone oczy pobudzają mnie. Krzyżuję z nim wzrok. On
napotkawszy moje mordercze, granatowe oczy, otwiera usta, usiłując krzyknąć. Lecz nim to zrobi, płynnym ruchem wyciągam miecz, podbiegam i zadaję
przeciągłą, głęboką ranę, od serca po brzuch.
-
Ucie… - zdąży się jeszcze wydobyć nim potok krwi zaleje mu usta. Osuwa się na
ziemię, cały czas wlepiając we mnie spojrzenie.
A
ja stoję nieugięta dopóki życie w jego oczach nie zgaśnie.
Kątem
oka zauważam, że Tokaji również wszedł do środka. Stoi nonszalancko przy
pozostałościach wejścia i obserwuje mnie z tym chytrym uśmieszkiem. Miecz
opiera swobodnie o ramię. Mimowolnie poprawiam chwyt na rękojeści, ale nim
zdążę cokolwiek do niego powiedzieć, drzwi od zaplecza otwierają się na oścież.
-
Miko, co ty do jasnej…! – blondwłosy mężczyzna zaczyna krzyczeć, ale gdy
napotkał nas na drodze swojego spojrzenia blednie nagle. Krzyżuje ze mną wzrok,
a ja napinam wszystkie mięśnie. Facet robi pół kroku do tyłu, nabierając
powietrza. – Chłopaki, mamy problem!!! -
wrzeszczy w panice.
Nim
zdążę przebić mu gardło, słyszę poruszenie. Blondyn nie zdążył się zorientować,
że nie żyje. Z tyłu jego karku wystawało moje ostrze, a jego kumple patrzyli
się na to zdziwieni. Zapanowała całkowita cisza. Ciało mężczyzny opierało się
mieczu, a że był wyższy nie widziałam co działo się za nim. Pchnęłam go by padł
na plecy.
I
dopiero wtedy zaczął się chaos.
Pozostali
trzej, którzy mieli pecha być w środku zaczęli krzyczeć coś w panice, rzucając
się na wszystko co mieli pod ręką. Korciło mnie by przez chwilę rozkoszować się
zaistniałą sytuacją, ale nim moje sumienie doszło do głosu, w drzwiach minął
mnie Tokaji.
-
Nie tarasuj przejścia, Ichigo! – zawołał do mnie, przekładając broń nad siebie
i z wyskoku lądując na najbliższym facecie. Trzymał przed sobą obrończo
drewnianą tackę, ale ostrze z łatwością je przebiło i zagłębiło się w ciele.
Krew obryzgała ściany.
-
Dzwoń na policję! – krzyknął jeden z nich.
Skierowałam
się powolnym krokiem w stronę tego trzeciego. Wykręcał szybko numer, modląc się
pod nosem by zdążyć. Po sekundzie zorientował się, że nie ma sygnału. Odwrócił
się, cały spocony ze strachu i zobaczył jak kręcę przeciętym kablem kółka w
powietrzu.
-
Żegnam. – mówię z uśmiechem i rzucam kablem w jego stronę. Kabel obkręca się
wokół jego szyi, a nim zdąży za niego złapać, mocno ciągnę. Mężczyzna krztusi
się i upada pod moje stopy. Jego jasne oczy napotykają moje, w których nie ma
cienia uczucia. Wbijam mu miecz prosto w serce.
Umarł
niczym paskudny robak.
Potrząsam
głową na tą myśl, zacieśniając chwyt na ostrzu. Widzę efekty treningu z
Tokajim. Przygotowuję się by zaatakować ostatniego, ale widzę, że czarnowłosy
szykuje się do ataku. Ostatni patrzy się na ciało przyjaciela z przerażeniem,
przenosi na chwilę wzrok na mnie, potem znowu na zwłoki.
-
Nie, Marco! – wykrzykuje, wyciągając dłoń w naszym kierunku. Kątem oka zauważa
jak śmiercionośne ostrze zbliża się do jego głowy. – Nie…!!! – wykrzykuje tylko
i pada na ziemię, w kałuży krwi.
Tokaji
posyła mi triumfujący uśmiech.
- 3
do 2 dla ciebie, Ichi. Jak na razie.
Posyłałam
mu urywane spojrzenie. W jednej chwili zrywamy się do biegu. Nawet nie wiem,
czemu z nim rywalizuję w takiej nieludzkiej grze.
Gdy
wypadamy nagle na sklep, zauważam plecy Takiego w pomieszczeniu służbowym.
Trzyma miecz oburącz przed sobą, a pod nim kuli się ostatnia ofiara naszej
misji. Chłopak się wacha.
-
Będzie remis! – woła radośnie Tokaji, biegnąc w stronę okularnika.
Taki
na to zawołanie odwraca się i nieoczekiwanie wybija z dłoni miecz
czarnowłosego. Tokaji, kompletnie nieprzygotowany na taką reakcję posyła
niedowierzające spojrzenie towarzyszowi. Taki mrozi go wzrokiem.
-
Zdurniałeś!?
-
Ludzkie życie to nie zabawka, Tokaji – mówi blondyn z nienawiścią, a jego
chłodne, szare oczy wbijają się niczym sztylet w czarnookiego. Tokaji nie ulega
jego spojrzeniu.
- I
mówi to zwykły, płatny morderca.
Korzystając
z ich sprzeczki rozglądam się za Ayako. Stoi na zewnątrz i kryje nam plecy. Prycham pod nosem.
Nie
ważne czy masz łuk, czy miecz i tak kryjesz nam tyły, Ayako.
Podchodzę
powoli do chłopaków, nie chcąc by ze sprzeczki przeszli do rękoczynów. Ostatni
nadal kuli się metr dalej, zakrywając bezsensownie głowę rękoma. Ramiona mu się
trzęsą od płaczu. Wyczuwa na sobie moje spojrzenie i podnosi wzrok. Jego usta
poruszają się w niemym błaganiu.
Żałosne.
Odwracam
od niego obrzydzony wzrok i patrzę się na przyjaciela.
-
Kończmy to już, Taki – mówię chłodno. Blondyn posyła mi niezrozumiałe, smutne
spojrzenie, ale kiwa krótko głową. Spuszcza wzrok na podłogę i nie patrzy się
na mordowanego. Zwinnym ruchem posyła w jego kierunku sztylet. Krew obmywa
ściany.
Kiwam
głową w stronę chłopaków i kieruję się do wyjścia. Ayako od razu do nas
podchodzi, trochę zdziwiona. Patrzy się po nas niepewnie, unikając moje wzroku.
-
Dość… szybko… - zauważa. Jej oczy są puste.
- W
końcu to tylko cywile – zauważa czarnowłosy kpiąco. – Mógłbym ich załatwić sam
i nic by się nie stało.
- I
tak ja wygrałam – mówię cicho, a Ayako wzdryga się na te słowa.
-
Ichigo… - Taki wyciąga dłoń, chcąc dotknąć mojego ramienia, ale w końcu
rozmyśla się i podchodzi do dziewczyny.
Tokaji
patrzy się po nas z okrutnym uśmiechem. Wbijam wzrok w ziemię. Nie mogę
zrozumieć tej nieuzasadnionej bezlitosności jaką okazuję. Wiem, że zamartwiam
moich przyjaciół. Powinnam okazać chociaż minimalną cząstkę człowieczeństwa, a
nie robić z mordowania jakąś rywalizację. Wiem, to jednak nie mogę się oprzeć.
Żądza krwi we mnie buzuje.
Przepraszam,
Ayako. Przepraszam, Taki.
Chyba
nie myliliście co do mnie na początku. Jestem jak Tokaji.
Krwawa
i żądna zemsty.
-
Dobra, dobra, drużyno! – zawołał bez entuzjazmu czarnowłosy, wyrywając mnie z
przemyśleń. Podszedł do mnie z wyciągniętą dłonią. – Dobra robota. – rzucił i
przybił ze mną piątkę. Potem podszedł do chłopaka, który wykonał gest z
wyraźnym wymuszeniem.
Również
podeszłam do Takiego. Podniosłam dłoń w oczekiwaniu na niego. Blondyn spojrzał
na mnie poważnie zza okularów, a ja zamiast dostrzec oczekiwane wstrętu
wychwyciłam zmartwienie. Chłopak flegmatycznie przybił piątkę, mrucząc pod
nosem i spuszczając wzrok.
-
Tak, tak… dobra robota…
Zacisnęłam
zęby by nie dać po sobie poznać, że coś mnie rusza. Podeszłam do przyjaciółki z
pustym uśmiechem. Dziewczyna odwróciła się do nas plecami.
-
Nie podziękuję za taką robotę… - jej głos drżał, tak samo jak ramiona. Lekko
się zgarbiła, zaciskając wolną dłoń w pięść.
Coś
mnie ukłuło. Popatrzyłam się z bólem na przyjaciółkę, wyciągając w jej stronę
dłoń. Nim jednak zdążyłam dotknąć jej ramienia, dziewczyna podjęła ponownie.
-
Nie zniosę bezsensownego mordu niewinnych… - powiedziała łamiącym głosem, na co
tylko zacisnęłam mocno oczy. Błagam, przestań. Nie mów tego na głos. Błagam,
Ayako.
Wiem,
że Taki nie w brązowowłosą, lecz we mnie wlepia spojrzenia. Jego szare oczy
przyglądają się mi zagadkowo, próbując coś rozgryźć. Nim jednak okażę cokolwiek
więcej, podchodzi do nas Tokaji. Kładzie pokrwawioną dłoń na jej ramieniu.
Dziewczyna się wzdryga.
-
Żyj w ukryciu, zabijaj kogo każą i umieraj potępiony – mówi chłodno, nachylając
się do jej ucha. Ayako na te słowa wzdryga się i wyrywa z uchwytu, wlepiając
szarozielone oczy w chłopaka. – To nasze motto. Nie zapominaj o nim. I nie
usiłuj go zmienić. – mierzą się chwilę spojrzeniem. – Musisz je tylko
zaakceptować. – dodaje poważnie Tokaji i rusza spokojnym krokiem przed siebie.
Stoimy
w trójkę jak wmurowani. Ayako spuszcza wzrok, a ja z Takim patrzymy się na
siebie. Czarnowłosy poskąpił normalnego dla siebie dokuczania i po prostu
odszedł. Biorę głęboki wdech, prostując się. Kiwam głową przyjacielowi, a on
rusza żwawo za chłopakiem. Tnę powietrze ostrzem, a kropelki krwi rozbryzgują
się na chodniku, nim schowam je do pochwy. Ruszam w stronę Ayako.
-
Chodźmy. – mówię tylko, chwytając ją za nadgarstek i ciągnąc przed siebie.
Dziewczyna
z początku nie wie co robię i daje się pociągnąć do przodu. Po chwili odnajduje
mój krok idąc kilka sekund w milczeniu. Słyszę jej zdenerwowany oddech. Zamykam
oczy.
Do
bani ze mnie przyjaciółka.
Luzuję
uchwyt z nadgarstka, chwytając ją za dłoń. Ayako podnosi gwałtownie głowę ze
zdziwienia i mogę przysiąc, że na jej twarz wstępuje cień uśmiechu. Ściska
delikatnie moją rękę, na co również odpowiadam ściśnięciem. Dziewczyna uśmiecha
się szczerze, jeszcze raz ściskając moją dłoń.
Wiem,
że przynajmniej na krótką chwilę zasiałam w jej sercu spokój, że z jej
przyjaciółką jest wszystko w porządku i nie musi się martwic. Przynajmniej na
chwilę.
Doganiamy
chłopaków i kierujemy się bocznymi uliczkami w stronę Kaminari.
***
Siedzimy
na podłodze obok siebie, okryte dużym, grubym, wełnianym kocem. Naprzeciwko nas
znajduje się rozjarzony kominek, a ogień wesoło w nim tańcuje, co chwilę
skwiercząc i trzaskając, rozprowadzają wokół swoje ciepło. W dłoniach trzymamy
kubki z gorącą herbatą, parzącą nas w dłonie. Milczymy od dłuższej chwili.
Tego samego dnia zawitałam z Ayako w okolice jej
domu. Zostałam ulicę dalej by nikt mnie nie zauważył, a dziewczyna weszła załatwić
kilka spraw.
- Poczekaj tu,
proszę. To zajmie kilka minut. Nie zrozum mnie źle, ale nie chcę by Aki lub
Hiro domyślili się, że…
- Jasne,
jasne, rozpłynę się jak mgła.
- Dziękuje. Wiesz,
mają już po 11 i 10 lat. Wiedzą o świecie trochę więcej, a wolę oszczędzić im
zawodu na swojej ‘’starszej siostrzyczce’’. Nadal myślą, że mieszkam w
internacie… Dobra, muszę w końcu uświadomić ojca, że ma powstrzymać hazardowe
zapędy na kilka tygodni, bo nie mamy misji.
Ayako musiała długo się zbierać by powiedzieć o tym
rodzicom. W sumie, zmusiły ją w końcu
topniejące zapasy pieniędzy ze wcześniejszych misji.
- Wszystko gra, Ayako? – rzucam jakby od niechcenia.
Dziewczyna patrzy się na mnie chwilę nieodgadnionym spojrzeniem, po czym
wzdycha.
- Tak, tak… - mruczy, podpijając napój. – Tylko, że
nie do końca wierzę ojcu.
- Że nie narobi kolejnych długów? – upewniam się. Zielonooka kiwa głową.
- Po usłyszeniu, że wybuchła wojna, o mało co nie
zemdlał, ale to chwilowe. Jest tak prawie zawsze jak pod koniec miesiąca
przynoszę pieniądze. Cały czas słyszę szloch matki i zapewnienia ojca, że nie
dorobi mi kolejnych długów, że znajdą pracę i nie będę musiała ich wszystkich utrzymywać
w taki parszywy sposób. Że w końcu wrócę do domu. – na te słowa prycha sama do
siebie, podkulając kolana pod brodę. – Jakby sądzili, że z tego świata da się wyrwać
żywym.
- Ayako…
- Spokojnie, Ichigo. Nic mi nie jest, na serio. Po
prostu muszę pozrzędzić od czasu do czasu. – uśmiecha się do mnie. Nawet
powieka mi nie drgnęła. Dziewczyna
spuszcza wzrok. – Na ciebie też.
- Słucham?
- Na ciebie też powinnam pozrzędzić, wiesz? –
chichocze, a ja mrużę pytająco oczy. – Za tą całą dzisiejszą misję. Za
zachowywanie się jak Tokaji.
Opuszczam głowę, czując ucisk w klatce piersiowej.
Wiem, że choć Ayako mówi to żartobliwym tonem, w głębi serca naprawdę się o
mnie martwi. Nie dziwię się jej. Sama się o siebie martwię.
- Przepraszam. – mówię cicho.
Dziewczyna zarzuca mi ramię przez szyję i przyciąga
do siebie. Stykamy się głowami, a jej ramię lekko mnie przydusza. Mimo to
ciepło bijące od przyjaciółki daje mi ukojenie. Również się do niej przytulam.
- Nie przepraszaj, Ichigo. Po prostu… okazałam za
dużo empatii. Biorę zlecenia bardziej na… przestępców niż zwykłych cywili. –
mówi cicho, choć czuję, że nie pogodzi się tak łatwo z moim zachowaniem.
Na razie nie mam siły jej przekonywać, że wszystko
ze mną dobrze i żeby nie mówiła między wierszami, więc odsuwam się i uśmiecham
się. Nie wiem czy uśmiech jest przekonujący i szczery, ale Ayako rozpromienia
się lekko.
Odwracam od niej wzrok i wgapiam się w ogień.
Minął ponad miesiąc, zaczął się grudzień, a ze
strony Jishinu nic. Nawet nie odczuwamy dotkliwie wojny, pomijając ciągły stres
i oczekiwanie na atak. Dzień wlecze się za dniem, szarość za szarością. Sądziłam,
że to będzie przypominało wojnę jak z filmu. Nagłą, wybuchową, pełną akcji. Że
po kilku godzinach wszystko się rozstrzygnie. A tu kolejny tydzień i nic. Tylko
wykańczające napięcie.
- Śnieg… - zauważa cicho dziewczyna. Wyrywam się z
melancholii i podążając za jej wzrokiem dostrzegam wirujące płatki śniegu na
tle czarnego jak smoła nieba. Nagle coś mi się przypomina.
- Ayako… A co ze świętami?
- A co ma być? – brązowowłosa za bardzo nie rozumie
mojego pytania. – Przecież ich nie odwołamy, bo mamy jakąś wojnę. Ten tydzień
to najspokojniejszy tydzień w całym roku.
- Czyli jednak obchodzicie święta? – upewniam się,
wlepiając w nią osłupione spojrzenie. Niemożliwe.
- No tak. – potwierdza dziewczyna. – Wiesz, choinka,
prezenty, kolacja, kolędy, a potem impreza sylwestrowa. – dodaje z uśmiechem.
Wybucham histerycznym śmiechem.
Kubek upada na ziemię, a zimna już herbata wylewa
się na podłogę. Chwytam się za brzuch i przewracam się na plecy. Śmieję się w
głos, prawie płacząc. Ayako odsuwa się ode mnie, obserwując moją reakcję z
paniką. Wysuwa do mnie ostrożnie dłoń, ale nagle cichnę.
- Nigdy nie pomyślałabym, że organizacje morderców
będą obchodzić święta… - mówię cicho, wgapiając się pustym wzrokiem w sufit.
Oddycham ciężko, zmęczona atakiem śmiechu. Ayako patrzy się w przestrzeń.
- To może nie tyle co święta, tyle co… Coroczne
zawieszenie broni… - tłumaczy. Patrzę się na nią przez chwilę, po czym wstaję.
- Dobra, idę spać, bo jutro czeka mnie patrol.
Znowu. Dobranoc, Ayako.
- Dobranoc.
Jej zmartwione, szaro-zielone oczy odprowadzają mnie
do drzwi.
Kuźwa, miałam nie dokładać jej zmartwień.
Brawo, kuźde, brawo.
***
Ogień. Ogień. Wszędzie ogień.
Ciemny Las płonie.
Piekło stanęło w płomieniach.
Biegnę przed siebie, przeskakując co jakiś czas
ściany ognia. Krztuszę się dymem, podpalone gałęzie smalą mi włosy i twarz.
Czuję, że skóra jest obrzydliwie spalona w kilku miejscach. Mimo to nie
zatrzymuję się, słysząc, że moi prześladowcy nadal nie zrezygnowali.
Wybiegam na obszerną polanę, która powoli ze
wszystkich stron powoli zajmuje się ogniem. Jedynie przy Granicznym Strumieniu
jest trochę bezpiecznej przestrzeni. Rozglądam się na boki, gorączkowo myśląc.
Jasna cholera, jasna cholera, jasna cholera. Jasna
cholera!
W głębi lasu słyszę głośne przekleństwo z wyraźnym
niemieckim akcentem. James się zbliża. Jest źle. Bardzo źle.
- Siemka, Ichi!
Odwracam się gwałtownie. Z lasu jak gdyby nigdy nic
wychodzi haker. Jego kasztanowe włosy nie są ani trochę osmalone od ognia, a w
licznych kolczykach odbijają się złowrogo płomienie. Kieruje się w moją stronę
spokojnym krokiem.
- TY! – wrzeszczę, czerwona ze wściekłości. – YO ITO!
- Słucham! – odkrzykuje haker, mimo, że jesteśmy
zaledwie 3 metry od siebie. Patrzy się na mnie rozbawiony.
- Od kiedy, do kurwy nędzy, jasnej cholery, ten
pieprzony las da się podpalić!? – wydzieram się. Krew mi buzuje, a żądza mordu
rośnie z każdą chwilą. Jak na ironię, wszyscy tutaj zostali zamordowani przeze
mnie.
- No… Najwyraźniej od teraz. – wzrusza ramionami,
pękając prawie ze śmiechu. Urywa gwałtownie.
W jego czole tkwi ostatnia broń jaką miałam przy
sobie – srebrny sztylet. Rozszerza ze zdziwienia oczy, które zalewają się
krwią. Jednak jakimś cudem prostuje się, rozmazuje krew ręką i wyciąga sztylet,
oglądając go ze wszystkich stron. Rana powoli się zasklepia.
- Nie denerwuj mnie!!! Za chwilę spalę się żywcem! –
ciskam w niego spanikowanym tonem. Gniew powoli znajduje ujście w ciosie
zadanym Yo.
- Agresywniejsza się zrobiłaś. Tak trochę. – mówi spokojnie,
wyrzucając sztylet w płomienie. Patrzę jak pochłaniają go płomienie, po czym
posyłam mu wściekłe spojrzenie. On uchwyciwszy je, klaska pojedynczo. – I właśnie
o tym mówiłem!
- Nie pieprz! – karcę go, podchodzą do niego bliżej.
– Jak się, do jasnej cholery, obudzić! GADAJ. – chwytam go za koszulkę i
przyciągam. W moich granatowych jak nocne niebo oczach odbijają się płomienie.
- Woda. – wzdycha.
- Niemożliwe.
- A jednak.
Puszczam go i z błyskiem w oku, zrywam się przez
całą polanę. Ścieżka między szalejącą pożogą coraz bardziej się zacieśnia. Moje
łokcie raz po raz wpadają między ogień, ale
nie zwracam uwagi na ból. Pędzę tylko w stronę tego cholernego
strumienia, za którym jest bezpiecznie.
Nie bardzo rozumiem co tu się dzieje. Nigdy nie
mogłam przejść do Jasnego Lasu, Granica odbijała mnie z powrotem do moich
ofiar. Czyżby teraz miała się ulitować?
Nie, Ichigo, chwila.
Co mnie obchodzi strumień?
Wszystko się jara!
Schemat koszmaru się zmienił. Zazwyczaj po prostu
uciekałam przed oprawcami w niekończącym się lesie, a na koniec niebo pokrywało
się krwią, tak samo jak moja biała suknia i dłonie. A tym razem, gdy niebo
poczerwieniało, zaczęło padać. No i wszystko zajęło się ogniem.
Wyciągam dłoń przed siebie, będąc parę metrów od
upragnionej wody, gdy dotyka mnie nagłe złe przeczucie. Ten cały ogień coś
symbolizuje.
Ogień niosący
zagładę.
Kiedy słyszę w głowie cytat z biblii, zachłystnęłam
się dymem. Nim zdążyłam wyhamować i zapytać o coś Yo, wpadam boleśnie na Granicę.
I budzę się w swoim pokoju.
Zlana potem, wyciągam włosy z ust. Oglądam swoje
ręce, nogi. Wszystko w całości. Wydycham
z ulgą powietrze, łapiąc się za serce. Wali jak szalone, a w umyśle krąży chęć zabijania.
Patrzę się na zegarek. Do patrolu zostały 2 godziny. Dopiero wybiła trzecia nad
ranem.
- Ogień… Symbolika ognia… - mamroczę pod nosem,
wygrzebując się z łóżka. Kieruję kroki do szafy, wyciągam typowy ‘’uniform’’
dla Kaminari – brązowa lub szara koszulka i spodnie moro. – Wieczność? Nie. Miłość?
Też nie. Ochrona? Raczej nie. – szeptam pod nosem, usiłując przypomnieć sobie
symbolikę żywiołu. – Oby to nie… - mamroczę dalej, ale nagle staję
przypominając sobie coś bardzo złego.
Jasna cholera.
- Zło. – mówię głośno. – Ofiara. – ciągnę. –
Męczeństwo. – wyliczam. – Piekło. – muszę przytrzymać się ściany. Świat wiruje.
Błagam niech będzie coś jeszcze, odnośnie naszej
sytuacji, co nie zwiastuje rychłego Armagedonu. Błagam.
Niestety jedyne co mi przychodzi jeszcze do głowy to
‘ogień miłości’.
Szlag by to.
Zrzucam szybko stare ubranie, zakładając nowe. Przewieszam
pochwę z mieczem przez ramię, chwytam ulubioną czerwoną bluzę i wybiegam z
pokoju. Kroki kieruję w stronę mieszkania Tokajiego. Walić to, że jest 3 nad
ranem.
Potrzebuję się dotlenić. Szybko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz