Rozdział 33
Gdy
Tsuneari dostrzegł pierwsze sylwetki postaci w części Zachodniej, zatrzymał się
z westchnieniem ulgi. Taki i Ayako przystanęli za nim, rzucając sobie
zaniepokojone spojrzenia. Ich przyjaciel tylko się do nich odwrócił,
uśmiechając się.
-
Przykro mi, ale tu musimy się rozdzielić – oznajmił tylko i ruszył w przeciwną
stronę. Dwójka zabójców zastygła w bezruchu, trawiąc te słowa. Taki odzyskał
jasne myślenie jako pierwszy i chwycił chłopaka za ramię.
-
Chwila, Tsuneari! – syknął.
Brązowowłosy spojrzał na niego zdziwiony.
Rzadko kiedy wołali do niego pełnym imieniem. Wyrwał się delikatnie z uchwytu i
stanął metr od nich.
-
Taki, naprawdę mi się śpieszy… - zaczął, gdy wszyscy wokół milczeli.
-
Nie wątpię. – zmierzył go niebieskimi oczami. – Ale łaskawie poinformowałbyś
nas co dalej, panie dowódco… - ostatnie słowa wręcz wypluł.
Tsuneari
tylko westchnął.
-
Idę szukać Ichigo. – rzucił, spuszczając wzrok. – Hiroki dał mi 6 godzin. Meiji
was gdzieś przydzieli…
-
Chyba zdurniałeś. – głos blondyna był zadziwiająco chłodny. – Przecież szukanie
jej w pojedynkę jest… bezsensu.
-
Wcale nie jest – oczy Tsu zabłysnęły wściekle. – A teraz wybacz. Czas ucieka.
Chłopak
się odwrócił, nawet na nich nie spojrzawszy. Taki chwycił go ponownie, tym
razem z mniejszą delikatnością i szarpnął. Zmierzyli się wzrokiem.
-
Pogódź się z tym. Im szybciej oczyścisz umysł, tym lepiej.
-
Zamknij się, Taki. – warknął w odpowiedzi.
Blondyn
szarpnął nim i w końcu puścił jego kurtkę. Chłopak zachwiał się i zrobił parę
kroków do tyłu, patrząc się na niego z politowaniem. Taki, wychwyciwszy to
spojrzenie, zatrząsnął się ze złości.
-
Czy ty nie rozumiesz, że na wojnie nie ma miejsca na samowolkę!? – wycedził
gniewnie Taki. – Zwłaszcza, że opuszczają nas ludzie z czołówki! Sotomura-san,
Adachi-san, Tokaji… A teraz ty!? – podniósł głos.
- A
ty nie rozumiesz, że nie mogę jej tak po prostu zostawić!? – wrzasnął Tsuneari.
– Że nie jestem Tokajim i tak po prostu nie zostawię ją na śmierć!?
-
Ona już nie żyje! – głos blondyna załamał się, gdy wypowiedział te słowa.
Tsuneari
ruszył na niego. Chwycił przyjaciela za koszulkę i zamierzył się pięścią.
Zawahał się w ostatniej sekundzie, czując, że coś lekko uderza go w lewą pierś.
Puścił Takiego i spojrzał na Ayako.
Dziewczyna
przez całą ich rozmowę milczała, trzymając się na uboczu. W jej oczach
wzrastało coraz większe przerażenie i zmartwienie, a Taki przelał czarę. Stanęła po między chłopakami i uderzając lekko Tsuneariego pięścią w serce.
-
Ayako? – wypowiedział jej imię zduszonym głosem, bez śladu wcześniejszej
złości. Taki otrząsnął się i spojrzał na dziewczynę z bólem.
Powtórzyła
gest.
-
Uspokójcie się – szepnęła drżącym głosem. – Nie rozumiecie, że to mogą być
ostatnie słowa jakie ze sobą wymienicie? – nabrała większej pewności, ale jej
ramiona się zatrzęsły. – Przez stres wam odbiło. A zwłaszcza, że… że… - zacięła
się, uderzając raz po raz w serce brązowowłosego. – Że jej tu nie ma… - podniosła wzrok na Tsu.
-
Ayako… - powtórzył tylko, nie wiedząc co powiedzieć. Wyrzuty sumienia nasiliły
się, gdy zobaczył jej zapłakaną, zrozpaczoną twarz. Spojrzał kątem oka na
przyjaciela, który również miał ból w oczach.
- Pozwolę
ci iść. - powiedziała, świdrując go
zielonymi oczami. – Ale masz bez niej nie wracać. Jasne?
Skinął
głową, przygryzając wargę. Nie był w stanie wydusić z siebie czegokolwiek, więc
najpierw poczochrał niższą przyjaciółkę po włosach, a potem objął, uspokajając
jej spanikowane drżenie. Napotkał wzrok Takiego – widział, że już sobie
wybaczyli, ale wyszeptał bezgłośnie ,,Przepraszam’’.
Blondyn
poruszył wargami, układając je w ‘’Ja też’’.
Odsunął
od siebie przyjaciółkę i uścisnął krótko dłoń przyjaciela.
Po
czym, zduszając w sobie pożegnanie, odwrócił się i wbiegł w ciemność.
Odczekali
kilka sekund, po czym spojrzeli na siebie smutno, nic nie mówiąc. Taki podał
dziewczynie chusteczkę, na co uśmiechnęła się blado, lecz z wdzięcznością. Chwycił ją za dłoń i pociągnął w stronę lidera oddziału.
Gdy
napotkali Meijiego, gadał coś z wściekłością do odbiornika. Urządzenie
zatrzeszczało i zniekształcony głos Hirokiego powtórzył wytyczne. Czarnowłosy
tylko wcisnął odbiornik do kieszeni, powstrzymując się od ciśnięcia nim o
ziemię. Mako poklepała go krótko po plecach, dodając otuchy.
-
Dlaczego się tak złościsz? – spytała spokojnie.
-
Nie mamy nawet 30% pewności, że to prawdziwa informacja. – syknął. – Działają
tak samo lekkomyślnie jak 3 lata temu…
- A
jeśli to prawda, to będziemy mieli przewagę. – zauważyła.
-
Tsa, przewagę… - Meiji wywrócił oczami. – Układ ulic jest chujowy. To nawet nie
będzie walka – ponadziewamy się na ich miecze…
Ayako
wystąpiła krok do przodu.
-
Ekhem… - odkaszlnęła, by zwrócić na siebie uwagę. Odwrócili się od razu. – A o
czym mówimy? – zapytała, starając się zabrzmieć poważnie.
- Mamy
przegrupowanie. Podobno zaatakują o 5 na część Zachodnią i Południową. –
wytłumaczył zwięźle Meiji, mierząc ich wzrokiem. Zmarszczył brwi, myśląc nad
czymś przez chwilę intensywnie. – Taki znajdujesz się pod moim bezpośrednim
dowództwem. Ty Ayako specjalizujesz się w walce na długi dystans, więc idziesz
do Natsu Korube.
-
Czy rozdzielanie ich to dobry… - zaczęła niepewnie Mako, patrząc się na młodych
pustymi oczami. Choć jak zwykle nie okazała ani trochę emocji, same słowa wiele
znaczyły.
-
Mako… Znaczy Anzai-san – poprawił się Taki. Posłał im poważne, spokojne
spojrzenie. – Rozumiemy. Rozkaz to rozkaz – zasalutował wraz z dziewczyną.
Liderzy
odpowiedzieli tym samym i odprowadzili ich wzrokiem. Meiji od razu zajął się
studiowaniem planu ulic, ale widać było, że nie wymyśli nic sensownego. Mako
patrzyła mu się przez ramię, nie odzywając się słowem.
-
Myślisz, że dadzą sobie radę? – spytała niespodziewanie.
Mężczyzna
spojrzał na nią ze zmęczeniem.
-
To wcale nie są takie dzieci, Mako-chan…
-
Nie chodziło mi tylko o nich – poprawiła się rudowłosa. – Raczej o wszystkich.
Meiji
spojrzał jej przeciągle w oczy, starając się zawrzeć w tym geście wszystkie
słowa, których nie umiał wypowiedzieć, po czym ponowił czytanie planu miasta w
całkowitej ciszy.
Matsuki
przykrył nieprzytomną dziewczynę kolejnym kocem i posmarował maścią sparzony
policzek. Czarnowłosa nawet nie drgnęła, gdy kojący lek dotknął rany.
Brązowowłosy zacmokał z niepokojem, ale zgasił światło w swojej sypialni i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Na
jego widok Ryuji podniósł się z kanapy w salonie.
- I
jak? – spytał nonszalancko, choć rodzeństwo mordowało go wzrokiem od kiedy się
pojawił w mieszkaniu.
-
Ogólnie to w miarę stabilnie. – odparł. – Ma kilka poparzeń, jest wychłodzona i
nałykała się dymu. Za jakieś góra 2 godziny się ocknie.
Ryuji
pokiwał ze zrozumieniem głową i ponownie opadł na sofę. Trójka przyjaciół
patrzyła się na siebie z napięciem. Rzucali ukradkowe spojrzenia przybyszowi,
którego zdawało bawić ich zdezorientowanie. Gdy napotkał wzrok dziewczyny, uśmiechnął
się szelmowsko.
Matsuki
zacisnął dłonie w pięści, ale starał się zachować opanowanie.
-
No więc… - odkaszlnął. – Co ty, kurwa, odpierdzielasz, Kuno?
Czarnowłosy
wybuchnął śmiechem. Posłał mu mordercze spojrzenie, ale chłopak dopiero po
chwili się uspokoił i odpowiedział tym samym. Skrzyżował ręce na piersi i
omiótł wzrokiem zabójców.
-
Naprawdę nie musicie nade mną stać. – zapewnił kpiąco. – Zwłaszcza, że za
chwilę odbędziemy zapewne długą rozmowę.
-
Gadaj – syknęła Suzuko.
-
Tak, tak. – chłopak machnął dłonią. – No więc, co powiecie na rebelię?
Koszmar
zaczął się tak jak zwykle. Ocknęłam się na ziemi boso i w białej sukience. Od
razu zaczęłam się kierować przez sosnowy las, w dobrze znanym mi kierunku.
Dopiero
po chwili zorientowałam się, że coś w moich wspomnieniach nie gra.
Nie
pamiętałam, że zasypiałam, a ostatnie chwile były zasnute gęstą mgłą. Przedzierając się przez zarośla nie mogłam się skupić, a gdy już osiągnęłam
jakąś koncentrację, wpadałam na drzewo. W końcu jednak uznając, że na razie
nikt mnie nie ściga, zatrzymałam się, przykładając pięść do czoła.
-
Uspokój się i myśl. Uspokój się i myśl – szeptałam do siebie, licząc, że w tej
czarnej pustce zabłyśnie jakakolwiek myśl, której będę mogła się uczepić. –
Uspokój się i…
Cichy
trzask.
Urwałam,
podnosząc instynktownie głowę do góry, nasłuchując.
Kolejne
trzaśnięcie gałązki.
-
Cholera by to – syknęłam, zrywając się do biegu.
Nie
widziałam kto mnie goni, ale i tak nie byłam w nastroju do biegu. Rozkołatane
myśli błądziły po umyśle, a ja nie miałam wyboru tylko uciekać i uciekać. Z
moich ust wyciekła wiązanka przekleństw, kiedy drzewa zaczęły się przerzedzać,
informując, że za chwilę ujrzę Granicę.
Gdy
zbliżałam się już do końca lasu, przygotowywałam się na walkę. Wiedziałam, że
będzie ona tak samo okropna jak poprzednie. Ale na jedno nie byłam przygotowana
– na zaciągnięcie mnie na drzewo.
Z
moich ust wyrwał się krótki okrzyk, szybko zduszony czyjąś dużą dłonią. Zamrugałam zdziwiona, gwałtownie rozglądając się na boki. W jednej sekundzie
byłam kilka metrów niżej. W końcu oprzytomniałam i spojrzałam na mojego
prawdopodobnego wybawcę, czując, że nie wbija mi jeszcze sztyletu w plecy.
Mina
mi zrzedła.
-
No dzięki – mruknął Yo, puszczając mnie.
Rozmasowałam
nadgarstki, obserwując go cały czas. Oparłam się o pień drzewa, podczas gdy on
balansował na spróchniałej gałęzi niebezpiecznie blisko końca. Skrzyżował ręce
i popatrzył się na mnie z konsternacją.
-
No o co ci chodzi? – zapytał zdziwiony.
-
Jakoś rola bohatera nie przypada ci w moich snach – zauważyłam.
Nadal
nie spuszczałam go z oczu. Czekałam na
jeden fałszywy ruch. Ale on tylko machnął ręką, uśmiechając się z pokpiwaniem.
- Ta, jasne. Chciałabyś – prychnął z wyższością. – Mam w tym swój interes.
-
No oczywiście – rzucił z udawanym zrozumieniem. – Przecież teraz będziesz mnie
wydawać wedle swojego widzimisię. – uniosłam prowokująco jedną brew do góry.
- Wiesz…
To by nie było takie złe… - zastanowił się, ale wyczułam w jego głosie sarkazm.
– Ale nie. – spojrzał na mnie poważnie. – Wiesz, mała, lubię wiedzieć o co
chodzi. – wpatrywał się we mnie uważnie. – A teraz nie mam pojęcia.
-
Jakbyś chciał wiedzieć, to też nie wiem. – westchnęłam, krzyżując ręce.
-
Tyle już zauważyłem. Ale zaciągnąłem cię tu byś sobie to przypomniała.
Napięłam
mięśnie, czując, że ciśnienie mi się podnosi.
- O
nie. Nie, nie i nie. – syknęłam. – Nie dam ci grzebać w moim umyśle!
-
Przecież to nie jest science-fiction! Ichigo, no błagam! – wydusił, a na jego
ustał błądził kpiący uśmieszek. – Masz teraz święty spokój, a ja mogę cię
jedynie na te wspomnienia naprowadzić!
Spojrzałam
na niego z nieufnością. Bo oczywiście to co powiedział było bardziej logiczne
od mojego stwierdzenia. Oczywiście. Odpowiedział hardo na mój wzrok, więc tylko
pokręciłam głową, czując, że i tak nie mam innego wyjścia. Zamknęłam oczy,
starając się wyciszyć.
-
No i?
-
Ostatnie miejsce, które pamiętasz? – spytał niskim głosem.
-
Świątynia… A dokładniej chyba studnia niedaleko… - odpowiedziałam z wahaniem.
-
Dobrze. A z kim tam byłaś?
- Z
Tsu. Ale nie… - zmarszczyłam brwi. – Ja na niego tam czekałam i… On przyszedł…
Nie, nie… To nie był on… - zaczęłam się motać.
Haker
tylko powtórzył pytanie, nie pozwalając mi wyjść z transu. Obrazy wirowały
przede mną niczym płatki śniegu. Widziałam Tsu, Ayako, Takiego, lodowisko,
świątynię, nawet tą głupią studnię. Potem się odwracałam, ale…
No
właśnie.
W
tym miejscu jest pustka na miejscu wspomnienia, oprócz emocji. Wyczuwam z
początku zdziwienie, potem strach i na końcu wściekłość. Kto tam mógł się
pojawić…? Chłopak z czarnymi włosami… Tokaji…? Nie, nie, ale był podobny…
Otworzyłam
gwałtownie oczy, odskakując od pnia. Yo Ito zachwiał się, desperacko chwytając
się cienkiej gałązki. Z początku popatrzył się ze złością, ale gdy ujrzał
olśnienie w moich oczach, uśmiechnął się pewnie.
Już
się do niego odwracałam, by oznajmić mu, że coś pamiętam, ale znieruchomiałam.
Wspomnienie spłynęło na mnie jak kubeł lodowatej wody.
Owszem
odwracałam myśląc, że tam był Tsuneari. Ale ujrzałam Ryujiego – jednego z
członków Jishinu. Patrzył się na mnie z politowaniem, obserwując moją narastają
złość wręcz z rozbawieniem, gdy nagle zbledł. Nim zdążyłam drgnąć, rzucił się
na mnie, chwytając za ramiona.
A
potem rozbłysło oszałamiające światło i nastąpił potężny huk.
I
pustka.
-
Jasny gwint – zachłystnęła się powietrzem. Spojrzałam z przerażeniem na hakera,
który obserwował moją reakcję z chłodnym opanowaniem. Najwyraźniej już domyślił
się o co chodzi. – Ito, oni nas…
Otworzyłam
oczy.
Moje
rozszalałe serce zaczynało się powoli uspokajać, gdy dotarło do mnie, że już
nie śpię i po prostu leżę w łóżku. Zamrugałam kilka razy wgapiając się w sufit,
czekając aż ktoś do mnie podejdzie.
Tylko
coś było nie tak.
Zmarszczyłam
brwi, wgapiając się w sufit. Biały z pęknięciami i samotną żarówką. Prawie taki
sam jak w większości sypialni w organizacji. Jednak coś różniło się od reszty.
Poczułam ukłucie niepokoju w żołądku, ale pokręciłam głową, próbując siebie
przekonać, że mam zwidy. Zamknęłam oczy, starając skupić się na jakiejś
rozmowie.
I
owszem usłyszałam głosy. Tylko, że moja klatka piersiowa zacisnęła się mocno.
Każde słowo brzmiało inaczej i… obco.
Podniosłam
się na łokciu. Zdusiłam stęknięcie, nie chcąc by ktokolwiek na razie mnie
usłyszał. Pokój nie był jakoś wyjątkowy – kilka szaf, biurko, jakiś obraz… Może
po prostu jakaś dobra duszyczka mnie… Miecz. Tu wisi miecz.
Cholera.
Odgarnęłam
kołdrę, mając zamiar wstać i uciekać tak szybko jak się da. To na pewno nie
Kaminari, więc albo ktoś prywatny, ale chcą zakładnika. Przełknęłam ciężko
ślinę na samą myśl o tym.
Ból
poczułam dopiero gdy napięłam mięśnie, jednak załagodziło go coś chłodnego.
Automatycznie dotknęłam policzka i wzdrygnęłam się, czując jakąś lepką maść.
Spojrzałam na swoje lewe przedramię – również było posmarowane.
No
świetnie. Przynajmniej chcą mnie żywą.
Spokój,
Ichigo. Wystarczy, że wstaniesz bezszelestnie i podsłuchasz trochę rozmowy.
Tyle wystarczy. Cicho, cicho, cicho…
Przewróciłam
oczami, gdy świat zawirował. Wiedziałam, że się wkopałam, jeszcze przed
upadkiem. Nie miałam nawet czasu się zamortyzować i huknęłam o drewnianą
podłogę. Przeklęłam pod nosem, wgapiając się przez chwilę w posadzkę.
-
Już się, kurna, ciszej nie dało, co? – wymamrotałam pod nosem, podnosząc się na
łokciu. Zachowywanie ciszy już nic nie da.
Uspokoiłam
oddech, od razu zaczynając nasłuchiwać. Rozmowy ucichły i usłyszałam szybkie
kroki. Z trudem podniosłam się na klęczki, chcąc choć minimalnie powiększyć
swoje szanse przy walce.
Do
pokoju wpadła dziewczyna, zapewne niewiele starsza ode mnie. Włosy miała
przefarbowane na ostry, turkusowy kolor. Opadały falami na odsłonięte ramiona.
Z początku obrzuciła wzrokiem posłanie, marszcząc brwi, gdy nie dostrzegła tam
nikogo. Potem skrzyżowała wzrok ze mną.
Zrobiło
mi się gorąco. Kolor włosów to jedno. Ale gdy ktoś ma jeszcze takie same oczy,
to nie może być przypadek.
Patrzyła
się na mnie w zdumieniu tymi bursztynowymi oczami. A ja przypominałam sobie nasz
wcześniejszy kontakt wzrokowy i poczucie niepokoju, które mu towarzyszyło. Ona
i jeszcze 2 chłopaków śledziło mnie i Ayako w Setagayi.
Zmrużyłam
oczy. Dziewczyna się otrząsnęła i wyciągnęła ekspresywnie dłoń w moją stronę.
-
Nic ci… - zaczęła z przejęciem, ale wzdrygnęła się.
Zerwałam
się tak błyskawicznie jak tylko potrafiłam w tym momencie. Wycelowałam prawego
sierpowego prosto w jej nos, a dziewczyna całkowicie zdumiona moją reakcję
zdołała zrobić krok do tyłu, podnosząc obrończo ręce. Moja pięść została jednak
zatrzymana przez chłopaka, który pojawił się za dziewczyną.
Ten
sam co w Setagayi. Przez ten ułamek sekundy, w której zatrzymywał cios,
dostrzegłam te same bursztynowe oczy co u dziewczyny. Czyli zapewne brat i
siostra.
Chłopak
odsunął siostrę, przyciągając mnie bliżej. Wykręcił mi rękę, aż zrobiło mi się
słabo. Odzyskałam na chwilę przytomność umysłu, gdy moje nogi oderwały się od
ziemi. Uniósł mnie i chciał rzucić o ziemię. Zgięłam nogę, uśmiechając się pod
nosem. Byłam pewna, że go trafię.
I
wtedy pojawił się on. Zjawił się bezszelestnie za plecami chłopaka i uderzył
dość mocno bokiem dłoni w tył karku. Poczułam jak zluzował chwyt i puścił mnie.
Tylko przez sekundę byłam w powietrzu – ten drugi mnie złapał, okręcił i cisnął
na łóżko. Odbiłam się od materaca, zagłębiając się w poduszkach.
Nastała
niezręczna cisza. Wpatrywałam się oszołomiona w sufit, czując jak tlen ucieka z
moich płuc. Cała sytuacja rozegrała się w niecałe 3 sekundy. Zamrugałam,
usiłując zrozumieć sytuację.
Owszem
dopóki było tylko rodzeństwo z Harikenu, miało to sens. Ale gdy pojawił się ten
chłopak z Jishin, wszystko ten sens straciło. Co robi tu ten podejrzany typ,
który zniknął, gdy walczyłam z Setagayi?
-
Pragnę tylko zauważyć, że rannymi się nie rzuca, Ryuji – usłyszałam, jeszcze
jeden głos.
Podniosłam
się powoli, patrząc się na kolejnego przybysza. Ten również był z nimi w trójkę
w Setagayi. No świetnie, jeszcze jeden.
- A
czy tak się zachowuje osoba ranna, Matsuki? – Ryuji posłał przybyłemu szyderczy
uśmiech.
Chłopak
zignorował tą niemą zaczepkę i podszedł do mojego łóżka. Obserwowałam każdy
jego najmniejszy ruch, analizując każde możliwe rozwinięcie sytuacji. A im
bardziej gorączkowo nad tym myślałam, tym czarniejsze obrazy podsuwał mi umysł.
-
Nic ci nie… - zaczął w miarę delikatnie, wyciągając dłoń w moją stronę. Odepchnęłam ją, wkładając całą siłę w uderzenie, pragnąc przy tym by moje
ostrzegawcze spojrzenie kazało im trzymać się z daleka.
Tak,
Ichigo, na pewno cię zignorują. Na pewno.
Zwłaszcza,
że jesteś w ich domu.
Matsuki
wzdrygnął się, ale nic nie powiedział. Spojrzał w moje oczy, po chwili kiwając
ze zrozumieniem głową.
-
Wynocha – powiedział tylko, nadal patrząc się na mnie. Jakby oczekiwał, że moja
mimika pomoże mu coś odgadnąć.
W
odpowiedzi na jego badawcze spojrzenia, przekrzywiłam głową, rzucając mu
wyzwanie. Pokręcił tylko głową, odwracając się do przyjaciół. Pomachał na nich
odganiającym gestem.
-
No już, już – syknął.
-
Ale… - zaczął blondyn, ale wzrok chłopaka zmroził go.
-
Won. – powtórzył Matsuki, odprowadzając wzrokiem wychodzące rodzeństwo.
Potem
spojrzał na czarnowłosego – nadal opierał się o ścianę nonszalancko, z
skrzyżowanymi ramionami. Zmrużyłam oczy, kierując ku niemu ostrzeżenie. Chłopak
popatrzył się na nas, uśmiechając się półgębkiem.
- O
proszę, jacy zgodni – zaśmiał się.
-
Wynoś się – syknął Matsuki.
-
Muszę? – droczył się dalej.
-
Musisz – odparliśmy jednocześnie, co wywołało wybuch śmiechu, ale nim
zdążyliśmy zareagować, chłopak otwierał drzwi.
-
Jakby co jestem za ścianą – rzucił, zamykając drzwi.
Mruknęłam
coś niepochlebnego na jego temat, krzyżując spojrzenia z chłopakiem. Starałam
się przybrać hardy wyraz twarzy, nie pokazując przy tym mojego
zdezorientowania. Chłopak przysunął się bliżej.
-
Pozwolisz sprawdzić sobie opatrunki? – spytał na początku, wskazując głową na moją
obandażowaną rękę.
Posłałam
mu niepewne spojrzenie, nie bardzo wiedząc, czy chcę by rany opatrywał mi jakiś
zabójca z wrogiej organizacji.
- Spokojnie, jestem po podstawowym szkoleniu medycznym – rzucił, wyciągając dłoń
w moim kierunku. – Nic ci nie zrobię. Jakbym chciał, zrobiłbym to za pierwszym
razem.
Popatrzyłam
na niego z powątpiewaniem, ale w końcu przysiadłam obok niego, wyciągając
obandażowane lewe przedramię ku niemu. Nie powiedział nic więcej, jedynie
sięgnął po apteczkę i zaczął odwijać bandaż. Zignorowałam wygląd rany, wiedząc,
że i tak nic mnie nie ruszy. Wolałam analizować sytuację, póki mam na to czas.
Zacznijmy
od tego co wiem. Jestem w mieszkaniu albo tych z Harikenu, albo tego z Jishinu.
Nie mam najmniejszego pojęcia, gdzie to jest. Czas też nieznany. Motywy
również. Okoliczności – niewiadome.
Kurwa,
nic nie wiem.
-
Sorki, zabolało? – spytał, gdy wzdrygnęłam się.
-
Nie. – odparłam tylko.
Znów
zapadła cisza, a chłopak wprawnym ruchem zawiązał mi bandaż na ręce i gestem
nakazał pokazanie twarzy. Zbliżyłam policzek, wiedząc, że za chwilę skończy, a
ja nadal jestem w kropce.
Myśl,
myśl, myśl, myśl. Coś musi być jakąś podpowiedzią. Cokolwiek.
-
Jak ci tam było? Ichigo…?
-
Hę? – odwróciłam automatycznie twarz w jego stronę, ale syknęłam czując ból w
opatrywanym policzku. Po chwili zdałam sobie sprawę o co pytał. – A po ciul ci
moje nazwisko – warknęłam.
-
No dobra, czyli imię znam. – rzucił tylko. – Nie jesteś zdezorientowana?
Napięłam
mięśnie, nie wiedząc o co mu chodzi. Zauważył ten gest i pokiwał ze
zrozumieniem głową.
-
No pewnie, że jesteś. – mruknął. – Sam nie wiedziałem co on wykminił 3 godziny
wcześniej… - zaśmiał się ponuro, usiłując zachować się przyjaźnie.
-
Byłam nieprzytomna przez 3 godziny? – zahaczyłam go.
-
Co? A tak, mniej więcej. – odpowiedział.
- A
która teraz jest?
-
Dochodzi 5… - odpowiedział, posyłając mi pytające spojrzenie.
-
Co się stało w Toshimie? – spytałam, patrząc się na niego poważnie. – Co on w
ogóle tu robi? Po cholerę ja wam tutaj…
- Spokojnie, spokojnie… - machnął na mnie ręką. Spakował spokojnie apteczkę,
ignorując moje mordercze spojrzenia. – Trudno mi na to odpowiedzieć. Sam za
bardzo nie ogarniam planu Ryujiego. Wiem tylko, że póki nie dasz nam jasnej
odpowiedzi, mam traktować cię jak sojuszniczkę. – podszedł do drzwi, ale
zawahał się. – Muszę przyznać, że jak na długość twojego członkostwa masz głowę
na karku. – rzucił tylko i wyszedł.
Patrzyłam
się za nim, czując narastającą gulę w gardle.
Traktować
jak sojuszniczkę, dopóki nie dałam odpowiedzi…co?
Zaśmiałam
się pod nosem, czując, że moja sytuacja pogarsza się z sekundy na sekundę.
Zwłaszcza, że słyszałam kierujące się w stronę pokoju kroki, a ja doskonale
wiedziałam, że to Ryuji. Usiadłam po turecku na łóżku, wbijając mordercze
spojrzenie w drzwi.
Zabójca
o dziwo zapukał 2 razy w drzwi.
-
Można? – rzucił, ale nim padła odpowiedź, wszedł do środka.
Nic
nie odpowiedziałam, śledząc jego każdy ruch. Czekał na jakiś znak z mojej
strony, a gdy się nie doczekał, oparł się nonszalancko o ścianę, tak jak
wcześniej.
Gorączkowo
myślałam nad drogą ucieczki, choć w głowie miałam pustkę. Cykanie zegara
odmierzało czas, jakby chcąc pokazać przeciągłość naszego milczenia. Jakby nie
wystarczało to, że odległość między jednym tyknięciem była dla mnie
wiecznością. A coraz to bardziej desperackie plany kreśliły się w moim umyśle.
Jeśli uda mi się chwycić ten miecz w niecałe 3
sekundy, uda mi się wyminąć…
-
Nie radziłbym.
Drgnęłam
i obrzuciłam go podejrzliwym spojrzeniem. Chłopak się zaśmiał, uśmiechając się
po tym szyderczo.
-
To atrapa. Ten miecz – odparł i jakby na dowód swoich słów, chwycił broń
pokazując jej lekkość i kiepskie odpowiedniki części.
Serce
zabiło mi szybciej, ale zdusiłam w sobie głęboki oddech, starając się by moja
twarz nawet nie drgnęła. Posłałam mu najbardziej nienawistne spojrzenie na
jakie było mnie stać. Chłopak tylko się zaśmiał i przysiadł na biurku.
-
Gadaj. – rozkazałam władczo.
- Ale
co? – wzruszył ramionami. – Trochę się tego nazbierało.
-
Doskonale wiesz o co mi chodzi… - zaczęłam, ale urwałam.
On
tylko uśmiechał się pewnie, wyraźnie chcąc się podroczyć.
- W
ogóle to ty mnie pamiętasz, Ichigo Kanegawa? – błysnął zębami.
-
Jesteś tym chłopakiem z Setagayi – odpowiedziałam ostrożnie. – Tym, który
widział mnie 2 razy i nie wydał. Zniknąłeś gdzieś, gdy Shigeo i Weasleyowie
mnie zaatakowali.
- O
jak miło. Pamiętasz – prychnął. – Ja ciebie też pamiętam.
-
No co ty nie powiesz…
- Zaintrygowałaś
mnie, Ichigo. Tym jak się zachowywałaś i jak walczyłaś mimo braku
doświadczenia. Między innymi dlatego was nie wydałem. – popatrzył się prosto w
moje oczy. Poczułam dreszcz przebiegający po plecach. – Potem poszperałem
trochę. Pochodzisz z Setagayi, masz 14 lat. Mądra, wysportowana, lubiana. Rodzice
to dziennikarka i prawnik, więc byłaś całkiem dziana. No ale zostali zabici w
ostatnią sierpniową noc. – wyliczył wszystko bez zająknięcia. – Jak przykro.
Poczułam
narastającą złość, którą wręcz zaświeciła się w moich granatowych oczach. Sam
fakt, że aż tyle się dowiedział, sprawiał, że oprócz obrzydzenia czułam gniew,
ale sposób w jaki to mówił spowodował wylew nienawiści.
-
Stul pysk. – warknęłam, nie licząc się z konsekwencjami.
A
on tylko ciągnął dalej.
- Praktycznie przez przypadek zostałaś wciągnięta przez Nakade do Kaminari, gdzie
zostałaś. – ciągnął dalej. – Z początku tylko przez brak miejsca do życia,
potem przerodziło się to w chęć zemsty…
-
Stul pysk.
-
Trafiłem? – uśmiechnął się szyderczo, a gdy spostrzegł, że napinam wszystkie
mięśnie, machnął uspokajająco dłonią. – Spokojnie, spokojnie. Nie bierz tego do
siebie…
- O
co ci chodzi? – wycedziłam przez zęby.
Błysnął
na mnie złotymi oczyma, kryjąc tam iskierkę zadowolenia.
-
Lubię konkretnych ludzi – pokiwał do siebie głową. Zignorował słowo hipokryta, które mruknęłam pod nosem. –
Aczkolwiek zapewne jesteś ciekawa o co w ogóle chodzi, co?
-
Przestań pieprzyc i zacznij gadać. – syknęłam. – Gdzie ja jestem? Co się
dzieje? Po co jestem tobie potrzebna?
- W
mieszkaniu Matsukiego, na obrzeżach Senkawy. – westchnął. – A jeśli chodzi o
resztę to jest to bardziej skomplikowane… Pamiętasz tą bombę, od której tak
tylko wspomnę, cię odciągnąłem? No to to był atak Jishinu.
- Wiedziałam. – zerwałam się na równe nogi, ale Ryuji mnie powstrzymał.
-
Nie tak szybko. I tak nie zdążysz na pierwszą bitwę – prychnął. Posłałam mu
mimowolnie zaciekawione spojrzenie, na co uśmiechnął się chytrze. – Z tego co wiem, tą pierwszą linę wycofali, bo twoje szanowne dowódco ich
zdziesiątkowało. Przenieśli ich do głównych sił i zaplanowali atak na 5.
-
Na 5? – powtórzył marszcząc brwi. – Przecież to za chwilę.
-
No cóż. Jakbyś się obudziła szybciej, może dałoby się to zakończyć szybciej.
Popatrzyłam
się na niego z mordem w oczach. Po
chwili jego milczenia, coś do mnie dotarło. Rozszerzyłam oczy ze zdziwienia i
spojrzałam na niego uważniej.
-
Czy ty powiedziałeś ‘zakończyć’?
-
Ano powiedziałem.
Usiadłam
na łóżku, krzyżując ręce na piersi.
-
No dobra, zaciekawiłeś mnie. Kontynuuj.
-
Interesujące, naprawdę interesujące… - mruknął pod nosem. – No więc… - zaczął
już głośniej. – Jeśli chodzi o ciebie… Do wiarygodności potrzeba mi było kogoś
z Kaminari.
- I
wypadło akurat na mnie? – wtrąciłam z powątpiewaniem.
- Jak już mówiłem zaintrygowałaś mnie. – prychnął. – Chcę zabić Igarashiego.
Uniosłam
wysoko brwi, nie wierząc w to co usłyszałam.
-
Chcę zniszczyć Jishin i zbudować organizację z jego popiołów. Pragnę w niej
wykwalifikowanych ludzi z dużym potencjałem, a nie mięsna armatniego – ciągnął dalej,
patrząc się nadal w moje oczy. – Byłabyś mile widziana.
-
Zapomnij. – wydusiłam od razu.
-
Wiedziałem. Ale ja mogę poczekać. – wzruszył ramionami. – Ale i tak musisz mi
pomóc. Czy tego chcesz czy nie. – uśmiechnął się chytrze.
Rzuciłam
mu wyzywające spojrzenie.
-
No to mnie przekonaj. – odparłam hardo, choć sama widziałam powody.
Wyciągnął
przed mój nos jednego palca.
-
Po pierwsze: jesteś moją zakładniczką. Po drugie: nie wyglądałoby to dobrze,
jakbym zdradził ‘własną organizację’. Po trzecie: jesteśmy w tej wojnie
sprzymierzeńcami…
-
Co nie zmienia faktu, że i tak mogę się nie zgodzić. – uniosłam wyzywająco podbródek,
nie chcąc się ugiąć.
-
Ach tak? – uśmiechnął się pewnie, jakby wiedział, że i tak wygra. – Masz głowę
na karku, Ichigo. Zwykła gadka cię nie przekona… Czyli muszę uderzyć w twoją
bardziej zdesperowaną stronę. – posłał mi spojrzenie błyszczących, złotych
oczu. – I po najważniejsze… - kontynuował tak samo, zniżając lekko głos. Ostatnie
słowa wyszeptał mi do ucha.
A
ja po usłyszeniu ich, przeklęłam go w myślach. Od razu wiedziałam, że nie ważne
jak bardzo logicznie i racjonalnie to przemyślę, nie zdołam odwieść się od tego
pomysłu.
Niech
cię szlag, Ryuji Kuno.
Wstałam
ze zrezygnowaniem, a jego słowa nadal dźwięczały mi w głowie.
-
Mamy jakiś plan, Kuno?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz