Rozdział 32
Gdy
cały świat świętował Nowy Rok, kończąc sylwestrowe przyjęcia, Japonia zamarła.
W dzielnicach stolicy z sekundę na sekundę nasilała się panika, a zwykli,
niewinni ludzie byli ewakuowani z Senkawy, podczas gdy połączone siły policji i
straży miejskiej obstawiały granice okręgu Toshima.
-
Szefie… - zaczął niepewnie jeden z policjantów. Mężczyzna w podeszłym wieku,
odwrócił się do niego. – Mógłby szef wytłumaczyć dlaczego nie wkraczamy do
akcji?
Mężczyzna
wyjął fajkę z ust. Nim padła jego odpowiedź wypuszczał dym nosem, długo
zastanawiając się jak określić ich sytuację. Okręcił wąs na palcu, a gdy
dostrzegł narastające zniecierpliwienie w oczach młodzika, tylko westchnął,
wzruszając ramionami.
-
Jeśli wtrącilibyśmy się teraz, wyszłaby z tego masowa rzeź – podsumował krótko.
Młody
już otwierał usta, gotowy na argumentację, ale szef machnął na niego dłonią.
-
Bo widzisz… - zaczął kontynuować. – Możesz sobie myśleć, że to takie marne,
słabe podróbki Yakuzy, nawet nie walczące bronią palną. – posłał mu
protekcjonalne spojrzenie, na które chłopak przewrócił oczami. – Otóż nie. Nim
zdołałbyś pomyśleć o zastrzeleniu, wykrwawiałbyś się na ziemi. Jak myślisz, czy
gdyby byli słabi, daliby radę utrzymać podziemie w szychu? – uśmiechnął się,
kręcąc głową.
-
Nie wątpię, że są silni – powiedział ostrożnie młody. – Ale dlaczego w ogóle
pozwalamy im istnieć?
-
Młodzi to jednak młodzi… - facet zaciągnął się dymem. – Załatwiają za nas
brudne sprawy, dają duże pieniądze na łapówki… Jak myślisz, skąd się biorą
nasze podwyżki czy nagrody? Od rządu? Wolne sobie… - wybuchł śmiechem.
-
Niemożliwe! – krzyknął ze złością chłopak. – Przecież pozwalamy na masowe mordy
ludzi… Codziennie! Co z tymi wszystkimi nierozwiązanymi….
-
Tuszujemy. To obustronna korzyść. – przerwał mu. – Aczkolwiek nie możemy też
pozwolić by tłukli się w nieskończoność. Zwłaszcza, że jakimś cudem Jishin
przemycił tu wariatkowo…
-
Więc ile im dajemy?
- Z
tego co mówiła centrala… Od dawna mieli napięte stosunki, więc raczej to wojna…
- zastanowił się przez chwilę. – Hmm… Obstawiam, że góra 4 dni.
-
Ile? – wydusił młodzik. – Przecież ofiary będą…
-
Cicho już bądź. – warknął na niego szef. – Czeka nas długa noc.
- A
mógłbym jeszcze mieć jedno pytanie, szefie? – rzucił ostrożnie. Mężczyzna
przewrócił oczami, ale kiwnął potakująco głową. – Zna szef tam kogoś?
-
Dobrze znałem tylko założyciela Kaminari… - westchnął melancholijnie. – Był z
niego straszny pomyleniec – zaśmiał się. –A jeśli tak pomyślę, do klasy
chodziłem bodajże z jego najlepszym kumplem, chyba jest tam doradcą…
-
Jacy byli? – chłopak zainteresował się tematem.
-
Jacy…? – policjant zastanowił się. – Oprócz tego, że dziwadła, zawsze byli w
porządku. Kolejny dowódca był niesamowity, jakby wyciągnięto go z komiksu o
super bohaterach, a obecny… nie widziałem go osobiście, ale ma łeb na karku. –
pokiwał do siebie głową, po czym rozejrzał się na boki, patrząc czy nikt nie
idzie. Ściszył głos. – Jako szef nie powinienem tego mówić, ale mam nadzieję, że
im się poszczęści.
-
Wie szef co… - prychnął młodzik. – To zwykli kryminaliści.
-
Nie mówiłbym tak o nich, Hasuda. – posłał mu zmęczone spojrzenie. – Nie wiesz,
czy życie nie zmusi się do zejścia na tą ścieżkę za kilka lat. Nie zbadane są
ścieżki naszych losów.
Ulica
wyglądała jak z typowego filmu akcji. Ogień rozprzestrzeniał się niepokojąco
szybko, ludzie biegali po ulicy w całkowitym przerażeniu, odchodzili od
zmysłów, uciekając bezsensownie od morderców. Raz po raz rozlegały się krzyki,
a po nich dźwięk upadającego ciała.
-
Fumiya… - szepnęła Omitsu. – Przyśpiesz i stratuj tylu ilu się da. –
powiedziała z mocą. Mężczyzna zaśmiał się, dodając gazu i zmniejszając odległość
w drastycznym tempie.
- I
to mi się podoba. – jego oczach błyskały ogniki.
Brązowowłosa
zabójczyni uderzyła go lekko pięścią w plecy, na szczęście, po czym z gracją
stanęła na bagażniku motoru. Nawet się nie zatrzęsła, mimo potężnego oporu
wiatru. Patrzyła się lodowatymi oczyma na zbliżających się przeciwników.
Położyła dłoń na rękojeści, biorąc głęboki oddech.
Czas
zwolnił, praktycznie się zatrzymując. Widziała każdy najmniejszy ruch setki
osób przed sobą. Czuła, że za chwilę rozpęta się tu prawdziwa rzeź, gdzie czas
nie będzie łaskawy i popłynie tak szybko jak rozlewająca się krew z ciał
morderców.
10
metrów do celu.
Zdusiła
pożegnanie w piersi, wiedząc, że przyciągnie ono tylko kłopoty.
5
metrów.
Napięła
mięśnie, marząc by ocknąć się z tego koszmaru.
2
metry.
Koszmaru,
który trwał prawie 12 lat.
Napięła
wszystkie mięśnie i skoczyła. Wybiła się wysoko, wyginając kręgosłup do tyłu.
Fumiya pojechał dalej, nie zważając na tłum ludzi. Powietrze w nią uderzyło,
zwalniając gwałtownie swoje opory. Wyciągnęła miecz, błyskając klingą w
ciemności. Część morderców zapatrzyła się na nią, gdy robiła idealne salto w
powietrzu.
-
Shine – powiedziała cicho, uśmiechając się przy tym okrutnie. Usłyszawszy to,
zaćmione krwią umysły psychopatów na chwilę się przejaśniły. Niestety, zbyt
późno.
Piekło
się rozpoczęło.
Omitsu
najpierw obrała za cel barczystego mężczyznę. Niedbałym ruchem odcięła mu
głowę, lądując w kuckach na jego opadając ciele, przyciskając go do ziemi. Nim
okoliczne osoby zdążyły podnieść krzyk rzuciła się na nie z żądzą mordu zawartą
w błyszczących czekoladowych oczach i niepokojącym uśmiechu.
Fumiya
zahamował dopiero, gdy usłyszał za sobą krzyki. Szarpnął gwałtownie kierownicą,
zatrzymując się bokiem. Spod kół motoru wydobyły się rozjarzone do czerwoności
iskry, a mordercy odsunęli się od niego o krok.
-
Zły ruch – pomyślał, mrożąc ich wzrokiem w jednej sekundzie.
A w
drugiej runął na nich z dobytym w ułamku chwili mieczem. Położył jednym ciosem
dwóch pokaźnym mężczyzn, torując sobie drogę. Minął ich, omijając przy tym
kilku kolejnych. Schylił się, gdy jakaś kobieta usiłowała dźgnąć go nożem.
Przerzucił przez ramię kolejnego faceta, nie zwalniając przy tym ani trochę. Bezwładne
ciało przewróciło kilku innych psychopatów, którzy rzucili się sami na siebie.
Czarnowłosy
mężczyzna przebrnął do kobiety w kilka sekund. Zetknął się z nią plecami, na co
westchnęła z ulgą. Po chwili uśmiechnęła się okrutnie, ścierając wierzchem
dłoni krew z twarzy.
-
Ne Fumiya… - zaczęła niskim głosem. – Może zabawimy się tak jak Tokaji, co? –
spytała, a jej głos drżał z żądzy mordu.
- Z
przyjemnością – mężczyzna obniżył niebezpiecznie ton. – U mnie 4.
-
No to mamy remis.
Odskoczyli
od siebie, dając się porwać wirowi walki.
Tokaji
wyhamował z piskiem opon na podjeździe organizacji. Cała czwórka wysiadła z
auta w tym samym momencie, zaczynając od razu biec w stronę bazy dowodzenia.
Tsuneari rozejrzał się z konsternacją.
-
Nasi już wyruszyli. – zauważył z narastającą złością. – Czemu nie idziemy od
razu ich wesprzeć? – wycedził, choć Tokaji zrozumiał tą ukrytą wiadomość.
Czemu nie pozwalasz mi iść
jej ratować?
-
Na razie nie doszło do sparingu na szeroką skalę. I przez kilka kolejnych minut
nie dojdzie. Fumiya i Omitsu dość… Zredukują tych z Tateyamy… - odparł chłodno.
- No dobrze… - przytaknął blondyn. – Co nie zmienia faktu, że w takiej sytuacji
jesteśmy przydzieleni do Bloku Zachodniego…
-
Tak wam się śpieszy by zginąć!? – warknął na nich czarnowłosy.
-
Tokaji… - Ayako wbiła w niego zirytowane spojrzenie. Trzęsła się na samą myśl o
tym, że bezwarunkowo muszą słuchać jego rozkazów. Nawet jeśli rozkaże im dać
się zabić.
-
Zamknijcie się! Teraz ja tu dowodzę! – wycedził. – Ciebie, idiotko, trzeba
opatrzyć. Nikt z nas nie jest ubrany na walkę, a tym bardziej nie mamy sprzętu.
Do cholery, włączcie myślenie, bo godziny nie przeżyjecie!
Zamilkli,
niechętnie przyznając mu rację. Złość jednak nadal pozostała. Gdy wpadli do
środka Tokaji zatrzymał ich na sekundę. W jego oczach nie było stałej
złośliwości, jedynie skupienie. Takie jakie posiadają doświadczeni dowódcy.
Tsuneari
zaciskał mocno zęby, nie mogąc znieść ograniczeń. Zazwyczaj robił wszystko tak
jak chciał i jak uważał, nawet po wielu latach w Kaminari. Zawsze musiał czuć
wolność, a teraz znajdował się w klatce.
-
Ayako lecisz do Ryutaro. Taki ty idziesz po broń dla nas wszystkich do
magazynu. Tsuneari ze mną. Idziemy do dowództwa. – powiedział stanowczo i nie czekając na jakiekolwiek sprzeciwienia,
zaczął biec. – Macie być gotowi za 5 minut!
Tsuneari
popędził za nim, wpadając do sali treningowej, przekształconej pośpiesznie w
centrum organizacji. Mikuru nawet ich nie zauważyła, pochłonięta
rozrysowywaniem wciąż nowych planów i rozwiązań. Hiroki siedział przy pokaźnym
elektronicznym informatorze. Z głośnego szumu dochodziły do nich słowa liderów
zespołów. Blondyn zastanawiał się raptem kilka sekund, nim podał zwięzłe
wytyczne i przełączył na kolejną osobę.
- Tokaji
Kosai. – zasalutował na początku, by zwrócić ich uwagę. – Zespół melduje się
gotowy do akcji. Kanegawa zaginiona. Kasahara lekko ranna. Hideyoshi poszedł po
zaopatrzenie. – zdał krótki raport.
- W
samą porę. – strategiczka machnęła na nich dłonią.
Podeszła
do starego komputera, zaczynając coś szybko pisać. Chłopcy zbliżyli się do
niej, zaglądając jej ciekawsko przez ramię. Okazało się to niepotrzebne, bo gdy
wyszukała to co potrzebowała, odsunęła się by pokazać im kamerę z jakiegoś
spożywczego.
Zapis
monitoringu leciał w przyśpieszeniu, a zabójcy czekali cierpliwie ze
skrzyżowanymi rękoma, nie ośmielając się wypowiedzieć ani słowa. Po kilku
dłużących się sekundach zza zakrętu wypadła umięśniona postać, a jej tlenione
włosy wyraźnie się odznaczyły.
Tokaji
gwizdnął, unosząc wysoko brwi.
-
Czyżby nasz przyjaciel Shigeo?
-
Najprawdopodobniej. – przytaknęła Mikuru. – To film ze spożywczaka, który
znajduje się niedaleko obecnego pola bitwy. Prawdopodobnie posłali go jako
obserwatora sytuacji. – wyjaśniła rzeczowo. – Miałam ściągnąć Meijiego albo
Mako, ale że jesteś wolny… Tsu przejmujesz dowodzenie. – kiwnęła na
brązowowłosego, po czym posłała poważne spojrzenie czarnowłosemu. – Jest cały twój,
Tokaji.
-
Się robi. – młodzieniec uśmiechnął się krótko i od razu skierował w stronę
wyjścia, bez słowa pożegnania.
-
Chwila, moment – Tsuneari po raz pierwszy od przybycia się odezwał. – Ja wiem,
że to nie czas na kłótnie, ale posyłanie jednej osoby akurat na Shigeo nie jest
dobrym pomysłem…
-
Mi pasuje. – wtrącił Tokaji. – I tak mnie nie zatrzymasz. – pokazał mu język i
wypadł z pomieszczenia, nim jego przyjaciel zdołał go zatrzymać.
-
Czekaj, ty skończony…! – wykrzyknął Tsu, ale urwał ze zrezygnowaniem w połowie.
– Jak będziesz się wykrwawiać to z pretensjami nie do mnie…
Strategiczka
również westchnęła i rzuciła mu pytające spojrzenie, ale to Hiroki w końcu
oderwał się od nawału wiadomości. Ściągnął z uszu pokaźne słuchawki, patrząc
się twardo na chłopaka.
-
Coś jeszcze, Nakade?
-
Właściwie to tak. – Tsuneari odpowiedział hardo na spojrzenie. – Chciałbym
dostać pozwolenie na poszukiwania Kanegawy. – w jego oczach kryło się
zdecydowanie. I bardzo głęboki gniew.
- Z
tobą zawsze są same problemy… - blondyn przejechał dłonią po włosach. – Daję ci
6 godzin, potem masz wracać z nią czy bez niej, dotarło? Doprowadzisz Kasaharę
i Hideyoshiego do Bloku Zachodniego i dostajesz wolną rękę. – powiadomił go ze
zrezygnowaniem.
Brązowowłosy
stał w totalnym osłupieniu, nie dowierzając w rozkaz mężczyzny. Na chwilę z
jego twarzy zszedł wyraz gniewu, a pojawiła się szczera wdzięczność. Uśmiechnął
się przyjacielsko do wiecznie naburmuszonego blondyna.
-
Dziękuję. Jestem pana dłużnikiem. – wyszczerzył się, łapiąc jeden z odbiorników
leżących na stole. Wybiegł bez słowa z pomieszczenia.
Gdy
jego kroki ucichły, a dowództwo znów pogrążyło się w nawale pracy, Mikuru
jeszcze raz przerwała ciszę. Poparzyła się ze smutkiem na przyjaciela.
-
Dlaczego pozwoliłeś mu iść? – powiedziała cicho. – To prawie jak zezwolenie na
samobójstwo…
-
Kobieto, zamilcz. – westchnął. – Nie lekceważ go. Może to narwaniec, ale
spokojnie dorównuje Tokajiemu czy Trójcy, a kiedyś nawet Fumiyi…
-
Ale mimo to… - zaczęła ponownie strategiczka, ale ku jej zdziwieniu Hiroki
tylko uśmiechnął się do niech smutno.
-
On i tak by poszedł po nią. Z pozwoleniem lub bez.
Mężczyzna
skrywał się w cieniu budynków, obserwując z coraz większym niepokojem rozwój
wypadków. Już na samym początku zaledwie dwie osoby pokrzyżowały ich plany.
Gdy
jego odbiornik zatrzeszczał cicho, zaklnął pod nosem. Mamrocząc niecenzuralne
epitety, odebrał, siląc się na pełen szacunku ton.
- Jak sytuacja, Taichi? – Głos Yasuakiego był
spokojny, wręcz znudzony. Tak jakby był pewien, że wygrają wojnę tylko dzięki
garstce niedoświadczonych, chorych psychicznie ludzi.
To
się zdziwi, pomyślał Shigeo, uśmiechając się kpiąco pod nosem.
-
Jeśli mam być szczery, szefie… - z trudem zduszał szyderczy ton, choć wcale nie
cieszył się, że Kaminari ma względną przewagę. – To źle.
- Źle?
-
Źle.
Wyczuwał
gwałtownie podnoszące się ciśnienie dowódcy, ale chciał go przez chwilę
podenerwować. Szef jednak po chwili milczenia wycedził wściekle:
- Zdaje mi się, czy chciałem opis sytuacji?
-
Jeśli szef w to uwierzy to… To naszą pierwszą linię ataku dziesiątkują dwie
osoby.
Usłyszał
zduszone prychnięcie po drugiej stronie głośnika. Oczyma wyobraźni widział
Igarashiego, siedzącego przy biurku i zasłaniającego twarz dłonią, by ukryć
rozbawienie.
- A kto byłby tak głupi by atakować
pięćdziesiątkę we dwójkę?
-
Zakładam, że szanowne dowództwo Kaminari. – kpiący uśmieszek błąkał się po
ustach Shigeo, który nawet go nie krył, ciesząc się, że szef nie może go
zobaczyć w tej chwili.
-
Cholera, Taichi! – Igarashi trzasnął otwartą dłonią w stół. – Chcę konkrety!
-
Fumiya Sotomura i Omitsu Adachi. Czy tyle szefowi wystarczy?
Zabójca
zamilkł, analizując sytuację, a świszczący dźwięk powietrza świadczył o jego
wściekłości. Nikt z ich ‘doskonałych’ strategów, łącznie z nim, nie
przewidział, że 2 najsilniejszych morderców tak sobie opuści główne szeregi.
-
Ilu straciliśmy? – spytał po chwili.
-
Na obecny moment? – Shigeo wychylił się zza rogu, rozglądając na boki. – Jakiś
14… O, teraz 15. – zaśmiał się szyderczo. – Czy oni nie mieli ich przypadkiem…
rozgromić? – zaniósł się śmiechem.
-
Zamilcz.
Ton
głosu Żywej Śmierci zmusił go do ciszy. Wbrew sobie poczuł przebiegający na
plecach dreszcz.
-
Posłuchaj mnie teraz uważnie, Shigeo, bo nie będę się powtarzał. Wycofasz się
teraz z Tateyamą i wrócisz pod granice okręgu. Dołączą do ciebie jakieś 2/3
organizacji i zaatakujesz z dwóch stron – Południowej i Zachodniej. Czy to
jasne? – głos dowódcy był tak oziębły, że po drugiej stronie słuchawki poczuł chłód.
Zbyt dobrze wiedział co zrobi Igarashi, gdy on z czymś nawali.
-
Jak słońce – westchnął tylko, patrząc się na zegarek. – Jest 3.24. O której
mamy uderzyć? – spytał rzeczowo.
-
Punkt 5.00 – odparł tylko zabójca. – I nie zapominaj tylko kto tu dowodzi.
-
Oczywiście, że pan. – potwierdził potulnie, wywracając oczami. – A co z naszym
szanownym szpiegiem Kuno?
-
Ryuji? – powtórzył imię chłopaka wręcz z zainteresowaniem. – Nie daje znaku
życia. Pewnie go odkryli i zabili na miejscu. – dodał z lekkością.
-
Mam taką szczerą nadzieję…
-
Słucham?
-
Bez odbioru! – rzucił do słuchawki i zakończył połączenie, chowając odbiornik
głęboko do kieszeni.
Shigeo
wyjrzał ponownie zza rogu. Wydawało się, że dwójka morderców tańczy, a nie
walczy. O potyczce świadczyły tylko splamione ostrza mieczy, nieprzerwanie
wirujących w powietrzu oraz piętrzące się stosy ciał. Gdy mężczyzna doliczył
się 20, pokręcił głową, ponownie chowając się w cień. Jeśli plan zadziałałby do
większości zabójców, tak psychopaci nie byliby w stanie zadrasnąć nikogo z
dowództwa. Fumiya i Omitsu, z grymasem uśmiechu na ustach, wzięli to za
rozgrzewkę.
Shigeo
uchwycił się rynny i podciągnął jednym, płynnym ruchem. Złapał się parapetu
przy pierwszym piętrze, a gdy poczuł oparcie pod stopami, powtarzał czynność w kółko,
nim nie stanął na dachu niewysokiego budynku. Przywarł do gzymsu, obserwując
jeszcze przez chwilę rozgrywającą się rzeź, szukając jakiejś luki w walce
wrogów. W końcu westchnął, wiedząc, że stracili swoją szansę.
Wygrzebał
z kieszeni petardę i zapalniczkę. Zamachnął się podpaloną petardą, która
wybuchła czerwonym światłem nad walczącymi zabójcami. Ludzie zastygli przez
chwilę w zdezorientowaniu, nie wiedząc co może to oznaczać. Ci z psychopatów, którzy
znajdowali się dalej od Kaminari, umysły przejaśniły się szybciej. Kilku z nich
coś zakrzyknęło i zerwało się do ucieczki. Za nimi pobiegli kolejni.
Omitsu
również rzuciła się za nimi w pogoń, owładnięta bojowym szałem, ale Fumiya
powstrzymał ją delikatnie, rozważając kilka wyjaśnień. Kobieta najpierw
spojrzała na niego z wyrzutem, chwilę później w jej brązowych oczach pojawiło
się zrozumienie. Westchnęła i płynnym ruchem schowała broń do pochwy.
-
No to czas wracać. – mruknął do siebie Shigeo, schodząc energicznie na ziemię. Obejrzał
się na morderców, bezpiecznie osłonięty zasłoną cieni i odległością. – Ja bym
się tak nie rozluźniał. – uśmiechnął się półgębkiem. – Nawet nie
zorientowaliście się, że macie szpiega.
Prychnął
cicho, patrząc się jeszcze przez chwilę na oddalające się sylwetki postaci po
czym ruszył biegiem za swoim oddziałem, nawet nie zwróciwszy uwagi na cień
stojący w tym samym miejscu co on kilka minut wcześniej.
Tokaji
wyszedł z ukrycia, zduszając kpiący chichot pięścią.
- I
kto tu kogo nie zauważa, idioto. – rzucił za mężczyzną. Po chwili spoważniał,
strzyknął palcami i pobiegł w stronę oddalających się dowódców.
Mimo
wyczerpującej walki szli energicznie, nawet nie patrząc na walające się po
ulicy zwłoki. Rozglądali się jedynie za jakimkolwiek pojazdem, rozmawiając dość
urzędowym tonem, choć na ich usta wkradały się pojedyncze, blade uśmieszki.
-
Szefie! – zawołał cicho Tokaji, woląc nie sprawdzać czy wrogowie usłyszą jego
krzyk.
Obrócili
się oboje, napinając mięśnie i kładąc dłonie na rękojeściach. Po sekundzie
wahania rozpoznali czarnowłosego i rozluźnili mięśnie. Tylko, że twarz Omitsu
wyrażała uspokojenie, a Fumiyi konsternację.
-
Ah, Kosai to tylko ty… - westchnęła kobieta, przecierając twarz dłonią i tym
samym rozcierając krew na policzku.
-
Pozwólcie, że podaruję sobie grzeczności. – zaczął od razu, patrząc się na nich
poważnie. Nie było czasu by bawił się w uszczypliwości. – Shigeo nimi dowodził
i chyba mnie nie zauważył. Igarashi odwołał ich tylko na moment. O 5 nas
zaatakują połączonymi siłami ze strony Południowej i Zachodniej. – wyrzucił z
siebie jednym tchem, prawie zaczynając z powrotem biec.
Fumiya
powstrzymał go jednym gestem.
-
Świetnie, Tokaji. Omitsu przekaż to od razu do Mikuru. – polecił brązowowłosej,
nie spuszczając srogiego spojrzenia z chłopaka. – A teraz łaskawie mi powiedz
co tu robisz.
-
Pani strateg kazała mi śledzić Shigeo. – Tokaji wzruszył ramionami. – No to
śledzę. I pomyślałem, że przekażę informacje wam. – dodał lekceważąco. Widząc
spojrzenie zabójców, spoważniał trochę bardziej. – Mam nadal kontynuować misję?
Omitsu
odeszła z odbiornikiem kilka metrów od nich, ale Fumiya nie odezwał się słowem.
Gdy chłopak zaczął tupać delikatnie stopą, westchnął tylko.
-
Jesteś sam, prawda?
-
Jak zwykle. – prychnął w odpowiedzi.
-
Niech cię, Mikuru. Miałaś potraktować dowodzenie trochę mniej samowolnie. –
przeczesał włosy dłonią. – Dobra, kontynuujesz. Masz trzymać się od nich co
najmniej 10 metrów i pod żadnym pozorem nie atakować Shigeo sam. Rozumiesz?
Czarnowłosy
tylko skinął głową, zrywając się do biegu w kierunku drogi ucieczki Jishin. Po
kilku metrach odwrócił się i pomachał kpiąco dłonią.
-
No to na razie! – zawołał, uśmiechając się szyderczo.
-
Zamknij się! – wrzasnęła za nim kobieta, na co tyko się roześmiał i
przyśpieszył. Kręcąc głową, pociągnęła Fumiyę w stronę jakiegoś w miarę
użytecznego auta.
- I
jak? – spytał mężczyzna.
-
Mikuru już zaczęła przegrupowywać ludzi. Zostało nam niecałe 1,5 godziny.
Musimy się śpieszyć. – zarządziła, wsiadając do auta.
Czarnowłosy
podniósł wysoko brwi, widząc, że przyjaciółka zajęła miejsce kierowcy, ale nic
nie powiedział. Gdy tylko usiadł, ruszyła, dociskając gaz do dechy. Omitsu
nawet nie drgnęła powieka, gdy samochód podskakiwał na rozrzuconych ciałach.
Fumiya popatrzył na nią pusto przez chwilę i spróbował włączyć radio.
Donosimy iż na terenie
okręgu Toshimy rozgrywają się obecnie wojna między dwiema organi….
Wyłączył
radio tak szybko jak włączył, a Omitsu prychnęła pod nosem. Spojrzała przeciągle
w tylne lusterko, a jej czekoladowe oczy lekko oziębły.
-
Oficer Akaike będzie miał dużo sprzątania… - mruknęła, gdy skręcili w inną
ulicę. Zapadła chwilowa cisza, którą ponownie to ona przerwała. – Nienawidzę
masowych mordów.
-
Czy ja wiem… Przynajmniej dajesz się temu porwać i przestajesz myśleć… - westchnął w odpowiedzi. – A niby jaki rodzaj mordu ty lubisz?
- Wykwintny.
– rzuciła krótko.
-
Co to w ogóle za temat? Przez tą wojnę nam chyba odbije całkowicie…
-
Raczej tylko mi… Tobie odbiło już po tamtej. – zaśmiała się, a Fumiya parsknął,
uśmiechając się ponuro pod nosem. Rozbawienie wyparowało od razu, gdy w ich
umysłach pojawiło się widmo poprzedniego starcia. Resztę drogi przejechali w
milczeniu.
Trójka
przyjaciół świętowała razem Sylwester i Nowy Rok w mieszkaniu najstarszego.
Rodzeństwo wprosiło się same, nie zważając na ‘entuzjazm’ Matsukiego, który
zgodził się jedynie z przyzwyczajenia. Satoru i Suzuko nie daliby się wyrzucić –
przynajmniej w tej jednej rzeczy współpracowali jak kochające się rodzeństwo.
Gdy
wybiła 3.00 w nocy nadal prowadzili pasjonujące rozrywki w makao, słuchając
radia. Członkowie Harikenu zerwali się we trójkę, gdy podano wiadomość o
wybuchu wojny między Kaminari i Jishin. Matsuki od razu zadzwonił do Takedy
Serizawy – zastępcy dowódcy po rozkazy, ale cała trójka dostała kategoryczny
zakaz ruszania się dalej niż do spożywczego.
-
Jaka z niego popieprzona szmata... – jęknęła dziewczyna, przeczesując ze
znudzeniem swoje turkusowe włosy.
-
Suzuko-chan… - Matsuki tylko westchnął, nie mając siły zwracać uwagi na jej dość
niecenzuralne słownictwo.
-
Ale ona ma rację! – Satoru opadł na poduszki. – Chętnie bym im tam coś namieszał!
Wymknijmy się, Mattsu! – uśmiechnął się do niego szelmowsko, używając ksywki z
dzieciństwa.
-
Właśnie, Mattsu! – powtórzyła siostra za swoim młodszym bratem. – Nikt się nie
dowie! Fajnie będzie!
-
Cicho bądźcie! Oboje! – warknął na nich. Wyłączył nadające radio, trzaskając
pilotem o ścianę. – Mamy interes w tym by Kaminari wygrało, ale to Jishinowi
jesteśmy winni przysługę… Lepiej, że nie mieszamy się do tego. Konsekwencje
mogą być nieprzyjemne, a tak nie będzie za to odpowiadać…
-
Ale to by były tylko rozkazy…
-
Bo Serizawa tak by to potraktował… - spojrzał na nich z politowaniem. –
Cieszcie się z tego względnego spoko…
Rozległ
się dzwonek do drzwi. Brązowowłosy urwał w połowie, a rodzeństwo uważnie
wyczekiwało jego reakcji. Chłopak na początku pomyślał z nadzieją, że się tylko
przesłyszał, ale gdy dzwonek rozległ się drugi i trzeci raz, wstał z ociąganiem.
-
Ja pierdole. – powiedział tylko, wlokąc się do drzwi.
Rodzeństwo
również się podniosło, wyczuwając okazję do docinania starszemu przyjacielowi.
Dziewczyna stanęła tuż za nim, uśmiechając się w ten sam szelmowski sposób co
jej brat przed chwilą.
-
Nie ładnie tak przekli… - zaczęła, ale chłopak uciszył ich dłonią.
-
Bądźcie cicho… - mruknął, patrząc się przez wizjer. Po kilku sekundach napiął
wszystkie mięśnie. – Cofnijcie się trochę.
-
Ale…
-
Zaufajcie mi – powiedział obrończym tonem.
Nic
więcej nie wyjaśniając otworzył drzwi na oścież przed przybyszem. Suzuko cofnęła
się o krok do tyłu, a Satoru rozdziawił usta ze zdziwienia. Jedynie Matsuki
okazał względny spokój, opierając się nonszalancko o ścianę, gdy do jego
mieszkania zawitał jeden z zabójców Jishin z dziewczyną w ramionach.
-
Zdaje mi się, że wisicie mi przysługę – oznajmił na powitanie Ryuji Kuno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz