13 listopada 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 32

Rozdział 32


      Gdy cały świat świętował Nowy Rok, kończąc sylwestrowe przyjęcia, Japonia zamarła. W dzielnicach stolicy z sekundę na sekundę nasilała się panika, a zwykli, niewinni ludzie byli ewakuowani z Senkawy, podczas gdy połączone siły policji i straży miejskiej obstawiały granice okręgu Toshima.
       - Szefie… - zaczął niepewnie jeden z policjantów. Mężczyzna w podeszłym wieku, odwrócił się do niego. – Mógłby szef wytłumaczyć dlaczego nie wkraczamy do akcji?
      Mężczyzna wyjął fajkę z ust. Nim padła jego odpowiedź wypuszczał dym nosem, długo zastanawiając się jak określić ich sytuację. Okręcił wąs na palcu, a gdy dostrzegł narastające zniecierpliwienie w oczach młodzika, tylko westchnął, wzruszając ramionami.
        - Jeśli wtrącilibyśmy się teraz, wyszłaby z tego masowa rzeź – podsumował krótko.
       Młody już otwierał usta, gotowy na argumentację, ale szef machnął na niego dłonią.
       - Bo widzisz… - zaczął kontynuować. – Możesz sobie myśleć, że to takie marne, słabe podróbki Yakuzy, nawet nie walczące bronią palną. – posłał mu protekcjonalne spojrzenie, na które chłopak przewrócił oczami. – Otóż nie. Nim zdołałbyś pomyśleć o zastrzeleniu, wykrwawiałbyś się na ziemi. Jak myślisz, czy gdyby byli słabi, daliby radę utrzymać podziemie w szychu? – uśmiechnął się, kręcąc głową.
       - Nie wątpię, że są silni – powiedział ostrożnie młody. – Ale dlaczego w ogóle pozwalamy im istnieć?
       - Młodzi to jednak młodzi… - facet zaciągnął się dymem. – Załatwiają za nas brudne sprawy, dają duże pieniądze na łapówki… Jak myślisz, skąd się biorą nasze podwyżki czy nagrody? Od rządu? Wolne sobie… - wybuchł śmiechem.
        - Niemożliwe! – krzyknął ze złością chłopak. – Przecież pozwalamy na masowe mordy ludzi… Codziennie! Co z tymi wszystkimi nierozwiązanymi….
       - Tuszujemy. To obustronna korzyść. – przerwał mu. – Aczkolwiek nie możemy też pozwolić by tłukli się w nieskończoność. Zwłaszcza, że jakimś cudem Jishin przemycił tu wariatkowo…
      - Więc ile im dajemy?
      - Z tego co mówiła centrala… Od dawna mieli napięte stosunki, więc raczej to wojna… - zastanowił się przez chwilę. – Hmm… Obstawiam, że góra 4 dni.
      - Ile? – wydusił młodzik. – Przecież ofiary będą…
      - Cicho już bądź. – warknął na niego szef. – Czeka nas długa noc.
      - A mógłbym jeszcze mieć jedno pytanie, szefie? – rzucił ostrożnie. Mężczyzna przewrócił oczami, ale kiwnął potakująco głową. – Zna szef tam kogoś?
      - Dobrze znałem tylko założyciela Kaminari… - westchnął melancholijnie. – Był z niego straszny pomyleniec – zaśmiał się. –A jeśli tak pomyślę, do klasy chodziłem bodajże z jego najlepszym kumplem, chyba jest tam doradcą…
      - Jacy byli? – chłopak zainteresował się tematem.
      - Jacy…? – policjant zastanowił się. – Oprócz tego, że dziwadła, zawsze byli w porządku. Kolejny dowódca był niesamowity, jakby wyciągnięto go z komiksu o super bohaterach, a obecny… nie widziałem go osobiście, ale ma łeb na karku. – pokiwał do siebie głową, po czym rozejrzał się na boki, patrząc czy nikt nie idzie. Ściszył głos. – Jako szef nie powinienem tego mówić, ale mam nadzieję, że im się poszczęści.
        - Wie szef co… - prychnął młodzik. – To zwykli kryminaliści.
        - Nie mówiłbym tak o nich, Hasuda. – posłał mu zmęczone spojrzenie. – Nie wiesz, czy życie nie zmusi się do zejścia na tą ścieżkę za kilka lat. Nie zbadane są ścieżki naszych losów.

       Ulica wyglądała jak z typowego filmu akcji. Ogień rozprzestrzeniał się niepokojąco szybko, ludzie biegali po ulicy w całkowitym przerażeniu, odchodzili od zmysłów, uciekając bezsensownie od morderców. Raz po raz rozlegały się krzyki, a po nich dźwięk upadającego ciała.
       - Fumiya… - szepnęła Omitsu. – Przyśpiesz i stratuj tylu ilu się da. – powiedziała z mocą. Mężczyzna zaśmiał się, dodając gazu i zmniejszając odległość w drastycznym tempie.
       - I to mi się podoba. – jego oczach błyskały ogniki.
       Brązowowłosa zabójczyni uderzyła go lekko pięścią w plecy, na szczęście, po czym z gracją stanęła na bagażniku motoru. Nawet się nie zatrzęsła, mimo potężnego oporu wiatru. Patrzyła się lodowatymi oczyma na zbliżających się przeciwników. Położyła dłoń na rękojeści, biorąc głęboki oddech.
       Czas zwolnił, praktycznie się zatrzymując. Widziała każdy najmniejszy ruch setki osób przed sobą. Czuła, że za chwilę rozpęta się tu prawdziwa rzeź, gdzie czas nie będzie łaskawy i popłynie tak szybko jak rozlewająca się krew z ciał morderców.
       10 metrów do celu.
       Zdusiła pożegnanie w piersi, wiedząc, że przyciągnie ono tylko kłopoty.
       5 metrów.
       Napięła mięśnie, marząc by ocknąć się z tego koszmaru.
       2 metry.
       Koszmaru, który trwał prawie 12 lat.
       Napięła wszystkie mięśnie i skoczyła. Wybiła się wysoko, wyginając kręgosłup do tyłu. Fumiya pojechał dalej, nie zważając na tłum ludzi. Powietrze w nią uderzyło, zwalniając gwałtownie swoje opory. Wyciągnęła miecz, błyskając klingą w ciemności. Część morderców zapatrzyła się na nią, gdy robiła idealne salto w powietrzu.
      - Shine – powiedziała cicho, uśmiechając się przy tym okrutnie. Usłyszawszy to, zaćmione krwią umysły psychopatów na chwilę się przejaśniły. Niestety, zbyt późno.
      Piekło się rozpoczęło.
      Omitsu najpierw obrała za cel barczystego mężczyznę. Niedbałym ruchem odcięła mu głowę, lądując w kuckach na jego opadając ciele, przyciskając go do ziemi. Nim okoliczne osoby zdążyły podnieść krzyk rzuciła się na nie z żądzą mordu zawartą w błyszczących czekoladowych oczach i niepokojącym uśmiechu.
      Fumiya zahamował dopiero, gdy usłyszał za sobą krzyki. Szarpnął gwałtownie kierownicą, zatrzymując się bokiem. Spod kół motoru wydobyły się rozjarzone do czerwoności iskry, a mordercy odsunęli się od niego o krok.
      - Zły ruch – pomyślał, mrożąc ich wzrokiem w jednej sekundzie.
      A w drugiej runął na nich z dobytym w ułamku chwili mieczem. Położył jednym ciosem dwóch pokaźnym mężczyzn, torując sobie drogę. Minął ich, omijając przy tym kilku kolejnych. Schylił się, gdy jakaś kobieta usiłowała dźgnąć go nożem. Przerzucił przez ramię kolejnego faceta, nie zwalniając przy tym ani trochę. Bezwładne ciało przewróciło kilku innych psychopatów, którzy rzucili się sami na siebie.
     Czarnowłosy mężczyzna przebrnął do kobiety w kilka sekund. Zetknął się z nią plecami, na co westchnęła z ulgą. Po chwili uśmiechnęła się okrutnie, ścierając wierzchem dłoni krew z twarzy.
      - Ne Fumiya… - zaczęła niskim głosem. – Może zabawimy się tak jak Tokaji, co? – spytała, a jej głos drżał z żądzy mordu.
      - Z przyjemnością – mężczyzna obniżył niebezpiecznie ton. – U mnie 4.
      - No to mamy remis.
      Odskoczyli od siebie, dając się porwać wirowi walki.

      Tokaji wyhamował z piskiem opon na podjeździe organizacji. Cała czwórka wysiadła z auta w tym samym momencie, zaczynając od razu biec w stronę bazy dowodzenia. Tsuneari rozejrzał się z konsternacją. 
      - Nasi już wyruszyli. – zauważył z narastającą złością. – Czemu nie idziemy od razu ich wesprzeć? – wycedził, choć Tokaji zrozumiał tą ukrytą wiadomość.
       Czemu nie pozwalasz mi iść jej ratować?
       - Na razie nie doszło do sparingu na szeroką skalę. I przez kilka kolejnych minut nie dojdzie. Fumiya i Omitsu dość… Zredukują tych z Tateyamy… - odparł chłodno.
       - No dobrze… - przytaknął blondyn. – Co nie zmienia faktu, że w takiej sytuacji jesteśmy przydzieleni do Bloku Zachodniego…
      - Tak wam się śpieszy by zginąć!? – warknął na nich czarnowłosy.
      - Tokaji… - Ayako wbiła w niego zirytowane spojrzenie. Trzęsła się na samą myśl o tym, że bezwarunkowo muszą słuchać jego rozkazów. Nawet jeśli rozkaże im dać się zabić.
      - Zamknijcie się! Teraz ja tu dowodzę! – wycedził. – Ciebie, idiotko, trzeba opatrzyć. Nikt z nas nie jest ubrany na walkę, a tym bardziej nie mamy sprzętu. Do cholery, włączcie myślenie, bo godziny nie przeżyjecie!
      Zamilkli, niechętnie przyznając mu rację. Złość jednak nadal pozostała. Gdy wpadli do środka Tokaji zatrzymał ich na sekundę. W jego oczach nie było stałej złośliwości, jedynie skupienie. Takie jakie posiadają doświadczeni dowódcy.
     Tsuneari zaciskał mocno zęby, nie mogąc znieść ograniczeń. Zazwyczaj robił wszystko tak jak chciał i jak uważał, nawet po wielu latach w Kaminari. Zawsze musiał czuć wolność, a teraz znajdował się w klatce. 
     - Ayako lecisz do Ryutaro. Taki ty idziesz po broń dla nas wszystkich do magazynu. Tsuneari ze mną. Idziemy do dowództwa. – powiedział stanowczo i  nie czekając na jakiekolwiek sprzeciwienia, zaczął biec. – Macie być gotowi za 5 minut!
      Tsuneari popędził za nim, wpadając do sali treningowej, przekształconej pośpiesznie w centrum organizacji. Mikuru nawet ich nie zauważyła, pochłonięta rozrysowywaniem wciąż nowych planów i rozwiązań. Hiroki siedział przy pokaźnym elektronicznym informatorze. Z głośnego szumu dochodziły do nich słowa liderów zespołów. Blondyn zastanawiał się raptem kilka sekund, nim podał zwięzłe wytyczne i przełączył na kolejną osobę.
       - Tokaji Kosai. – zasalutował na początku, by zwrócić ich uwagę. – Zespół melduje się gotowy do akcji. Kanegawa zaginiona. Kasahara lekko ranna. Hideyoshi poszedł po zaopatrzenie. – zdał krótki raport.
        - W samą porę. – strategiczka machnęła na nich dłonią.
        Podeszła do starego komputera, zaczynając coś szybko pisać. Chłopcy zbliżyli się do niej, zaglądając jej ciekawsko przez ramię. Okazało się to niepotrzebne, bo gdy wyszukała to co potrzebowała, odsunęła się by pokazać im kamerę z jakiegoś spożywczego.
       Zapis monitoringu leciał w przyśpieszeniu, a zabójcy czekali cierpliwie ze skrzyżowanymi rękoma, nie ośmielając się wypowiedzieć ani słowa. Po kilku dłużących się sekundach zza zakrętu wypadła umięśniona postać, a jej tlenione włosy wyraźnie się odznaczyły.
      Tokaji gwizdnął, unosząc wysoko brwi.
      - Czyżby nasz przyjaciel Shigeo?
      - Najprawdopodobniej. – przytaknęła Mikuru. – To film ze spożywczaka, który znajduje się niedaleko obecnego pola bitwy. Prawdopodobnie posłali go jako obserwatora sytuacji. – wyjaśniła rzeczowo. – Miałam ściągnąć Meijiego albo Mako, ale że jesteś wolny… Tsu przejmujesz dowodzenie. – kiwnęła na brązowowłosego, po czym posłała poważne spojrzenie czarnowłosemu. – Jest cały twój, Tokaji.
       - Się robi. – młodzieniec uśmiechnął się krótko i od razu skierował w stronę wyjścia, bez słowa pożegnania.
       - Chwila, moment – Tsuneari po raz pierwszy od przybycia się odezwał. – Ja wiem, że to nie czas na kłótnie, ale posyłanie jednej osoby akurat na Shigeo nie jest dobrym pomysłem…
       - Mi pasuje. – wtrącił Tokaji. – I tak mnie nie zatrzymasz. – pokazał mu język i wypadł z pomieszczenia, nim jego przyjaciel zdołał go zatrzymać.
      - Czekaj, ty skończony…! – wykrzyknął Tsu, ale urwał ze zrezygnowaniem w połowie. – Jak będziesz się wykrwawiać to z pretensjami nie do mnie…
      Strategiczka również westchnęła i rzuciła mu pytające spojrzenie, ale to Hiroki w końcu oderwał się od nawału wiadomości. Ściągnął z uszu pokaźne słuchawki, patrząc się twardo na chłopaka.
      - Coś jeszcze, Nakade?
      - Właściwie to tak. – Tsuneari odpowiedział hardo na spojrzenie. – Chciałbym dostać pozwolenie na poszukiwania Kanegawy. – w jego oczach kryło się zdecydowanie. I bardzo głęboki gniew.
       - Z tobą zawsze są same problemy… - blondyn przejechał dłonią po włosach. – Daję ci 6 godzin, potem masz wracać z nią czy bez niej, dotarło? Doprowadzisz Kasaharę i Hideyoshiego do Bloku Zachodniego i dostajesz wolną rękę. – powiadomił go ze zrezygnowaniem.
        Brązowowłosy stał w totalnym osłupieniu, nie dowierzając w rozkaz mężczyzny. Na chwilę z jego twarzy zszedł wyraz gniewu, a pojawiła się szczera wdzięczność. Uśmiechnął się przyjacielsko do wiecznie naburmuszonego blondyna.
       - Dziękuję. Jestem pana dłużnikiem. – wyszczerzył się, łapiąc jeden z odbiorników leżących na stole. Wybiegł bez słowa z pomieszczenia.
      Gdy jego kroki ucichły, a dowództwo znów pogrążyło się w nawale pracy, Mikuru jeszcze raz przerwała ciszę. Poparzyła się ze smutkiem na przyjaciela.
       - Dlaczego pozwoliłeś mu iść? – powiedziała cicho. – To prawie jak zezwolenie na samobójstwo…
       - Kobieto, zamilcz. – westchnął. – Nie lekceważ go. Może to narwaniec, ale spokojnie dorównuje Tokajiemu czy Trójcy, a kiedyś nawet Fumiyi…
      - Ale mimo to… - zaczęła ponownie strategiczka, ale ku jej zdziwieniu Hiroki tylko uśmiechnął się do niech smutno.
     - On i tak by poszedł po nią. Z pozwoleniem lub bez.

     Mężczyzna skrywał się w cieniu budynków, obserwując z coraz większym niepokojem rozwój wypadków. Już na samym początku zaledwie dwie osoby pokrzyżowały ich plany.
     Gdy jego odbiornik zatrzeszczał cicho, zaklnął pod nosem. Mamrocząc niecenzuralne epitety, odebrał, siląc się na pełen szacunku ton.
    - Jak sytuacja, Taichi? – Głos Yasuakiego był spokojny, wręcz znudzony. Tak jakby był pewien, że wygrają wojnę tylko dzięki garstce niedoświadczonych, chorych psychicznie ludzi.
     To się zdziwi, pomyślał Shigeo, uśmiechając się kpiąco pod nosem.
      - Jeśli mam być szczery, szefie… - z trudem zduszał szyderczy ton, choć wcale nie cieszył się, że Kaminari ma względną przewagę. – To źle.
      - Źle?
      - Źle. 
      Wyczuwał gwałtownie podnoszące się ciśnienie dowódcy, ale chciał go przez chwilę podenerwować. Szef jednak po chwili milczenia wycedził wściekle:
      - Zdaje mi się, czy chciałem opis sytuacji?
      - Jeśli szef w to uwierzy to… To naszą pierwszą linię ataku dziesiątkują dwie osoby.
      Usłyszał zduszone prychnięcie po drugiej stronie głośnika. Oczyma wyobraźni widział Igarashiego, siedzącego przy biurku i zasłaniającego twarz dłonią, by ukryć rozbawienie.
      - A kto byłby tak głupi by atakować pięćdziesiątkę we dwójkę?
     - Zakładam, że szanowne dowództwo Kaminari. – kpiący uśmieszek błąkał się po ustach Shigeo, który nawet go nie krył, ciesząc się, że szef nie może go zobaczyć w tej chwili.
     - Cholera, Taichi! – Igarashi trzasnął otwartą dłonią w stół. – Chcę konkrety!
     - Fumiya Sotomura i Omitsu Adachi. Czy tyle szefowi wystarczy?
     Zabójca zamilkł, analizując sytuację, a świszczący dźwięk powietrza świadczył o jego wściekłości. Nikt z ich ‘doskonałych’ strategów, łącznie z nim, nie przewidział, że 2 najsilniejszych morderców tak sobie opuści główne szeregi.
      - Ilu straciliśmy? – spytał po chwili.
      - Na obecny moment? – Shigeo wychylił się zza rogu, rozglądając na boki. – Jakiś 14… O, teraz 15. – zaśmiał się szyderczo. – Czy oni nie mieli ich przypadkiem… rozgromić? – zaniósł się śmiechem.
     - Zamilcz.
     Ton głosu Żywej Śmierci zmusił go do ciszy. Wbrew sobie poczuł przebiegający na plecach dreszcz.
      - Posłuchaj mnie teraz uważnie, Shigeo, bo nie będę się powtarzał. Wycofasz się teraz z Tateyamą i wrócisz pod granice okręgu. Dołączą do ciebie jakieś 2/3 organizacji i zaatakujesz z dwóch stron – Południowej i Zachodniej. Czy to jasne? – głos dowódcy był tak oziębły, że po drugiej stronie słuchawki poczuł chłód. Zbyt dobrze wiedział co zrobi Igarashi, gdy on z czymś nawali.
     - Jak słońce – westchnął tylko, patrząc się na zegarek. – Jest 3.24. O której mamy uderzyć? – spytał rzeczowo.
     - Punkt 5.00 – odparł tylko zabójca. – I nie zapominaj tylko kto tu dowodzi.
     - Oczywiście, że pan. – potwierdził potulnie, wywracając oczami. – A co z naszym szanownym szpiegiem Kuno?
      - Ryuji? – powtórzył imię chłopaka wręcz z zainteresowaniem. – Nie daje znaku życia. Pewnie go odkryli i zabili na miejscu. – dodał z lekkością.
     - Mam taką szczerą nadzieję…
     - Słucham?
     - Bez odbioru! – rzucił do słuchawki i zakończył połączenie, chowając odbiornik głęboko do kieszeni.
     Shigeo wyjrzał ponownie zza rogu. Wydawało się, że dwójka morderców tańczy, a nie walczy. O potyczce świadczyły tylko splamione ostrza mieczy, nieprzerwanie wirujących w powietrzu oraz piętrzące się stosy ciał. Gdy mężczyzna doliczył się 20, pokręcił głową, ponownie chowając się w cień. Jeśli plan zadziałałby do większości zabójców, tak psychopaci nie byliby w stanie zadrasnąć nikogo z dowództwa. Fumiya i Omitsu, z grymasem uśmiechu na ustach, wzięli to za rozgrzewkę.
    Shigeo uchwycił się rynny i podciągnął jednym, płynnym ruchem. Złapał się parapetu przy pierwszym piętrze, a gdy poczuł oparcie pod stopami, powtarzał czynność w kółko, nim nie stanął na dachu niewysokiego budynku. Przywarł do gzymsu, obserwując jeszcze przez chwilę rozgrywającą się rzeź, szukając jakiejś luki w walce wrogów. W końcu westchnął, wiedząc, że stracili swoją szansę.
     Wygrzebał z kieszeni petardę i zapalniczkę. Zamachnął się podpaloną petardą, która wybuchła czerwonym światłem nad walczącymi zabójcami. Ludzie zastygli przez chwilę w zdezorientowaniu, nie wiedząc co może to oznaczać. Ci z psychopatów, którzy znajdowali się dalej od Kaminari, umysły przejaśniły się szybciej. Kilku z nich coś zakrzyknęło i zerwało się do ucieczki. Za nimi pobiegli kolejni.
      Omitsu również rzuciła się za nimi w pogoń, owładnięta bojowym szałem, ale Fumiya powstrzymał ją delikatnie, rozważając kilka wyjaśnień. Kobieta najpierw spojrzała na niego z wyrzutem, chwilę później w jej brązowych oczach pojawiło się zrozumienie. Westchnęła i płynnym ruchem schowała broń do pochwy.
      - No to czas wracać. – mruknął do siebie Shigeo, schodząc energicznie na ziemię. Obejrzał się na morderców, bezpiecznie osłonięty zasłoną cieni i odległością. – Ja bym się tak nie rozluźniał. – uśmiechnął się półgębkiem. – Nawet nie zorientowaliście się, że macie szpiega.
      Prychnął cicho, patrząc się jeszcze przez chwilę na oddalające się sylwetki postaci po czym ruszył biegiem za swoim oddziałem, nawet nie zwróciwszy uwagi na cień stojący w tym samym miejscu co on kilka minut wcześniej.
       Tokaji wyszedł z ukrycia, zduszając kpiący chichot pięścią.
        - I kto tu kogo nie zauważa, idioto. – rzucił za mężczyzną. Po chwili spoważniał, strzyknął palcami i pobiegł w stronę oddalających się dowódców.  
       Mimo wyczerpującej walki szli energicznie, nawet nie patrząc na walające się po ulicy zwłoki. Rozglądali się jedynie za jakimkolwiek pojazdem, rozmawiając dość urzędowym tonem, choć na ich usta wkradały się pojedyncze, blade uśmieszki.
       - Szefie! – zawołał cicho Tokaji, woląc nie sprawdzać czy wrogowie usłyszą jego krzyk.
      Obrócili się oboje, napinając mięśnie i kładąc dłonie na rękojeściach. Po sekundzie wahania rozpoznali czarnowłosego i rozluźnili mięśnie. Tylko, że twarz Omitsu wyrażała uspokojenie, a Fumiyi konsternację.
       - Ah, Kosai to tylko ty… - westchnęła kobieta, przecierając twarz dłonią i tym samym rozcierając krew na policzku.
       - Pozwólcie, że podaruję sobie grzeczności. – zaczął od razu, patrząc się na nich poważnie. Nie było czasu by bawił się w uszczypliwości. – Shigeo nimi dowodził i chyba mnie nie zauważył. Igarashi odwołał ich tylko na moment. O 5 nas zaatakują połączonymi siłami ze strony Południowej i Zachodniej. – wyrzucił z siebie jednym tchem, prawie zaczynając z powrotem biec.
       Fumiya powstrzymał go jednym gestem.
       - Świetnie, Tokaji. Omitsu przekaż to od razu do Mikuru. – polecił brązowowłosej, nie spuszczając srogiego spojrzenia z chłopaka. – A teraz łaskawie mi powiedz co tu robisz.
       - Pani strateg kazała mi śledzić Shigeo. – Tokaji wzruszył ramionami. – No to śledzę. I pomyślałem, że przekażę informacje wam. – dodał lekceważąco. Widząc spojrzenie zabójców, spoważniał trochę bardziej. – Mam nadal kontynuować misję?
       Omitsu odeszła z odbiornikiem kilka metrów od nich, ale Fumiya nie odezwał się słowem. Gdy chłopak zaczął tupać delikatnie stopą, westchnął tylko.
       - Jesteś sam, prawda?
       - Jak zwykle. – prychnął w odpowiedzi.
       - Niech cię, Mikuru. Miałaś potraktować dowodzenie trochę mniej samowolnie. – przeczesał włosy dłonią. – Dobra, kontynuujesz. Masz trzymać się od nich co najmniej 10 metrów i pod żadnym pozorem nie atakować Shigeo sam. Rozumiesz?
      Czarnowłosy tylko skinął głową, zrywając się do biegu w kierunku drogi ucieczki Jishin. Po kilku metrach odwrócił się i pomachał kpiąco dłonią.
      - No to na razie! – zawołał, uśmiechając się szyderczo.
      - Zamknij się! – wrzasnęła za nim kobieta, na co tyko się roześmiał i przyśpieszył. Kręcąc głową, pociągnęła Fumiyę w stronę jakiegoś w miarę użytecznego auta.
     - I jak? – spytał mężczyzna.
     - Mikuru już zaczęła przegrupowywać ludzi. Zostało nam niecałe 1,5 godziny. Musimy się śpieszyć. – zarządziła, wsiadając do auta.
     Czarnowłosy podniósł wysoko brwi, widząc, że przyjaciółka zajęła miejsce kierowcy, ale nic nie powiedział. Gdy tylko usiadł, ruszyła, dociskając gaz do dechy. Omitsu nawet nie drgnęła powieka, gdy samochód podskakiwał na rozrzuconych ciałach. Fumiya popatrzył na nią pusto przez chwilę i spróbował włączyć radio.
      Donosimy iż na terenie okręgu Toshimy rozgrywają się obecnie wojna między dwiema organi….
     Wyłączył radio tak szybko jak włączył, a Omitsu prychnęła pod nosem. Spojrzała przeciągle w tylne lusterko, a jej czekoladowe oczy lekko oziębły.  
     - Oficer Akaike będzie miał dużo sprzątania… - mruknęła, gdy skręcili w inną ulicę. Zapadła chwilowa cisza, którą ponownie to ona przerwała. – Nienawidzę masowych mordów.
      - Czy ja wiem… Przynajmniej dajesz się temu porwać i przestajesz myśleć… - westchnął w odpowiedzi. – A niby jaki rodzaj mordu ty lubisz?
      - Wykwintny. – rzuciła krótko.
      - Co to w ogóle za temat? Przez tą wojnę nam chyba odbije całkowicie…
      - Raczej tylko mi… Tobie odbiło już po tamtej. – zaśmiała się, a Fumiya parsknął, uśmiechając się ponuro pod nosem. Rozbawienie wyparowało od razu, gdy w ich umysłach pojawiło się widmo poprzedniego starcia. Resztę drogi przejechali w milczeniu.

      Trójka przyjaciół świętowała razem Sylwester i Nowy Rok w mieszkaniu najstarszego. Rodzeństwo wprosiło się same, nie zważając na ‘entuzjazm’ Matsukiego, który zgodził się jedynie z przyzwyczajenia. Satoru i Suzuko nie daliby się wyrzucić – przynajmniej w tej jednej rzeczy współpracowali jak kochające się rodzeństwo.
      Gdy wybiła 3.00 w nocy nadal prowadzili pasjonujące rozrywki w makao, słuchając radia. Członkowie Harikenu zerwali się we trójkę, gdy podano wiadomość o wybuchu wojny między Kaminari i Jishin. Matsuki od razu zadzwonił do Takedy Serizawy – zastępcy dowódcy po rozkazy, ale cała trójka dostała kategoryczny zakaz ruszania się dalej niż do spożywczego.
      - Jaka z niego popieprzona szmata... – jęknęła dziewczyna, przeczesując ze znudzeniem swoje turkusowe włosy.
     - Suzuko-chan… - Matsuki tylko westchnął, nie mając siły zwracać uwagi na jej dość niecenzuralne słownictwo.
     - Ale ona ma rację! – Satoru opadł na poduszki. – Chętnie bym im tam coś namieszał! Wymknijmy się, Mattsu! – uśmiechnął się do niego szelmowsko, używając ksywki z dzieciństwa.
     - Właśnie, Mattsu! – powtórzyła siostra za swoim młodszym bratem. – Nikt się nie dowie! Fajnie będzie!
     - Cicho bądźcie! Oboje! – warknął na nich. Wyłączył nadające radio, trzaskając pilotem o ścianę. – Mamy interes w tym by Kaminari wygrało, ale to Jishinowi jesteśmy winni przysługę… Lepiej, że nie mieszamy się do tego. Konsekwencje mogą być nieprzyjemne, a tak nie będzie za to odpowiadać…
     - Ale to by były tylko rozkazy…
     - Bo Serizawa tak by to potraktował… - spojrzał na nich z politowaniem. – Cieszcie się z tego względnego spoko…
      Rozległ się dzwonek do drzwi. Brązowowłosy urwał w połowie, a rodzeństwo uważnie wyczekiwało jego reakcji. Chłopak na początku pomyślał z nadzieją, że się tylko przesłyszał, ale gdy dzwonek rozległ się drugi i trzeci raz, wstał z ociąganiem.
     - Ja pierdole. – powiedział tylko, wlokąc się do drzwi.
     Rodzeństwo również się podniosło, wyczuwając okazję do docinania starszemu przyjacielowi. Dziewczyna stanęła tuż za nim, uśmiechając się w ten sam szelmowski sposób co jej brat przed chwilą.
      - Nie ładnie tak przekli… - zaczęła, ale chłopak uciszył ich dłonią.
      - Bądźcie cicho… - mruknął, patrząc się przez wizjer. Po kilku sekundach napiął wszystkie mięśnie. – Cofnijcie się trochę.
     - Ale…
     - Zaufajcie mi – powiedział obrończym tonem.
     Nic więcej nie wyjaśniając otworzył drzwi na oścież przed przybyszem. Suzuko cofnęła się o krok do tyłu, a Satoru rozdziawił usta ze zdziwienia. Jedynie Matsuki okazał względny spokój, opierając się nonszalancko o ścianę, gdy do jego mieszkania zawitał jeden z zabójców Jishin z dziewczyną w ramionach.

     - Zdaje mi się, że wisicie mi przysługę – oznajmił na powitanie Ryuji Kuno. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz