7 listopada 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 31

Rozdział 31

~Tsu~
     -Oni… - spojrzałem ze zgrozą na przyjaciół. Przełknąłem ślinę. – Oni są z Tateyamy.
    Po tych słowach zapanowała pusta cisza. W oczach moich towarzyszy malowało się coraz większe przerażenie. Biały odcień skóry Ayako widoczny był pod osłoną ciągle cieknącej krwi, a Taki otworzył usta, zdobywając się w końcu na pokręcenie głową. Jedynie Tokaji zachował z nich zimną krew. Analizował coś.
     A ja wiedziałem, że to nie będzie nic co mi się spodoba.
     Miałem wrażenie, że nie ruszamy się z miejsca przez wieki. Patrzyłem w dal, na powoli zbliżające się sylwetki morderców. Ich białe kombinezony odznaczały się wyraźnie na tle ciemności drzew, rozświetlanej co jakiś czas wybuchającym granatem. Wszystko odbywało się w zwolnionym tempie.
      Powoli wpadałem w trans. W ten krwawy zew walki. Po plecach przebiegały mi ciarki, wzmagające się z każdą sekundą. Zmysły się wyostrzyły, oddech uspokoił jakby na przekór rozszalałemu sercu, a całe ciało tylko czekało by zacząć walczyć.
      Złość, wściekłość, rozpacz, desperacja. Wszystkie uczucia uderzały we mnie raz po raz, z każdym uderzeniem serca. Jednak mają po swojej stronie Tateyamę.  Gdzieś w tym rozpętanym przez nich piekle jest Ichigo. A ja marnuję cenne sekundy, które powinniśmy przeznaczyć na odnalezienie jej. Na uratowanie.
      Od mojego oświadczenia minęło raptem 5 sekund, gdy Tokaji omiótł nas poważnym spojrzeniem. Umocnił uchwyt na rękojeści i kiwnął na nas głową, jakby miało to zastąpić wszystkie wyjaśnienia.
     - Za mną – rzucił tylko. – Tak szybko jak się da.
     Zaczął biec w stronę schodów – czy raczej resztek. Ruszyliśmy za nim, nie pytając o nic. Wyuczyli w nas posłuszeństwo ku dowódcy. Z ciężkimi sercami zaufaliśmy Tokajiemu, że jednak przełoży choć trochę nasze życie nad celem, który sobie obrał.
     Dwie sekundy.
     Mijamy zmasakrowane ciała, wijące się w ogniu i kurzu. Krzyki boleści praktycznie do mnie nie docierają. Nie odczuwam litości – po prostu biegnę. Ciało i umysł znów zaczynają działać jak 3 lata temu – liczą się nasi, nie cywile.
     Kolejne 5 sekund.
     Wypadamy z pagórka, zatrzymując się gwałtownie na jezdni. Tokaji rozgląda się gorączkowo, a gdy dojrzał co szukał, dał nam niejasny znak dłonią. Rzucił się w zupełnie innym kierunku niż wzgórze świątynne. Ayako i Taki ruszyli bez słowa za nim. Zerwałem się za nimi, po chwili wahania.
      Coś ukłuło mnie w piersi, a zalążek niepokoju wykiełkował. Przecież ona będzie gdzie indziej. On chyba nie…
      Tokaji zatrzymał się obok czarnego mercedesa i bez ceregieli wybił mu okno od strony kierowcy. Otworzył zamaszyście drzwi, a triumf rozlał się na kilka chwil po jego twarzy.
      - Szybko, do środka. – rozkazał stanowczo. – Zmywamy się stąd.
     Ayako i Taki nawet nie rzucili sobie pojedynczego, porozumiewawczego spojrzenia. Po prostu wsiedli, bez zbędnych słów i spekulacji. Zwolniłem trochę krok, aż całkowicie się zatrzymałem. Spojrzałem z desperacją w bezdenne oczy przyjaciela, kręcąc głową. On tylko odwrócił wzrok, wbijając go wściekle w ziemię.
     - Szybko, Tsu. – wycedził. – Bo cię zostawię.
     - Nie możemy… Nie mogę jej tak… - czułem jak głos mi drży. Serce nagle straciło szaleńczy rytm, zatrzymując się prawie całkowicie. – Ty nie możesz jej tak po prostu zostawić! – wrzasnąłem.
     - A właśnie, że tak. Mogę. – posłał mi zniecierpliwione spojrzenie. Choć po raz pierwszy dostrzegłem w nim rozdarcie, nie chciałem tego zrozumieć. – A teraz wsiadaj. Jak się nie pośpieszysz zginiemy wszyscy.
      Chłopak trzasnął drzwiami, a ja wbrew własnej woli podbiegłem do auta. Moje ruchy nadal były płynne, choć serce krzyczało, bym zawrócił i ją znalazł, umysł już powoli dopuszczał do niego truciznę. Jeśli po nią wrócimy, twoi przyjaciele zginą. Jeśli po nią wrócimy, nie ostrzeżemy Kaminari. Jeśli po nią wrócimy, znajdziemy ją martwą. Wszyscy zginą.
     Siadłem z przodu, trzaskając drzwiami. Rozpacz rozszarpywała mnie od środka, gdy tylko Tokaji odpalił silnik. Zastanawiałem się czy tylko ja tak żałośnie wyglądam. On jak zwykle okazywał tylko spokój – jakby to wszystko było normalne i codzienne.
      Bo to w sumie jest dla nas codziennością.
      Ayako i Taki patrzyli się na mnie współczująco, ale w ich oczach dostrzegłem bezsilność i strach. Wziąłem głęboki wdech. To wojna. Muszę się uspokoić. Od każdego najmniejszego ruchu zależy życie każdego członka Kaminari. Muszę się uspokoić.
      Muszę…
      - Chikuso daroka…! – zatopiłem palce we włosach, starając się bólem stłumić narastający krzyk. Poczułem jak samochód pode mną zaczyna wibrować. Ruszaliśmy. I zostawialiśmy ją za sobą. Ichigo zostawała tam sama.
      - Tsuneari… - Ayako wypowiedziała moje imię spokojnie. Spojrzałem na nią w lusterku. Jej twarz była jakby bez wyrazu. – Musimy ostrzec naszych. Po prostu musimy.
     - Mógłbym zostać i… - mój głos zadrżał z emocji.
     Tokaji gwałtownie zmienił bieg i docisnął do samego końca pedał gazu. Szybkość wcisnęła nas w fotele. Mimowolnie wyplątałem włosy spomiędzy palców i zerknąłem na Tokajiego.  Nadal miał obojętny wyraz twarzy, jednak lata przyjaźni pozwoliły mi dostrzec znikome zmiany. Zacięcie. Wściekłość.
     I głęboki ból, który ukrył na razie bardzo, bardzo głęboko. A którego ja nie mogłem się pozbyć. I którego nie chciałem zapominać. Chciałem zwalczyć.
      - Nie mógłbyś. – rzucił tylko. – Zabiliby cię i nic byśmy na tym nie zyskali. Nie pozwolę na bezsensowne śmierci. Już nie. – syknął jeszcze, łypiąc na mnie kątem oka.
      Zacisnąłem pięści na fotelu, napinając mięśnie.
      Tylko jak ich ostrzeżemy, wrócę po ciebie. Odnajdę i uratuję.
       Biorąc głęboki wdech, wygrzebałem telefon z kieszeni. Rzuciłem go Takiemu, który kończył właśnie obwiązywać głowę dziewczyny kawałkiem swojej koszuli. Prowizoryczny opatrunek zatamował krwotok zalewający jej szarozielone oczy. Złapał komórkę i posłał mi pytające spojrzenie.
        - Dzwoń do nich. – powiedziałem tylko.
        - Tak jest.
        - Jakby co nie mam zamiaru niczego wysadzać w powietrzu – prychnął Tokaji.
Zareagowaliśmy na ten żart krótkim śmiechem, który zgasnął prawie od razu. Żadne z nas nie chciało się teraz śmiać. W martwej ciszy dało się słyszeć jedynie sygnał telefonu i nasze niespokojne oddechy.
***
~kilka minut przed północą, Kaminari~
       - Co ty kombinujesz? – spytał ze śmiechem Fumiya.
       Omitsu tylko na niego prychnęła, siłując się z potężnym patefonem, który upadł z łoskotem na ziemię skąd nie chciał się ruszyć. Kobieta bezskutecznie usiłowała go ruszyć.
       - A ja go przytaszczyłam aż tutaj… - jęknęła, tupiąc nogą jak małe dziecko.
       - Pokaż to… - westchnął czarnowłosy, wychodząc, ze swojego biura. Podszedł go patefonu z namaszczenie i bez większego wysiłku podniósł go z podłogi. – Nadal nie rozumiem dlaczego jesteś w stanie pokonać 85% zabójców w Japonii – zaśmiał się. – Gdzie ci to zanieść?
       - Do mnie. – odparła, puszczając docinkę mimo uszu.
       Wyprzedziła go, prowadząc powoli do wejścia. Weszła pierwsza, przytrzymując mu drzwi. Fumiya wszedł i stęknął cicho.
       - Gdzie postawić ci tego grata?
       - W salonie. I to nie grat.
       Czarnowłosy przydreptał do wskazanego miejsca i ustawił patefon na komodzie. Od razu również podłączył go do prądu. Spojrzał na urządzenie – było całe naznaczone pęknięciami, rdzą i grubą warstwą kurzu. Rozejrzał się po pokoju, a jego uwagę przykuła półka wypełniona płytami winylowymi. Zagwizdał cicho.
        - Myślałem, że już ci przeszła fascynacja tym.
       Omitsu skrzyżowała ręce na piersiach, mierząc go bacznie wzrokiem.
       - Nie, nie przeszła – odparła ostrzegawczym tonem.
       - Spokojnie, spokojnie. Przecież ja nic nie mówię. – rzucił luźno Fumiya, podchodząc do kolekcji płyt.
       Jego czarne oczy prześlizgiwały się po tytułach płynnie, a z każdą sekundą pojawiało się w nich coraz większe zdziwienie. I fascynacja. W końcu wyciągnął jedną z płyt i aż zachłysnął się z wrażenia.
       - Jasny gwint! Omitsu, ty masz pierwsze wydanie Unicorn – Too many crooks! Skąd ty to wytrzasnęłaś? – wykrzyknął, patrząc się na kobietę błyszczącymi oczyma.
       - I kto tu się tym ekscytuje, co? – mruknęła pod nosem, ale uśmiechnęła się. Podeszła do mężczyzny i sięgając mu przez ramię, wyciągnęła jeszcze kilka płyt. – To też są pierwsze wydania. – oznajmiła z dumą.
       Fumiya ponownie zagwizdał. Do ukończenia kolekcji brakowało tylko patefonu, który stał teraz wyniośle na komodzie i czekał na jakąś płytę winylową.
      - A ten gruchot działa? – spytał, gdy brązowowłosa wybrała jeden krążek i zaczęła majstrować przy urządzeniu.
      - Mam nadzieję, że tak – westchnęła. Położyła igiełkę gramofonu z namaszczeniem. Wstrzymała oddech, gdy płyta zaczęła się obracać, a ze złotej tuby wydobyły się pierwsze kojące dźwięki. – Tak!
      - Na serio klasyczna? – czarnowłosy uniósł wysoko brwi.
     Omitsu przytaknęła i okręciła się na środku pokoju w takty muzyki. Oczy miała przymknięte, a jej ciało powoli się rozluźniało, uwalniając się od wszechobecnego stresu. Fumiya patrzył na nią przez chwilę, uśmiechając się do siebie, gdy kiwała się z gracją. W końcu podszedł do niej, kłaniając się i wyciągając dłoń.
      - Mogę prosić? – spytał wytwornie i nie czekając na jej odpowiedź, porwał ją do tańca.
      Kręcili się powoli, ich kroki były lekkie i zgrane, tak samo jak oddechy. Czas upływał zbyt szybko, a za oknem w końcu rozbrzmiały fajerwerki. Płyta się zacięła i para zastygła w bezruchu. Fumiya obejmował ją ramionami, a ona przytulała się, starając się nie pozwolić by skończył taniec.
     - Mogłabym tak zostać… - wyszeptała. – Tańcząc wolnego przy winylowych płytach, przy dźwiękach fortepianu… Czując bicie twojego serca i mając pewność, że nikt więcej kogo kocham, nie zostanie mi odebrany.
      - Omitsu… - starał się zawrzeć w tym imieniu więcej niż tylko słowa, ale poczuł jak kobieta zadrżała. Pogładził ją po włosach.
      - Zostańmy tak jeszcze przez chwilę… - poprosiła łamiącym się głosem.
      Czarnowłosy nic nie powiedział. Przyciągnął ją tylko bliżej siebie, chowając jej twarz w zagłębieniu swojego ramienia. Był od niej wyższy i większy, ale mimo to nie czuł takiej kruchości jakiej się spodziewał. Zdawał sobie sprawę, że Omitsu staje się coraz silniejsza i potężniejsza, już nie tylko z umiejętności, ale też z psychiki, lecz nie spodziewał się aż takiej zmiany.
       A może to po prostu widmo wojny dawało się we znaki.
       Nie chciał, by ona znowu przez to przechodziła. By wszyscy jeszcze raz przeżywali to piekło. Ale musiał. Bo prędzej czy później pragnienie zemsty stałoby się zbyt silne. I zbyt niebezpieczne.
       Zaklął pod nosem, gdy rozbrzmiała jego komórka. Omitsu drgnęła, ale on nie jej nie puścił.
       - Zostaw. Niech dzwoni.
       - A jeśli to coś ważnego…? – zaniepokoiła się brązowowłosa.
       - To oddzwonią do Mikuru. – westchnął w jej włosy.
       Nim jednak zdążył zatopić się w ich delikatnym, cynamonowym zapachu, usłyszał zza ściany swój stacjonarny telefon. A chwilę później wszystkie telefony w mieszkaniu Omitsu.
       - Ej, co jest? – mruknął, unosząc głowę. Kobieta wlepiła w niego niespokojne spojrzenie. Pokręcił tylko głową, nasłuchując. Telefony ucichły.
       A potem znów rozbrzmiały na nowo.
       Czując, że tętno mu przyśpiesza z ociąganiem wypuścił ją z ramion, mając wrażenie, że po raz kolejny traci cały świat. Wydobył niepewnie telefon z kieszeni, ale nim zdążył go odblokować, drzwi otwarły się na oścież, rozbijając się z hukiem o ścianę.
       - Fumiya… - sapnęła wściekle Mikuru, wpadając do mieszkania. – Czemuś żesz nie odbierał… - każde słowo wypowiadała z trudem, który nie był spowodowany tylko zmęczeniem. Poczuł jak po plecach przebiegają mu złowróżbne dreszcze.
      - Mikuru, co się… - wydusiła Omitsu. W jej oczach kryło się przerażenie. 
      - Dzieciaki dzwoniły… - wysapała, biorąc wdech. Wyprostowała się i spojrzała z desperacją na przyjaciół. – Zaatakowali.
***
       - Wiadomo cokolwiek? – spytał mężczyzna, idąc szybkim tempem w stronę biura. Obok niego szły 2 kobiety, ledwo nadążające za jego krokiem.
       - Mordercy z Tateyamy pojawili się niedaleko świątyni Tensou. Taki powiedział, że na oko około setki. – odpowiedziała Mikuru, kartkując szybko podręczny notes.
       Na dźwięk liczby Omitsu się zachłysnęła.
       - Setka… - powtórzyła z niedowierzaniem. – A gdzie Jishin?
       - Nie ma ich tam.
       Fumiya zaklął pod nosem, trzaskając drzwiami od głównego biura.
       - A nasi? Były ofiary? – dopytał, ignorując pytające spojrzenia reszty dowództwa.
       Hiroki zerwał się, słysząc słowo ‘ofiary’, a Daiki obrzucił ich bacznym spojrzeniem. Dowódca tylko ich minął, podchodząc do bezpieczników. Otworzył z rozmachem klapę i zaczął majstrować przy przyciskach.
      - Hiroki lec na salę. Za chwilę posieją tam panikę, a ty masz ich ogarnąć. – rozkazał władczo Fumiya, nawet się na niego nie patrząc. – Mikuru, odpowiadaj. Nie mamy czasu na ceregiele. Jeśli oni są od ciebie, będą tu za niecały kwadrans.
      - A co, do cholery, się… - spytał księgowy, obracając się w drzwiach.
      - Zaatakowali. – rzuciła Omitsu, kiwając na niego głową. – Idź.
      Blondyn spojrzał jeszcze raz na nich, poważniejąc. Zerwał się do biegu, a jego kroki poniosły się głuchym echem po korytarzu organizacji. W pokoju zapanowała chwilowa cisza, przerywana tylko kliknięciami przy bezpiecznikach.
      - Głównie cywile będący przy świątyni… - zaczęła Mikuru, ale gdy ramiona szefa napięły się pod wpływem irytacji, pokręciła ze zrezygnowaniem głową. – Nie wiedzą co z Ichigo.
     Czarnowłosy nic nie powiedział, jedynie skinął do siebie głową.
     - Uwaga. – rzucił, przekręcając przełącznik.
     Oświetlenie w całym budynku zaczęło mrugać, aż w końcu zgasło, tak jak wszystkie elektryczne urządzenia. Sala, na której tańczyli bawili się zabójcy pogrążyła się w ciemności i zdziwionej ciszy. W tym samym momencie na salę wpadł Hiroki.
      Żarówki zaskwierczały i zajarzyły się czerwonym blaskiem, a pomieszczenia zostały wypełnione przez sygnał ostrzegawczy. Ludzie zamilkli na kilka sekund, nie rozumiejąc co się dzieje.
      - Co się…? – wyrzucił ze zdenerwowaniem Meiji, puszczając dłonie swojej partnerki od tańca. Mako kiwnęła głową w stronę blondyna, stojącego na jednym ze stołów. Nakazywał postępować według procedur. – O nie.
     - Zaczęło się. – szepnęła rudowłosa.
     Zabójcy gromadzili się w równych szeregach, stając do wcześniej przydzielonych grup bądź drużyn. Wbrew oczekiwaniom mężczyzny. Był pewien, że w tej sytuacji nastąpi panika. Kaminari jednak patrzyło się na niego z wyczekiwaniem, a w każdej parze oczu malowała się wzrastająca wściekłość. I głęboko zakorzenione przerażenie.
 ~
     - Po co włączyłeś alarm? 
    Omitsu stała z założonymi rękoma po środku pokoju. Reszta dowództwa czekała na jakieś rozkazy. Fumiya stał przez chwilę przy bezpiecznikach, oddychając z trudem. Raptem w ułamku sekundy, zwinął dłonie w pięści, prostując i odwracając się w ich kierunku. Jego matowe, czarne oczy błyszczały teraz gniewem.
     - Im szybciej nastroją się na walkę tym lepiej. – odparł. – Nie mamy czasu do stracenia. Mogą nas zniszczyć w każdej chwili. – powiedział poważnie. – Ich przewaga jest teraz miażdżąca. Nawet jeśli to tylko zamknięci psychopaci, nie wysyłają jeszcze swoich ludzi. Ich taktyka wydaje się dość jasna, ale… - zamilkł na chwilę, spoglądając na strategiczkę. – Mikuru, przeanalizujesz to później. Teraz wszyscy na miejsca. Daiki, obstawiasz magazyn. – zarządził.
      Zabójcy podeszli do swoich szafek wyćwiczonymi, wojskowymi ruchami. Założyli wprawnie ochraniacze, a do pasa przyczepili pokrowce z mieczami. Wyminęli się bez słowa na korytarzu – Fumiya z towarzyszkami żwawo ruszył w stronę zgromadzonych, doradca poszedł w kierunku magazynu z bronią.
      W sali panowała praktyczna cisza, nie licząc pojedynczych szeptów. Gdy czarnowłosy wszedł do środka, ucichło wszystko. Nikt nie śmiał wydać najmniejszego szmeru, czekając na rozkazy.
      Fumiya stanął naprzeciw swoich ludzi. Omiótł wzrokiem ich twarze – uśmiechnął się lekko, czując dumę, gdy ujrzał tylko gniew bądź zaciętość.
      - Już wiecie, że nastąpił atak. – zaczął. – Grupa około 100 osób z psychiatryka w Tateyamie zmierza w naszym kierunku. Strategia pozostaje ta sama co z początku. Podlegacie pod swoich liderów i staracie się wyeliminować jak najwięcej osób. Nie miejcie litości. Bo inaczej zginiecie. – zmrużył oczy, patrząc się na nich poważnie. – I pamiętajcie, że muszą wkroczyć do naszej dzielnicy jeszcze tej nocy. Policja obstawi granice i nikogo nie przepuści. Planują osłabić nas pierwszym atakiem, a później dobić. – ostrzegł. – Dobra. Macie 5 minut na przygotowanie się do bitwy i stawienie się na zewnątrz! Liderzy zespołów mają zgłosić się jeszcze po odbiorniki!
      - Hai!!! – rozległ się wojskowy okrzyk, pełen emocji.
      - I zapomniałbym. – kąciki ust czarnowłosego lekko uniosły się ku górze. – Nie dajcie się zabić. Chcę was widzieć w tym samym składzie. To rozkaz!
      - Hai!!!
      Fumiya odczekał kilka sekund po czym prawą pięścią uderzył dwa razy w serce, po czym zasalutował lewą dłonią. Dowództwo powtórzyło ten gest za nim, a reszta zabójców wykonała go dumnie.
     - Rozejść się! – zakrzyknął czarnooki. – Wojna się rozpoczęła. – dodał cicho, a zagłuszył go stukot dziesiątek stóp, poruszających się z napięciem w stronę pokoi.
     Po raptem pół minucie sala opustoszała. W wciąż migającym czerwonym świetle odznaczało się 5 sylwetek – Fumiya, Omitsu, Mikuru, Hiroki i Ryutaro. Młody lekarz czekał na specjalne rozkazy.
     - Ryu. Póki jeszcze nie mamy rannych, powiadom tylu zaprzyjaźnionych lekarzy ilu się da. Potem wiesz co robić. – Omitsu kiwnęła na niego głową, a chłopak przytaknął i wybiegł z pokoju. – A co z nami, Sotomura?
     - Mikuru i Hiroki, zostajecie tutaj. – rozkazał. – Macie analizować każdy najmniejszy ruch Jishin, wszystkie decyzje i naszą sytuację na froncie. Mikuru, zostawiam ci dowodzenie na jakiś czas.
     - Słucham? – wydukała z niedowierzaniem.
     - Ja z Omitsu wyruszamy jako pierwsi. – oznajmił. – Przetrzebimy ich szeregi tak bardzo jak się da i wrócimy. Hiroki od razu jak się wszyscy zbiorą, rozstaw ich po dzielnicy. – dodał jeszcze i wyszedł z pokoju.
     - Liczymy na was. – rzuciła Omitsu, podążając za dowódcą nim przyjaciele zdążyli zaoponować. Wszyscy doskonale wiedzieli, że nie ma czasu na obiekcje.
     Dwójka zabójców wyszła niepostrzeżenie z budynku. Na placu zewnętrznym zaczynały zbierać się oddziały, które chyliły przed nimi czoła. Nikt o nic nie pytał, nie zaczepiał, czując, że sytuacja na to nie pozwala. Jedynie Meiji wwiercał w ich plecy pytające spojrzenie.
     Minęli podwładnych bez słowa, kierując się do jednego z motocykli stojących nieopodal bramy. Fumiya od razu zaczął oporządzać pojazd do podróży, a Omitsu patrzyła się na niego z coraz większym smutkiem.
     - Fumiya… - szepnęła. – Teraz, gdy nikt nas nie słyszy… Ile dajesz nam procent na wygraną?
     Czarnowłosy nie odpowiedział od razu, jedynie usiadł na motorze, nakazując jej gestem to samo. Brązowowłosa usadowiła się za nim, obejmując go w pasie. Motor zawarczał pod nimi i powoli wytoczył się na ulicę.
     - 20 – powiedział pusto mężczyzna. Chwilę później zaklął z wściekłością. – Tyle miesięcy w pełnej gotowości, a i tak nas zaskoczyli. – wycedził.
     - Nikt nie przypuszczał, że złamią pokój. Będą mieli na pieńku z policją.
     - Mam to gdzieś. – syknął. – A teraz muszę jeszcze narażać ciebie na niebezpieczeństwo…
     - Przestań… - Omitsu mocniej go ścisnęła. – Miło będzie znów walczyć z tobą ramię w ramię. Na poważnie. – uśmiechnęła się okrutnie. – Chcę znów walczyć. Poczuć żądzę mordu.
     Czarnowłosy również się uśmiechnął, a oczy błysnęły w ciemnościach. Przyśpieszał dopóki otoczenie nie jawiło się im jako rozmazana plama. Po kilkunastu sekundach szaleńczej jazdy, w oddali błysnęły światła. Rozminęli się z czarnym mercedesem, wzdychając z ulgą. Przynajmniej na razie dzieciaki były całe.
     Mężczyzna wziął ostry zakręt, prawie wypadając z jezdni. Przejechali kilkadziesiąt metrów, gdy go ich uszu dotarły wrzaski, a w nozdrzach poczuli zapach dymu. Za kolejnym zakrętem, na głównej ulicy dostrzegli rozgrywające się piekło.
     Oboje napięli mięśnie i wypowiedzieli złowrogo:
     - Niech poleje się krew.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz