1 listopada 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 30 ~ Nowy Rok, nowe kłopoty

Rozdział 30

Nowy Rok, nowe kłopoty
      Z każdym kolejnym krokiem napięcie między nami powoli opadało. Panująca cisza zdawała się być już naturalna, co sprawiło, że przestałam myśleć o Ayako.   Brązowowłosa kroczyła teraz raźnie przede mną, śmiejąc się z Takim. Wystarczyło mi się na nich popatrzeć, by poczuć ciepło we wnętrzu.
      Ona, niziutka i śmiejąca się szeroko, z różanymi policzkami. I on, ukrywający troskliwe oczy za szkłami i uśmiechający się łagodnie. Idą spokojnie po ośnieżonej ulicy, wokół nich wirują płatki śniegu. Scena jak z mangi.
       Tsuneari również wyczuł, że atmosfera zelżała.
       - A tak w ogóle… - zagaił. – Czemu przydzielili mnie zamiast Tokajiego?
        Spięłam się i zwinęłam dłonie w pięści, czując jak uśpiony gniew powoli się budzi. Łypnęłam na chłopaka wściekle, choć nie mogłam go o nic winić. W końcu nie wiedział. Ayako zakryła twarz dłonią, wzdychając głośno.
        - No Jezu, o co wam chodzi? – Tsu zmarszczył brwi, patrząc się pytająco po każdym z nas. Blondyn w końcu westchnął, litując się nad przyjacielem.
          - Tokaji… Jakby to ująć… Strzelił focha? – szukał przez chwilę odpowiednich słów, choć te, w które ujął sytuację wydawały mi się bardzo udelikatnione.
         - Strzelił focha? – Tsu przechylił głowę, powtarzając za nim, nadal nie rozumiejąc.     Zmroziłam Takiego wzrokiem.
         - Strzelił focha? – wycedziłam, czując jak gwałtownie wzrasta mi ciśnienie. – Focha? – powtórzyłam, robiąc krok w jego stronę. Chłopak nie cofnął się, ale odwrócił się. – Czy to co on zrobił wyglądało ci na focha? – syknęłam, utrzymując z nim kontakt wzrokowy.
        Tsuneari delikatnie złapał mnie za ramię, odciągając od Takiego. Gdy chciałam coś niecenzuralnego rzucić w jego stronę, ścisnął mnie krzepiąco, a pod wpływem jego zaniepokojonych oczu, zrezygnowałam.
       - O co poszło? – spytał się tylko, jakby przewidywał, że Tokaji był zdolny do takich zachowań. 
      - Chciałabym wiedzieć. – burknęłam. – Sam się go zapytaj. W końcu to on jest twoim przyjacielem. – dodałam, wymijając ich. Myślałam, że negatywne emocje rozsadzą mnie od środka. Czułam zatroskany wzrok przyjaciół, gdy oddalałam się coraz szybciej i szybciej.
        Co za idiota. Oszołom. Debil. Tuman. Palant. Po prostu kretyn!
        Kopnęłam z pół obrotu w latarnię, powodując, że spadła na mnie chmura śniegu. Tsuneari rzucił coś do reszty i podbiegł do mnie. Wgapiałam się wściekle w ziemię, licząc, że sobie daruje i zostawi mnie w spokoju.
       - Ichigo… - zaczął delikatnie.
       - Czego? – warknęłam, choć w głębi serca nie chciałam go zranić. Gniew jednak przysłonił mi zdrowy rozsądek. Musiałam się wyżyć.
        - Ja wiem jaki potrafi być Tokaji, w końcu jesteśmy przyjaciółmi. Może mieć paskudny charakter i zachowywać się jak ciota, ale… - zaczął, ale gdy zobaczył, że ponownie zwijam dłonie w pięści, urwał. – Zrobił ci coś? – spytał z nagłą powagą.
         W odpowiedzi tylko warknęłam, uderzyłam z całej siły w latarnię i odeszłam od niego, tłumiąc wyrzuty sumienia gniewem.        Tsuneari nadal stał w tym samym miejscu, z opuszczoną głową, a wokół niego unosiły się obłoczki pary.
       - Mówiłam, że facet tylko pogorszy sprawę! – jęknęła Ayako w tle, po czym dogoniła mnie i zrównała ze mną krok. Nic nie mówiła, jedynie szła obok patrząc się przed siebie.
       Westchnęłam z wdzięcznością.
~.~.~.~.~
        Gdy dziewczyny się oddalały, do brązowowłosego podszedł Taki. Stanął obok przyjaciela, chowając dłonie w kieszeni. Obaj podążali wzrokiem za nimi. Zapadła między nimi niezręczna cisza.
         - Co on zrobił? – Tsu przerwał milczenie. Spojrzał na towarzysza ze znużeniem, domyślając się jak chamski potrafił być Tokaji.
        Taki tylko podsunął oprawki na nosie, unikając kontaktu wzrokowego.
       - Co on jej zrobił? – powtórzył Tsuneari, napinając wszystkie mięśnie.
        Jego głos obniżył się i zabrzmiał złowieszczo wśród panującego spokoju. Na ulicy nie było żadnych ludzi, a rządza mordu brązowowłosego przebiegła dreszczem po plecach Takiego. Spojrzał z niepokojem na chłopaka, którego orzechowe oczy iskrzyły groźnie.
         - Ehh… - westchnął blondyn na początku. – Pokłócili się. Tak trochę niefajnie. – widząc wzrok Tsuneariego, Taki uśmiechnął się krzywo. – Wiesz, takie wyzywanie się, ona mu pogroziła, on ją poszturchał…
         - Zabiję go. – warknął Tsu, ruszając przed siebie.
         Taki, z przerażeniem w oczach, złapał go za ramię, ciągnąc mocno do tyłu. Chłopak obrzucił go bezlitosnym spojrzeniem, ale pod blondyn nie ugiął się. Dopiero gdy Tsuneari rozluźnił mięśnie, puścił go.
         - Tsuneari – powiedział. –Nie rozumiem dlaczego nazywasz go przyjacielem. Ja go szczerze nie cierpię. Wręcz nienawidzę. Tak jak większość Kaminari. I uwierz, bardzo cię szanuję i często zgadam się z twoimi przekonaniami, ale tej jednej kwestii nie zaakceptuję – jego nie da się lubić. – wyrzucił z siebie, z czystym obrzydzeniem.
       Tsuneari oparł się o latarnię, krzyżując ręce. Rozwiane włosy opadły mu na oczy.
       - Nie zawsze taki był – rzucił. – Gdybym tylko był wtedy bardziej stanowczy…
       - Proszę cię… - przerwał mu blondyn. - Nie wracajmy do tego. To nie była twoja wina, ale tylko i wyłącznie Tokajiego. – spojrzał na niego z powagą. – Próbuję tylko powiedzieć, że póki on się nie zmieni, cały czas będziesz stał na granicy. Nie dasz rady opowiedzieć się tylko po jednej stronie. Albo my, albo on. 
       Tsuneari milczał, wiedząc, że nie znajdzie odpowiednich słów. W końcu unikając wyczekującego spojrzenia Takiego, ruszył flegmatycznie przed siebie.
***
        Kolejne dni mijały szybko, nim się obejrzałam na wyświetlaczu telefonu zawidniał 31 grudnia. Ostatni dzień tego roku. Roku, w którym zmieniło się wszystko.
       Westchnęłam, wychodząc z mieszkania, z mieczem przewieszonym przez ramię.   Miałam zamiar trenować do północy, czyli przez jakieś 4 godziny. Już na klatce schodowej usłyszałam muzykę, na co uśmiechnęłam się lekko pod nosem. Dla niektórych impreza już się zaczęła. Mimo kuszącej muzyki i roześmianych, pijanych ludzi, nie miałam ochotę na tańce.
         
Potrzebowałam ruchu. Gdy moich myśli nie wypełniało skupienie lub zmęczenie, podświadomie przypominałam sobie kłótnię z Tokajim, która nadal wzbudzała we mnie lodowaty gniew. Od tamtego czasu gdy tylko go widziałam, wymienialiśmy jakieś cztery zdania, będące najczęściej obelgami. Choć unikaliśmy siebie jak ognia, pałając wyczuwalną nienawiścią, złośliwy los cały czas krzyżował nasze ścieżki.
         Tak więc jedynie westchnęłam widząc go w sali treningowej. Nauczyłam się poruszać bezszelestnie, bo z początku mnie nie usłyszał, gdy wchodziłam. Dopiero po chwili gdy zajęłam najbardziej odległe miejsce od niego, wyczuł mnie i przestał na chwilę ćwiczyć. Bez odgłosów ciosów, w pomieszczeniu zapanowała głucha cisza, z dozą ledwo słyszalnej muzyki.
       - Ojej, przyszłaś potrenować? Nikt nie chciał z tobą zatańczyć? Jak mi przykro… - rzucił przesłodzonym głosikiem, uśmiechając się przy tym szyderczo.
         Zignorowałam go, zrzucając z siebie dres. Nie zaszczyciłam go nawet jednym spojrzeniem, od razu kierując swoją złość w ciosy, którymi zaczęłam okładać biednego manekina.
         I trwałam tak przez pół godziny, nie dając sobie sekundy wytchnienia, dopóki z rytmu nie wyrwał mnie Tokaji.
         - Nie tak ostro, bo sobie paznokcie połamiesz.
          Zatrzymałam nogę w połowie ciosu. Zastygła idealnie 5 centymetrów od głowy kukły, a ja zwinęłam dłonie w pięści. Czułam jego wredne, czarne oczy na sobie, gdy płynnie stawiałam nogę na ziemi. Walczyłam z pokusą by posłać mu mordercze spojrzenie.
        - Aaa, rozumiem. Karzesz mnie milczeniem. – pokiwał drwiąco głową. – Jak ja się z tego powodu cieszę.
        Podeszłam do ławki, nadal go ignorując. Pijąc wodę z bidonu, mój wzrok spoczął na pokrowcu z mieczem. Tak bardzo kusiło mnie by go zaatakować, choć czułam, że nie zakończy się to na treningowej potyczce.
        - Czyli mogę cię obrażać, a ty będziesz milczeć? Świetnie.
        Czując jak ciśnienie powoli się podnosi, moja dłoń automatycznie powędrowała w stronę rękojeści.   Tokaji prychnął, jakby tylko czekał aż go zaatakuje. Powtarzałam sobie w myślach, że to zły pomysł, ale gniew podpowiadał co innego.
        Prawie wyciągnęłam miecz z pochwy, kiedy nagle do sali wpadł Tsuneari. Odwróciliśmy my się oboje, patrząc na zziajanego chłopaka. Obrzucił wesołym spojrzeniem pomieszczenie, ale zobaczywszy Tokajiego, spoważniał. Przeskakiwał wzrokiem od niego na mnie, w końcu tylko wzruszył ramionami i ruszył w moją stronę.
      - Chodź Ichigo – powiedział tylko, chwytając mnie za rękę i ciągnąc ku wyjściu. Nawet się nie opierałam, choć czułam, że chłopak znowu wpadł na jakiś dziwny pomysł.
        - Ale gdzie? – zapytałam zdziwiona, ignorując nienawistne spojrzenia czarnowłosego posyłane w naszym kierunku.
       - Na miasto. W końcu mamy Sylwester! – zaśmiał się Tsuneari, całkowicie wyciągając mnie z sali treningowej.
       Pozostawił za sobą Tokajiego, nawet nie poświęcając mu krótkiego ‘cześć’. Po prostu wparował do środka i wyciągnął mnie stamtąd, w najbardziej odpowiednim momencie.
***
         Zatrzymaliśmy się przy niewielkim wzgórzu. Ulicę wokół nas pokrywała gruba warstwa białego puchu, w powietrzu wirowały pojedyncze płatki śniegu, odznaczające się na tle żółtego, ciepłego światła, które roztaczały okoliczne latarnie. Pagórek obrośnięty był wysokimi, ośnieżonymi świerkami, między którymi wiły się oblodzone, drewniane stopnie, prowadzące ku świątyni Tensou.
         - No więc, spotykamy się tutaj chwilę przed północą – oznajmił szeptem Tsuneari. – Trzymajcie się. – dorzucił, machając Takiemu i Ayako dłonią. Uśmiechnęłam się lekko i również pomachałam.
        - Czemu się rozdzielamy? – spytałam, podnosząc na niego wzrok. Był ode mnie ponad 10cm wyższy. W odpowiedzi uśmiechnął się tylko, biorąc mnie pod ramię.
        - Zobaczysz. Oni po prostu nie są zwolennikami sportu – zaśmiał się, prowadząc mnie po oblodzonym chodniku, w zupełnie innym kierunku niż poszli nasi przyjaciele.
        Serce mimowolnie mi przyśpieszyło, choć nie wiedziałam dlaczego. Nie raz i nie dwa łaziłam z chłopakami nocą na misjach i nic mi się nie działo. Jednak teraz było jakoś… inaczej.
          - Ta dam! – zawołał Tsuneari, gdy naszym oczom ukazał się cel podróży. Na widok napisu ‘’Lodowisko’’ moje oczy zabłysły z radości. Roześmiałam się jak dziecko, puszczając chłopaka i podbiegając pod drzwi. Dogonił mnie ze śmiechem.
        - Zadowolona?
        - Yhym! – pokiwałam entuzjastycznie głową. – Tylko… - posmutniałam, naciskając klamkę. Drzwi nawet nie drgnęły. – Zamknięte.
        - Na to, moja droga, trzeba mieć znajomości – rzekł z udawaną powagą. Przesunął mnie delikatnie i klęknął przy wycieraczce. Po chwili, macając na oślep, wyciągnął klucz. – Albo informacje.
        Roześmiałam się.
        - To podchodzi pod włamanie.
        - Obrończyni prawa się znalazła. – prychnął Tsu, przepuszczając mnie w drzwiach. Od razu skierowałam swoje kroki do przebieralni, na co pokręcił ze zrezygnowaniem głową.
          Pomieszczenie było niewielkie, pachniało stęchlizną i kurzem, ale przypominało tyle w-fów, że aż łezka się w oku kręci. Oczyma wyobraźni widziałam moje stare przyjaciółki jak siedzą tutaj, przebierając się, wręcz słyszałam gwar rozmów i śmiechów.
       Uśmiechając się ciepło na tę przeszłość, wyszukałam w kantorku mój rozmiar łyżew.
       Wszystkie te wspomnienia wydawały się teraz takie odległe, wręcz niemożliwe.       Prawdopodobnie część moich przyjaciółek z podstawówki uważa mnie za zmarłą, inna część nawet tego nie wie. Ale to wszystko się pogmatwało.
         Przetuptałam w łyżwach jak pingwin do barierki. Wskoczyłam płynnie na lód, rozglądając się wokół. Ciemność nocy otaczała mnie z każdej strony, tak że widziałam w miarę wyraźnie jakieś pół metra przed sobą. Niefajnie.
        Rozejrzałam się za Tsunearim, gdy nagle oślepiło mnie światło. Z dudniącymi odgłosami, zapaliły się kolejno 4 najmniejsze reflektory, w miarę oświetlając lodowisko.     Podjechałam na środek, wyciągając szyję, by zaglądać do budki kontrolnej nad wejściem na lodowisko. Po kilku sekundach w głośnikach coś pyknęło.     Wzdrygnęłam się na początku, ale gdy usłyszałam cichą muzykę, pokręciłam głową ze śmiechem.
       Cały Tsuneari.
       Wyszedł przez okno i zeskoczył na ziemię jak gdyby nigdy nic. I do tego w łyżwach.  Gwiżdżąc, podjechał do mnie, szczerząc się dumnie.
       - Nie sądzisz, że nas zobaczą? Albo usłyszą? – rzuciłam protekcjonalnie, gdy okręcił mnie na lodzie.
        - Daj spokój. Ile razy to się nie uciekało z miejsca zbrodni? – zaśmiał się, a ja tylko wzniosłam oczy ku niebu. Pacnął mnie w ramię. – Berek!
        Zerwał się gwałtownie, oddalając się na jakieś 7 metrów, nim zdążyłam ogarnąć o co mu chodzi. Rozpędziłam się, próbując zablokować mu drogę.
       - Ej! To było niesprawiedliwe!
       - Oj, cicho!
      Śmialiśmy się tak, łapiąc wzajemnie, dopóki Tsuneari po godzinie nabrał przekonania, że jest niezwyciężony. Jechał strasznie szybko  tyłem, śmiejąc się ze mnie perfidnie. Również uśmiechałam się zadziornie, wiedząc, że prędzej czy później będzie musiał wziąć zakręt.
      Tylko, że on jeszcze się tego nie domyślił.
      Z początku myślałam, że chce mnie nabrać i wykręci w ostatnim momencie, ale ani trochę nie zwolnił. Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się czy aby na pewno to żart.
      - Tsu… - zaczęłam niepewnie.
      - No co, Ichi? Dać ci fory? – wyszczerzył się, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że jest jakieś 2 metry od barierki. Rozszerzyłam oczy ze zdziwienia.
        - TSU, UWAŻAJ! – krzyknęłam sekundę przed tym jak chłopak rozbił się o bandę i przeleciał na drugą stronę, lądując głową w śniegu. – Tsu! – zawołałam, dusząc śmiech.
        Chłopak otrzepywał głowę ze śniegu, mamrocząc coś pod nosem. Gdy zobaczył, że patrzę się na niego z politowaniem, pokazał mi język. Podniósł się na nogi, a otrzepawszy się z resztek śniegu, przeskoczył płynnie z powrotem na lodowisko.
          - Jakby co tego nie było – mruknął. Zauważyłam, że czubki uszu mi się zaczerwieniły. Zakryłam usta ręką, by nie zobaczył, że zwijam się ze śmiechu. – No co? – prychnął z wyrzutem, choć usłyszałam też trochę rozbawienia w jego głosie.
         - Nic, nic… - zapewniłam, zduszonym od śmiechu głosem.
        Chłopak okręcił się na lodzie i oparł się obok mnie o barierkę. Spojrzałam na niego kątem oka, czując, że serce znów mi przyśpiesza. Nawiązał ze mną krótki kontakt wzrokowy, który natychmiast przerwałam, czując, że się czerwienię.
         - No więc… - odchrząknęłam, by ukryć swoje zmieszanie. – Czemu akurat teraz idziemy do świątyni? Będą tłumy ludzi.
        - Nie, raczej tylu nie będzie. To lokalna świątynia. Może jedna z większych w okolicy, ale dziesiątek osób nie będzie tu o samej północy. – odparł Tsu.
          - Nie bardziej się opłacało pójść do bardziej znanej świątyni?
        - Ta jest ładniejsza.
        - Czepiasz się szczegółów.
       - Phi! – prychnął, naciągając mi czapkę na oczy.
       Zaczęłam się z nim siłować, aż w końcu mi ją zdjął. Pokręciłam głową, wyrywając mu ją z dłoni. Zamachałam nią w zwycięskim geście.
        - Dzięki, że mnie wyciągnąłeś stamtąd. – rzuciłam. – Nie wiem ile wytrzymałabym tam z Tokajim… - mruknęłam, odwracając wzrok.
         - A o co tak w ogóle poszło? – spytał Tsu. – Jak nie chcesz to nie mów, ale wiesz… możesz nie uwierzyć, ale umiem go zrozumieć… - zaczął się szybko tłumaczyć, powtarzając się cały czas.
        - Spokojnie… - machnęłam ręką. – Nawet nie wiem. Po prostu od kiedy wróciłeś stał się uszczypliwy. I gdy mieliśmy iść składem do Utsunomiyi, on uparł się, że nigdzie nie idzie, no i potem… Potem puściły nam nerwy… - zaśmiałam się sztucznie.
         Tsuneari milczał, wyraźnie usiłując rozgryźć przyjaciela. Jedna z piosenek również się skończyła, więc wokół zapanowała głucha cisza. Patrzyłam się na niego wyczekująco, widząc strapienie na jego twarzy. W końcu tylko wzruszył ramionami.
        - Nie wiem o co mu chodzi. Zignoruj go. – powiedział, choć wiedziałam, że doskonale zdaje sobie sprawę co się dzieje z Tokajim. Nie zapytałam się o nic więcej.
         Z głośników rozbrzmiały delikatne dźwięki fortepianu. Brązowowłosy ukłonił się nisko i pociągnął mnie na środek, do tańca. Polegał on głównie na piruetach, ale i tak było przyjemnie.
          Oboje straciliśmy poczucie czasu, rozkoszując się jednymi z ostatnich sielankowych chwil, które mogły zostać przerwane przez wojnę w każdej sekundzie.
        Odskoczyliśmy od siebie jak oparzeni, słysząc wystrzał.     Rozglądnęłam się na boki, szukając wroga, ale Tsu tylko wskazał na niebo. Rozległ się drugi huk, potem trzeci i czwarty. A każdemu towarzyszyły piękne, barwne fajerwerki.
        - No nie… - jęknął chłopak. – Mieliśmy zdążyć pooglądać je koło świątyni.
         - Szczęśliwego Nowego Roku, Tsu… - szepnęłam, patrząc się w niebo. W moich oczach odbijały się kolorowe światełka.
        - Tak… Szczęśliwego Nowego Roku, Ichi… - odpowiedział cicho Tsuneari. Po chwili złapał mnie za rękę. – Pośpieszmy się, może jeszcze zdążymy pooglądać je ze świątyni!
***
      - No gdzie oni są? – westchnęła Ayako, tupiąc stopą ze zniecierpliwienia. – Dochodzi za 10 północ. W tym tempie nigdy nie wyminiemy ludzi.
       - Może po nich chodźmy? – zaproponował Taki, luzując szalik.
       - Wtedy w życiu nie zdążymy wejść na górę. – jęknęła dziewczyna.
       Blondyn tylko pokręcił głową, wygrzebując komórkę z tylnej kieszeni. Wystukał krótką wiadomość i wysłał ją nim Ayako zdążyła o cokolwiek zapytać.
        - Napisałem do Tsu, że jednak spotkamy się na górze. – wyjaśnił. Brązowowłosa posłała mu wdzięczny uśmiech. Chłopak wskazał na oblodzoną ścieżkę. – Idziemy?
       Przytaknęła i postawiła pierwszy krok na lodzie. Czując, że w miarę zachowuje równowagę, przyśpieszyła wspinając się coraz wyżej. Ośnieżone choinki oświetlane były przez pojedyncze lampiony. Na ścieżce mijali coraz więcej osób, gotowych przywitać Nowy Rok.
       W pewnym momencie jednak szron okazał się zbyt śliski. Ayako, ze zduszonym okrzykiem, poczuła, że leci do tyłu. Zamachała jeszcze asekuracyjne rękami, choć wiedziała, że już za późno.
       - Uważaj! – krzyknął Taki, wyciągając w jej kierunku ręce. Dziewczyna wpadła prosto w jego ramiona. – Boże, nawet chodzić nie umiesz. – zaśmiał się, stawiając ją na ziemi. – Wszystko gra?
        - Yhym… - mruknęła, odwracając wzrok. – Dzięki.
        - Nie ma za co. – odpowiedział luźno. – Pośpieszmy się, za chwilę północ.
       Ruszył spokojnie dalej, ale Ayako nawet nie drgnęła. Patrzyła się na jego plecy, czując jak czerwień rozpływa się po jej policzkach. Przełknęła ciężko ślinę, licząc by chłopak nie odwracał się zbyt szybko. Jej dłoń powędrowała ku sercu, na którym spoczywał malachit.
         Przecież tego nie powiem.
        Taki w końcu przystanął, obracając się. Rzucił jej zdziwione spojrzenie, w którym kryło się zmartwienie. Przekrzywił lekko głowę, a okulary jak zwykle zjechały mu lekko z nosa.
        - Ayako? Na pewno wszystko…
        - Weź mnie za rękę! – wydusiła tylko, przerywając mu w połowie.
         Blondyn zesztywniał i przybrał najbardziej osłupiałą minę, jaką Ayako widziała w całym swoim życiu. Ich oczy się skrzyżowały, na co dziewczyna coraz bardziej się czerwieniła, walcząc by nie urwać kontaktu wzrokowego.
        - Co? – wykrztusił w końcu, jakby nie mógł uwierzyć w to co usłyszał. Ayako w końcu odwróciła wzrok, chowając brodę w szaliku.
        - Wiesz… Ślisko jest i nie chcę się zgubić… - powiedziała cicho, speszona. – Wiesz… Najlepiej w ogóle to zapomnij i… - mamrotała pod nosem.
       - Chodź – odparł Taki w odpowiedzi, schodząc do niej i chwytając za rękę. – Nie zdążymy na fajerwerki. – mruknął jeszcze, opuszczając głowę.
      Ayako spojrzała na niego ze zdziwieniem, po chwili uśmiechając się delikatnie. Zauważyła, że jego uszy stały się prawie szkarłatne, ale choć mogło to być tylko od zimna, zrobiło jej raźniej.
        - O ja, Taki, co za pewność siebie… - rzuciła żartobliwie.
       - Ooo, zamknij się – burknął w odpowiedzi, na co wybuchła śmiechem.
         Gdy doszli na szczyt ich oczom ukazał się dość spory tłum ludzi, gromadzący się przy świątyni. Chłopak zamiast jednak poprowadzić ich tam, skręcił w zupełnie innym kierunku, cały czas trzymając ją za rękę.
         Dziewczyna nic nie mówiła, bojąc się, że puści jej dłoń. Ciepło jakie rozchodziło się od tego gestu uspokajało rozszalałe serce.
        Taki zagłębiał się coraz bardziej w okoliczne drzewa, wyraźnie szukając jakiegoś magicznego skrótu. Ayako zdała się na jego orientację, wpatrując się w plecy. Przypominała sobie jaki wydawał się kruchy gdy zobaczyła go po raz pierwszy.
        - O to tutaj! – zawołał zwycięsko, wychodząc z gęstwiny drzew.
         Ich oczom ukazała się niewielka polanka niedaleko świątyni. Przy stromym urwisku stała tylko jedna barierka, teoretycznie chroniąc przed upadkiem. Mimo iż zaledwie kilka metrów dalej zbierały się tłumy ludzi, to miejsce wydawało się odosobnione od reszty świata.
         Taki puścił jej dłoń, podchodząc do balustrady. Dziewczyna wyciągnęła za nim dłoń w pierwszym odruchu, ale pokręciła mocno głową do siebie, zwijając dłoń w pięść i siadając na poręczy. Chłopak oparł się obok niej, wpatrując się z wyczekiwaniem w niebo.
        Na kilka sekund, wydających się wiecznością,  zapanowała cisza, zmącona po chwili donośnym odgłosem wybuchu. Na czarnym niebie rozbłysły barwne fajerwerki, wznoszące się ku niebu ze wielu miejsc stolicy. Panorama była idealnie widoczna ze świątynnego wzgórza.
       Nie dziwię się, że akurat tutaj zaciągnął nas Tsuneari.
       - Nasi też strzelają – powiedział Taki, wskazując nie tak odległy kompleks budynków. Po chwili nad nimi rozjaśniały zielone ogniki.
        Dziewczyna nadal milczała, spoglądając z tęsknotą w niebo. Chłopak spojrzał na nią, zatraciwszy się na chwilę w zielono-szarych oczach, mieniących się teraz licznymi barwami.
         - Półtora roku – szepnęła w końcu. – Półtora roku tu jestem.
Taki posłał jej przeciągłe badawcze spojrzenie, nie wiedząc co powinien powiedzieć. Ku jego uldze, dziewczyna postanowiła kontynuować.
         - Żałujesz, że tu jesteś? – spytała cicho, patrząc się prosto w jego oczu, jakby zaglądała jeszcze przy tym w głąb duszy. Chłopak tylko zmrużył lekko oczy, a Ayako z ociąganiem odwróciła wzrok znowu na niebo. – Ja żałuję, że tu przyszłam. – wyznała pusto. – Nawet jeśli pomyślę, że teraz byłabym w domu dziecka, oddzielona od swojego rodzeństwa… Gdybym miała teraz podjąć decyzję, nie chciałabym do tego wrócić… - westchnęła.
        - Ja nie żałuję… że tu jesteś – wtrącił niepewnie Taki. Na drugą część zdania, dziewczyna posłała mu zdziwione spojrzenie. – Gdyby nie ty… Gdyby nie ty, byłbym martwy.
        - Nie przesadzaj – powiedziała, spoglądając na mnie szklistymi oczami.
         - Swojej decyzji również nie żałuję… - ciągnął dalej. – Może zabrzmi to strasznie, ale dopiero tutaj mogę zaczerpnąć powietrza. Uwolniłem się od rodziców, brata, depresji i w końcu czuję się wolny – szepnął, patrząc się ze spokojem na oświetlone miasto.
        Uśmiechnął się delikatnie, rozkładając szeroko ramiona przy samej krawędzi. Zawiał zimny wiatr, sprawiając, że wyglądał jak ptak wypuszczony po wielu latach z klatki na wolność. Ayako zeskoczyła z barierki i powoli podeszła do niego.
        - Zawsze mnie zastanawiało co sprawiło, że wyrwałeś się z depresji… - zaczęła niepewnie. – Wydawało się to takie nagłe, że do dzisiaj się głowię jaki impuls…
         - Serce – odparł chłopak. – W końcu pozwoliłem się mu poprowadzić… - szepnął, patrząc się prosto w jej oczy. Zrobiła krok w jego stronę.
       - I?
       - Zaprowadziło mnie do ciebie.
       Nachylił się delikatnie w jej stronę, ale zobaczył tylko jej dłoń. Zastygł w całkowitym zdumieniu, czując ból rozchodzący się w jego sercu. Twarz dziewczyny spowita była rumieńcem. Unikając jego wzroku, wyciągnęła w jego stronę małego palca.
         - Z-zgoda... Ale… Po wojnie… - wyjąkała. – Wygramy, przeżyjemy i uciekniemy gdzieś daleko… - powiedziała cicho, spoglądając na niego krótko.
         - Ja naprawdę cię nie rozgryzę… - westchnął tylko. – Zgoda. – uśmiechnął się.
       - Obiecujesz?
       Zahaczył o jej palca swój.
       - Obiecuję.
***
         Gdy dobiegliśmy do podnóża górki, fajerwerki powoli ustawały. Zatrzymaliśmy się zrezygnowani, widząc tłumnie napływających ludzi, powoli wspinających się po oblodzonych schodach. W tym tempie nie było szans, by dostać się na sam szczyt w kilka sekund.
       - No trudno… - sapnęłam, poprawiając zsuwającą się na oko czapkę.
- Jeszcze nie! – wykrzyknął Tsu z zawziętością, unosząc przy tym dumnie pięść. – Mamy szansę! Za mną! – zawołał, wskakując na pierwsze stopnie.
        Zerwałam się za nim, starając się jak najmniej wpadać na ludzi. Dałam się pochłonąć tłumowi i po kilku sekundach straciłam z oczu jego brązową czuprynę.     Zatrzymałam się w połowie schodów, na co ludzie zareagowali cichym westchnieniem.      Rozejrzałam się wokół licząc, że jakimś cudem go wyminęłam.
         Gdy po kilku minutach nikogo nie zauważyłam, wznowiłam wspinaczkę. Jęknęłam, widząc gromadę ludzi tłoczącą się przed świątynią. Nie było szans, by dojrzeć kogokolwiek w tym zgiełku. Wpatrywałam się w nich przez chwilę, ale pokręciłam tylko głową ze zrezygnowaniem.
        Wzdrygnęłam się, gdy telefon zabrzęczał w mojej kieszeni.
       - Halo? – rzuciłam.
       - Ichigo? Gdzie ty jesteś? – usłyszałam niepewny głos Tsu.
        - Na górze. – westchnęłam. – A ty?
        - W lesie.
        - W lesie? – powtórzyłam zdziwiona, kierując spojrzenie na pobliskie drzewa.
        - W lesie. – potwierdził. – Spotkajmy się przy studni, dobra? Tak to nigdy się nie znajdziemy.
       - Jakiej studni? – spytałam, podchodząc do drzew.
        - Na lewo od świątyni. Na pewno znajdziesz. Do zobaczenia za chwilę. – rzucił jeszcze i się rozłączył.
        Pokręciłam ze zrezygnowaniem głową, zagłębiając się w gęstwinę. Po kilkunastu krokach lasek zaczął się przerzedzać i moim oczom ukazała się niewielka studzienka, na której słabą poświatę dawał pojedynczy lampion. Chłopak miał rację – trudno byłoby to przeoczyć.
        Czekając na niego, zajrzałam w głąb studni. Głęboko, głęboko w dole połyskiwała woda. Wzruszając ramionami, rzuciłam do środka 5 jenów, wypowiadając życzenie.
       Niech nie będzie wojny, proszę.
       - Nie powinnaś chodzić sama po lesie w nocy, wiesz? – usłyszałam pokpiwający, męski głos.
       Byłam prawie pewna, kto tu teraz stoi, więc uśmiechnęłam się, obracając się do przybysza. Jednak na widok jego twarzy, uśmiech zrzedł, ustępując miejsca strachowi.
***
       - Jasna cholera – zaklął chłopak, zatrzymując się nagle. – Gdzie ja jestem?
        Jego pytanie potoczyło się echem wokół. Stał w niezidentyfikowanym miejscu na wzgórzu, a spomiędzy drzew dochodziły do niego pojedyncze przebłyski świateł.
        Od rozmowy z Ichigo minęło kilka minut, a on nie mógł znaleźć żadnego skrótu. Na schody nie opłacało się wracać, przez ten tłum nie dało się przedrzeć w szybki sposób. Kręcąc głową, odbił trochę bardziej na prawo.
       Kluczył coraz bardziej na siebie wściekły, trzaskając zeschłymi gałązkami. Jednak gdy usłyszał dziewczęcy szloch, zastygł w bezruchu. Napiął wszystkie mięśnie, wytężając słuch. Trwał tak przez chwilę, z zamkniętymi oczyma, analizując każdy najdrobniejszy dźwięk. Gdy zlokalizował dochodzący odgłos, bezszelestnie schylił się po jakiś większy kamień. Wiedział, że odpowiednio rzucony zadziała lepiej niż sztylet.
        - Dobra – pomyślał, ważąc kamień w dłoni. Spojrzał w dal, tam gdzie prawdopodobnie znajdował się jego cel. – Wybacz, Ichi, ale trochę się spóźnię.
       Wstrzymał oddech i przebiegł dzielące go metry najciszej jak mógł. Wpadł gwałtownie na niewielką polankę, idealnie oddaloną od świątyni, niewidoczną dla innych. W pierwszym odruchu dostrzegł tylko dziewczynę leżącą na ziemi i wysokiego chłopaka.   Kobieta zasłaniała się rękoma, szlochając pod nosem. Mężczyzna nawet na niego nie spojrzał i podniósł miecz.
       Tsuneari zamierzył się na jego skroń kamieniem, ale mrużąc oczy dostrzegł grawerowaną, czerwoną rękojeść. Broń wypadła mu z dłoni, a on sam zamarł na chwilę.     Otrząsnął się jednak, gdy na kobietę zostało wymierzone ostrze broni. Rzucił się na chłopaka, siłując się z nim.
         - Czekaj, idioto! – krzyknął, prawie wytrącając czarnowłosemu ostrze z rąk.
        - Tsuneari!? – Tokaji przestał się opierać, rozpoznając przyjaciela. – Co ty tu robisz, do cholery?
         - Mogę się ciebie o to samo zapytać! – warknął brązowowłosy. W jego oczach połyskiwała wściekłość. – Kto to jest!? – syknął, wskazując na zdezorientowaną kobietę.
       - Świadek naoczny. – powiedział spokojnie Tokaji, ponownie celując mieczem w jej stronę. Kobieta pisnęła cicho. – Wpadła na mnie i zobaczyła, że mam miecz. Chciałem się jej pozbyć, by nie narobiła paniki. – jego głos był lodowaty.
        - Nie możesz tak po prostu mordować cywili! – wykrzyknął Tsuneari.
         - Znalazł się obrońca uciśnionych – prychnął lekceważąco. – Więc co twoim zdaniem powinniśmy z nią zrobić? – zapytał, uśmiechając się przy tym szyderczo.
        Tsuneari mordował go wzrokiem, zaciskając pięści. Nie odezwał się nawet słowem, gdy Tokaji go wyminął i podszedł do kobiety.
        - N…Nie… Błagam nie! – zawyła. – Nic nie powiem! Przysięgam! Błagam! – krzyczała dopóki czarnowłosy nie przebił jej krtani.
         Brązowowłosy odwrócił się, spoglądając na jej ciało, wijące się w spazmach bólu. Spojrzała mu obłąkańczym wzrokiem prosto w oczy, który chwilę potem rozmył się. Wokół niej pojawiała się kałuża krwi.
        - No właśnie – powiedział gniewnie Tokaji, patrząc się na przyjaciela. – Nie możemy brać pierwszej lepszej dziewczyny do organizacji za każdym razem. – każde słowo brzmiało jak przekleństwo.
         Nim Tsuneari zdążył się powstrzymać, złapał zabójcę za kurtkę i przyłożył mu pięścią prosto w twarz. Głowa odskoczyła do tyłu, a czarnowłosy po sekundzie zdziwienia wybuchł śmiechem.
        - Powiedz to jeszcze raz, a zamorduję cię gołymi rękoma. – wycedził Tsu, a jego oczy wręcz błyszczały rządzą mordu. Tokaji mimowolnie się wzdrygnął, ale przybrał obojętny wyraz twarzy.
        - Już spokojnie. – zaśmiał się. – Nie chcesz ze mną walczyć, Tsu. Obaj wiemy, kto w tej walce by wygrał. – w jego czarnych oczach kryło się wyzwanie.
        - Może i nie chcę, ale od dłuższego czasu prosisz się o solidny wpierdol. – syknął Tsu.
        Pięść Tokajiego powędrowała w kierunku jego głowy, ale chłopak złapał ją w dłoń, odskakując trochę do tyłu. Obaj wyprostowali się, mierząc wściekłymi spojrzeniami. Niewypowiedziane emocje zdawały się z nich wypływać.
         - Nie wiedziałem, że jesteś jej obrońcą – prychnął w końcu Tokaji.
       - Kurwa mać, o co… - warknął Tsu, ale czarnowłosy nie pozwolił sobie przerwać.
       - Trenowałem z nią, ratowałem, wysłuchiwałem… - zwinął dłonie w pięść. – Nie było cię przez długi czas… Nic nie robiłeś…
        Każde słowo ociekało tak bardzo jadem, że Tsu miał ochotę się cofnąć. Patrzył na niego, coraz bardziej rozszerzając oczy. Nie rozumiał o czym bredzi jego przyjaciel.
         - Nic nie robiłeś… Ale to i tak wystarczyło… - Tokaji opuścił ze zrezygnowanie głowę. – Co takiego masz ty, czego nie mam ja? Co muszę zrobić by to na mnie spojrzała? – chłopak z coraz większym wyrzutem i wściekłością wyrzucał z siebie zdania.
       - Tokaji…
       - Dlaczego nie mogę znieść waszego widoku razem? – szepnął na sam koniec.
       Ramiona zwisały mu bezładnie, a on sam, od wielu lat, wyglądał na pokonanego. Ostatnio był w takim stanie, gdy dopełnił zemsty.     Tsuneari patrzył się na niego przez chwilę, układając elementy w całość. Miał mętlik w głowie.   Jednocześnie chciał podnieść na duchu czarnowłosego i mu przywalić.
        To nie ludzie, pojedynki cię zwyciężają, Tokaji. Ponownie są to emocje.
        - Nie mów mi, że… - zaczął brązowowłosy, kładąc mu dłoń na ramieniu. Nie dokończył widząc puste, czarne oczy.
      Tokaji milczał. Ale ta cisza była gorsza od najboleśniejszego krzyku.
        - Nie rozumiem tego. Nie rozumiem siebie. – zacisnął pięści na włosach. – Nigdy tego nie czułem. To pierwszy raz kiedy czuję coś… takiego… - długo szukał słów. Gdy w końcu je znalazł, posłał mordercze spojrzenie Tsuneariemu. – A teraz czuję, że przegrałem nawet nie rozpoczynając walki. I nie patrz tak na mnie. Doskonale to wiem. Nie jestem ślepy.
        Czarnowłosy wyprostował się dumnie, przybierając zacięty wyraz twarzy. Tsuneari zmrużył oczy, uśmiechając się pewnie.
         - Nie odpuszczę tak łatwo.
         - Nie wątpię. Ale tym razem nie pozwolę ci wygrać. – odparł Tsu
        Mierzyli się wzrokiem. W ich oczach błyskała złość, ustępująca zawziętości i pewności siebie. W pewnym momencie Tsuneari jednak gwałtownie rozszerzył oczy i rzucił się na Tokajiego.
         - PADNIJ!!! – wrzasnął, przewracając chłopaka na ziemię.
         Coś świsnęło kilka centymetrów nad nimi. Rozległ się ogłuszający huk, a pęd gorącego powietrza smagnął ich nieprzyjemnie. Z łoskotem posypały się na nich ośnieżone gałęzie.   Leżeli twarzą w śniegu, jeszcze przez kilka sekund, po czym podnieśli ostrożnie głowy.
          - Kurwa – wydusił tylko Tokaji, otrzepując się. – Dzięki stary.
          - Nie trzeba – wymamrotał Tsu, patrząc się oszołomiony dookoła.
        Miejsce w które uderzył granat żarzyło się. W ziemi powstała ogromna dziura, a niektóre świerki przechylały się niebezpiecznie.
        Skrzywili się, gdy coś ponownie świsnęło. Chwilę potem ogień buchnął przy świątyni, a do ich uszu dobiegły krzyki ludzi. Popatrzyli się po sobie z przerażeniem, zrywając się w tym samym momencie do biegu. Przedarli się w kilka sekund na sam szczyt.
        - Co tu się… - zaczął z oszołomieniem Tsu, ale gdy kolejny granat uderzył w schody, urwał. Przeczekał salwę wrzasków. – Kurwa.
          Patrzyli się na piekło. Budynek świątyni praktycznie się zawalił, a wszystko wokół albo się paliło, albo zabarwione było czerwienią. W miejscach wybuchów znajdowały się powykręcane ciała lub poodrywane kończyny. Ludzie wrzeszczeli i płakali, czołgając się w spazmach bólu po ziemi. Kierowali się tłumnie na schody, które co chwilę były bombardowane.
         - Gdzie są nasi!? – wykrzyknął rzeczowo Tokaji. Otrząsnął się z szoku jako pierwszy. – TSU! Gdzie ona jest!? – wrzasnął na przyjaciela.
        - Miała być przy studzience! – odpowiedział brązowowłosy, nagle blednąc. W tamtym kierunku też poleciało dużo pocisków. – Za mną! – krzyknął, przebiegając przez pobojowisko.
        - TSUNEARI! – zahamowali gwałtownie, gdy usłyszeli rozdzierający krzyk  Ayako. Obrócili się i dostrzegli dwójkę przyjaciół.
         Dziewczyna miała okrwawioną całą głowę, wspierała się na ramieniu Takiego. Chłopaki rzucili się w ich kierunku.
         - Żyjecie!? – zawołał Tsuneari.
         - Jakoś. Ayako ma tylko rozbity łeb – wydusił Taki, rozglądając się ze strachem wokół. – Co to ma być? – mruknął patrząc się na masakrę. Wzdrygnął się, gdy u podnóża góry ponownie rozbił się granat. – Ej, a gdzie Ichigo!?
        - Nie wiemy. Nie widzieliście jej gdzieś? – zapytał Tsu, blady jak ściana.
        - Mniejsza z tym – Tokaji machnął ręką. Wręczył brązowowłosemu jeden ze swoich dwóch mieczy, a w stronę okularnika rzucił sztylet. – Więcej nie mam. Musi na razie wystarczyć.
        - Co robimy? – spytał Tsuneari, rozglądając się za Ichigo. Po dziewczynie nie było ani śladu.
          - Musimy się zorientować co się dzieje. – syknął Tokaji, patrząc się po zebranych. – Ktoś ma jakiś pomysł?
         - Wygląda to na robotę arabów… - mruknął Taki. – Kto inny…
        - Nie, to nie oni… - przerwała mu Ayako.
       Chłopcy spojrzeli na nią.   Spomiędzy strumieni krwi cieknących po jej twarzy, dało się dostrzec jej bladość. Patrzyła się przerażonymi oczami w dół wzgórza. Podniosła drżącą rękę i wskazała punkt oddalony od nich o kilkadziesiąt metrów.
      - Jest bardzo, bardzo nie dobrze…
       Podążyli bez słowa za jej wzrokiem. Zastygli w niemym przerażeniu, na widok znacznej grupy, zmierzającej prosto na nich. Wszyscy poruszali się w gwałtownych zrywach, nietypowych dla zwykłych zabójców. Ubrani byli w białe stroje, teraz skażone krwią.
        - Niemożliwe…
        - Co jest Tsu? – syknął Tokaji.
        - Oni… - spojrzał ze zgrozą na przyjaciół. Przełknął ślinę. – Oni są z Tateyamy.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz