Rozdział 30
Nowy Rok, nowe
kłopoty
Z
każdym kolejnym krokiem napięcie między nami powoli opadało. Panująca cisza zdawała się być już naturalna, co sprawiło, że przestałam myśleć o
Ayako. Brązowowłosa kroczyła teraz raźnie przede mną, śmiejąc się z Takim. Wystarczyło
mi się na nich popatrzeć, by poczuć ciepło we wnętrzu.
Ona,
niziutka i śmiejąca się szeroko, z różanymi policzkami. I on, ukrywający
troskliwe oczy za szkłami i uśmiechający się łagodnie. Idą spokojnie po
ośnieżonej ulicy, wokół nich wirują płatki śniegu. Scena jak z mangi.
Tsuneari
również wyczuł, że atmosfera zelżała.
- A
tak w ogóle… - zagaił. – Czemu przydzielili mnie zamiast Tokajiego?
Spięłam
się i zwinęłam dłonie w pięści, czując jak uśpiony gniew powoli się budzi.
Łypnęłam na chłopaka wściekle, choć nie mogłam go o nic winić. W końcu nie
wiedział. Ayako zakryła twarz dłonią, wzdychając głośno.
-
No Jezu, o co wam chodzi? – Tsu zmarszczył brwi, patrząc się pytająco po każdym
z nas. Blondyn w końcu westchnął, litując się nad przyjacielem.
-
Tokaji… Jakby to ująć… Strzelił focha? – szukał przez chwilę odpowiednich słów,
choć te, w które ujął sytuację wydawały mi się bardzo udelikatnione.
-
Strzelił focha? – Tsu przechylił głowę, powtarzając za nim, nadal nie
rozumiejąc. Zmroziłam Takiego wzrokiem.
-
Strzelił focha? – wycedziłam, czując jak gwałtownie wzrasta mi ciśnienie. –
Focha? – powtórzyłam, robiąc krok w jego stronę. Chłopak nie cofnął się, ale
odwrócił się. – Czy to co on zrobił wyglądało ci na focha? – syknęłam,
utrzymując z nim kontakt wzrokowy.
Tsuneari
delikatnie złapał mnie za ramię, odciągając od Takiego. Gdy chciałam coś
niecenzuralnego rzucić w jego stronę, ścisnął mnie krzepiąco, a pod wpływem
jego zaniepokojonych oczu, zrezygnowałam.
- O
co poszło? – spytał się tylko, jakby przewidywał, że Tokaji był zdolny do takich
zachowań.
-
Chciałabym wiedzieć. – burknęłam. – Sam się go zapytaj. W końcu to on jest twoim przyjacielem. – dodałam, wymijając
ich. Myślałam, że negatywne emocje rozsadzą mnie od środka. Czułam zatroskany wzrok
przyjaciół, gdy oddalałam się coraz szybciej i szybciej.
Co
za idiota. Oszołom. Debil. Tuman. Palant. Po prostu kretyn!
Kopnęłam
z pół obrotu w latarnię, powodując, że spadła na mnie chmura śniegu. Tsuneari
rzucił coś do reszty i podbiegł do mnie. Wgapiałam się wściekle w ziemię,
licząc, że sobie daruje i zostawi mnie w spokoju.
- Ichigo… - zaczął delikatnie.
-
Czego? – warknęłam, choć w głębi serca nie chciałam go zranić. Gniew jednak
przysłonił mi zdrowy rozsądek. Musiałam się wyżyć.
-
Ja wiem jaki potrafi być Tokaji, w końcu jesteśmy przyjaciółmi. Może mieć
paskudny charakter i zachowywać się jak ciota, ale… - zaczął, ale gdy zobaczył,
że ponownie zwijam dłonie w pięści, urwał. – Zrobił ci coś? – spytał z nagłą
powagą.
W
odpowiedzi tylko warknęłam, uderzyłam z całej siły w latarnię i odeszłam od
niego, tłumiąc wyrzuty sumienia gniewem. Tsuneari nadal stał w tym samym
miejscu, z opuszczoną głową, a wokół niego unosiły się obłoczki pary.
-
Mówiłam, że facet tylko pogorszy sprawę! – jęknęła Ayako w tle, po czym
dogoniła mnie i zrównała ze mną krok. Nic nie mówiła, jedynie szła obok patrząc
się przed siebie.
Westchnęłam
z wdzięcznością.
~.~.~.~.~
Gdy
dziewczyny się oddalały, do brązowowłosego podszedł Taki. Stanął obok
przyjaciela, chowając dłonie w kieszeni. Obaj podążali wzrokiem za nimi.
Zapadła między nimi niezręczna cisza.
-
Co on zrobił? – Tsu przerwał milczenie. Spojrzał na towarzysza ze znużeniem,
domyślając się jak chamski potrafił być Tokaji.
Taki
tylko podsunął oprawki na nosie, unikając kontaktu wzrokowego.
-
Co on jej zrobił? – powtórzył Tsuneari, napinając wszystkie mięśnie.
Jego
głos obniżył się i zabrzmiał złowieszczo wśród panującego spokoju. Na ulicy nie
było żadnych ludzi, a rządza mordu brązowowłosego przebiegła dreszczem po plecach
Takiego. Spojrzał z niepokojem na chłopaka, którego orzechowe oczy iskrzyły
groźnie.
-
Ehh… - westchnął blondyn na początku. – Pokłócili się. Tak trochę niefajnie. –
widząc wzrok Tsuneariego, Taki uśmiechnął się krzywo. – Wiesz, takie wyzywanie
się, ona mu pogroziła, on ją poszturchał…
-
Zabiję go. – warknął Tsu, ruszając przed siebie.
Taki,
z przerażeniem w oczach, złapał go za ramię, ciągnąc mocno do tyłu. Chłopak
obrzucił go bezlitosnym spojrzeniem, ale pod blondyn nie ugiął się. Dopiero gdy
Tsuneari rozluźnił mięśnie, puścił go.
-
Tsuneari – powiedział. –Nie rozumiem dlaczego nazywasz go przyjacielem. Ja go
szczerze nie cierpię. Wręcz nienawidzę. Tak jak większość Kaminari. I uwierz,
bardzo cię szanuję i często zgadam się z twoimi przekonaniami, ale tej jednej
kwestii nie zaakceptuję – jego nie da się lubić. – wyrzucił z siebie, z czystym
obrzydzeniem.
Tsuneari
oparł się o latarnię, krzyżując ręce. Rozwiane włosy opadły mu na oczy.
-
Nie zawsze taki był – rzucił. – Gdybym tylko był wtedy bardziej stanowczy…
-
Proszę cię… - przerwał mu blondyn. - Nie wracajmy do tego. To nie była twoja
wina, ale tylko i wyłącznie Tokajiego. – spojrzał na niego z powagą. – Próbuję
tylko powiedzieć, że póki on się nie zmieni, cały czas będziesz stał na
granicy. Nie dasz rady opowiedzieć się tylko po jednej stronie. Albo my, albo
on.
Tsuneari
milczał, wiedząc, że nie znajdzie odpowiednich słów. W końcu unikając
wyczekującego spojrzenia Takiego, ruszył flegmatycznie przed siebie.
***
Kolejne
dni mijały szybko, nim się obejrzałam na wyświetlaczu telefonu zawidniał 31
grudnia. Ostatni dzień tego roku. Roku, w którym zmieniło się wszystko.
Westchnęłam,
wychodząc z mieszkania, z mieczem przewieszonym przez ramię. Miałam zamiar
trenować do północy, czyli przez jakieś 4 godziny. Już na klatce schodowej
usłyszałam muzykę, na co uśmiechnęłam się lekko pod nosem. Dla niektórych
impreza już się zaczęła. Mimo kuszącej muzyki i roześmianych, pijanych ludzi,
nie miałam ochotę na tańce.
Potrzebowałam
ruchu. Gdy moich myśli nie wypełniało skupienie lub zmęczenie, podświadomie
przypominałam sobie kłótnię z Tokajim, która nadal wzbudzała we mnie lodowaty
gniew. Od tamtego czasu gdy tylko go widziałam, wymienialiśmy jakieś cztery
zdania, będące najczęściej obelgami. Choć unikaliśmy siebie jak ognia, pałając
wyczuwalną nienawiścią, złośliwy los cały czas krzyżował nasze ścieżki.
Tak
więc jedynie westchnęłam widząc go w sali treningowej. Nauczyłam się poruszać
bezszelestnie, bo z początku mnie nie usłyszał, gdy wchodziłam. Dopiero po
chwili gdy zajęłam najbardziej odległe miejsce od niego, wyczuł mnie i przestał
na chwilę ćwiczyć. Bez odgłosów ciosów, w pomieszczeniu zapanowała głucha
cisza, z dozą ledwo słyszalnej muzyki.
-
Ojej, przyszłaś potrenować? Nikt nie chciał z tobą zatańczyć? Jak mi przykro… -
rzucił przesłodzonym głosikiem, uśmiechając się przy tym szyderczo.
Zignorowałam
go, zrzucając z siebie dres. Nie zaszczyciłam go nawet jednym spojrzeniem, od
razu kierując swoją złość w ciosy, którymi zaczęłam okładać biednego manekina.
I
trwałam tak przez pół godziny, nie dając sobie sekundy wytchnienia, dopóki z
rytmu nie wyrwał mnie Tokaji.
-
Nie tak ostro, bo sobie paznokcie połamiesz.
Zatrzymałam
nogę w połowie ciosu. Zastygła idealnie 5 centymetrów od głowy kukły, a ja
zwinęłam dłonie w pięści. Czułam jego wredne, czarne oczy na sobie, gdy płynnie
stawiałam nogę na ziemi. Walczyłam z pokusą by posłać mu mordercze spojrzenie.
-
Aaa, rozumiem. Karzesz mnie milczeniem. – pokiwał drwiąco głową. – Jak ja się z
tego powodu cieszę.
Podeszłam
do ławki, nadal go ignorując. Pijąc wodę z bidonu, mój wzrok spoczął na
pokrowcu z mieczem. Tak bardzo kusiło mnie by go zaatakować, choć czułam, że
nie zakończy się to na treningowej potyczce.
-
Czyli mogę cię obrażać, a ty będziesz milczeć? Świetnie.
Czując
jak ciśnienie powoli się podnosi, moja dłoń automatycznie powędrowała w stronę
rękojeści. Tokaji prychnął, jakby tylko czekał aż go zaatakuje. Powtarzałam
sobie w myślach, że to zły pomysł, ale gniew podpowiadał co innego.
Prawie
wyciągnęłam miecz z pochwy, kiedy nagle do sali wpadł Tsuneari. Odwróciliśmy my
się oboje, patrząc na zziajanego chłopaka. Obrzucił wesołym spojrzeniem
pomieszczenie, ale zobaczywszy Tokajiego, spoważniał. Przeskakiwał wzrokiem od
niego na mnie, w końcu tylko wzruszył ramionami i ruszył w moją stronę.
-
Chodź Ichigo – powiedział tylko, chwytając mnie za rękę i ciągnąc ku wyjściu.
Nawet się nie opierałam, choć czułam, że chłopak znowu wpadł na jakiś dziwny
pomysł.
-
Ale gdzie? – zapytałam zdziwiona, ignorując nienawistne spojrzenia
czarnowłosego posyłane w naszym kierunku.
-
Na miasto. W końcu mamy Sylwester! – zaśmiał się Tsuneari, całkowicie
wyciągając mnie z sali treningowej.
Pozostawił
za sobą Tokajiego, nawet nie poświęcając mu krótkiego ‘cześć’. Po prostu wparował
do środka i wyciągnął mnie stamtąd, w najbardziej odpowiednim momencie.
***
Zatrzymaliśmy
się przy niewielkim wzgórzu. Ulicę wokół nas pokrywała gruba warstwa białego
puchu, w powietrzu wirowały pojedyncze płatki śniegu, odznaczające się na tle żółtego,
ciepłego światła, które roztaczały okoliczne latarnie. Pagórek obrośnięty był
wysokimi, ośnieżonymi świerkami, między którymi wiły się oblodzone, drewniane
stopnie, prowadzące ku świątyni Tensou.
-
No więc, spotykamy się tutaj chwilę przed północą – oznajmił szeptem Tsuneari.
– Trzymajcie się. – dorzucił, machając Takiemu i Ayako dłonią. Uśmiechnęłam się
lekko i również pomachałam.
-
Czemu się rozdzielamy? – spytałam, podnosząc na niego wzrok. Był ode mnie ponad
10cm wyższy. W odpowiedzi uśmiechnął się tylko, biorąc mnie pod ramię.
-
Zobaczysz. Oni po prostu nie są zwolennikami sportu – zaśmiał się, prowadząc
mnie po oblodzonym chodniku, w zupełnie innym kierunku niż poszli nasi
przyjaciele.
Serce
mimowolnie mi przyśpieszyło, choć nie wiedziałam dlaczego. Nie raz i nie dwa
łaziłam z chłopakami nocą na misjach i nic mi się nie działo. Jednak teraz było
jakoś… inaczej.
-
Ta dam! – zawołał Tsuneari, gdy naszym oczom ukazał się cel podróży. Na widok
napisu ‘’Lodowisko’’ moje oczy zabłysły z radości. Roześmiałam się jak dziecko,
puszczając chłopaka i podbiegając pod drzwi. Dogonił mnie ze śmiechem.
-
Zadowolona?
-
Yhym! – pokiwałam entuzjastycznie głową. – Tylko… - posmutniałam, naciskając
klamkę. Drzwi nawet nie drgnęły. – Zamknięte.
-
Na to, moja droga, trzeba mieć znajomości – rzekł z udawaną powagą. Przesunął
mnie delikatnie i klęknął przy wycieraczce. Po chwili, macając na oślep,
wyciągnął klucz. – Albo informacje.
Roześmiałam
się.
-
To podchodzi pod włamanie.
-
Obrończyni prawa się znalazła. – prychnął Tsu, przepuszczając mnie w drzwiach.
Od razu skierowałam swoje kroki do przebieralni, na co pokręcił ze
zrezygnowaniem głową.
Pomieszczenie
było niewielkie, pachniało stęchlizną i kurzem, ale przypominało tyle w-fów, że
aż łezka się w oku kręci. Oczyma wyobraźni widziałam moje stare przyjaciółki
jak siedzą tutaj, przebierając się, wręcz słyszałam gwar rozmów i śmiechów.
Uśmiechając
się ciepło na tę przeszłość, wyszukałam w kantorku mój rozmiar łyżew.
Wszystkie
te wspomnienia wydawały się teraz takie odległe, wręcz niemożliwe. Prawdopodobnie część moich przyjaciółek z podstawówki uważa mnie za zmarłą,
inna część nawet tego nie wie. Ale to wszystko się pogmatwało.
Przetuptałam
w łyżwach jak pingwin do barierki. Wskoczyłam płynnie na lód, rozglądając się
wokół. Ciemność nocy otaczała mnie z każdej strony, tak że widziałam w miarę
wyraźnie jakieś pół metra przed sobą. Niefajnie.
Rozejrzałam
się za Tsunearim, gdy nagle oślepiło mnie światło. Z dudniącymi odgłosami,
zapaliły się kolejno 4 najmniejsze reflektory, w miarę oświetlając lodowisko. Podjechałam na środek, wyciągając szyję, by zaglądać do budki kontrolnej nad
wejściem na lodowisko. Po kilku sekundach w głośnikach coś pyknęło. Wzdrygnęłam
się na początku, ale gdy usłyszałam cichą muzykę, pokręciłam głową ze śmiechem.
Cały
Tsuneari.
Wyszedł
przez okno i zeskoczył na ziemię jak gdyby nigdy nic. I do tego w łyżwach. Gwiżdżąc, podjechał do mnie, szczerząc się
dumnie.
-
Nie sądzisz, że nas zobaczą? Albo usłyszą? – rzuciłam protekcjonalnie, gdy okręcił
mnie na lodzie.
-
Daj spokój. Ile razy to się nie uciekało z miejsca zbrodni? – zaśmiał się, a ja
tylko wzniosłam oczy ku niebu. Pacnął mnie w ramię. – Berek!
Zerwał
się gwałtownie, oddalając się na jakieś 7 metrów, nim zdążyłam ogarnąć o co mu
chodzi. Rozpędziłam się, próbując zablokować mu drogę.
-
Ej! To było niesprawiedliwe!
-
Oj, cicho!
Śmialiśmy
się tak, łapiąc wzajemnie, dopóki Tsuneari po godzinie nabrał przekonania, że
jest niezwyciężony. Jechał strasznie szybko
tyłem, śmiejąc się ze mnie perfidnie. Również uśmiechałam się
zadziornie, wiedząc, że prędzej czy później będzie musiał wziąć zakręt.
Tylko,
że on jeszcze się tego nie domyślił.
Z
początku myślałam, że chce mnie nabrać i wykręci w ostatnim momencie, ale ani
trochę nie zwolnił. Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się czy aby na pewno to
żart.
-
Tsu… - zaczęłam niepewnie.
-
No co, Ichi? Dać ci fory? – wyszczerzył się, zupełnie nie zdając sobie sprawy,
że jest jakieś 2 metry od barierki. Rozszerzyłam oczy ze zdziwienia.
-
TSU, UWAŻAJ! – krzyknęłam sekundę przed tym jak chłopak rozbił się o bandę i
przeleciał na drugą stronę, lądując głową w śniegu. – Tsu! – zawołałam, dusząc
śmiech.
Chłopak
otrzepywał głowę ze śniegu, mamrocząc coś pod nosem. Gdy zobaczył, że patrzę
się na niego z politowaniem, pokazał mi język. Podniósł się na nogi, a
otrzepawszy się z resztek śniegu, przeskoczył płynnie z powrotem na lodowisko.
-
Jakby co tego nie było – mruknął. Zauważyłam, że czubki uszu mi się
zaczerwieniły. Zakryłam usta ręką, by nie zobaczył, że zwijam się ze śmiechu. –
No co? – prychnął z wyrzutem, choć usłyszałam też trochę rozbawienia w jego
głosie.
-
Nic, nic… - zapewniłam, zduszonym od śmiechu głosem.
Chłopak
okręcił się na lodzie i oparł się obok mnie o barierkę. Spojrzałam na niego
kątem oka, czując, że serce znów mi przyśpiesza. Nawiązał ze mną krótki kontakt
wzrokowy, który natychmiast przerwałam, czując, że się czerwienię.
-
No więc… - odchrząknęłam, by ukryć swoje zmieszanie. – Czemu akurat teraz
idziemy do świątyni? Będą tłumy ludzi.
-
Nie, raczej tylu nie będzie. To lokalna świątynia. Może jedna z większych w
okolicy, ale dziesiątek osób nie będzie tu o samej północy. – odparł Tsu.
-
Nie bardziej się opłacało pójść do bardziej znanej świątyni?
-
Ta jest ładniejsza.
-
Czepiasz się szczegółów.
- Phi! – prychnął, naciągając mi czapkę na oczy.
Zaczęłam
się z nim siłować, aż w końcu mi ją zdjął. Pokręciłam głową, wyrywając mu ją z
dłoni. Zamachałam nią w zwycięskim geście.
-
Dzięki, że mnie wyciągnąłeś stamtąd. – rzuciłam. – Nie wiem ile wytrzymałabym
tam z Tokajim… - mruknęłam, odwracając wzrok.
- A
o co tak w ogóle poszło? – spytał Tsu. – Jak nie chcesz to nie mów, ale wiesz…
możesz nie uwierzyć, ale umiem go zrozumieć… - zaczął się szybko tłumaczyć,
powtarzając się cały czas.
-
Spokojnie… - machnęłam ręką. – Nawet nie wiem. Po prostu od kiedy wróciłeś stał
się uszczypliwy. I gdy mieliśmy iść składem do Utsunomiyi, on uparł się, że
nigdzie nie idzie, no i potem… Potem puściły nam nerwy… - zaśmiałam się
sztucznie.
Tsuneari
milczał, wyraźnie usiłując rozgryźć przyjaciela. Jedna z piosenek również się
skończyła, więc wokół zapanowała głucha cisza. Patrzyłam się na niego
wyczekująco, widząc strapienie na jego twarzy. W końcu tylko wzruszył
ramionami.
-
Nie wiem o co mu chodzi. Zignoruj go. – powiedział, choć wiedziałam, że
doskonale zdaje sobie sprawę co się dzieje z Tokajim. Nie zapytałam się o nic
więcej.
Z
głośników rozbrzmiały delikatne dźwięki fortepianu. Brązowowłosy ukłonił się
nisko i pociągnął mnie na środek, do tańca. Polegał on głównie na piruetach,
ale i tak było przyjemnie.
Oboje
straciliśmy poczucie czasu, rozkoszując się jednymi z ostatnich sielankowych
chwil, które mogły zostać przerwane przez wojnę w każdej sekundzie.
Odskoczyliśmy
od siebie jak oparzeni, słysząc wystrzał. Rozglądnęłam się na boki, szukając
wroga, ale Tsu tylko wskazał na niebo. Rozległ się drugi huk, potem trzeci i
czwarty. A każdemu towarzyszyły piękne, barwne fajerwerki.
-
No nie… - jęknął chłopak. – Mieliśmy zdążyć pooglądać je koło świątyni.
-
Szczęśliwego Nowego Roku, Tsu… - szepnęłam, patrząc się w niebo. W moich oczach
odbijały się kolorowe światełka.
-
Tak… Szczęśliwego Nowego Roku, Ichi… - odpowiedział cicho Tsuneari. Po chwili
złapał mnie za rękę. – Pośpieszmy się, może jeszcze zdążymy pooglądać je ze
świątyni!
***
-
No gdzie oni są? – westchnęła Ayako, tupiąc stopą ze zniecierpliwienia. –
Dochodzi za 10 północ. W tym tempie nigdy nie wyminiemy ludzi.
-
Może po nich chodźmy? – zaproponował Taki, luzując szalik.
-
Wtedy w życiu nie zdążymy wejść na górę. – jęknęła dziewczyna.
Blondyn
tylko pokręcił głową, wygrzebując komórkę z tylnej kieszeni. Wystukał krótką
wiadomość i wysłał ją nim Ayako zdążyła o cokolwiek zapytać.
-
Napisałem do Tsu, że jednak spotkamy się na górze. – wyjaśnił. Brązowowłosa
posłała mu wdzięczny uśmiech. Chłopak wskazał na oblodzoną ścieżkę. – Idziemy?
Przytaknęła
i postawiła pierwszy krok na lodzie. Czując, że w miarę zachowuje równowagę,
przyśpieszyła wspinając się coraz wyżej. Ośnieżone choinki oświetlane były
przez pojedyncze lampiony. Na ścieżce mijali coraz więcej osób, gotowych
przywitać Nowy Rok.
W
pewnym momencie jednak szron okazał się zbyt śliski. Ayako, ze zduszonym
okrzykiem, poczuła, że leci do tyłu. Zamachała jeszcze asekuracyjne rękami,
choć wiedziała, że już za późno.
-
Uważaj! – krzyknął Taki, wyciągając w jej kierunku ręce. Dziewczyna wpadła
prosto w jego ramiona. – Boże, nawet chodzić nie umiesz. – zaśmiał się,
stawiając ją na ziemi. – Wszystko gra?
- Yhym… - mruknęła, odwracając wzrok. –
Dzięki.
-
Nie ma za co. – odpowiedział luźno. – Pośpieszmy się, za chwilę północ.
Ruszył
spokojnie dalej, ale Ayako nawet nie drgnęła. Patrzyła się na jego plecy,
czując jak czerwień rozpływa się po jej policzkach. Przełknęła ciężko ślinę,
licząc by chłopak nie odwracał się zbyt szybko. Jej dłoń powędrowała ku sercu,
na którym spoczywał malachit.
Przecież tego nie powiem.
Taki
w końcu przystanął, obracając się. Rzucił jej zdziwione spojrzenie, w którym
kryło się zmartwienie. Przekrzywił lekko głowę, a okulary jak zwykle zjechały
mu lekko z nosa.
-
Ayako? Na pewno wszystko…
-
Weź mnie za rękę! – wydusiła tylko, przerywając mu w połowie.
Blondyn
zesztywniał i przybrał najbardziej osłupiałą minę, jaką Ayako widziała w całym
swoim życiu. Ich oczy się skrzyżowały, na co dziewczyna coraz bardziej się
czerwieniła, walcząc by nie urwać kontaktu wzrokowego.
-
Co? – wykrztusił w końcu, jakby nie mógł uwierzyć w to co usłyszał. Ayako w
końcu odwróciła wzrok, chowając brodę w szaliku.
-
Wiesz… Ślisko jest i nie chcę się zgubić… - powiedziała cicho, speszona. –
Wiesz… Najlepiej w ogóle to zapomnij i… - mamrotała pod nosem.
-
Chodź – odparł Taki w odpowiedzi, schodząc do niej i chwytając za rękę. – Nie
zdążymy na fajerwerki. – mruknął jeszcze, opuszczając głowę.
Ayako
spojrzała na niego ze zdziwieniem, po chwili uśmiechając się delikatnie.
Zauważyła, że jego uszy stały się prawie szkarłatne, ale choć mogło to być tylko
od zimna, zrobiło jej raźniej.
- O
ja, Taki, co za pewność siebie… - rzuciła żartobliwie.
-
Ooo, zamknij się – burknął w odpowiedzi, na co wybuchła śmiechem.
Gdy
doszli na szczyt ich oczom ukazał się dość spory tłum ludzi, gromadzący się
przy świątyni. Chłopak zamiast jednak poprowadzić ich tam, skręcił w zupełnie
innym kierunku, cały czas trzymając ją za rękę.
Dziewczyna
nic nie mówiła, bojąc się, że puści jej dłoń. Ciepło jakie rozchodziło się od
tego gestu uspokajało rozszalałe serce.
Taki
zagłębiał się coraz bardziej w okoliczne drzewa, wyraźnie szukając jakiegoś
magicznego skrótu. Ayako zdała się na jego orientację, wpatrując się w plecy.
Przypominała sobie jaki wydawał się kruchy gdy zobaczyła go po raz pierwszy.
- O
to tutaj! – zawołał zwycięsko, wychodząc z gęstwiny drzew.
Ich
oczom ukazała się niewielka polanka niedaleko świątyni. Przy stromym urwisku
stała tylko jedna barierka, teoretycznie chroniąc przed upadkiem. Mimo iż
zaledwie kilka metrów dalej zbierały się tłumy ludzi, to miejsce wydawało się
odosobnione od reszty świata.
Taki
puścił jej dłoń, podchodząc do balustrady. Dziewczyna wyciągnęła za nim dłoń w
pierwszym odruchu, ale pokręciła mocno głową do siebie, zwijając dłoń w pięść i
siadając na poręczy. Chłopak oparł się obok niej, wpatrując się z wyczekiwaniem
w niebo.
Na
kilka sekund, wydających się wiecznością, zapanowała cisza, zmącona po chwili
donośnym odgłosem wybuchu. Na czarnym niebie rozbłysły barwne fajerwerki,
wznoszące się ku niebu ze wielu miejsc stolicy. Panorama była idealnie widoczna
ze świątynnego wzgórza.
Nie dziwię się, że akurat
tutaj zaciągnął nas Tsuneari.
-
Nasi też strzelają – powiedział Taki, wskazując nie tak odległy kompleks
budynków. Po chwili nad nimi rozjaśniały zielone ogniki.
Dziewczyna
nadal milczała, spoglądając z tęsknotą w niebo. Chłopak spojrzał na nią,
zatraciwszy się na chwilę w zielono-szarych oczach, mieniących się teraz
licznymi barwami.
-
Półtora roku – szepnęła w końcu. – Półtora roku tu jestem.
Taki
posłał jej przeciągłe badawcze spojrzenie, nie wiedząc co powinien powiedzieć.
Ku jego uldze, dziewczyna postanowiła kontynuować.
-
Żałujesz, że tu jesteś? – spytała cicho, patrząc się prosto w jego oczu, jakby
zaglądała jeszcze przy tym w głąb duszy. Chłopak tylko zmrużył lekko oczy, a
Ayako z ociąganiem odwróciła wzrok znowu na niebo. – Ja żałuję, że tu
przyszłam. – wyznała pusto. – Nawet jeśli pomyślę, że teraz byłabym w domu
dziecka, oddzielona od swojego rodzeństwa… Gdybym miała teraz podjąć decyzję,
nie chciałabym do tego wrócić… - westchnęła.
-
Ja nie żałuję… że tu jesteś – wtrącił niepewnie Taki. Na drugą część zdania,
dziewczyna posłała mu zdziwione spojrzenie. – Gdyby nie ty… Gdyby nie ty,
byłbym martwy.
-
Nie przesadzaj – powiedziała, spoglądając na mnie szklistymi oczami.
-
Swojej decyzji również nie żałuję… - ciągnął dalej. – Może zabrzmi to strasznie, ale dopiero tutaj mogę zaczerpnąć powietrza. Uwolniłem się od rodziców, brata,
depresji i w końcu czuję się wolny – szepnął, patrząc się ze spokojem na
oświetlone miasto.
Uśmiechnął
się delikatnie, rozkładając szeroko ramiona przy samej krawędzi. Zawiał zimny
wiatr, sprawiając, że wyglądał jak ptak wypuszczony po wielu latach z klatki na
wolność. Ayako zeskoczyła z barierki i powoli podeszła do niego.
-
Zawsze mnie zastanawiało co sprawiło, że wyrwałeś się z depresji… - zaczęła
niepewnie. – Wydawało się to takie nagłe, że do dzisiaj się głowię jaki impuls…
-
Serce – odparł chłopak. – W końcu pozwoliłem się mu poprowadzić… - szepnął,
patrząc się prosto w jej oczy. Zrobiła krok w jego stronę.
-
I?
-
Zaprowadziło mnie do ciebie.
Nachylił
się delikatnie w jej stronę, ale zobaczył tylko jej dłoń. Zastygł w całkowitym
zdumieniu, czując ból rozchodzący się w jego sercu. Twarz dziewczyny spowita
była rumieńcem. Unikając jego wzroku, wyciągnęła w jego stronę małego palca.
-
Z-zgoda... Ale… Po wojnie… - wyjąkała. – Wygramy, przeżyjemy i uciekniemy
gdzieś daleko… - powiedziała cicho, spoglądając na niego krótko.
-
Ja naprawdę cię nie rozgryzę… - westchnął tylko. – Zgoda. – uśmiechnął się.
-
Obiecujesz?
Zahaczył
o jej palca swój.
-
Obiecuję.
***
Gdy
dobiegliśmy do podnóża górki, fajerwerki powoli ustawały. Zatrzymaliśmy się
zrezygnowani, widząc tłumnie napływających ludzi, powoli wspinających się po
oblodzonych schodach. W tym tempie nie było szans, by dostać się na sam szczyt
w kilka sekund.
-
No trudno… - sapnęłam, poprawiając zsuwającą się na oko czapkę.
-
Jeszcze nie! – wykrzyknął Tsu z zawziętością, unosząc przy tym dumnie pięść. –
Mamy szansę! Za mną! – zawołał, wskakując na pierwsze stopnie.
Zerwałam
się za nim, starając się jak najmniej wpadać na ludzi. Dałam się pochłonąć tłumowi
i po kilku sekundach straciłam z oczu jego brązową czuprynę. Zatrzymałam się w
połowie schodów, na co ludzie zareagowali cichym westchnieniem. Rozejrzałam się
wokół licząc, że jakimś cudem go wyminęłam.
Gdy
po kilku minutach nikogo nie zauważyłam, wznowiłam wspinaczkę. Jęknęłam, widząc
gromadę ludzi tłoczącą się przed świątynią. Nie było szans, by dojrzeć kogokolwiek
w tym zgiełku. Wpatrywałam się w nich przez chwilę, ale pokręciłam tylko głową
ze zrezygnowaniem.
Wzdrygnęłam
się, gdy telefon zabrzęczał w mojej kieszeni.
-
Halo? – rzuciłam.
- Ichigo? Gdzie ty jesteś? – usłyszałam
niepewny głos Tsu.
-
Na górze. – westchnęłam. – A ty?
- W lesie.
- W
lesie? – powtórzyłam zdziwiona, kierując spojrzenie na pobliskie drzewa.
- W lesie. – potwierdził. – Spotkajmy się przy studni, dobra? Tak to
nigdy się nie znajdziemy.
-
Jakiej studni? – spytałam, podchodząc do drzew.
- Na lewo od świątyni. Na pewno znajdziesz. Do
zobaczenia za chwilę. – rzucił jeszcze i się rozłączył.
Pokręciłam
ze zrezygnowaniem głową, zagłębiając się w gęstwinę. Po kilkunastu krokach
lasek zaczął się przerzedzać i moim oczom ukazała się niewielka studzienka, na
której słabą poświatę dawał pojedynczy lampion. Chłopak miał rację – trudno byłoby
to przeoczyć.
Czekając
na niego, zajrzałam w głąb studni. Głęboko, głęboko w dole połyskiwała woda.
Wzruszając ramionami, rzuciłam do środka 5 jenów, wypowiadając życzenie.
Niech nie będzie wojny,
proszę.
-
Nie powinnaś chodzić sama po lesie w nocy, wiesz? – usłyszałam pokpiwający,
męski głos.
Byłam
prawie pewna, kto tu teraz stoi, więc uśmiechnęłam się, obracając się do
przybysza. Jednak na widok jego twarzy, uśmiech zrzedł, ustępując miejsca
strachowi.
***
- Jasna
cholera – zaklął chłopak, zatrzymując się nagle. – Gdzie ja jestem?
Jego
pytanie potoczyło się echem wokół. Stał w niezidentyfikowanym miejscu na
wzgórzu, a spomiędzy drzew dochodziły do niego pojedyncze przebłyski świateł.
Od
rozmowy z Ichigo minęło kilka minut, a on nie mógł znaleźć żadnego skrótu. Na
schody nie opłacało się wracać, przez ten tłum nie dało się przedrzeć w szybki
sposób. Kręcąc głową, odbił trochę bardziej na prawo.
Kluczył
coraz bardziej na siebie wściekły, trzaskając zeschłymi gałązkami. Jednak gdy
usłyszał dziewczęcy szloch, zastygł w bezruchu. Napiął wszystkie mięśnie,
wytężając słuch. Trwał tak przez chwilę, z zamkniętymi oczyma, analizując każdy
najdrobniejszy dźwięk. Gdy zlokalizował dochodzący odgłos, bezszelestnie
schylił się po jakiś większy kamień. Wiedział, że odpowiednio rzucony zadziała
lepiej niż sztylet.
-
Dobra – pomyślał, ważąc kamień w dłoni. Spojrzał w dal, tam gdzie
prawdopodobnie znajdował się jego cel. – Wybacz, Ichi, ale trochę się spóźnię.
Wstrzymał
oddech i przebiegł dzielące go metry najciszej jak mógł. Wpadł gwałtownie na
niewielką polankę, idealnie oddaloną od świątyni, niewidoczną dla innych. W
pierwszym odruchu dostrzegł tylko dziewczynę leżącą na ziemi i wysokiego
chłopaka. Kobieta zasłaniała się rękoma, szlochając pod nosem. Mężczyzna nawet
na niego nie spojrzał i podniósł miecz.
Tsuneari
zamierzył się na jego skroń kamieniem, ale mrużąc oczy dostrzegł grawerowaną,
czerwoną rękojeść. Broń wypadła mu z dłoni, a on sam zamarł na chwilę. Otrząsnął się jednak, gdy na kobietę zostało wymierzone ostrze broni. Rzucił
się na chłopaka, siłując się z nim.
-
Czekaj, idioto! – krzyknął, prawie wytrącając czarnowłosemu ostrze z rąk.
-
Tsuneari!? – Tokaji przestał się opierać, rozpoznając przyjaciela. – Co ty tu
robisz, do cholery?
-
Mogę się ciebie o to samo zapytać! – warknął brązowowłosy. W jego oczach
połyskiwała wściekłość. – Kto to jest!? – syknął, wskazując na zdezorientowaną
kobietę.
-
Świadek naoczny. – powiedział spokojnie Tokaji, ponownie celując mieczem w jej
stronę. Kobieta pisnęła cicho. – Wpadła na mnie i zobaczyła, że mam miecz.
Chciałem się jej pozbyć, by nie narobiła paniki. – jego głos był lodowaty.
-
Nie możesz tak po prostu mordować cywili! – wykrzyknął Tsuneari.
- Znalazł
się obrońca uciśnionych – prychnął lekceważąco. – Więc co twoim zdaniem
powinniśmy z nią zrobić? – zapytał, uśmiechając się przy tym szyderczo.
Tsuneari
mordował go wzrokiem, zaciskając pięści. Nie odezwał się nawet słowem, gdy
Tokaji go wyminął i podszedł do kobiety.
- N…Nie…
Błagam nie! – zawyła. – Nic nie powiem! Przysięgam! Błagam! – krzyczała dopóki
czarnowłosy nie przebił jej krtani.
Brązowowłosy
odwrócił się, spoglądając na jej ciało, wijące się w spazmach bólu. Spojrzała
mu obłąkańczym wzrokiem prosto w oczy, który chwilę potem rozmył się. Wokół
niej pojawiała się kałuża krwi.
-
No właśnie – powiedział gniewnie Tokaji, patrząc się na przyjaciela. – Nie możemy
brać pierwszej lepszej dziewczyny do organizacji za każdym razem. – każde słowo
brzmiało jak przekleństwo.
Nim
Tsuneari zdążył się powstrzymać, złapał zabójcę za kurtkę i przyłożył mu pięścią
prosto w twarz. Głowa odskoczyła do tyłu, a czarnowłosy po sekundzie zdziwienia
wybuchł śmiechem.
-
Powiedz to jeszcze raz, a zamorduję cię gołymi rękoma. – wycedził Tsu, a jego
oczy wręcz błyszczały rządzą mordu. Tokaji mimowolnie się wzdrygnął, ale
przybrał obojętny wyraz twarzy.
- Już spokojnie. – zaśmiał się. – Nie chcesz
ze mną walczyć, Tsu. Obaj wiemy, kto w tej walce by wygrał. – w jego czarnych
oczach kryło się wyzwanie.
-
Może i nie chcę, ale od dłuższego czasu prosisz się o solidny wpierdol. –
syknął Tsu.
Pięść
Tokajiego powędrowała w kierunku jego głowy, ale chłopak złapał ją w dłoń,
odskakując trochę do tyłu. Obaj wyprostowali się, mierząc wściekłymi
spojrzeniami. Niewypowiedziane emocje zdawały się z nich wypływać.
-
Nie wiedziałem, że jesteś jej obrońcą
– prychnął w końcu Tokaji.
-
Kurwa mać, o co… - warknął Tsu, ale czarnowłosy nie pozwolił sobie przerwać.
- Trenowałem
z nią, ratowałem, wysłuchiwałem… - zwinął dłonie w pięść. – Nie było cię przez
długi czas… Nic nie robiłeś…
Każde
słowo ociekało tak bardzo jadem, że Tsu miał ochotę się cofnąć. Patrzył na
niego, coraz bardziej rozszerzając oczy. Nie rozumiał o czym bredzi jego
przyjaciel.
-
Nic nie robiłeś… Ale to i tak wystarczyło… - Tokaji opuścił ze zrezygnowanie
głowę. – Co takiego masz ty, czego nie mam ja? Co muszę zrobić by to na mnie
spojrzała? – chłopak z coraz większym wyrzutem i wściekłością wyrzucał z siebie
zdania.
-
Tokaji…
-
Dlaczego nie mogę znieść waszego widoku razem? – szepnął na sam koniec.
Ramiona
zwisały mu bezładnie, a on sam, od wielu lat, wyglądał na pokonanego. Ostatnio
był w takim stanie, gdy dopełnił zemsty. Tsuneari patrzył się na niego przez
chwilę, układając elementy w całość. Miał mętlik w głowie. Jednocześnie chciał podnieść
na duchu czarnowłosego i mu przywalić.
To nie ludzie, pojedynki cię
zwyciężają, Tokaji. Ponownie są to emocje.
-
Nie mów mi, że… - zaczął brązowowłosy, kładąc mu dłoń na ramieniu. Nie
dokończył widząc puste, czarne oczy.
Tokaji
milczał. Ale ta cisza była gorsza od najboleśniejszego krzyku.
-
Nie rozumiem tego. Nie rozumiem siebie. – zacisnął pięści na włosach. – Nigdy tego
nie czułem. To pierwszy raz kiedy czuję coś… takiego… - długo szukał słów. Gdy w końcu je znalazł, posłał
mordercze spojrzenie Tsuneariemu. – A teraz czuję, że przegrałem nawet nie
rozpoczynając walki. I nie patrz tak na mnie. Doskonale to wiem. Nie jestem
ślepy.
Czarnowłosy
wyprostował się dumnie, przybierając zacięty wyraz twarzy. Tsuneari zmrużył
oczy, uśmiechając się pewnie.
-
Nie odpuszczę tak łatwo.
-
Nie wątpię. Ale tym razem nie pozwolę ci wygrać. – odparł Tsu
Mierzyli
się wzrokiem. W ich oczach błyskała złość, ustępująca zawziętości i pewności
siebie. W pewnym momencie Tsuneari jednak gwałtownie rozszerzył oczy i rzucił
się na Tokajiego.
-
PADNIJ!!! – wrzasnął, przewracając chłopaka na ziemię.
Coś
świsnęło kilka centymetrów nad nimi. Rozległ się ogłuszający huk, a pęd gorącego
powietrza smagnął ich nieprzyjemnie. Z łoskotem posypały się na nich ośnieżone
gałęzie. Leżeli twarzą w śniegu, jeszcze przez kilka sekund, po czym podnieśli
ostrożnie głowy.
-
Kurwa – wydusił tylko Tokaji, otrzepując się. – Dzięki stary.
-
Nie trzeba – wymamrotał Tsu, patrząc się oszołomiony dookoła.
Miejsce
w które uderzył granat żarzyło się. W ziemi powstała ogromna dziura, a niektóre
świerki przechylały się niebezpiecznie.
Skrzywili
się, gdy coś ponownie świsnęło. Chwilę potem ogień buchnął przy świątyni, a do
ich uszu dobiegły krzyki ludzi. Popatrzyli się po sobie z przerażeniem,
zrywając się w tym samym momencie do biegu. Przedarli się w kilka sekund na sam
szczyt.
-
Co tu się… - zaczął z oszołomieniem Tsu, ale gdy kolejny granat uderzył w
schody, urwał. Przeczekał salwę wrzasków. – Kurwa.
Patrzyli się na piekło. Budynek świątyni
praktycznie się zawalił, a wszystko wokół albo się paliło, albo zabarwione było
czerwienią. W miejscach wybuchów znajdowały się powykręcane ciała lub
poodrywane kończyny. Ludzie wrzeszczeli i płakali, czołgając się w spazmach bólu
po ziemi. Kierowali się tłumnie na schody, które co chwilę były bombardowane.
-
Gdzie są nasi!? – wykrzyknął rzeczowo Tokaji. Otrząsnął się z szoku jako pierwszy.
– TSU! Gdzie ona jest!? – wrzasnął na przyjaciela.
-
Miała być przy studzience! – odpowiedział brązowowłosy, nagle blednąc. W tamtym
kierunku też poleciało dużo pocisków. – Za mną! – krzyknął, przebiegając przez
pobojowisko.
-
TSUNEARI! – zahamowali gwałtownie, gdy usłyszeli rozdzierający krzyk Ayako. Obrócili się i dostrzegli dwójkę
przyjaciół.
Dziewczyna
miała okrwawioną całą głowę, wspierała się na ramieniu Takiego. Chłopaki
rzucili się w ich kierunku.
-
Żyjecie!? – zawołał Tsuneari.
-
Jakoś. Ayako ma tylko rozbity łeb – wydusił Taki, rozglądając się ze strachem wokół.
– Co to ma być? – mruknął patrząc się na masakrę. Wzdrygnął się, gdy u podnóża
góry ponownie rozbił się granat. – Ej, a gdzie Ichigo!?
-
Nie wiemy. Nie widzieliście jej gdzieś? – zapytał Tsu, blady jak ściana.
-
Mniejsza z tym – Tokaji machnął ręką. Wręczył brązowowłosemu jeden ze swoich
dwóch mieczy, a w stronę okularnika rzucił sztylet. – Więcej nie mam. Musi na
razie wystarczyć.
-
Co robimy? – spytał Tsuneari, rozglądając się za Ichigo. Po dziewczynie nie
było ani śladu.
-
Musimy się zorientować co się dzieje. – syknął Tokaji, patrząc się po
zebranych. – Ktoś ma jakiś pomysł?
- Wygląda
to na robotę arabów… - mruknął Taki. – Kto inny…
-
Nie, to nie oni… - przerwała mu Ayako.
Chłopcy
spojrzeli na nią. Spomiędzy strumieni krwi cieknących po jej twarzy, dało się
dostrzec jej bladość. Patrzyła się przerażonymi oczami w dół wzgórza. Podniosła
drżącą rękę i wskazała punkt oddalony od nich o kilkadziesiąt metrów.
-
Jest bardzo, bardzo nie dobrze…
Podążyli
bez słowa za jej wzrokiem. Zastygli w niemym przerażeniu, na widok znacznej
grupy, zmierzającej prosto na nich. Wszyscy poruszali się w gwałtownych
zrywach, nietypowych dla zwykłych zabójców. Ubrani byli w białe stroje, teraz
skażone krwią.
-
Niemożliwe…
-
Co jest Tsu? – syknął Tokaji.
-
Oni… - spojrzał ze zgrozą na przyjaciół. Przełknął ślinę. – Oni są z Tateyamy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz