Najpiękniejsze chwile
Dochodzi
15. O tej godzinie za oknem przechodzi mnóstwo uczniów. Widzę śmiejące się
dzieciaki z podstawówki, gimnazjalistów, który szukają czegoś zawzięcie w
telefonach, licealistów śpieszących do prac dorywczych, a nawet studentów
niosących multum książek. Każdy z nich ma przyjaciół, rodzinę, marzenia, pracę…
Może nie wszystko, ale coś z tego mają. Coś czego ja nie mam. I nie mogę mieć.
Nazywam się Keiko Tachibana. Mam 17 lat i około 170cm wzrostu. Ważę 57kg, jestem koścista i blada. Mam długie, proste, miodowe włosy, nieścinane od kilku lat. Moje oczy są zielone. Uwielbiam książki. Mogłabym czytać całymi dniami. W między czasie sama piszę. Moi rodzice są biznesmenami i bardzo często i na długo nie ma ich w kraju. Moje ulubione zajęcie to patrzenie przez okno.
Mój rysopis nie jest jakiś wybitny. Mimo rzadkich odwiedzin rodziców nie jestem poszkodowana. Zrobiłam się przez to zimna? Ani trochę. Uważam się za ciepłą osobę. A patrzenie przez okno to mój stan melancholii? Prawdopodobnie…
Więc co jest we mnie takiego dziwnego? Chyba fakt, że to okno szpitalne.
Nazywam się Keiko Tachibana i spędzam swe całe życie w szpitalu. Od dziecka mam jakąś rzadką chorobę powodującą niedowagę. I to nie jest anoreksja. Zawsze miałam słaby organizm. W przedszkolu nigdy nie mogłam biegać spokojnie z innymi po podwórku czy jeździć na wycieczki. Nigdy. Ale żyłam normalnie. Ukończyłam przedszkole, poszłam do podstawówki. Znalazłam kilka koleżanek i kolegów. Wszystko było dobrze do czasu badań zorganizowanych w mojej szkole.
Był 14 grudnia. Na krótko przed końcem I semestru 2 klasy podstawówki. Zorganizowano badania wykrywające raka serca, płuc bądź skóry. Rozpoczęto akcję, by jak najszybciej odkryć raka. By dzieci mogły się leczyć. By miały szansę na przeżycie. Tylko… że dla mnie już wtedy było za późno.
5 dni później przyszły wyniki badań. W środku lekcji matematyki wpadła pielęgniarka, wywołując mnie. Ucieszyłam się. Nigdy nie lubiłam matmy. Ale za nią były przerażone twarze moich rodziców. I to mnie zaniepokoiło.
‘’Ma raka serca. Jak na wiek zaawansowanego. Lekarze mówią, że dożyje najwięcej do dwudziestki.’’
Tak brzmiały słowa tej pielęgniarki. Wypowiedziała je obojętnie. Okrutnie. Jak można było w taki sposób powiedzieć ośmiolatce, że prawdopodobnie nigdy nie skończy szkoły? Że nie pójdzie na studia? Że nie znajdzie pracy, nie zakocha się i nie wyjdzie za mąż? No jak? Jak…
Od tamtego czasu usiłuję się z tym pogodzić, zaakceptować tylko… nie umiem. To śmieszne. Człowiek od dziecka wie, że i tak umrze… Ale dlaczego tak szybko…? To tak jakbym zastanawiała się dlaczego oddycham choć kiedyś umrę.
Odgarniam zamaszyście kołdrę. Użalanie się nad sobą nic mi nie da. Mam zbyt krótkie życie na takie rzeczy. Powoli kładę jedną i drugą stopę na płytki, jakby to były kawałki szkła. Mocno podpieram się o łóżko i niepewnie staję na nogach. Chwieję się i automatycznie chwytam się szafki. Moja koścista dłoń zahacza o pustą ramkę. Ramkę, w której mieli być moi przyjaciele. Mieli.
Lekko dyszę. Moja kondycja pogarsza się z dnia na dzień. Rzucam przelotne spojrzenie na kule.
- Po moim trupie. – mruczę do siebie, po chwili śmiejąc się ze znaczenia tych słów. – Jakie to głupie.
Podpieram się ściany i powoli wychodzę z pokoju. Mam zamiar iść do pielęgniarki po jakieś książki. Shizuku-san zawsze ma coś ciekawego. Choć to nie jest jedyny powód. Ten drugi to… Samotność….
Dochodzę do gabinetu, ale zatrzymuję się przed drzwiami. Słyszę, że Shizuku z kimś rozmawia. Nie chcę przeszkadzać.
- Pani Saika? Rozumie pani sytuację? Jej wyniki są coraz bardziej dramatyczne. Kondycja leci z dnia na dzień, traci na wadze… To już jej limit. Został jej miesiąc. Nie cały. Potrzebuje teraz waszego wsparcia.
Blednę. Miesiąc? Ha? Przecież to… Miałam mieć 20-stkę. Dwudziestkę.
- Keiko Tachibana. W tej chwili się uspokój. – nakazuję sobie w myślach. Ale czuję łzy pod powiekami. Jest mnóstwo osób o imieniu ‘’Saika’’… Na pewno…
- Jak to mam jej nie mówić!? Jak to macie pracę?! To wasza córka! Jedyna! Pani Tachibana! Niech się pani nie rozłą…
Ha! Ha. Ha… To żart. To musi być żart. Tylko głupi żart. Więc czemu… Czemu płaczę? Czemu? W ogóle kiedy zaczęłam?
Zrywam się w nagłym biegu. Po kilku krokach mam zadyszkę. ‘’Walić to’’. Biegnę dalej. Mijam hol i wybiegam na zewnątrz. Palą mnie płuca. ‘’Walić to’’. Powiew wiatru rozwiewa mi włosy a po odsłoniętych ramionach i łydkach przebiega chłód. Mimowolnie się uśmiecham. Biegnę dalej, choć czuję coraz to bardziej palenie w całym moim ciele. Teraz wiem jak to czuć swój limit, a jednak gnać przed siebie. Desperacja.
Klinika znajduje się na wzgórzu. Droga jest kręta a wokół niej rośnie mnóstwo wiśni. A teraz jest maj. Wszystko kwitnie. Zbiegam coraz szybciej. Już nie czuję powietrza w płucach.
Ile jeszcze razy zobaczę te wiśnie? Ile razy zobaczę czyste niebo? A ile deszcz? No ile?
- Ile!!! – mój wrzask nie brzmi jak pytanie. Bo wcale nie chcę tego wiedzieć. Nie chcę się tym martwić.
Zbliżam się ku całkowitemu wyjazdowi z kliniki. Jednak nie dane było mi tam dobiec. Limit został osiągnięty. Kilkadziesiąt metrów przed tym potykam się. Upadam na chodnik, waląc mocno kolanami w beton. Mimo to zachowuję równowagę. Trzymam ręce przed sobą, lekko pochylona. Włosy zasłaniają mi twarz. Twarz po której spływają łzy.
Coraz bardziej spazmatycznie oddycham. Jakim cudem w ogóle tu dobiegłam? Ale jak teraz tam wrócę? Przecież nie dam rady przetrwać za tym wyjazdem sama. Ale… Czy teraz nadal zależy mi na moim życiu?
- Em… Przepraszam?
Chłopięcy głos wyrywa mnie z oszołomienia. Podnoszę głowę.
- Pomóc? – pyta chłopak, wyciągając do mnie rękę. Ma kasztanowe włosy i ciemne oczy. Dobrze zbudowany. Karmelowa karnacja. Wysoki. I chyba mój rocznik.
Wbija we mnie na chwilę wzrok po czym przenosi go na bok.
- Nazywam się Tetsuo Hizaki – powiedział z nadal odwróconym wzrokiem. Cholera. Widzi, że płaczę. Cholera.
- Pomóc ci… em… Jak się nazywasz? – nadal usiłuje ze mną rozmawiać… I chce mi pomóc.
Od lat nie rozmawiałam z rówieśnikami. Wszyscy, którzy dowiedzieli się o mojej chorobie, nagle zniknęli.
Lekarze zabronili mi opuszczać szpital, co było bardzo okrutne. Kiedy dowiedziałam się o chorobie myślałam, że spędzę resztę czasu żyjąc pełnią życia. Ale tak nie było. Moi rodzice bardzo szybko dostali zgodę na zaprzestanie mojej nauki, umieszczenie mnie w klinice. I możliwość prowadzenia biznesu za granicą
‘’Bo ci się to nie przyda.’’ – to słowa mojej matki. Do dziś obijają mi się po głowie. A zwłaszcza kiedy uczę się na własną rękę. Już zapomniałam jak to siedzieć w klasie. Jak to pisać test. Spisywać zadania. Jeździć na wycieczki. Ale ten Hizaki zna to wszystko. I ma na co dzień.
Właśnie. On chce wiedzieć jak się nazywam.
Spuściłam swoje zielone, oszołomione oczy i wbiłam wzrok w ziemię.
- Tachibana. Keiko Tachibana. – mówię drżącym głosem i wyciągam do niego rękę. Mocno ją złapał i bez najmniejszego wysiłku postawił mnie na nogi. Uśmiechnął się.
- Jesteś pacjentką, prawda? – zahaczył mnie. Już otwierałam usta by zapytać go skąd to wie, ale mnie wyprzedził. – Koszula. Moja babcia miała taką samą jak tu była. Odprowadzić cię? Muszę iść po dokumenty.
Rozszerzam oczy i nieśmiało kiwam głową, blado się uśmiechając. Tetsuo rusza żwawym krokiem przed siebie, a ja nie bardzo wiem co zrobić. Bardzo dawno byłam w stanie chodzić takim tempem. Bardzo dawno. A przed chwilą bawiłam się w Usaina Bolta.
Postanowiłam, że nie okażę słabości. Stawiam pierwszy krok i czuję, że lecę. Spadam. Cholera. Widzę chodnik. Coraz bliżej. Cholera. I bliżej. I…
- O mój Boże! Keiko-san, trzeba było mówić, że ledwo chodzisz. Jak ty, do wszystkich japońskich bogów, się tu dostałaś?
Jejku… Jejku. Na więc mnie teraz nie stać. Złapał mnie. Zdążył mnie złapać. Uratował mnie.
- Dz-dziękuję – mówię cicho.
- Mam iść po kogoś?
- Nie – kręcę głową. – Wybiegłam bez niczyjej wiedzy. Lepiej nikogo nie wołaj. Proszę.
Wzdycha głęboko i mamrocze coś o mojej nieodpowiedzialności. Martwi się. Martwi się o osobę, którą przed chwilą poznał. Martwi się o mnie.
Widać, że nad czymś się zastanawia. I że zapomniał, że mnie trzyma. Nie odzywam się słowem, bo nadal mam słabe czucie w nogach. Znów wzdycha.
- Chyba nie mam wyboru – uśmiecha się. Po chwili tracę grunt pod nogami.
- Czekaj, co ty… - zaczynam piszczeć zdezorientowana ale po sekundzie wiem co się dzieje. On wziął mnie na plecy. I zamierza mnie zanieść pod taką górkę.
Ten Tetsuo to człowiek zagadka. Najpierw pojawia się nie wiadomo skąd, potem ratuje dziewczynę przed upadkiem, a teraz chce jeszcze mi pomóc. Chyba coś chce. Albo to po prostu coś czego nie zaznałam. Życzliwość.
Po kilku minutach milczenia dotarliśmy do drzwi kliniki.
- Dziękuję, Hizaki-senpai – mówię.
- Wszystko tylko nie ‘’senpai’’. Czuję się staro – śmieje się.
- Hizaki-san? – poprawiam się.
- Tetsuo. Po prostu Tetsuo. I tak już mówię do ciebie po imieniu. – uśmiecha się, ale tego nie widzę.
- Dobrze, Tetsuo-kun – mówię z pełnym przekonaniem, że to zadowoli tego towarzyskiego chłopaka.
- Pff… - prycha w odpowiedzi. – Niech ci będzie. Ale jeszcze nie dziękuj. Musimy dostać się do twojego pokoju tylnym wejściem, żeby cię nikt nie zobaczył.
Nie zdążyłam nic powiedzieć, a on już ruszył do wyjścia awaryjnego. Nie będę wnikać skąd wie gdzie jest. Uśmiechnęłam się tak jakbym go znała od lat.
Po ponad 15 minutach dotarliśmy na trzecie piętro kliniki. Wymijanie wszystkich pracowników było prawie niemożliwe. Prawie.
Po karku Tetsuo spływał pot. Nie dziwię się. W końcu może i ważę tylko 57kg ale taszczenie takiego worka kartofli przez prawie pół godziny musi być męczące nawet dla kogoś silnego.
Będąc na zakręcie Tetsuo zapytał się o dalsze poczynania.
- Znajdź pokój nr 68 – powiedziałam szeptem.
- Dobra – szepnął Tetsuo zdeterminowanym głosem. Niczym ninja wychylił się zza rogu. Oboje obrzucamy korytarz czujnym wzrokiem ale nie ma tu żywej duszy. Tetsuo odetchnął głęboko i spokojnie ruszył w stronę pokoju nr 68.
Otworzył uchylone drzwi nogą i wszedł. Podszedł do łóżka, lekkim ruchem posadził mnie na nim i przetarł czoło ręką.
- Dotarliśmy. – uśmiechał się.
- Yhy – przytaknęłam również się uśmiechając. Polubiłam go. – Arigatou, Tetsuo-kun.
Podparł się pod boki i nadal się uśmiechał. Obrzucił pokój spojrzeniem. Nagle zbladł.
- Kuso. – przeklął i od razu zasłonił ręką usta. – Wybacz. Jestem już spóźniony. Świetnie się dziś bawiłem. Do zobaczenia, Keiko-chan! – wykrzyknął i zniknął za drzwiami. Wyszczerzyłam się do samej siebie i uśmiech nie schodził mi do kiedy nie zmorzył mnie sen.
~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~. ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~
Nazywam się Keiko Tachibana. Mam 17 lat i około 170cm wzrostu. Ważę 57kg, jestem koścista i blada. Mam długie, proste, miodowe włosy, nieścinane od kilku lat. Moje oczy są zielone. Uwielbiam książki. Mogłabym czytać całymi dniami. W między czasie sama piszę. Moi rodzice są biznesmenami i bardzo często i na długo nie ma ich w kraju. Moje ulubione zajęcie to patrzenie przez okno.
Mój rysopis nie jest jakiś wybitny. Mimo rzadkich odwiedzin rodziców nie jestem poszkodowana. Zrobiłam się przez to zimna? Ani trochę. Uważam się za ciepłą osobę. A patrzenie przez okno to mój stan melancholii? Prawdopodobnie…
Więc co jest we mnie takiego dziwnego? Chyba fakt, że to okno szpitalne.
Nazywam się Keiko Tachibana i spędzam swe całe życie w szpitalu. Od dziecka mam jakąś rzadką chorobę powodującą niedowagę. I to nie jest anoreksja. Zawsze miałam słaby organizm. W przedszkolu nigdy nie mogłam biegać spokojnie z innymi po podwórku czy jeździć na wycieczki. Nigdy. Ale żyłam normalnie. Ukończyłam przedszkole, poszłam do podstawówki. Znalazłam kilka koleżanek i kolegów. Wszystko było dobrze do czasu badań zorganizowanych w mojej szkole.
Był 14 grudnia. Na krótko przed końcem I semestru 2 klasy podstawówki. Zorganizowano badania wykrywające raka serca, płuc bądź skóry. Rozpoczęto akcję, by jak najszybciej odkryć raka. By dzieci mogły się leczyć. By miały szansę na przeżycie. Tylko… że dla mnie już wtedy było za późno.
5 dni później przyszły wyniki badań. W środku lekcji matematyki wpadła pielęgniarka, wywołując mnie. Ucieszyłam się. Nigdy nie lubiłam matmy. Ale za nią były przerażone twarze moich rodziców. I to mnie zaniepokoiło.
‘’Ma raka serca. Jak na wiek zaawansowanego. Lekarze mówią, że dożyje najwięcej do dwudziestki.’’
Tak brzmiały słowa tej pielęgniarki. Wypowiedziała je obojętnie. Okrutnie. Jak można było w taki sposób powiedzieć ośmiolatce, że prawdopodobnie nigdy nie skończy szkoły? Że nie pójdzie na studia? Że nie znajdzie pracy, nie zakocha się i nie wyjdzie za mąż? No jak? Jak…
Od tamtego czasu usiłuję się z tym pogodzić, zaakceptować tylko… nie umiem. To śmieszne. Człowiek od dziecka wie, że i tak umrze… Ale dlaczego tak szybko…? To tak jakbym zastanawiała się dlaczego oddycham choć kiedyś umrę.
Odgarniam zamaszyście kołdrę. Użalanie się nad sobą nic mi nie da. Mam zbyt krótkie życie na takie rzeczy. Powoli kładę jedną i drugą stopę na płytki, jakby to były kawałki szkła. Mocno podpieram się o łóżko i niepewnie staję na nogach. Chwieję się i automatycznie chwytam się szafki. Moja koścista dłoń zahacza o pustą ramkę. Ramkę, w której mieli być moi przyjaciele. Mieli.
Lekko dyszę. Moja kondycja pogarsza się z dnia na dzień. Rzucam przelotne spojrzenie na kule.
- Po moim trupie. – mruczę do siebie, po chwili śmiejąc się ze znaczenia tych słów. – Jakie to głupie.
Podpieram się ściany i powoli wychodzę z pokoju. Mam zamiar iść do pielęgniarki po jakieś książki. Shizuku-san zawsze ma coś ciekawego. Choć to nie jest jedyny powód. Ten drugi to… Samotność….
Dochodzę do gabinetu, ale zatrzymuję się przed drzwiami. Słyszę, że Shizuku z kimś rozmawia. Nie chcę przeszkadzać.
- Pani Saika? Rozumie pani sytuację? Jej wyniki są coraz bardziej dramatyczne. Kondycja leci z dnia na dzień, traci na wadze… To już jej limit. Został jej miesiąc. Nie cały. Potrzebuje teraz waszego wsparcia.
Blednę. Miesiąc? Ha? Przecież to… Miałam mieć 20-stkę. Dwudziestkę.
- Keiko Tachibana. W tej chwili się uspokój. – nakazuję sobie w myślach. Ale czuję łzy pod powiekami. Jest mnóstwo osób o imieniu ‘’Saika’’… Na pewno…
- Jak to mam jej nie mówić!? Jak to macie pracę?! To wasza córka! Jedyna! Pani Tachibana! Niech się pani nie rozłą…
Ha! Ha. Ha… To żart. To musi być żart. Tylko głupi żart. Więc czemu… Czemu płaczę? Czemu? W ogóle kiedy zaczęłam?
Zrywam się w nagłym biegu. Po kilku krokach mam zadyszkę. ‘’Walić to’’. Biegnę dalej. Mijam hol i wybiegam na zewnątrz. Palą mnie płuca. ‘’Walić to’’. Powiew wiatru rozwiewa mi włosy a po odsłoniętych ramionach i łydkach przebiega chłód. Mimowolnie się uśmiecham. Biegnę dalej, choć czuję coraz to bardziej palenie w całym moim ciele. Teraz wiem jak to czuć swój limit, a jednak gnać przed siebie. Desperacja.
Klinika znajduje się na wzgórzu. Droga jest kręta a wokół niej rośnie mnóstwo wiśni. A teraz jest maj. Wszystko kwitnie. Zbiegam coraz szybciej. Już nie czuję powietrza w płucach.
Ile jeszcze razy zobaczę te wiśnie? Ile razy zobaczę czyste niebo? A ile deszcz? No ile?
- Ile!!! – mój wrzask nie brzmi jak pytanie. Bo wcale nie chcę tego wiedzieć. Nie chcę się tym martwić.
Zbliżam się ku całkowitemu wyjazdowi z kliniki. Jednak nie dane było mi tam dobiec. Limit został osiągnięty. Kilkadziesiąt metrów przed tym potykam się. Upadam na chodnik, waląc mocno kolanami w beton. Mimo to zachowuję równowagę. Trzymam ręce przed sobą, lekko pochylona. Włosy zasłaniają mi twarz. Twarz po której spływają łzy.
Coraz bardziej spazmatycznie oddycham. Jakim cudem w ogóle tu dobiegłam? Ale jak teraz tam wrócę? Przecież nie dam rady przetrwać za tym wyjazdem sama. Ale… Czy teraz nadal zależy mi na moim życiu?
- Em… Przepraszam?
Chłopięcy głos wyrywa mnie z oszołomienia. Podnoszę głowę.
- Pomóc? – pyta chłopak, wyciągając do mnie rękę. Ma kasztanowe włosy i ciemne oczy. Dobrze zbudowany. Karmelowa karnacja. Wysoki. I chyba mój rocznik.
Wbija we mnie na chwilę wzrok po czym przenosi go na bok.
- Nazywam się Tetsuo Hizaki – powiedział z nadal odwróconym wzrokiem. Cholera. Widzi, że płaczę. Cholera.
- Pomóc ci… em… Jak się nazywasz? – nadal usiłuje ze mną rozmawiać… I chce mi pomóc.
Od lat nie rozmawiałam z rówieśnikami. Wszyscy, którzy dowiedzieli się o mojej chorobie, nagle zniknęli.
Lekarze zabronili mi opuszczać szpital, co było bardzo okrutne. Kiedy dowiedziałam się o chorobie myślałam, że spędzę resztę czasu żyjąc pełnią życia. Ale tak nie było. Moi rodzice bardzo szybko dostali zgodę na zaprzestanie mojej nauki, umieszczenie mnie w klinice. I możliwość prowadzenia biznesu za granicą
‘’Bo ci się to nie przyda.’’ – to słowa mojej matki. Do dziś obijają mi się po głowie. A zwłaszcza kiedy uczę się na własną rękę. Już zapomniałam jak to siedzieć w klasie. Jak to pisać test. Spisywać zadania. Jeździć na wycieczki. Ale ten Hizaki zna to wszystko. I ma na co dzień.
Właśnie. On chce wiedzieć jak się nazywam.
Spuściłam swoje zielone, oszołomione oczy i wbiłam wzrok w ziemię.
- Tachibana. Keiko Tachibana. – mówię drżącym głosem i wyciągam do niego rękę. Mocno ją złapał i bez najmniejszego wysiłku postawił mnie na nogi. Uśmiechnął się.
- Jesteś pacjentką, prawda? – zahaczył mnie. Już otwierałam usta by zapytać go skąd to wie, ale mnie wyprzedził. – Koszula. Moja babcia miała taką samą jak tu była. Odprowadzić cię? Muszę iść po dokumenty.
Rozszerzam oczy i nieśmiało kiwam głową, blado się uśmiechając. Tetsuo rusza żwawym krokiem przed siebie, a ja nie bardzo wiem co zrobić. Bardzo dawno byłam w stanie chodzić takim tempem. Bardzo dawno. A przed chwilą bawiłam się w Usaina Bolta.
Postanowiłam, że nie okażę słabości. Stawiam pierwszy krok i czuję, że lecę. Spadam. Cholera. Widzę chodnik. Coraz bliżej. Cholera. I bliżej. I…
- O mój Boże! Keiko-san, trzeba było mówić, że ledwo chodzisz. Jak ty, do wszystkich japońskich bogów, się tu dostałaś?
Jejku… Jejku. Na więc mnie teraz nie stać. Złapał mnie. Zdążył mnie złapać. Uratował mnie.
- Dz-dziękuję – mówię cicho.
- Mam iść po kogoś?
- Nie – kręcę głową. – Wybiegłam bez niczyjej wiedzy. Lepiej nikogo nie wołaj. Proszę.
Wzdycha głęboko i mamrocze coś o mojej nieodpowiedzialności. Martwi się. Martwi się o osobę, którą przed chwilą poznał. Martwi się o mnie.
Widać, że nad czymś się zastanawia. I że zapomniał, że mnie trzyma. Nie odzywam się słowem, bo nadal mam słabe czucie w nogach. Znów wzdycha.
- Chyba nie mam wyboru – uśmiecha się. Po chwili tracę grunt pod nogami.
- Czekaj, co ty… - zaczynam piszczeć zdezorientowana ale po sekundzie wiem co się dzieje. On wziął mnie na plecy. I zamierza mnie zanieść pod taką górkę.
Ten Tetsuo to człowiek zagadka. Najpierw pojawia się nie wiadomo skąd, potem ratuje dziewczynę przed upadkiem, a teraz chce jeszcze mi pomóc. Chyba coś chce. Albo to po prostu coś czego nie zaznałam. Życzliwość.
Po kilku minutach milczenia dotarliśmy do drzwi kliniki.
- Dziękuję, Hizaki-senpai – mówię.
- Wszystko tylko nie ‘’senpai’’. Czuję się staro – śmieje się.
- Hizaki-san? – poprawiam się.
- Tetsuo. Po prostu Tetsuo. I tak już mówię do ciebie po imieniu. – uśmiecha się, ale tego nie widzę.
- Dobrze, Tetsuo-kun – mówię z pełnym przekonaniem, że to zadowoli tego towarzyskiego chłopaka.
- Pff… - prycha w odpowiedzi. – Niech ci będzie. Ale jeszcze nie dziękuj. Musimy dostać się do twojego pokoju tylnym wejściem, żeby cię nikt nie zobaczył.
Nie zdążyłam nic powiedzieć, a on już ruszył do wyjścia awaryjnego. Nie będę wnikać skąd wie gdzie jest. Uśmiechnęłam się tak jakbym go znała od lat.
Po ponad 15 minutach dotarliśmy na trzecie piętro kliniki. Wymijanie wszystkich pracowników było prawie niemożliwe. Prawie.
Po karku Tetsuo spływał pot. Nie dziwię się. W końcu może i ważę tylko 57kg ale taszczenie takiego worka kartofli przez prawie pół godziny musi być męczące nawet dla kogoś silnego.
Będąc na zakręcie Tetsuo zapytał się o dalsze poczynania.
- Znajdź pokój nr 68 – powiedziałam szeptem.
- Dobra – szepnął Tetsuo zdeterminowanym głosem. Niczym ninja wychylił się zza rogu. Oboje obrzucamy korytarz czujnym wzrokiem ale nie ma tu żywej duszy. Tetsuo odetchnął głęboko i spokojnie ruszył w stronę pokoju nr 68.
Otworzył uchylone drzwi nogą i wszedł. Podszedł do łóżka, lekkim ruchem posadził mnie na nim i przetarł czoło ręką.
- Dotarliśmy. – uśmiechał się.
- Yhy – przytaknęłam również się uśmiechając. Polubiłam go. – Arigatou, Tetsuo-kun.
Podparł się pod boki i nadal się uśmiechał. Obrzucił pokój spojrzeniem. Nagle zbladł.
- Kuso. – przeklął i od razu zasłonił ręką usta. – Wybacz. Jestem już spóźniony. Świetnie się dziś bawiłem. Do zobaczenia, Keiko-chan! – wykrzyknął i zniknął za drzwiami. Wyszczerzyłam się do samej siebie i uśmiech nie schodził mi do kiedy nie zmorzył mnie sen.
~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~. ~ . ~ . ~ . ~ . ~ . ~
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz