Rozdział 4
Świeża krew
Świeża krew
Ocknęłam
się na podłodze, w dość ciemnym miejscu. Otoczenie, które zarejestrowałam
wcześniej zmieniło się – znów byłam w domu. A przede mną znajdowali się moi
rodzice. Mimowolnie odetchnęłam, choć nadal ciążyło mi na sercu.
Jeśli cała reszta była tylko snem?
Podniosłam się i robiąc ponownie chwiejne kroki na przód, usłyszałam ciapnięcia. Zostawiałam za sobą ślady krwi.
Może i tamto było tylko snem, ale nie chcę tego przeżywać ponownie. Nie chcę.
Przełykam głośno ślinę i chcę odwrócić ciało swojego ojca. Jest zimny, a oczy ma zamknięte. Jestem pewna, że powinien zachować jeszcze trochę ciepła. Tkwię tak przez kilka chwil, po czym jego oczy gwałtownie się otwierają. Nie mają źrenic ani tęczówek. Jest tylko czarne białko oczne, wylewające się powoli.
Odrzucam ciało z krzykiem i odsuwam się gwałtownie. Serce zaczyna mi walić jak oszalałe i dosłownie staje kiedy parę centymetrów przede mną pada kolejny mężczyzna.
James.
Patrzę się na to rozszerzonymi oczami, dysząc. Za sobą słyszę kroki. Po chwili pochlipywanie. Odwracam się, drżąc.
- Zabiłaś go – rozpoznaję postać. I głos. Młoda Japonka. Aya.
Otwieram usta by cokolwiek powiedzieć, krzyknąć ale kobieta zaczyna się powtarzać, płacząc:
- Zabiłaś go! – krzyczy rozdzierająco. Jest ciężko ranna – z brzucha, nóg, rąk wystają krótkie sztylety. Jest praktycznie cała oblepiona krwią – zapach uderza mi do głowy, powodując zawroty.
- ZABIŁAŚ GO!!! – ostatni krzyk jest pełen złości i zawiści. Niesie się echem po pokoju, mrożąc mi krew w żyłach. Kobieta rusza chwiejnie w moją stronę. Podnoszę się szybko i kieruję się do wyjścia. Staram się nie patrzeć na twarz ojca. Ale mojemu wzrokowi nie umyka głowa matki.
Odwraca się powoli o 180 stopni z głośnym chrupnięciem. Ma tylko oczodoły, nos zwisa na kilku mięśniach, a usta są zgrzybiałe i rozciągają się w nienaturalnym grymasie.
- Zabiłaś… go…? – usta mojej matki się poruszają, choć to nie jest jej głos. Ten jest niski, zimny. Niczym z horroru. Zaciskam wargi.
To się nie dzieje naprawdę.
Zagryzam wargę by nie krzyczeć. Momentalnie czuję, że zimne i lepkie od krwi ręce mnie chwytają. Zaczynam drzeć się jak opętana.
***
Ryutaro wpada do sali, ledwo wyrabiając się na zakręcie. Dyszy, ma zaczerwienione policzki. Choć nie zauważam tego na pierwszy rzut oka. Drę się jak opętana.
Przybiega do łóżka, chwytając mnie od razu za ramiona. Telepie mną, coś mówiąc. Jedyne co przychodzi mi do głowy w tym momencie to Aya z mojego snu.
- Puszczaj mnie! Puszczaj! To nie moja wina! Puszczaj mnie!
- Ichigo! – woła. – Ichigo, spokojnie! Spokój! To sen! Słyszysz, to sen!
Telepie mną jeszcze chwilę, po czym obrzucam go w miarę kontaktującym wzrokiem. Kiwam po chwili głową, a on mnie puszcza. Ukrywam twarz w dłoniach, ciężko łapiąc oddech.
Sen. Nic więcej. Koszmar.
- Aleś mnie przestraszyła. – mówi chłopak, przejeżdżając dłonią po włosach. Patrzę się na niego.
Ma włosy w nieładzie, a oczy zaspane. Jest boso, w starych dresowych spodniach i za dużej koszulce. Piżama.
- Która godzina?
- He? – nie bardzo wie o co mi chodzi. – Coś po 5. Masz fart, że mam mieszkanie na wylocie szpitalnym. No i też, że mało osób w ogóle przebywa tu w nocy. Albo wczesnym rankiem, kto co woli. – żartuje.
- Przepraszam. – rzucam, wbijając wzrok w pościel.
- Co? Nie, nie, nie, nie… - zaprzecza od razu. – I tak miałem się budzić wpół do 6, więc nie czuję różnicy. – tłumaczy pośpiesznie. – Idziesz jeszcze spać?
Pokręciłam tylko głową.
- Ile byłam nieprzytomna? – zapytałam, zmieniając temat. – Jakoś tak mi to wczoraj…
- Umknęło? – zaśmiał się. Praktycznie już był rozbudzony. – Gdzieś tak… Hym… 3 dni? – zamyślił się. – Chociaż nie… Raczej 4, ale mamy ostatnio natłok ludu, więc mogę się mylić. – wzruszył ramionami.
4 dni? To długo. Niepokojąco długo.
Ryutaro ziewnął. Jeśli o tym pomyśleć, nie czuję zmęczenia. Może przez fakt, że spałam przez kilka dni? Chociaż to raczej palpitacja serca po koszmarze.
- Chcesz skorzystać z łazienki? – rzuca niedbale. – Może nie mamy ciepłej wody, ale prysznic jest.
Kiwnęłam głową. Zimny prysznic dobrze mi zrobi po… po tym wszystkim. Przejechałam rękę po ciemnych włosach by je trochę przygładzić. Odkryłam nogi i postawiłam je na ziemi. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z odrętwienia jakie pozostawił po sobie bezruch i tępego bólu z tyłu głowy.
- Dasz radę iść? – Ryutaro podciągnął mnie za ramię, jednak czułam się pewnie na nogach, nie kręciło mi się w głowie.
- Nie trzeba, Ishimura-senpai – podziękowałam za pomoc. Młody lekarz zapał się za głowę w geście szoku.
- Ło Jezu! – powiedział udawanym dramatyzmem. – Ishimura i senpai w jednym zdaniu to za dużo na mój umysł. Wystarczy samo ‘Ryutaro’. I tak tu prawie wszyscy mówią do siebie po imieniu, więc…
- Dobra, dobra – przytaknęłam. Wyszliśmy na korytarz i Ryutaro wręczył mi reklamówkę. – Tsu kopsnął jakieś ciuchy z odzieży używanej. Jeśli chodzi o plecak to… gdzieś jest. – rzucił, pokazując mi drzwi od łazienki. Weszłam do środka. – Jakby co to korytarzem na lewo, potem prosto i na prawo. Pokój numer 116.
- Dobra, dzięki – mruknęłam. I tak nie trafię. – Jeszcze raz przepraszam, Ryutaro. – dodałam cicho. Zamknął drzwi i powiedział ledwo słyszalnie.
- Nie musisz. Też mam koszmary.
***
Wyszłam na korytarz w czarnych rurkach i koszulce z jakiś bezsensownym tekstem. Moje włosy w końcu doprowadzone zostały do stanu normalnego i mokre, zwinięte w niedbałego koka.
Ludzie zaczęli kręcić się po korytarzu. 3 mężczyzn stało przy oknie i paliło papierosy, wydychając dym na zewnątrz. Jakaś kobieta odwiedzała pacjenta. Ktoś inny leniwie sunął się po korytarzu z kubkiem kawy. Jakiś facet wybuchnął śmiechem. Jak na 6 rano, na oddziale szpitalnym jest tu żywo.
Jeśli chodzi o moje obserwacje, na ulicy nie powiedziałabym, że ktoś jest mordercą, gangsterem. Ludzie nie są wytatuowani, ubrani w skóry. Noszą stare ciuchy: sprane koszule, wytarte jeansy. Jednak nikt na oko nie przekracza 40-stki.
Kiedy zastanawiałam się co robić, zostałam popchnięta. Nie było to wredne, przypadkowe. Było delikatne i zarazem przyjacielskie.
- Hejo, Ichigo-san! – Tsuneari szczerzył się jak zwykle. – Słyszałem, że zostajesz na dłużej!
- No… Tak… - nie wiem jak się zachować. Z jednej strony czuję się w tej sytuacji zupełnie naturalnie, jednak po chwili przez myśl przemykają mi fakty. Mam taki mętlik, że nawet nie mogę normalnie składać zdań.
- Na którą Ryu umówił cię z szefową? – zagaił.
- Hę…? – nie za bardzo wiem o co mu chodzi. I czy wczoraj nie była mowa o ‘szefie’ a nie ‘szefowej’?
- Serio? – Tsuneari plasnął otwartą ręką o czoło, kręcąc jednocześnie głową. – Nic? Zero?
- Kompletna nicość – potwierdzam, uśmiechając się półgębkiem.
- A to… ekhem… nie wyrażę się, bo przy damie nie przystoi, Ichigo-san – zaczyna, ale przerywa w połowie i teatralnie się kłania. Wybucham śmiechem.
– A tak w ogóle… To Ichigo-san strasznie oficjalnie brzmi… - zaczynam i nim skończę myśl, chłopak kiwa zamaszyście głową. Cała fryzura mu się burzy. Choć od samego początku nie była ułożona.
- Co nie? Ayako nazwała cię Ichi no ale jak ja jej to powiedziałem to ona mnie opieprzyła, że się za bardzo spoufalam i takie tam… - mówi praktycznie jak katarynka z jedną przerwą na oddech. – Mi możesz mówić Tsuneari, bez żadnych kunów i te de. Jeśli chodzi o Takiego… No do niego możesz, bo on nieśmiały jest… Do Tokajiego odzywać się nie musisz… A! Do Ryu mów Ryu, bo to go wnerwiaaaaa…. – zaczyna ale kiedy dochodzi do lekarza zaczyna mówić ciszej, w końcu przeciągając ostatni wyraz. Za bardzo nie wiem o co chodzi, ale od razu orientuję się w sytuacji kiedy słyszę chrząknięcie za plecami.
- Przepraszam, Tsu, jak niby miała do mnie mówić? Co?
- Emm… Pa Ichi! Miło było cię… - Tsuneari wyraźnie zaczyna się wymigiwać od odpowiedzi. Nie wychodzi mu. Ryutaro jednym susem do niego doskakuje i wymieniają kilka szturchnięć na co reagujemy wszyscy śmiechem.
Kiedy w końcu ogarniają się, Ryutaro wzdycha i mówi coś do Tsuneariego po czym obaj patrzą się na mnie. Chłopak mówi, że ma coś ważnego do roboty i musi iść, a Tsuneari zabierze mnie na miejsce.
Schodzimy po zniszczonych schodach kilka pięter w dół. Podłoga wyłożona jest czerwoną wykładziną, ale i tak przy najlżejszym kroku okropnie skrzypi. Na ścianach są jakieś murale, plakaty, a w paru miejscach tapeta jest podpalona.
Na parterze skręcamy w główny korytarz. Jest tu dużo okien – brudnych ale zawsze. Usiłuję dostrzec jakiś szczegół, ale nie rozpoznaję miasta. Tsuneari to zauważa i mówi tylko:
- Jesteśmy na obrzeżach Ikebukuro. Budynek jest stary i ‘nieużywany’, a teoretycznie powinien iść do rozbiórki no ale.. – urywa w połowie i dalszą drogę idziemy w milczeniu.
Dochodzimy do odrapanych, sosnowych drzwi z wyrytym napisem ‘’Boss’’ i chłopak puka jakimś kodem. Odpowiada nam ‘’Włazić!’’ więc wchodzimy.
Wygląda jak jakaś sala zebrań. Jest długi stół, masa krzeseł – wygląda jak senat z telewizji tylko mniejszy. Jednak różni się całkowicie. Przy każdej ścianie są regały zawalone papierami, pokój jest zadymiony papierosami, po środku blokując przejście stoi odrapana, bordowa kanapa, a zapach alkoholu nieprzyjemnie drażni mnie w nos.
W pokoju znajdują się 3 osoby – 1 kobieta i 2 mężczyzn. Kobieta jest może koło 30-stki. Ma krótkie włosy, lekko falowane. Opadają jej tuż do policzków, rozdzielone w przedziałku na środku głowy. Ma lekkie siwe odrosty, praktycznie nie widoczne na tle kasztanowych, zadbanych włosów. Oczy ma ciemne, praktyczne czarne, na wskroś przenikające. Ubrana jest w granatowe rurki i luźną kurtkę ze skóry. Nogi ma zaplecione i trzyma je na stole. Jej poza ogólnie jest luźna. Obserwuje nas bacznie, z rękoma założonymi za kark.
Z kolei jeden z mężczyzn ubrany jest bardziej elegancko. Jest młodszy od kobiety, ale długa szrama na policzku dodaje mu optycznie lat. Ma dłuższe blond włosy i lekki zarost. Ubrany jest w koszulę z niedbale i krzywo zawiązanym krawatem. Siedzi, podpierając głowę nawet na nas nie spojrzał. Patrzy się zmęczonym wzrokiem po papierach.
Ostatni facet ma już swoje lata. Skłaniałabym się, że ma około 50-tki. Ma siwe, krótkie włosy i brodę. Wygląda na poczciwego staruszka, jednak krótkie rękawy koszuli odsłaniają liczne tatuaże. Leży na stole i coś mamrocze. Obok jego głowy stoi szklanka z bimbrem.
- Ekhem… - Tsuneari odchrząkuje, ale nim zdąży cokolwiek powiedzieć, kobieta zaczyna.
- Młody, jak jesteś chory to wywalaj stąd, bo nie chce mi się brać tabletek. – oznajmia w miarę żartobliwym tonem.
- Dobra, dobra… - mruczy w odpowiedzi i prostuje się. – Gdzie szef?
- To ja ci nie wystarczam?
- Nie oto…
- Już mnie nie kochasz?
- Omitsu-san, co ty pieprzysz?
- Daj spokój… - kobieta przeciera twarz ręką. – Ten stary dziad się już upił, a Hiroki już przegląda jakieś papiery… Czego chciałeś?
- Ja pierdole… - Tsuneari klnie cicho pod nosem, a ja mam ochotę się zaśmiać, ale powstrzymuję się. – Jak już Ryu wspominał, mamy nowego członka, no i…
- Ten nowy członek ma rozwalony łeb, jeszcze sobie poleży trochę w szpitalu, więc nie cykaj. – rzuca Hiroki znad papierów.
- Widzisz? Hiroki ma rację…
- Omitsu-san, idź ty w końcu do okulisty!
Omitsu podnosi jedną brew w geście zapytania po czym obrzuca wzrokiem moją osobę. Patrzy się na mnie kilka sekund i mruga, po czym wali się pięścią w głowę.
- No nieźle… - warczy na siebie. Po chwili przeczesuje ręką włosy i podchodzi do mnie. – Omitsu Adachi, vice-dowódca. Ten z papierami to Hiroki Nishio, możesz go uznać za księgowego. Kiedy odwala papierkową robotę to nie zawracaj mu głowy – i tak nie zareaguje. Ten uchlany to Daiki Odaka, główny doradca. Witamy w zespole, młoda…?
- Ichigo. Kanegawa Ichigo. – mówię i ściskam ją za rękę.
- Nasz dowódca to Fumiya Sotomura, a strategiem jest Mikuru Uetake. Ale ich poznasz wieczorem. Ogólnie resztę spraw załatwi się wieczorem kiedy oni wrócą, ale nie stresuj się. – zapewnia. No to chyba by było na tyle z jakiegoś rytuału. Chyba.
- I co? Tylko tyle? – Tsuneari się dziwi.
- Doskonale wiesz, że komplikowanie spraw to nie moja działka, Tsu.
- No tak, ale… - zaczyna chłopak, ale Omitsu macha na niego ręką.
- Wiem, wiem… Ale i ty, i Taki dołączyliście w innych okolicznościach. I na pewno z nią nie będzie problemu. – zapewnia, po czym milknie na chwilę, zastanawiając się czy coś dodać. – A poza tym i ja, i Fumiya mamy do niej dług wdzięczności.
Tsuneari milknie, a ja za bardzo nie wiem czy się odezwać. Panuje praktycznie cisza, pomijając pomrukiwanie śpiącego Daikiego. Głos w końcu zabiera Hiroki.
- Możecie już iść.
- No, ale gdzie? - rzuca chłopak lekceważącym tonem. Do Omitsu mimo iż czasem żartobliwie, zachowuje się z należytym szacunkiem. O szefie nawet nie mówi po imieniu, okazując największe poważanie. Natomiast do niego mówi jak do kogoś równego rangą. O ile tu są jakieś rangi.
- Chyba koło Kasahary był wolny pokój. – zamyśla się Omitsu. Na Ayako mówi po nazwisko, jednak do Tsuneariego woła ksywką. Tak samo jak Ryutaro. – Tak, powinien się nadać. A jeśli chodzi o szkolenie… - wyraźnie się krzywi i spogląda pytająco na Hirokiego. On tylko wzdycha i wertuje kilka papierów.
- Mako chyba się nudzi. – rzuca niedbale. Tsuneari tylko przytakuje po czym kiwa na mnie głową. Czyli idziemy.
- Dziękuję, Nishio. Do widzenia Omitsu-san, Odaka-san – do wszystkich, z wyjątkiem Omitsu zwraca się po nazwisku. Ja chyba też powinnam.
- Do widzenia, Adachi-san, Nishio-san, Odaka-san. – kiwam po kolei głową. Nishio nie reaguje, wyraźnie pochłonięty papierami, natomiast kobieta rozciąga usta w uśmiechu.
- Do widzenia, Tsu. – mówi pogodnie, po czym dodaje jeszcze. – Powodzenia, Kanegawa.
***
Nim poszliśmy do mojego nowego mieszkania, Tsuneari zabrał mnie jeszcze do wcześniej wspomnianej Mako. A dokładniej Mako Anzai, która została oficjalnie moim starszym patronem.
Ma długie, rude włosy i szarozielone oczy. Jest w wieku 25 lat jednak wygląda na dużo młodszą. Ma wysportowaną sylwetkę, jak z resztą każdy w tym miejscu. Nie mówi zbyt wiele, nie okazuje emocji. Jednak widać było, że się ucieszyła. Od razu zapytała się w czym chcę się wyspecjalizować, jednak za bardzo nie miałam pojęcia o co chodzi, więc Tsuneari odparł, że fechtunek i trochę walki wręcz. Kobieta tylko kiwnęła głową i kazała stawić się jutro o 8 rano.
Moje mieszkanko było naprzeciwko Ayako Kasahary. Miało 2 pokoje i w miarę dużą łazienkę. Jeden był zagospodarowany na sypialnię, a drugi na prowizoryczny salon. W przedpokoju stał mój plecak.
- Jeśli chodzi o wystrój to się nie martw. Z czasem skombinuje się jakieś lepsze meble. – rzucił. – Powodzenia, Ichi.
- Dzięki… - chciałam się jeszcze o coś zapytać, ale Tsuneari oberwał drzwiami. Do pokoju wpadła Ayako.
- Sorki, sorki! – rzuciła ze śmiechem. Chłopak się nie śmiał.
- Zdurniałaś?
- Weź! – rzuca z udawanym oburzeniem. – Od pół roku czekałam na kogoś pod mój wiek! A teraz co? Mieszka naprzeciwko mnie! – dziewczyna praktycznie skacze z radości. Jej czekoladowe włosy są rozburzone, najwyraźniej niedawno wstała. W sumie się nie dziwię. Dopiero dochodzi 7 rano.
- No, no, Tsuneari! Możesz już iść!
- No ale…
- Nie miałeś mieć jakiegoś zadania? – rzuca Ayako, byleby go tylko wygonić. Chce mi się śmiać.
- Miałem, ale to po śniadaniu. – odpowiada, patrząc się jej prosto w oczy.
- Wypad, Tsuneari! – Ayako powoli się denerwuje i popycha chłopaka w kierunku drzwi. On tylko wzdycha rezygnując.
- Niech ci będzie, niech ci będzie. Zajmij się nią. Pa, Ichigo!
Ayako zamyka za nim drzwi i się szczerzy. Ja zaczynam się śmiać.
Może nie popełniłam błędu. Może to dobry wybór.
Może.
_________________________________________________________________________
Jeśli cała reszta była tylko snem?
Podniosłam się i robiąc ponownie chwiejne kroki na przód, usłyszałam ciapnięcia. Zostawiałam za sobą ślady krwi.
Może i tamto było tylko snem, ale nie chcę tego przeżywać ponownie. Nie chcę.
Przełykam głośno ślinę i chcę odwrócić ciało swojego ojca. Jest zimny, a oczy ma zamknięte. Jestem pewna, że powinien zachować jeszcze trochę ciepła. Tkwię tak przez kilka chwil, po czym jego oczy gwałtownie się otwierają. Nie mają źrenic ani tęczówek. Jest tylko czarne białko oczne, wylewające się powoli.
Odrzucam ciało z krzykiem i odsuwam się gwałtownie. Serce zaczyna mi walić jak oszalałe i dosłownie staje kiedy parę centymetrów przede mną pada kolejny mężczyzna.
James.
Patrzę się na to rozszerzonymi oczami, dysząc. Za sobą słyszę kroki. Po chwili pochlipywanie. Odwracam się, drżąc.
- Zabiłaś go – rozpoznaję postać. I głos. Młoda Japonka. Aya.
Otwieram usta by cokolwiek powiedzieć, krzyknąć ale kobieta zaczyna się powtarzać, płacząc:
- Zabiłaś go! – krzyczy rozdzierająco. Jest ciężko ranna – z brzucha, nóg, rąk wystają krótkie sztylety. Jest praktycznie cała oblepiona krwią – zapach uderza mi do głowy, powodując zawroty.
- ZABIŁAŚ GO!!! – ostatni krzyk jest pełen złości i zawiści. Niesie się echem po pokoju, mrożąc mi krew w żyłach. Kobieta rusza chwiejnie w moją stronę. Podnoszę się szybko i kieruję się do wyjścia. Staram się nie patrzeć na twarz ojca. Ale mojemu wzrokowi nie umyka głowa matki.
Odwraca się powoli o 180 stopni z głośnym chrupnięciem. Ma tylko oczodoły, nos zwisa na kilku mięśniach, a usta są zgrzybiałe i rozciągają się w nienaturalnym grymasie.
- Zabiłaś… go…? – usta mojej matki się poruszają, choć to nie jest jej głos. Ten jest niski, zimny. Niczym z horroru. Zaciskam wargi.
To się nie dzieje naprawdę.
Zagryzam wargę by nie krzyczeć. Momentalnie czuję, że zimne i lepkie od krwi ręce mnie chwytają. Zaczynam drzeć się jak opętana.
***
Ryutaro wpada do sali, ledwo wyrabiając się na zakręcie. Dyszy, ma zaczerwienione policzki. Choć nie zauważam tego na pierwszy rzut oka. Drę się jak opętana.
Przybiega do łóżka, chwytając mnie od razu za ramiona. Telepie mną, coś mówiąc. Jedyne co przychodzi mi do głowy w tym momencie to Aya z mojego snu.
- Puszczaj mnie! Puszczaj! To nie moja wina! Puszczaj mnie!
- Ichigo! – woła. – Ichigo, spokojnie! Spokój! To sen! Słyszysz, to sen!
Telepie mną jeszcze chwilę, po czym obrzucam go w miarę kontaktującym wzrokiem. Kiwam po chwili głową, a on mnie puszcza. Ukrywam twarz w dłoniach, ciężko łapiąc oddech.
Sen. Nic więcej. Koszmar.
- Aleś mnie przestraszyła. – mówi chłopak, przejeżdżając dłonią po włosach. Patrzę się na niego.
Ma włosy w nieładzie, a oczy zaspane. Jest boso, w starych dresowych spodniach i za dużej koszulce. Piżama.
- Która godzina?
- He? – nie bardzo wie o co mi chodzi. – Coś po 5. Masz fart, że mam mieszkanie na wylocie szpitalnym. No i też, że mało osób w ogóle przebywa tu w nocy. Albo wczesnym rankiem, kto co woli. – żartuje.
- Przepraszam. – rzucam, wbijając wzrok w pościel.
- Co? Nie, nie, nie, nie… - zaprzecza od razu. – I tak miałem się budzić wpół do 6, więc nie czuję różnicy. – tłumaczy pośpiesznie. – Idziesz jeszcze spać?
Pokręciłam tylko głową.
- Ile byłam nieprzytomna? – zapytałam, zmieniając temat. – Jakoś tak mi to wczoraj…
- Umknęło? – zaśmiał się. Praktycznie już był rozbudzony. – Gdzieś tak… Hym… 3 dni? – zamyślił się. – Chociaż nie… Raczej 4, ale mamy ostatnio natłok ludu, więc mogę się mylić. – wzruszył ramionami.
4 dni? To długo. Niepokojąco długo.
Ryutaro ziewnął. Jeśli o tym pomyśleć, nie czuję zmęczenia. Może przez fakt, że spałam przez kilka dni? Chociaż to raczej palpitacja serca po koszmarze.
- Chcesz skorzystać z łazienki? – rzuca niedbale. – Może nie mamy ciepłej wody, ale prysznic jest.
Kiwnęłam głową. Zimny prysznic dobrze mi zrobi po… po tym wszystkim. Przejechałam rękę po ciemnych włosach by je trochę przygładzić. Odkryłam nogi i postawiłam je na ziemi. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z odrętwienia jakie pozostawił po sobie bezruch i tępego bólu z tyłu głowy.
- Dasz radę iść? – Ryutaro podciągnął mnie za ramię, jednak czułam się pewnie na nogach, nie kręciło mi się w głowie.
- Nie trzeba, Ishimura-senpai – podziękowałam za pomoc. Młody lekarz zapał się za głowę w geście szoku.
- Ło Jezu! – powiedział udawanym dramatyzmem. – Ishimura i senpai w jednym zdaniu to za dużo na mój umysł. Wystarczy samo ‘Ryutaro’. I tak tu prawie wszyscy mówią do siebie po imieniu, więc…
- Dobra, dobra – przytaknęłam. Wyszliśmy na korytarz i Ryutaro wręczył mi reklamówkę. – Tsu kopsnął jakieś ciuchy z odzieży używanej. Jeśli chodzi o plecak to… gdzieś jest. – rzucił, pokazując mi drzwi od łazienki. Weszłam do środka. – Jakby co to korytarzem na lewo, potem prosto i na prawo. Pokój numer 116.
- Dobra, dzięki – mruknęłam. I tak nie trafię. – Jeszcze raz przepraszam, Ryutaro. – dodałam cicho. Zamknął drzwi i powiedział ledwo słyszalnie.
- Nie musisz. Też mam koszmary.
***
Wyszłam na korytarz w czarnych rurkach i koszulce z jakiś bezsensownym tekstem. Moje włosy w końcu doprowadzone zostały do stanu normalnego i mokre, zwinięte w niedbałego koka.
Ludzie zaczęli kręcić się po korytarzu. 3 mężczyzn stało przy oknie i paliło papierosy, wydychając dym na zewnątrz. Jakaś kobieta odwiedzała pacjenta. Ktoś inny leniwie sunął się po korytarzu z kubkiem kawy. Jakiś facet wybuchnął śmiechem. Jak na 6 rano, na oddziale szpitalnym jest tu żywo.
Jeśli chodzi o moje obserwacje, na ulicy nie powiedziałabym, że ktoś jest mordercą, gangsterem. Ludzie nie są wytatuowani, ubrani w skóry. Noszą stare ciuchy: sprane koszule, wytarte jeansy. Jednak nikt na oko nie przekracza 40-stki.
Kiedy zastanawiałam się co robić, zostałam popchnięta. Nie było to wredne, przypadkowe. Było delikatne i zarazem przyjacielskie.
- Hejo, Ichigo-san! – Tsuneari szczerzył się jak zwykle. – Słyszałem, że zostajesz na dłużej!
- No… Tak… - nie wiem jak się zachować. Z jednej strony czuję się w tej sytuacji zupełnie naturalnie, jednak po chwili przez myśl przemykają mi fakty. Mam taki mętlik, że nawet nie mogę normalnie składać zdań.
- Na którą Ryu umówił cię z szefową? – zagaił.
- Hę…? – nie za bardzo wiem o co mu chodzi. I czy wczoraj nie była mowa o ‘szefie’ a nie ‘szefowej’?
- Serio? – Tsuneari plasnął otwartą ręką o czoło, kręcąc jednocześnie głową. – Nic? Zero?
- Kompletna nicość – potwierdzam, uśmiechając się półgębkiem.
- A to… ekhem… nie wyrażę się, bo przy damie nie przystoi, Ichigo-san – zaczyna, ale przerywa w połowie i teatralnie się kłania. Wybucham śmiechem.
– A tak w ogóle… To Ichigo-san strasznie oficjalnie brzmi… - zaczynam i nim skończę myśl, chłopak kiwa zamaszyście głową. Cała fryzura mu się burzy. Choć od samego początku nie była ułożona.
- Co nie? Ayako nazwała cię Ichi no ale jak ja jej to powiedziałem to ona mnie opieprzyła, że się za bardzo spoufalam i takie tam… - mówi praktycznie jak katarynka z jedną przerwą na oddech. – Mi możesz mówić Tsuneari, bez żadnych kunów i te de. Jeśli chodzi o Takiego… No do niego możesz, bo on nieśmiały jest… Do Tokajiego odzywać się nie musisz… A! Do Ryu mów Ryu, bo to go wnerwiaaaaa…. – zaczyna ale kiedy dochodzi do lekarza zaczyna mówić ciszej, w końcu przeciągając ostatni wyraz. Za bardzo nie wiem o co chodzi, ale od razu orientuję się w sytuacji kiedy słyszę chrząknięcie za plecami.
- Przepraszam, Tsu, jak niby miała do mnie mówić? Co?
- Emm… Pa Ichi! Miło było cię… - Tsuneari wyraźnie zaczyna się wymigiwać od odpowiedzi. Nie wychodzi mu. Ryutaro jednym susem do niego doskakuje i wymieniają kilka szturchnięć na co reagujemy wszyscy śmiechem.
Kiedy w końcu ogarniają się, Ryutaro wzdycha i mówi coś do Tsuneariego po czym obaj patrzą się na mnie. Chłopak mówi, że ma coś ważnego do roboty i musi iść, a Tsuneari zabierze mnie na miejsce.
Schodzimy po zniszczonych schodach kilka pięter w dół. Podłoga wyłożona jest czerwoną wykładziną, ale i tak przy najlżejszym kroku okropnie skrzypi. Na ścianach są jakieś murale, plakaty, a w paru miejscach tapeta jest podpalona.
Na parterze skręcamy w główny korytarz. Jest tu dużo okien – brudnych ale zawsze. Usiłuję dostrzec jakiś szczegół, ale nie rozpoznaję miasta. Tsuneari to zauważa i mówi tylko:
- Jesteśmy na obrzeżach Ikebukuro. Budynek jest stary i ‘nieużywany’, a teoretycznie powinien iść do rozbiórki no ale.. – urywa w połowie i dalszą drogę idziemy w milczeniu.
Dochodzimy do odrapanych, sosnowych drzwi z wyrytym napisem ‘’Boss’’ i chłopak puka jakimś kodem. Odpowiada nam ‘’Włazić!’’ więc wchodzimy.
Wygląda jak jakaś sala zebrań. Jest długi stół, masa krzeseł – wygląda jak senat z telewizji tylko mniejszy. Jednak różni się całkowicie. Przy każdej ścianie są regały zawalone papierami, pokój jest zadymiony papierosami, po środku blokując przejście stoi odrapana, bordowa kanapa, a zapach alkoholu nieprzyjemnie drażni mnie w nos.
W pokoju znajdują się 3 osoby – 1 kobieta i 2 mężczyzn. Kobieta jest może koło 30-stki. Ma krótkie włosy, lekko falowane. Opadają jej tuż do policzków, rozdzielone w przedziałku na środku głowy. Ma lekkie siwe odrosty, praktycznie nie widoczne na tle kasztanowych, zadbanych włosów. Oczy ma ciemne, praktyczne czarne, na wskroś przenikające. Ubrana jest w granatowe rurki i luźną kurtkę ze skóry. Nogi ma zaplecione i trzyma je na stole. Jej poza ogólnie jest luźna. Obserwuje nas bacznie, z rękoma założonymi za kark.
Z kolei jeden z mężczyzn ubrany jest bardziej elegancko. Jest młodszy od kobiety, ale długa szrama na policzku dodaje mu optycznie lat. Ma dłuższe blond włosy i lekki zarost. Ubrany jest w koszulę z niedbale i krzywo zawiązanym krawatem. Siedzi, podpierając głowę nawet na nas nie spojrzał. Patrzy się zmęczonym wzrokiem po papierach.
Ostatni facet ma już swoje lata. Skłaniałabym się, że ma około 50-tki. Ma siwe, krótkie włosy i brodę. Wygląda na poczciwego staruszka, jednak krótkie rękawy koszuli odsłaniają liczne tatuaże. Leży na stole i coś mamrocze. Obok jego głowy stoi szklanka z bimbrem.
- Ekhem… - Tsuneari odchrząkuje, ale nim zdąży cokolwiek powiedzieć, kobieta zaczyna.
- Młody, jak jesteś chory to wywalaj stąd, bo nie chce mi się brać tabletek. – oznajmia w miarę żartobliwym tonem.
- Dobra, dobra… - mruczy w odpowiedzi i prostuje się. – Gdzie szef?
- To ja ci nie wystarczam?
- Nie oto…
- Już mnie nie kochasz?
- Omitsu-san, co ty pieprzysz?
- Daj spokój… - kobieta przeciera twarz ręką. – Ten stary dziad się już upił, a Hiroki już przegląda jakieś papiery… Czego chciałeś?
- Ja pierdole… - Tsuneari klnie cicho pod nosem, a ja mam ochotę się zaśmiać, ale powstrzymuję się. – Jak już Ryu wspominał, mamy nowego członka, no i…
- Ten nowy członek ma rozwalony łeb, jeszcze sobie poleży trochę w szpitalu, więc nie cykaj. – rzuca Hiroki znad papierów.
- Widzisz? Hiroki ma rację…
- Omitsu-san, idź ty w końcu do okulisty!
Omitsu podnosi jedną brew w geście zapytania po czym obrzuca wzrokiem moją osobę. Patrzy się na mnie kilka sekund i mruga, po czym wali się pięścią w głowę.
- No nieźle… - warczy na siebie. Po chwili przeczesuje ręką włosy i podchodzi do mnie. – Omitsu Adachi, vice-dowódca. Ten z papierami to Hiroki Nishio, możesz go uznać za księgowego. Kiedy odwala papierkową robotę to nie zawracaj mu głowy – i tak nie zareaguje. Ten uchlany to Daiki Odaka, główny doradca. Witamy w zespole, młoda…?
- Ichigo. Kanegawa Ichigo. – mówię i ściskam ją za rękę.
- Nasz dowódca to Fumiya Sotomura, a strategiem jest Mikuru Uetake. Ale ich poznasz wieczorem. Ogólnie resztę spraw załatwi się wieczorem kiedy oni wrócą, ale nie stresuj się. – zapewnia. No to chyba by było na tyle z jakiegoś rytuału. Chyba.
- I co? Tylko tyle? – Tsuneari się dziwi.
- Doskonale wiesz, że komplikowanie spraw to nie moja działka, Tsu.
- No tak, ale… - zaczyna chłopak, ale Omitsu macha na niego ręką.
- Wiem, wiem… Ale i ty, i Taki dołączyliście w innych okolicznościach. I na pewno z nią nie będzie problemu. – zapewnia, po czym milknie na chwilę, zastanawiając się czy coś dodać. – A poza tym i ja, i Fumiya mamy do niej dług wdzięczności.
Tsuneari milknie, a ja za bardzo nie wiem czy się odezwać. Panuje praktycznie cisza, pomijając pomrukiwanie śpiącego Daikiego. Głos w końcu zabiera Hiroki.
- Możecie już iść.
- No, ale gdzie? - rzuca chłopak lekceważącym tonem. Do Omitsu mimo iż czasem żartobliwie, zachowuje się z należytym szacunkiem. O szefie nawet nie mówi po imieniu, okazując największe poważanie. Natomiast do niego mówi jak do kogoś równego rangą. O ile tu są jakieś rangi.
- Chyba koło Kasahary był wolny pokój. – zamyśla się Omitsu. Na Ayako mówi po nazwisko, jednak do Tsuneariego woła ksywką. Tak samo jak Ryutaro. – Tak, powinien się nadać. A jeśli chodzi o szkolenie… - wyraźnie się krzywi i spogląda pytająco na Hirokiego. On tylko wzdycha i wertuje kilka papierów.
- Mako chyba się nudzi. – rzuca niedbale. Tsuneari tylko przytakuje po czym kiwa na mnie głową. Czyli idziemy.
- Dziękuję, Nishio. Do widzenia Omitsu-san, Odaka-san – do wszystkich, z wyjątkiem Omitsu zwraca się po nazwisku. Ja chyba też powinnam.
- Do widzenia, Adachi-san, Nishio-san, Odaka-san. – kiwam po kolei głową. Nishio nie reaguje, wyraźnie pochłonięty papierami, natomiast kobieta rozciąga usta w uśmiechu.
- Do widzenia, Tsu. – mówi pogodnie, po czym dodaje jeszcze. – Powodzenia, Kanegawa.
***
Nim poszliśmy do mojego nowego mieszkania, Tsuneari zabrał mnie jeszcze do wcześniej wspomnianej Mako. A dokładniej Mako Anzai, która została oficjalnie moim starszym patronem.
Ma długie, rude włosy i szarozielone oczy. Jest w wieku 25 lat jednak wygląda na dużo młodszą. Ma wysportowaną sylwetkę, jak z resztą każdy w tym miejscu. Nie mówi zbyt wiele, nie okazuje emocji. Jednak widać było, że się ucieszyła. Od razu zapytała się w czym chcę się wyspecjalizować, jednak za bardzo nie miałam pojęcia o co chodzi, więc Tsuneari odparł, że fechtunek i trochę walki wręcz. Kobieta tylko kiwnęła głową i kazała stawić się jutro o 8 rano.
Moje mieszkanko było naprzeciwko Ayako Kasahary. Miało 2 pokoje i w miarę dużą łazienkę. Jeden był zagospodarowany na sypialnię, a drugi na prowizoryczny salon. W przedpokoju stał mój plecak.
- Jeśli chodzi o wystrój to się nie martw. Z czasem skombinuje się jakieś lepsze meble. – rzucił. – Powodzenia, Ichi.
- Dzięki… - chciałam się jeszcze o coś zapytać, ale Tsuneari oberwał drzwiami. Do pokoju wpadła Ayako.
- Sorki, sorki! – rzuciła ze śmiechem. Chłopak się nie śmiał.
- Zdurniałaś?
- Weź! – rzuca z udawanym oburzeniem. – Od pół roku czekałam na kogoś pod mój wiek! A teraz co? Mieszka naprzeciwko mnie! – dziewczyna praktycznie skacze z radości. Jej czekoladowe włosy są rozburzone, najwyraźniej niedawno wstała. W sumie się nie dziwię. Dopiero dochodzi 7 rano.
- No, no, Tsuneari! Możesz już iść!
- No ale…
- Nie miałeś mieć jakiegoś zadania? – rzuca Ayako, byleby go tylko wygonić. Chce mi się śmiać.
- Miałem, ale to po śniadaniu. – odpowiada, patrząc się jej prosto w oczy.
- Wypad, Tsuneari! – Ayako powoli się denerwuje i popycha chłopaka w kierunku drzwi. On tylko wzdycha rezygnując.
- Niech ci będzie, niech ci będzie. Zajmij się nią. Pa, Ichigo!
Ayako zamyka za nim drzwi i się szczerzy. Ja zaczynam się śmiać.
Może nie popełniłam błędu. Może to dobry wybór.
Może.
_________________________________________________________________________
No i w końcu jest 4 rozdział. Nadal jest przegadany, ale w 5 zacznie się coś dziać. Tylko muszę go napisać. Jak na razie jest najdłuższy ze wszystkich (9 stron). Jeśli chodzi o Omitsu i spółkę, czy Mako, są oni wytworem mojej wyobraźni, w książce nie istnieją :3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz