9 lutego 2015

Najpiękniejsze chwile cz. 4

   Otworzyłem z zamachem drzwi pokoju nr 68, ledwo wyhamowując. Wpadłem do sali, krzycząc jej imię.
   Leżała na łóżku, z aparaturą, część jej miodowych włosów  zasłaniała jej twarz. Leżała spokojnie nie poruszając się, ręce miała wzdłuż tułowia, a skóra była bledsza niż kiedykolwiek.
   - Keiko… - wyzipnąłem. Dyszałem i nie mogłem nabrać powietrza. Miałem złe przeczucie. Przez całą drogę biegłem, byleby tylko zdążyć. By być szybciej.
   Dziewczyna nie poruszyła się na dźwięk swojego imienia.
- Keiko-chan… - powtórzyłem trochę głośniej. Nic do mnie nie docierało. Albo nie chciało dotrzeć.
   Wyprostowałem się. Zaciskając zęby, zrobiłem kilka kroków w stronę łóżka, starając się nie patrzeć na jej twarz. Moje oczy wodziły po otoczeniu. Szpitalne białe ściany, łóżko. Etażerka z jasnego dębu, a na niej ramka na zdjęcie. Pusta. Koło łóżka stoi szare krzesło dla gości.
   Nie dalej niż pół metra od łóżka zatrzymałem się. Zamknąłem oczy i nerwowo wypuściłem powietrze. Zebrałem się na odwagę, by na nią spojrzeć.
   To nadal była ta sama Keiko co przed 3 godzinami. Tylko miała bardzo bladą, wręcz białą skórę. Usta zamarły w nikłym, ale ciepłym uśmiechu. Ale to co mnie przeraziło to duże, zielone oczy. Puste oczy.
    Gwałtownym ruchem przysiadłem na krześle i złapałem ją za rękę. Ciepło powoli od niej odchodziło. Ścisnąłem ją, lekko potrząsając.
Nie. Nie. Nie. Nie!
    Patrzyłem się osłupiały w jej delikatną twarz. Potrząsałem jej dłonią coraz gwałtowniej. Serce biło mi coraz szybciej, a powietrze coraz ciężej wtłaczało się do płuc. Oczy pozostawały puste.
- Keiko. Keiko. Keiko… - powtarzałem pustym głosem. Bez żadnych emocji. Lekko się uśmiechnąłem i ścisnąłem jej dłoń.
- Wstawaj no… Keiko…
    Nachyliłem się i trzymając delikatnie jej rękę, pocałowałem ją. Trzymałem swoje usta przy niej przez kilka sekund, czując praktycznie bijące zimno. Mój uścisk zelżał. Ręka opadła bezwładnie na kołdrę, wyginając się lekko pod dziwnym kątem.
Dlaczego się nie budzisz?
    Przełknąłem głośno ślinę. Przestałem cokolwiek słyszeć. Jakby cały świat wokół mnie przez stał mieć jakiekolwiek znaczenie.
   Poczułem ból w klatce piersiowej. Moja głowa, a za nią ciało opadło na łóżko. Na wpół leżałem, na wpół siedziałem. Kołdra pachniała rumiankiem. Keiko nadal się nie poruszyła.
UMARŁA.
   Prawda przebiegła przeze mnie niczym prąd. Zmroziła mnie chwilowo, a odchodząc zabrała maskę spokoju. Poczułem, że mój wzrok staje się zamglony. Broda zaczęła mi drżeć. Podłożyłem ręce pod czoło, opierając się o jej nieruszający się brzuch. Zacisnąłem mocno oczy, a ręce zwinąłem mimowolnie w pięści. Usiłowałem się uspokoić. Muszę się uspokoić.
- Keiko… - wypowiedziałem słabo jej imię. Pogorszyło to sytuację.
   Poczułem, że z oczu płynął mi łzy. Smutek i rozpacz coraz bardziej zacieśniały swoje więzy. Moim ciałem wstrząsnął szloch. Tak mocno nie płakałem od dawna. Bardzo dawna.
Keiko nie żyje.
    Czuję, że mój płacz przeradza się w łkanie.
Nie ma jej. Nie ma.
    Moje serce rozdziera dźwięk jej imienia. Powtarzam go cały czas jakby mógł sprawić, że obudzi się i roześmieje.
    Tylko, że ona nigdy się nie obudzi.
    Nigdy.
    Już nie zobaczę jak się uśmiecha.
    Nie usłyszę jak się śmieje.
    Nigdy.
    Słyszę, że popadam w histerię. Jej imię staje się jedynie bezsensownym bełkotem. Osuwam się na kolana. Cały drżę. Po mojej twarzy spływają słone łzy. Ręce mam splecione na karku, a twarz skierowaną ku podłodze.
     Wiem, że powinienem być spokojny. Zachować się jak facet. Przyjąć to na klatę, zacisnąć zęby. I pewnie coś jeszcze.
     Ale mam to gdzieś.
     Nigdy nie wiedziałem jak można pogrążyć się z dnia na dzień, z godziny na godzinę, z chwili na chwilę w całkowitej rozpaczy. Jak można zapomnieć o wszystkim jedynie płacząc. Jak można pogrążyć się w całkowitej ciemności.
     Teraz wiem.
     Serce wali mi jak oszalałe. Nie czuję powietrza w płucach. Głos lekko mi chrypi od jakiegoś niezrozumiałego bełkotu.
- Proszę cię, uspokój się.
  
Automatycznie podnoszę głowę, lekko się prostując. Zostaję jednak na klęczkach, a ręce zamarły w bezruchu, niedaleko głowy, kiedy mój umysł rozpoznał głos.
   Ten głos, który momentalnie przyniósł mi ulgę. Ale jednocześnie jeszcze jedno uczucie, którego nie mogłem rozpoznać.
- Keiko… - wypowiedziałem lekko łamiącym głosem, ze zdziwieniem w oczach.
    Drobna postać, na wpół przeźroczysta, otoczona boską poświatą przekręciła głowę. Część miodowych włosów zsunęła się na klatę piersiową. Lekko się uśmiechnęła.
- Konichiwa, Tetsuo.
    Podniosłem się, nie odrywając wzroku od dziewczyny. Moje osłupienie przekroczyło granicę. Staliśmy i się na siebie patrzyliśmy. Nawet otworzyłem usta, ale nie byłem w stanie nic powiedzieć. Moje oczy, szeroko otwarte, chłonęły widok Keiko.
- Ko…Konichiwa… - powtórzyłem po jakimś czasie po niej. Nadal nie wierzyłem własnym oczom. To sen? A może koszmar? Co jest teraz, do cholery, prawdą?
    Keiko podniosła dłoń do ust i cicho zachichotała. Zauważyłem, że końcówki palców są prawie przeźroczyste.
To pomogło mi się otrząsnąć i ruszyć chwiejnym krokiem w jej stronę. Wyciągnąłem nawet rękę, by złapać ją, przytulić.
- Nie możesz, Tetsuo.
    Zatrzymałem rękę kilka centymetrów od niej. Tak niewiele nas dzieliło, a jednak nie byłem w stanie się zbliżyć. Moje oczy wyraźnie chciały odpowiedzi, choć nic nie mówiłem. Cała ta sytuacja mnie przytłaczała.
- Nie możesz mnie dotknąć. – zaczęła powoli. Mów więcej. Więcej. – Jestem teraz jak powietrze. Kiepsko co? – zażartowała, lekko parskając. Więcej. Chcę więcej. – Wiesz, Tetsuo… Umarło mi się…
- Keiko… - szepnąłem. Przystawiłem pięść do ust i zamrugałem kilka razy. Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. Ale jej oczy pozostały smutne. Opuściłem rękę i spojrzeliśmy sobie w oczy. I jestem pewien, że oboje dostrzegliśmy to samo. Rozpacz.
- Chciałbym cię jeszcze raz przytulić. – wyznałem spokojnie, nie przestając patrzeć się w jej zielone oczy. Tylko tam widziałem ukojenie.
   Keiko zamrugała intensywnie i opuściła głowę.
- Ja… też… Też chcę cię jeszcze raz przytulić… Złapać za rękę… Poczuć cię ten ostatni raz… - podniosła swój wzrok na mnie ale ja wlepiłem go w podłogę. Nie byłbym w stanie znieść teraz jej spojrzenia. Choć nie pragnę niczego innego.
   Keiko okręciła się delikatnie i podeszła do etażerki. Przejechała palcem po ramce. Westchnęła głęboko.
- Kiedy jesteśmy przez kogoś kochani przynosi nam to radość. Ale jeśli kochamy kogoś przynosi nam to cierpienie. Absurd, prawda? Szukając ukojenia w bólu, szukamy podświadomie miłości. Ale nie dostaniemy jej bez okazania uczucia. Które z kolei przyniesie nam cierpienie…
    Dobrze wiem o co jej chodziło. Obojgu nam uczucie drugiej osoby przynosiło niewiarygodną radość. Ale i ból. Kochanie Keiko przyniosło mi teraz ból. I to nie dlatego, że ona kochała mnie. Tylko dlatego, że ja kochałem  ją.
   Choć jeśli tak to brać to ona cierpiała bardziej. Bo wiedziała, że mnie zostawi. Chyba wiedziała. 
   Znów wyciągnąłem w jej stronę rękę. Tak bardzo jej pragnę. Odwróciła się i również wyciągnęła w moją stronę dłoń. Moja była opalona, umięśniona, a jej blada, chuda i delikatna.
- Tak bardzo bym chciał  by to był tylko zły sen…
- Ja też. Chciałabym się po prostu obudzić…
   Nasze palce są tylko kilka milimetrów od siebie. Stoimy tak blisko siebie, że moglibyśmy poczuć swoje oddechy. Gdyby żyła.
    Zauważam, że po jej policzku spływa łza. A potem kolejna. Jednak nie szlocha. Ani nie drży. Patrzy się na mnie, lekko zadzierając głowę. Mimo iż była bardzo wysoka to i tak przewyższałem ją o prawie 30cm. Czuję, że oczy zachodzą mi łzami.
    Chciałbym  żeby ta chwila się nie skończyła. Żebym mógł tak jeszcze stać. Tylko chwilę.
   Keiko sięga do mojego policzka, chcąc otrzeć łzę. Kiedy powinienem poczuć dotyk, nie czuję nic. Łza skapuje na podłogę.
    - Czas… - zaczyna ale ja tylko kiwam głową. Wiem. Wiem.
    Wiem.
    Odsuwa się na kilka kroków po czym odwraca się w stronę okna. Patrzę się na to, przeklinając w duchu swoją bezsilność. Keiko przygarbiła się lekko. Poświata zaczęła znikać, zabierając mi dziewczynę którą tak bardzo kocham.
- Wiesz… Absurdem jest też zakochać się tak mocno.
    Keiko się prostuje i odwraca w moją stronę głowę. Uśmiecha się tak szczerze jak  nigdy dotąd. Bez najmniejszej krzty smutku czy zadręczenia.
- Sayonara, Tetsuo. Aishiteru.
    Oślepia mnie jasny blask,  a włosy rozwiewa nagły przypływ wiatru. Wszystko zniknęło. Na korytarzu rozlega się jakaś debata. Słychać kroki. Krzyki.
- Ja ciebie też.
    Teraz wiem co jej pojawienie się przyniosło.
    Radość.
    I ból.
    Podchodzę do łóżka. W sercu czuję pustkę. Chce mi się płakać jednak mimo wszystko rezygnuję z niego. Drżącą ręką odgarniam jej włosy z twarzy. Nachylam się i składam pocałunek na jej czole.
    Chwilę potem do pokoju wpada lekarz i kilka pielęgniarek. Wykopują mnie z  sali.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz