23 lutego 2015

Prolog Morderczyni ~ Krwawa Truskawka ~ Rozdział 3 ~ Burza, do której dołączyłam

Rozdział 3
Burza, do której dołączyłam
    Pierwsze co zobaczyłam to jasność. Przez myśl przeszło mi, że nie żyję, ale kiedy tylko spróbowałam drgnąć, przeszył mnie ból. Jak boli to żyję. Jest dobrze.
    Patrzyłam się w górę, starając nie robić żadnych ruchów oprócz oddychania. Po kilkunastu minutach, wzrok zaczynał łapać ostrość, a oczy przyzwyczaiły się do światła – którego źródłem była tylko stara żarówka dyndająca na kabelku z sufitu.
    Jasność, którą widziałam po przebudzeniu okazała się wyłącznie białym sufitem. Usiłowałam spojrzeć gdzie indziej, ale nawet ten ruch przyniósł masę bólu i ćmienia w głowie. 
    Po jakiś 30 minutach zaczęłam się niepokoić. Jestem praktycznie sparaliżowana, a nie mam zielonego pojęcia gdzie jestem. I mam zamglone wspomnienia. 
    Oczywiście dociera do mnie, że rozpoczął się wrzesień, bo w przeddzień rozpoczęcia roku na chatę wbili mi płatni mordercy. Pozdrawiam.
     Stwierdzam jednak, że nic za bardzo mi nie jest. Jestem w stanie kpić z czegoś z czego normalnie powinnam płakać. Kiedy mój charakter przeszedł taką zmianę? Psychika to jednak dziwna sprawa. Kilka chwil może ją całkowicie zmienić. Lub zniszczyć. 
    Myślę intensywnie co się działo dalej. Pamiętam, że wybiegłam z domu, nocowałam w jakiejś stajni, a potem wróciłam, wzięłam to co mi było najbardziej potrzebne i uciekłam. Wszystko później jest nie wyraźne. Bardzo. Jakbym sama chroniła się przed tymi zdarzeniami.
    Głowa boli mnie coraz bardziej, co potęguje fakt, że broni mnie prawie całe ciało. Zamykam oczy i siłą woli blokuję głębokie westchnięcie. Po chwili słyszę głosy. I szczęk klamki. Kroki. 
    Ktoś tu wszedł, ale się nie odzywa. Nie wiem czy to kobieta, czy mężczyzna. Krząta się koło mnie. 
    Wewnątrz mnie jest istne piekło. Mam się ‘ocknąć’ i liczyć, że mnie podleczą, czy przeczekać i uciec? Żadna z możliwych opcji nie była ani mądra, ani bezpieczna. Więc wybrałam wygodniejszą. 
    Otworzyłam oczy, ale postać nie była w moim zasięgu. Krzątała się po lewej. Ostrożnie obróciłam głowę, wywołując tym rozdzierający ból głowy. Stęknęłam mimowolnie, zaciskając powieki. 
- Ocknęłaś się! – wydusiła postać. Chłopak. Z głosu słychać, że nawet nie taki stary. – Czekaj! Nie ruszaj głową, pogorszysz sytuację. – dodał od razu, już spokojniej. – Poczekaj moment. – polecił, jakbym miała wybór. Jednak jego głos był łagodny, uspokajał mnie. 
    Usłyszałam tylko krzątaninę i mruczenie, że jeszcze moment, jeszcze moment. Po kilkunastu minutach poczułam, że pulsowanie staje się przytłumione. Otwieram oczy i mimowolnie chcę je przetrzeć ręką. Udaje się. O dziwo, teraz tylko poszczególne części ciała mnie bolą jakby od uderzeń. Najgorzej jest jednak z głową, która pulsuje tępym bólem. 
    Zaciskam zęby i podnoszę się do pozycji siedzącej. Kręci mi się w głowie, więc chowam ją w dłoniach. Siedzę tak kilka minut. Następnie rozglądam się po pomieszczeniu. 
    Biały sufit, pęknięty w kilku miejscach. Spróchniała podłoga. Ściany z masą zacieków. Regał z lekarstwami. Biurko. Łóżko. I kroplówka. 
    Po cholerę mi kroplówka?
    Szukam wzrokiem chłopaka. Nie jest tutaj, ale chyba krząta się po korytarzu. Po chwili ktoś zagląda do pokoju. Chłopak, widząc mnie marszczy brwi i krótko wzdycha. 
    Na oko ma może 17 lat. Ma brązowe oczy i jasne, orzechowe włosy, podchodzące pod blond. Jest niski, będzie ledwie ode mnie wyższy. Nosi podarte jeansy, szarą koszulkę i fartuch lekarski. 
- Nie przemęczasz się trochę? – mruczy niezadowolony. Po głosie poznaję, że był tu wcześniej. – Z tak rozwalonym łbem to bym się  nie ruszył nawet po tym świństwie. – Żartuje, kiwając głową w stronę kroplówki. Lekko bladnę. – Spokojnie! To tylko środek przeciwbólowy. Wcześniej po prostu była tam woda, żebyś się nie odwodniła. – tłumaczy pośpiesznie. Nie odzywam się. – Kanegawa-san, prawda? 
- Yhym… - kiwam lekko głową, co trochę mnie otumania. Chłopak chce jakoś zareagować, więc dodaję: - Ale wolę po imieniu.
   Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jak słaba jestem. Ledwo mówię, o ruszaniu nie wspominając. 
- Dobrze, Ichigo-san. Ryutaro Ishimura, lat 17, lekarz. Do usług. 
   Podchodzi kilka kroków i kłania się. Podnosi na mnie wzrok i szczerzy się. Chyba go polubię. 
   Sięga po krzesło i przysiada się bliżej. Mrużę oczy, światło mnie drażni. 
- No więc, Ichigo-san… Pamiętasz coś? 
- Przez mgłę… 
   Milczy. Najwyraźniej zastanawia się czy mi mówić, czy nie. W końcu głęboko wzdycha i odchyla głowę do tyłu. Gapi się przez moment w sufit, po czym się prostuje. 
- Powiem ci to, bo szef nie będzie delikatny. – parska. – Tą wersję mam od Tsuneari’ego. Kojarzysz go?
- Chyba tak… On chyba… Wpadł do baru i…?
- Dobrze kojarzysz. Według jego relacji wpadł do baru, gdzie biłaś się z 4 typkami. Katerina, James, Jiro i…
- Aya… - przerywam. Coś mi świta. Bójka. Miecze. Krew. 
- Tak. Katerina była szefową takiego jednego gangu. Naprzykrzył się trochę miejscowym, więc wynajęli od nas płatnego i…
- O mój boże… - ukryłam twarz w dłoniach. Wspomnienia nabrały kolorów. Wszystko układało się w całośc. Byłam świadkiem 4 śmierci. W tym ja byłam powodem jednej. Jezu.
- Zabiłam człowieka… - szepnęłam z niedowierzaniem. Oczy miałam szeroko otwarte, patrzyłam przez palce. Zabiłam. Jestem mordercą. Mordercą. 
    Ryutaro milczał. Nie wiem czy na mnie patrzył. Usiłowałam się uspokoić. To było we własnej obronie. Prawo dżungli. Zabij, albo daj się zabić. 
- No… chyba sobie przypomniałaś. – powiedział niezdarnie Ryutaro. – ale nie martw się, to było w samo obronie. Nigdy bym nie pomyślał, że James’a położy trupem 12-latka. – pochwalił mnie. Zabiłam kogoś. A on mnie chwali. Chryste panie…
- Co… Co rozumiałeś przez ‘nas’? – zapytałam słabo. Wszystkie ostatnie zdarzenia mnie przytłaczały. To za dużo. Za dużo. Mam dość. 
- No tak… Jesteś teraz w organizacji ‘Kaminari’*. Płatni mordercy. – wyjaśnia spokojnie. Ja pierdole. Nic więcej nie jestem w stanie pomyśleć. Czemu bogowie się na mnie uwzięli. – Wiem, że… To jest w cholerę ciężkie, ale… 
    Chyba chce mnie podnieść na duchu, ale do sali wpada kolejny brązowo-włosy chłopak. Jest młodszy, a oczy ma o kilka odcieni ciemniejsze od Ryutaro. Tsuneari. 
- Ichigo-chan! Ty żyjesz! – wpada krzycząc. Nadal ma rozczochrane włosy. Potyka się w progu i dopada łóżka. Zwala z krzesła lekarza i sam na nie siada, śmiejąc się. 
    Ten chłopak sam zamordował 3 dorosłych ludzi. A teraz śmieje się jak gdyby nigdy nic. Jak bardzo okrutnym trzeba być, żeby..?
- Miło mi, Ichigo Kanegawa. Jestem Tsuneari Nakade, twój wybawca, do usłu… - nie dokończył, bo Ryutaro ścisnął go za policzki jedną ręką i potarmosił. 
- Ryu… Czekaj… Ryu… Boli… Ała… Puszczaj! Dobra, już schodzę! Schodzę! Słyszysz? Schodzę!!! 
    Przekomarzali się jak bracia. Jak starzy przyjaciele. Wcale nie jak mordercy. Chociaż co ja wiem. Teraz mój cały światopogląd pada w gruzach. 
- Ten tu osobnik to Tsu, jakbyś nie zauważyła. No i on ten… 
- Wiem… - odpowiadam cicho, nie spuszczając z niego wzroku. – Dziękuję… - mruczę, patrząc mu nieufnie w oczy. 
- Ależ do usług. – mówi, szczerząc się. 
    Do pokoju po chwili wchodzą jeszcze 3 osoby, na oko w moim przedziale wiekowym. Dlaczego, do cholery, w organizacji zabójców jest tyle dzieciaków? 
- O, świeże mięso. – parska jeden z chłopaków. Jest wysoki, na oko 15 lat. Ma kruczoczarne włosy i identyczną cerę jak ja. Mamy podobną budowę i mowę ciała. Można byłoby go wziąć za mojego starszego brata. Gdyby nie oczy. Moje są granatowe jak nocne niebo. A jego czarne. Bezduszne. Jakby patrzyło się w oczy śmierci. 
- Zamknij się, durniu! – rzuca z oburzeniem dziewczyna. Ma ciemnoczekoladowe włosy związane w niedbałego warkocza i nad wyraz jasnozielone oczy. Nos ma zadarty do góry, a usta długie i cienkie, co jednak nie odbiera jej urody. Jest niska, ale umięśniona. Ostatnią osobą jest kolejny chłopak. Wchodzi nieśmiało do sali i uśmiecha się przepraszająco. Jest niższy od Tsuneariego i tego drugiego, ale wyższy od dziewczyny. Ma krótko ścięte miodowe włosy i szare oczy. Rysy jak na chłopaka ma delikatne, przypominające dziewczynę. Nosi podłużne czarne okulary, zupełnie nie pasujące do tego otoczenia. 
- Zamknijcie się, wszyscy! – mruczy groźnie Ryutaro. – Jakbyście, głąby, nie zauważyli to ona ma rozbity łeb i darcie pyska jest tu nie wskazane. 
- Tak? To my już pójdziemy!!! – Czarnowłosy specjalnie podnosi głos. Słyszę go trochę za donośnie. Nie sprawia wrażenia sympatycznego. W ogóle. 
- Kosai-san! Albo się uciszysz albo… - zaczyna dziewczyna, ale ‘Kosai’ macha na nią lekceważąco ręką. 
- No co mi zrobisz? Hym? Ayako? – szczerzy się lekceważąco do dziewczyny. Ona w odpowiedzi zaciska dłoń w pięść, powstrzymując się od walnięcia go. Okularnik nerwowo gestykuluje rękoma, usiłując załagodzić spór. 
- Proszę, Tokaji-kun, uspokój się… - zaczyna, ale czarnowłosy prycha w połowie jego wypowiedzi. 
- Przymknij się, czterooki. Ten kurdupel mi grozi. – warczy na niego. Odwraca swój wzrok na dziewczynę i uśmiecha się kpiąco. Patrzy się na nią z góry, wykorzystując swój wzrost. Jestem prawie pewna, że Tsuneari powiedział pod nosem coś co brzmiało jak: ‘’znowu się zaczyna…’’. 
   Ryutaro wstaje i nim Tokaji zdążył się zamachnąć na dziewczynę, łapie go za ramię. Chłopak najpierw rzuca mu przelotne spojrzenie, po czym opuszcza ramię. Patrzy się na Ayako spode łba. 
- Przypominam, że jesteśmy w części szpitalnej. Jeśli zamierzacie się bić to z dala od moich pacjentów. Zrozumiano? – lekarz mówi powoli, spokojnie. Przerażające. Kiwają głowami. – A, Tokaji. Nie pochwalam bicia się z kolegami z zespołu, ale jeśli… Jeśli podniesiesz rękę na dziewczynę, która ratowała ci kilka razy twoją parszywą dupę… Nie radzę przychodzić do mnie po lekarstwa. 
- Jasne, jasne… - mruczy w odpowiedzi i opiera się o ścianę. Zalega niezręczna cisza. Patrzę się po ludziach. Nikt nie wygląda jakoś inaczej. Noszą stare koszulki, adidasy, dresy. Jak zwykłe nastolatki z osiedla. 
- Ekhem… - Tsuneari odchrząkuje niepewnie. Ayako się uśmiecha i przysiada na moim łóżku. Okularnik podchodzi do Tsuneariego. 
- Mnie chyba kojarzysz… Tsuneari Nakade. – mówiąc to drapie się po karku. – Miło mi. 
- Ja jestem Ayako Kasahara. Do usług. – dziewczyna się szczerzy. – a ten okularnik to Taki Hideyoshi. 
   Chłopak kiwa mi głową, a ja staram się uśmiechnąć. Chyba mi to wychodzi, bo Taki od razu się rozluźnia. Tokaji prycha w kącie. 
- Tokaji Kosai. Nie do usług. 
- Ej, Tokaji… - rzuca Tsuneari, ale zbywam go ręką. Jak na nową poznaną osobę, jest bardzo miły. Ayako z resztą też, a z Takim na pewno da się normalnie porozmawiać. Ryutaro jest chyba jednak najlepszy z nich wszystkich. 
- Ichigo Kanegawa. Miło mi. – uśmiecham się. 
- Zostajesz na stałe, Ichi? – rzuca Ayako. Ichi? Serio? 
- Stałe? – powtarzam zdziwiona. Jakie stałe? 
- Oj, Kasahara-san… - zaczyna Taki, ale przerywa mu Ryutaro. 
- Koniec wizyt. Muszę jeszcze obgadać z nią parę rzeczy. Wypad!
   Tokaji od razu znika. Taki kiwa mi głową na pożegnanie, a Tsuneari i Ayako wychylają się jeszcze w drzwiach. 
- Zostań! – rzuca ze śmiechem chłopak, a dziewczyna woła:
- Mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy – po czym znikają, odgonieni lecącą probówką. 
    Ryutaro wzdycha i przeciera ręką twarz. 
- Zawsze tak jest? 
- Jak? – nie bardzo wie o co mi chodzi.
- No, tak… żywo… 
   Wybucha śmiechem i przytakuje. Wspomina parę osób, domyślam się, że starszych i dodaje, że muszę ich zobaczyć by zrozumieć pojęcie ‘’żywo’’. 
- Jak na organizację płatnych morderców większość jest optymistami. Takimi jak Ayako-chan lub Tsuneari. 
    Nie uśmiecham się już. Patrzę się w ścianę.  No tak. Mimo iż wyglądało to jakby odwiedzali mnie przyjaciele, odwiedzili mnie mordercy. No tak. 
- Wiem, że to jest ciężkie. – mówi. Sam również wbił wzrok w ścianę. – Mój ojciec założył ‘Kaminari’. – dodaje. Patrzę się na niego, ale jego twarz nie wyraża emocji. – I wiem, że życie całkowicie ci się zwaliło, ale musisz dokonać szybkiego wyboru. Albo zostajesz tutaj, albo… 
   Przejeżdżam sobie palcem po gardle by nie musiał kończyć. Patrzy się na mnie, zastanawiając się nad odpowiedzią. 
- No cóż… Niekoniecznie… - zaczyna. – James’a usiłowało zabić kilku od nas… no i kilku poległo. – ucina na moment. Jestem pewna, że przywołuje sobie twarze zmarłych. – Jakby to ująć. Szef ma do ciebie dług wdzięczności. Więc tak czy siak… 
   Ryutaro urywa. Po moich policzkach spływają łzy. Mam tego dość. Najpierw odbierają mi normalne, szkole życie. Rodziców. Dom. Bezpieczeństwo. Potem szwendam się po barach. Jacyś mordercy usiłują mnie zabić, bo jestem podobnie ubrana jak inny morderca, który okazuje się chłopakiem. Przecież nie jestem w książce. A teraz muszę wybierać pomiędzy zostaniem taką samą morderczynią, a wałęsaniem się po ulicach. Łzy lecą mi ciurkiem po policzkach. Chłopak milczy. Tylko, że ja już jestem mordercą. Mam dość. 
- Dość… - wyrywa mi się. Nie chciałam tego mówić. 
   Ryutaro wstaje. Nie odzywa się, ale zbiera swoje rzeczy i ma zamiar wyjść. Jakby cicho mówił mi, że mimo iż wie jak mi ciężko, muszę dokonać decyzji. Szybko. 
- Będzie dobrze. – rzuca na odchodnym. 
    Wychodzi powoli, cicho zamyka drzwi. Kiedy stare zawiasy skrzypią, analizuję wszystko jeszcze raz. Wszystkie za. Wszystkie przeciw. I moja odpowiedź kilka dni temu zaskoczyłaby mnie. Ale nie po tym co stało się w ostatnim czasie. 
- Zostaję. – powiedziałam na tyle głośno, by Ryutaro zdążył mnie usłyszeć. Jestem pewna, że się uśmiechnął.
_________________________________________________________


Kaminari oznacza 'grzmot' stąd nawiązanie do burzy w tytule :)
Teraz już całkowicie odbiegam od prawdziwej fabuły, bo czegoś takiego nie było xd A Ayako i Taki w ogóle nie istnieli xd No i Tsuneari nie był zabójcą...
A co mi tam! :D


2 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie ważne ;-; nic ;-; nie ważne ;-; Tsu nie był zabójcą bo musiałby być z Ichi bo inaczej bym nie napisała, bo tak... xd ale zaczynam żałować ;-;

    OdpowiedzUsuń