17 sierpnia 2016

Pospolita Przyjaźń ~ Rozdział 13 ~ Początki zawsze są skomplikowane

Rozdział 13
Początki zawsze są skomplikowane
Moja mama myliła się tylko w jednej sprawie. Maria Di Carlo zawzięcie trwała w postanowieniu, że za życia nie wpuści córki ponownie na motor. Choć razem z Riccardo przeprosiliśmy ją szczerze, spoglądała na nas chłodno za każdym jak przychodziliśmy po Constanzę. Było to widoczne tak bardzo, że nawet Nicola pytała się o co chodzi. Na całe szczęście, matka Constanzy nie zabroniła się nam z nią widywać.
Nawet jeśli chciałaby to zrobić, nie dałaby rady zabrać przyjaciół córce.
Nim się obejrzałam minęły miesiące i stałam się drugoklasistką. Chociaż większość osób czuła się tak samo jak przed wakacjami, w moich oczach zapłonęły ogniki, jak określił to Sergio. Miałam przed sobą wielkie, nawet nierzeczywiste ambicje, ale wszystko wydaje się niemożliwe, póki nie będziemy w stanie tego dokonać.
Była połowa października i w ten piątek wypadała nasza pierwsza rocznica. Moja i Sergia. Nadal nie mogłam uwierzyć, że mój pierwszy, poważniejszy związek trwał aż tyle.
- Jesteś pewna, że nie będziesz mieć nic przeciwko jak na naszą rocznicę pójdziemy na imprezę do Amerigo? – spytał się po raz setny, gdy spacerem wracaliśmy do domu, trzymając się za ręce.
- Naprawdę, w porządku. – przytaknęłam. – Doskonale wiesz, że nie bawiłabym się w coś takiego jak rocznica. Czas nie ma znaczenia, jeśli spędzasz go z właściwą osobą.
Chłopak nachylił się i pocałował mnie. Uśmiechnęłam się do niego, a on przyciągnął mnie do siebie ramieniem.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę, że ciebie mam. – wyszeptał mi we włosy. – Nawet jeśli zachowuję się czasem jak skończony idiota i nie rozumiem oczywistych rzeczy.
- Sergio… - westchnęłam, przytulając się do niego. – Nikt nie jest idealny. Nawet jeśli masz zły humor to dobrze. To normalne. Ludzkie. Też nie zawsze zachowuję się logicznie i w porządku… Na dobre i na złe, pamiętasz?
- Czemu wszystko co mówisz, sprawia, że chcę cię pocałować? – spytał niskim głosem, a ja mimowolnie się uśmiechnęłam.
- Może dlatego, że kobiety to dobre manipulantki? – uśmiechnęłam się zadziorne, zarzucając mu ręce na szyję.
- A może dlatego, że cię kocham. – pocałował mnie znowu.
***
Nigdy nie byłam typową imprezowiczką XXI wieku. Wcale nie dlatego, że byłam skończonym kujonem, który wolał siedzieć w domu i nikt go nie zapraszał, ale kobietą myśląca, która woli kameralne spotkania, a nie tłum naćpanych i pijanych nastolatków, zajeżdżających dymem. Miałam więcej oleju w głowie, żeby nie staczać się na samo dno.
Przypomniałam sobie tę obietnicę na imprezie Amerigo, raptem po 3 godzinach. Chłopak Cristiny był w połowie Japończykiem, więc jego matka urządziła przytulny ogród w stylu japońskim. Było naprawdę przyjemnie i malowniczo, a niski, ciemnowłosy i ciemnooki chłopak z zamiłowaniem do słodyczy idealnie pasował do pociesznej Cristiny. Nawet śmiali się podobnie. I chociaż jako gospodarz imprezy nie przewidywał alkoholu, jego kumple się o niego zatroszczyli.
Było jakieś 23 osoby razem z gospodarzem i mną, Sergiem, Cristiną i Nicolą. Większości nie znałam i wcale nie miałam ochoty zawierać z nimi znajomości.
Robiło się powoli ciemno, więc obsiedliśmy ognisko dookoła. Uśmiechałam się delikatnie, widząc, jak Amerigo obejmuje delikatnie Cristinę. Byłam w stanie przeboleć to, że nowi znajomi wpłynęli zarówno na Cristinę jak i Nicolę pod wieloma względami, ale czułam obrzydzenie, wiedząc, że zakochani zalatują alkoholem, a Nicola praktycznie cały czas trzyma papierosa w dłoni. Sergio jedynie ograniczył się do okazjonalnego palenia, czemu również nie dawałam aprobaty. Widząc mój wzrok nawet nie próbował pić, choć od niego również wyczuwałam alkohol.
Co oni wszyscy widzą w tych durnych nałogach?
Słuchałam w milczeniu ich idiotycznych rozmów i tych zdławionych śmiechów na jakieś zboczone żarty. Zero szacunku co kobiecego ciała i własnego honoru, o ile jeszcze jakiś im został.
Jakiś chłopak po raz ósmy podtykał mi butelkę z piwem, prawie wsadzając mi ją do ust.
- Nie, mówiłam już, że nie piję. – zmusiłam się do uśmiechu.
- No mała, nie daj się prosić. Nic ci nie będzie naprawdę. – siłą woli powstrzymałam się, by nie odwrócić od niego twarzy, ponieważ odór alkoholu był wręcz zabijający.
- Nie piję, jasne? – powiedziałam trochę ostrzej.
Chłopak chwycił mnie za nadgarstek dość agresywnie.
- To możesz zacząć, mała. Spodoba ci się, gwarantuję. – oblizał się, a mi podszedł żołądek do gardła. – Mogę też zaproponować coś więcej, co spodoba się nam obojgu.
Wyrwałam gwałtownie nadgarstek, patrząc się na niego morderczo.
- Daruj sobie takie teksty, idioto. – miałam ochotę splunąć mu w twarz, ale nie chciałam zniżać się do jego poziomu. – Trochę szacunku, kurde.
- Lubię jak zgrywają niedostępne. – zamruczał groźnie, znów mnie chwytając i przyciągając do siebie. Zdrętwiałam. – No chodź do mnie, maleńka.
- Emm… - zaczęłam się szarpać, czując jak płuca odmawiają posłuszeństwa od odoru alkoholu i dymu. – Sergio? – chłopak prawie wyłamywał mi rękę. – Sergio! – zawołałam trochę głośniej.
Czemu nie reaguje?
- No weź, łatwe dziewczyny są fajne w obyciu… - mruczał dalej, prawie mnie obejmując.
Nie jestem zwolennikiem przemocy.
Usłyszałam głuche chrupnięcie, gdy moja pięść spotkała się z jego szczęką. Oszołomiony uderzeniem, wypuścił moją dłoń, a ja wiele nie myśląc, zerwałam się na równe nogi i odsunęłam się najdalej jak mogłam. Goście wybuchli śmiechem, a ja nie mogłam dostrzec nikogo, kto miałby normalne, trzeźwe oczy. Odnalazłam wzrokiem Sergia, który leżał rozparty na jakimś kumplu z głową odchyloną do tyłu. W jego dłoni spoczywała butelka.
Zwinęłam dłonie w pięści i zachowując resztki godności wyszłam z ogrodu, mamrocząc pod nosem podziękowanie za zaproszenie. Amerigo był miłym człowiek i najwyraźniej również nie przepadał za piciem. Przeprosił Crisitinę i pobiegł za mną, mówiąc coś uspokajająco. Widać było, że przejął się wszystkim, jako pan domu i mój nowo poznany kolega.
- To serio nie twoja wina, Amerigo. – klepnęłam go w ramię. – Tylko jak widzisz nie nadaję się na takie imprezy. Jak będziesz robił coś bardziej kameralnego, z chęcią znowu wpadnę.
Po czym odwróciłam się i poszłam szybkim krokiem przed siebie. Oddychałam głęboko przez nos i zaciśnięte zęby, starając się opanować buzującą we mnie wściekłość. Nawet jeśli samo zachowanie tamtego gnojka było co najmniej żałosne, nie spotęgowało mojej złości do tego stopnia. Nadmiar wszechobecnych pijanych ludzi, palaczy papierosów i cała ta durnowata otoczka również się do tego przyczyniła.
Nawet nie dotarło do mnie, że Sergio został tam sobie, zalany w pień, gdy spuściłam go z pola widzenia.
Akurat przyśpieszałam kroku, gdy usłyszałam jak ktoś woła moje imię. Nie miałam zamiaru zatrzymywać się, dopóki Nicola nie dogoniła mnie i nie położyła dłoni na moim ramieniu. W oddali dostrzegłam drepczącą w naszą stronę Cristinę.
- Blanca… Poczekaj… - wysapała dziewczyna, zanosząc się kaszlem.
- Co tam, Nicola? Kaszel palacza? – spytałam zjadliwie.
- Co ciebie dzisiaj ugryzło, co? – spytała, prostując się. Powoli odzyskiwała oddech i spoglądała na mnie swoim spokojnym, wiecznie opanowanym spojrzeniem, które często było mylone z obojętnością.
- Nic mnie nie ugryzło. Tylko, do jasnej cholery, takie imprezy mnie zwyczajnie brzydzą. – westchnęłam.
- Przepraszam, Blanca… - wydusiła Cristina, gdy do nas dobiegła. W jej oczach zakręciły się łzy. – To moja wina, powinnam była jakoś zareagować,  czy coś…
- Cristi, to nic, na serio. – uśmiechnęłam się do niej uspokajająco. – Mam dość radykalne poglądy jeśli chodzi o palenie i picie.
- Radykalne, to znaczy? – Nicola spojrzała na mnie badawczo.
- Jak ktoś chce się truć, to raz i porządnie.
Dziewczyny milczały przez dłuższą chwilę, patrząc się po sobie porozumiewawczo, jakby doskonale wiedziały, że skierowałam te słowa szczególnie do nich. Cristina wyglądała na krok od płaczu i nie wiedziałam, czy to dlatego, że jest taka czuła, czy dlatego, że procenty uderzyły jej do głowy.
- Też tego nie pochwalam, Blanca, żeby było jasne. I wiem, że brzmię jak hipokrytka. – powiedziała cicho Nicola. – Ale ani ja, ani Cristina nie mamy na tyle sił by tak bardzo się odciąć od grupy. Możesz nas nazwać idiotkami, ale…
- Nie nazwę was idiotkami. – przerwałam jej. – Mogę być wściekła, ale w gruncie rzeczy nie na was. Nadal jesteście starymi, dobrymi Nicolą i Cristiną, tylko szkoda, że tak bardzo usiłujecie wpasować się do swojej klasy. Boli mnie trochę fakt, że naturalnie zachowujecie się tylko w towarzystwie naszej starej paczki, a tu wam bije na głowę. – westchnęłam. – Przepraszam, nie powinnam…
- Nie, powinnaś. – wtrąciła spokojnie Nicola, patrząc się pusto przed siebie. – To co mówisz to czysta prawda. Cholera jasna.
- Przyjaźnimy się, prawda? – spytała Cristina, chwytając mnie za ręce. Byłam pewna, że za chwilę da upust łzom. – Po prostu się o nas martwisz, Blanca, bo taka jesteś. I dlatego cię kochamy.
Przytuliła mnie, prawie miażdżąc mi żebra. Łudziłam się, że jest w tym choć trochę jej trzeźwego myślenia, a nie tylko mętlik jaki spowodował alkohol.
- Dobra, wracajcie na imprezę i bawcie się dobrze. – rzuciłam w końcu, uśmiechając się. – Dzięki, że za mną poszłyście.
- Jak to, nie wracasz z nami? – zdziwiła się Cristina, ale Nicola pociągnęła ją w stronę domu.
- Chodź, Crist. Blanca wie co robi dużo lepiej niż my. – w jej głosie nie zabrzmiała złośliwość, tylko swoistego rodzaju szacunek.
Pomachałam im na do widzenia i dowlokłam się do najbliższego przystanku. Sprawdziłam godzinę i uśmiechnęłam się do siebie. Ostatni autobus odjeżdżał za 15 minut. Usiadłam na ławce i oparłam brodę na dłoniach.
Zbliżał się akurat czas przyjazdu autobusu, ale zza zakrętu zamiast pojazdu komunikacji miejskiej wypadł Sergio. Chłopak wodził nieświadomym wzrokiem po okolicy i dopiero po kilku długich sekundach mnie dostrzegł. Podbiegł do mnie, a ja uniosłam na niego spojrzenie. Byłam zdumiona, że w takim stanie w ogóle kontaktuje.
- Co ty tu robisz? – spytał szorstko.
- Mam zamiar wracać do domu. Zmęczyła mnie ta impreza. – powiedziałam spokojnie. Nie wiedziałam jak obchodzić się z pijanymi ludźmi, a szczególnie gdy był nim twój chłopak.
- Ale nasza rocznica, Blanca… - urwał na moment, by czknąć. – Mówiłaś, że nie masz nic przeciwko, byśmy przyszli tutaj…
- I nie miałam. – powiedziałam, uśmiechając się do niego wymuszenie. – Dopóki nie uchlałeś się w pień i nie zacząłeś zajeżdżać dymem, gdy jakiś oblech usiłował znaleźć sobie dziwkę. – warknęłam na niego.
- O co ci chodzi, Blanca? Jak ty sobie wyobrażałaś tę imprezę, co? – spojrzał na mnie ze zdumieniem, prawdopodobnie nie rejestrując do końca znaczenia moich poprzednich słów. – Jesteś strasznie sztywna.
- O wybacz, że nie zamierzam zabijać swoich szarych komórek, ale one mi się jeszcze przydadzą. – mruknęłam.
- A, no tak. – rzekł sarkastycznie, z udawanym zrozumieniem. – Zapomniałem. Nie masz dla mnie wystarczająco czasu, bo musisz spełniać marzenia, prawda? W końcu zostaniesz kiedyś wielkim naukowcem i będziesz pracować, chwila gdzie, bo zapomniałem? A no tak! W NASA! – po tych słowach roześmiał się do rozpuku.
Dostrzegłam w oddali światła autobusu.
Nie zareagowałam w żaden sposób na jego drwiny. Wiedziałam, że podsycane są alkoholem i emocjami, ale i tak zabolało mnie to dogłębnie. Poczułam jak po moich policzkach ściekają dwie pojedyncze łzy. Tysiąc nieznajomych może się z ciebie wyśmiewać, a i tak nie zaboli to tak bardzo jak, gdy zrobi to osoba ci bliska.
Sergio gwałtownie ucichł, gdy zobaczył moje łzy, ale nie dał rady powstrzymać mnie od wsiadnięcia do autobusu.
***
Nawet nie wiedziałam, kiedy nogi zaprowadziły mnie prze drzwi Constanzy. Całą drogę powrotną łzy ściekały po moich policzkach, a ja sama nie byłam w stanie ich powstrzymać. Zacisnęłam pięść przy sercu. Było mi piekielnie zimno, chociaż październikowe nocy nie należały do tych najzimniejszych, ale to prawdopodobnie dlatego, że moja psychika musiała odreagować. Nie wiedziałam nawet jak opisać uczucie miażdżące mnie od środka.
Mogłabym wylać litry atramentu na opisanie go, a jednocześnie zostawić pustą, białą kartkę i oba znaczyłyby dokładnie to samo.
Spojrzałam nieprzytomnie na zegarek, musząc zamrugać gwałtownie, by odgonić łzy przysłaniające mi widok. Aa-a, już po 22, nie powinnam przychodzić do niej tak późno, pani Maria mnie zabije.
Usłyszałam szczęk zamka, ale nadal wpatrywałam się w pustkę, nie mając siły, na nic innego niż ronienie łez. Constanza wyjrzała ostrożnie na zewnątrz.
- Blanca? Czemu, do cholery, stoisz przed drzwiami i nie zapukasz? – spytała, otwierając drzwi szerzej. Gdy nawet nie drgnęłam, dziewczyna przyjrzała mi się, mrużąc oczy w ciemności, a wyraz twarzy gwałtownie zmienił się z zaniepokojonego w zatroskany. – Blanca? Co się…
- Nie wiem.
Mój głos zabrzmiał gardłowo, jakby nie należał do mnie. Dalej sterczałam w bezruchu, z opuszczonymi ramionami. Constanza wyjechała na zewnątrz, sięgając po mój rękaw.
- Nie wiem. – powtórzyłam, wykrzywiając twarz z wewnętrznego bólu. Moje ramiona zaczęły drżeć, a łzy popłynęły strumieniami. Z mojego gardła wyrwał się szloch.
Constanza zamknęła moją dłoń w swojej, cały czas spoglądając na mnie ze strachem i troską.
- Chodź, gwiazdko, właź do środka i idź do mojego pokoju, dobra? – ścisnęła moje palce, usiłując pociągnąć mnie do środka. – Blanca… Blanca… - zwiększyła uścisk, na co w końcu ocknęłam się i powlekłam do jej sypialni, idąc instynktownie.
Usiadłam na jej łóżku, chowając dłonie między nogami, czując że mój płacz nasila się. Chwytałam spazmatycznie powietrze, a łzy skapywały po mojej brodzie, zostawiając mokre ślady na koszulce. Czułam się tak beznadziejnie. Czułam się jakbym była tą pustką, w którą widziałam wokół siebie.
- Blanca? – Constanza wjechała do pokoju, trzymając w dłoni dwa kubki herbaty. Widząc mój stan, odstawiła je na biurko i podjechała tuż naprzeciwko mnie, chwyciła za dłonie i usiłowała odnaleźć ze mną kontakt wzrokowy. – Blanca, co się dzieje?
- Nie wiem. – zamknęłam oczy, przygryzając wargę. – Nie wiem… - spuściłam głowę, czując jak moje ramiona drżą. Constanza ściskała moje ręce, przyglądając mi się z troską. – Nie mogę… się uspokoić… - powietrze ledwo docierało do moich płuc.
- No, Blanca, już,  już… - Constanza pogładziła mnie po ramieniu, a w jej oczach malowało się przerażenie i panika. – Tylko oddychaj, dobra? Wdech. Wydech. Wdech. Wydech.
Po kilku minutach wydających się wiecznością, w końcu poczułam zbawienny tlen w płucach. Constanza nie puszczała moich dłoni, a ja sama zauważyłam jak jej bardzo drżą. Podniosłam na nią moje puste oczy, dalej tonące w strumieniach łez.
- Constanza? – spojrzała na mnie z zaniepokojeniem. – Przepraszam.
- Nie przepraszaj, gwiazdo. – szepnęła z przejęciem. – Po prostu wystraszyłaś mnie na śmierć. Znalazłaś się tutaj znikąd, cała we łzach na skraju histerii. Nigdy wcześniej nie dostawałaś hiperwentylacji.
Spróbowałam przetrzeć oczy, ale łzy nie chciały przestać płynąć.
- Twoi rodzice wiedzą, że tu jesteś? Pewnie się martwią… - spytała delikatnie Constanza.
- Moi rodzice wyjechali na cały weekend.
Zapadło milczenie, które ponownie przerwała dziewczyna.
- Coś się stało na tym przyjęciu? – zapytała cicho, cały czas wlepiając we mnie te swoje duże, brązowe oczy, teraz przepełnione smutkiem, strachem i troską.
Gdy w końcu spojrzałam na nią, a nie w pustkę, wybuchłam niepohamowanym płaczem i przytuliłam się do niej. W przerwach na oddech opowiadałam nieskładnie wszystko, ale Constanza wydawała się rozumieć wszystko.
- To chyba przez to, że mnie wyśmiał… - wymamrotałam. – Powiedział mi prawdę, Constanza. Prawda zawsze boli najbardziej. Nie mam najmniejszych szans, by myśleć o takim sukcesie. Najmniejszych szans… Jestem taka żałosna. – zatopiłam palce we włosach.
- Blanca…
- Taka żałosna… Zachowuję się jak dziecko, żyjące marzeniami…
- Blanca… - Constanza usiłowała mi przerwać.
- A teraz zostawiłam ich tam samych. Oni są pijani, Consta. Mogą zrobić sobie krzywdę…
- Blanca, ciii… - dziewczyna położyła dłonie na moich ramionach. – Uspokój się. Po prostu nie płacz. – przytuliła mnie do siebie. – Nie mogę znieść, że płaczesz. Jesteś zbyt dobrym człowiekiem, Blanca.
- Jestem…
- Ciii… - nie pozwoliła mi nic powiedzieć. – Nie obchodzi mnie, kto usiłuje połamać ci skrzydła, ale nie pozwolę mu, żeby wbił ci to do głowy. Nie każdy uwierzy w słowa, Blanca. Trzeba im pokazać to w czynach.
- Przecież to jest głupie…
- Żadne marzenie nie jest głupie. – powiedziała poważnie. – Nie pozwolę ci z niego zrezygnować, nie ma szans. Oni jeszcze wszyscy zobaczą. Pokażemy im, Blanca. Będą się zabijać, by mieć twój geniusz. – byłam pewna, że ona również zaczęła płakać. – A Sergio na pewno nie chciał tego powiedzieć. Był nietrzeźwy, a tacy ludzie są drażliwi. Porozmawiasz z nim jutro na spokojnie i wszystko na pewno się ułoży. Bo wiesz, on naprawdę jest dobrą osobą…
- Przepraszam, Constanza… - wymamrotałam. – Przybiegłam tu w środku nocy, siejąc panikę, a teraz jeszcze płaczesz przeze mnie…
- Z tobą, nie przez ciebie. – podkreśliła, spoglądając na mnie z ognikami w oczach. – Obiecałam ci to, prawda? Jestem twoim wsparciem, o każdej porze dnia i nocy. Zrobię wszystko, co jestem w stanie zrobić, by doprowadzić cię na szczyt.
- Wystarczy mi, że zostaniemy przyjaciółkami. – powiedziałam łamiącym się głosem. – Na zawsze. Tak jak na filmach.
- Na wieczność i jedną chwilę dłużej.
***
Temat imprezy już więcej nie powrócił. Zostałam u Constanzy na noc i wydawało mi się, że pani Maria spogląda na mnie z trochę mniejszym niesmakiem. Następnego dnia, gdy zwinęłam się po śniadaniu do domu, zastałam koczującego pod drzwiami Sergia z bukietem kwiatów. Chłopak nie pamiętał dokładnie co zrobił, ale wiedział, że postąpił źle. Jedyne na co się wtedy zdobyłam to ciepły uśmiech i powiedzenie, żebyśmy nie wracali do tego tematu.
Miesiące mijały szybko, a pierwszy semestr drugiej klasy liceum zbliżał się ku końcowi. W przeszłych tygodniach dostałam zaproszenie na festiwal nauki we Florencji, gdzie poprowadziłam prezentację o najbliższych nam układach planetarnych. Nauka wciąż nie sprawiała mi trudności, chłonęłam każdy przedmiot jak gąbka, choć miałam chwile słabości, pewna, że nie spamiętam ani jednego faktu więcej.
Ale to były tylko chwile.
Święta nadeszły szybko i mijały w przytulnej, rodzinnej atmosferze, otoczone pierzyną pierwszego śniegu. Na Wigilię i pierwszy dzień Bożego Narodzenia pojechaliśmy do rodziny, jednak na drugi wróciliśmy do Manaroli. Na ten wieczór byłam zaproszona do Sergia, który twierdził, że szykuje najlepsze święta w historii.
Ubrałam się ciepło, nie zważając na to, że z zewnątrz wyglądam jak Eskimos. Pożegnałam się z rodzicami i zaczęłam przedzierać się na drugą stronę miasta. Pod pachą trzymałam prezent dla chłopaka i reszty naszych gości. Uśmiechnęłam się pod nosem. To były pierwsze święta, które spędzimy razem, w naszej ekipie.
Wyszczerzyłam się do wszystkich, gdy przekroczyłam próg domu Sergia. Constanza wybuchła śmiechem.
- Wyglądasz jak Eskimos!
Rzuciłam w nią ośnieżoną czapką, na co zapiszczała jak mała dziewczynka.
- Cześć Blanca. – Nicola wychynęła z kuchni. – Wesołych świąt. – uśmiechnęła się delikatnie.
- Wesołych świąt, Nico. – nie mogłam przestać się uśmiechać. – Mogłabyś umieścić prezenty pod choinką?
Dziewczyna wzięła ode mnie reklamówki i zaniosła je w podskokach pod choinkę. Constanza zaczekała na mnie, aż rozbiorę się z grubej warstwy zimowych ubrań i zaprowadziła mnie do salonu Sergia. Chłopak majstrował coś przy choince razem z Riccardo, a Nicola poprawiała zastawę stołową. Z tego co słyszałam Cristina krzątała się w kuchni.
Atmosfera była taka przytulna, że po moim wnętrzu rozchodziło się przyjemne ciepło. Zasiedliśmy razem do stołu, śpiewaliśmy kolędy i śmialiśmy się, jak za dawnych lat. Przed moimi oczyma przelatywały widma naszego dzieciństwa, a tam gdzie siedzieli praktycznie dorośli, młodzi ludzie, widziałam malutkie dzieciaki.
Następnie przyszedł czas na prezenty. Mi i Constanzie kazali poczekać do samego końca. Gdy wszyscy już pootwierali swoje podarunki, Sergio uśmiechnął się do mnie szeroko.
- Uwaga, uwaga. Nadchodzi pierwsza sensacja wieczoru. – machnął dłonią na Riccardo i raz przytaszczyli przede mnie wielkie pudło, ważące tonę.
- To chyba nie… - spojrzałam po przyjaciołach. – No chyba sobie jaja robicie. – Wyszczerzyli się do mnie, gdy zdzierałam papier pakunkowy. – JASNY GWINT, CO WAM DO CHOLERY STRZELIŁO!? – wykrzyknęłam.
Przede mną stał profesjonalny teleskop najnowszej generacji, jakieś 100x lepszy od mojego obecnego i co najmniej 20x droższy. Poczułam jak oczy zachodzą mi łzami.
- Powariowaliście… Przecież to kosztuje fortunę… - wymamrotałam.
- Sergio to znalazł, a my zrobiliśmy zrzutę. – Constanza wyszczerzyła się do mnie, kładąc mi rękę na ramieniu. – Wesołych świąt, Blanca.
Podniosłam wzrok na chłopaka.
- Po prostu chciałem… - zawahał się, nie pewien jakich słów powinien użyć. – Chciałem pokazać ci, że jestem z tobą i chcę cię wspierać. Przepraszam za to co powiedziałem. Nie miałem nawet prawa…
- Sergio…
- Dobra, ludzie. Wzruszenia, wzruszeniem, ale nasza druga sensacja wieczoru zaczyna się niecierpliwić. – rzucił Riccardo, posyłając mi znaczące mrugnięcie, po czym wypadł z pokoju.
Constanza obejrzała się za nim z niepokojem, ale w jej oczach pojawiło się niedowierzanie, gdy do pokoju wpadła brązowa kulka i wskoczyła jej na kolana.
- Teraz to przesadziliście. – wydusiła, gdy szczeniak owczarka niemieckiego zaczął wylizywać jej twarz. – Będę martwa jak wrócę do domu.
- Spokojnie, wszystko uzgodniliśmy z twoimi rodzicami. – zaśmiała się Cristina.
- Jeszcze tak nie zdurnieliśmy… - mruknęła Nicola, na co Riccardo parsknął śmiechem, pojawiając się w drzwiach.
 - No, oprócz Blanci. – spojrzał na mnie. – Jeśli chcesz zgłaszać zażalenia, to tamta to pomysłodawczyni.
Constanza spojrzała na niego jak na obłąkanego, nie przestając przytulać pieska do siebie.
- Wabi się Szarik. Będzie twoim psem obronnym i może powiedzieć, że przewodnikiem. – uśmiechnęłam się do niej, gdy dostrzegłam jak pojedyncza łza niknie w futerku zwierzaczka. – Wesołych świąt, Constanza.
***
Miesiące mijały bez przeszkód.
Constanza nadal nie otrzymała pozwolenia od matki na nawet okazjonalną jazdę motorem, nie ważne jak bardzo się starała. Nicola i Cristina choć przestały ślepo trzymać się swoich koleżanek, nadal zachowywały z nimi bliskie stosunki. Nie wiedziałam co spowodowało tą zmianę, ale powód był nie ważny. Rezultaty się liczą, a ten, który prezentowały moje przyjaciółki uspokajał mnie.
Mimo wszystko, nie chciałam by zmarnowały sobie szansę przez jakieś papierosy, alkohol czy inną głupotę młodości.
Agata i Irene nadal trzymały się ze mną w klasie, choć kumplowałyśmy bardziej ze względu na fakt, że nikt inny nie był zbyt kompatybilny z naszymi charakterami. Kuzynki bywały często dość ekscentryczne i Riccardo często dziwił się, że podchodzę do ich dziwactw tak spokojnie, podczas gdy sam nie mógł ugryźć się w język i nie zacząć się z nimi sprzeczać.
Riccardo. Stary, dobry Riccardo. Przynajmniej on się nie zmienił. Oczywiście, urósł i zmężniał, ale z charakteru to był ten sam chłopak, do którego odezwałam się niepewnie w czwartej klasie, gdy trafiliśmy do jednej grupy. Ten sam sarkastyczny, przenikliwy i inteligentny chłopak, który wydawał się umieć czytać we mnie jak w otwartej księdze.
Mój związek z Sergiem wydawał się być stały. Nie mieliśmy żadnej poważniejszej kłótni, która zawisłaby nad nami jak kat, a żadne z nas nigdy nawet nie chciało pomyśleć o zrywaniu z tak błahego powodu jak różnica zdań. Mijały praktycznie 2 lata od kiedy zaczęliśmy chodzić ze sobą, a moje uczucia się nie zmieniały. Jedyne co powoli zaczęło się do nich wkradać, to niepokój. Niepokój, świadomością, że zaczyna się on robić poważny.
Niepokój, którego nie umiałam sobie wytłumaczyć, więc ignorowałam go.
Ostatnia klasa liceum była najpiękniejszym rokiem w całym moim dotychczasowym życiu, jak i najgorszym. Składało się na nią zwieńczenie całej podróży jaką dotychczas przebyłam. Każdy czuł, że wkrótce będziemy musieli napisać nowy rozdział, w którym wielu obecnych osób w naszym dotychczasowym życiu nie będziemy wstanie zapisać. Wielu z nas opuści wąskie uliczki Manaroli i spróbuje zawalczyć.
 I jedną z tych osób będę ja.
Mam zamiar zwyciężyć w tej walce.
Zdałam sobie o tym sprawę, już gdy zaczęliśmy trzecią klasę. Nad wszystkimi wisiała presja przyszłości. Przed nami matura, głupi świstek papieru, który będzie mógł wynieść nas na wyżyny lub pociągnąć na samo dno, w zależności od liczb znajdujących się na nim. Nigdy wcześniej nie uczyliśmy się z taką zawziętością.
Nigdy wcześniej nie czułam się taka zdeterminowana.
Gdy już wiesz, że pożegnania są krok od ciebie, że koniec się zbliża, czas zaczyna przyśpieszać. Nim się obejrzeliśmy, spotkaliśmy się na korytarzu, ubrani na czarno-biało, cali bladzi i spoceni ze stresu. Spoglądaliśmy na siebie z niepewnością, uśmiechając się słabo. Mało rozmawialiśmy. Wszyscy życzyli sobie szczęścia i powodzenia, choć niektórzy wyglądali jakby już wiedzieli jaki osiągnął wynik na maturze.
Poprawiał akurat lekko przydużą marynarkę mojej mamy, w której ona sama napisała swoją maturę, gdy dostrzegłam, że mój wyciszony już telefon zaświecił się. Uśmiechnęłam się, widząc imię na wyświetlaczu.
- Dzwonię tylko pożyczyć ci szczęścia. – rzuciła Constanza nim cokolwiek powiedziałam. – Ledwo się do ciebie dobiłam, a ja za chwilę też będę pisać, więc będę się streszczać… - jej głos był stłamszony przez emocje. – Powodzenia.
- Wzajemnie, Constanza. Tylko pamiętaj o skracaniu. 
- Kurdebele, przecież nie jestem w podstawówce! – zaśmiała się.
Zapadło milczenie, a my trwałyśmy przy słuchawce, po dwóch różnych stronach, oddalone od siebie kilometrami w jednych  najważniejszych momentach naszego dotychczasowego życia. Wzięłam głęboki oddech, gdy nauczycielka zaczęła zwoływać nas do klasy.
- Muszę już iść, Constanza. Serio dziękuję za telefon.
- Jesteś gotowa? – spytała cicho dziewczyna, na co moje usta ułożyły się w uśmiech, choć z oczu ciskałam piorunami.
- Jak nigdy w życiu.
Usłyszałam tylko urywany sygnał połączenia i weszłam do klasy.
***
- Mamo, tato. – zaczęłam poważnie. – Musimy porozmawiać.
Zaciągnęłam rodziców w wolnym momencie do salonu i posadziłam ich na kanapie. Sama zaś zajęłam miejsce na fotelu, naprzeciwko nich. Było akurat ciepłe, majowe popołudnie. Słońce przedzierało się przez przekwitające gałęzie drzew, a cała natura przeżywała swoje szczyty. Choć powinniśmy odpocząć od zgiełku codzienności w taki ładny dzień, ale to był jedyny moment, gdy oboje z moich rodziców nie pracowali, a ja sama miałam przerwę między pracami dorywczymi.
Rodzice patrzyli się na mnie z narastającym niepokojem, więc wzięłam głęboki oddech.
- Myślę na poważnie o wyjechaniu na studia gdzieś dalej. – powiedziałam.
Ku mojemu zdziwieniu, mój ojciec odetchnął z ulgą, jakby ktoś zabrał mu ciężar z pleców.
- Dzięki Bogu, już się bałem, że powiesz, że chcecie się pobrać z Sergiem…
- Tato!
- Ten chłop tak łatwo mojego poparcia nie zdobędzie!
- Czemu wy zawsze musicie psuć doniosłe momenty? – moja mama westchnęła głęboko. Dostrzegłam, że ona również odetchnęła z ulgą. – Wiemy o tym od dawna, Blanca. Od kilku lat powtarzasz w kółko, że wyjedziesz na studia…
- Nawet umiesz to mamrotać jak sterczysz przy tym teleskopie w środku nocy… - dodał mój ojciec, kiwając głową potakująco.
- Kochanie! – moja mama spojrzała na tatę z dezaprobatą. – Chodzi o to, gwiazdko, że nie rozumiem tej różnicy, którą widzisz ty. Coś się zmieniło?
- No bo chodzi o to, że… Że nie planuję studiować we Włoszech. Nie planuję nawet studiować w Europie. Mamo, tato, ja… Chcę polecieć do Ameryki. – spojrzałam na nich poważnie, ale szybko odwróciłam wzrok. – Wiem, że to brzmi szaleńczo, bo nie mam jeszcze nawet wyników matury, ale…
- Moja mała córeczka… Nigdy nie zwątpiłam w ciebie, gdy mówiłaś o tej całej Ameryce i NASA, ale… Jestem taka dumny, że nie poddałaś się…
- Kochanie, nie płacz. – mój tato pogładził mamę po ramieniu. – Nie pomagasz.
Spoglądałam na moich rodziców w totalnym osłupieniu.
- Czyli co? – wydukałam po dłuższej chwili. – Po prostu pozwolilibyście mi lecieć na inny kontynent?
Mój tato uśmiechnął się do mnie ciepło.
- Gwiazdko, to jest twoje życie. Musisz kiedyś wyfrunąć z gniazda, choć nie oczekiwaliśmy tego tak szybko… Nie chcemy cię zatrzymywać.
- Po za tym odległość nie ma znaczenia. 100 kilometrów, 1000 czy nawet 10 000. Nie ważne jak daleko będziesz, pozostaniesz naszą małą Blancą… - zaczęła moja mama płacząc.
- Mamo, przestań, bo sama zacznę płakać… - wymamrotałam, choć w moich oczach już pojawiły się łzy, a dolna warga drżała coraz bardziej.
- Tylko…
- Wiem, wiem. – przerwałam trochę zbyt entuzjastycznie. – Wszystko mam już wyliczone. Oszczędzałam dość długo i może nie jest to jakaś wielka suma na start, ale coś mam. Do tego teraz wzięłam tyle prac ile byłam w stanie, więc będę harować póki mam czas. Constanza mówiła, że z tego co jej matka sprawdzała w okolicach moich teoretycznych wyborów są dość tanie kawalerki, więc mogłabym się zawczasu dogadać, jakbym wybrała… A i o język też się nie martwcie, mam angielski w małym palcu! No i sprawdzałam już warunki mieszkania tam, jak dobrze pójdzie otrzymam obywatelstwo. Jeśli chodzi o przeprowadzkę, mogę sprzedać swoje obecne meble po korzystnej cenie i wysłać tylko drobne rzeczy, a meble kupić w jakimś tanim komisie… A, no i jeszcze…
- Blanca, gwiazdeczko moja. – moja mama przytuliła mnie mocno, a tato objął nas ramionami. – Kiedy ty nam tak bardzo dorosłaś?
***
 W końcu nadszedł ten dzień, kiedy pierwsze słowa nowego rozdziału naszych żyć zostały napisane na śnieżnobiałych kartkach. Spotkaliśmy się dość licznym gronem w salonie Nicoli, która swoją drogą miała największy dom. Trzymana w moich dłoniach koperta wydawała się ważyć tonę, jakby faktycznie cały ciężar przyszłości został w niej zawarty. Spojrzałam po towarzyszach.
Nicola siedziała obok Irene i Agaty na kanapie, ja z Sergiem siedzieliśmy na jednym fotelu, wózek Constanzy ustawiony był obok stolika kawowego, a zaraz obok niej siedzieli Amerigo i Cristina. Jedynie Riccardo nie mógł usiedzieć i stał gdzieś nad nami. 
- Czy wy też się tak dziwnie czujecie? – spytała Nicola, przerywając napiętą ciszę swoim wiecznie spokojnym głosem, który nijak wpasowywał się do sytuacji.
- Ja tam się czuję, jakbym znów miała pięć lat i miała właśnie jechać rollercosterem. – rzuciła Constanza, która wierciła się od dobrych kilkunastu minut na swoim wózku, mnąc papier w dłoniach.
- Zawsze rzygałem na rollercosterach… - wymamrotał Riccardo. Chłopak był blady jak ściana i stał oparty o regał z książkami.
- Ricc, nie pogorszaj tej chwili bardziej… - mruknął na niego Sergio, zaciskając dłoń na moim ramieniu trochę mocniej, ale nieznacznie. On również stresował się tym wszystkim.
- Nie uważam, że to zła chwila, Sergio. Raczej smutna. – Cristina uśmiechnęła się nostalgicznie. – No wiecie. Pożegnania są smutne. Gdy już zobaczymy te wyniki, każde z nas będzie miało trochę wyraźniejszą przyszłość przed sobą i będzie musiało ruszyć naprzód.
- Stawiamy pierwszy krok w prawdziwe życie. Razem. – położyłam palce na kopercie, patrząc się po przyjaciołach. – I szczerze, mam nadzieję, że wszystkich następnych nie będę musiała stawiać bez was.
Rozdarliśmy razem koperty.
Raptem po kilku martwych sekundach dom wypełnił się okrzykami. Radosnymi, wściekłymi, smutnymi czy niedowierzającymi. Miałam wrażenie, że mój umysł zapomniał wszystkich literek i cyferek, bo każdy znak był dla mnie obcy. Wpatrywałam się w kartkę jak w zaklęty obrazek, niezdolna wykrztusić słowa.
Nie wierzę.
Sergio zerwał się obok mnie, wymachując pięściami w geście oburzenia, krzycząc coraz głośniej. Irene i Agata obejmowały się, płacząc ze szczęścia. Riccardo przysiadł na skraju kanapy i zaczął odśpiewywać „We are the Champions” na co Nicola zdzieliła go swoim plikiem dokumentów. Z jej twarzy nie schodził uśmiech.
Spojrzałam ponownie na swoją kartkę.
Nie wierzę.
W panującym chaosie uczuć, przechodzących błyskawicznie od niepohamowanego szczęścia do bezgranicznej frustracji, Constanza podjechała do mnie, zdziwiona moją chłodną reakcją. Zaglądnęła mi przez ramię i również znieruchomiała.
- JASNYGWINT. – wyrwała mi kartkę z dłoni, czytając raz po raz moje wyniki. – Ty jesteś jakimś terminatorem, a nie człowiekiem, kurde!
Moje usta ledwo drgnęły, gdy Constanza wykrzykiwała coraz to ciekawsze porównania. Powoli do mnie docierało. Przyjaciele również zainteresowali się wynikami i z ciekawością nachylili się nad moją kartką.
- O żesz w mordę… - rzucił od razu Sergio.
- Wszystko ponad 90%... – w głosie Cristiny pobrzmiewało zdumienie.
Niektórzy wykrzykiwali coś, Nicola podstawiła mi swoje wyniki pod nos, zaczęliśmy przekrzykiwać się, gratulować sobie, śmiać się. W całym tym zgiełku nawet nie zorientowałam się, kiedy Riccardo stanął obok mnie. Spojrzałam na niego kątem oka i uśmiechnęłam się.
- Widzę po tobie, że wcale nie masz takich złych wyników. – zaczęłam zaczepnie.
- Jestem drugą najmądrzejszą osobą w tym pomieszczeniu, Blanca. Zaraz po tobie. – uśmiechnął się do mnie radośnie. – Może mam wszystko na granicy około 80%, co i tak blednie w porównaniu z tobą.
- Ricc, to świetnie! – wykrzyknęłam, podskakując.
Chłopak roześmiał i pogłaskał mnie po głowie.
- Świetnie. – powtórzył. – Z takimi wynikami, uniwersytety stoją dla ciebie otworem, Blanca!
Uśmiechnęłam się do niego czule, sama nie wiedząc, co takiego wzruszyło mnie w jego zachowaniu, w tym wszystkim i skinęłam głową, czując, że znów rozpłaczę się, tracąc wszystko to co chciałabym przekazać słowami.
Jednocześnie poczułam, że presja zaczęła trochę bardziej napierać.
***
Tego samego popołudnia miałam jedną z moich prac dorywczych, więc musiałam szybko zmyć się z domu Nicoli i popędzić do kwiaciarni na rynku. Pani Carlos, przemiła staruszka mieszkająca w Manaroli prawie od zawsze, znała wszystkich i sama zaproponowała mi pracę w kwiaciarni.
- Wiem, że to niewiele, ale jakbyś wpadała co drugi dzień tak, powiedzmy, w godzinach 15-18, to mogłabym sobie zrobić przerwę. – uśmiechnęła się do mnie wtedy. – Oczywiście jak znajdziesz coś bardziej opłacalnego,  mów od razu i nie waż się zostawać tu dla jakiegoś zdrewniałego pniaka.
- Nie jest pani taka stara… - uśmiechnęłam się.
Cóż w tych czasach każda oferta była jak złoto, a ja potrzebowałam pieniędzy. Miałam odłożoną sporą sumę, ale dalej odczuwałam, że to zbyt mało. Odliczałam od tego koszt lotu i teoretyczne czesne i zostawało niepokojąco mało.
Muszę wypełnić wieczorem formularze i wysłać je tak szybko jak się da.
I w między czasie może uda mi się znaleźć jakąś kawalerkę.
Nuciłam piosenkę lecącą w radiu, podlewając kwiaty. Przyjemne późno majowe popołudnie było spokojne, a ludzie, niektórzy z nich to już turyści, spacerowali po niewielkim rynku. Nie mogłam przestać się uśmiechać, chociaż odczuwałam stres. Stres, że wszystko zawali się.
Teraz albo nigdy.
Nadal się uśmiechałam.
- Widzę, że masz dzisiaj wyjątkowo dobry humor, Blanca. – pani Carlos pojawiła się znikąd, niosąc flakony z kolorowymi różami.
- Tak, proszę pani. – przytaknęłam, uśmiechając się na dzień dobry. – Matura mi świetnie poszła.
- Miło słyszeć, że młodzież w tych czasach jeszcze się uczy. – starsza pani dziabnęła mnie w policzek, jakby była moją babcią. – Mam nadzieję, że pójdziesz na jakieś dobre studia, Blanca. Siedzenie w Manaroli byłoby dla ciebie więzieniem.
- Ah, proszę tak nie mówić. Naprawdę lubię to miasto. – powiedziałam, odkładając konewkę. – Chociaż faktycznie, mam trochę większe ambicje.
Kobieta roześmiała się.
- No i dobrze, dziecko drogie. – skierowała się w stronę wyjścia. – Zostawiam sklep w twoich rękach, moi wnukowie przyjechali, więc muszę do nich iść. Gerbery na zewnątrz wypadałoby jeszcze nawieźć. – wskazałam dłonią na doniczki stojące przed wejściem. – Zamknij o 18.
- Dobrze, do widzenia. – zawołałam i poszłam od razu na zaplecze po nawóz.
Będąc w składziku, usłyszałam dzwoneczek oznajmujący, że ktoś wszedł do środka. Trzymając nawóz wypadłam na sklep, rozglądając się.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? – wydusiłam, trzymając ze wszystkich sił 5kg worek nawozu.
- No to może ja pomogę? – roześmiał się Sergio, biorąc ode mnie ciężar. – Gdzie ci to zanieść?
- Przed sklep, jakbyś mógł. Muszę nawieźć gerbery. – pokierowałam go i przytrzymałam drzwi. – Co ty tu w ogóle robisz?
- Przyszedłem zobaczyć się z moją dziewczyną. Czy to takie dziwne? – spojrzał na mnie z rozbawieniem, po czym nachylił się i cmoknął mnie w policzek. – Pomyślałem, że moglibyśmy gdzieś wyjść wieczorem. Tylko we dwoje. – ujął moją dłoń, spoglądając na mnie wyczekująco.
Uśmiechnęłam się, przekrzywiając głowę. Zrobiło mi się momentalnie smutno.
- Sergio, przecież wiesz, że muszę pracować… - westchnęłam.
- Z tego co wiem, to w kwiaciarni tylko do 18… - wymruczał.
- Stoję jeszcze na recepcji w hotelu od 19 do 22. – wytłumaczyłam.
Moja dłoń wysunęła się z ręki chłopaka, którego wyraz twarzy stał się trochę chłodniejszy. Wyglądał na niezadowolonego i zniesmaczonego. Odwrócił ode mnie wzrok, gdy moje spojrzenie stało się zbyt intensywne i przewrócił oczami.
- Coś się stało? – spytałam cicho.
- Nie, nic. – mruknął. – No dobrze, to ja ci już nie będę przeszkadzał w tej twojej… pracy. – dodał, a ostatnie słowo wręcz wysyczał. Obrócił się ode mnie bez niczego więcej i wyszedł z kwiaciarni.
Stanęłam w drzwiach, wyglądając za nim, ale nawet gdy zawołałam jego imię, chłopak nie odwrócił się i szedł dalej. Spuściłam głowę, a na moje ramiona złożony został ciężar, którego nie mogłam znieść. Spojrzałam smutno na kwiatki.
- Muszę was ponawozić. – mruknęłam do gerber i zabrałam się do pracy.
***
Do domu wróciłam padnięta, ale wykrzesałam z siebie jeszcze trochę energii, by przekazać wyniki moim rodzicom. Mama, jak każda dobra, pocieszna mama, rozpłakała się i zaczęła mnie tulić, a tato od razu powiedział, że trzeba to oblać. Nim zdążyłam go powstrzymać, mówiąc, że i tak nie piję, odkorkował szampana.
Próg swojego pokoju przekroczyłam dopiero około północy. Przebrałam się w wygodne dresy i rozciągniętą, męską koszulkę, prawdopodobnie należała kiedyś do Sergia. Marząc tylko o tym, by w końcu położyć się spać i zapomnieć o całym dzisiejszym przesileniu stresu, ale zmotywowałam się do ostatniej rzeczy na dzisiaj (a może już pierwszej? W końcu było późno) i odpaliłam komputer.
W zakładkach od wielu miesięcy miałam formularze zgłoszeniowe na wszystkie uniwersytety, które mnie interesowały w Ameryce, więc w przeciągu kilku sekund drukarka zaczęła pracować. Po chwili zamyślenia i wahania wydrukowałam jeszcze zgłoszenia na dwa uniwersytety w Florencji i Pizie.
***
Nawet nie zorientowałam się, kiedy minął czerwiec i nastał ostateczny czas na wysyłanie zapisów na studia. Spędziłam praktycznie cały czas na pracowaniu. Udało mi się znaleźć kilka prac dorywczych, niektóre brałam na weekendy. Pracowałam u pani Carlos w kwiaciarni popołudniami w kratkę z pomocą w bibliotece, w tygodniu stałam na recepcji w hotelu, a w supermarkecie miałam zmianę od 8 do 13.
Usiłowałam znaleźć w tym szaleństwie czas na wszystko i dla wszystkich. Moi rodzice cały czas powtarzali mi, że wzięłam na siebie zbyt wiele, ale zbywałam ich tylko zmęczonym westchnieniem. Nawet gdyby i tak wiem, że dołożą fortunę na moją dalszą edukację, a ja chciałam ulżyć im tak bardzo jak tylko mogłam.
Z przyjaciółmi widywałam się praktycznie przez przypadek. Nicolę minęłam kilka razy na rynku i udało dowiedzieć mi się tylko tyle będzie próbować dostać się na psychologię gdzieś we Florencji. Cristinę i Amerigo widziałam raptem raz, przeglądali oferty lokali, ale nie miałam okazji zapytać się o ich postanowienia. Z Riccardo widziałam się częściej – w każdy weekend wpadaliśmy na siebie w naszym ulubionym punkcie do obserwacji nieba, a dodatkowo dostał pracę na pół etatu i dowoził do supermarketu świeże produkty.
Constanza kilka razy czekała na mnie po pracy, wychwytując te krótkie momenty, gdy miałam przerwę albo lukę między godzinami pracy. Jednak nim zdążyłyśmy zacząć poważnie rozmawiać o przyszłości, czas nam się kończył. Liczyłam na to, że w końcu go trochę znajdziemy dla siebie.
Najgorzej w tym wszystkim wychodził Sergio. Wiedziałam od dawna, że chłopak pójdzie na zarządzanie, a potem przejmie firmę ubezpieczeniową ojca, więc nie będzie musiał wyjeżdżać gdzieś daleko na studia, czy nawet martwić się o wyżycie na niskiej pensji. Poświęcałam mu każdą wolną minutę, nawet gdy sama marzyłam tylko o tym, by posiedzieć samemu w domu i poczytać książkę. Nie chciałam jednak go ranić. Widziałam, że czuje się odtrącony na drugi plan. Sama czułam, że nawał wszystkiego nie usprawiedliwia mnie od niepoświęcania mu wystarczająco uwagi.
Nasze wyjścia kończyły się tym, że chłopak tylko irytował się moją opieszałością, sądząc, że mam go po prostu dość. Epicentrum tego wszystkiego miało miejsce, gdy w którąś sobotę powiedzieli mi, że mam wolny wieczór, więc Sergio zaciągnął mnie do kina. Po kilku minutach filmu zasnęłam mu na ramieniu.
Chłopak nawet nie raczył mnie obudzić i sam wyszedł z kina. Nigdy nie czułam się tak pusto, jak wtedy, gdy ocknęłam się na napisach końcowych i zobaczyłam, że nie ma go obok. Z początku był to ciężar w żołądku, który usiłowałam uspokoić logicznym myśleniem. Mógł wyjść do łazienki. Mógł wyjść się przewietrzyć. Spałam tak głęboko, że nie chciał  mnie budzić. Jednak wszystko wydawało się być naiwne, lecz nadal chciałam by nie okazało się to prawdą.
Pragnęłam tego tak bardzo, że gdy zorientowałam sobie, że mnie zostawił tu samą, nie mogłam powstrzymać łez. Do domu wróciłam pieszo, nie mogąc pozbyć się poczucia, że tonę w miejscu, w którym nawet nie można wypłynąć na powierzchnię.
Jeszcze tego samego dnia, idąc akurat najkrótszą drogą, przez rynek, zauważyłam Sergia wychodzącego ze sklepu z butelką wina. Już miałam zawołać go, gdy zobaczyłam, że obrócił się z uśmiechem w stronę drzwi i pomachał komuś. Przeniosłam tam powoli wzrok i poczułam jak umieram. Giovanna uśmiechała się w ten swój zwycięski sposób.
Pragnęłam zniknąć tak szybko jak się da. Pragnęłam już wylecieć do Ameryki i nigdy tu nie wracać. Nie wierzę, że to akurat ona.
Jednak chłopak mnie zauważył. Przestał się uśmiechać tak promiennie jak w stosunku do Giovanny, jego mina zrzedła a w oczach dostrzegłam irytację. Podszedł do mnie, chwycił za nadgarstek i odciągnął niezbyt delikatnie od głównych uliczek. Nie odezwałam się nawet słowem, bojąc się że przez podwyższony poziom adrenaliny zamiast składnych argumentów polecą wyzwiska i przekleństwa.
Chłopak w pewnym momencie zatrzymał się, jakby przypomniał sobie, że ciągnie mnie za sobą. Wyrwałam swój nadgarstek rozglądając się po okolicy. Nie było żywej duszy oprócz nas. Świetnie. Teraz mogę kląć ile mi się podoba.
- Jak tam podobał się film, co? – prychnął sarkastycznie.
Zmrużyłam oczy, czując jak moja górna granica wściekłości zaczyna być przekraczana.
- Nawet nic nie mów. – syknęłam. Chłopak spojrzał na mnie z góry. – Jak śmiałeś w ogóle mnie tam zostawić? Wiesz jak ja się tak czułam? – wydusiłam z wyrzutem, powstrzymując łzy.
Chłopak warknął coś niezrozumiale, kręcą głową, po czym spojrzał na mnie.
- A wiesz jak ja się czułem? – wycedził przez zęby. – Zachowujesz się jakbyś miała mnie dość, spędzasz ze mną coraz mniej czasu… Najwyraźniej nudzę cię tak bardzo, że aż zasypiasz…
No tak. Zapomniałabym. Wszystko zawsze jest moją winą.
Zawsze i wszystko.
- I poczułeś się z tym tak źle, że zostawiłeś mnie tam jak jakąś lalkę i poszedłeś szukać pocieszenia u Giovanny? – nie mogłam powstrzymać się od sarkazmu.
- Nie wtykaj nosa w nieswoje sprawy. – warknął.
- Nie moje sprawy? Nie moje sprawy? – emocje roznosiły mnie od środka. –Właśnie, że to są moje sprawy! To mnie zostawiłeś i to do niej poszedłeś najpierw! Jak możesz tak robić? Nie… Jak możesz nawet tak mówić!?
- A dlaczego ty jesteś taką histeryczką!? – krzyknął na mnie. – Nie mogę utrzymywać już nawet starych znajomości, bo ciebie zżera zazdrość?
- Jakoś przez ostatnie lata miałeś ją głęboko gdzieś. – wycedziłam.
- Nie mam zamiaru przyjaźnić się z tymi, których ty lubisz, Blanca. – warknął. – Nigdy nic nie mówiłem, że przyjaźnisz się z Tessio i nie zabraniałem ci tego.
- Nie mieszaj w to Ricca, do cholery, Sergio! – moje dłonie automatycznie zwinęły się w pięści, a ja nawet nie zauważyłam, jak paznokcie wbijają się w skórę, zostawiając na niej czerwone półksiężyce. – Jakoś nie przypominam sobie, żeby Riccardo usiłował zrujnować komuś życie, czego nie mogę powiedzieć o tej wrednej suce! Nigdy nie zabraniałam ci żadnej przyjaźni, Sergio.
Chłopak przewrócił oczami.
- Zawsze mówisz to co jest akurat dla ciebie wygodne, co? – spojrzał prosto w moje oczy. – Wspieram cię jak mogę, a ty nawet nie umiesz z siebie wykrzesać trochę entuzjazmu. Może byś i mnie okazała trochę wsparcia? Może zastanowiłabyś co ja o tym wszystkim myślę, co!?
Cofnęłam się o krok do tyłu, przestając rozumieć cokolwiek.
- Co? – wydusiłam, po czym skuliłam się, mając wrażenie, że chłopak mnie uderzy. Jednak gwałtowny gest, który wykonał dłonią upadł bezwiednie.
- Nawet nie zastanowiłaś się co inni będą czuli, jak w końcu wyjedziesz. – powiedział już ciszej, choć jego głos był chłodny. – Nie chcę żebyś mnie zostawiała. Równie dobrze możesz studiować tutaj i nie zrobi to zbyt dużej różnicy. W końcu trzeba spojrzeć na życie realistycznie.
Zrobiłam jeszcze jeden krok do tyłu, kręcąc głową.
Rozpadałam się od środka. Powoli i boleśnie.
- Nie masz naprawdę serca, żeby zostawiać tutaj wszystko i wszystkich w pogoni za jakimś nieosiągalnym celem. – wycedził jeszcze przez zęby.
Poczułam jak po moim policzku spływa pojedyncza łza, a moja wściekłość przekształca się w poczucie winy. W poczucie winy tak wielkie, że odbiera mi dech w piersiach i zabiera zdolność mówienia. Chłopak nie obejrzał się na mnie więcej, moje łzy były dla niego obojętne, po czym obrócił się i zostawił mnie.
Znowu.
***
Po tym wszystkim wróciłam do domu, ledwo co odzywając się do moich rodziców. Mama o nic nie zapytała, jedynie zrobiła mi kawę mrożoną. Na szczęście nie padło nic w stylu „Jesteś wcześnie”. Owszem, miałam być dużo później. Moi rodzice nie oczekiwali pewnie, że pojawię się w domu na noc. Podziękowałam za kawę skinieniem głowy i usiadłam przy biurku.
Od miesiąca leżały na nim wypełnione formularze zgłoszeniowe. Wzięłam je bez większego celu do rąk i przeglądałam raz po raz. Były wypełnione poprawnie, sprawdzałam je już ze sto razy. Zatrzymałam się na chwilę przy Uniwersytecie w Waszyngtonie. Moim głównym celu. Gdyby udało mi się tam dostać, siedziba NASA byłaby w zasięgu ręki. Byłabym w tym samym mieście co szczyt góry, na którą zmierzam. Nie byłoby źle, gdybym dostała się także do Nowego Jorku, ale…
Ale.
Odłożyłam zgłoszenia na biurko i odchyliłam głowę do tyłu.
Czy naprawdę chcę wyjechać? Wyjechać i zostawić to wszystko?
Zamknęłam oczy, usiłując odpędzić od siebie wizje z tych wszystkich lat. Zarówno te dobre jak i te złe. W naszej małej Manaroli wydarzyło się tyle rzeczy, zawiązałam tak mocne więzy, które znaczyły dla mnie wszystko przez te kilkanaście lat.
Wzięłam głęboki oddech. Jeśli wyjadę, będę musiała zostawić rodziców samych. Nie są jeszcze w podeszłym wieku, ale nawet gdyby coś się stało, nie będę w stanie po prostu wsiąść w samolot i polecieć im na pomoc. Prawdopodobnie mój związek z Sergiem nie przetrwa. Zagryzłam dolną wargę. Na pewno nie przetrwa, skoro z już nawet teraz jest trudno. Będę musiała zostawić Cristinę i Ameriga, którzy prawdopodobnie planują wspólną przyszłość, Nicolę, która zawsze działała jako mój osobisty psycholog, Riccardo… Będę musiała zostawić wszystkich, których kocham.
Przystawiłam pięść do ust, zaciskając zęby ze wszystkich sił, jakby to miałoby mi pomóc zniwelować narastający ból w sercu.
Będę musiała zostawić Constanzę.
Wzięłam głęboki wdech. Wszystko przeleciało mi przed oczami. Moment, w którym praktycznie przeleciała nade mną na desce. Gdy usiadła ze mną w jednej ławce. Gdy zostałam z nią na urodzinach. Gdy wstawiła się za mną w bójce. Gdy zgubiłyśmy się na szlaku w górach. Te wszystkie noce, które zarywałyśmy razem na obserwowaniu gwiazd. Te wszystkie błahe momenty, w których oglądałyśmy filmy albo łaziłyśmy bez celu po mieście. Jej pierwszy wyścig. Jej upadki od których stawało mi serce. Nasze przesiadywanie w piątkę na przerwach. Nasz wyjazd na wakacjach. Ten wypadek, który zmienił wszystko. Te przepłakane rozmowy, tą walkę o nią. Jej radość, gdy ten jeden raz wsiadła na motor. Jej radość, gdy zdobyłam pierwsze miejsce. Myśl, że miałabym zostawić kogoś, kto był dla mnie tak ważny przez te wszystkie lata , zabijała mnie od środka. Myśl, że Constanza zostanie sama…
- Co ty robisz?
Ocknęłam się gwałtownie z przemyśleń i obróciłam się w fotelu, wpatrując ze zdziwieniem w przybysza. Constanza przekrzywiła głowę.
- Patrzysz się, jakbyś zobaczyła ducha. – prychnęła. – Przyszłam tylko oddać jakieś salaterki i twoja mama powiedziała mi, że jesteś w domu. – podjechała do mnie, patrząc się pobieżnie po biurku. – Ostatnio trochę to niecodzienne, że tak się lenisz wieczorami. – dodała sarkastycznie.
Chciałam coś powiedzieć, ale tylko westchnęłam. Constanza zmarszczyła brwi, po czym spojrzała na pliki kartek, które rozrzucone były w nieładzie na biurku. Patrzyła się na nie intensywnie przez kilka sekund, po czym jej brązowe oczy rozszerzyły się w przerażeniu i zdumieniu.
- Blanca, czy to są twoje zapisy na studia? – wydusiła.
Spojrzałam najpierw na nią, potem na dokumenty, po czym znów na nią.
- Tak.
- Byłam pewna, że dawno już to wszystko wysłałaś! – wykrzyknęła, chwytając wszystkie dokumenty jednym machnięciem ręki. Zaczęła je przeglądać na szybko.
- Dobra, ale… - zaczęłam, ale Constanza popadła w jakiś trans.
- Jasny gwint, masz wszystko uzupełnione od dawna! – rzuciła z niezrozumieniem, patrząc na daty. – Czemuś tego jeszcze nie posłała? Oni nie będą czekali specjalnie na jakąś dziewczynę z Włoch, nawet jeśli jest geniuszem!
Uśmiechnęłam się do niej ciepło, wzdychając ponownie. Przyjaciółka przestała na chwilę szastać kartkami na prawo i lewo i przyjrzała mi się uważniej. Przekrzywiła głowę w ten typowy dla siebie sposób, a część włosów opadła jej na twarz. Miała tę samą fryzurę od lat – proste blond włosy do ramion i grzywka.
Constanza spojrzała jeszcze raz na formularze i zmrużyła oczy.
- Wydawało mi się, że mówiłaś, że nie chcesz studiować we Włoszech.
Milczałam przez chwilę, po czym zmusiłam do uśmiechu.
- Chcę zostawić sobie otwartą drogę… Tak na wszelki wypadek.
Constanza ani trochę tego nie kupiła, choć brzmiało jak najbardziej racjonalnie. Spojrzała na mnie uważnie, świdrując wzrokiem. Odwróciłam od niej głowę, podpierając czoło na dłoni.
Nim zaczęłam mówić, westchnęłam po raz ostatni.
- Im bliżej jestem tych studiów… Tym bardziej dociera do mnie, że będę musiała was zostawić. Mamę, tatę, Nico, Cristi, Sergia, Riccardo… I w szczególności ciebie.
- Nie waż się zostawać w miejscu tylko dlatego, że ktoś może po tobie tęsknić. – rzekła poważnie Constanza. – Nie możesz po prostu zrezygnować ze wszystkiego, tylko dlatego, że będziesz musiała ich zostawić.
- „Ich”? – powtórzyłam cicho. – Tu chodzi głównie o ciebie, Constanza. Nie mogę znieść myśli, że po tym wszystkim… Że po tym wszystkim tak po prostu nasze drogi się rozejdą…
Constanza spuściła głowę, ale starała się uśmiechać.
- Skoro to ja, to dobrze. Nie jestem warta tego, by cię tu zatrzymać. – spojrzała na mnie.
- Właśnie, że jesteś. – przerwałam jej. – Wszyscy jesteście tego warci.
- Blanca, posłuchaj mnie do końca. – ciągnęła dalej. – Gdyby nie ten wypadek… Gdyby nie to, prawdopodobnie nadal pięłabym się po szczeblach kariery. Prawdopodobnie nawet nie zwróciłabym uwagi, że się przy mnie marnujesz. – zacisnęła dłonie w pięści. – I wiesz co? Gdybym miała szansę na wyjazd za granicę, zrobiłabym to, nawet się nie oglądając. A ty nie powstrzymywałabyś mnie, tylko kazała walczyć, prawda? – spojrzała mi w oczy. – Więc kim jestem ja, by kazać ci zostać? Nie mam tego prawa.
- Więc nie masz prawa, by posyłać mnie na drugi koniec świata. – powiedziałam cicho.
- Właśnie, że mam. – odparła mocnym głosem. – Jako twoja przyjaciółka, mam prawo pchać cię w stronę twoich marzeń. I zapamiętaj to sobie, Blanca: Jeśli zostaniesz tutaj ze względu na mnie, znienawidzę cię.
Ostatnie słowa zawisły w powietrzu jak niewypowiedziana obietnica.
Zamknęłam oczy, przyciskając pięść do ust, po czym zaczęłam się śmiać.
- Jesteś niemożliwa. – wydusiłam, wiedząc że za chwilę pęknę i zamiast śmiechu poleją się łzy. – Zawsze byłaś despotyczna, ale teraz przeszłaś samą siebie.
- Nie śmiej się ze mnie, Blanca. – Constanza pozostawała niewzruszona. – Nikt nie ma prawa cię zatrzymywać. Ani twoi rodzice, ani ja, ani Sergio. – zastygłam na wydźwięk imienia chłopaka, a dziewczyna się zamyśliła. – Czyli jednak on, co?
Opowiedziałam cicho co dzisiaj się wydarzyło, jednak wspominając tylko to, co chłopak mówił o moim wyjeździe. Nie miałam jeszcze siły mówić o tym, że najwyraźniej odnawia swoje stosunki z Giovanną i o tym, że zostawił mnie dwa razy.
- Powiem ci jedno, Blanca, i wiem, że zabrzmi to, jakby wszystko było taki proste i przyjemne. – Constanza podjechała do mnie bliżej. – Jeśli on chce mieć cię blisko siebie, to dobrze. Znaczy, że naprawdę cię kocha. Ale jeśli zatrzymuje cię tutaj na siłę, to nie jest ciebie wart.
Spojrzałam na nią smutnymi oczami, usiłując się uśmiechnąć.
- A jeśli chodzi o te formularze, to biorę je! – rzuciła dziewczyna trochę bardziej entuzjastycznie. – Czy tego chcesz czy nie i tak je wyślę! – skierowała się z plikami dokumentów do wyjścia. Wypadłam za nią w osłupieniu.
- Wiesz, że zostawiłaś kilka? – spytałam tylko.
- Wiem. – spojrzała na mnie przez ramię. – Ale tylko te z Włoch.
Wyszczerzyła się do mnie, na co tylko pokręciłam głową, nie mogąc powstrzymać uśmiechu, którym starałam się przekazać całą moją wdzięczność za to, że dziewczyna po prostu istnieje.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz