5 sierpnia 2016

Pospolita Przyjaźń ~ Rozdział 7 ~ Gwiazdy nas poprowadzą

Rozdział 7

Gwiazdy nas poprowadzą
Mimo negatywnych odczuć, które wisiały między mną, a Constanzą nadal siedziałyśmy obok siebie przy ognisku. Zaczęło się od spokojnej rozmowy na jakiś mało znaczący temat, a skończyło na walki na miecze zrobione z kijków, które miały iść na pieczenie kiełbasek.
- Głęboko, na dnie mojej duszy… - zaczęła Constanza niskim głosem, klęcząc na jednym kolanie i chwytając się za serce w geście bólu. – Jest pewno palące uczucie. Palące uczucie, którego nie umiem opisać… Palące uczucie, które nie pozwala mi zginąć…
- Człowieku! – przerwałam jej przemowę, kierując „ostrze” w jej stronę. – Nie. Czymkolwiek jesteś! – tutaj zostałam obdarzona morderczym spojrzeniem. – Tu już nie chodzi tylko o ludzkość, prawda?
Constanza zaśmiała się złowieszczo pod nosem, nadal łypiąc na mnie wojowniczym spojrzeniem. Jej kolana drżały, nie miała siły się podnieść, ale również honoru, by się poddać.
- Jeśli cię pokonam, zniszczę ich wszystkich. Ich nadzieje, marzenie. WSZYSTKO! Muahaha… - tutaj roześmiała się złowieszczo, zanosząc się kaszlem i ‘krwią’.
- Lecz nie pozwolę ci na to! – wykrzyknęłam, wykonując nieokreślony gest dłonią. – Teraz, czuję dusze ich wszystkich. – rzekłam, przykładając pięść do serca. – Ich pragnienia  biją we mnie jak jedno serce. – skierowałam „ostrze” przed jej twarz. – Pokonam cię w imieniu ich wszystkich!
- Jeśli tylko potrafisz! – Constanza zerwała się w ostatnim, desperackim ataku, lecz byłam na to doskonale przygotowana. Ugięłam kolana, napinając mięśnie…
- Przestańcie się wydurniać, bo komuś stanie się krzywda! – burknęła Nico, wchodząc między nas oraz naszą „walkę” i wyrwała bez problemu oba kijki. Wpadłam na Constanzę z niemym okrzykiem zduszenia i runęłyśmy na ziemię.
Reszta grupy zaniosła się śmiechem, odwracając się od ogniska.
- A finalnym bossem okazała się Soul of Nico. – ogłosił Riccardo głosem znawcy, nawiązując do Dark Soul 3.
- W ogóle co was wzięło na bohaterskie gadki? – spytała Cristina, dmuchając na upieczonego ziemniaka. – Brzmiałyście jakby was wyciągnęli z taniego amerykańskiego komiksu.
- No dzięki. – odparłyśmy w tym samym momencie, nadal leżąc na ziemi. Spojrzałyśmy po sobie, a ja nie dostrzegłam już w Constanzie złości. Przybiłyśmy sobie piątkę.
- Jak dla mnie to był idealny scenariusz nowego filmu z serii Marvel. – rzuciła jeszcze Constanza.
- Szczególnie z uwzględnieniem walki na kije. – prychnęła Nicola, wrzucając kilka drewienek do ogniska. – A teraz chodźcie tu bez żadnych szopek, bo ci dwaj zeżrą całe jedzenie w jeden wieczór.
- Wcale nie! – zaprotestował Sergio, który właśnie wracał do nas, niosąc jeszcze trochę jedzenia. – To, że para silnych, przystojnych mężczyzn potrzebuje po całym dniu odpowiedniej strawy jest standardem.
Opadłyśmy na wolnego pniaka, w momencie, w którym Nicola strzeliła w Sergia plastikowym widelcem. Ten przeleciał tuż nad naszymi głowami i przemknął obok ucha chłopaka. Nim Sergio zdążył zareagować czymś więcej niż rozszerzeniem oczu, dziewczyna ukryła twarz za dłonią.
- Czemu dzisiaj wszyscy gadają jakby byli w RPG-u? – westchnęła.
- Nie martw się, jesteś koksem Nico. – Riccardo poklepał ją po ramieniu. – W końcu finalny boss to niezła fucha.
- Wiele ludzi użera się z takimi miesiącami. – dorzucił Sergio, wciskając się między mnie, a Constanzę. Obie nawet nie zwróciłyśmy na to uwagi – choć zapewne z innych względów.
- Czemu usiadłeś z tacą jedzenia między dwoma największymi żarłokami? – roześmiał się Riccardo, ale w jego oczach błysnęło coś na znak wyzwania.
- Muszę troszczyć się o nasze niewiasty. – powiedział rycersko, a po chwili uchylił się od plastikowego kubka. Dostrzegłam, że Cristina wyrywa Nicoli opakowanie plastikowych naczyń i kładzie je w bezpiecznej odległości. – A po za tym jak one wszystko zjedzą to ty nic nie dostaniesz.
- No dzięki. – prychnął Riccardo, ściągając pianki ze swojego kijka.
Nabiłam kiełbaskę na swoje „ostrze” i wpatrzyłam się jak płomienie otulają jedzonko. Ognisko skwierczało przyjemnie, roztaczając przyjemne ciepełko w chłodnawy letni wieczór. Zamknęłam oczy, rozkoszując się chwilą. Wokół nas jedyne co się znajdowało to zapuszczony, drewniany domek, jezioro i las. Świerszcze zaczynały odgrywać swój koncert.
A nad nami błyszczały gwiazdy.
Uśmiechnęłam się jeszcze do siebie, po czym instynktownie przeniosłam wzrok na przyjaciół, czując, że ktoś się na mnie patrzy. Riccardo szybko uciekł ode mnie wzrokiem, ale po chwili uśmiechnął się znacząco i wskazał dyskretnie palcem w górę. Odpowiedziałam tym samym.
W końcu nie tylko ja w tym gronie bawię się w astronoma.
- Tak w ogóle, ktoś wziął gitarę? – spytała w pewnym momencie Cristina. – Wypadałoby pośpiewać coś przy ognisku. Tak by tradycji stała się zadość.
- O takie rzeczy, to się pyta harcerza. – rzuciła hardo Nicola, kierując się bez słowa w stronę domku. Po chwili wyszła z gitarą i wróciła na swoje miejsce. Rzuciła mi na kolana śpiewnik. – Ja znam wszystko na pamięć, znajdźcie coś sobie.
Otworzyłam książeczkę, czując że wszyscy przysiadają się bliżej. W końcu to 2normalne, chcą coś widzieć. Jednak, czując na karku oddech Sergia i widząc, że Constanza praktycznie opiera brodę w zagłębieniu jego ramienia,  przyprawia mnie to o przeszywający dreszcz i jednocześnie kłucie w sercu. A chwilę później o poczucie winy.
- No to może jakąś szantę? – rzucił Riccardo do ogółu, ale mogłabym przysiąc, że specjalnie usiadł po mojej prawej, by mnie ogarnąć.
- Obstawiam, że wszyscy znają „Hiszpańskie dziewczyny”? – spytała Cristina, nachylając się przez Constanzę.
- Jesteśmy we Włoszech. – zauważył poważnie Sergio, ale gdy obie dziewczyny obdarzyły go pytającym spojrzeniem, uśmiechnął się powoli, a jego uśmiech rozszerzał się, jak dziewczyny zdzieliły go w ramię, wybuchając śmiechem. Jednak poczułam na sobie wzrok chłopaka.
Nico wybawiła mnie od tego dziwnego przeczucia pierwszymi akordami, a po chwili las rozbrzmiał naszymi wesołymi, pociesznymi fałszami.
***
Na moje nieszczęście, mam tak rozstrojony zegar biologiczny przez nocne obserwacje, że umiem zasnąć około 3 rano, więc nim nawet poczułam, że oczy mi się kleją, wszyscy słodko zasnęli i chrapali w niebogłosy. Pozostało mi wierzyć, że ucichną po pierwszej fazie głębokiego snu.
Nie wiem ile wytrzymałam, ale w końcu wysunęłam się spod ciepłej kołderki, mrugając kilkakrotnie by przyzwyczaić się do względnej ciemności. Był lipiec, słońce już zaczyna rozjaśniać niebo. Miałam łóżko po środku pokoju, między Constanzą, a Cristiną. Nicola spała pod oknem, a chłopaki w przeciwległym kącie, przy ścianie.
Podeszłam bezszelestnie (na ile oczywiście pozwoliły mi te cholerne deski) do okna, zerkając na termometr. Było względnie ciepło, więc chwyciłam tylko bluzę i wymknęłam się na zewnątrz.
Sama nie wiem, czemu tak zrobiłam. Nie raz nocowałam z większą grupą i nigdy nie musiałam wymykać się, by odetchnąć od chrapania i tej ciszy. Ruszyłam spokojnie ścieżką, która, jak powiedzieli właściciele, doprowadzi nas na najwyższe wzniesienie w terenie, teoretycznie punkt widokowy. Może to było nierozważne z mojej strony, ale poszłam wzdłuż niej.
No dobra. „Może” to kiepskie określenie. „Bardzo nierozważne”. Pocieszyłam się myślą, że się rozjaśnia.
Zasłuchałam się w odgłosy lasu. Byłam do nich przyzwyczajona. Lubiłam je. Często towarzyszyły mi przez godziny, gdy postanowiłam zaszyć się gdzieś dalej. Wzięłam głęboki wdech, rozkoszując się powietrzem.
Ten wyjazd z jednej strony tak bardzo mnie cieszył, a z drugiej miałam wrażenie, że albo zeżre mnie zazdrość, albo przygniecie poczucie winy. O opatrzności, dajże mi lekarstwo na te durne zauroczenia. Doskonale przeczuwałam, że jeśli to pójdzie tym torem, skończy się źle. Lub jeszcze gorzej.
Zamrugałam gwałtownie, gdy dostrzegłam tabliczkę z napisem „punkt widokowy”. Rozejrzałam się gwałtownie, niedowierzając. Na serio tak długo szłam, czy ta trasa jest bardzo krótka? Cholender, nie wzięłam ze sobą nawet zegarka.
- Dziewczyny nie powinny same chodzić po lesie w nocy.
Podskoczyłam gwałtownie, mając cholerne deja-vu. Tym razem jednak  nie zdzieliłam Sergia deskorolką, tylko obróciłam się z dezaprobatą wymalowaną na twarzy, trzymając dłoń na biodrze.
- Jest jasno. – stwierdziłam, wskazując brodą na rozjaśnione niebo. – A z naszej dwójki, to znowu ty wychodzisz na tego złego.
- Ja tu dobry człowiek, poszedłem za dziewczyną, która lazła sama w las, a tu zero podziękowań. – prychnął, uśmiechając się.
- Może jakbyś się nie zakradał, tobym ci podziękowała. – odparłam zjadliwie, odwracając się od niego.
Nic nie powiedział, kiedy podeszłam do barierki, by spojrzeć na widoki. Po chwili wahania podążył za mną. Oparłam się o nią, wychylając się jak najdalej mogłam. Nie było wyjątkowo jasno, ale gwiazdy zdążyły już zniknąć.
- Pięknie tu jest. – szepnął cicho chłopak, stając blisko mnie.
Przytaknęłam mu, starając się na niego nie patrzeć. Przed nami rozpościerał się widok na las, a w głębi pobłyskiwały jeziora. Mimo wczesnej pory miałam wrażenie, że wszystko już tętni życiem. Zamknęłam oczy, mimowolnie uśmiechając się pod nosem.
Pragnęłam choć na chwilę zapomnieć o nieznośnie przyśpieszonym tętnie serca. O poczuciu winy, które przygniatało mnie coraz bardziej, z każdym spojrzeniem, z każdym słowem wymienionym z Sergiem. Spojrzałam na dłonie zaciśnięte na poręczy. A może po prostu jestem głupia? Może tylko sobie to wszystko ubzdurałam?
- Po kiego za mną polazłeś? – warknęłam trochę ostrzej niż zamierzałam.
- Nie wiem. – odpowiedział cicho.
Uniosłam brwi w geście zdziwienia, ale usta miałam zaciśnięte z zniesmaczenia. Miałam wrażenie, że otacza mnie gorące powietrze.
- Jak to nie wiesz? – spytałam surowo, obrzucając go podirytowanym spojrzeniem. Moja twarz nieznacznie złagodniała, gdy chłopak podniósł głowę schowaną w ramionach i spojrzał na mnie błagalnie.
Nie, Blanca. Ubzdurałaś to sobie.
- Po prostu czułem, że muszę za tobą iść. – powiedział, a głos lekko mu się załamał. Powoli się wyprostował, a ja śledziłam uważnie mimikę jego twarzy. – Blanca, proszę posłuchaj mnie.
Zrobiłam krok do tyłu, kręcąc z niedowierzaniem głową.
- Musimy wracać, zaraz zaczną się martwić. – rzuciłam zdawkowo, obracając się. Wiedziałam, że postępuję okrutnie, nawet nie w stosunku do Sergia, tylko do siebie. Wzrok powoli zachodził mi mgłą.
Jednak on, wbrew moim myślom, chwycił mnie za nadgarstek i zmusił, bym się odwróciła. Obrzuciłam go naglącym spojrzeniem, prosząc by nic nie dostrzegł w moich oczach. Zacisnęłam zęby w geście zdenerwowania.
- Blanca, błagam. – widząc jego zdesperowany wzrok, rozluźniłam mięśnie i pozwoliłam, by moja dłoń opadła. – Ja wiem, Blanca. Ja wiem. – spuścił głowę. – Zachowywałem się jak ostatni idiota. Nie, nadal się tak zachowuję. Daję się wszystkim podpuszczać, ranię swoim postępowaniem wszystkich, których chciałbym chronić. Jakbym nie wiedział czego chcę. – otworzyłam usta, chcąc mu przerwać. Serce waliło mi nieznośnie. Muszę to przerwać. Spróbowałam wyrwać rękę z jego uchwytu, ale jedynie przytrzymał mnie mocniej. – Ale ja od początku wiedziałem, czego pragnę. – spojrzał mi prosto w oczy. – Ciebie.
Zapadła napięta cisza.
Nie wiem, czemu tak bardzo chciałam się rozpłakać. Nie wiem, czemu udało mi się to powstrzymać. Masz rację, nie zmuszasz się. Tylko się wzbraniasz. Szkoda, że masz rację Riccardo. Ale tak będzie lepiej.
- Puszczaj mnie. - Mój głos przeszył ciszę jak ostry miecz. Sergio spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
- Blanca… - wydusił, puszczając powoli moją dłoń.
- Daruj sobie. – powiedziałam beznamiętnie. – Nie wiem, czy jesteś głupi, czy ślepy. – stwierdziłam, obdarzając go chłodnym spojrzeniem.
Rozszerzył oczy, w których błysnął strach. Zamknęłam swoje, odwracając się do niego plecami. Ruszyłam przed siebie, wyprostowana i z głową wysoko uniesioną. Zatrzymałam się dopiero po kilku krokach.
- Rusz się, bo inni się skapną, że nas nie ma.
Idąc dalej, usłyszałam za sobą jego kroki.
Najwyraźniej w tamtym momencie okazałam się silniejsza, niż przypuszczałam. Takie uczucia są przelotne. Nie postawię ich ponad przyjaźń. Nie warto.
***
Kolejny dzień minął normalnie, podobnie jak poprzedni. Oboje z Sergiem graliśmy najlepiej jak umieliśmy, starając się nie wytwarzać sztucznego napięcia. On jak zwykle łaził wszędzie z Constanzą, a ona wpatrywała się w niego swoimi dużymi, brązowymi oczami. Nie miałam serca, by zwierzać się jej z tej historii. Albo po prostu nie wiedziałam jak.
 W ostatni dzień, pogoda dopisała najbardziej, a co za ty szło, zdążyliśmy wypożyczyć ostatnią żaglówkę. Niestety czteroosobową.
Sergio od razu na nią wskoczył i pomógł Constanzie wsiąść. Tradycyjnie spojrzał na mnie, ale nim zdążył cokolwiek powiedzieć, zamknął usta i uśmiechnął się do Cristiny. 
- No to może dla odmiany, wy popłyniecie z nami? – spytał.
- No… jasne! – dziewczyna szybko załapała i uchwyciła Riccardo pod ramię. – Ricc, płyń z nami. Przyda nam się jeszcze jeden silny facet.
Chłopak widocznie chciał oponować, ale Cristina zastawiła jego męski honor, więc bez słów sprzeciwu wskoczył na pokład. Gdy odpływali, obrzucił mnie pytającym, zatroskanym spojrzeniem.
- Na pewno możemy płynąć bez was? – spytał.
W odpowiedzi tylko uniosłam kciuki, szczerząc się.
- Spokojnie, miejsce dla szczurów lądowych to ląd! – odkrzyknęła im Nicola, machając wesoło.
Ich łódka stała się po kilku minutach tylko białym punktem na tafli jeziora.
- A teraz… - dziewczyna przeniosła wzrok na mnie. – Ktoś mi łaskawie powie jakie dramaty zdążyły się rozegrać, gdy nie było mnie w pobliżu?
- Żadne dramaty. – prychnęłam, rysując coś nogą w piasku. – Najwyraźniej Sergio stwierdził, że można popłynąć w innym składzie.
Nicola uniosła jedną brew.
- Aha. – mruknęła tylko, znów spoglądając na żeglujących przyjaciół. – Tak swoją drogą, nie pytałam o Sergia, tylko o Constanzę. – dodała, kładąc dłoń na moim ramieniu. – Ale uszanuję, że sama musisz rozwiązać pewne sprawy.
Po tych słowach odeszła w stronę portu.
- Nico… - rzuciłam przeciągle w jej stronę. Szatynka miała ten swój przerażająco spokojny wyraz twarzy, którym zawsze obdarzała zarówno przyjaciół jak i wrogów, gdy się czegoś domyśliła. Po latach spędzonych z nią nauczyłam się, że to wcale nie jest przejaw ignorancji.
Dziewczyna jednak wykonała przywołujący gest dłonią, uśmiechając się.
- Idziemy na gofry? – spytała wesoło. – Ja stawiam!
Uśmiechnęłam się pod nosem, kręcąc głową. Ruszyłam biegiem w stronę budki, zwalniając przy Nico, by pacnąć ją w ramię.
- Jak dobiegnę pierwsza, kupujesz mi tego najbardziej wypasionego!
***
- Jak to szybko zleciało! – jęknęła Cristina, odchylając się do tyłu na pniaku i upadając plecami w trawę. – Przecież dopiero co przyjechaliśmy!
- Jęczysz jak dziecko. – zaśmiała się Nicola, dmuchając na pianki nadziane na kijek. – A wyglądasz co najmniej jakby to wakacje dobiegały końca.
- W sumie to mam wrażenie jakby był pierwszy wieczór. – westchnął Riccardo. – Takie deja-vu z tym ogniskiem.
- Ogniska to tradycja. – rzekła Constanza. – Żaden wyjazd się bez takiego nie udaje.
- Bardziej chodziło mi żeby zrobić coś kreatywniejszego.
- Przykro mi, ale nie wszyscy widzą cokolwiek więcej w gwiazdach niż gwiazdy, stary. – rzucił Sergio.
Zmroziliśmy go z Riccardo spojrzeniem, praktycznie w tym samym momencie. Po takich tekstach jak ten, poddawałam w zwątpienie, czy na pewno jestem o zdrowych zmysłach, że podoba mi się taki idiota.
- No już, już. – Cristi pomachała na nas dłonią. – Macie jeszcze całe wakacje beze mnie do kłócenia się. – uśmiechnęła się pojednawczo. – A co powiecie na test odwagi?
-  Test odwagi? – Constanza zmarszczyła brwi.
- Pewnie jej chodzi o pójście do lasu, znalezienie czegoś i wrócenie. – rzuciłam, przypominając sobie jeden z takich filmów o nastolatkach.
- Dokładnie. – przytaknęła pomysłodawczyni.
- Brzmi niegłupio.
- Zacznie brzmieć, jak ktoś spotka niedźwiedzia.
- To my tu mamy niedźwiedzie? – spytała Constanza z błyskiem w oku.
- Nawet o tym nie myśl. – powiedziałam, ściągając ją na ziemię.
- Nawet nie wiesz o czym myślę!
- Może to i lepiej. – uśmiechnęłam się do niej szelmowsko. – Najlepiej po prostu o tym nie myśl.
- Ale to może być niezły…
- Nikt nie będzie tu łapał i ujeżdżał niedźwiedzi! – burknęła Nicola, patrząc się na nią z niedowierzaniem.
- NAWET NIC NIE POWIEDZIAŁAM! – rzuciła Constanza z oburzeniem.
- Zaczęło się od rozmowy o teście odwagi, a skończyło na niedźwiedziach. Czy to jakaś klątwa? – powiedział cicho Riccardo, chowając twarz w dłoniach.
Spojrzałam po przyjaciołach – rozmowa zmierzała w coraz to dziwniejszym kierunku – i wybuchłam śmiechem. Cristina spojrzała na mnie i dołączyła. W końcu zarówno chłopcy i „dyskutujące” roześmiali się do łez.
- No to… - zaczęła po dłuższej chwili Cristina, ocierając łzę. – Kto idzie pierwszy?
***
- Ja wam mówię, popamiętacie moje słowa. – burknął Riccardo. – To był bardzo zły pomysł.
- Na pewno nie gorszy od ujeżdżania niedźwiedzi. – rzuciłam ze śmiechem, a następnie Constanza dopadła mnie i zaczęła podduszać.
- Ja jakoś poszłam i wróciłam w całości. – stwierdziła Cristina, która koniec końców, pozostawiona bez wyboru ruszyła pierwsza. – Spokojnie, Riccardo. Nico to harcerska. A to takie harpagony, że mogli być żyć w lesie.
- Wiesz, Crist. – odezwał się Sergio. – Chciałbym podzielać twój entuzjazm, ale…
- E-e. Żadnych „ale”. – burknęła dziewczyna, grożąc mu palcem. – Miałam cię za optymistę, Sergio.
- Ależ on nim jest, Cristino. – powiedział Riccardo, a w jego tonie wyczułam chęć do zaczepek. – Tylko też w końcu spojrzał na zegarek. 
- To znaczy? – Constanza zmarszczyła czoło, wpatrując się w kumpla.
- Cristinie ta trasa zajęła jakieś 20 minut. – powiedział rzeczowo. – A tej nie ma od prawie 40 minut.
- Oj, nie dramatyzuj, Ricc. – stwierdziłam, choć głos lekko mi zadrżał. – Wiesz jaka jest Nico. Żyje we własnym świecie. Na pewno zaraz wróci i rzuci jakimś tekstem, tym swoim przeszywającym, opanowanym głosem.
- Szczerze, jak tak na to patrzeć, to… - Cristina potarła brodę. – Sądzę, że powinniśmy dać jej jeszcze jakieś 20 min, a potem spróbować coś zdziałać.
- Tsa, już widzę to akcję ratunkową z bożej łaski. – mruknął Riccardo, ale nic więcej nie mówił, nawet po tym jak wbiłam mu łokieć w żebra.
Kolejne minuty upłynęły nam w praktycznie zupełnej ciszy, a z lasu nie dobiegały żadne dźwięki, które co najmniej miałyby świadczyć, że ktoś się zbliża.
- No kurde, zaraz zejdę na zawał! – Constanza gwałtownie wyrzuciła ramiona do góry. – Ruszajcie dupy, idziemy jej szukać!
- Na zawał, to za chwilę zejdziemy przez twoje wrzaski. – westchnął Riccardo, podnosząc się z ziemi. – Trzeba do tego podejść taktycznie.
- Z tego co wiem, mamy ze dwie latarki. – powiedziałam.
- Przynajmniej tyle. – cmoknął z niezadowoleniem. – Reszta będzie świecić telefonami. Może słaba rada, ale jak coś to łapcie zasięg.
- Bardzo śmieszne, panie taktyku. – prychnął Sergio, spoglądając na otaczające nas strzeliste świerki. – Jeszcze jakieś rady?
- Starajcie się nie rozdzielać, przynajmniej dopóki sytuacja nie będzie krytyczna. – dodał Ricc, siląc się na spokój. – A teraz chodźcie. Mam nadzieję, że Nico pomyślała na tyle, że stoi pod jednym drzewem, a nie kręci się w kółko.
***
Las w nocy wygląda inaczej. Nie chodzi wcale o to, że jest ciemno. Czuje się na swoich plecach setki spojrzeń od stworzeń, które nie widzisz. Spoglądałam na to co oświetlała latarka. Inaczej ciemność wydawała się być jeszcze mroczniejsza.
- Nicola! – Constanza niestrudzenie wołała koleżankę, jako jedyna z naszej piątki. Przynajmniej ona nadal była pewna, że Nicola gdzieś tu jest.
Ja z kolei miałam coraz mroczniejsze sceny w głowie. Że Nicola jest gdzieś bardzo daleko od nas. Przeszły mnie ciarki. Gdy chodzisz sam po lesie przed świtem jest tak spokojnie. Teraz, w całkowitych ciemnościach, spokój wydaje się być zwiastunem tylko czegoś złego.
- Dobra ludzie. – Riccardo mówił szeptem, ale nikt nie oponował. – Jesteśmy na środku szlaku. Warto byłoby się rozdzielić.
- No w końcu. Wszystkie inne taktyki poszły się paść. – prychnęła Constanza.
- Wszyscy mają jakieś zegarki i oświetlenie? – spytałam, patrząc się po towarzyszach. – To świetnie. Spotykamy się za góra pół godziny w tym miejscu.
- Tylko nie schodźcie za bardzo ze szlaku, jeśli to nie jest potrzebne. – rzuciła jeszcze Cristina.
- No to idziemy.
Odwróciliśmy się do własnych dróg, kiwając sobie głową na odchodnym. Spojrzałam w otchłań lasu. Nie wierzę, że to robię. Zdrowy rozsądku, gdzie jesteś? A no tak. Właśnie po to szukamy Nicoli.
- Czy was już do końca powaliło? – jęknął Sergio. – Nikt z was nie oglądał horrorów? Zawsze ktoś ginie, gdy się bohaterowie się rozdzielają!
- Nie wrzeszcz tak, bo obudzisz wszystkie niedźwiedzie. – syknęłam pod nosem, ruszając wzdłuż ścieżki.
- Wypomnę ci to kiedyś. – rzuciła jeszcze na odchodnym Constanza, starając się nie zanieść śmiechem.
Po kilku chwilach światła latarek moich przyjaciół stały się jedynie wspomnieniem.
- NICOLA! – zaczęłam nawoływać.
***
Po upływie 30 minut stawiłam się w odpowiednim punkcie.
- O jesteś. – Riccardo skinął na mnie głową. Constanza pomachała mi dłonią. Nadal nie było ani widać, ani słychać Sergia i Cristiny. A przede wszystkim samej poszukiwanej.
Po kilku minutach, zza zarośli wypadł chłopak i zamrugał gwałtownie, widząc nas, jakby nie wierzył, że znalazł drogę z powrotem. Zaszczyciłam go przelotnym spojrzeniem, ale to Constanza dostrzegła więcej niż ja.
- Sergio, nic ci nie jest? – dopadła do niego, patrząc się z przestrachem. Teraz nawet ja i Riccardo obrzuciliśmy go uważniejszym wzrokiem.
- Ta, wszystko gra. – wydusił, strzepując liście z ubrania. – Tylko tak trochę grunt uciekł mi spod nóg.
Siedliśmy w milczeniu na trawie, czekając na Cristinę.
Tylko, że ona nie wróciła.
- Widzicie! Mówiłem wam! – Sergio zerwał się w pewnym momencie na równe nogi. – I pewnie ja będę następny!
- Boże, człowieku ogarnij się. – Riccardo posłał mu rozbawione spojrzenie. – Chociaż przyznaję, plan nie zakładał, że poszukiwacz stanie się poszukiwanym.
- Czyli co, teraz plan B? – spytał podejrzliwie Sergio.
- Technicznie to powinien być plan G. – prychnęłam, licząc na palcach podjęte przez nas taktyki.
- Jak dużo, do cholery, mamy tych planów? – rzuciła Constanza z niedowierzaniem. – Jest plan M?
- Owszem, w nim umiera Sergio. – odpowiedziałam z całkowitą powagą.
- Podoba mi się plan M. – Riccardo pokiwał głową z zadowoleniem. – Możemy od razu do niego przeskoczyć.
- A tak na serio? – Sergio zmrużył oczy.
- A tak na serio, to się znowu rozdzielamy, prawda? – Constanza spojrzała na mnie. – I pewnie pójdziemy w stronę, w którą udała się Cristi?
Spojrzeliśmy po sobie z Riccardo.
- Niezła jest.
- Błagam, nie tylko wy oglądacie filmy akcji. – prychnęła wyniośle, uśmiechając się szelmowsko.
***
Przedzierałam się przez podszycie lasu, ignorując trawy muskające moje łydki, starając się jednocześnie nie podskakiwać za każdym razem, gdy trzaskała jakaś gałązka. Podświetliłam telefon, zaciskając oczy, gdy jasność ekranu poraziła moje oczy. Dochodziła pierwsza rano. Świetnie.
Odczekałam chwilę, by moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności i ruszyłam dalej. Nie potrzebowałam latarki. Od dziecka chodziłam po ciemku w terenie, szukając najlepszego miejsca na teleskop. Gdy przed oczami znów stanęło mi wspomnienie z dzieciństwa, gdy pierwszy raz przedzierałam się przez wzgórza otaczające Manarolę, uśmiechnęłam się pod nosem i spojrzałam w niebo.
Gwiazdy wyglądały inaczej niż w domu.
Przestań, zganiłam się w myślach. Znowu zapatrzysz się w niebo i zapomnisz o bożym świecie.
Zatrzymałam się na chwilę, obracając o 360*. Oblał mnie zimny pot. Wiedziałam skąd przyszłam, lecz nie wiedziałam jak wrócić. Do ogarniającego mnie chłodu, doszedł jeszcze dreszcz i przyśpieszone bicie serca.
Blanca, kurde no. Jak się zgubię jak skończona idiotka, to przyrzekam, że sama sobie przywalę. Rozejrzałam się jeszcze raz. Chyba oberwę sama od siebie.
Spojrzałam w gwiazdy z przyzwyczajenia. Dostrzegłam od razu kilka gwiazdozbiorów, więc od razu się uśmiechnęłam. Kosmos był niczym kojące wszystkie zmartwienia ciepło, które przeczy rzeczywistemu chłodowi jaki na nas roztacza. Wyciągnęłam rozpostartą dłoń ku niebu, patrząc na gwiazdy przez palce.
Wydajesz się być tak blisko, a tak naprawdę jesteś nieuchwytny.
Uśmiechnęłam się, przypominając sobie stare zdanie, które odczytałam w pierwszej książce na temat gwiazd jaką kiedykolwiek przeczytałam. Było zapisane ołówkiem na pierwszej stronie, najwyraźniej zrobił to mój poprzednik, który oddał księgę do biblioteki.
Choć spoglądamy na te same gwiazdy, widzimy zadziwiająco różne rzeczy.
Moje usta ułożyły się powoli w rozmarzony uśmiech, a w zielonych oczach odbijały się setki gwiazd. Spojrzałam na swoją rozpostartą dłoń, powoli ją opuszczając aż w końcu zatrzymałam ją gwałtownie, gdy mój palec wskazywał pewną gwiazdę.
Gwiazdę Polarną.
No przecież.
Mogłam przysiąc, że w moich oczach coś błysnęło, a ja zerwałam się w odpowiednim kierunku. Czułam, że jest odpowiedni. Nie, wiedziałam, że jest. Gwiazdy w końcu nie kłamią.
***
Dotarłam do punktu obserwacyjnego. Rozsunęłam ostatnie gałęzie oddzielające mnie od pewnej drogi, ale nim zdążyłam wysunąć twarz na światło księżyca, usłyszałam trzaski i zduszony okrzyk. Wrzasnęłam, gwałtownie się cofając. Krzyknęła ponownie, potykając się o korzeń i lądując w zaroślach.
Czekałam, schowana w trawie z bijącym szaleńczo sercem, a w mojej głowie kroki rozbrzmiewały coraz bardziej.
Jednak uspokoiłam się od razu, gdy chłopak rozpostarł gałęzie tuż przede mną. Uśmiechnęłam się ulgą, mając wrażenie, że jeszcze nigdy nie cieszyłam się tak bardzo, że go widzę.
- Blanca? – Riccardo wytrzeszczył oczy, widząc mnie w krzakach, ale od razu wyciągnął rękę w moją stronę.
- Ricc! – wyszczerzyłam się, chwytając go za przegub. Chłopak znów postawił mnie do pionu. – Widzę, że nie tylko ja zbłądziłam trochę bardziej niż powinnam.
- Nie zbłądziłem. – roześmiał się. – Po prostu poszedłem śladem gwiazd. – dodał, opierając się tyłem o barierkę. Odchylił głowę do tyłu, spoglądając w gwiazdy. Stanęłam przed nim, widząc odbijające się światła w jego brązowych oczach. – Raaaany, trzeba było brać chociaż lunetę!
- Miałam brać, tylko… - przeczesałam dłonią włosy. – Tylko rodzice stwierdzili, że to byłoby uzależnienie. – dokończył ze mną chłopak.
- U mnie to samo. – uśmiechnął się ze zrozumieniem. Wybuchliśmy śmiechem. – Sądzisz, że jak jeszcze przez chwilę powgapiamy się w niebo to na nas nawrzeszczą.
Uśmiechnęłam się, kręcąc głową z niedowierzania. Podeszłam do niego, i przytrzymując się jego ramienia, wskoczyłam na barierkę.
- Doskonale wiesz, że w naszym przypadku nie kończy się tylko na minutach.
Udał, że chce mnie zepchnąć. Zaśmiałam się jeszcze pod nosem i wlepiłam wzrok w niebo. Przez pewien czas słyszałam tylko nasze spokojne oddechy i świerszcze. Właśnie. Spokój. Z nim zawsze czuję się taka spokojna. I nawet tkwienie w nocy, w środku lasu w jakimś punkcie widokowym i wpatrywanie się gwiazdy było kojące.
- Wiesz, Blanca… - zaczął po dłuższej chwili, głosem zachrypniętym od milczenia. – Nie chcę psuć chwili, ani nic…
- Akurat ty jesteś jedną z tych niewielu osób, których jeszcze nie mam dosyć.
- Dziękuję, czuję się zaszczycony. – prychnął. – Chodzi o to, że… Wszystko w porządku?
- To znaczy? – spojrzałam na niego pytająco.
- Mam wrażenie, że ten wyjazd ci nie służy. – stwierdził rzeczowo. – Chodzisz trzeci dzień praktycznie bez snu, nie gadasz praktycznie z Constanzą i wydzielasz fluidy z morderczymi intencjami ku Sergiowi.
- Skąd wiesz jakie to fluidy? – uniosłam brwi z rozbawieniem.
- Bo sam wydzielam takie 24/7 – zaśmiał się. – Ale nie zmieniaj tematu. Martwię się o ciebie i tyle. – spojrzałam na niego przeciągle, a on uciekł spojrzeniem w niebo. – Wiesz… Taka solidarność astronomów-amatorów.
Parsknęłam śmiechem, trącając go ramieniem. Znów spróbował mnie zepchnąć.
- Skąd ty w ogóle wiesz, że nie śpię po nocach? – spytałam po chwili.
- Przy nich nie da się po prostu wyspać. – mruknął. – No i słyszałem jak wychodzisz. Miałem za tobą pójść z kazaniem, że to niebezpieczne, ale cóż… Ktoś mnie ubiegł. Nie chciałem się wtrącać…
- Riccardo. – przerwałam mu, zeskakując z barierki. – Nie byłabym szczęśliwsza, gdybyś się tam „wtrącił”. Ale błagam cię, nic…
- Nie mów? – dokończył. – Blanca, czy ty na serio masz mnie za takiego chama? Nawet jeśli chciałbym dobić jakoś Sergia, na pewno nie zrobię tego twoim kosztem. Masz moje słowo.
- Dziękuję, Ricc. – uśmiechnęłam się do niego. – Powinniśmy już wracać, bo tamci pogubią się, szukając nas.
- Czyli nic się nie stało?
Zatrzymałam się na chwilę i popatrzyłam na chłopaka. Czy mnie naprawdę tak łatwo odczytać, czy on po prostu tak dobrze mnie znał.
- Wszystko w najlepszym porządku.
***
W raptem kilka minut przedarliśmy się przez zarośla i wyszliśmy, mniej więcej, w połowie szlaku na punkt widokowy. Dostrzegliśmy zarys 3 sylwetek postaci, ledwo majaczących się w mroku. Nasi towarzysze zażarcie o czymś dyskutowali, ale w pewnym momencie chłopak postukał Constanzę w ramię i wskazał na nas.
- No ja nie mogę, mówiłam ci, Sergio, że oni się spotkali i wgapiali się w gwiazdy! – Constanza wyrzuciła ramiona do góry w geście zdenerwowania, gdy doszliśmy do połowy drogi.
Spojrzeliśmy po sobie i wybuchliśmy śmiechem. Cristina zakryła twarz dłonią, ale blondynka nie zamierzała odpuścić – podeszła wprost do mnie.
- Czemu się śmiejesz jak przygłup, głupia? – warknęła na mnie. Momentalnie ucichłam. – Czy ty wiesz jak ja się zamartwiałam? – rzuciła jeszcze, tupiąc nogą.
Poczułam jak mięśnie twarzy mi drgają, by ułożyć usta w uśmiech. No tak. To nadal jest moja stara, dobra Constanza, która zamiast się smucić, denerwuje się. Roześmiałam się i przytuliłam ją mocno. Mamrotała coś jeszcze przez chwilę pod nosem, ale od razu odwzajemniła mój uścisk. Po chwili odsunęła mnie od siebie na długość ramion.
- Jak jeszcze raz coś takiego odstawisz, to ci przywalę. – obiecała.
- Zgoda. – przybiłam z nią piątkę, po czym przeniosłam wzrok na Cristinę. – A właśnie! Dobrze widzieć cię z powrotem.
- Dzięki za spostrzegawczość. Ja już taką „nowością” nie jestem, Sergio wpadł na mnie po 5 minutach od waszego rozdzielenia. Teraz szukaliśmy was.
- Myśmy się sami znaleźli. – mruknął Riccardo. – Gorzej, że naszą główną poszukiwaną wcięło nie wiadomo dokąd.
- Proponowałbym jednak już wrócić do domku. – rzucił Sergio. – W końcu to już niedaleko, a wypadałoby sprawdzić, czy Nicola sama nie wróciła na miejsce.
Przytaknęliśmy, wprowadzając już chyba plan L w życie. Wraz z Constanzą szłyśmy na samym przodzie, dzielnie przedzierając się przez zarośla, Cristina podążała tuż za nami, oświetlając nam drogę, a „mężczyźni” kryli nam tyły. Raptem za zakrętem prowadzącym do naszej chatki, Constanza zatrzymała się gwałtownie.
- Co jest? – syknęłam, przybierając bojową pozycję.
- No ja nie wierzę. – wydusiła, biegnąc w stronę pozostawionego ogniska.
- No w końcu. Myślałam, że się tam zgubiliście! – usłyszałam głos Nicoli.
Roześmiałam się i pobiegłam za przyjaciółką.
- Sądziłam, że takie „testy odwagi” robi się samemu, a nie w piątkę. – rzuciła, patrząc na naszą grupę.
A my w odpowiedzi podeszliśmy do niej i zamknęliśmy w niedźwiedzim uścisku.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz