Rozdział 7
Gwiazdy nas
poprowadzą
Mimo negatywnych odczuć, które wisiały
między mną, a Constanzą nadal siedziałyśmy obok siebie przy ognisku. Zaczęło
się od spokojnej rozmowy na jakiś mało znaczący temat, a skończyło na walki na
miecze zrobione z kijków, które miały iść na pieczenie kiełbasek.
- Głęboko, na dnie mojej duszy… -
zaczęła Constanza niskim głosem, klęcząc na jednym kolanie i chwytając się za
serce w geście bólu. – Jest pewno palące uczucie. Palące uczucie, którego nie
umiem opisać… Palące uczucie, które nie pozwala mi zginąć…
- Człowieku! – przerwałam jej przemowę,
kierując „ostrze” w jej stronę. – Nie. Czymkolwiek jesteś! – tutaj zostałam
obdarzona morderczym spojrzeniem. – Tu już nie chodzi tylko o ludzkość, prawda?
Constanza zaśmiała się złowieszczo pod
nosem, nadal łypiąc na mnie wojowniczym spojrzeniem. Jej kolana drżały, nie
miała siły się podnieść, ale również honoru, by się poddać.
- Jeśli cię pokonam, zniszczę ich
wszystkich. Ich nadzieje, marzenie. WSZYSTKO! Muahaha… - tutaj roześmiała się
złowieszczo, zanosząc się kaszlem i ‘krwią’.
- Lecz nie pozwolę ci na to! –
wykrzyknęłam, wykonując nieokreślony gest dłonią. – Teraz, czuję dusze ich
wszystkich. – rzekłam, przykładając pięść do serca. – Ich pragnienia biją we mnie jak jedno serce. – skierowałam
„ostrze” przed jej twarz. – Pokonam cię w imieniu ich wszystkich!
- Jeśli tylko potrafisz! – Constanza
zerwała się w ostatnim, desperackim ataku, lecz byłam na to doskonale
przygotowana. Ugięłam kolana, napinając mięśnie…
- Przestańcie się wydurniać, bo komuś
stanie się krzywda! – burknęła Nico, wchodząc między nas oraz naszą „walkę” i
wyrwała bez problemu oba kijki. Wpadłam na Constanzę z niemym okrzykiem
zduszenia i runęłyśmy na ziemię.
Reszta grupy zaniosła się śmiechem,
odwracając się od ogniska.
- A finalnym bossem okazała się Soul of
Nico. – ogłosił Riccardo głosem znawcy, nawiązując do Dark Soul 3.
- W ogóle co was wzięło na bohaterskie
gadki? – spytała Cristina, dmuchając na upieczonego ziemniaka. – Brzmiałyście
jakby was wyciągnęli z taniego amerykańskiego komiksu.
- No dzięki. – odparłyśmy w tym samym
momencie, nadal leżąc na ziemi. Spojrzałyśmy po sobie, a ja nie dostrzegłam już
w Constanzie złości. Przybiłyśmy sobie piątkę.
- Jak dla mnie to był idealny scenariusz
nowego filmu z serii Marvel. – rzuciła jeszcze Constanza.
- Szczególnie z uwzględnieniem walki na
kije. – prychnęła Nicola, wrzucając kilka drewienek do ogniska. – A teraz
chodźcie tu bez żadnych szopek, bo ci dwaj zeżrą całe jedzenie w jeden wieczór.
- Wcale nie! – zaprotestował Sergio,
który właśnie wracał do nas, niosąc jeszcze trochę jedzenia. – To, że para
silnych, przystojnych mężczyzn potrzebuje po całym dniu odpowiedniej strawy
jest standardem.
Opadłyśmy na wolnego pniaka, w momencie,
w którym Nicola strzeliła w Sergia plastikowym widelcem. Ten przeleciał tuż nad
naszymi głowami i przemknął obok ucha chłopaka. Nim Sergio zdążył zareagować
czymś więcej niż rozszerzeniem oczu, dziewczyna ukryła twarz za dłonią.
- Czemu dzisiaj wszyscy gadają jakby
byli w RPG-u? – westchnęła.
- Nie martw się, jesteś koksem Nico. –
Riccardo poklepał ją po ramieniu. – W końcu finalny boss to niezła fucha.
- Wiele ludzi użera się z takimi
miesiącami. – dorzucił Sergio, wciskając się między mnie, a Constanzę. Obie
nawet nie zwróciłyśmy na to uwagi – choć zapewne z innych względów.
- Czemu usiadłeś z tacą jedzenia między
dwoma największymi żarłokami? – roześmiał się Riccardo, ale w jego oczach
błysnęło coś na znak wyzwania.
- Muszę troszczyć się o nasze niewiasty.
– powiedział rycersko, a po chwili uchylił się od plastikowego kubka.
Dostrzegłam, że Cristina wyrywa Nicoli opakowanie plastikowych naczyń i kładzie
je w bezpiecznej odległości. – A po za tym jak one wszystko zjedzą to ty nic
nie dostaniesz.
- No dzięki. – prychnął Riccardo,
ściągając pianki ze swojego kijka.
Nabiłam kiełbaskę na swoje „ostrze” i
wpatrzyłam się jak płomienie otulają jedzonko. Ognisko skwierczało przyjemnie,
roztaczając przyjemne ciepełko w chłodnawy letni wieczór. Zamknęłam oczy,
rozkoszując się chwilą. Wokół nas jedyne co się znajdowało to zapuszczony,
drewniany domek, jezioro i las. Świerszcze zaczynały odgrywać swój koncert.
A nad nami błyszczały gwiazdy.
Uśmiechnęłam się jeszcze do siebie, po
czym instynktownie przeniosłam wzrok na przyjaciół, czując, że ktoś się na mnie
patrzy. Riccardo szybko uciekł ode mnie wzrokiem, ale po chwili uśmiechnął się
znacząco i wskazał dyskretnie palcem w górę. Odpowiedziałam tym samym.
W końcu nie tylko ja w tym gronie bawię
się w astronoma.
- Tak w ogóle, ktoś wziął gitarę? –
spytała w pewnym momencie Cristina. – Wypadałoby pośpiewać coś przy ognisku.
Tak by tradycji stała się zadość.
- O takie rzeczy, to się pyta harcerza.
– rzuciła hardo Nicola, kierując się bez słowa w stronę domku. Po chwili wyszła
z gitarą i wróciła na swoje miejsce. Rzuciła mi na kolana śpiewnik. – Ja znam
wszystko na pamięć, znajdźcie coś sobie.
Otworzyłam książeczkę, czując że wszyscy
przysiadają się bliżej. W końcu to 2normalne, chcą coś widzieć. Jednak, czując
na karku oddech Sergia i widząc, że Constanza praktycznie opiera brodę w
zagłębieniu jego ramienia, przyprawia
mnie to o przeszywający dreszcz i jednocześnie kłucie w sercu. A chwilę później
o poczucie winy.
- No to może jakąś szantę? – rzucił
Riccardo do ogółu, ale mogłabym przysiąc, że specjalnie usiadł po mojej prawej,
by mnie ogarnąć.
- Obstawiam, że wszyscy znają
„Hiszpańskie dziewczyny”? – spytała Cristina, nachylając się przez Constanzę.
- Jesteśmy we Włoszech. – zauważył
poważnie Sergio, ale gdy obie dziewczyny obdarzyły go pytającym spojrzeniem,
uśmiechnął się powoli, a jego uśmiech rozszerzał się, jak dziewczyny zdzieliły
go w ramię, wybuchając śmiechem. Jednak poczułam na sobie wzrok chłopaka.
Nico wybawiła mnie od tego dziwnego
przeczucia pierwszymi akordami, a po chwili las rozbrzmiał naszymi wesołymi,
pociesznymi fałszami.
***
Na moje nieszczęście, mam tak
rozstrojony zegar biologiczny przez nocne obserwacje, że umiem zasnąć około 3
rano, więc nim nawet poczułam, że oczy mi się kleją, wszyscy słodko zasnęli i
chrapali w niebogłosy. Pozostało mi wierzyć, że ucichną po pierwszej fazie
głębokiego snu.
Nie wiem ile wytrzymałam, ale w końcu
wysunęłam się spod ciepłej kołderki, mrugając kilkakrotnie by przyzwyczaić się
do względnej ciemności. Był lipiec, słońce już zaczyna rozjaśniać niebo. Miałam
łóżko po środku pokoju, między Constanzą, a Cristiną. Nicola spała pod oknem, a
chłopaki w przeciwległym kącie, przy ścianie.
Podeszłam bezszelestnie (na ile
oczywiście pozwoliły mi te cholerne deski) do okna, zerkając na termometr. Było
względnie ciepło, więc chwyciłam tylko bluzę i wymknęłam się na zewnątrz.
Sama nie wiem, czemu tak zrobiłam. Nie
raz nocowałam z większą grupą i nigdy nie musiałam wymykać się, by odetchnąć od
chrapania i tej ciszy. Ruszyłam spokojnie ścieżką, która, jak powiedzieli
właściciele, doprowadzi nas na najwyższe wzniesienie w terenie, teoretycznie
punkt widokowy. Może to było nierozważne z mojej strony, ale poszłam wzdłuż
niej.
No dobra. „Może” to kiepskie określenie.
„Bardzo nierozważne”. Pocieszyłam się myślą, że się rozjaśnia.
Zasłuchałam się w odgłosy lasu. Byłam do
nich przyzwyczajona. Lubiłam je. Często towarzyszyły mi przez godziny, gdy
postanowiłam zaszyć się gdzieś dalej. Wzięłam głęboki wdech, rozkoszując się
powietrzem.
Ten wyjazd z jednej strony tak bardzo
mnie cieszył, a z drugiej miałam wrażenie, że albo zeżre mnie zazdrość, albo
przygniecie poczucie winy. O opatrzności, dajże mi lekarstwo na te durne
zauroczenia. Doskonale przeczuwałam, że jeśli to pójdzie tym torem, skończy się
źle. Lub jeszcze gorzej.
Zamrugałam gwałtownie, gdy dostrzegłam
tabliczkę z napisem „punkt widokowy”. Rozejrzałam się gwałtownie,
niedowierzając. Na serio tak długo szłam, czy ta trasa jest bardzo krótka?
Cholender, nie wzięłam ze sobą nawet zegarka.
- Dziewczyny nie powinny same chodzić po
lesie w nocy.
Podskoczyłam gwałtownie, mając cholerne
deja-vu. Tym razem jednak nie zdzieliłam
Sergia deskorolką, tylko obróciłam się z dezaprobatą wymalowaną na twarzy,
trzymając dłoń na biodrze.
- Jest jasno. – stwierdziłam, wskazując
brodą na rozjaśnione niebo. – A z naszej dwójki, to znowu ty wychodzisz na tego
złego.
- Ja tu dobry człowiek, poszedłem za
dziewczyną, która lazła sama w las, a tu zero podziękowań. – prychnął,
uśmiechając się.
- Może jakbyś się nie zakradał, tobym ci
podziękowała. – odparłam zjadliwie, odwracając się od niego.
Nic nie powiedział, kiedy podeszłam do
barierki, by spojrzeć na widoki. Po chwili wahania podążył za mną. Oparłam się
o nią, wychylając się jak najdalej mogłam. Nie było wyjątkowo jasno, ale
gwiazdy zdążyły już zniknąć.
- Pięknie tu jest. – szepnął cicho
chłopak, stając blisko mnie.
Przytaknęłam mu, starając się na niego
nie patrzeć. Przed nami rozpościerał się widok na las, a w głębi pobłyskiwały
jeziora. Mimo wczesnej pory miałam wrażenie, że wszystko już tętni życiem.
Zamknęłam oczy, mimowolnie uśmiechając się pod nosem.
Pragnęłam choć na chwilę zapomnieć o
nieznośnie przyśpieszonym tętnie serca. O poczuciu winy, które przygniatało
mnie coraz bardziej, z każdym spojrzeniem, z każdym słowem wymienionym z
Sergiem. Spojrzałam na dłonie zaciśnięte na poręczy. A może po prostu jestem
głupia? Może tylko sobie to wszystko ubzdurałam?
- Po kiego za mną polazłeś? – warknęłam
trochę ostrzej niż zamierzałam.
- Nie wiem. – odpowiedział cicho.
Uniosłam brwi w geście zdziwienia, ale
usta miałam zaciśnięte z zniesmaczenia. Miałam wrażenie, że otacza mnie gorące
powietrze.
- Jak to nie wiesz? – spytałam surowo,
obrzucając go podirytowanym spojrzeniem. Moja twarz nieznacznie złagodniała,
gdy chłopak podniósł głowę schowaną w ramionach i spojrzał na mnie błagalnie.
Nie, Blanca. Ubzdurałaś to sobie.
- Po prostu czułem, że muszę za tobą
iść. – powiedział, a głos lekko mu się załamał. Powoli się wyprostował, a ja
śledziłam uważnie mimikę jego twarzy. – Blanca, proszę posłuchaj mnie.
Zrobiłam krok do tyłu, kręcąc z
niedowierzaniem głową.
- Musimy wracać, zaraz zaczną się martwić.
– rzuciłam zdawkowo, obracając się. Wiedziałam, że postępuję okrutnie, nawet
nie w stosunku do Sergia, tylko do siebie. Wzrok powoli zachodził mi mgłą.
Jednak on, wbrew moim myślom, chwycił
mnie za nadgarstek i zmusił, bym się odwróciła. Obrzuciłam go naglącym
spojrzeniem, prosząc by nic nie dostrzegł w moich oczach. Zacisnęłam zęby w
geście zdenerwowania.
- Blanca, błagam. – widząc jego
zdesperowany wzrok, rozluźniłam mięśnie i pozwoliłam, by moja dłoń opadła. – Ja
wiem, Blanca. Ja wiem. – spuścił głowę. – Zachowywałem się jak ostatni idiota.
Nie, nadal się tak zachowuję. Daję się wszystkim podpuszczać, ranię swoim
postępowaniem wszystkich, których chciałbym chronić. Jakbym nie wiedział czego
chcę. – otworzyłam usta, chcąc mu przerwać. Serce waliło mi nieznośnie. Muszę
to przerwać. Spróbowałam wyrwać rękę z jego uchwytu, ale jedynie przytrzymał
mnie mocniej. – Ale ja od początku wiedziałem, czego pragnę. – spojrzał mi
prosto w oczy. – Ciebie.
Zapadła napięta cisza.
Nie wiem, czemu tak bardzo chciałam się
rozpłakać. Nie wiem, czemu udało mi się to powstrzymać. Masz rację, nie zmuszasz się. Tylko się wzbraniasz. Szkoda, że masz
rację Riccardo. Ale tak będzie lepiej.
- Puszczaj mnie. - Mój głos przeszył
ciszę jak ostry miecz. Sergio spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
- Blanca… - wydusił, puszczając powoli
moją dłoń.
- Daruj sobie. – powiedziałam
beznamiętnie. – Nie wiem, czy jesteś głupi, czy ślepy. – stwierdziłam,
obdarzając go chłodnym spojrzeniem.
Rozszerzył oczy, w których błysnął
strach. Zamknęłam swoje, odwracając się do niego plecami. Ruszyłam przed
siebie, wyprostowana i z głową wysoko uniesioną. Zatrzymałam się dopiero po
kilku krokach.
- Rusz się, bo inni się skapną, że nas
nie ma.
Idąc dalej, usłyszałam za sobą jego
kroki.
Najwyraźniej w tamtym momencie okazałam
się silniejsza, niż przypuszczałam. Takie uczucia są przelotne. Nie postawię
ich ponad przyjaźń. Nie warto.
***
Kolejny dzień minął normalnie, podobnie
jak poprzedni. Oboje z Sergiem graliśmy najlepiej jak umieliśmy, starając się nie
wytwarzać sztucznego napięcia. On jak zwykle łaził wszędzie z Constanzą, a ona
wpatrywała się w niego swoimi dużymi, brązowymi oczami. Nie miałam serca, by
zwierzać się jej z tej historii. Albo po prostu nie wiedziałam jak.
W
ostatni dzień, pogoda dopisała najbardziej, a co za ty szło, zdążyliśmy
wypożyczyć ostatnią żaglówkę. Niestety czteroosobową.
Sergio od razu na nią wskoczył i pomógł
Constanzie wsiąść. Tradycyjnie spojrzał na mnie, ale nim zdążył cokolwiek
powiedzieć, zamknął usta i uśmiechnął się do Cristiny.
- No to może dla odmiany, wy popłyniecie
z nami? – spytał.
- No… jasne! – dziewczyna szybko
załapała i uchwyciła Riccardo pod ramię. – Ricc, płyń z nami. Przyda nam się
jeszcze jeden silny facet.
Chłopak widocznie chciał oponować, ale Cristina
zastawiła jego męski honor, więc bez słów sprzeciwu wskoczył na pokład. Gdy
odpływali, obrzucił mnie pytającym, zatroskanym spojrzeniem.
- Na pewno możemy płynąć bez was? –
spytał.
W odpowiedzi tylko uniosłam kciuki,
szczerząc się.
- Spokojnie, miejsce dla szczurów
lądowych to ląd! – odkrzyknęła im Nicola, machając wesoło.
Ich łódka stała się po kilku minutach
tylko białym punktem na tafli jeziora.
- A teraz… - dziewczyna przeniosła wzrok
na mnie. – Ktoś mi łaskawie powie jakie dramaty zdążyły się rozegrać, gdy nie
było mnie w pobliżu?
- Żadne dramaty. – prychnęłam, rysując
coś nogą w piasku. – Najwyraźniej Sergio stwierdził, że można popłynąć w innym
składzie.
Nicola uniosła jedną brew.
- Aha. – mruknęła tylko, znów
spoglądając na żeglujących przyjaciół. – Tak swoją drogą, nie pytałam o Sergia,
tylko o Constanzę. – dodała, kładąc dłoń na moim ramieniu. – Ale uszanuję, że
sama musisz rozwiązać pewne sprawy.
Po tych słowach odeszła w stronę portu.
- Nico… - rzuciłam przeciągle w jej
stronę. Szatynka miała ten swój przerażająco spokojny wyraz twarzy, którym
zawsze obdarzała zarówno przyjaciół jak i wrogów, gdy się czegoś domyśliła. Po
latach spędzonych z nią nauczyłam się, że to wcale nie jest przejaw ignorancji.
Dziewczyna jednak wykonała przywołujący
gest dłonią, uśmiechając się.
- Idziemy na gofry? – spytała wesoło. –
Ja stawiam!
Uśmiechnęłam się pod nosem, kręcąc
głową. Ruszyłam biegiem w stronę budki, zwalniając przy Nico, by pacnąć ją w
ramię.
- Jak dobiegnę pierwsza, kupujesz mi
tego najbardziej wypasionego!
***
- Jak to szybko zleciało! – jęknęła
Cristina, odchylając się do tyłu na pniaku i upadając plecami w trawę. –
Przecież dopiero co przyjechaliśmy!
- Jęczysz jak dziecko. – zaśmiała się
Nicola, dmuchając na pianki nadziane na kijek. – A wyglądasz co najmniej jakby
to wakacje dobiegały końca.
- W sumie to mam wrażenie jakby był
pierwszy wieczór. – westchnął Riccardo. – Takie deja-vu z tym ogniskiem.
- Ogniska to tradycja. – rzekła
Constanza. – Żaden wyjazd się bez takiego nie udaje.
- Bardziej chodziło mi żeby zrobić coś
kreatywniejszego.
- Przykro mi, ale nie wszyscy widzą
cokolwiek więcej w gwiazdach niż gwiazdy, stary. – rzucił Sergio.
Zmroziliśmy go z Riccardo spojrzeniem,
praktycznie w tym samym momencie. Po takich tekstach jak ten, poddawałam w
zwątpienie, czy na pewno jestem o zdrowych zmysłach, że podoba mi się taki
idiota.
- No już, już. – Cristi pomachała na nas
dłonią. – Macie jeszcze całe wakacje beze mnie do kłócenia się. – uśmiechnęła
się pojednawczo. – A co powiecie na test odwagi?
-
Test odwagi? – Constanza zmarszczyła brwi.
- Pewnie jej chodzi o pójście do lasu,
znalezienie czegoś i wrócenie. – rzuciłam, przypominając sobie jeden z takich
filmów o nastolatkach.
- Dokładnie. – przytaknęła
pomysłodawczyni.
- Brzmi niegłupio.
- Zacznie brzmieć, jak ktoś spotka
niedźwiedzia.
- To my tu mamy niedźwiedzie? – spytała
Constanza z błyskiem w oku.
- Nawet o tym nie myśl. – powiedziałam,
ściągając ją na ziemię.
- Nawet nie wiesz o czym myślę!
- Może to i lepiej. – uśmiechnęłam się
do niej szelmowsko. – Najlepiej po prostu o tym nie myśl.
- Ale to może być niezły…
- Nikt nie będzie tu łapał i ujeżdżał
niedźwiedzi! – burknęła Nicola, patrząc się na nią z niedowierzaniem.
- NAWET NIC NIE POWIEDZIAŁAM! – rzuciła
Constanza z oburzeniem.
- Zaczęło się od rozmowy o teście
odwagi, a skończyło na niedźwiedziach. Czy to jakaś klątwa? – powiedział cicho
Riccardo, chowając twarz w dłoniach.
Spojrzałam po przyjaciołach – rozmowa
zmierzała w coraz to dziwniejszym kierunku – i wybuchłam śmiechem. Cristina
spojrzała na mnie i dołączyła. W końcu zarówno chłopcy i „dyskutujące” roześmiali
się do łez.
- No to… - zaczęła po dłuższej chwili
Cristina, ocierając łzę. – Kto idzie pierwszy?
***
- Ja wam mówię, popamiętacie moje słowa.
– burknął Riccardo. – To był bardzo zły pomysł.
- Na pewno nie gorszy od ujeżdżania
niedźwiedzi. – rzuciłam ze śmiechem, a następnie Constanza dopadła mnie i
zaczęła podduszać.
- Ja jakoś poszłam i wróciłam w całości.
– stwierdziła Cristina, która koniec końców, pozostawiona bez wyboru ruszyła
pierwsza. – Spokojnie, Riccardo. Nico to harcerska. A to takie harpagony, że
mogli być żyć w lesie.
- Wiesz, Crist. – odezwał się Sergio. –
Chciałbym podzielać twój entuzjazm, ale…
- E-e. Żadnych „ale”. – burknęła
dziewczyna, grożąc mu palcem. – Miałam cię za optymistę, Sergio.
- Ależ on nim jest, Cristino. – powiedział
Riccardo, a w jego tonie wyczułam chęć do zaczepek. – Tylko też w końcu
spojrzał na zegarek.
- To znaczy? – Constanza zmarszczyła
czoło, wpatrując się w kumpla.
- Cristinie ta trasa zajęła jakieś 20
minut. – powiedział rzeczowo. – A tej nie ma od prawie 40 minut.
- Oj, nie dramatyzuj, Ricc. –
stwierdziłam, choć głos lekko mi zadrżał. – Wiesz jaka jest Nico. Żyje we
własnym świecie. Na pewno zaraz wróci i rzuci jakimś tekstem, tym swoim
przeszywającym, opanowanym głosem.
- Szczerze, jak tak na to patrzeć, to… -
Cristina potarła brodę. – Sądzę, że powinniśmy dać jej jeszcze jakieś 20 min, a
potem spróbować coś zdziałać.
- Tsa, już widzę to akcję ratunkową z
bożej łaski. – mruknął Riccardo, ale nic więcej nie mówił, nawet po tym jak
wbiłam mu łokieć w żebra.
Kolejne minuty upłynęły nam w
praktycznie zupełnej ciszy, a z lasu nie dobiegały żadne dźwięki, które co
najmniej miałyby świadczyć, że ktoś się zbliża.
- No kurde, zaraz zejdę na zawał! –
Constanza gwałtownie wyrzuciła ramiona do góry. – Ruszajcie dupy, idziemy jej
szukać!
- Na zawał, to za chwilę zejdziemy przez
twoje wrzaski. – westchnął Riccardo, podnosząc się z ziemi. – Trzeba do tego
podejść taktycznie.
- Z tego co wiem, mamy ze dwie latarki.
– powiedziałam.
- Przynajmniej tyle. – cmoknął z
niezadowoleniem. – Reszta będzie świecić telefonami. Może słaba rada, ale jak
coś to łapcie zasięg.
- Bardzo śmieszne, panie taktyku. –
prychnął Sergio, spoglądając na otaczające nas strzeliste świerki. – Jeszcze
jakieś rady?
- Starajcie się nie rozdzielać,
przynajmniej dopóki sytuacja nie będzie krytyczna. – dodał Ricc, siląc się na
spokój. – A teraz chodźcie. Mam nadzieję, że Nico pomyślała na tyle, że stoi
pod jednym drzewem, a nie kręci się w kółko.
***
Las w nocy wygląda inaczej. Nie chodzi
wcale o to, że jest ciemno. Czuje się na swoich plecach setki spojrzeń od
stworzeń, które nie widzisz. Spoglądałam na to co oświetlała latarka. Inaczej
ciemność wydawała się być jeszcze mroczniejsza.
- Nicola! – Constanza niestrudzenie
wołała koleżankę, jako jedyna z naszej piątki. Przynajmniej ona nadal była
pewna, że Nicola gdzieś tu jest.
Ja z kolei miałam coraz mroczniejsze
sceny w głowie. Że Nicola jest gdzieś bardzo daleko od nas. Przeszły mnie ciarki.
Gdy chodzisz sam po lesie przed świtem jest tak spokojnie. Teraz, w całkowitych
ciemnościach, spokój wydaje się być zwiastunem tylko czegoś złego.
- Dobra ludzie. – Riccardo mówił
szeptem, ale nikt nie oponował. – Jesteśmy na środku szlaku. Warto byłoby się
rozdzielić.
- No w końcu. Wszystkie inne taktyki
poszły się paść. – prychnęła Constanza.
- Wszyscy mają jakieś zegarki i
oświetlenie? – spytałam, patrząc się po towarzyszach. – To świetnie. Spotykamy
się za góra pół godziny w tym miejscu.
- Tylko nie schodźcie za bardzo ze
szlaku, jeśli to nie jest potrzebne. – rzuciła jeszcze Cristina.
- No to idziemy.
Odwróciliśmy się do własnych dróg,
kiwając sobie głową na odchodnym. Spojrzałam w otchłań lasu. Nie wierzę, że to
robię. Zdrowy rozsądku, gdzie jesteś? A no tak. Właśnie po to szukamy Nicoli.
- Czy was już do końca powaliło? –
jęknął Sergio. – Nikt z was nie oglądał horrorów? Zawsze ktoś ginie, gdy się
bohaterowie się rozdzielają!
- Nie wrzeszcz tak, bo obudzisz
wszystkie niedźwiedzie. – syknęłam pod nosem, ruszając wzdłuż ścieżki.
- Wypomnę ci to kiedyś. – rzuciła
jeszcze na odchodnym Constanza, starając się nie zanieść śmiechem.
Po kilku chwilach światła latarek moich
przyjaciół stały się jedynie wspomnieniem.
- NICOLA! – zaczęłam nawoływać.
***
Po upływie 30 minut stawiłam się w
odpowiednim punkcie.
- O jesteś. – Riccardo skinął na mnie
głową. Constanza pomachała mi dłonią. Nadal nie było ani widać, ani słychać
Sergia i Cristiny. A przede wszystkim samej poszukiwanej.
Po kilku minutach, zza zarośli wypadł
chłopak i zamrugał gwałtownie, widząc nas, jakby nie wierzył, że znalazł drogę
z powrotem. Zaszczyciłam go przelotnym spojrzeniem, ale to Constanza dostrzegła
więcej niż ja.
- Sergio, nic ci nie jest? – dopadła do
niego, patrząc się z przestrachem. Teraz nawet ja i Riccardo obrzuciliśmy go
uważniejszym wzrokiem.
- Ta, wszystko gra. – wydusił,
strzepując liście z ubrania. – Tylko tak trochę grunt uciekł mi spod nóg.
Siedliśmy w milczeniu na trawie,
czekając na Cristinę.
Tylko, że ona nie wróciła.
- Widzicie! Mówiłem wam! – Sergio zerwał
się w pewnym momencie na równe nogi. – I pewnie ja będę następny!
- Boże, człowieku ogarnij się. –
Riccardo posłał mu rozbawione spojrzenie. – Chociaż przyznaję, plan nie
zakładał, że poszukiwacz stanie się poszukiwanym.
- Czyli co, teraz plan B? – spytał
podejrzliwie Sergio.
- Technicznie to powinien być plan G. –
prychnęłam, licząc na palcach podjęte przez nas taktyki.
- Jak dużo, do cholery, mamy tych
planów? – rzuciła Constanza z niedowierzaniem. – Jest plan M?
- Owszem, w nim umiera Sergio. –
odpowiedziałam z całkowitą powagą.
- Podoba mi się plan M. – Riccardo
pokiwał głową z zadowoleniem. – Możemy od razu do niego przeskoczyć.
- A tak na serio? – Sergio zmrużył oczy.
- A tak na serio, to się znowu
rozdzielamy, prawda? – Constanza spojrzała na mnie. – I pewnie pójdziemy w
stronę, w którą udała się Cristi?
Spojrzeliśmy po sobie z Riccardo.
- Niezła jest.
- Błagam, nie tylko wy oglądacie filmy
akcji. – prychnęła wyniośle, uśmiechając się szelmowsko.
***
Przedzierałam się przez podszycie lasu,
ignorując trawy muskające moje łydki, starając się jednocześnie nie podskakiwać
za każdym razem, gdy trzaskała jakaś gałązka. Podświetliłam telefon, zaciskając
oczy, gdy jasność ekranu poraziła moje oczy. Dochodziła pierwsza rano.
Świetnie.
Odczekałam chwilę, by moje oczy
przyzwyczaiły się do ciemności i ruszyłam dalej. Nie potrzebowałam latarki. Od
dziecka chodziłam po ciemku w terenie, szukając najlepszego miejsca na
teleskop. Gdy przed oczami znów stanęło mi wspomnienie z dzieciństwa, gdy
pierwszy raz przedzierałam się przez wzgórza otaczające Manarolę, uśmiechnęłam
się pod nosem i spojrzałam w niebo.
Gwiazdy wyglądały inaczej niż w domu.
Przestań, zganiłam się w myślach. Znowu
zapatrzysz się w niebo i zapomnisz o bożym świecie.
Zatrzymałam się na chwilę, obracając o
360*. Oblał mnie zimny pot. Wiedziałam skąd przyszłam, lecz nie wiedziałam jak
wrócić. Do ogarniającego mnie chłodu, doszedł jeszcze dreszcz i przyśpieszone
bicie serca.
Blanca,
kurde no. Jak się zgubię jak skończona idiotka, to przyrzekam, że sama sobie
przywalę. Rozejrzałam się jeszcze raz. Chyba oberwę sama od siebie.
Spojrzałam w gwiazdy z przyzwyczajenia.
Dostrzegłam od razu kilka gwiazdozbiorów, więc od razu się uśmiechnęłam. Kosmos
był niczym kojące wszystkie zmartwienia ciepło, które przeczy rzeczywistemu
chłodowi jaki na nas roztacza. Wyciągnęłam rozpostartą dłoń ku niebu, patrząc
na gwiazdy przez palce.
Wydajesz się być tak blisko, a tak
naprawdę jesteś nieuchwytny.
Uśmiechnęłam się, przypominając sobie
stare zdanie, które odczytałam w pierwszej książce na temat gwiazd jaką
kiedykolwiek przeczytałam. Było zapisane ołówkiem na pierwszej stronie,
najwyraźniej zrobił to mój poprzednik, który oddał księgę do biblioteki.
Choć
spoglądamy na te same gwiazdy, widzimy zadziwiająco różne rzeczy.
Moje usta ułożyły się powoli w
rozmarzony uśmiech, a w zielonych oczach odbijały się setki gwiazd. Spojrzałam
na swoją rozpostartą dłoń, powoli ją opuszczając aż w końcu zatrzymałam ją
gwałtownie, gdy mój palec wskazywał pewną gwiazdę.
Gwiazdę Polarną.
No przecież.
Mogłam przysiąc, że w moich oczach coś
błysnęło, a ja zerwałam się w odpowiednim kierunku. Czułam, że jest odpowiedni.
Nie, wiedziałam, że jest. Gwiazdy w końcu nie kłamią.
***
Dotarłam do punktu obserwacyjnego.
Rozsunęłam ostatnie gałęzie oddzielające mnie od pewnej drogi, ale nim zdążyłam
wysunąć twarz na światło księżyca, usłyszałam trzaski i zduszony okrzyk.
Wrzasnęłam, gwałtownie się cofając. Krzyknęła ponownie, potykając się o korzeń
i lądując w zaroślach.
Czekałam, schowana w trawie z bijącym
szaleńczo sercem, a w mojej głowie kroki rozbrzmiewały coraz bardziej.
Jednak uspokoiłam się od razu, gdy
chłopak rozpostarł gałęzie tuż przede mną. Uśmiechnęłam się ulgą, mając
wrażenie, że jeszcze nigdy nie cieszyłam się tak bardzo, że go widzę.
- Blanca? – Riccardo wytrzeszczył oczy,
widząc mnie w krzakach, ale od razu wyciągnął rękę w moją stronę.
- Ricc! – wyszczerzyłam się, chwytając
go za przegub. Chłopak znów postawił mnie do pionu. – Widzę, że nie tylko ja
zbłądziłam trochę bardziej niż powinnam.
- Nie zbłądziłem. – roześmiał się. – Po
prostu poszedłem śladem gwiazd. – dodał, opierając się tyłem o barierkę.
Odchylił głowę do tyłu, spoglądając w gwiazdy. Stanęłam przed nim, widząc
odbijające się światła w jego brązowych oczach. – Raaaany, trzeba było brać
chociaż lunetę!
- Miałam brać, tylko… - przeczesałam
dłonią włosy. – Tylko rodzice stwierdzili, że to byłoby uzależnienie. –
dokończył ze mną chłopak.
- U mnie to samo. – uśmiechnął się ze
zrozumieniem. Wybuchliśmy śmiechem. – Sądzisz, że jak jeszcze przez chwilę
powgapiamy się w niebo to na nas nawrzeszczą.
Uśmiechnęłam się, kręcąc głową z
niedowierzania. Podeszłam do niego, i przytrzymując się jego ramienia,
wskoczyłam na barierkę.
- Doskonale wiesz, że w naszym przypadku
nie kończy się tylko na minutach.
Udał, że chce mnie zepchnąć. Zaśmiałam
się jeszcze pod nosem i wlepiłam wzrok w niebo. Przez pewien czas słyszałam
tylko nasze spokojne oddechy i świerszcze. Właśnie. Spokój. Z nim zawsze czuję
się taka spokojna. I nawet tkwienie w nocy, w środku lasu w jakimś punkcie
widokowym i wpatrywanie się gwiazdy było kojące.
- Wiesz, Blanca… - zaczął po dłuższej
chwili, głosem zachrypniętym od milczenia. – Nie chcę psuć chwili, ani nic…
- Akurat ty jesteś jedną z tych niewielu
osób, których jeszcze nie mam dosyć.
- Dziękuję, czuję się zaszczycony. –
prychnął. – Chodzi o to, że… Wszystko w porządku?
- To znaczy? – spojrzałam na niego
pytająco.
- Mam wrażenie, że ten wyjazd ci nie
służy. – stwierdził rzeczowo. – Chodzisz trzeci dzień praktycznie bez snu, nie
gadasz praktycznie z Constanzą i wydzielasz fluidy z morderczymi intencjami ku
Sergiowi.
- Skąd wiesz jakie to fluidy? – uniosłam
brwi z rozbawieniem.
- Bo sam wydzielam takie 24/7 – zaśmiał
się. – Ale nie zmieniaj tematu. Martwię się o ciebie i tyle. – spojrzałam na
niego przeciągle, a on uciekł spojrzeniem w niebo. – Wiesz… Taka solidarność
astronomów-amatorów.
Parsknęłam śmiechem, trącając go ramieniem.
Znów spróbował mnie zepchnąć.
- Skąd ty w ogóle wiesz, że nie śpię po
nocach? – spytałam po chwili.
- Przy nich nie da się po prostu wyspać.
– mruknął. – No i słyszałem jak wychodzisz. Miałem za tobą pójść z kazaniem, że
to niebezpieczne, ale cóż… Ktoś mnie ubiegł. Nie chciałem się wtrącać…
- Riccardo. – przerwałam mu, zeskakując
z barierki. – Nie byłabym szczęśliwsza, gdybyś się tam „wtrącił”. Ale błagam
cię, nic…
- Nie mów? – dokończył. – Blanca, czy ty
na serio masz mnie za takiego chama? Nawet jeśli chciałbym dobić jakoś Sergia,
na pewno nie zrobię tego twoim kosztem. Masz moje słowo.
- Dziękuję, Ricc. – uśmiechnęłam się do
niego. – Powinniśmy już wracać, bo tamci pogubią się, szukając nas.
- Czyli nic się nie stało?
Zatrzymałam się na chwilę i popatrzyłam
na chłopaka. Czy mnie naprawdę tak łatwo odczytać, czy on po prostu tak dobrze
mnie znał.
- Wszystko w najlepszym porządku.
***
W raptem kilka minut przedarliśmy się
przez zarośla i wyszliśmy, mniej więcej, w połowie szlaku na punkt widokowy.
Dostrzegliśmy zarys 3 sylwetek postaci, ledwo majaczących się w mroku. Nasi
towarzysze zażarcie o czymś dyskutowali, ale w pewnym momencie chłopak postukał
Constanzę w ramię i wskazał na nas.
- No ja nie mogę, mówiłam ci, Sergio, że
oni się spotkali i wgapiali się w gwiazdy! – Constanza wyrzuciła ramiona do
góry w geście zdenerwowania, gdy doszliśmy do połowy drogi.
Spojrzeliśmy po sobie i wybuchliśmy
śmiechem. Cristina zakryła twarz dłonią, ale blondynka nie zamierzała odpuścić
– podeszła wprost do mnie.
- Czemu się śmiejesz jak przygłup,
głupia? – warknęła na mnie. Momentalnie ucichłam. – Czy ty wiesz jak ja się
zamartwiałam? – rzuciła jeszcze, tupiąc nogą.
Poczułam jak mięśnie twarzy mi drgają,
by ułożyć usta w uśmiech. No tak. To nadal jest moja stara, dobra Constanza,
która zamiast się smucić, denerwuje się. Roześmiałam się i przytuliłam ją
mocno. Mamrotała coś jeszcze przez chwilę pod nosem, ale od razu odwzajemniła
mój uścisk. Po chwili odsunęła mnie od siebie na długość ramion.
- Jak jeszcze raz coś takiego odstawisz,
to ci przywalę. – obiecała.
- Zgoda. – przybiłam z nią piątkę, po
czym przeniosłam wzrok na Cristinę. – A właśnie! Dobrze widzieć cię z powrotem.
- Dzięki za spostrzegawczość. Ja już
taką „nowością” nie jestem, Sergio wpadł na mnie po 5 minutach od waszego
rozdzielenia. Teraz szukaliśmy was.
- Myśmy się sami znaleźli. – mruknął
Riccardo. – Gorzej, że naszą główną poszukiwaną wcięło nie wiadomo dokąd.
- Proponowałbym jednak już wrócić do
domku. – rzucił Sergio. – W końcu to już niedaleko, a wypadałoby sprawdzić, czy
Nicola sama nie wróciła na miejsce.
Przytaknęliśmy, wprowadzając już chyba
plan L w życie. Wraz z Constanzą szłyśmy na samym przodzie, dzielnie
przedzierając się przez zarośla, Cristina podążała tuż za nami, oświetlając nam
drogę, a „mężczyźni” kryli nam tyły. Raptem za zakrętem prowadzącym do naszej
chatki, Constanza zatrzymała się gwałtownie.
- Co jest? – syknęłam, przybierając
bojową pozycję.
- No ja nie wierzę. – wydusiła, biegnąc
w stronę pozostawionego ogniska.
- No w końcu. Myślałam, że się tam
zgubiliście! – usłyszałam głos Nicoli.
Roześmiałam się i pobiegłam za
przyjaciółką.
- Sądziłam, że takie „testy odwagi” robi
się samemu, a nie w piątkę. – rzuciła, patrząc na naszą grupę.
A my w odpowiedzi podeszliśmy do niej i
zamknęliśmy w niedźwiedzim uścisku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz