Rozdział 11
Zacznijmy walkę od
nowa
Mimo tego, że Constanza pojawiła się na
moich urodzinach, nadal stawała się coraz bardziej aspołeczna i wyobcowana, nie
ważne jak bardzo walczyłam o nią i jej charakter. Zaczynałam powoli akceptować
myśl, że wraz z paraliżem nóg straciła dużo więcej niż tylko swobodę ruchów.
Zaczynałam akceptować myśl, z którą
walczyłam tyle miesięcy.
Słowa Constanzy o litości i
protekcjonalnym traktowaniu znów wypływały z odmętów mojej pamięci, gdy
zaczynałam bardziej na nią naciskać. Najstraszniejsze było to, że dziewczyna
przestawała na mnie już warczeć i jedynie podnosiła swoje brązowe oczy, coraz
bardziej puste z dnia na dzień. Traciłam ją. Traciłam swoją ukochaną
przyjaciółkę, będąc całkowicie bezsilna na jej pragnienia.
Każdą noc spędzałam na myśleniu co
zrobiłam źle, a co mogę spróbować naprawić. Tłukłam w głowie myśl, że musi być
coś co jestem w stanie zrobić, nawet jeśli nie było nic takiego. Nawet jeśli
całe moje jestestwo nie wystarczało by choć trochę dodać jej otuchy, muszę
wykrzesać z siebie więcej.
- Jestem z powrotem! – zawołał Sergio,
niosąc dwie kawy na wynos. Przyjęłam swoją w milczeniu, siadając na murku w
parku. – Znowu masz jesteś smutna.
Westchnęłam.
- Nie jestem smutna.
- Przecież widzę. – powiedział cicho. –
Ostatnio cały tak wyglądasz. Patrzysz
jedynie pod nogi, a usta zaczynają ci drżeć, jakbyś miała się rozpłakać
gdy tylko nikt nie będzie patrzył…
Spojrzałam w niebo. Był środek
niedzielnego popołudnia, więc nawet nie byłam w stanie szukać wsparcia w
gwiazdach. Po niebie przemknął jakiś ptaszek. No tak, przecież kończy się już
marzec, wiosna trwa.
- Blanca, proszę cię… - nakrył moją dłoń
swoją. – Jeśli mogę ci jakoś pomóc, to po prostu mi powiedz…
- Kiedy ja nie wiem, co może pomóc. –
powiedziałam cicho, zdziwiona sama sobą. Obiecałam sobie, że nie będę z nim o
tym rozmawiać, ale najwyraźniej byłam zbyt wyniszczona myśleniem o tym
samotnie, by dalej trzymać to w środku. – Wiesz Sergio… Ta cała sytuacja z
Constanzą, zaczyna mnie przerastać… Jestem tak beznadziejnie bezsilna i stoję
cały czas w tym samym punkcie, gdy… gdy… - patrzyłam się przed siebie jak przez
mgłę. – Tracę ją, Sergio. Tracę ją i mogę tylko na to patrzeć…
Nic nie mówił.
- Cholera jasna, jestem taka
bezużyteczna. – podniosłam głos, zaciskając zęby ze wzbierającej we mnie wściekłości.
– Cholera, nie mam zamiaru być jedną z tych bohaterek, które nic nie robią! –
cisnęłam resztką kawy o ziemię.
Sergio nadal nic nie mówił, nawet nie
trzymał już mojej dłoni. Oparł łokcie na kolanach i schował twarz w dłoniach,
oddychając głęboko i przeczesując włosy palcami.
- Wiesz, Blanca… - zaczął zachrypniętym
głosem. – Od tamtego wypadku zastanawiam się, co by było, gdyby… Gdyby to się
nie wydarzyło. – spojrzałam na niego. – Koniec końców byłem umówiony z
Constanzą na randkę. Zastanawia mnie czy zacząłbym z nią chodzić. – spojrzał na
mnie uspokajająco. – To nie tak, że chciałem lecieć na dwa fronty. Podobałaś mi
się praktycznie od zawsze, ale nawet nie widziałem szansy by do ciebie zarywać,
a Constanza… Lubiłem ją, a ona lubiła mnie… - wziął głęboki oddech, chowając
twarz w dłonie, nie dając mi szansy na dostrzeżenie jej wyrazu. – Byłem
zdecydowany by znów ją zaprosić, aż do momentu, w którym dowiedziałem się, że
trafi na wózek.
- Sergio… - spróbowałam mu przerwać,
czując, że łzy na moich policzkach zaczynają wysychać, a gula w gardle świadczy
o narastającym poczuciu winy.
- Naprawdę próbowałem, Blanca. Z całych
sił. Ale nie miałem odwagi zapytać się drugi raz. – pokręcił głową. – Byłem
zbytnim tchórzem, by wiązać się z niepełnosprawną… - prychnął kpiąco. – Jakim
ja jestem śmieciem…
- Sergio, przestań… - położyłam dłoń na
jego ramieniu, przysuwając się bliżej. – Nawet tak nie mów…
- Kiedy to prawda, Blanca… Jestem
śmieciem. – powiedział cicho. – Cały czas zastanawia mnie, czy gdybym jednak
jej tak nie wystawił, zachowywałaby się teraz inaczej…
- To nie jest twoja wina… - powiedziałam
przez łzy, obejmując go. – Nie zadręczaj się, bo to nie jest twoja wina… -
powtórzyłam, trzymając go mocniej. Chłopak w końcu odwzajemnił mój uścisk i
trzymał mnie długo w swoich objęciach.
- Dziękuję, Blanca.
***
Doskonale wiedziałam, że ta rozmowa nic
mi nie da, a jednak przeprowadziłam ją, licząc na cud. Poczułam się jedynie
gorzej. Każde z nas miało swoje własne problemy, a ja traktowałam to jak
ostatnia egoistka.
Życie nie kręci się tylko wokół mnie.
Nie jestem najważniejsza.
- ZIEMIA DO BLANCI! – Riccardo krzyknął
do mojego ucha, gdy zmierzaliśmy do szatni po spotkaniu samorządów klasowych.
- Jezu, nie strasz mnie tak! –
burknęłam, tłukąc go teczką. – Co znowu?
- Siedziałaś przez całe spotkanie jakbyś
była nieobecna.
- Bo ty słuchałeś z należytą uwagą. –
rzuciłam sarkastycznie.
- Nie o to mi chodzi. – stwierdził. –
Zachowujesz się zupełnie inaczej od dłuższego czasu. Jakby uchodziły z ciebie
wszystkie siły i nadzieje…
- Ricc, nie dramatyzuj, to tylko…
- Constanza? – dokończył, a ja
zatrzymałam się w pół kroku. – Czy może „aż”, a nie „tylko”?
- Nie mam zamiaru z tobą o tym
rozmawiać. – powiedziałam ostro, wznawiając kroki.
- A masz zamiar porozmawiać o tym z
kimkolwiek? – zapytał, dotrzymując mi tempa. – Bo najwyraźniej jej pogarszający
się stan psychiczny odbija się dużo bardziej na tobie, niż na nas. I to nie
jest dziwne, zwłaszcza, że jesteście sobie jak siostry…
-
Rozmawiałam już o tym… z Sergiem, więc… - wtrąciłam cicho, ale Riccardo
roześmiał się szyderczo.
- I właśnie widzę, że ten idiota bardzo
ci pomógł i cię wspiera.
- To nie jest tylko mój problem, Ricc. –
syknęłam. – To nas wszystkich boli. Ciebie też.
- Ale z tego co widzę ty cierpisz
jeszcze bardziej niż Constanza. Bo ona wyzbywa się wszystkich uczuć, a ty nie.
– spojrzał na mnie surowo. – Jesteś dla mnie ważna, Blanca. Constanza również.
Dlatego nie będę stał z założonymi rękoma jak Nicola i Cristina, którym łatwiej
było zwalić najtrudniejsze na ciebie, bo „jesteście sobie bliższe”, albo jak
Sergio, który woli odepchnąć od siebie twoje problemy. Nie będę przyglądał się
jak wszystko się sypie.
- Riccardo…
- Musimy jej pokazać coś co sprawi, że
odżyje. – powiedział z pewnością w głosie. – Ona nadal jest uzależniona od
adrenaliny, nawet jeśli wpiera w siebie, że już nie. Pokażemy jej, że nadal
może robić to co chce.
- Ricc, gdyby to było takie proste, jej
rodzice już dawno…
- Wszystko jest trudne, póki nie staje
się łatwe. – odparł. – Pierwsze co musimy zrobić to wyciągnąć ją z domu. Chyba
mam nawet plan. Tak, to się może udać!
- Nie możemy wziąć ją na siłę, Ricc! To
nie jest rozwiązanie! – nawet nie zdałam sobie sprawy, że już dawno wyszliśmy
ze szkoły i idziemy na przystanek.
- Właśnie, że musimy, Blanca! Pomyśl
przez chwilę. Ona cały czas powtarzała, że ma dość litości. Nie możemy się z
nią cackać. Trzeba ją wziąć, choćby trzeba było nieść ją na rękach. – w jego
brązowych oczach lśniły płomienie.
- Przecież to jest szalone! Co ciebie
nagle tak wzięło na…?
- Bo ja też mam tego wszystkiego dość. –
stwierdził krótko, gdy wsiadaliśmy do busa. – I właśnie osiągnąłem swoją
granicę.
Nie mogłam się skupić na mijających
sceneriach za oknem.
- Czyli co w końcu robimy? – spytałam w
końcu, czując jak nadzieja powoli rozkwita we mnie.
- Jedziemy do Constanzy i wyciągamy ją
na zewnątrz. – odrzekł. – Mam pewien pomysł, ale raczej domyślisz się w trakcie
o co mi chodziło.
- Jesteś pewien, że taka spontaniczność
zadziała?
- Błagam cię, Blanca. – uśmiechnął się
do mnie. – Co innego zadziała na naszą drogą Constanzę niż spontaniczność?
Poczułam jak się uśmiecham.
***
Nie mogłam uwierzyć w fakt, że po tylu tygodniach znów jesteśmy z
Constanzą gdziekolwiek na zewnątrz, dopóki Riccardo nie zaczął wciągać jej
wózka po coraz to większe górki, zaciągając nas na odludzie. Constanza nie
odzywała się przez całą drogę, co i tak było dobrze, zwłaszcza, że gdy nas
zobaczyła, szczerzących się na ganku, próbowała zatrzasnąć nam drzwi przed
nosem.
- Co wy planujecie? – spytała, gdy już
we dwójkę wpychaliśmy jej wózek pod coraz większą górkę. – Darujcie to sobie i
odstawcie mnie do domu.
- Jesteśmy za daleko… Aby teraz się
poddać… - odparł Riccardo głosem typowego bohatera jakieś gry fantasy.
- Zafundujemy ci porządny zastrzyk
adrenaliny. – dodałam, uśmiechając się.
Po moich słowach Constanza nie
powiedziała nic więcej i czekała aż dotrzemy na miejsce. Jeszcze nigdy nie
cieszyłam się aż tak bardzo z osiągnięcia jakiegokolwiek szczytu. Oboje z
Riccardo łapczywie chwytaliśmy powietrze, patrząc po sobie z kpiącymi
uśmieszkami. Dwójka naukowców porwała się na wyprawę. Chcieliśmy rzucić jakimś
tekstem, ale jedyne co wypadło z naszych ust to sapnięcie.
Constanza pokręciła głową.
- Człowiek kilka miesięcy nic nie robi,
a wszystkim wokół już siadła kondycha. Co wy zrobicie za kilka lat, co? –
spojrzałam na nią spode łba, ale szybko wyprostowałam się na widok
szelmowskiego uśmiechu.
A przynajmniej jego dawnego cienia.
Constanza obróciła się, popychając koła
ramionami. Wzięła głęboki oddech, gdy wiosenny, jeszcze chłodny wiatr rozwiał
jej włosy. Znajdowaliśmy się na najwyższym wzniesieniu w okolicy, za dzieciaka
naszym ulubionym miejscem do zabaw. Był dopiero marzec, więc otoczenie
zaczynało się ledwo rysować zielenią, a właściciele ziemi nie myśleli jeszcze
nawet o zagospodarowaniu terenu.
- Przywraca wspomnienia. – powiedziała w
pewnej chwili Constanza, obracając głowę w naszą stronę. Podeszliśmy bliżej
niej, stając po jej obu stronach. – Chociaż zazwyczaj czekaliśmy do kwietnia
nim zaczynaliśmy się tu wspinać.
- Raz poszliśmy w lutym. – przypomniałam
sobie. – Tylko skończyło się na tym, że to my poszłyśmy jako kozioł ofiarny
jako pierwsze.
- A, pamiętam. – jej twarz rozjaśniła
się nieco na to wspomnienie. – Gdzieś w połowie trafiłyśmy na lód i stoczyłyśmy
się na dół z lawiną śniegu.
- W gwoli ścisłości to TY natrafiłaś na
lód i pociągnęłaś mnie za sobą.
- Uważaj, bo miałam zamiar polec w
pojedynkę. – zaśmiała się.
Spojrzałam na malującą się w oddali
Manarolę i taflę morza polśniewającą w promieniach popołudniowego słońca.
- A pamiętasz jak rok po tym
stwierdziłaś, że spróbujemy znowu i wzięliśmy sanki? – zwrócił się Ricc do
dziewczyny. Constanza rozszerzyła uśmiech.
- A wiem! Chyba plan spalił na panewce.
– zmarszczyłam czoło ze śmiechem, nie mogąc sobie przypomnieć co wtedy się
działo.
- Tak trochę. – prychnął chłopak. – Jako
jedyny mężczyzna zostałem wysłany na sam szczyt i nim się nam dotaszczyłem
odmarzły mi palce.
-
Czy ty przypadkiem w połowie zjazdu nie trafiłeś na kamień i utknąłeś głową w
śniegu? – zaczęłam się śmiać nim jeszcze otrzymałam potwierdzenie.
- I co się śmiejesz? – rzucił obruszony,
choć sam nie mógł powstrzymać śmiechu. – Ciekawe czy co ty byś zrobiła z głową
w śniegu i prawdopodobnym wstrząśnieniu mózgu?
- Chyba w tamtym momencie stwierdziłam,
że zrobię z ciebie faceta, Ricc. – Constanza parsknęła śmiechem, patrząc się
kątem oka na chłopaka. – Cóż, patrząc na to teraz… Poległam z kretesem. Ale nie
traćmy nadziei, kondycja to nie wszystko…
Parsknęłam śmiechem, gdy Riccardo mordował Constanzę spojrzeniem.
Dziewczyna zaniosła się chichotem i słysząc w nim szczerość, nawet Ricc nie
mógł długo gniewać się na docinki. Uśmiechnął się ciepło, spoglądając na mnie.
Odpowiedziałam tym samym.
Constanza po chwili otarła łzy śmiechu i
nostalgii. Spojrzała po nas.
- Cieszę się, że jeszcze macie siły by
ze mną wytrzymywać. – mruknęła. – Ale z tego co pamiętam mówiliście o skoku
adrenaliny.
Posłałam Riccowi konspiracyjne
spojrzenie, a on jedynie przytaknął. Uśmiechnęłam się chytrze pod nosem,
spoglądając na sam dół wzgórza. Constanza podążyła za moim wzrokiem.
- Myślisz o tym samym co ja?
- Chyba myślę.
Po czym spojrzałyśmy na siebie w tym
samym momencie, uśmiechnięte szelmowsko, a w naszych oczach błysnęły ogniki.
Niczym jak kiedyś. Constanza uniosła jedną brew, kiwając głową w stronę tylnych
kółek, a ja uśmiechnęłam się jedynie szerzej. Blondynka wyciągnęła przed siebie
ramiona, strzelając palcami.
Jej usta ułożyły się w ten sam
niepokojący uśmiech co kiedyś.
- O nie. – wymamrotał Riccardo, który
dopiero teraz zorientował z naszych zamiarów.
- O tak. – szepnęłyśmy w tym samym
momencie.
W następnym Constanza odepchnęła się z
całych sił, kierując się prosto w dół zbocza, a rzuciłam się do przodu,
wyskakując. Musiałam jeszcze kilka razy odbić się od ziemi, nim w końcu
dopadłam rączek od wózka i wciągnęłam się na jego tylne błotniki. Akurat kilka
sekund przed tym jak zaczęłyśmy się rozpędzać.
Górka była dość stroma, przez co
wydawała się jeszcze bardziej krótka.
Wiatr targał moimi włosami, a pęd
powietrza zawiewał mi kosmyki na twarz. Trzymałam się kurczowo, nawet nad tym
nie myśląc, a serce biło mi coraz szybciej. Mimo, że zacisnęłam mocno zęby,
oczy miałam szeroko otwarte, chłonąc każdy mijany przeze mnie centymetr świata.
Ziemia była zdecydowanie bardziej
pofałdowana od szutrówek, na których niegdyś królowała Constanza. Byłam pewna,
że zaliczymy solidną wywrotkę, a żołądek podchodził mi do gardła przy każdym
większym wertepie, gdy jedyne co łączyło mnie z wózkiem to moje ręce.
Jednak obie śmiałyśmy i wrzeszczałyśmy
jak opętane. Przez cały zjazd spojrzałam na przyjaciółkę raptem raz, ale tyle
mi wystarczyło. Jej usta były rozciągnięte w szaleńczym uśmiechu i wiedziałam,
że przypomniała sobie o swoim uzależnieniu od adrenaliny. Przypomniała sobie
moment, na który czekała w każdym wyścigu. Moment, w którym wszystko w tobie
przesiąknięte jest strachem, ale twoja dusza wrzeszczy o więcej.
Przy końcówce trafiłyśmy na większy
odłamek skały i wózek wyskoczył w powietrze, synchronizując się z naszym
wrzaskiem. Ułamek sekundy później zaryłyśmy w ziemię, okręcając się, aż w końcu
wózek upadł na bok. Ja przekoziołkowałam i wpadłam w ziemię.
- Constanza! – krzyknęłam zrywając się,
ale dostrzegłam ją tuż obok mnie, na ziemi. Leżała w trawie, podpierając się
łokciami, cała poobijana i brudna. Jej nogi leżały za nią bezwładnie.
Spojrzała na mnie w kompletnym szoku,
nie dowierzając w to co właśnie się wydarzyło. Obróciła po chwili głowę przed
siebie, a w jej oczach dostrzegłam iskierkę. Nie był to ten sam blask co raptem
kilka miesięcy temu, nie ten ogień, który mógł spalić całe lasy. Ale ta ledwo
tląca się iskierka, mogąca w każdej chwili zgasnąć, rozbudziła we mnie nadzieję.
Spojrzałam na wzgórze. Riccardo pół
zbiegał, pół staczał się po stromym pagórku, wydzierając się na nas w
niebogłosy.
- NIE OTO MI CHODZIŁO, BLANCA! Cholera
jasna! – tutaj znów zarył twarzą w ziemię. – CZY WAM ODBIŁO DO RESZTY? TO BYŁO
SZALONE!
Na moich ustach powoli zakwitał uśmiech.
- NIE UŚMIECHAJ SIĘ TAK BLANCA! KURDE,
CONSTANZA, TY TEŻ SIĘ NIE SZCZERZ, KIEDY SIĘ NA WAS WYDZIERAM!
Przyjaciółka spojrzała na mnie, po czym
wybuchła gwałtownym, niepochamowanym śmiechem. Schowała palce we włosach, ale
po chwili oplotła rękoma brzuch, opadając z powrotem na ziemię i przetaczając
się na plecy, tuż obok mnie.
- Dobra, jej już odbiło całkowicie, to
wiem! – Riccardo nadal się na nas wydzierał, choć po swoim heroicznym zbieganiu
był w gorszym stanie niż my obie. – Ale sądziłem, że chociaż ty nie wypadłaś za
dziecka z kołyski!
Śmiech Constanzy podziałał na mnie
zaraźliwie i sama zaniosłam się chichotem, niczym skończona wariatka. Nawet nie
zdałam sobie sprawy, kiedy Constanza chwyciła moją dłoń, ściskając ją
delikatnie, dziękując bez zbędnych słów. Riccardo odpuścił sobie kazania, gdy
po moich policzkach spłynęły łzy ulgi.
Wszystko jest się w stanie naprawić.
Wystarczy pokazać Constanzie, że nadal
trzyma życie w swoich rękach.
Wystarczy pokazać, że ma po co żyć.
Sam Riccardo zaniósł się śmiechem, gdy
usiłował podnieść nas obie na raz i upadł na ziemię. Śmiał się cały czas, nawet
gdy postawił mnie z trudem na nogi, po czym sami podciągnęliśmy Constanzę.
Dziewczyna opadła bezwiednie w nasze ramiona, niezdolna do utrzymania się
samodzielnie w pionie.
Jednak nie wyglądała na rozgoryczoną.
Śmiała się dalej, gdy Riccardo załamywał się coraz bardziej pod jej ciężarem,
po czym przytuliła się do nas, wieszając się na ramionach. Odpowiedziałam mocno
na jej uścisk, mając wrażenie, że zaraz rozpłaczę się mocniej.
Gdy w końcu udało nam się wygodnie
usadzić Constanzę w wózku, Riccardo uśmiechnął się do mnie wyzywająco.
- Cóż, ciężko będzie pobić ten wyczyn,
ale jeszcze zobaczysz. – zaczął, w między czasie przerzucając wzrok ze mnie na
Constanzę. – Nie, obie zobaczycie!
***
-
Wiesz, Blanca chyba nadal wygrywa. – stwierdziła Constanza. – Sam plan piżama party
byłby dobry, gdybyś, no nie wiem, nie organizował go 5 minut wcześniej w domu
Blanci?
- Bardzo zabawne. – prychnął chłopak,
wnosząc Constanzę do środka. – Wybacz, za to Blanca. Nie przemyślałem tego.
- Nie, nic się nie dzieje. – machnęłam
dłonią, przytrzymując mu drzwi. – Też nie przewidziałam skutków. A poza tym moi
rodzice ucieszą się, że Constanza znów u nas nocuje. – uśmiechnęłam się do
niej, gdy lekko spuściła głowę.
- Ale wracając. – podjęła ponownie
temat, wykrzesując z siebie resztki entuzjazmu jaki pozostał po tym popołudniu.
– Nadal nie rozumiem dlaczego muszę u ciebie nocować.
- Spójrz ty na siebie, niekumata
kobieto! – westchnął Riccardo, rozsznurowując jej buty. – Jesteś cała
poobijana, brudna i wyglądasz chyba gorzej niż twój wózek.
- No co ty nie powiesz, Riccardo.
- Jemu raczej chodzi o to, że jeśli
Lotario jest naszym sprzymierzeńcem, to jednak będziemy mieli kłopoty jak
odstawimy cię w tym stanie do domu. – odparłam, uśmiechając się pod nosem.
- Pal licho Lotaria! – burknął chłopak.
– On swój chłop, a facet z facetem jakoś dojdą do rozejmu. Pani Di Carlo! To
tutaj jest problem. Wybacz, Constanza, ale twoja matka to demon.
Blondynka zdusiła śmiech dłonią.
- I z czego się cieszysz!? To jest
uzasadniona fobia! – prychnął Riccardo, ku coraz większej uciesze dziewczyny. –
Blanca, weź coś powiedz.
- Szczerze, to ja się boję pani Marii. –
mruknęłam, wzdrygając się, gdy umysł podsunął mi najbardziej prawdopodobny
scenariusz rozmowy z nią.
- No ja nie wierzę! – parsknęła
Constanza, uspokajając śmiech. – Świetnie, moja mama jest postrachem dzielnicy.
I co, sądzicie jak mnie porwiecie do Blanci, to nie będzie niczego podejrzewać?
- Ha-ha! – Riccardo wykonał gest
zwycięstwa. – Według moich obliczeń będzie w pozytywnym szoku, że w ogóle
chcesz być poza domem. A poza tym najgorsze nadejdzie jutro, a wtedy mnie już
tu nie będzie.
- Ricc! – krzyknęłyśmy na niego ze
śmiechem w tym samym momencie.
- No żartuję, żartuję. – pomachał
uspokajająco dłonią. – Muszę się powoli zbierać. Pomóc wam w czymś jeszcze? –
spytał, spoglądając kątem oka na wózek Constanzy.
- Nie, damy sobie ze wszystkim radę. –
uśmiechnęłam się do niego. – Dzięki, Ricc. Za wszystko.
- To była przyjemność, panienki. A teraz
wybaczcie. – ukłonił nam się szarmancko, wywołując cichy chichot i wyszedł na
zewnątrz. – Jakby coś się działo, to od razu dzwońcie!
Pomachałyśmy mu na pożegnanie, a ja
odwróciłam się konspiracyjnie w stronę przyjaciółki. Uśmiechnęłam się chytrze.
- Muzyka?
Constanza spuściła wzrok na ułamek
sekundy, ale raptem od razu uniosła głowę, uśmiechając się szeroko.
- Muzyka.
***
Było już praktycznie nad ranem, a my
nadal siedziałyśmy na moim łóżku i oglądałyśmy kolejny horror. Cały wieczór
przebiegł dużo lepiej, niż w moich najśmielszych oczekiwaniach. Constanza
zachowywała się tak samo jak przy naszych wcześniejszych nocowaniach i nie
odniosłam wrażenia, że udaje. Wyglądała w końcu na żywą, po tylu miesiącach.
Oczywiście, nie koloryzując zbytnio. Ten
wypadek pozostawił po sobie głębokie, jątrzące się rany, zarówno na ciele i
psychice, które z czasem stanął się bliznami. Zagoją się, ale nie znikną.
- Dziękuję, Blanca. – mruknęła
Constazna, sennym już głosem. – Za to, że mnie dzisiaj wyciągnęliście.
- Musisz podziękować Riccardo. To on był
raczej głównych sprawcą.
- Mniejsza z tym, kto to wymyślił. –
machnęła dłonią. – Po prostu muszę wam podziękować… Kurde… - zakryła twarz
dłonią. – Naprawdę miałam bardziej składne zdania, niż samo „dziękuję”.
- Mówisz to osobie, która zamiast mówić,
zaczyna płakać. – uśmiechnęłam się nostalgicznie pod nosem.
- Lubię to w tobie. Umiesz przekazać
sobą te uczucia, których wszystkie słowa świata nie są w stanie opisać. –
powiedziała cicho. Jej twarz była oświetlona przez migający ekran z włączonym
filmem. Dostrzegłam w kącikach jej oczy dwie drobne łzy.
- Constanza…
- Cicho bądź, Blanca. – prychnęła
rozbawiona. – Mam zamiar powiedzieć coś naprawdę mądrego. Przynajmniej tak mi
się wydaje. – zrobiła przerwę, by wziąć głęboki oddech. – Postanowiłam, że
spróbuję jeszcze raz.
Nie zrozumiałam. Chociaż nie. Rozumiałam
doskonale, tylko nie byłam w stanie wykrztusić odpowiednich słów. Byłam
niezdolna do zaakceptowania tego. Przygryzłam dolną wargę, targana emocjami.
Constanza wzięła jeszcze jeden oddech.
- Od kiedy… Od kiedy trafiłam na wózek,
starałam się walczyć. – zaczęła drżącym głosem. – Naprawdę czułam się silna,
widząc jak wszyscy mnie wspieracie, traktujecie tak samo… Tylko z czasem
zaczęłam rozumieć, że… Że nie będzie tak samo… Ja wiem, że teraz się powtarzam
i gadam jak dziecko, tylko… Tylko to była dla mnie tragedia. To jest tragedia.
Przez te miesiące walczyłam wbrew sobie, ale… Za każdym razem i tak wracała do
mnie myśl, że nie stanę o własnych siłach. – urwała na moment, mrugając szybko.
– Nie widziałam sensu, Blanca. W niczym, rozumiesz? Miałam dość wszystkiego i
wszystkich… Nawet nie wiesz jakie to uczucie jest przerażające. Być przez cały
czas w pustce i nie móc samemu tego zakończyć.
- Chyba nie mówisz, że… - zesztywniałam,
blednąc.
- Tak. Każdego dnia, gdy ktoś wyciągał
mnie z łóżka i usadzał na tym przeklętym wózku, myślałam tylko o tym, że byłoby
lepiej, gdybym nie przeżyła tego wypadku. Byłam w stanie widzieć… Nie, nadal
widzę wszystko tak strasznie egoistycznie. Jakby inni nie mieli własnych
problemów. – zwinęła drżącą dłoń w pięść. – Nim zdążyłam się zorientować
odsunęłam od siebie wszystkich, na których mi zależało.
Nie patrzyłyśmy się na siebie, oparte o
chłodną ścianę przy moim łóżku. Miałam głowę odchyloną do tyłu i nadal
zagryzałam dolną wargę praktycznie do krwi. Modliłam się, by nie zacząć szlochać.
- Ale… - usłyszałam w jej głosie
drżenie. – Ale nadal żyję, Blanca. W głównej mierze dzięki tobie. Nie wiem, co
bym zrobiła gdyby , gdybyś… Gdybyś nie siedziała ze mną na siłę, to chyba…
zwariowałabym. I to wszystko przez siebie. – zapadło na chwilę milczenie, a
Constanza uspokoiła oddech. – Ale, jak już powiedziałam na początku: Chcę
spróbować jeszcze raz. Chcę znów zawalczyć, by dostrzegać świat takim jakim był
dla mnie te 8 miesięcy temu. – chwyciła moją dłoń. – Pokazaliście mi dzisiaj z
Riccardo, że choć paraliż mnie ogranicza, nie może mnie powstrzymać. Chcę
chociaż spróbować zawalczyć jeszcze raz. Dziękuję. Nawet nie wiem, jak
podziękować…
- Przestań już… - wydusiłam ze szlochem.
Pokręciłam głową. – Nawet nie wiem co powiedzieć, cholera… - dławiłam się swoim
szlochem. – Nawet nie wiesz jak ja się cieszę. Tak się cieszę. Tak bardzo…
Usta Constanzy drżały od wstrzymywanego
płaczu, gdy przytulała się do mnie. Przyciągnęłam ją do siebie, czując, że obie
popadniemy w histerię.
- Tylko, Consta… Jeśli masz problem, to
mów. Musisz mi mówić. – wydukałam, między łkaniem. – Bo nie dam rady domyślić
się wszystkiego. Ale wiedząc, mogę spróbować zrozumieć. Pomóc…
- Dobra. – przytaknęła, spoglądając mi
prosto w oczy. – Potrzebuję cię, Blanca. Wytrzymasz jeszcze ze mną i będziesz
mnie dalej wspierać?
Zakryłam usta dłonią, czując że po moich
policzkach spływają strumienie łez. Pokiwałam głową.
- W końcu od czegoś masz przyjaciółkę. –
wyszlochałam.
- Nie mam przyjaciółki. – powiedziała
cicho. – Mam kogoś o wiele ważniejszego.
I po tych słowach zaczęła płakać tak
samo jak ja, pozwalając by nasze wszystkie problemy zlały się w jedno.
Ja płakałam, ponieważ nie umiałam być
dla niej wystarczająco silna.
Ona płakała, ponieważ jej marzenia legły
w gruzach.
Ja płakałam, ponieważ obwiniałam się o
wszystko.
Ona płakała, ponieważ nie umiała się z
tym pogodzić.
Ja płakałam, ponieważ byłam bezsilna.
Ona płakała, ponieważ była bezsilna.
Płakałyśmy razem, jak małe dzieci, nie
mogąc, nie chcąc pogodzić się z rzeczywistością. Tej nocy w końcu dotarła do
mnie jedna z prawd tego świata, która stała u moich bram od bardzo długiego
czasu, czekając nie za zrozumienie, tylko akceptację. Są na tym świecie rzeczy,
które nie zmienią się, niezależnie od tego, jak bardzo się starasz.
Wiedziałyśmy to od początku.
Wiedziałyśmy, że Constanza nie wstanie.
Ale teraz pozwoliłam sobie pomyśleć, że
następnego dnia wstaniemy i spróbujemy wymyśleć na to jakiś sposób. Razem, z
innymi.
- To będzie nowy początek, prawda? –
spytała Constanza, gdy układałam ją wygodniej w łóżku i nakrywałam kołdrą.
Brzmiała jak dziecko, a na jej policzkach rysowały się smugi łez. Praktycznie
spała.
- Zupełny początek. – przytaknęłam
cicho. Spojrzałam przez odsłonięte okno, zahaczając spojrzeniem o gwiazdy,
które wydawały się świecić jaśniej niż zwykle. Uśmiechnęłam się pod nosem. –
Ale to dopiero, gdy wstanie słońce.
Nie wiedziałam, czy Constanza
zarejestrowała to co powiedziałam, bo wycieńczona ciężkim dniem, zasnęła od
razu po swoich słowach. Nim ja położyłam się ostatecznie spać, zacisnęłam
dłonie na kołdrze, czując jak przepełnia mnie uczucie, płonące szaleńczo niczym
pożar.
Od teraz, będę silniejsza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz