13 sierpnia 2016

Pospolita Przyjaźń ~ Rozdział 11 ~ Zacznijmy walkę od nowa

Rozdział 11

Zacznijmy walkę od nowa
Mimo tego, że Constanza pojawiła się na moich urodzinach, nadal stawała się coraz bardziej aspołeczna i wyobcowana, nie ważne jak bardzo walczyłam o nią i jej charakter. Zaczynałam powoli akceptować myśl, że wraz z paraliżem nóg straciła dużo więcej niż tylko swobodę ruchów.
Zaczynałam akceptować myśl, z którą walczyłam tyle miesięcy.
Słowa Constanzy o litości i protekcjonalnym traktowaniu znów wypływały z odmętów mojej pamięci, gdy zaczynałam bardziej na nią naciskać. Najstraszniejsze było to, że dziewczyna przestawała na mnie już warczeć i jedynie podnosiła swoje brązowe oczy, coraz bardziej puste z dnia na dzień. Traciłam ją. Traciłam swoją ukochaną przyjaciółkę, będąc całkowicie bezsilna na jej pragnienia.
Każdą noc spędzałam na myśleniu co zrobiłam źle, a co mogę spróbować naprawić. Tłukłam w głowie myśl, że musi być coś co jestem w stanie zrobić, nawet jeśli nie było nic takiego. Nawet jeśli całe moje jestestwo nie wystarczało by choć trochę dodać jej otuchy, muszę wykrzesać z siebie więcej.
- Jestem z powrotem! – zawołał Sergio, niosąc dwie kawy na wynos. Przyjęłam swoją w milczeniu, siadając na murku w parku. – Znowu masz jesteś smutna.
Westchnęłam.
- Nie jestem smutna.
- Przecież widzę. – powiedział cicho. – Ostatnio cały tak wyglądasz. Patrzysz  jedynie pod nogi, a usta zaczynają ci drżeć, jakbyś miała się rozpłakać gdy tylko nikt nie będzie patrzył…
Spojrzałam w niebo. Był środek niedzielnego popołudnia, więc nawet nie byłam w stanie szukać wsparcia w gwiazdach. Po niebie przemknął jakiś ptaszek. No tak, przecież kończy się już marzec, wiosna trwa.
- Blanca, proszę cię… - nakrył moją dłoń swoją. – Jeśli mogę ci jakoś pomóc, to po prostu mi powiedz…
- Kiedy ja nie wiem, co może pomóc. – powiedziałam cicho, zdziwiona sama sobą. Obiecałam sobie, że nie będę z nim o tym rozmawiać, ale najwyraźniej byłam zbyt wyniszczona myśleniem o tym samotnie, by dalej trzymać to w środku. – Wiesz Sergio… Ta cała sytuacja z Constanzą, zaczyna mnie przerastać… Jestem tak beznadziejnie bezsilna i stoję cały czas w tym samym punkcie, gdy… gdy… - patrzyłam się przed siebie jak przez mgłę. – Tracę ją, Sergio. Tracę ją i mogę tylko na to patrzeć…
Nic nie mówił.
- Cholera jasna, jestem taka bezużyteczna. – podniosłam głos, zaciskając zęby ze wzbierającej we mnie wściekłości. – Cholera, nie mam zamiaru być jedną z tych bohaterek, które nic nie robią! – cisnęłam resztką kawy o ziemię.
Sergio nadal nic nie mówił, nawet nie trzymał już mojej dłoni. Oparł łokcie na kolanach i schował twarz w dłoniach, oddychając głęboko i przeczesując włosy palcami.
- Wiesz, Blanca… - zaczął zachrypniętym głosem. – Od tamtego wypadku zastanawiam się, co by było, gdyby… Gdyby to się nie wydarzyło. – spojrzałam na niego. – Koniec końców byłem umówiony z Constanzą na randkę. Zastanawia mnie czy zacząłbym z nią chodzić. – spojrzał na mnie uspokajająco. – To nie tak, że chciałem lecieć na dwa fronty. Podobałaś mi się praktycznie od zawsze, ale nawet nie widziałem szansy by do ciebie zarywać, a Constanza… Lubiłem ją, a ona lubiła mnie… - wziął głęboki oddech, chowając twarz w dłonie, nie dając mi szansy na dostrzeżenie jej wyrazu. – Byłem zdecydowany by znów ją zaprosić, aż do momentu, w którym dowiedziałem się, że trafi na wózek.
- Sergio… - spróbowałam mu przerwać, czując, że łzy na moich policzkach zaczynają wysychać, a gula w gardle świadczy o narastającym poczuciu winy.
- Naprawdę próbowałem, Blanca. Z całych sił. Ale nie miałem odwagi zapytać się drugi raz. – pokręcił głową. – Byłem zbytnim tchórzem, by wiązać się z niepełnosprawną… - prychnął kpiąco. – Jakim ja jestem śmieciem…
- Sergio, przestań… - położyłam dłoń na jego ramieniu, przysuwając się bliżej. – Nawet tak nie mów…
- Kiedy to prawda, Blanca… Jestem śmieciem. – powiedział cicho. – Cały czas zastanawia mnie, czy gdybym jednak jej tak nie wystawił, zachowywałaby się teraz inaczej…
- To nie jest twoja wina… - powiedziałam przez łzy, obejmując go. – Nie zadręczaj się, bo to nie jest twoja wina… - powtórzyłam, trzymając go mocniej. Chłopak w końcu odwzajemnił mój uścisk i trzymał mnie długo w swoich objęciach.
- Dziękuję, Blanca.
***
Doskonale wiedziałam, że ta rozmowa nic mi nie da, a jednak przeprowadziłam ją, licząc na cud. Poczułam się jedynie gorzej. Każde z nas miało swoje własne problemy, a ja traktowałam to jak ostatnia egoistka.
Życie nie kręci się tylko wokół mnie. Nie jestem najważniejsza.
- ZIEMIA DO BLANCI! – Riccardo krzyknął do mojego ucha, gdy zmierzaliśmy do szatni po spotkaniu samorządów klasowych.
- Jezu, nie strasz mnie tak! – burknęłam, tłukąc go teczką. – Co znowu?
- Siedziałaś przez całe spotkanie jakbyś była nieobecna.
- Bo ty słuchałeś z należytą uwagą. – rzuciłam sarkastycznie.
- Nie o to mi chodzi. – stwierdził. – Zachowujesz się zupełnie inaczej od dłuższego czasu. Jakby uchodziły z ciebie wszystkie siły i nadzieje…
- Ricc, nie dramatyzuj, to tylko…
- Constanza? – dokończył, a ja zatrzymałam się w pół kroku. – Czy może „aż”, a nie „tylko”?
- Nie mam zamiaru z tobą o tym rozmawiać. – powiedziałam ostro, wznawiając kroki.
- A masz zamiar porozmawiać o tym z kimkolwiek? – zapytał, dotrzymując mi tempa. – Bo najwyraźniej jej pogarszający się stan psychiczny odbija się dużo bardziej na tobie, niż na nas. I to nie jest dziwne, zwłaszcza, że jesteście sobie jak siostry…
 - Rozmawiałam już o tym… z Sergiem, więc… - wtrąciłam cicho, ale Riccardo roześmiał się szyderczo.
- I właśnie widzę, że ten idiota bardzo ci pomógł i cię wspiera.
- To nie jest tylko mój problem, Ricc. – syknęłam. – To nas wszystkich boli. Ciebie też.
- Ale z tego co widzę ty cierpisz jeszcze bardziej niż Constanza. Bo ona wyzbywa się wszystkich uczuć, a ty nie. – spojrzał na mnie surowo. – Jesteś dla mnie ważna, Blanca. Constanza również. Dlatego nie będę stał z założonymi rękoma jak Nicola i Cristina, którym łatwiej było zwalić najtrudniejsze na ciebie, bo „jesteście sobie bliższe”, albo jak Sergio, który woli odepchnąć od siebie twoje problemy. Nie będę przyglądał się jak wszystko się sypie.
- Riccardo…
- Musimy jej pokazać coś co sprawi, że odżyje. – powiedział z pewnością w głosie. – Ona nadal jest uzależniona od adrenaliny, nawet jeśli wpiera w siebie, że już nie. Pokażemy jej, że nadal może robić to co chce.
- Ricc, gdyby to było takie proste, jej rodzice już dawno…
- Wszystko jest trudne, póki nie staje się łatwe. – odparł. – Pierwsze co musimy zrobić to wyciągnąć ją z domu. Chyba mam nawet plan. Tak, to się może udać!
- Nie możemy wziąć ją na siłę, Ricc! To nie jest rozwiązanie! – nawet nie zdałam sobie sprawy, że już dawno wyszliśmy ze szkoły i idziemy na przystanek.
- Właśnie, że musimy, Blanca! Pomyśl przez chwilę. Ona cały czas powtarzała, że ma dość litości. Nie możemy się z nią cackać. Trzeba ją wziąć, choćby trzeba było nieść ją na rękach. – w jego brązowych oczach lśniły płomienie.
- Przecież to jest szalone! Co ciebie nagle tak wzięło na…?
- Bo ja też mam tego wszystkiego dość. – stwierdził krótko, gdy wsiadaliśmy do busa. – I właśnie osiągnąłem swoją granicę.
Nie mogłam się skupić na mijających sceneriach za oknem.
- Czyli co w końcu robimy? – spytałam w końcu, czując jak nadzieja powoli rozkwita we mnie.
- Jedziemy do Constanzy i wyciągamy ją na zewnątrz. – odrzekł. – Mam pewien pomysł, ale raczej domyślisz się w trakcie o co mi chodziło.
- Jesteś pewien, że taka spontaniczność zadziała?
- Błagam cię, Blanca. – uśmiechnął się do mnie. – Co innego zadziała na naszą drogą Constanzę niż spontaniczność?
Poczułam jak się uśmiecham.
***
  Nie mogłam uwierzyć w fakt, że po tylu tygodniach znów jesteśmy z Constanzą gdziekolwiek na zewnątrz, dopóki Riccardo nie zaczął wciągać jej wózka po coraz to większe górki, zaciągając nas na odludzie. Constanza nie odzywała się przez całą drogę, co i tak było dobrze, zwłaszcza, że gdy nas zobaczyła, szczerzących się na ganku, próbowała zatrzasnąć nam drzwi przed nosem.
- Co wy planujecie? – spytała, gdy już we dwójkę wpychaliśmy jej wózek pod coraz większą górkę. – Darujcie to sobie i odstawcie mnie do domu.
- Jesteśmy za daleko… Aby teraz się poddać… - odparł Riccardo głosem typowego bohatera jakieś gry fantasy.
- Zafundujemy ci porządny zastrzyk adrenaliny. – dodałam, uśmiechając się.
Po moich słowach Constanza nie powiedziała nic więcej i czekała aż dotrzemy na miejsce. Jeszcze nigdy nie cieszyłam się aż tak bardzo z osiągnięcia jakiegokolwiek szczytu. Oboje z Riccardo łapczywie chwytaliśmy powietrze, patrząc po sobie z kpiącymi uśmieszkami. Dwójka naukowców porwała się na wyprawę. Chcieliśmy rzucić jakimś tekstem, ale jedyne co wypadło z naszych ust to sapnięcie.
Constanza pokręciła głową.
- Człowiek kilka miesięcy nic nie robi, a wszystkim wokół już siadła kondycha. Co wy zrobicie za kilka lat, co? – spojrzałam na nią spode łba, ale szybko wyprostowałam się na widok szelmowskiego uśmiechu.
A przynajmniej jego dawnego cienia.
Constanza obróciła się, popychając koła ramionami. Wzięła głęboki oddech, gdy wiosenny, jeszcze chłodny wiatr rozwiał jej włosy. Znajdowaliśmy się na najwyższym wzniesieniu w okolicy, za dzieciaka naszym ulubionym miejscem do zabaw. Był dopiero marzec, więc otoczenie zaczynało się ledwo rysować zielenią, a właściciele ziemi nie myśleli jeszcze nawet o zagospodarowaniu terenu.
- Przywraca wspomnienia. – powiedziała w pewnej chwili Constanza, obracając głowę w naszą stronę. Podeszliśmy bliżej niej, stając po jej obu stronach. – Chociaż zazwyczaj czekaliśmy do kwietnia nim zaczynaliśmy się tu wspinać.
- Raz poszliśmy w lutym. – przypomniałam sobie. – Tylko skończyło się na tym, że to my poszłyśmy jako kozioł ofiarny jako pierwsze.
- A, pamiętam. – jej twarz rozjaśniła się nieco na to wspomnienie. – Gdzieś w połowie trafiłyśmy na lód i stoczyłyśmy się na dół z lawiną śniegu.
- W gwoli ścisłości to TY natrafiłaś na lód i pociągnęłaś mnie za sobą.
- Uważaj, bo miałam zamiar polec w pojedynkę. – zaśmiała się.
Spojrzałam na malującą się w oddali Manarolę i taflę morza polśniewającą w promieniach popołudniowego słońca.
- A pamiętasz jak rok po tym stwierdziłaś, że spróbujemy znowu i wzięliśmy sanki? – zwrócił się Ricc do dziewczyny. Constanza rozszerzyła uśmiech.
- A wiem! Chyba plan spalił na panewce. – zmarszczyłam czoło ze śmiechem, nie mogąc sobie przypomnieć co wtedy się działo.
- Tak trochę. – prychnął chłopak. – Jako jedyny mężczyzna zostałem wysłany na sam szczyt i nim się nam dotaszczyłem odmarzły mi palce.
 - Czy ty przypadkiem w połowie zjazdu nie trafiłeś na kamień i utknąłeś głową w śniegu? – zaczęłam się śmiać nim jeszcze otrzymałam potwierdzenie.
- I co się śmiejesz? – rzucił obruszony, choć sam nie mógł powstrzymać śmiechu. – Ciekawe czy co ty byś zrobiła z głową w śniegu i prawdopodobnym wstrząśnieniu mózgu?
- Chyba w tamtym momencie stwierdziłam, że zrobię z ciebie faceta, Ricc. – Constanza parsknęła śmiechem, patrząc się kątem oka na chłopaka. – Cóż, patrząc na to teraz… Poległam z kretesem. Ale nie traćmy nadziei, kondycja to nie wszystko…
Parsknęłam śmiechem,  gdy Riccardo mordował Constanzę spojrzeniem. Dziewczyna zaniosła się chichotem i słysząc w nim szczerość, nawet Ricc nie mógł długo gniewać się na docinki. Uśmiechnął się ciepło, spoglądając na mnie. Odpowiedziałam tym  samym.
Constanza po chwili otarła łzy śmiechu i nostalgii. Spojrzała po nas.
- Cieszę się, że jeszcze macie siły by ze mną wytrzymywać. – mruknęła. – Ale z tego co pamiętam mówiliście o skoku adrenaliny.
Posłałam Riccowi konspiracyjne spojrzenie, a on jedynie przytaknął. Uśmiechnęłam się chytrze pod nosem, spoglądając na sam dół wzgórza. Constanza podążyła za moim wzrokiem.
- Myślisz o tym samym co ja?
- Chyba myślę.
Po czym spojrzałyśmy na siebie w tym samym momencie, uśmiechnięte szelmowsko, a w naszych oczach błysnęły ogniki. Niczym jak kiedyś. Constanza uniosła jedną brew, kiwając głową w stronę tylnych kółek, a ja uśmiechnęłam się jedynie szerzej. Blondynka wyciągnęła przed siebie ramiona, strzelając palcami.
Jej usta ułożyły się w ten sam niepokojący uśmiech co kiedyś.
- O nie. – wymamrotał Riccardo, który dopiero teraz zorientował z naszych zamiarów.
- O tak. – szepnęłyśmy w tym samym momencie.
W następnym Constanza odepchnęła się z całych sił, kierując się prosto w dół zbocza, a rzuciłam się do przodu, wyskakując. Musiałam jeszcze kilka razy odbić się od ziemi, nim w końcu dopadłam rączek od wózka i wciągnęłam się na jego tylne błotniki. Akurat kilka sekund przed tym jak zaczęłyśmy się rozpędzać.
Górka była dość stroma, przez co wydawała się jeszcze bardziej krótka.
Wiatr targał moimi włosami, a pęd powietrza zawiewał mi kosmyki na twarz. Trzymałam się kurczowo, nawet nad tym nie myśląc, a serce biło mi coraz szybciej. Mimo, że zacisnęłam mocno zęby, oczy miałam szeroko otwarte, chłonąc każdy mijany przeze mnie centymetr świata.
Ziemia była zdecydowanie bardziej pofałdowana od szutrówek, na których niegdyś królowała Constanza. Byłam pewna, że zaliczymy solidną wywrotkę, a żołądek podchodził mi do gardła przy każdym większym wertepie, gdy jedyne co łączyło mnie z wózkiem to moje ręce.
Jednak obie śmiałyśmy i wrzeszczałyśmy jak opętane. Przez cały zjazd spojrzałam na przyjaciółkę raptem raz, ale tyle mi wystarczyło. Jej usta były rozciągnięte w szaleńczym uśmiechu i wiedziałam, że przypomniała sobie o swoim uzależnieniu od adrenaliny. Przypomniała sobie moment, na który czekała w każdym wyścigu. Moment, w którym wszystko w tobie przesiąknięte jest strachem, ale twoja dusza wrzeszczy o więcej.
Przy końcówce trafiłyśmy na większy odłamek skały i wózek wyskoczył w powietrze, synchronizując się z naszym wrzaskiem. Ułamek sekundy później zaryłyśmy w ziemię, okręcając się, aż w końcu wózek upadł na bok. Ja przekoziołkowałam i wpadłam w ziemię.
- Constanza! – krzyknęłam zrywając się, ale dostrzegłam ją tuż obok mnie, na ziemi. Leżała w trawie, podpierając się łokciami, cała poobijana i brudna. Jej nogi leżały za nią bezwładnie.
Spojrzała na mnie w kompletnym szoku, nie dowierzając w to co właśnie się wydarzyło. Obróciła po chwili głowę przed siebie, a w jej oczach dostrzegłam iskierkę. Nie był to ten sam blask co raptem kilka miesięcy temu, nie ten ogień, który mógł spalić całe lasy. Ale ta ledwo tląca się iskierka, mogąca w każdej chwili zgasnąć, rozbudziła we mnie nadzieję.
Spojrzałam na wzgórze. Riccardo pół zbiegał, pół staczał się po stromym pagórku, wydzierając się na nas w niebogłosy.
- NIE OTO MI CHODZIŁO, BLANCA! Cholera jasna! – tutaj znów zarył twarzą w ziemię. – CZY WAM ODBIŁO DO RESZTY? TO BYŁO SZALONE!
Na moich ustach powoli zakwitał uśmiech.
- NIE UŚMIECHAJ SIĘ TAK BLANCA! KURDE, CONSTANZA, TY TEŻ SIĘ NIE SZCZERZ, KIEDY SIĘ NA WAS WYDZIERAM!
Przyjaciółka spojrzała na mnie, po czym wybuchła gwałtownym, niepochamowanym śmiechem. Schowała palce we włosach, ale po chwili oplotła rękoma brzuch, opadając z powrotem na ziemię i przetaczając się na plecy, tuż obok mnie.
- Dobra, jej już odbiło całkowicie, to wiem! – Riccardo nadal się na nas wydzierał, choć po swoim heroicznym zbieganiu był w gorszym stanie niż my obie. – Ale sądziłem, że chociaż ty nie wypadłaś za dziecka z kołyski!
Śmiech Constanzy podziałał na mnie zaraźliwie i sama zaniosłam się chichotem, niczym skończona wariatka. Nawet nie zdałam sobie sprawy, kiedy Constanza chwyciła moją dłoń, ściskając ją delikatnie, dziękując bez zbędnych słów. Riccardo odpuścił sobie kazania, gdy po moich policzkach spłynęły łzy ulgi.
Wszystko jest się w stanie naprawić.
Wystarczy pokazać Constanzie, że nadal trzyma życie w swoich rękach.
Wystarczy pokazać, że ma po co żyć.
Sam Riccardo zaniósł się śmiechem, gdy usiłował podnieść nas obie na raz i upadł na ziemię. Śmiał się cały czas, nawet gdy postawił mnie z trudem na nogi, po czym sami podciągnęliśmy Constanzę. Dziewczyna opadła bezwiednie w nasze ramiona, niezdolna do utrzymania się samodzielnie w pionie.
Jednak nie wyglądała na rozgoryczoną. Śmiała się dalej, gdy Riccardo załamywał się coraz bardziej pod jej ciężarem, po czym przytuliła się do nas, wieszając się na ramionach. Odpowiedziałam mocno na jej uścisk, mając wrażenie, że zaraz rozpłaczę się mocniej.
Gdy w końcu udało nam się wygodnie usadzić Constanzę w wózku, Riccardo uśmiechnął się do mnie wyzywająco.
- Cóż, ciężko będzie pobić ten wyczyn, ale jeszcze zobaczysz. – zaczął, w między czasie przerzucając wzrok ze mnie na Constanzę. – Nie, obie zobaczycie!
***
 - Wiesz, Blanca chyba nadal wygrywa. – stwierdziła Constanza. – Sam plan piżama party byłby dobry, gdybyś, no nie wiem, nie organizował go 5 minut wcześniej w domu Blanci?
- Bardzo zabawne. – prychnął chłopak, wnosząc Constanzę do środka. – Wybacz, za to Blanca. Nie przemyślałem tego.
- Nie, nic się nie dzieje. – machnęłam dłonią, przytrzymując mu drzwi. – Też nie przewidziałam skutków. A poza tym moi rodzice ucieszą się, że Constanza znów u nas nocuje. – uśmiechnęłam się do niej, gdy lekko spuściła głowę.
- Ale wracając. – podjęła ponownie temat, wykrzesując z siebie resztki entuzjazmu jaki pozostał po tym popołudniu. – Nadal nie rozumiem dlaczego muszę u ciebie nocować.
- Spójrz ty na siebie, niekumata kobieto! – westchnął Riccardo, rozsznurowując jej buty. – Jesteś cała poobijana, brudna i wyglądasz chyba gorzej niż twój wózek.
- No co ty nie powiesz, Riccardo.
- Jemu raczej chodzi o to, że jeśli Lotario jest naszym sprzymierzeńcem, to jednak będziemy mieli kłopoty jak odstawimy cię w tym stanie do domu. – odparłam, uśmiechając się pod nosem.
- Pal licho Lotaria! – burknął chłopak. – On swój chłop, a facet z facetem jakoś dojdą do rozejmu. Pani Di Carlo! To tutaj jest problem. Wybacz, Constanza, ale twoja matka to demon.
Blondynka zdusiła śmiech dłonią.
- I z czego się cieszysz!? To jest uzasadniona fobia! – prychnął Riccardo, ku coraz większej uciesze dziewczyny. – Blanca, weź coś powiedz.
- Szczerze, to ja się boję pani Marii. – mruknęłam, wzdrygając się, gdy umysł podsunął mi najbardziej prawdopodobny scenariusz rozmowy z nią.
- No ja nie wierzę! – parsknęła Constanza, uspokajając śmiech. – Świetnie, moja mama jest postrachem dzielnicy. I co, sądzicie jak mnie porwiecie do Blanci, to nie będzie niczego podejrzewać?
- Ha-ha! – Riccardo wykonał gest zwycięstwa. – Według moich obliczeń będzie w pozytywnym szoku, że w ogóle chcesz być poza domem. A poza tym najgorsze nadejdzie jutro, a wtedy mnie już tu nie będzie.
- Ricc! – krzyknęłyśmy na niego ze śmiechem w tym samym momencie.
- No żartuję, żartuję. – pomachał uspokajająco dłonią. – Muszę się powoli zbierać. Pomóc wam w czymś jeszcze? – spytał, spoglądając kątem oka na wózek Constanzy.
- Nie, damy sobie ze wszystkim radę. – uśmiechnęłam się do niego. – Dzięki, Ricc. Za wszystko.
- To była przyjemność, panienki. A teraz wybaczcie. – ukłonił nam się szarmancko, wywołując cichy chichot i wyszedł na zewnątrz. – Jakby coś się działo, to od razu dzwońcie!
Pomachałyśmy mu na pożegnanie, a ja odwróciłam się konspiracyjnie w stronę przyjaciółki. Uśmiechnęłam się chytrze.
- Muzyka?
Constanza spuściła wzrok na ułamek sekundy, ale raptem od razu uniosła głowę, uśmiechając się szeroko.
- Muzyka.
***
Było już praktycznie nad ranem, a my nadal siedziałyśmy na moim łóżku i oglądałyśmy kolejny horror. Cały wieczór przebiegł dużo lepiej, niż w moich najśmielszych oczekiwaniach. Constanza zachowywała się tak samo jak przy naszych wcześniejszych nocowaniach i nie odniosłam wrażenia, że udaje. Wyglądała w końcu na żywą, po tylu miesiącach.
Oczywiście, nie koloryzując zbytnio. Ten wypadek pozostawił po sobie głębokie, jątrzące się rany, zarówno na ciele i psychice, które z czasem stanął się bliznami. Zagoją się, ale nie znikną.
- Dziękuję, Blanca. – mruknęła Constazna, sennym już głosem. – Za to, że mnie dzisiaj wyciągnęliście.
- Musisz podziękować Riccardo. To on był raczej głównych sprawcą.
- Mniejsza z tym, kto to wymyślił. – machnęła dłonią. – Po prostu muszę wam podziękować… Kurde… - zakryła twarz dłonią. – Naprawdę miałam bardziej składne zdania, niż samo „dziękuję”.
- Mówisz to osobie, która zamiast mówić, zaczyna płakać. – uśmiechnęłam się nostalgicznie pod nosem.
- Lubię to w tobie. Umiesz przekazać sobą te uczucia, których wszystkie słowa świata nie są w stanie opisać. – powiedziała cicho. Jej twarz była oświetlona przez migający ekran z włączonym filmem. Dostrzegłam w kącikach jej oczy dwie drobne łzy.
- Constanza…
- Cicho bądź, Blanca. – prychnęła rozbawiona. – Mam zamiar powiedzieć coś naprawdę mądrego. Przynajmniej tak mi się wydaje. – zrobiła przerwę, by wziąć głęboki oddech. – Postanowiłam, że spróbuję jeszcze raz.
Nie zrozumiałam. Chociaż nie. Rozumiałam doskonale, tylko nie byłam w stanie wykrztusić odpowiednich słów. Byłam niezdolna do zaakceptowania tego. Przygryzłam dolną wargę, targana emocjami.
Constanza wzięła jeszcze jeden oddech.
- Od kiedy… Od kiedy trafiłam na wózek, starałam się walczyć. – zaczęła drżącym głosem. – Naprawdę czułam się silna, widząc jak wszyscy mnie wspieracie, traktujecie tak samo… Tylko z czasem zaczęłam rozumieć, że… Że nie będzie tak samo… Ja wiem, że teraz się powtarzam i gadam jak dziecko, tylko… Tylko to była dla mnie tragedia. To jest tragedia. Przez te miesiące walczyłam wbrew sobie, ale… Za każdym razem i tak wracała do mnie myśl, że nie stanę o własnych siłach. – urwała na moment, mrugając szybko. – Nie widziałam sensu, Blanca. W niczym, rozumiesz? Miałam dość wszystkiego i wszystkich… Nawet nie wiesz jakie to uczucie jest przerażające. Być przez cały czas w pustce i nie móc samemu tego zakończyć.
- Chyba nie mówisz, że… - zesztywniałam, blednąc.
- Tak. Każdego dnia, gdy ktoś wyciągał mnie z łóżka i usadzał na tym przeklętym wózku, myślałam tylko o tym, że byłoby lepiej, gdybym nie przeżyła tego wypadku. Byłam w stanie widzieć… Nie, nadal widzę wszystko tak strasznie egoistycznie. Jakby inni nie mieli własnych problemów. – zwinęła drżącą dłoń w pięść. – Nim zdążyłam się zorientować odsunęłam od siebie wszystkich, na których mi zależało.
Nie patrzyłyśmy się na siebie, oparte o chłodną ścianę przy moim łóżku. Miałam głowę odchyloną do tyłu i nadal zagryzałam dolną wargę praktycznie do krwi. Modliłam się, by nie zacząć szlochać.
- Ale… - usłyszałam w jej głosie drżenie. – Ale nadal żyję, Blanca. W głównej mierze dzięki tobie. Nie wiem, co bym zrobiła gdyby , gdybyś… Gdybyś nie siedziała ze mną na siłę, to chyba… zwariowałabym. I to wszystko przez siebie. – zapadło na chwilę milczenie, a Constanza uspokoiła oddech. – Ale, jak już powiedziałam na początku: Chcę spróbować jeszcze raz. Chcę znów zawalczyć, by dostrzegać świat takim jakim był dla mnie te 8 miesięcy temu. – chwyciła moją dłoń. – Pokazaliście mi dzisiaj z Riccardo, że choć paraliż mnie ogranicza, nie może mnie powstrzymać. Chcę chociaż spróbować zawalczyć jeszcze raz. Dziękuję. Nawet nie wiem, jak podziękować…
- Przestań już… - wydusiłam ze szlochem. Pokręciłam głową. – Nawet nie wiem co powiedzieć, cholera… - dławiłam się swoim szlochem. – Nawet nie wiesz jak ja się cieszę. Tak się cieszę. Tak bardzo…
Usta Constanzy drżały od wstrzymywanego płaczu, gdy przytulała się do mnie. Przyciągnęłam ją do siebie, czując, że obie popadniemy w histerię.
- Tylko, Consta… Jeśli masz problem, to mów. Musisz mi mówić. – wydukałam, między łkaniem. – Bo nie dam rady domyślić się wszystkiego. Ale wiedząc, mogę spróbować zrozumieć. Pomóc…
- Dobra. – przytaknęła, spoglądając mi prosto w oczy. – Potrzebuję cię, Blanca. Wytrzymasz jeszcze ze mną i będziesz mnie dalej wspierać?
Zakryłam usta dłonią, czując że po moich policzkach spływają strumienie łez. Pokiwałam głową.
- W końcu od czegoś masz przyjaciółkę. – wyszlochałam.
- Nie mam przyjaciółki. – powiedziała cicho. – Mam kogoś o wiele ważniejszego.
I po tych słowach zaczęła płakać tak samo jak ja, pozwalając by nasze wszystkie problemy zlały się w jedno.
Ja płakałam, ponieważ nie umiałam być dla niej wystarczająco silna.
Ona płakała, ponieważ jej marzenia legły w gruzach.
Ja płakałam, ponieważ obwiniałam się o wszystko.
Ona płakała, ponieważ nie umiała się z tym pogodzić.
Ja płakałam, ponieważ byłam bezsilna.
Ona płakała, ponieważ była bezsilna.
Płakałyśmy razem, jak małe dzieci, nie mogąc, nie chcąc pogodzić się z rzeczywistością. Tej nocy w końcu dotarła do mnie jedna z prawd tego świata, która stała u moich bram od bardzo długiego czasu, czekając nie za zrozumienie, tylko akceptację. Są na tym świecie rzeczy, które nie zmienią się, niezależnie od tego, jak bardzo się starasz.
Wiedziałyśmy to od początku. Wiedziałyśmy, że Constanza nie wstanie.
Ale teraz pozwoliłam sobie pomyśleć, że następnego dnia wstaniemy i spróbujemy wymyśleć na to jakiś sposób. Razem, z innymi.
- To będzie nowy początek, prawda? – spytała Constanza, gdy układałam ją wygodniej w łóżku i nakrywałam kołdrą. Brzmiała jak dziecko, a na jej policzkach rysowały się smugi łez. Praktycznie spała.
- Zupełny początek. – przytaknęłam cicho. Spojrzałam przez odsłonięte okno, zahaczając spojrzeniem o gwiazdy, które wydawały się świecić jaśniej niż zwykle. Uśmiechnęłam się pod nosem. – Ale to dopiero, gdy wstanie słońce.
Nie wiedziałam, czy Constanza zarejestrowała to co powiedziałam, bo wycieńczona ciężkim dniem, zasnęła od razu po swoich słowach. Nim ja położyłam się ostatecznie spać, zacisnęłam dłonie na kołdrze, czując jak przepełnia mnie uczucie, płonące szaleńczo niczym pożar.

Od teraz, będę silniejsza. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz