Rozdział 8
Gwiazdy zgasły,
niebo stało się wrogiem
Czar wakacji, jakże przyjemny by nie
był, ma to do siebie, że przyśpiesza upływ czasu. W jednej chwili wysiadaliśmy
z busa na przystanku, a w drugiej wybił ostatni tydzień wolnego.
Reszta czasu upłynęła nam spokojnie.
Spałam do późnego rana, do wieczora spędzałam czas z Constanzą, wieczorami albo
oglądałam filmy, albo czytałam książki, albo inne bezsensowne rzeczy, a nocami
studiowałam nocne niebo, śledząc coraz to ciekawsze nowinki. Jednak będąc
starszą jest łatwiej – byłam w stanie zrozumieć coraz więcej.
Ale odchodząc od moich zajęć, a wracając
do czasu dziennego – jego połowa upłynęła na treningach z Constanzą.
Przyjaciółka dostała jeszcze lepszą machinę i była w stanie nastawić się tylko
na wyścigi. Średnio 4 dni w tygodniu poświęcałyśmy tylko na jazdę, oczywiście z
dala od naszego ciasnego, turystycznego miasteczka. Będąc szczerą, nie
przeszkadzało mi to. Widziałam ten lekko szaleńczy błysk w oczach Constanzy,
gdy tylko usłyszała odpalany silnik. Znalazła to, czemu człowiek jest w stanie
poświęcić całe życie, a z jej charakterem była gotowa poświęcić każdy dzień,
każdą godzinę i pracować całe dnie i noce, by osiągnąć cel. Czasami miałam
wrażenie, że między nami pojawia się dystans, ale jako jej przyjaciółka,
powinnam ją wspierać.
I starałam się to robić najlepiej.
W wolnych chwilach robiłam tabele,
wykresy obrazujące jej progres, programy treningowe, w pewnych momentach
organizowałam nawet dietę i dzwoniłam, by zapisać ją na wyścigi.
- Kiedy dorośniemy, chcę cię na
menadżera. – rzuciła kiedyś, podczas wieczorku filmowego na jej strychu.
- Zapomnij. – opowiedziałam od razu. –
Tacy ludzie powinni być bardziej wyszczekani ode mnie. Poza tym, mam większe
ambicje.
Wyszczerzyła się do mnie, ale nie
zapytała o nic więcej.
Wszystkie pozostałe wyjazdy podczas tych
wakacji były na wszelkiego rodzaju wyścigi i zawody motorowe. Choć za każdym
razem przed oczami stawała mi scena jak Constanza ma wypadek, dopingowałam ją i
nie powstrzymywałam. W zamian, dostrzegłam jak pnie się do góry, w zabójczo
szybkim tempie.
I tak, w ostatnim tygodniu sierpnia,
Constanza jako pierwsza przekroczyła linię mety.
Zeskoczyła z motoru, jeszcze nim się
zatrzymała, zrzuciła kask z głowy i, drąc się z radości, zaczęła skakać z
pięściami uniesionymi wysoko nad głową. Sama byłam w jeszcze większym szoku,
musiałam kilka razy sprawdzić wyniki, by w to uwierzyć, aż w końcu,
przeskoczyłam przez barierkę i pobiegłam do niej. Dostrzegła mnie od razu,
uśmiechając się tak szczerze jak nigdy wcześniej i przytuliła mnie.
- Wygrałaś! – zdołałam wydusić, gdy jej
ramiona zamknęły mnie w niedźwiedzim uścisku. Liczyłam, że powiem jakieś
mądrzejsze gratulacje.
- Nie. – pokręciła głową, odsuwając mnie
od siebie na długość ramion. Gdy zmarszczyłam brwi, uderzyła mnie pięścią w
ramię. – My wygrałyśmy!
Zdążyłam odpowiedzieć jedynie uśmiechem,
nim reszta naszej paczki do nas dopadła i zaczęliśmy skakać w kółko, śpiewając
coś bez sensu, objęci ramionami.
***
Życie w gimnazjum naprawdę stało się
sielanką. Tym wyobrażeniem dorastania jakie miałam, gdy byłam małą dziewczynką.
Miałam przyjaciół. Prawdziwych. Na dobre i na złe. I teraz, gdy myślałam o nich
w nocy, przed zaśnięciem, nie czułam wzbierających pod powiekami łez i
poczucia, że oszukuję sama siebie, tylko przepełniała mnie radość i uśmiechałam
się do siebie, na kolejne błahe wspomnienia.
Sergio na stałe dołączył do naszej
paczki, a po naszej rozmowie praktycznie ze mną nie rozmawiał, gdy zostawaliśmy
sami. Jednak mimo tego, że widziałam, że naprawdę kręci z Constanzą, czasami
zahaczałam na nim wzrok o kilka sekund za długo. Był moim jedynym zmartwieniem,
a nie ważne jak długo wybijałam sobie tę durnotę z głowy, wracała dobitnie za
każdym razem.
O dziwo, jedyna dobra rzecz jaka
wypłynęła z tego, jak to ujął Riccardo – grupka Giovanny dała nam święty
spokój. Z początku ona z jej niewolnikami obdarzali nas tak nienawistnymi
spojrzeniami, że wszyscy bohaterzy książek, którzy patrzyli na swoich
śmiertelnych wrogów, mogli by im pozazdrościć. Jednak raptem po kilku dniach,
gdy oswoili się z myślą, że Sergio jest „zdrajcą”, dali nam spokój. W końcu
mieliśmy prawie 15 lat, a oni mogli do woli nękać młodsze klasy.
W szkole radziłam sobie bardzo dobrze,
nie musiałam spędzać dużo czasu na wkuwaniu niektórych idiotyzmów, a popołudnia
spędzałam z przyjaciółmi. Starałam się poświęcać jak najwięcej czasu własnym
zainteresowaniom i postawić jakiś krok na przód, ale w końcu odpuściłam i
skupiłam się na Constanzie. Po tylu latach, byłam praktycznie jedyną osobą,
która umiała zmusić ją do zjedzenia jeszcze jednej łyżki pożywnych brokułów,
wieczornego, regularnego biegania i innych drobnostek składających się na dobrą
formę fizyczną jak i psychiczną.
Jedyne co mnie bolało, to to, że
zdarzało mi się odczuwać zazdrość. Widziałam zarówno jej sukcesy jak i
porażki, ale nawet jeśli, ciągle pięła
się w górę. Niestrudzenie, krok po kroku, walczyła o marzenia od samego
początku. A ja stałam w tym samym miejscu, tracąc wiarę, że kiedykolwiek będę w
stanie ruszyć do przodu.
Uczucie szybko mijało, gdy widziałam jak
Constanza mija metę w całości, a ja czułam się, jakbym sama ukończyła wyścig.
Jej szczęście było zaraźliwe.
I pod takimi nastrojami upłynęła mi
zarówno 2 klasa gimnazjum, jak i trzecia. Żyłam jak młodzież, zachowywałam się
jak młodzież. Miałam wrażenie, że moja historia staje się pospolita. Ot co,
zwykła grupka przyjaciół, trzymająca się razem. Czasem jedyną tragiczniejszą
rzeczą był zawalony sprawdzian. Przyzwyczailiśmy się wszyscy, przekonani, że nasz
optymizm da sobie radę z późniejszymi trudami, jakie los postanowił postawić
przed nami.
Po dwóch latach błogiego spokoju, nikt
nie spodziewał się tak okrutnego przywrócenia do rzeczywistości.
***
Leżałam w łóżku, wpatrując się w sufit.
Od dzieciństwa przyczepiłam do niego gwiazdki wycięte z papieru i pomalowane
fluorescencyjną farbą, która obecnie ledwo roztaczała jakiekolwiek światło.
Byłam całkowicie wyszczuta, sama nie wiedząc dlaczego.
Nie chciało mi się kompletnie spać, a za
równo nocne niebo wyglądało obco.
Przewróciłam się na bok, zamykając oczy
i próbując się zmusić do snu. Na próżno – umysł stale podsuwał mi coraz nowsze
myśli. Może powinnam otworzyć okno? Bez tego letniego zaduchu powinno się
lepiej spać. Lecz nawet ciepły powiew powietrza, który wtargnął do mojego
pokoju, nie był w stanie zmusić mnie do snu.
Znów było lato, które swoją drogą
dopiero co się zaczęło. Minął raptem tydzień, a ja już mogłam powiedzieć, że
mija zbyt szybko. Szkoła zbliżała się wielki krokami, choć powinnam teraz o tym
nie myśleć.
Westchnęłam.
Mam już 16 lat. Liceum otwiera przede
mną swe wrota. A potem…
Właśnie. Potem co?
Blanca, daruj sobie. To zdecydowanie nie
pora na rozterki życiowe. Idź spać.
Pewnie pójdę na jakieś dobre studia,
tylko… Spojrzałam na teleskop. Wiem co chcę robić w życiu, tylko… Stoję w
miejscu, trzymając tą pasję blisko siebie, bojąc się puścić wodze i dać porwać
się nurtowi. Spróbować czegokolwiek. Westchnęłam ponownie. Czasem zazdrościłam
Constanzie tej pewności siebie, zaciętości. Przekonania, że nie ma rzeczy
niemożliwych. Skąd ona bierze tyle siły na to wszystko? W końcu i tak jesteśmy
tylko pyłkiem w całym wszechświecie.
Usłyszałam pukanie w okno.
Świetnie, teraz jeszcze nabawię się
jakiś halucynacji.
- Psst… - odezwała się moja halucynacja.
– Psst, Blanca! Śpisz?
- Śpię. – odparłam, rozkładając ramiona
w poprzek łóżka.
- Oczekiwałam, że trochę spanikujesz, a
tu proszę. – rzuciła halucynacja, wskakując przez otwarte okno do mojego
pokoju.
Tym razem podniosłam się gwałtownie,
mrużąc oczy w ciemności, próbując dostrzec intruza. Jednak widząc znajomą
sylwetkę, westchnęłam głośno, ponownie opadając na łóżko.
- A, to tylko ty. – mruknęłam na
powitanie do Constanzy. – Naczytałaś się Papierowych
Miast i teraz włazisz mi przez okna zamiast drzwi.
- No dzięki, za ciepłe powitanie. –
prychnęła, zachowując się praktycznie bezszelestnie. – Ale ja z ważniejszą
sprawą.
- Powiało grozą. – wstałam z łóżka,
poprawiając przydużą męską koszulkę, służącą mi za piżamę. – Ale ostrzegam,
jeśli to tylko dlatego, że panikujesz przed randką, to…
- Tu się rozgrywają ważniejsze rzeczy
niż moja randka! – syknęła na mnie, chwytając za ręce. – Blanca, ja wiem, że to
zabrzmi jakbym oszalała…
- Samo mówienie, że jest coś
ważniejszego niż twój wypad do kina z Sergiem jest oznaką szaleństwa. Swoją
drogą, długo się chłop zbierał, by cię w końcu zaprosić… - widząc, że jej
brązowe oczy błyskają w ciemnościach, urwałam i wzruszyłam ramionami. – Ale
cóż, fakt, że oszalałaś jest już dość stary. Słucham ja ciebie.
Constanza spojrzała na mnie
podejrzliwie. Chociaż ten przymiotnik odnosił się idealnie tylko i wyłącznie do
niej. Stałyśmy po środku mojego pokoju, ja teoretycznie zaspana, a ona ubrana
cała w czarną skórę, z rozwianymi włosami. Na dodatek wlazła do mojego domu bez
zapowiedzi, w środku nocy. Przez okno.
Dobry Boże, co się dzieje z tą znajomością?
- Okej… To zabrzmi trochę jak wariactwo,
ale… Nie, w sumie to jest wariactwo. – mruknęła pod nosem.
- Słuchaj, tutaj to ja jestem od
mamrotania od rzeczy pod nosem, więc nie odbieraj mi chociaż tej roli. –
wtrąciłam z dozą rozbawienia, opierając się o biurko.
- Kiedy ja wiem, że jak nie przedstawię
tego delikatnie to opierniczysz mnie z góry na dół, a serio teraz ciebie
potrzebuję! – rzuciła podirytowana.
- Constanza, jest jakaś pierwsza w nocy,
a ty wskakujesz mi do pokoju przez okno, bez żadnej zapowiedzi! Samo to prosi
się o dobry opiernicz. – odparłam. – Więc albo gadasz, albo…
- Jednak chcę wziąć udział w tym
wyścigu.
Między nami zapadła cisza, a bardzo
powoli trawiłam jej słowa.
Constanzie chodziło o Grand Prix Junior,
jeden z najbardziej prestiżowych wyścigów motocyklowych dla młodzików we
Włoszech, ale zarówno jeden z najniebezpieczniejszych. Około 20% uczestników
miało poważne wypadki, wykluczające ich z rankingu na długie miesiące, lata, a
czasami nawet na zawsze. Po długich rozmowach na ten temat, już nie tylko ze
mną czy naszą paczką, a nawet z rodzicami, Constanza zdecydowała się nie brać w
nim udziału. Widziałam, że bolało ją to bardzo, zwłaszcza, że mogła okazać się
jedną z raptem pięciu uczestników płci pięknej.
-
Nie ma mowy. – powiedziałam w
końcu.
Dziewczyna spojrzała na mnie spode łba.
- Wiedziałam, że tak zareagujesz. –
warknęła. – Zupełnie jak wszyscy. Liczyłam, że chociaż ty ze mną pojedziesz.
Ale wiesz co? Trudno, dam sobie radę sama. – odwróciła się, gotowa wyjść.
- Sama? – chwyciłam ją za nadgarstek. –
Chwila moment, Consta. – zwróciła twarz w moim kierunku. – Doskonale wiesz, że
to nie jest wyścig dla ciebie. Nie poczyniłaś żadnych specjalnych przygotowań,
same zawody są jakieś 7 godzin od Manaroli, a ty na 9 godzin przed decydujesz
się wziąć w nich udział!
- Cóż, jak to mawiają – lepiej późno niż
wcale.
- W tym wypadku, lepiej byłoby, gdyby
jednak pozostało na „wcale”.
- Nie zmuszam cię, żebyś ze mną jechała.
– prychnęła.
- Aha, czyli ty sobie sama tam
pojedziesz, tak? No pewnie, oczywiście. – uśmiechnęłam się do niej z
politowaniem. – Zachowujesz się jak ostatnia szantażystka! Nie ma opcji, nie
jedziesz.
- Niby dlaczego nie? – uniosła brwi
wyzywająco, kładąc dłonie na biodrach i stając naprzeciwko mnie. Przeklnęłam w
myślach mój niewielki wzrost.
- Niby dlatego, że cię nie puszczę. –
odrzekłam wyzywająco.
- Poczekaj jeszcze zobaczymy. –
prychnęła mi w twarz. – Życzę szczęścia. – odwróciła się, stawiając stopę na
moim parapecie. – Jestem niepowstrzymana. – powiedziała chłodno pod nosem,
jakby sama do siebie.
- Constanza. – wypowiedziałam jej imię z
chłodną wściekłością. – Możesz być sobie niepowstrzymana, uparta, odważna,
mniejsza z tym! Ale nie jesteś niezniszczalna, nie ważne co zrobisz! Posłuchaj
mnie choć raz przed faktem, do kurwy cholery!
Zatrzymała się na chwilę, obracając
głowę w moją stronę. Najwyraźniej rozważała jeszcze raz wszystkie za i przeciw.
- Przepraszam cię, Blanca, ale nie. –
westchnęła w końcu. – Ten wyścig jest tylko kolejną przeszkodą na mojej drodze
i nie pozwolę, by ktokolwiek zabraniał mi ją pokonać.
Wpatrywałam się w nią bezradnie. Była
taka ślepo uparta, że nawet wiedząc, że to zły pomysł, brnęła w niego dalej.
Miałam taki natłok myśli, że pragnęłam tylko wywrzeszczeć jej wszystko w twarz.
Że nigdy nie powstrzymywałabym jej przed pokonywaniem przeszkód, jakie rzuca
nam życie pod nogi, tylko akurat ta została stworzona przez nią samą. Że znowu
skończy się jak na tym wyścigu sprzed prawie 3 lat, bo jest zbyt rozdrażniona i
rozkojarzona. Że znienawidzę ją, jak coś sobie zrobi. Jednak nie wypowiedziałam
nic, co choćby trochę to przypominało.
Myślałam w tamtej chwili intensywnie.
Nie dam rady zatrzymać jej siłą, była zbyt silna. Obudzenie rodziców też nie
wchodziło w grę, bo to pogorszy sprawę. Widziałam tylko jak jej plecy znikają w
ciemności nocy. Jak moja najlepsza przyjaciółka znika, pędząc szaleńczo przed
siebie, jakby nie miała już czasu. A ja nie mam wystarczająco dużo sił, by
powstrzymać ją przed tym szaleństwem. Constanza weźmie w nim udział zupełnie
sama.
Ona jednak jest skończoną szantażystką.
Chociaż nie wiem, czy była taka pewna,
że nie zostawię ją na pastwę losu.
- Czekaj, idiotko. – zawołałam cicho
przez okno. – Nie pojadę w piżamie na wyścig motocyklowy.
***
- I żeby było jasne – nadal jestem temu
przeciwna. – powiedziałam, mierząc ją poważnym spojrzeniem. Wyciągnęłam w jej
stronę kask. – Ale skop im dupska.
Constanza wzięła kask, zamykając oczy i
biorąc głęboki wdech. Zebrała się w sobie, skinęła głową zarówno do mnie jak i
do siebie, po czym spojrzała na mnie z determinacją płonącą w jej oczach.
Założyła kask i nim opuściła szybkę na oczy, wyszczerzyła się do mnie
beztrosko.
- Masz to jak w banku. – następnie
usłyszałam kliknięcie, gdy ciemna szybka zakryła całkowicie jej twarz. –
Widzimy się na mecie! – rzuciła jeszcze, przygłuszona przez kask. – Oczywiście
pierwsze!
Następnie chwyciła swój motor za
kierownicę i poszła ustawić się na pozycję. Patrzyłam się na nią, jak kroczy
dumnie, niczym zwycięzca, nieustraszona przed niczym i nikim. Jej kroki niosły
się echem po asfalcie.
Wypowiedziałam bezgłośnie trzy słowa.
Uważaj na siebie.
A potem ruszyłam w kierunku startu.
***
Jakimś sposobem czułam się podobnie jak
podczas tego pierwszego wyścigu. Emocje sięgały zenitu, a wszystko wokół
przypominało jeden wielki festyn, gdzie zawody miały być raptem dodatkiem, nową
atrakcją. Ludzie łazili po budkach, obstawiali zwycięzców, część zdążyła już
się schlać na umór i wlepiać obleśne spojrzenia w zespoły tańców ludowych. Na
odległej scenie grał jakiś samozwańczy zespół.
Przepchnęłam się do samych barierek
oznaczających linię startową. 145 zawodników zajmowało swoje pozycje, gotowych
bardziej lub mniej na 27km trasę w samym środku Apenin, liczącą ostre podjazdy,
liczne zakręty, a przede wszystkim małe powierzchnie, na których da się
wyprzedzać. Teoretycznie.
Constanzy trudno było nie dostrzec. Jej
ciemnogranatowy motor nie wyglądał tak czysto jak reszty zawodników, na jego
lakierze, kierownicy, a nawet tarczach od opon zapisana była historia
szaleńczych treningów. Ona sama z kolei była ubrana w czarny kostium, mający
zmniejszać opór powietrza, z szarymi pasami po bokach. Na plecach miała
napisane swoje nazwisko i logo swojego sponsora – firmy motocyklowej wujka.
Moje serce znów zaczynało bić jak
szalone. Zawarczały silniki. Wbiłam wzrok w ogół zawodników, czując aż tutaj
ich pragnienie wygranej. To dobrze. Bardzo dobrze. Taka chęć rywalizacji działa
na Constanzę lepiej niż jakikolwiek dopalacz. Wybaczcie zawodnicy, ale ten
wyścig będzie należał do Di Carlo.
Ruszyli tak szybko jak grom błyskawicy.
Powiew wiatru rozwiał moje włosy, a ja
nie miałam już szans dostrzec przyjaciółki. W głębi serca czułam niepokój, ale
jednocześnie pragnęłam, by pokazała im wszystkim z kim mają do czynienia. Oby
już na starcie wyrwała się na czoło wyścigu.
Popędziłam od razu do mety. Całe
szczęście zataczali praktycznie kółko, więc nie musiałam się martwić, że nie
zdążę nim wszyscy dojadą. Byłam praktycznie jedyną zainteresowaną wyścigiem tak
bardzo, by od razu podążyć do mety. Stanęłam tak blisko jak tylko się dało i
czekałam.
Moje serce było targane tak sprzecznymi
uczuciami jak nigdy dotąd.
W jednej chwili zamartwiałam się na
śmierć, w drugiej w myślach wrzeszczałam DAWAJ,
DAWAJ!, po czym ogarniały mnie wyrzuty sumienia, że pozwoliłam jej na coś
tak nierozważnego.
Oczy nadal mi się kleiły. Miałam za sobą
zarwaną nockę, której nie odczuwałam tak bardzo na trasie. Bardziej martwiłam
się, czy Constanza będzie mieć siły na wyścig po tak długiej trasie. Byłyśmy
praktycznie 600km od rodzinnego miasteczka, bez słowa ostrzeżenia dla
kogokolwiek. Ledwo co do mnie dotarło, by napisać rodzicom karteczkę, że jadę z
Constanzą. Nie wiem nawet czy jej rodzice wiedzą. Od mamy przynajmniej dostałam
zdawkowego SMS’a, że pogadamy jak wrócę, a teraz trzymają kciuki za moją
przyjaciółkę.
O przebiegu wyścigu wiedziałam tylko z
tego co mówi komentator, a skupiałam się trochę bardziej, gdy padało nazwisko
‘Di Carlo’ lub gdy kolejna osoba skończyła gryząc ziemię. Na całe szczęście
najwyraźniej to był dzień Constanzy.
I dobrze.
Może nawet uda jej się pozyskać sponsora
z jakimś większym budżetem do zaoferowania dla wschodzącej gwiazdy.
Ludzie zaczynali się zbierać, a ja
wytrwale stałam na najlepszym punkcie obserwacyjnym, z którego byłam w stanie
dostrzec ostatni kilometr wyścigu. Podpici faceci roztaczają wszędzie ostrą woń
alkoholu, wykrzykując jakieś durnoty. Ignoruję ich przez większą część czasu,
wiedząc że jakikolwiek kontakt nie jest zbyt wskazany.
Wszystko wokół mnie straciło na
znaczeniu, gdy dało się słyszeć ryki silników, jadących już na ostatnim tchu. I
znów odczułam tę samą ekscytację. Czas zwolnił, gdy wspięłam się na palce, by
śledzić ostatnie sekundy wyścigu.
Oczom zebranym wyłoniły się raptem 4
postacie, które zdetronizowały wyścig. Uśmiechnęłam się szelmowsko, gdy jedną z
nich była stosunkowo drobna zawodniczka na swoim odrapanym, ubłoconym,
ciemnogranatowym motorze. Ostatnie setki metrów pokonywali zdecydowanie
szybciej niż przewidziała fabryka. Ostatnia prosta.
Constanza, nie ważne jak bardzo umiała
być nieznośna, wredna, chamska, agresywna, nie ważne, że nie umiała przyznać
się do błędu i często ignorowała oczywiste znaki – jednak miała cechy, które
podziwiałam. I nie była to brawura oraz ślepa odwaga okraszona niewiedzą, tylko
nieustające pragnienie bycia pierwszą.
Zacisnęłam pięści i przyłączyłam się do
tłumu kibiców, którzy dopingowali wszystkich i zarazem nikogo. Ostatnia prosta,
Constanza wyprzedza ich wszystkich po zewnętrznej.
Jednak miała dobre przeczucia. To jest
jej dzień.
Na oko zostało raptem 300 metrów.
Dziewczyna najwyraźniej postawiła wszystko na jedną kartę i pociągnęła
zawleczkę, zmuszając motor do przekroczenia maksymalnej prędkości. Z silnika
nawet nie będzie co zbierać.
Oczyma duszy widziałam pod kaskiem jej
uśmiech, jeden z tych gdy wiesz, że już zwyciężyłeś, a inni nie mają szans.
Widziałam to po rozluźnieniu jej ramion, a spięciu mięśni reszty zawodników,
którzy mogli już walczyć tylko o resztę miejsc na podium.
Mimo, że miałam wrażenie, że czas jest
spowolniony, Constanza posuwała się niesamowicie szybko do przodu, skupiona na
linii mety. Mając swój największy cel, najpiękniejsze marzenie w zasięgu raptem
stu metrów, które pokona w kilka sekund.
I wtedy na tor wypadł jeden z pijanych
mężczyzn.
Zatoczył się na sam środek, tuż pod koła
Constanzy.
Dziewczyna podjęła decyzję w ułamku
sekundy, rezygnując ze zwycięstwa na rzecz życia tego skończonego pijaka.
Skręciła gwałtownie w bok, zahaczając go
bokiem motoru. Nim moje oczy zdążyły całkowicie rozszerzyć się z przerażenia,
dostrzegłam jak resztką nadziei hamuje, zaciskając zęby. Przygotowując się w
kolejnym ułamku na uderzenie.
Huknęła w ogrodzenie z prędkością około
130km/h, a motor niewzruszenie pomknął dalej. Straciła równowagę, maszyna
przechyliła się ciągnąc ją ze sobą. Na ich drodze nie było nikogo, nikt nie
stał od tamtej strony. Koła motoru nie wytrzymały betonowego bloku, maszyna
stanęła w pionie, Constanza straciła siły, pokonana przez siłę pędu i robiąc
bezwiedny obrót w powietrzu upadła plecami na krawędź innych kamiennych płyt.
Dźwięk łamanych kości był ostatnią
rzeczą jaką zarejestrowałam świadomie, nim wszystkie moje zmysły okryła kurtyna
ciemności.
Tym razem nie krzyczałam jej imienia,
tylko od razu przebiegłam wzdłuż toru, nawet nie patrząc czy ktoś we mnie
wiedzie. Dopiero teraz ludzie zaczęli krzyczeć z przerażenia, a ratownicy
medyczni przepychali się jej stronę.
Zatrzymałam się obok jej motoru, dalej
nogi odmówiły posłuszeństwa.
Leżała całkowicie nieruchomo, a krew
plamiła bruk.
Jej krew.
Ratownicy odepchnęli mnie, rzucając się
w jej stronę.
Constanza.
Zamrugałam jeszcze, ogłupiona,
pozbawiona zmysłów, nim nogi zawiodły mnie całkowicie, a umysł ogarnęła zupełna
ciemność.
***
Słyszałam jak przez mgłę medycy się mnie
coś pytają.
- Tak, to moja najlepsza przyjaciółka. –
odpowiedziałam pusto. To była chyba dobra odpowiedź, ale nie byłam pewna czy na
pewno odpowiadam świadomie.
Gdzie ja jestem?
Kolejne pytanie. Spojrzałam na
zmartwionego, zdenerwowanego ratownika.
- Z Manaroli. – wydusiłam łamiącym się
głosem. – To trochę daleko.
To chyba karetka. Siedzę na jednym z
siedzeń i patrzę się w drogę.
Constanza jest za moimi plecami, chcę na
nią spojrzeć. Ktoś chwyta mnie za ramię, mówi coś a ja posłusznie wykonuję
polecenie, którego nie rozumiem, nie pamiętam. Patrzę się przed siebie,
odpowiadam na pytania.
- Obie mamy 16 lat.
Constanza.
Jestem w tak wielkim szoku, że mój
organizm nawet nie potrzebuje oddychać. Ratownicy, zwróciwszy po kilku chwilach
na mnie uwagę, głaskają mnie po ramieniu, mówią coś. Nie rozumiem. Włoski nie
brzmi dla mnie jak język ojczysty. Chyba coś w stylu, bym oddychała głęboko.
Biorę urywany oddech. Uśmiechają się
krzepiąco, cały czas coś do mnie mówią.
Ale w moich uszach dźwięczy tylko jeden
dźwięk.
Dźwięk roztrzaskujących się kości.
Chociaż nie.
Gdy moja świadomość pozwoliła mi choć
częściowo zmierzyć się z rzeczywistością, dotarł do mnie jeszcze jeden dźwięk.
Dźwięk wyjącej syreny pogotowia.
***
Siedziałam w poczekalni całkowicie sama.
Setki ludzi mijało mnie, nie zauważając
mojego istnienia.
Taka drobna i samotna.
Całkowicie opuszczona.
Zegar wydawał się tykać nieznośnie
głośno i wyjątkowo powoli.
Tik. Tak.
Tik. Tak.
Tik.
Tak.
***
Minęło równo 7 godzin od wypadku, jak
rodzice Constanzy wpadli do szpitala. Tak jak reszta ludzi nie zauważyli mnie.
Trzymałam w dłoni telefon, nie wiedząc czy powinnam zadzwonić do swoich. Od
czasu, gdy wysiadłam z karetki, a ratownicy pomknęli z dziewczyną na noszach,
pielęgniarka posadziła mnie w poczekalni i kazała czekać.
Więc czekałam.
Ekran telefonu znów rozjaśniał.
Riccardo.
Nie zareagowałam.
Patrzyłam jak rodzice Constanzy dopytują
się o coś zaciekle, jej matka podnosi głos, trzaskając dłonią o blat.
Recepcjonistka dzwoni po kilku działach, aż w końcu jej usta układają się w
nazwę jakiegoś działu. Rodzice kiwają głowami do siebie i kierują się
niezwłocznie w głąb szpitala.
Ciekawe gdzie ja w ogóle teraz jestem.
Recepcjonistka nie dała rady ich
zatrzymać, więc posłała mi tylko zmartwione spojrzenie i wróciła do pracy.
Czekałam dalej.
Zastanawiałam się tylko na co.
Zamrugałam. Wzięłam oddech. Musiałam
zmuszać się do każdej czynności życiowej. Przełknęłam ślinę.
Czekam na Constanzę.
Na pewno na nią.
Bo ona po prostu wyjdzie.
Wyjdzie i jeszcze ochrzani mnie o
histerię i panikę.
Zamrugałam jeszcze raz. Piekły mnie
oczy.
A może trzeba jej pomóc tutaj dojść?
Tak. Pomogę jej. Tylko muszę ją znaleźć.
Gdzie ona jest?
Gdzie ja jestem?
Recepcjonistka spojrzała na mnie ze
strachem, gdy stanęłam przy jej biurku. Otworzyłam usta, by coś powiedzieć, ale
nie miałam siły. Czułam tylko bezsens i niedowierzanie. Zacisnęłam palce na
blacie, usiłując skupić wzrok na jej twarzy.
- Kochanie, ta blondyneczka to twoja
przyjaciółka, tak?
Jej głos brzmiał trochę jak śpiew ptaków
o poranku.
Czułam, że mówi do mnie jak do dziecka.
- Posłuchaj, kochanie, twoja
przyjaciółka leży teraz na bloku operacyjnym, rozumiesz? – skinęłam głową,
nadal z otwartymi oczami. – Możemy tam wpuszczać tylko rodzinę, skarbie.
Niestety, nawet jeśli jesteście dla siebie jak siostry, nic nie mogę na to
poradzić, rozumiesz? – nadal kiwałam głową. – Poza tym ona nie jest sama, jej
rodzice już przyjechali…
Ona jest sama, proszę pani.
Ja też jestem sama.
Bez siebie jesteśmy niekompletne.
- I jest nieprzytomna, więc nawet nie
dasz rady z nią porozmawiać… - pielęgniarka dostała słowotoku, nie wiedząc co
więcej powiedzieć.
Bo nie było nic więcej do powiedzenia.
Muszę nadal czekać.
- Blanca, córciu! – usłyszałam załamujący
się głos mojej mamy.
Obróciłam głowę ku wejściu do szpitala.
Dopiero wtedy, gdy zobaczyłam bladość
moich rodziców i ich podpuchnięte oczy, pękło mi serce.
Zmysły wróciły do mnie gwałtownie.
Zdałam sobie sprawę, że przez ten cały czas łzy lały się bezwiednym
strumieniem. Moi kochani, jedyni rodzice przyjechali tutaj. Brałam coraz
szybsze oddechy, jakby mój organizm przypomniał sobie, że brakuje mu tlenu.
Mamusiu.
Przygryzłam dolną wargę, trzęsąc się.
Tatusiu.
Wyjęczałam coś niezrozumiałego, wyciągając
ku nich ramiona i wybuchłam długo wstrzymywaną histerią.
***
Szpital nic nam nie chciał powiedzieć.
Państwo Di Carlo nie pojawili się do późnej nocy. W końcu zmuszeni zostaliśmy
do powrotu do domu.
Całe to oczekiwanie było dla mnie jak
film na taśmie, który ktoś pociął i losowo posklejał.
Leżałam w łóżku, gdy zza ściany
usłyszałam przyciszoną rozmowę rodziców. Gdy mój ojciec powiedział ile
Constanza miała już operacji, podwinęłam kolana pod brodę i zakryłam uszy
dłońmi. Kołysałam się w przód i tył.
Już, spokojnie.
Spokojnie.
***
Moi przyjaciele też do mnie przyszli,
cali bladzi, spoceni, z podkrążonymi oczyma od braku snu. Widziałam w ich
wzroku, że ich ostatnim płomykiem nadziei jestem ja, liczyli, że choć ja coś
wiem.
Nie wiedziałam.
Moi rodzice coś wiedzieli, ale nie
chcieli mi tego przekazać.
Więc tylko usiedliśmy w piątkę u mnie w
pokoju i milczeliśmy. Przez wiele bardzo długich godzin, nim ktokolwiek
otrząsnął się z tego amoku. Byliśmy tylko dziećmi, zignorowanymi przez świat.
Bezsilnymi mimo wszystkiego. Bezradnymi, zrozpaczonymi ludźmi, szukającymi
czegokolwiek. Kogokolwiek. Do pomocy.
A
nawet nie wiedzieliśmy jaka pomoc była nam potrzebna.
***
Stan Constanzy ustabilizował się.
To były najweselsze słowa jakie
usłyszałam w przeciągu ostatniego tygodnia.
Przenoszą ją bliżej, do szpitala w La
Spezia. Nadal jest nieprzytomna, ale w przeciągu kilku dni powinna się
wybudzić.
Te, jakby nie patrzeć nadal ponure
wieści, postawiły mnie na nogi.
Zaczęłam funkcjonować.
Teraz mój smutek był świadomy.
***
Minęły dwa tygodnie od przeniesienia
Constanzy do szpitalu w La Spezia. Jakiekolwiek odwiedziny były zabronione, z
wyjątkiem rodziców, a państwo Di Carlo prawie w ogóle nie pojawiali się w
Manaroli. Nie było nikogo, kto zainteresowałby się mną. Nikogo, kto
poinformowałby mnie o czymkolwiek.
Więc spędzałam wakacje w swoim pokoju,
wiedząc tylko, że ona żyje.
To były bardzo deszczowe wakacje.
Przynajmniej dzięki temu Nicola i
Cristina przestały namawiać mnie bym cały czas gdzieś wychodziła. Dawałam się
namówić na jakiś spokojny spacer jakieś 3 razy w tygodniu. Częściej chodziłam w
nocy, gdy mogłam spoglądać w gwiazdy samotnie.
W sumie zawsze spoglądałam na nie sama.
Tylko teraz czułam się bardzo samotna.
Pewnej nocy, gdy szłam przez pustą drogę
w zadartą w niebo głową i przeliczałam setny raz te same, znajome gwiazdy,
zerwał się wiatr, przyprowadzając ze sobą chmury. Nawet deszcz nie zrobił na
mnie wrażenia. Wiedziałam, że powinnam się otrząsnąć. Być silniejszą, dać sobie
z tym radę. Przestać zamartwiać innych wokół bardziej niż są. Ale tym razem wyjątkowo
nie miałam siły.
Manarola była pusta w środku nocy,
szczególnie gdy padał deszcz.
Mogę być w końcu smutna.
Deszcz opływał moją twarz strumieniami.
Nie. Jednak muszę wziąć się w garść.
- Dziewczyny nie powinny chodzić same
nocą.
Obróciłam się w stronę, z której
usłyszałam to zdanie. Nawet nie zdziwiłam się widząc tego samego chłopaka,
który od kilku lat lubił powtarzać za każdym razem, gdy spotykał mnie sam
wieczorem. Wbiłam w niego wzrok, milcząc.
- Nie płacz. – powiedział cicho,
rzucając w moją stronę kurtkę. – Załóż to, bo przemarzniesz. – ubrałam chłodną,
już przemoczoną kurtkę, patrząc się na niego pusto. – A teraz znikaj stąd, nic
ci nie da sterczenie w taką ulewę.
Ruszyłam chwiejnym krokiem przed siebie,
w stronę domu. Jednak Sergio zatrzymał mnie jeszcze, obejmując jednym ramieniem
i skłamał.
„Wszystko
będzie dobrze”.
***
Myślałam, że wyczerpałam zapas łez, ale
gdy rodzice przekazali mi, że Constanza wreszcie ocknęła się, rozpłakałam się
jak małe dziecko. Nawet nie zapytałam się czy można ją odwiedzić, tylko
złapałam pieniądze na bilet i wyszłam z domu. Nie zatrzymywali mnie, więc
utwierdziłam się w tym przekonaniu.
Wsiadając do pociągu, napisałam
przyjaciołom, że Constanza wybudziła się.
Siedząc w przedziale puściłam na
słuchawkach wesołą, żywą muzykę, ale w jakiś sposób każdy dźwięk mnie irytował,
więc skończyłam, słuchając szumu wiatru.
Wszystko było dla mnie obce w La Spezia.
Ulice, ludzie, cały szpital. Jednak zignorowałam to. Nieważne. Spytałam
recepcjonistkę o przyjaciółkę, a ona, upewniwszy się, że jestem „tą” Blancą,
wskazała mi drogę.
Przekonywałam się, że nie muszę biec.
Jednak serce pompowało coraz więcej hektolitrów krwi, a pod powiekami zbierały
się łzy. Mój bieg poniósł się echem po korytarzu. Numery sali migały mi przed
oczami bardzo szybko, ale instynktownie zatrzymałam się przed tą odpowiednią.
Zastukałam krótko w drzwi, po czym otworzyłam je i zatrzymałam się w progu,
ogarnięta nagłym strachem.
Ale mimo wszystko dostrzegłam Constanzę,
siedzącą na szpitalnym łóżku, podpiętą do sterty urządzeń. Wyglądała przez
szpitalne okno, ale drgnęła słysząc, że ktoś wchodzi. Zwróciła głowę w moim
kierunku.
Kontrastowałyśmy ze sobą.
Ona była ubrana w biel, zadbana i
wyglądała na bardzo, bardzo spokojną.
Ja stałam w drzwiach, w potarganych
ciuchach, trzymając się framugi, by nie upaść od drżenia, z szeroko rozwartymi,
zielonymi oczami.
- Blanca… - powiedziała tylko, widząc
mnie.
Ja już jej nie dostrzegałam, bo wzrok
przysłoniły mi łzy.
Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie,
po czym jakby sobie coś przypomniała. Uniosła chwiejnie prawe ramię, napinając
mięsień.
- Nic mi nie jest, twarda jestem. –
wyszczerzyła się do mnie.
Zrobiła ten sam gest i powiedziała to
samo przed 3 laty, gdy pierwszy raz miała wypadek.
Poczułam, że broda mi drży, ale
powstrzymałam płacz. Opuściło mnie tyle negatywnych uczuć, że nie miałam już na
nic siły. Nawet by powiedzieć imię przyjaciółki i pokręcić głową z dezaprobatą.
Poczłapałam do niej, wyciągając ramiona jak małe dziecko, a ona nachyliła się,
przyciągając mnie do siebie i mocno przytulając.
Obie tak trwałyśmy, drżąc od nadmiaru
emocji.
W końcu Constanza puściła mnie,
uśmiechając się do mnie pociesznie.
- Przepraszam, że tak się martwiłaś. –
powiedziała cicho.
- Nie przepraszaj mnie, głupia. – głos
mi się załamywał. Przysiadłam na jej łóżku, odgarniając kołdrę. – Po prostu… To
wszystko, to…
- Wiem. – przytaknęła mi. – Było
groźnie. Bardzo groźnie. – jej brązowe oczy stały się na chwilę przepełnione
emocjami, ale gdy spojrzała na mnie przez krótką chwilę, zamknęła je. – Ale
przeżyłam.
- Nie rób mi tak nigdy więcej. –
szepnęłam.
- Nie mam tego w planach. – uśmiechnęła
się słabo. Spoglądała na mnie długo, jakby zastanawiała się nad czymś.
Przekrzywiłam głowę z zatroskaniem.
- Chcesz mi coś powiedzieć? – spytałam
cicho.
Constanza otworzyła usta, ale po chwili
wahania zamknęła je i otworzyła ponownie.
- Że cieszę się, że mam kogoś takiego
jak ty.
Uśmiechnęłam się do niej, nie wiedząc co
więcej mogłabym powiedzieć.
- Pewnie powiedziałaś reszcie, że już
wróciłam do żywych, co? – zagaiła trochę weselej. – Jezu, oni na pewno też się
o mnie martwili, zwłaszcza, że z tego co wiem, to nawet tobie moi rodzice nic
nie chcieli powiedzieć.
- Tak, napisałam im, że wybudziłaś się.
- Mogłabyś im napisać, żeby na razie do
mnie nie przychodzili? – spytała, uśmiechając się z wymuszeniem. Spojrzałam na
nią ze zmartwieniem. – Wiesz, obudziłam się praktycznie po 3 tygodniach dopiero
przed kilkoma godzinami i to wszystko… Trochę mnie przerasta, jestem strasznie
zdezorientowana i ogólnie w rozsypce…
- Przepraszam. – rzuciłam, rozumiejąc o
co jej chodzi. – Przyjechałam od razu, gdy się dowiedziałam, nawet nie
pomyślałam, że…
- Nie, nie, nie. – weszła mi w słowo. – Naprawdę
cieszę się, że jesteś. Naprawdę. Nawet nie wiem jak opisać to uczucie. Tylko,
że ty to ty, Blanca. A reszta… Po prostu nie chcę by mnie taką widzieli…
Napisałam w milczeniu krótkiego SMS’a do
wszystkich, delikatnie tłumacząc, że Constanza da im jeszcze znać, gdy będą
mogli przyjechać. Spojrzałam na przyjaciółkę. Przyglądała się mi, uśmiechając
smutno.
- Sądzę, że powinnam już iść. –
powiedziałam w końcu. – Przepraszam, że cię zostawiam, ale nie mogę męczyć cię
w takim… stanie. – w końcu nie miałam odwagi zapytać się o szczegóły. Constanza
skinęła głową. – Wiem, że to głupie pytanie, ale… Nic cię nie boli? Może
poproszę o jakieś środki przeciwbólowe.
Constanza wyszczerzyła się do mnie.
- Szczerze, to w ogóle nic nie czuję.
Prychnęłam pod nosem, przytuliłam ją i
zmusiłam się do wyjścia.
***
Wracałam korytarzem sama, z rękoma
włożonymi głęboko w kieszenie spodni. Starałam się nie myśleć o niczym ważnym,
spróbować dostrzec pozytywy. Nawet jeśli Constanza nie powiedziała nic o swoim
stanie – wciąż żyje. A to jest najważniejsze.
Wzięłam głęboki oddech.
- A. Blanca, to ty? – usłyszałam znajomy
głos. Obróciłam się i przyjrzałam uważnie kobiecie w średnim wieku.
- A, dzień dobry, pani Di Carlo. –
ukłoniłam się. – Przepraszam, że przyszłam tak nagle…
- A nie, nie… - kobieta machnęła ręką,
nie zaszczycając mnie spojrzeniem. – Swoją drogą nawet dobrze, że cię teraz
widzę. Byłaś już u niej, prawda? To dobrze. – skinęła do siebie głową. –
Miałabyś coś przeciwko, by wypić jakąś herbatę i porozmawiać?
Zamrugałam kilka razy, mając obawy na
jakie tory mogłaby wtoczyć się ta rozmowa. Jednak, mimo wszystko uśmiechnęłam
się tak promiennie jak tylko potrafiłam w tamtym momencie.
- Z wielką przyjemnością, proszę pani.
Poszłyśmy razem do kawiarni niedaleko
szpitala i zamówiłyśmy herbatą. Między nami panowało niezręczne milczenie. Nie
byłam zbyt zżyta z rodzicami Constanzy – przeważnie byli zajęci swoimi
sprawami, jeździli na konferencje, a gdy byłam u przyjaciółki, zostawiali nas
samym sobie, twierdząc, że nie potrzebujemy, by się wtrącali. Jednak, przy tych
niewielu okazjach, gdy mieliśmy rodzinne wypady czy innego rodzaju sytuacjach,
nie wydawali się być złymi ludźmi. Teraz widziałam przed sobą kobietę w średnim
wieku, która jest wycieńczona zamartwianiem się o córkę.
- Wiesz, Blanca… - zaczęła pani Maria. –
Mój mąż mówił, bym odczekała jeszcze z tą rozmową, albo w ogóle ją sobie
darowała. Tylko, że czuję, że muszę potraktować się tutaj jak równą sobie. –
mówiła, mieszając cały czas łyżką w filiżance herbaty.
- Słucham, proszę pani? – spytałam,
wzdrygając się lekko.
- Nie zrozum mnie źle, to nie tak, że
cię nie lubię, czy uważam za złe dziecko, Blanca… - kobieta westchnęła. – Tylko
czasem mam wrażenie, że myślisz o Constanzie jak o przyjaciółce. Wiesz, widzę
jaka silna więź wytworzyła się między wami, naprawdę jestem szczęśliwa, że moje
dziecko znalazło kogoś takiego, tylko… Wyglądasz na inteligentną dziewczynę,
Blanca. Sądziłam, że przynajmniej ty wykażesz się rozwagą w kwestii tych
wszystkich wyścigów. Liczyłam, że zdołasz ją powstrzymać przed…
- Naprawdę próbowałam, proszę… -
wtrąciłam cicho, nie podnosząc wzroku znad swojej herbaty.
- Ależ ja to wiem, Blanca. Dlatego
użyłam słowa „zdołać”. Constanza jest jeszcze bardziej uparta od swojego ojca.
– westchnęła kobieta, uśmiechając się z sentymentem. – Dużo się zdarzyło. Gdyby
nie ten wypadek… Pewnie nie doszłoby do tej rozmowy. Nie miałbym za złe, gdyby
po prostu wygrała ten wyścig, albo chociaż ukończyła w całości. – wzięła
przeciągły łyk herbaty.
- Czy pani mnie o to obwinia? – spytałam
beznamiętnie. – To nie moja wina, że Constanza podjęła taką, a nie inną
decyzję… Doskonale wiedziałam jak niebezpieczny jest ten wyścig, ale
postanowiłam ją wspierać…
- Obwinia to mocne słowo… Po prostu nie
rozumiem jednej rzeczy. – pani Maria westchnęła ponownie. – Skoro wiedziałaś
jakie mogą być konsekwencje tego wyścigu, czemu pojechałaś z nią? Może
zrezygnowałaby, gdybyś odmówiła.
- Może tak. Może nie. – wzruszyłam
ramionami, coraz bardziej spięta od zabójczo spokojnego głosu kobiety. – Teraz
nie ma sensu tego roztrząsać. Proszę mi wybaczyć, ale nie wyobrażałabym sobie
zostawienia Constanzy bez jakiegokolwiek wsparcia przy takim wydarzeniu jak
tamten wyścig. Jako przyjaciółka, wiedząc, że nie przekonam jej do zmiany
zdania, postanowiłam ją wspierać.
- I zobacz czym to twoje wsparcie się
skończyło. – mruknęła kobieta groźnie.
Wstałam powoli od stołu.
- Sądzę, że powinnam już iść. –
ukłoniłam się. – Nie będę słuchać oskarżeń, że ten wypadek był moją winą.
- A nie uważasz tak, Blanco? – spytała
kobieta chłodno. – Bo jeszcze nie słyszałam, byś temu zaprzeczyła, nieprawdaż?
Obwiniasz się, moje dziecko. – obróciłam się od pani Marii, kierując ku
wyjściu. – Jako matka, mogę tylko powiedzieć, że to dobrze. Po prostu przyznaj
się do tego.
- Nie będę przyznawać się do czegoś
takiego. – powiedziałam bardzo cicho, tracąc siły na cokolwiek. Miałam
wrażenie, że nie mogę oddychać. Ostatnio nigdzie nie mogłam znaleźć
wystarczającej ilości powietrza.
Skierowałam się do wyjścia, nawet nie
żegnając się z matką Constanzy. Niby nie skończyło się na żadnej kłótni tylko
uprzejmej dyskusji, ale mimo wszystko czułam się podle.
Potwierdzono mi w twarz prawdę, której
nie dopuszczałam do siebie przez ostatnie tygodnie.
To moja wina.
Oparłam się o jedno z drzew rosnących
przy chodniku, skrzyżowałam ręce i dałam porwać się odmętom moich myśli. Jednak
te okazały się być dość głębokie i będąc nieuważną, mogłam się w nich szybko
utopić, nigdy więcej nie dostrzegając światła zza czarnej toni.
Pani Maria wyszła po kilku minutach z
kawiarni i spojrzała na mnie przeciągle.
- Nie zrozum mnie źle, Blanca. –
zaczęła. – Nadal cię lubię i nadal uważam cię za przyjaciółkę mojej córki. –
zmusiła mnie, abym spojrzała w jej oczy. – Wybacz, że mówię ci to w takim
miejscu i w takich okolicznościach, ale dotarło do mnie, że ty nie wiesz. –
wplotła palce we włosy. – Liczyłam, że odważy się powiedzieć o tym chociaż
tobie…
- Powiedzieć o czym? – spytałam, czując
jak po moim ciele rozchodzi się zimno i ból.
Pani Maria uśmiechnęła się do mnie
smutno, w ten sposób, w jaki dorośli usiłują mimo wszystko pocieszyć dzieci,
choć cały świat wali im się na głowę i mają dość wszystkich i wszystkiego.
Zrobiło mi się jeszcze zimniej.
- Constanza ma paraliż.
Ogarnęła mnie całkowita ciemność, bez
żadnej możliwości, by dostrzec światło.
- Nie czuje nic od pasa w dół, reszta
ciała porusza się tak jak powinna, przynajmniej tak stwierdzili lekarze. –
ciągnęła dalej. – Ale i tak do końca życia będzie przykuta do wózka. – kobieta
nawet na mnie nie spojrzała i prychnęła kpiąco pod nosem, na wskutek jakiegoś
wspomnienia. W końcu tylko pokręciła głową i odeszła w stronę szpitala.
Ciemność była wszędzie.
Mrok pożerał każdy centymetr mojego
serca, zostawiając w nim tylko jedno słowo. Paraliż. Ból ukłuł mnie tak
gwałtownie, jak tylko się pojawił. Zacisnęłam mocno zęby, chwytając się za
serce i zamknęłam oczy.
Constanza trafi na wózek inwalidzki.
Nie wierzę.
Nie wierzę.
To nie możliwe.
Każdy. Każdy, tylko nie ona.
To mogę być ja. Nie potrzebuję moich
nóg. Nie potrzebuję ich. Dla Constanzy to było wszystko. Nie, to jest wszystko. Ona nie może tak po prostu…
To niemożliwe.
- Niemożliwe… - wyszeptałam błagalnie
łamiącym się głosem, jakby licząc, że jakieś wyższe siły mnie usłyszą. –
Proszę, nie…
Niestety, nikt nie usłyszał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz