7 sierpnia 2016

Pospolita Przyjaźń ~ Rozdział 8 ~ Gwiazdy zgasły, niebo stało się wrogiem

Rozdział 8

Gwiazdy zgasły, niebo stało się wrogiem
Czar wakacji, jakże przyjemny by nie był, ma to do siebie, że przyśpiesza upływ czasu. W jednej chwili wysiadaliśmy z busa na przystanku, a w drugiej wybił ostatni tydzień wolnego.
Reszta czasu upłynęła nam spokojnie. Spałam do późnego rana, do wieczora spędzałam czas z Constanzą, wieczorami albo oglądałam filmy, albo czytałam książki, albo inne bezsensowne rzeczy, a nocami studiowałam nocne niebo, śledząc coraz to ciekawsze nowinki. Jednak będąc starszą jest łatwiej – byłam w stanie zrozumieć coraz więcej.
Ale odchodząc od moich zajęć, a wracając do czasu dziennego – jego połowa upłynęła na treningach z Constanzą. Przyjaciółka dostała jeszcze lepszą machinę i była w stanie nastawić się tylko na wyścigi. Średnio 4 dni w tygodniu poświęcałyśmy tylko na jazdę, oczywiście z dala od naszego ciasnego, turystycznego miasteczka. Będąc szczerą, nie przeszkadzało mi to. Widziałam ten lekko szaleńczy błysk w oczach Constanzy, gdy tylko usłyszała odpalany silnik. Znalazła to, czemu człowiek jest w stanie poświęcić całe życie, a z jej charakterem była gotowa poświęcić każdy dzień, każdą godzinę i pracować całe dnie i noce, by osiągnąć cel. Czasami miałam wrażenie, że między nami pojawia się dystans, ale jako jej przyjaciółka, powinnam ją wspierać.
I starałam się to robić najlepiej.
W wolnych chwilach robiłam tabele, wykresy obrazujące jej progres, programy treningowe, w pewnych momentach organizowałam nawet dietę i dzwoniłam, by zapisać ją na wyścigi.
- Kiedy dorośniemy, chcę cię na menadżera. – rzuciła kiedyś, podczas wieczorku filmowego na jej strychu.
- Zapomnij. – opowiedziałam od razu. – Tacy ludzie powinni być bardziej wyszczekani ode mnie. Poza tym, mam większe ambicje.
Wyszczerzyła się do mnie, ale nie zapytała o nic więcej.
Wszystkie pozostałe wyjazdy podczas tych wakacji były na wszelkiego rodzaju wyścigi i zawody motorowe. Choć za każdym razem przed oczami stawała mi scena jak Constanza ma wypadek, dopingowałam ją i nie powstrzymywałam. W zamian, dostrzegłam jak pnie się do góry, w zabójczo szybkim tempie.
I tak, w ostatnim tygodniu sierpnia, Constanza jako pierwsza przekroczyła linię mety.
Zeskoczyła z motoru, jeszcze nim się zatrzymała, zrzuciła kask z głowy i, drąc się z radości, zaczęła skakać z pięściami uniesionymi wysoko nad głową. Sama byłam w jeszcze większym szoku, musiałam kilka razy sprawdzić wyniki, by w to uwierzyć, aż w końcu, przeskoczyłam przez barierkę i pobiegłam do niej. Dostrzegła mnie od razu, uśmiechając się tak szczerze jak nigdy wcześniej i przytuliła mnie.
- Wygrałaś! – zdołałam wydusić, gdy jej ramiona zamknęły mnie w niedźwiedzim uścisku. Liczyłam, że powiem jakieś mądrzejsze gratulacje.
- Nie. – pokręciła głową, odsuwając mnie od siebie na długość ramion. Gdy zmarszczyłam brwi, uderzyła mnie pięścią w ramię. – My wygrałyśmy!
Zdążyłam odpowiedzieć jedynie uśmiechem, nim reszta naszej paczki do nas dopadła i zaczęliśmy skakać w kółko, śpiewając coś bez sensu, objęci ramionami.
***                                          
Życie w gimnazjum naprawdę stało się sielanką. Tym wyobrażeniem dorastania jakie miałam, gdy byłam małą dziewczynką. Miałam przyjaciół. Prawdziwych. Na dobre i na złe. I teraz, gdy myślałam o nich w nocy, przed zaśnięciem, nie czułam wzbierających pod powiekami łez i poczucia, że oszukuję sama siebie, tylko przepełniała mnie radość i uśmiechałam się do siebie, na kolejne błahe wspomnienia.
Sergio na stałe dołączył do naszej paczki, a po naszej rozmowie praktycznie ze mną nie rozmawiał, gdy zostawaliśmy sami. Jednak mimo tego, że widziałam, że naprawdę kręci z Constanzą, czasami zahaczałam na nim wzrok o kilka sekund za długo. Był moim jedynym zmartwieniem, a nie ważne jak długo wybijałam sobie tę durnotę z głowy, wracała dobitnie za każdym razem.
O dziwo, jedyna dobra rzecz jaka wypłynęła z tego, jak to ujął Riccardo – grupka Giovanny dała nam święty spokój. Z początku ona z jej niewolnikami obdarzali nas tak nienawistnymi spojrzeniami, że wszyscy bohaterzy książek, którzy patrzyli na swoich śmiertelnych wrogów, mogli by im pozazdrościć. Jednak raptem po kilku dniach, gdy oswoili się z myślą, że Sergio jest „zdrajcą”, dali nam spokój. W końcu mieliśmy prawie 15 lat, a oni mogli do woli nękać młodsze klasy.
W szkole radziłam sobie bardzo dobrze, nie musiałam spędzać dużo czasu na wkuwaniu niektórych idiotyzmów, a popołudnia spędzałam z przyjaciółmi. Starałam się poświęcać jak najwięcej czasu własnym zainteresowaniom i postawić jakiś krok na przód, ale w końcu odpuściłam i skupiłam się na Constanzie. Po tylu latach, byłam praktycznie jedyną osobą, która umiała zmusić ją do zjedzenia jeszcze jednej łyżki pożywnych brokułów, wieczornego, regularnego biegania i innych drobnostek składających się na dobrą formę fizyczną jak i psychiczną.
Jedyne co mnie bolało, to to, że zdarzało mi się odczuwać zazdrość. Widziałam zarówno jej sukcesy jak i porażki,  ale nawet jeśli, ciągle pięła się w górę. Niestrudzenie, krok po kroku, walczyła o marzenia od samego początku. A ja stałam w tym samym miejscu, tracąc wiarę, że kiedykolwiek będę w stanie ruszyć do przodu.
Uczucie szybko mijało, gdy widziałam jak Constanza mija metę w całości, a ja czułam się, jakbym sama ukończyła wyścig. Jej szczęście było zaraźliwe.
I pod takimi nastrojami upłynęła mi zarówno 2 klasa gimnazjum, jak i trzecia. Żyłam jak młodzież, zachowywałam się jak młodzież. Miałam wrażenie, że moja historia staje się pospolita. Ot co, zwykła grupka przyjaciół, trzymająca się razem. Czasem jedyną tragiczniejszą rzeczą był zawalony sprawdzian. Przyzwyczailiśmy się wszyscy, przekonani, że nasz optymizm da sobie radę z późniejszymi trudami, jakie los postanowił postawić przed nami.
Po dwóch latach błogiego spokoju, nikt nie spodziewał się tak okrutnego przywrócenia do rzeczywistości. 
***
Leżałam w łóżku, wpatrując się w sufit. Od dzieciństwa przyczepiłam do niego gwiazdki wycięte z papieru i pomalowane fluorescencyjną farbą, która obecnie ledwo roztaczała jakiekolwiek światło. Byłam całkowicie wyszczuta, sama nie wiedząc dlaczego.
Nie chciało mi się kompletnie spać, a za równo nocne niebo wyglądało obco.
Przewróciłam się na bok, zamykając oczy i próbując się zmusić do snu. Na próżno – umysł stale podsuwał mi coraz nowsze myśli. Może powinnam otworzyć okno? Bez tego letniego zaduchu powinno się lepiej spać. Lecz nawet ciepły powiew powietrza, który wtargnął do mojego pokoju, nie był w stanie zmusić mnie do snu. 
Znów było lato, które swoją drogą dopiero co się zaczęło. Minął raptem tydzień, a ja już mogłam powiedzieć, że mija zbyt szybko. Szkoła zbliżała się wielki krokami, choć powinnam teraz o tym nie myśleć.
Westchnęłam.
Mam już 16 lat. Liceum otwiera przede mną swe wrota. A potem…
Właśnie. Potem co?
Blanca, daruj sobie. To zdecydowanie nie pora na rozterki życiowe. Idź spać.
Pewnie pójdę na jakieś dobre studia, tylko… Spojrzałam na teleskop. Wiem co chcę robić w życiu, tylko… Stoję w miejscu, trzymając tą pasję blisko siebie, bojąc się puścić wodze i dać porwać się nurtowi. Spróbować czegokolwiek. Westchnęłam ponownie. Czasem zazdrościłam Constanzie tej pewności siebie, zaciętości. Przekonania, że nie ma rzeczy niemożliwych. Skąd ona bierze tyle siły na to wszystko? W końcu i tak jesteśmy tylko pyłkiem w całym wszechświecie.
Usłyszałam pukanie w okno.
Świetnie, teraz jeszcze nabawię się jakiś halucynacji.
- Psst… - odezwała się moja halucynacja. – Psst, Blanca! Śpisz?
- Śpię. – odparłam, rozkładając ramiona w poprzek łóżka.
- Oczekiwałam, że trochę spanikujesz, a tu proszę. – rzuciła halucynacja, wskakując przez otwarte okno do mojego pokoju.
Tym razem podniosłam się gwałtownie, mrużąc oczy w ciemności, próbując dostrzec intruza. Jednak widząc znajomą sylwetkę, westchnęłam głośno, ponownie opadając na łóżko.
- A, to tylko ty. – mruknęłam na powitanie do Constanzy. – Naczytałaś się Papierowych Miast i teraz włazisz mi przez okna zamiast drzwi.
- No dzięki, za ciepłe powitanie. – prychnęła, zachowując się praktycznie bezszelestnie. – Ale ja z ważniejszą sprawą.
- Powiało grozą. – wstałam z łóżka, poprawiając przydużą męską koszulkę, służącą mi za piżamę. – Ale ostrzegam, jeśli to tylko dlatego, że panikujesz przed randką, to…
- Tu się rozgrywają ważniejsze rzeczy niż moja randka! – syknęła na mnie, chwytając za ręce. – Blanca, ja wiem, że to zabrzmi jakbym oszalała…
- Samo mówienie, że jest coś ważniejszego niż twój wypad do kina z Sergiem jest oznaką szaleństwa. Swoją drogą, długo się chłop zbierał, by cię w końcu zaprosić… - widząc, że jej brązowe oczy błyskają w ciemnościach, urwałam i wzruszyłam ramionami. – Ale cóż, fakt, że oszalałaś jest już dość stary. Słucham ja ciebie.
Constanza spojrzała na mnie podejrzliwie. Chociaż ten przymiotnik odnosił się idealnie tylko i wyłącznie do niej. Stałyśmy po środku mojego pokoju, ja teoretycznie zaspana, a ona ubrana cała w czarną skórę, z rozwianymi włosami. Na dodatek wlazła do mojego domu bez zapowiedzi, w środku nocy. Przez okno.
 Dobry Boże, co się dzieje z tą znajomością?
- Okej… To zabrzmi trochę jak wariactwo, ale… Nie, w sumie to jest wariactwo. – mruknęła pod nosem.
- Słuchaj, tutaj to ja jestem od mamrotania od rzeczy pod nosem, więc nie odbieraj mi chociaż tej roli. – wtrąciłam z dozą rozbawienia, opierając się o biurko.
- Kiedy ja wiem, że jak nie przedstawię tego delikatnie to opierniczysz mnie z góry na dół, a serio teraz ciebie potrzebuję! – rzuciła podirytowana.
- Constanza, jest jakaś pierwsza w nocy, a ty wskakujesz mi do pokoju przez okno, bez żadnej zapowiedzi! Samo to prosi się o dobry opiernicz. – odparłam. – Więc albo gadasz, albo…
- Jednak chcę wziąć udział w tym wyścigu.
Między nami zapadła cisza, a bardzo powoli trawiłam jej słowa.
Constanzie chodziło o Grand Prix Junior, jeden z najbardziej prestiżowych wyścigów motocyklowych dla młodzików we Włoszech, ale zarówno jeden z najniebezpieczniejszych. Około 20% uczestników miało poważne wypadki, wykluczające ich z rankingu na długie miesiące, lata, a czasami nawet na zawsze. Po długich rozmowach na ten temat, już nie tylko ze mną czy naszą paczką, a nawet z rodzicami, Constanza zdecydowała się nie brać w nim udziału. Widziałam, że bolało ją to bardzo, zwłaszcza, że mogła okazać się jedną z raptem pięciu uczestników płci pięknej.
-  Nie ma mowy.  – powiedziałam w końcu.
Dziewczyna spojrzała na mnie spode łba.
- Wiedziałam, że tak zareagujesz. – warknęła. – Zupełnie jak wszyscy. Liczyłam, że chociaż ty ze mną pojedziesz. Ale wiesz co? Trudno, dam sobie radę sama. – odwróciła się, gotowa wyjść.
- Sama? – chwyciłam ją za nadgarstek. – Chwila moment, Consta. – zwróciła twarz w moim kierunku. – Doskonale wiesz, że to nie jest wyścig dla ciebie. Nie poczyniłaś żadnych specjalnych przygotowań, same zawody są jakieś 7 godzin od Manaroli, a ty na 9 godzin przed decydujesz się wziąć w nich udział!
- Cóż, jak to mawiają – lepiej późno niż wcale.
- W tym wypadku, lepiej byłoby, gdyby jednak pozostało na „wcale”.
- Nie zmuszam cię, żebyś ze mną jechała. – prychnęła.
- Aha, czyli ty sobie sama tam pojedziesz, tak? No pewnie, oczywiście. – uśmiechnęłam się do niej z politowaniem. – Zachowujesz się jak ostatnia szantażystka! Nie ma opcji, nie jedziesz.
- Niby dlaczego nie? – uniosła brwi wyzywająco, kładąc dłonie na biodrach i stając naprzeciwko mnie. Przeklnęłam w myślach mój niewielki wzrost.
- Niby dlatego, że cię nie puszczę. – odrzekłam wyzywająco.
- Poczekaj jeszcze zobaczymy. – prychnęła mi w twarz. – Życzę szczęścia. – odwróciła się, stawiając stopę na moim parapecie. – Jestem niepowstrzymana. – powiedziała chłodno pod nosem, jakby sama do siebie.
- Constanza. – wypowiedziałam jej imię z chłodną wściekłością. – Możesz być sobie niepowstrzymana, uparta, odważna, mniejsza z tym! Ale nie jesteś niezniszczalna, nie ważne co zrobisz! Posłuchaj mnie choć raz przed faktem, do kurwy cholery!
Zatrzymała się na chwilę, obracając głowę w moją stronę. Najwyraźniej rozważała jeszcze raz wszystkie za i przeciw.
- Przepraszam cię, Blanca, ale nie. – westchnęła w końcu. – Ten wyścig jest tylko kolejną przeszkodą na mojej drodze i nie pozwolę, by ktokolwiek zabraniał mi ją pokonać.
Wpatrywałam się w nią bezradnie. Była taka ślepo uparta, że nawet wiedząc, że to zły pomysł, brnęła w niego dalej. Miałam taki natłok myśli, że pragnęłam tylko wywrzeszczeć jej wszystko w twarz. Że nigdy nie powstrzymywałabym jej przed pokonywaniem przeszkód, jakie rzuca nam życie pod nogi, tylko akurat ta została stworzona przez nią samą. Że znowu skończy się jak na tym wyścigu sprzed prawie 3 lat, bo jest zbyt rozdrażniona i rozkojarzona. Że znienawidzę ją, jak coś sobie zrobi. Jednak nie wypowiedziałam nic, co choćby trochę to przypominało.
Myślałam w tamtej chwili intensywnie. Nie dam rady zatrzymać jej siłą, była zbyt silna. Obudzenie rodziców też nie wchodziło w grę, bo to pogorszy sprawę. Widziałam tylko jak jej plecy znikają w ciemności nocy. Jak moja najlepsza przyjaciółka znika, pędząc szaleńczo przed siebie, jakby nie miała już czasu. A ja nie mam wystarczająco dużo sił, by powstrzymać ją przed tym szaleństwem. Constanza weźmie w nim udział zupełnie sama.
Ona jednak jest skończoną szantażystką.
Chociaż nie wiem, czy była taka pewna, że nie zostawię ją na pastwę losu.
- Czekaj, idiotko. – zawołałam cicho przez okno. – Nie pojadę w piżamie na wyścig motocyklowy.
***
- I żeby było jasne – nadal jestem temu przeciwna. – powiedziałam, mierząc ją poważnym spojrzeniem. Wyciągnęłam w jej stronę kask. – Ale skop im dupska. 
Constanza wzięła kask, zamykając oczy i biorąc głęboki wdech. Zebrała się w sobie, skinęła głową zarówno do mnie jak i do siebie, po czym spojrzała na mnie z determinacją płonącą w jej oczach. Założyła kask i nim opuściła szybkę na oczy, wyszczerzyła się do mnie beztrosko.
- Masz to jak w banku. – następnie usłyszałam kliknięcie, gdy ciemna szybka zakryła całkowicie jej twarz. – Widzimy się na mecie! – rzuciła jeszcze, przygłuszona przez kask. – Oczywiście pierwsze!
Następnie chwyciła swój motor za kierownicę i poszła ustawić się na pozycję. Patrzyłam się na nią, jak kroczy dumnie, niczym zwycięzca, nieustraszona przed niczym i nikim. Jej kroki niosły się echem po asfalcie.
Wypowiedziałam bezgłośnie trzy słowa. Uważaj na siebie.
A potem ruszyłam w kierunku startu.
***
Jakimś sposobem czułam się podobnie jak podczas tego pierwszego wyścigu. Emocje sięgały zenitu, a wszystko wokół przypominało jeden wielki festyn, gdzie zawody miały być raptem dodatkiem, nową atrakcją. Ludzie łazili po budkach, obstawiali zwycięzców, część zdążyła już się schlać na umór i wlepiać obleśne spojrzenia w zespoły tańców ludowych. Na odległej scenie grał jakiś samozwańczy zespół.
Przepchnęłam się do samych barierek oznaczających linię startową. 145 zawodników zajmowało swoje pozycje, gotowych bardziej lub mniej na 27km trasę w samym środku Apenin, liczącą ostre podjazdy, liczne zakręty, a przede wszystkim małe powierzchnie, na których da się wyprzedzać. Teoretycznie.
Constanzy trudno było nie dostrzec. Jej ciemnogranatowy motor nie wyglądał tak czysto jak reszty zawodników, na jego lakierze, kierownicy, a nawet tarczach od opon zapisana była historia szaleńczych treningów. Ona sama z kolei była ubrana w czarny kostium, mający zmniejszać opór powietrza, z szarymi pasami po bokach. Na plecach miała napisane swoje nazwisko i logo swojego sponsora – firmy motocyklowej wujka.
Moje serce znów zaczynało bić jak szalone. Zawarczały silniki. Wbiłam wzrok w ogół zawodników, czując aż tutaj ich pragnienie wygranej. To dobrze. Bardzo dobrze. Taka chęć rywalizacji działa na Constanzę lepiej niż jakikolwiek dopalacz. Wybaczcie zawodnicy, ale ten wyścig będzie należał do Di Carlo.
Ruszyli tak szybko jak grom błyskawicy.
Powiew wiatru rozwiał moje włosy, a ja nie miałam już szans dostrzec przyjaciółki. W głębi serca czułam niepokój, ale jednocześnie pragnęłam, by pokazała im wszystkim z kim mają do czynienia. Oby już na starcie wyrwała się na czoło wyścigu.
Popędziłam od razu do mety. Całe szczęście zataczali praktycznie kółko, więc nie musiałam się martwić, że nie zdążę nim wszyscy dojadą. Byłam praktycznie jedyną zainteresowaną wyścigiem tak bardzo, by od razu podążyć do mety. Stanęłam tak blisko jak tylko się dało i czekałam.
Moje serce było targane tak sprzecznymi uczuciami jak nigdy dotąd.
W jednej chwili zamartwiałam się na śmierć, w drugiej w myślach wrzeszczałam DAWAJ, DAWAJ!, po czym ogarniały mnie wyrzuty sumienia, że pozwoliłam jej na coś tak nierozważnego.
Oczy nadal mi się kleiły. Miałam za sobą zarwaną nockę, której nie odczuwałam tak bardzo na trasie. Bardziej martwiłam się, czy Constanza będzie mieć siły na wyścig po tak długiej trasie. Byłyśmy praktycznie 600km od rodzinnego miasteczka, bez słowa ostrzeżenia dla kogokolwiek. Ledwo co do mnie dotarło, by napisać rodzicom karteczkę, że jadę z Constanzą. Nie wiem nawet czy jej rodzice wiedzą. Od mamy przynajmniej dostałam zdawkowego SMS’a, że pogadamy jak wrócę, a teraz trzymają kciuki za moją przyjaciółkę.
O przebiegu wyścigu wiedziałam tylko z tego co mówi komentator, a skupiałam się trochę bardziej, gdy padało nazwisko ‘Di Carlo’ lub gdy kolejna osoba skończyła gryząc ziemię. Na całe szczęście najwyraźniej to był dzień Constanzy.
I dobrze.
Może nawet uda jej się pozyskać sponsora z jakimś większym budżetem do zaoferowania dla wschodzącej gwiazdy.
Ludzie zaczynali się zbierać, a ja wytrwale stałam na najlepszym punkcie obserwacyjnym, z którego byłam w stanie dostrzec ostatni kilometr wyścigu. Podpici faceci roztaczają wszędzie ostrą woń alkoholu, wykrzykując jakieś durnoty. Ignoruję ich przez większą część czasu, wiedząc że jakikolwiek kontakt nie jest zbyt wskazany. 
Wszystko wokół mnie straciło na znaczeniu, gdy dało się słyszeć ryki silników, jadących już na ostatnim tchu. I znów odczułam tę samą ekscytację. Czas zwolnił, gdy wspięłam się na palce, by śledzić ostatnie sekundy wyścigu.
Oczom zebranym wyłoniły się raptem 4 postacie, które zdetronizowały wyścig. Uśmiechnęłam się szelmowsko, gdy jedną z nich była stosunkowo drobna zawodniczka na swoim odrapanym, ubłoconym, ciemnogranatowym motorze. Ostatnie setki metrów pokonywali zdecydowanie szybciej niż przewidziała fabryka. Ostatnia prosta.
Constanza, nie ważne jak bardzo umiała być nieznośna, wredna, chamska, agresywna, nie ważne, że nie umiała przyznać się do błędu i często ignorowała oczywiste znaki – jednak miała cechy, które podziwiałam. I nie była to brawura oraz ślepa odwaga okraszona niewiedzą, tylko nieustające pragnienie bycia pierwszą.
Zacisnęłam pięści i przyłączyłam się do tłumu kibiców, którzy dopingowali wszystkich i zarazem nikogo. Ostatnia prosta, Constanza wyprzedza ich wszystkich po zewnętrznej.
Jednak miała dobre przeczucia. To jest jej dzień.
Na oko zostało raptem 300 metrów. Dziewczyna najwyraźniej postawiła wszystko na jedną kartę i pociągnęła zawleczkę, zmuszając motor do przekroczenia maksymalnej prędkości. Z silnika nawet nie będzie co zbierać.
Oczyma duszy widziałam pod kaskiem jej uśmiech, jeden z tych gdy wiesz, że już zwyciężyłeś, a inni nie mają szans. Widziałam to po rozluźnieniu jej ramion, a spięciu mięśni reszty zawodników, którzy mogli już walczyć tylko o resztę miejsc na podium.
Mimo, że miałam wrażenie, że czas jest spowolniony, Constanza posuwała się niesamowicie szybko do przodu, skupiona na linii mety. Mając swój największy cel, najpiękniejsze marzenie w zasięgu raptem stu metrów, które pokona w kilka sekund.
I wtedy na tor wypadł jeden z pijanych mężczyzn.
Zatoczył się na sam środek, tuż pod koła Constanzy.
Dziewczyna podjęła decyzję w ułamku sekundy, rezygnując ze zwycięstwa na rzecz życia tego skończonego pijaka.
Skręciła gwałtownie w bok, zahaczając go bokiem motoru. Nim moje oczy zdążyły całkowicie rozszerzyć się z przerażenia, dostrzegłam jak resztką nadziei hamuje, zaciskając zęby. Przygotowując się w kolejnym ułamku na uderzenie.
Huknęła w ogrodzenie z prędkością około 130km/h, a motor niewzruszenie pomknął dalej. Straciła równowagę, maszyna przechyliła się ciągnąc ją ze sobą. Na ich drodze nie było nikogo, nikt nie stał od tamtej strony. Koła motoru nie wytrzymały betonowego bloku, maszyna stanęła w pionie, Constanza straciła siły, pokonana przez siłę pędu i robiąc bezwiedny obrót w powietrzu upadła plecami na krawędź innych kamiennych płyt.
Dźwięk łamanych kości był ostatnią rzeczą jaką zarejestrowałam świadomie, nim wszystkie moje zmysły okryła kurtyna ciemności.
Tym razem nie krzyczałam jej imienia, tylko od razu przebiegłam wzdłuż toru, nawet nie patrząc czy ktoś we mnie wiedzie. Dopiero teraz ludzie zaczęli krzyczeć z przerażenia, a ratownicy medyczni przepychali się  jej stronę.
Zatrzymałam się obok jej motoru, dalej nogi odmówiły posłuszeństwa.
Leżała całkowicie nieruchomo, a krew plamiła bruk.
Jej krew.
Ratownicy odepchnęli mnie, rzucając się w jej stronę.
Constanza.
Zamrugałam jeszcze, ogłupiona, pozbawiona zmysłów, nim nogi zawiodły mnie całkowicie, a umysł ogarnęła zupełna ciemność.
***
Słyszałam jak przez mgłę medycy się mnie coś pytają.
- Tak, to moja najlepsza przyjaciółka. – odpowiedziałam pusto. To była chyba dobra odpowiedź, ale nie byłam pewna czy na pewno odpowiadam świadomie.
Gdzie ja jestem?
Kolejne pytanie. Spojrzałam na zmartwionego, zdenerwowanego ratownika.
- Z Manaroli. – wydusiłam łamiącym się głosem. – To trochę daleko.
To chyba karetka. Siedzę na jednym z siedzeń i patrzę się w drogę.
Constanza jest za moimi plecami, chcę na nią spojrzeć. Ktoś chwyta mnie za ramię, mówi coś a ja posłusznie wykonuję polecenie, którego nie rozumiem, nie pamiętam. Patrzę się przed siebie, odpowiadam na pytania.
- Obie mamy 16 lat.
Constanza.
Jestem w tak wielkim szoku, że mój organizm nawet nie potrzebuje oddychać. Ratownicy, zwróciwszy po kilku chwilach na mnie uwagę, głaskają mnie po ramieniu, mówią coś. Nie rozumiem. Włoski nie brzmi dla mnie jak język ojczysty. Chyba coś w stylu, bym oddychała głęboko.
Biorę urywany oddech. Uśmiechają się krzepiąco, cały czas coś do mnie mówią.
Ale w moich uszach dźwięczy tylko jeden dźwięk.
Dźwięk roztrzaskujących się kości.
Chociaż nie.
Gdy moja świadomość pozwoliła mi choć częściowo zmierzyć się z rzeczywistością, dotarł do mnie jeszcze jeden dźwięk.
Dźwięk wyjącej syreny pogotowia.
***
Siedziałam w poczekalni całkowicie sama.
Setki ludzi mijało mnie, nie zauważając mojego istnienia.
Taka drobna i samotna.
Całkowicie opuszczona.
Zegar wydawał się tykać nieznośnie głośno i wyjątkowo powoli.
Tik. Tak.
Tik. Tak.
Tik.
Tak.
***
Minęło równo 7 godzin od wypadku, jak rodzice Constanzy wpadli do szpitala. Tak jak reszta ludzi nie zauważyli mnie. Trzymałam w dłoni telefon, nie wiedząc czy powinnam zadzwonić do swoich. Od czasu, gdy wysiadłam z karetki, a ratownicy pomknęli z dziewczyną na noszach, pielęgniarka posadziła mnie w poczekalni i kazała czekać.
Więc czekałam.
Ekran telefonu znów rozjaśniał.
Riccardo.
Nie zareagowałam.
Patrzyłam jak rodzice Constanzy dopytują się o coś zaciekle, jej matka podnosi głos, trzaskając dłonią o blat. Recepcjonistka dzwoni po kilku działach, aż w końcu jej usta układają się w nazwę jakiegoś działu. Rodzice kiwają głowami do siebie i kierują się niezwłocznie w głąb szpitala.
Ciekawe gdzie ja w ogóle teraz jestem.
Recepcjonistka nie dała rady ich zatrzymać, więc posłała mi tylko zmartwione spojrzenie i wróciła do pracy.
Czekałam dalej.
Zastanawiałam się tylko na co.
Zamrugałam. Wzięłam oddech. Musiałam zmuszać się do każdej czynności życiowej. Przełknęłam ślinę.
Czekam na Constanzę.
Na pewno na nią.
Bo ona po prostu wyjdzie.
Wyjdzie i jeszcze ochrzani mnie o histerię i panikę.
Zamrugałam jeszcze raz. Piekły mnie oczy.
A może trzeba jej pomóc tutaj dojść?
Tak. Pomogę jej. Tylko muszę ją znaleźć. Gdzie ona jest?
Gdzie ja jestem?
Recepcjonistka spojrzała na mnie ze strachem, gdy stanęłam przy jej biurku. Otworzyłam usta, by coś powiedzieć, ale nie miałam siły. Czułam tylko bezsens i niedowierzanie. Zacisnęłam palce na blacie, usiłując skupić wzrok na jej twarzy.
- Kochanie, ta blondyneczka to twoja przyjaciółka, tak?
Jej głos brzmiał trochę jak śpiew ptaków o poranku.
Czułam, że mówi do mnie jak do dziecka.
- Posłuchaj, kochanie, twoja przyjaciółka leży teraz na bloku operacyjnym, rozumiesz? – skinęłam głową, nadal z otwartymi oczami. – Możemy tam wpuszczać tylko rodzinę, skarbie. Niestety, nawet jeśli jesteście dla siebie jak siostry, nic nie mogę na to poradzić, rozumiesz? – nadal kiwałam głową. – Poza tym ona nie jest sama, jej rodzice już przyjechali…
Ona jest sama, proszę pani.
Ja też jestem sama.
Bez siebie jesteśmy niekompletne.
- I jest nieprzytomna, więc nawet nie dasz rady z nią porozmawiać… - pielęgniarka dostała słowotoku, nie wiedząc co więcej powiedzieć.
Bo nie było nic więcej do powiedzenia.
Muszę nadal czekać.
- Blanca, córciu! – usłyszałam załamujący się głos mojej mamy.
Obróciłam głowę ku wejściu do szpitala.
Dopiero wtedy, gdy zobaczyłam bladość moich rodziców i ich podpuchnięte oczy, pękło mi serce.
Zmysły wróciły do mnie gwałtownie. Zdałam sobie sprawę, że przez ten cały czas łzy lały się bezwiednym strumieniem. Moi kochani, jedyni rodzice przyjechali tutaj. Brałam coraz szybsze oddechy, jakby mój organizm przypomniał sobie, że brakuje mu tlenu.
Mamusiu.
Przygryzłam dolną wargę, trzęsąc się.
Tatusiu.
Wyjęczałam coś niezrozumiałego, wyciągając ku nich ramiona i wybuchłam długo wstrzymywaną histerią.
***
Szpital nic nam nie chciał powiedzieć. Państwo Di Carlo nie pojawili się do późnej nocy. W końcu zmuszeni zostaliśmy do powrotu do domu.
Całe to oczekiwanie było dla mnie jak film na taśmie, który ktoś pociął i losowo posklejał.
Leżałam w łóżku, gdy zza ściany usłyszałam przyciszoną rozmowę rodziców. Gdy mój ojciec powiedział ile Constanza miała już operacji, podwinęłam kolana pod brodę i zakryłam uszy dłońmi. Kołysałam się w przód i tył.
Już, spokojnie.
Spokojnie.
***
Moi przyjaciele też do mnie przyszli, cali bladzi, spoceni, z podkrążonymi oczyma od braku snu. Widziałam w ich wzroku, że ich ostatnim płomykiem nadziei jestem ja, liczyli, że choć ja coś wiem.
Nie wiedziałam.
Moi rodzice coś wiedzieli, ale nie chcieli mi tego przekazać.
Więc tylko usiedliśmy w piątkę u mnie w pokoju i milczeliśmy. Przez wiele bardzo długich godzin, nim ktokolwiek otrząsnął się z tego amoku. Byliśmy tylko dziećmi, zignorowanymi przez świat. Bezsilnymi mimo wszystkiego. Bezradnymi, zrozpaczonymi ludźmi, szukającymi czegokolwiek. Kogokolwiek. Do pomocy.
 A nawet nie wiedzieliśmy jaka pomoc była nam potrzebna.
***
Stan Constanzy ustabilizował się.
To były najweselsze słowa jakie usłyszałam w przeciągu ostatniego tygodnia.
Przenoszą ją bliżej, do szpitala w La Spezia. Nadal jest nieprzytomna, ale w przeciągu kilku dni powinna się wybudzić.
Te, jakby nie patrzeć nadal ponure wieści, postawiły mnie na nogi.
Zaczęłam funkcjonować.
Teraz mój smutek był świadomy.
***
Minęły dwa tygodnie od przeniesienia Constanzy do szpitalu w La Spezia. Jakiekolwiek odwiedziny były zabronione, z wyjątkiem rodziców, a państwo Di Carlo prawie w ogóle nie pojawiali się w Manaroli. Nie było nikogo, kto zainteresowałby się mną. Nikogo, kto poinformowałby mnie o czymkolwiek.
Więc spędzałam wakacje w swoim pokoju, wiedząc tylko, że ona żyje.
To były bardzo deszczowe wakacje.
Przynajmniej dzięki temu Nicola i Cristina przestały namawiać mnie bym cały czas gdzieś wychodziła. Dawałam się namówić na jakiś spokojny spacer jakieś 3 razy w tygodniu. Częściej chodziłam w nocy, gdy mogłam spoglądać w gwiazdy samotnie.
W sumie zawsze spoglądałam na nie sama.
Tylko teraz czułam się bardzo samotna.
Pewnej nocy, gdy szłam przez pustą drogę w zadartą w niebo głową i przeliczałam setny raz te same, znajome gwiazdy, zerwał się wiatr, przyprowadzając ze sobą chmury. Nawet deszcz nie zrobił na mnie wrażenia. Wiedziałam, że powinnam się otrząsnąć. Być silniejszą, dać sobie z tym radę. Przestać zamartwiać innych wokół bardziej niż są. Ale tym razem wyjątkowo nie miałam siły.
Manarola była pusta w środku nocy, szczególnie gdy padał deszcz.
Mogę być w końcu smutna.
Deszcz opływał moją twarz strumieniami.
Nie. Jednak muszę wziąć się w garść.
- Dziewczyny nie powinny chodzić same nocą.
Obróciłam się w stronę, z której usłyszałam to zdanie. Nawet nie zdziwiłam się widząc tego samego chłopaka, który od kilku lat lubił powtarzać za każdym razem, gdy spotykał mnie sam wieczorem. Wbiłam w niego wzrok, milcząc.
- Nie płacz. – powiedział cicho, rzucając w moją stronę kurtkę. – Załóż to, bo przemarzniesz. – ubrałam chłodną, już przemoczoną kurtkę, patrząc się na niego pusto. – A teraz znikaj stąd, nic ci nie da sterczenie w taką ulewę.
Ruszyłam chwiejnym krokiem przed siebie, w stronę domu. Jednak Sergio zatrzymał mnie jeszcze, obejmując jednym ramieniem i skłamał.
„Wszystko będzie dobrze”.
***
Myślałam, że wyczerpałam zapas łez, ale gdy rodzice przekazali mi, że Constanza wreszcie ocknęła się, rozpłakałam się jak małe dziecko. Nawet nie zapytałam się czy można ją odwiedzić, tylko złapałam pieniądze na bilet i wyszłam z domu. Nie zatrzymywali mnie, więc utwierdziłam się w tym przekonaniu.
Wsiadając do pociągu, napisałam przyjaciołom, że Constanza wybudziła się.
Siedząc w przedziale puściłam na słuchawkach wesołą, żywą muzykę, ale w jakiś sposób każdy dźwięk mnie irytował, więc skończyłam, słuchając szumu wiatru.
Wszystko było dla mnie obce w La Spezia. Ulice, ludzie, cały szpital. Jednak zignorowałam to. Nieważne. Spytałam recepcjonistkę o przyjaciółkę, a ona, upewniwszy się, że jestem „tą” Blancą, wskazała mi drogę.
Przekonywałam się, że nie muszę biec. Jednak serce pompowało coraz więcej hektolitrów krwi, a pod powiekami zbierały się łzy. Mój bieg poniósł się echem po korytarzu. Numery sali migały mi przed oczami bardzo szybko, ale instynktownie zatrzymałam się przed tą odpowiednią. Zastukałam krótko w drzwi, po czym otworzyłam je i zatrzymałam się w progu, ogarnięta nagłym strachem.
Ale mimo wszystko dostrzegłam Constanzę, siedzącą na szpitalnym łóżku, podpiętą do sterty urządzeń. Wyglądała przez szpitalne okno, ale drgnęła słysząc, że ktoś wchodzi. Zwróciła głowę w moim kierunku.
Kontrastowałyśmy ze sobą.
Ona była ubrana w biel, zadbana i wyglądała na bardzo, bardzo spokojną.
Ja stałam w drzwiach, w potarganych ciuchach, trzymając się framugi, by nie upaść od drżenia, z szeroko rozwartymi, zielonymi oczami.
- Blanca… - powiedziała tylko, widząc mnie.
Ja już jej nie dostrzegałam, bo wzrok przysłoniły mi łzy.
Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie, po czym jakby sobie coś przypomniała. Uniosła chwiejnie prawe ramię, napinając mięsień.
- Nic mi nie jest, twarda jestem. – wyszczerzyła się do mnie.
Zrobiła ten sam gest i powiedziała to samo przed 3 laty, gdy pierwszy raz miała wypadek. 
Poczułam, że broda mi drży, ale powstrzymałam płacz. Opuściło mnie tyle negatywnych uczuć, że nie miałam już na nic siły. Nawet by powiedzieć imię przyjaciółki i pokręcić głową z dezaprobatą. Poczłapałam do niej, wyciągając ramiona jak małe dziecko, a ona nachyliła się, przyciągając mnie do siebie i mocno przytulając.
Obie tak trwałyśmy, drżąc od nadmiaru emocji.
W końcu Constanza puściła mnie, uśmiechając się do mnie pociesznie.
- Przepraszam, że tak się martwiłaś. – powiedziała cicho.
- Nie przepraszaj mnie, głupia. – głos mi się załamywał. Przysiadłam na jej łóżku, odgarniając kołdrę. – Po prostu… To wszystko, to…
- Wiem. – przytaknęła mi. – Było groźnie. Bardzo groźnie. – jej brązowe oczy stały się na chwilę przepełnione emocjami, ale gdy spojrzała na mnie przez krótką chwilę, zamknęła je. – Ale przeżyłam.
- Nie rób mi tak nigdy więcej. – szepnęłam.
- Nie mam tego w planach. – uśmiechnęła się słabo. Spoglądała na mnie długo, jakby zastanawiała się nad czymś. Przekrzywiłam głowę z zatroskaniem.
- Chcesz mi coś powiedzieć? – spytałam cicho.
Constanza otworzyła usta, ale po chwili wahania zamknęła je i otworzyła ponownie.
- Że cieszę się, że mam kogoś takiego jak ty.
Uśmiechnęłam się do niej, nie wiedząc co więcej mogłabym powiedzieć.
- Pewnie powiedziałaś reszcie, że już wróciłam do żywych, co? – zagaiła trochę weselej. – Jezu, oni na pewno też się o mnie martwili, zwłaszcza, że z tego co wiem, to nawet tobie moi rodzice nic nie chcieli powiedzieć.
- Tak, napisałam im, że wybudziłaś się.
- Mogłabyś im napisać, żeby na razie do mnie nie przychodzili? – spytała, uśmiechając się z wymuszeniem. Spojrzałam na nią ze zmartwieniem. – Wiesz, obudziłam się praktycznie po 3 tygodniach dopiero przed kilkoma godzinami i to wszystko… Trochę mnie przerasta, jestem strasznie zdezorientowana i ogólnie w rozsypce…
- Przepraszam. – rzuciłam, rozumiejąc o co jej chodzi. – Przyjechałam od razu, gdy się dowiedziałam, nawet nie pomyślałam, że…
- Nie, nie, nie. – weszła mi w słowo. – Naprawdę cieszę się, że jesteś. Naprawdę. Nawet nie wiem jak opisać to uczucie. Tylko, że ty to ty, Blanca. A reszta… Po prostu nie chcę by mnie taką widzieli…
Napisałam w milczeniu krótkiego SMS’a do wszystkich, delikatnie tłumacząc, że Constanza da im jeszcze znać, gdy będą mogli przyjechać. Spojrzałam na przyjaciółkę. Przyglądała się mi, uśmiechając smutno.
- Sądzę, że powinnam już iść. – powiedziałam w końcu. – Przepraszam, że cię zostawiam, ale nie mogę męczyć cię w takim… stanie. – w końcu nie miałam odwagi zapytać się o szczegóły. Constanza skinęła głową. – Wiem, że to głupie pytanie, ale… Nic cię nie boli? Może poproszę o jakieś środki przeciwbólowe.
Constanza wyszczerzyła się do mnie.
- Szczerze, to w ogóle nic nie czuję.
Prychnęłam pod nosem, przytuliłam ją i zmusiłam się do wyjścia.
***
Wracałam korytarzem sama, z rękoma włożonymi głęboko w kieszenie spodni. Starałam się nie myśleć o niczym ważnym, spróbować dostrzec pozytywy. Nawet jeśli Constanza nie powiedziała nic o swoim stanie – wciąż żyje. A to jest najważniejsze.
Wzięłam głęboki oddech.
- A. Blanca, to ty? – usłyszałam znajomy głos. Obróciłam się i przyjrzałam uważnie kobiecie w średnim wieku.
- A, dzień dobry, pani Di Carlo. – ukłoniłam się. – Przepraszam, że przyszłam tak nagle…
- A nie, nie… - kobieta machnęła ręką, nie zaszczycając mnie spojrzeniem. – Swoją drogą nawet dobrze, że cię teraz widzę. Byłaś już u niej, prawda? To dobrze. – skinęła do siebie głową. – Miałabyś coś przeciwko, by wypić jakąś herbatę i porozmawiać?
Zamrugałam kilka razy, mając obawy na jakie tory mogłaby wtoczyć się ta rozmowa. Jednak, mimo wszystko uśmiechnęłam się tak promiennie jak tylko potrafiłam w tamtym momencie.
- Z wielką przyjemnością, proszę pani.
Poszłyśmy razem do kawiarni niedaleko szpitala i zamówiłyśmy herbatą. Między nami panowało niezręczne milczenie. Nie byłam zbyt zżyta z rodzicami Constanzy – przeważnie byli zajęci swoimi sprawami, jeździli na konferencje, a gdy byłam u przyjaciółki, zostawiali nas samym sobie, twierdząc, że nie potrzebujemy, by się wtrącali. Jednak, przy tych niewielu okazjach, gdy mieliśmy rodzinne wypady czy innego rodzaju sytuacjach, nie wydawali się być złymi ludźmi. Teraz widziałam przed sobą kobietę w średnim wieku, która jest wycieńczona zamartwianiem się o córkę.
- Wiesz, Blanca… - zaczęła pani Maria. – Mój mąż mówił, bym odczekała jeszcze z tą rozmową, albo w ogóle ją sobie darowała. Tylko, że czuję, że muszę potraktować się tutaj jak równą sobie. – mówiła, mieszając cały czas łyżką w filiżance herbaty.
- Słucham, proszę pani? – spytałam, wzdrygając się lekko.
- Nie zrozum mnie źle, to nie tak, że cię nie lubię, czy uważam za złe dziecko, Blanca… - kobieta westchnęła. – Tylko czasem mam wrażenie, że myślisz o Constanzie jak o przyjaciółce. Wiesz, widzę jaka silna więź wytworzyła się między wami, naprawdę jestem szczęśliwa, że moje dziecko znalazło kogoś takiego, tylko… Wyglądasz na inteligentną dziewczynę, Blanca. Sądziłam, że przynajmniej ty wykażesz się rozwagą w kwestii tych wszystkich wyścigów. Liczyłam, że zdołasz ją powstrzymać przed…
- Naprawdę próbowałam, proszę… - wtrąciłam cicho, nie podnosząc wzroku znad swojej herbaty.
- Ależ ja to wiem, Blanca. Dlatego użyłam słowa „zdołać”. Constanza jest jeszcze bardziej uparta od swojego ojca. – westchnęła kobieta, uśmiechając się z sentymentem. – Dużo się zdarzyło. Gdyby nie ten wypadek… Pewnie nie doszłoby do tej rozmowy. Nie miałbym za złe, gdyby po prostu wygrała ten wyścig, albo chociaż ukończyła w całości. – wzięła przeciągły łyk herbaty.
- Czy pani mnie o to obwinia? – spytałam beznamiętnie. – To nie moja wina, że Constanza podjęła taką, a nie inną decyzję… Doskonale wiedziałam jak niebezpieczny jest ten wyścig, ale postanowiłam ją wspierać…
- Obwinia to mocne słowo… Po prostu nie rozumiem jednej rzeczy. – pani Maria westchnęła ponownie. – Skoro wiedziałaś jakie mogą być konsekwencje tego wyścigu, czemu pojechałaś z nią? Może zrezygnowałaby, gdybyś odmówiła.
- Może tak. Może nie. – wzruszyłam ramionami, coraz bardziej spięta od zabójczo spokojnego głosu kobiety. – Teraz nie ma sensu tego roztrząsać. Proszę mi wybaczyć, ale nie wyobrażałabym sobie zostawienia Constanzy bez jakiegokolwiek wsparcia przy takim wydarzeniu jak tamten wyścig. Jako przyjaciółka, wiedząc, że nie przekonam jej do zmiany zdania, postanowiłam ją wspierać.
- I zobacz czym to twoje wsparcie się skończyło. – mruknęła kobieta groźnie.
Wstałam powoli od stołu.
- Sądzę, że powinnam już iść. – ukłoniłam się. – Nie będę słuchać oskarżeń, że ten wypadek był moją winą.
- A nie uważasz tak, Blanco? – spytała kobieta chłodno. – Bo jeszcze nie słyszałam, byś temu zaprzeczyła, nieprawdaż? Obwiniasz się, moje dziecko. – obróciłam się od pani Marii, kierując ku wyjściu. – Jako matka, mogę tylko powiedzieć, że to dobrze. Po prostu przyznaj się do tego.
- Nie będę przyznawać się do czegoś takiego. – powiedziałam bardzo cicho, tracąc siły na cokolwiek. Miałam wrażenie, że nie mogę oddychać. Ostatnio nigdzie nie mogłam znaleźć wystarczającej ilości powietrza.
Skierowałam się do wyjścia, nawet nie żegnając się z matką Constanzy. Niby nie skończyło się na żadnej kłótni tylko uprzejmej dyskusji, ale mimo wszystko czułam się podle.
Potwierdzono mi w twarz prawdę, której nie dopuszczałam do siebie przez ostatnie tygodnie.
To moja wina.
Oparłam się o jedno z drzew rosnących przy chodniku, skrzyżowałam ręce i dałam porwać się odmętom moich myśli. Jednak te okazały się być dość głębokie i będąc nieuważną, mogłam się w nich szybko utopić, nigdy więcej nie dostrzegając światła zza czarnej toni.
Pani Maria wyszła po kilku minutach z kawiarni i spojrzała na mnie przeciągle.
- Nie zrozum mnie źle, Blanca. – zaczęła. – Nadal cię lubię i nadal uważam cię za przyjaciółkę mojej córki. – zmusiła mnie, abym spojrzała w jej oczy. – Wybacz, że mówię ci to w takim miejscu i w takich okolicznościach, ale dotarło do mnie, że ty nie wiesz. – wplotła palce we włosy. – Liczyłam, że odważy się powiedzieć o tym chociaż tobie…
- Powiedzieć o czym? – spytałam, czując jak po moim ciele rozchodzi się zimno i ból.
Pani Maria uśmiechnęła się do mnie smutno, w ten sposób, w jaki dorośli usiłują mimo wszystko pocieszyć dzieci, choć cały świat wali im się na głowę i mają dość wszystkich i wszystkiego. Zrobiło mi się jeszcze zimniej.
- Constanza ma paraliż.
Ogarnęła mnie całkowita ciemność, bez żadnej możliwości, by dostrzec światło.
- Nie czuje nic od pasa w dół, reszta ciała porusza się tak jak powinna, przynajmniej tak stwierdzili lekarze. – ciągnęła dalej. – Ale i tak do końca życia będzie przykuta do wózka. – kobieta nawet na mnie nie spojrzała i prychnęła kpiąco pod nosem, na wskutek jakiegoś wspomnienia. W końcu tylko pokręciła głową i odeszła w stronę szpitala.
Ciemność była wszędzie.
Mrok pożerał każdy centymetr mojego serca, zostawiając w nim tylko jedno słowo. Paraliż. Ból ukłuł mnie tak gwałtownie, jak tylko się pojawił. Zacisnęłam mocno zęby, chwytając się za serce i zamknęłam oczy.
Constanza trafi na wózek inwalidzki.
Nie wierzę.
Nie wierzę.
To nie możliwe.
Każdy. Każdy, tylko nie ona.
To mogę być ja. Nie potrzebuję moich nóg. Nie potrzebuję ich. Dla Constanzy to było wszystko. Nie, to jest wszystko.  Ona nie może tak po prostu…
To niemożliwe.
- Niemożliwe… - wyszeptałam błagalnie łamiącym się głosem, jakby licząc, że jakieś wyższe siły mnie usłyszą. – Proszę, nie…
Niestety, nikt nie usłyszał.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz