9 sierpnia 2016

Pospolita Przyjaźń ~ Rozdział 9 ~ Szukając Gwiazdy Polarnej

Rozdział 9

Szukając Gwiazdy Polarnej*
W pierwszej chwili chciałam wrócić do szpitala, jednak ostatecznie wróciłam do domu. Wracałam od peronu okrężną drogą, starając poukładać myśli. Nie potrzebowałam uspokojenia. Zdałam sobie sprawę, że po chwili przestałam odczuwać cokolwiek oprócz drętwości.
Wbiłam wzrok w moje stopy, myśląc jakie to uczucie, gdy nie możesz nimi poruszyć. Jakie to uczucie, gdy wiesz, że nigdy więcej nie pojeździsz na deskorolce, na motorze, że nigdy więcej nie będziesz biegać. Że do końca życia będziesz zależna od innych.
Kopnęłam kamyk, kręcąc głową. Czułam się tak beznadziejnie bezsilna.
- Blanca? – usłyszałam swoje imię, gdy byłam w okolicy swojego domu. – No nareszcie jesteś! Zaczynaliśmy się martwić, że się zgubiłaś!
Podniosłam głowę i spojrzałam na przyjaciół, stojących pod bramą mojej posesji. Najwyraźniej rodzice pojechali do pracy, a oni nie mieli jak dostać się do środka. Stali w czwórkę, wyglądając na bardzo zmartwionych.
Zmusiłam, by się uśmiechnąć.
- A wy po kiego mnie tak nawiedzacie, co? – zażartowałam, otwierając bramkę. – Jak już jesteście, to chodźcie do środka. Jest mokro i nieprzyjemnie, a mi chyba zostało jeszcze trochę ciasta.
Rzucili sobie kontrolne spojrzenia i podążyli za mną. Wszystko wydawało się być jak dawniej. Brakowało tylko najgłośniejszej osoby.
- Co z Constanzą? – spytał Riccardo, stojąc w drzwiach. Obrzuciłam go długim spojrzeniem, tłumiąc westchnienie w sobie.
- A co ma być? – wzruszyłam ramionami. – Ocknęła się kilka godzin temu, więc jest zdezorientowana i nieogarnięta.
- I tylko dlatego nie chciała, byśmy przyjechali? – prychnął Sergio, krzyżując ramiona. – Ja nie mogę, darujmy sobie to ciasto i chodźmy do niej. Jakby mnie obchodziło jak ona teraz wygląda!
- Sergio, sam se daruj. – mruknęła Nicola, ściągając buty. – Chodź, Blanca, pomogę ci. Zaparzę herbaty. Chyba, że ktoś chce kawy. – spojrzała po naszych towarzyszach.
- O, to ja poproszę! – Cristina uśmiechnęła się do nas, podłapując temat. Chwyciła chłopaków pod ramiona i zaciągnęła do salonu. – Dawajcie, znajdziemy coś w telewizji.
Odetchnęłam z ulgą, gdy weszłam do kuchni. Nicola może nie bywała tu tak często jak Constanza, ale była wystarczająco dużo razy, by wiedzieć gdzie trzymam poszczególne rzeczy. Od razu wyciągnęła kubki, w których zazwyczaj pijaliśmy herbatę i zaczęła szukać kawy.
- Jest na górnej półce, tam po prawej. – rzuciłam przez ramię, wyciągając ciasto truskawkowe z lodówki.
- Mam. – mruknęła do siebie dziewczyna. Ściągnęła puszkę z kawą i przy okazji wzięła czajnik. Obróciła go w dłoniach, patrząc się na niego bez większego celu. Odłożyłam z cichym brzęknięciem talerzyki na stół i spojrzałam na przyjaciółkę.
- Dziękuję. – powiedziałam. – Za taktyczny odwrót z sytuacji.
Spojrzała na mnie smutno.
- Wiesz… Moja ciocia pracuje w tamtym szpitalu.
Skinęłam tylko w zrozumieniu głową, wracając do krojenia ciasta. Po kilku chwilach, gdy rozkładałam je na talerzyki, a Nicola zalewała kubki wrzątkiem, dziewczyna westchnęła głęboko. Widziałam, że z trudem powstrzymuje emocje, które tylko przemykają przez jej twarz niczym cienie.
- Poprosiła cię, byś nam tego nie mówiła? – spytała, przerywając milczenie.
Przez chwilę słyszałyśmy tylko deszcz kapiący za oknem.
- Nawet mi tego nie powiedziała. – odrzekłam. – Wiem to od jej matki. Dlatego stwierdziłam, że… Że powinnam jeszcze z tym poczekać. Może jeszcze uda się…
- Nie będzie żadnego może, Blanca. – ucięła moją wypowiedź dość ostro. – Karty zostały rozdane i nie damy rady nic z tym zrobić.
Przełożyła kubki na tacę, ale nie wzięła jej. Dostrzegłam kątem oka jak jej palce drżą tak bardzo, że nie jest w stanie chwycić za uchwyty. Odwróciłam wzrok na chwilę, zamykając oczy. Przyłożyłam zwiniętą pięść do czoła, oddychając głęboko.
To wszystko moja wina. Powinnam była ją powstrzymać.
Po chwili wzięłam się w garść i pogłaskałam przyjaciółkę po ramieniu, a następnie objęłam ją bardzo delikatnie i przytuliłam lekko. Nicola zabębniła palcami o blat, starając uspokoić drżenie, po czym zwinęła palce w pięści. Wzięła głęboki wdech i przetarła oczy wierzchem dłoni.
- Przepraszam, to do mnie niepodobne. – powiedziała cicho i spokojnie, tak jak zawsze. Jednak bałam się spojrzeć w jej oczy. – Tylko… to po prostu jest tak cholernie przykre…
Przestałam gładzić ją po ramieniu – moja dłoń opadła bezwiednie na dół, a ja sama wbiłam na dłuższą chwilę wzrok za okno. Deszcz nawet nie zamierzał ustać. W końcu chwyciłam za tackę z talerzykami i uśmiechnęłam się do niej ciepło.
- To co? Idziemy do nich, czy same zjadamy wszystko?
***
Nie kontaktowałam się za bardzo z Constanzą od tamtego czasu, a gdy już to robiłam, kończyło się raptem na zdawkowej rozmowie przez telefon. Miałam dużo czasu, by uporządkować myśli, uczucia. Chciałam podejść do tego na chłodno, być dla niej wsparciem. Wyćwiczyłam się w tym, zręcznie omijając temat jej… „stanu”, gdy przyjaciele pytali się o nią.
Okazało się, że Constanza nawet od nich nie odbierała. Jakby chciała odwlec nieuniknione, a utwierdzała ich wszystkich w zmartwieniu i poczuciu, że coś jest bardzo nie tak.
Wiedziałam w jakim stanie psychicznym może być teraz. Nieważne jak bardzo była silna i nieugięta, nadal pozostawała tylko dziewczyną. Tylko małą, bezsilną dziewczyną. Nikt nie dałby sobie z tym rady w pojedynkę, a ona szaleńczo próbowała tego dokonać. Albo tragicznie nie wiedziała jak poprosić o pomoc.
Najwyraźniej chciała odciąć się od wszystkiego raz na zawsze. Nawet nie poinformowała mnie, kiedy wypuścili ją do domu. Dowiedziałam się tego tydzień później, przez przypadek.
W kolejny deszczowy, wakacyjny dzień siedziałam przy książkach, gdy zadzwonił mój telefon. Spojrzałam na wyświetlacz i długopis praktycznie wypadł mi z dłoni. Odchrząknęłam po dość długim milczeniu i odebrałam.
- Słucham?
- Halo, Blanca? To ty? – w słuchawce odezwała się dorosła kobieta. – Z tej strony Maria Di Carlo.
- A, dzień dobry, dobry. – rzuciłam do telefonu, odjeżdżając trochę od biurka.
- Wybacz, że zawracam ci głowę w wakacje, zwłaszcza, że nasza ostatnia rozmowa… Przebiegła trochę chłodno. – urwała, czekając na jakąś reakcję, ale milczałam, więc podjęła temat ponownie. – Wiem, że to wasze sprawy, ale rozumiesz jak jest… Bardzo się o nią martwię. Mogłabym spytać o co się pokłóciłyście?
- Pokłóciłyśmy? – zmarszczyłam brwi. – My nie jesteśmy pokłócone. Musiała pani źle zrozumieć Constanzę. Ona po prostu nie chce na razie nas widzieć, a ja nie chcę naciskać, więc…
- Co za dziecko. – syknęła pani Maria do siebie. – Jeśli tak, to wybacz. Rozumiem, że jej stan psychiczny jest mało… stabilny, ale takie dziecinne zagrywki… - oczyma wyobraźni widziałam jak kobieta kręci głową. – Jak już wspomniałam, nie powinnam wtrącać się w wasze sprawy, ale… Mogłabym cię o coś prosić?
- Jestem do usług, proszę pani.
- Odwiedzilibyście Constanzę całą grupą? Wiem, że oni jeszcze nie wiedzą, że Constanza została niepełnosprawną, ale liczę, że starzy przyjaciele i trochę rozmowy dobrze jej zrobi.
- Z wielką chęcią, pani Di Carlo. Tylko nie wiem, czy wpuszczą nas taką grupą na salę szpitalną. – odpowiedziałam.
- Ależ Constanza jest już od tygodnia w domu. Myślałam, że chociaż to wam przekazała. – w jej głosie pobrzmiewało zdziwienie, ale usłyszałam też kilka nut zmartwienia. – No nic. Jeśli chodzi o czas, nie martw się tym. Zawsze będziecie mile widziani w tym domu.
- Dziękuję, zapamiętam. – odpowiedziałam, uśmiechając się lekko. – Do widzenia, proszę pani.
Odsunęłam telefon od ucha i spojrzałam tępo w wyświetlacz. Podświetlił się, gdy mama Constanzy rozłączyła się, a po chwili znów stał się czarny. Czułam odrętwienie i dopiero po dłuższej chwili odblokowałam go ponownie i wybrałam powoli numer Nicoli.
- Halo, Nico? – rzuciłam od razu. – Mam sprawę.
- Słucham ja ciebie.
- Constanza jest już od tygodnia w domu, właśnie dzwoniła jej mama. Prosiła, byśmy przyszli ją odwiedzić, mimo tego, że… ma ‘’humory’’. – wolałam nie używać określenia „niestabilny stan psychiczny”.
Po drugiej stronie połączenie panowała przez chwilę cisza, a ja zaczynałam się obawiać, że to było zbyt duże sprężenie informacji, nawet jak na Nicolę.
- Tak przeczuwałam, ale sądziłam, że sama wyjdzie do nas z propozycją spotkania, gdy będzie na to gotowa. – powiedziała powoli i spokojnie. – Ale skoro dostaliśmy zaproszenie od rodziców, trzeba przyjść. Jak coś, w tej sytuacji jestem dostępna 24 na dobę.
- Wiem, Nico. Chodzi tylko o to, że reszta… Nie wie.
- Trzeba im powiedzieć, Blanca.
- Myślałam, że poczekamy aż Constanza sama im to przekaże.
- Ona nie chce nas widzieć, nie sądzę, że będzie wstanie znieść naszą zszokowaną grupę na raz. Nie mówię, by zdradzać im wszystko, chociaż ostrzeżmy ich, że jej stan jest zły i… nieodwracalny.
Milczałam z zamkniętymi oczami.
- Zadzwonię do Cristiny, a ty dzwoń po chłopach.
- Ale nie mówimy im tego przez telefon. – zastrzegłam.
- Przecież wiem, głupia nie jestem. To zdecydowanie nie jest temat na pogawędkę przez telefon. – prychnęła i rozłączyła się.
Nim zaczęłam dzwonić po reszcie przyjaciół, musiałam wziąć głęboki wdech i podciągnąć kolana pod brodę.
***
Pojawiłyśmy się z Nicolą w wyznaczonym punkcie kilkanaście minut przed czasem, by porozmawiać o sytuacji. Stanęło na tym, że ja mam im przekazać, a w razie czego, ona mi pomoże.
- Po prostu to nie fair, że tak ważne sprawy będzie omawiać ktoś taki jak ja. Lepiej, żeby to była jej prawie-siostra. Wiem, że to będzie trudne, ale w razie czego jestem krok obok. – powiedziała w końcu, patrząc na mnie ciepło.
Skinęłam tylko głową, wbijając dłonie w kieszenie. Czekałyśmy w ciszy.
Pierwsza nadeszła Cristina z bombonierką. Starałam się uśmiechać, chociaż udawać, że wszystko jest w porządku. Następnie dostrzegłam Sergia, idącego z bukietem kwiatów.  Nicola powoli poważniała, a ja poczułam ogarniającą panikę, gdy zza zakrętu wyłonił się Riccardo.
- Kurde. – mruknął na powitanie. – Myślałem, że nie przyjdę ostatni. Dobra chodźmy, muszę w końcu zobaczyć tego małego wariata.
- Poczekajcie chwilę. – chłodny głos Nicoli przeszył powietrze. Zatrzymali się w pół kroku.
- Chodzi o to, że… Powinnyśmy powiedzieć wam to wcześniej, ale liczyłyśmy, że Constanza sama was w tym uświadomi… No, bo… Teraz wszystko się zmieni. Nic nie będzie takie samo. – miałam świadomość, że gubię się w tym co mówię.
- Blanca? – w głosie Riccardo wyczułam troskę.
- No, bo Constanza, ona… Jej stan… jest nieodwracalny.
- Co to znaczy „nieodwracalny”? – zapytał Sergio, wbijając we mnie dobitne spojrzenie. Unikałam wzroku wszystkich.
- Że nic już nie wróci do poprzedniego stanu. – burknęła Nicola, kładąc mi dłoń na ramieniu. – Reszty domyślcie się sami, nie jesteśmy dziećmi. Wszyscy znamy potencjalne skutki takich wypadków.
Po powiedzeniu tego w swój chłodny, opanowany sposób ruszyła przed siebie, ciągnąc mnie za rękę. Poszłam za nią, a przyjaciele podążyli za nami. Widziałam kątem oka jak Cristina wyciąga w naszą stronę dłoń, ale w końcu zwija palce i przyciska do serca, milcząc. Sergio wyglądał na zdenerwowanego całym tym omijaniem tematu, ale również nic nie powiedział. Dopiero, gdy spojrzałam na Riccardo, ciągnącego się na samym tyle, żal ścisnął mi serce. Jego błyskające brązowe oczy wydawały się odsłaniać samo dno jego studni.
Nicola ścisnęła moją dłoń, dodając mi otuchy, gdy stanęliśmy przed bramą do domu Constanzy. Zadzwoniłam niepewnie domofonem.
Mogłabym przysiąc, że słyszę wściekłe wrzaski i trzask drzwi, nim ojciec Constanzy wyszedł nas przywitać i wpuścić. Rzadko go widywałam, ale teraz wyglądał jakby postarzał się o 10 lat.
- Miło was widzieć, dzieciaki, wybaczcie za zwłokę. – uśmiechnął się do nas z wymuszeniem, wprowadzając do środka.
- Dzień dobry. – odpowiedzieliśmy mechanicznie, stając w przedpokoju.
Mieszkanie, będące dla mnie drugim domem, wydawało się być martwe.
Z kuchni wychynęła pani Maria, machając na nas dłonią.
- Dobry, droga młodzieży. – uśmiechnęła się do nas. – Chodźcie na razie tutaj, dobrze? Constanza jeszcze nie jest… gotowa.
Spojrzeliśmy po sobie z niepokojem, ale ściągnęliśmy buty i usiedliśmy w kuchni. Pani Maria pokrzątała się jeszcze przez chwilę przy kuchence i obróciła się do nas.
- Paskudna ta pogoda, jak na wakacje, co? – spojrzała przez okno. – Pewnie napilibyście się herbaty?
Każde z nas zaczęło grzecznie dziękować, ale pani Maria jak prawdziwa gosposia była głucha na naszą odpowiedź i wyciągnęła torebki z herbatą. Następnie obróciła się i spojrzała prosto na mnie.
- Blanca, chodź, pomożesz mi. Filiżanki są w salonie. – uśmiechnęła się i wyszła z kuchni. Przełknęłam narastającą gulę w gardle i poszłam za nią.
Tam dostrzegłam, że wyciągnęła już dawno filiżanki i teraz oparła się z rezygnacją o komodę.
- Wszystko w porządku, pani Di Carlo?
- Ze mną tak, tylko… Consta przeprowadziła teraz małą burzę, gdy dowiedziała się, że przyszliście. – westchnęła głęboko. – Stwierdziła, że nie chce ich widzieć.
- „Ich”? A co ze mną.
- Powiedziała, że może najwyżej porozmawiać z tobą. – powiedziała cicho. – Ja już nie wiem, co ona odstawia.  Czy do cholery jasnej, nie może zachowywać się normalnie, jak człowiek? Nic nie usprawiedliwia takiego zachowania!
- Kochanie… - zaczął powoli pan Di Carlo, ale ja wyprostowałam się.
- Proszę się uspokoić, nic się nie stało. Po prostu pójdę z nią porozmawiać. – rzuciłam jeszcze przez ramię, wychodząc z pokoju.
Jeden z niewielu plusów od losu jakie mogłam zauważyć w tej sytuacji, to to, że dom Constanzy nie miał piętra, oprócz strychu, więc nie trzeba było zbytnio nic robić z architekturą i wystrojem.
Zawahałam się dopiero, gdy stanęłam przed drzwiami od pokoju Constanzy, a moja ręka zawisła w powietrzu, kilka centymetrów od drzwi.
To nadal twoja przyjaciółka, do cholery jasnej!
 Zapukałam cicho i weszła ostrożnie do środka.
Constanza siedziała na bardzo nowoczesnym wózku inwalidzkim po środku pokoju, zwrócona twarzą do okna. Nawet nie drgnęła, gdy usłyszała, że wchodzę. Rozejrzałam się szybko po pokoju i ledwo powstrzymałam się, by nie zacząć płakać. Wszystkie plakaty z motorami wisiały w strzępach, zdjęcia z całego naszego dzieciństwa przykryte zostały papierem pakunkowym, a w najdalszym rogu leżała stara deskorolka. Złamana na pół.
- Cześć. – mój głos zabrzmiał nienaturalnie.
- Cześć. – Constanza powiedziała to tak nienawistnie jak nigdy. Zrobiłam krok do tyłu. Może odwiedzanie ją wbrew jej woli było błędem?
- Ja tylko przyszłam… Przyszłam… - odjęło mi mowę, więc gwałtownie urwałam, gdy Constanza obróciła się do mnie.
- No przyszłaś. – zmierzyła mnie gniewnym spojrzeniem. – A teraz możesz sobie iść.
Zamrugałam gwałtownie, ale nie cofnęłam się już o krok. Stałam jak zaklęta.
- No już, zostaw mnie.
Chciałam powiedzieć jej imię, ale z mojego gardła nie wydobył się żaden głos.
- Wynocha! – podniosła głos, zwijając dłonie w pięści. – No już, wynoś się! Wynoś się! Wynoś się! Wynoś się! Wynoś się!
Powtarzała to jak mantrę, a ja powoli do niej podeszłam, nietknięta atakiem jej wściekłości i opadłam bezsilnie na kolana, obejmując ją mocno. Mało mnie obchodziła myśl, czy ona tego chce, czy nie, czy ją to cokolwiek boli. Potrzebowała tego.
Ja tego potrzebowałam.
W końcu jej wściekłe słowa zaczęły się łamać, aż w końcu wczepiła mi palce w koszulę, przyciągając do siebie i z jej gardła wydobył się szloch, przemieszany z krzykiem. Zamknęłam mocno oczy, choć wcale nie czułam pod nimi łez. Byłam spokojna. Pogłaskałam ją po głowie.
- Prze… przaszam… - wydusiła pomiędzy atakami histerii. – Przepraszam… Ja nie… Przepraszam… Nie idź… Nie zostawiaj…
- No już, ciii, ciii. – szeptałam drżącym głosem, kołysząc ją w ramionach. – Cicho, cichutko… Spokojnie, no już… uspokój się… - powtarzałam w kółko, gdy Constanza cały czas mówiła coś w histerii i panice, starając się przekonać do tych słów może nie tyle ją, co nawet samą siebie.
Poczułam, że broda mi drży.
Nie uspokoiłyśmy się przez długie minuty, a powodem nagłej ciszy, było tylko to, że Constanza zdarła sobie zbytnio gardło.
Nie patrzyła na mnie, gdy usiadłam obok niej na pufie. Widziałam u niech wyćwiczony odruch podciągania kolan pod brodę, ale gdy zdała sobie sprawę, że już nie jest w stanie to zrobić, załkała krótko, a po policzkach pociekły jej nowe łzy.
Tak bardzo nie wiedziałam co powiedzieć.
- Blanca… - zaczęła, cała zachrypnięta. – Możesz powiedzieć im, by mnie zostawili w spokoju? – gdy podniosłam na nią wzrok, zaczęła kręcić zamaszycie głową. – Nie, nie, nie, nie… Nie mogę ich tak po prostu wyrzucić… Ale… Ale… Jak ja im teraz spojrzę w twarz? Wszystko słyszeli. Wszystko! Ja… - wplotła palce we włosy i zacisnęła mocno.
 - Consta! – położyłam jej dłoń na ramieniu. – W porządku. To nasi przyjaciele. Zrozumieją.
Jej zapuchnięte, czerwone od płaczu oczy patrzyły na mnie przez chwilę.
- Dobra… - powiedziała cichutko. – Niech zostaną, tylko… Jeszcze parę minut i…
- Spokojnie. Daj sobie tyle czasu ile potrzebujesz.
Uśmiechnęła się do mnie słabo i wyciągnęła drżącą dłoń w moich kierunku. Chwyciłam ją obiema rękami i ścisnęłam, dodając otuchy. Siedziałyśmy tak bardzo długi czas, w całkowitym milczeniu, wsłuchiwując się w swoje nierówne oddechy. Mając wrażenie, że cały świat właśnie zawalił się nam na nasze głowy.
Ale miałyśmy siebie.
Zadrżałam, przeklinając swoje myśli. To nie czas na wzruszające stwierdzenia.
Minuty upływały, a Constanza cały czas oddychała spazmatycznie, blada, a po policzkach ciekły coraz to nowe łzy.  Przyjaciółka odezwała się dopiero po godzinie, wyswobadzając dłoń z mojego uścisku. Odjechała trochę na wózku i ustawiła się tak, by patrzeć mi prosto w twarz.
Wyglądała na spokojniejszą. Uśmiechnęła się do mnie lekko, odnajdując jeszcze na to siły, mimo, że łzy jeszcze nie zaschły na jej policzkach.
- Trochę mi lepiej, wiesz? – powiedziała cicho.
Skinęłam głową, próbując uśmiechnąć się tak jak ona.
- Wiesz… Przepraszam, że nie powiedziałam ci tego osobiście.
- Nie przepraszaj mnie za coś takiego. – stwierdziłam cicho.
- Szczerze, to miałam zamiar poinformować cię od samego początku, od kiedy weszłaś wtedy na salę. – ciągnęła, jakby nie usłyszała tego co powiedziałam. – Ale nie miałam wystarczająco siły. – spuściła na chwilę wzrok. – Nie miałam siły… - powtórzyła, a jej wzrok rozmył się. – Na rozmowę z resztą i tobą też potem nie miałam siły… Przepraszam.
- Po raz ostatni powtarzam ci, że masz nie przepraszać.
- Kiedy to, że wylądowałam na wózek mnie nie usprawiedliwia. – powiedziała poważnie. Po chwili prychnęła pod nosem, rozbawiona. – Wiesz, tam w szpitalu powiedzieli mi, że miałam szczęście. – pokręciła głową. – Jak można powiedzieć komuś, kto właśnie dowiedział się, że będzie jeździł na wózku, że ma szczęście?
Tak bardzo brakowało mi słów. Tak bardzo nienawidziłam siebie za to.
- A wiesz, co zabolało mnie najbardziej? – spojrzała na mnie pusto. – Gdy spytałam się, kiedy mogę znów wrócić do jazdy motorem, zaśmiali mi się prosto w twarz.
- Och, Constanza. – wydusiłam tylko, targana tyloma emocjami. – Na pewno jest jakiś sposób…
- Nie ma sposobu, Blanca. – westchnęła rozdzierająco. – To koniec. Koniec. – jej głos znów się załamał. – On zawsze nadchodzi, prędzej czy później i nic nie możemy z tym zrobić. A mój przyszedł właśnie teraz. – zwinęła dłoń w pięść. – Wiesz, to boli, Blanca. Bardzo boli. – całe jej ramię zaczęło drżeć. – Od chwili, w której się wybudziłam, codziennie zadaję sobie pytanie, czy nie lepiej byłoby gdybym wtedy zginęła i…
- Nawet nie waż się tak mówić. – spojrzałam na nią poważnie. – Nie ważne jakby nie było to trudne i przykre, to nadal jest życie. Żyjesz, oddychasz, czujesz. Los dał ci jeszcze jedną szansę, a mogłaś wcale jej nie dostać. I nawet jeśli teraz to wszystko wygląda dla ciebie na bezsensowne i bezcelowe, nawet jeśli nie jesteś w stanie zrobić cokolwiek innego oprócz snucia rozpaczy, to dobrze! Rób to, dopóki nie pozbędziesz się tego smutku, tylko na nim się nie zatrzymuj! – Constanza patrzyła na mnie z coraz większym szokiem. - Spróbuj podnieść głowę i podziękować za jeszcze jedną szansę, spróbuj jeszcze raz zawalczyć i pokazać światu, że to nadal ta sama Constanza Di Carlo… - uśmiechnęłam się do niej, a po policzkach spłynęły mi łzy.
Usłyszałam wybuch płaczu w drzwiach. Spojrzałyśmy obie w tą stronę, z łzami cieknącymi po policzkach ze szczerym zdziwieniem wymalowanym na twarzy. Cristina wypuściła bombonierkę z dłoni i rzuciła się do nas z wyciągniętymi ramionami.
Chciała coś powiedzieć, ale jedyne co wyrwało jej się z gardła to szloch. Przyciągnęła nas do siebie, przytulając mocno. Chwilę później dopadła do nas Nicola, której jedynie ciekły łzy po policzkach. Tej samej Nicoli, która zawsze pozostawała niewzruszona na takie rzeczy. Zaraz po dziewczynie klęknął przy nas Riccardo, a jego oczach lśniły łzy, których nie miał siły powstrzymywać. Których nie chciał powtrzymać. Przyciągnęłam go do nas wolnym ramieniem, a on objął mnie, chwytając Constanzę za dłoń. Wybuchłam płaczem jak cała reszta. Ostatni zjawił się Sergio,  który pogłaskał Constanzę po głowie.
- Byłoby nam strasznie smutno, bez ciebie. – powiedział cicho.
- Dlatego nawet nie waż myśleć o umieraniu. – dodałam.
Constanza wybuchła kolejnym szlochem, ale tym razem był on kontrolowany, zdrowy. Płakaliśmy wszyscy, ściśnięci ramionami bardzo mocno, jakby bojąc się, że nie utrzymamy tej resztki normalności jaka nam pozostała.
Płakaliśmy razem, nie chcąc pogodzić się z tym, że świat zamknął przed Constanzą bramy do jej wszystkich marzeń.
Płakaliśmy razem nad naszą bezsilnością, nad tym, że jesteśmy tylko małymi ziarnkami piasku w całym wszechświecie, które nie znaczą zupełnie nic.
Płakaliśmy razem, dopóki na niebie nie pojawiły się pierwsze gwiazdy.
***
Nim się obejrzałam, kalendarz wskazał 31 sierpnia, a ja czułam się jeszcze bardziej zmęczona niż przed wakacjami.
Constanza powoli wracała do siebie. Zaczynała sama proponować, by gdzieś wyjść, chociaż się przewietrzyć. Była silna, bardzo silna. Starała się jak mogła, wiedząc że im szybciej pogodzi się z tą sytuacją, tym szybciej znajdzie z niej jakieś wyjście.
Jednak mimo wszystkich starań, w te kilka tygodni wylałyśmy razem więcej łez niż przez całe nasze wcześniejsze życie.
Pchałam właśnie wózek Constanzy pod jedną z wielu górek, na których położona była Manarola, a przyjaciółka zanosiła się cichym śmiechem, za każdym razem, gdy westchnięciem odgarniałam kosmyk z czoła.
- W tym tempie to tak przypakujesz, że ja ciebie! – zaśmiała, uderzając dłonią o bezwładne kolano. – Kurde, za chwilę się uduszę, ahahahahahaha!
Chciałam na chwilę zatrzymać się, odpocząć i jak za starych czasów pokłócić się z nią, ale gdy tylko zwolniłam, kółka zaczęły toczyć się w dół, a moje wątłe ramiona odmawiały posłuszeństwa. Jedynie wydałam niezidentyfikowany odgłos, gdy wózek miał zamiar mnie rozjechać.
Constanza jeszcze raz roześmiała się. Dobrze było znów słyszeć ten śmiech, choć bardzo zniekształcony przez głęboko zakorzeniony żal.
- Na pewno dasz sobie radę? – spojrzała na mnie przez ramię, a w jej oczach błysnęło zatroskanie i trochę poczucia winy. – Może jednak go włączę?
- Daj spokój, jak na dole nie pojechał to teraz też nie. Jeszcze go zepsujemy i co wtedy? – wydusiłam, czerwona z wysiłku. Boczna droga, którą zawsze pokonywałyśmy na deskorolkach była teraz opustoszała. – A poza tym, widzisz te mięśnie?
- Jak będziesz tak ze mną popylać jeszcze z kwartał to może zobaczę.
Trzepnęłam ją w ramię, a dziewczyna pokazała mi język.
Gdy dotarłyśmy na płaszczyznę, zablokowałam kółka i sprawdziłam, czy wózek nie będzie się osuwał. Obie odetchnęłyśmy z ulgą, gdy nawet nie drgnął. Dotarłyśmy do naszego ulubionego punktu widokowego, na którym kręciło się kilku turystów. Rzucili nam zaciekawione spojrzenia, a w niektórych dostrzegłam współczucie.
Constanza zacisnęła mocniej palce na podłokietnikach.
- Musimy wykombinować coś tymi podróżami, bo na stare lata nabawię się przepuchliny. – zażartowałam, przeciągając się. – Gdzieś w roku szkolnym wybierzemy się gdzieś dalej, co?
- Jak zmieszczę się z tym wszystkim w drzwiach to z wielką chęcią. – prychnęła, ale posłała mi chytry uśmiech.
Jakiś miły pan turysta pomógł mi wprowadzić wózek pod wyższy krawężnik. Następnie pożyczył wszystkiego dobrego, skłonił się i poszedł do swojej rodziny. Constanza pomachała mu, uśmiechając się smutno. Zaczynała przywykać do tego, że znajdują się jeszcze ludzie, którzy pomagają w takich sprawach z czystej dobroci, a nie litości. Czasem miałam wrażenie, że wolałaby tkwić w jednym miejscu przez wieczność niż przyznać, że potrzebuje pomocy.
- Ładnie tutaj. – powiedziała, podjeżdżając do barierki.
Stanęłam obok niej, opierając się o poręcz. Nasze malownicze miasteczko rozciągało się w dole, a przed nami był tylko bezkres morza. Powierzchnia wody mieniła się w odcieniach światła. Słońce leniwie zachodziło, roztaczając wszędzie swój ciepły blask, oświetlając nasze twarze, nadając otoczeniu weselszych kolorów.
- Chyba przypomniało mi się, dlaczego tak bardzo lubię akurat ten punkt. – uśmiechnęłam się do siebie melancholijnie.
- Wiesz… Teraz wszystko wygląda dla mnie inaczej. – stwierdziła Constanza, nie odrywając wzroku od krajobrazu. – Jakby ta perspektywa pozwalała mi spojrzeć na świat inaczej. – uśmiechnęła się lekko.
- Już ci to mówiłam, pamiętasz? – tućknęłam ją ramieniem. – Że może niektóre furtki zostały zamknięte, ale inne się dopiero otworzą?
- Pamiętam. – posłała mi wdzięczne spojrzenie. – To teraz moja ulubiona sentencja, wiesz? – wyszczerzyła się do mnie.
- Ta cicho bądź. – westchnęłam, nadal się uśmiechając. – Jeszcze tylko zapamiętaj, że nie wszystkie z tych furtek musisz otwierać sama i będę o ciebie spokojna.
- Akurat to wiem od dawna, że jeśli trzeba będzie, to ty jesteś pierwsza, by taką staranować. – roześmiała się, gdy pstryknęłam ją w czoło.
Zrobiło mi się trochę lżej na sercu, choć i tak widziałam w głębi jej brązowych oczu, że nigdy do końca nie pogodzi się ze swoim stanem. Tak samo jak ja wiedziałam, że nigdy nie przestanę obwiniać się o ten stan.
***
Liceum nas rozdzieliło. Każde z nas chciało pójść do jakiejś lepszej szkoły ponadgimnazjalnej, więc obraliśmy za cel La Spezia. Niestety Nicola, Cristina i Sergio nie dostali się do klasy zaawansowanej, więc jedynymi osobami, które tam znałam były Giovanna, Enrica i Felicia oraz (dzięki Bogu) Riccardo.
Nadal spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, ale nie tyle co kiedyś. Jechaliśmy tymi samymi autobusami, spotykaliśmy się po lekcjach i na weekendach, ale nauka zabierała nam coraz więcej czasu. Zwłaszcza, że każde z nas zaczęło otaczać się kręgiem innych znajomych.
Trzymaliśmy się razem. Byliśmy przyjaciółmi, zbyt wiele przeszliśmy, by w tak krótkim czasie nasza więź zanikła, ale brakowało często jednego spoiwa. Jednego małego spoiwa, które poruszało się tylko na czterech kółeczkach i miało indywidualny tok nauczania.
Nowa klasa zachowywała się jak poprzednie – Giovanna zdetronizowała wszystko i znalazła nowych koleżków. Miałam Riccardo, który nigdy nie należał do typu osoby potrzebującej tony znajomych, więc nowe znajomości nie stanowiły problemu. Nie byliśmy outsiderami, zawiązaliśmy pewnego rodzaju więź z naszą licealną klasą, ale nic poza tym.
Żadnych nowych przyjaźni, czy bliższych znajomych.
Czas, w którym Nico, Cristi, Sergio i nawet Riccardo spędzali z nowymi znajomymi, ja poświęcałam Constanzie. Każdą chwilę, którą mogłam przeznaczyć dla „spraw towarzyskich” poświęcałam jej. Choć nigdy mi tego nie powiedziała, widziałam jak bardzo potrzebuje kontaktu z rówieśnikami. Przynajmniej raz w tygodniu na weekendzie spotykaliśmy się całą grupą. Zazwyczaj na pizzie w rynku w niedzielne popołudnie. Stało się to naszą tradycją.
W jeden z piątkowych wieczorów, siedząc u Constanzy i oglądając jakieś horrory, gdy zadzwoniła do mnie Nicola. Spytała się czy nie mam ochoty pojechać z nimi do miasta na nocne wyprzedaże. Zapewniła, że jadą 2 dziewczyny z mojej nowej klasy. Odmówiłam.
- Wiesz, powinnaś pojechać z nimi. – rzuciła Constanza, gdy odrzuciłam od siebie telefon.
- Nie czuję na to wewnętrznej potrzeby. – prychnęłam. – Wolę spędzać czas z tobą.
- Nie mówię, żebyś nie spędzała ze mną czasu, tylko nie odcinaj się od życia dla mnie. – westchnęła smutno. Gdy wyprostowałam się z protestem na ustach, uniosła dłoń. – Poczekaj chwilę. Po prostu się martwię o ciebie, nie widzę cię w szkole, nie wiem jak tam jest. A nie chcę, byś ograniczała się tylko dlatego, że moje towarzystwo nie składa się z odpowiedniej ilości rówieśników.
- Constanza, ja ciebie proszę…
- Ja ciebie też. – zmarszczyła brwi. – Do licha, przecież licealistką jest się tylko raz! Nie waż się tego marnować! Nie pozwolę ci tego zmarnować! – zakrzyknęła wojowniczo, a z jej oczu pałał entuzjazm.
Pokręciłam głową, nie chcąc się z nią sprzeczać. Mimo wszystkich jej starań, dała sobie spokój i przestała narzekać, że „marnuję” swoje licealne życie razem z nią.


*Nawiązanie do faktu, że Gwiazda Polarna wskazuje północ i od wieków nakierowuje podróżników

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz