Rozdział 10
Gwiazdy gasną po
to, by jaśnieć
Na każdej długiej przerwie siedzieliśmy
razem, jedząc śniadanie. To też stało się swoistą tradycją, kolejnym ogniwem,
które miało podtrzymywać naszą paczkę. Jednak tym razem, w ostatni piątek
listopada, siedziałam przy osobnym stoliku tylko z Sergiem i pomagałam mu pisać
zadanie.
- No błagam cię człowieku, to są jeszcze
sprawy z gimnazjum! – jęknęłam, nachylając się nad nim. – Jasny gwint. Sergio
ty otrzymałeś kwas na 9 sposobów. A tak się nie da. – opadły mi ręce.
Chłopak obrócił głowę w moim kierunku,
znajdując się niebezpiecznie blisko.
- Na pewno się da! Było 9 sposobów, już
taki tępy nie jestem!
- Owszem było, ale do soli, nie kwasów!
Już otwierał usta, by coś powiedzieć,
ale zamknął je z cichym kłapnięciem i wrócił do pisania. Zakryłam usta, by się
nie roześmiać.
- I co się tak cieszysz, co? – mruknął,
ale dostrzegłam, że lekko się uśmiecha.
- A co, nie mogę? – spytałam zaczepnie,
nadal czujnym okiem sprawdzając, czy rozwiązuje zadanie odpowiednio.
- Jeśli to ja jestem powodem twojej
radości, to ciesz się do woli. Ale tylko, gdy jestem to ja. – posłał mi jedno z
tych swoich szelmowskich spojrzeń, od których większość dziewczyn rozpływa się.
Ja jedynie odwróciłam głowę, zakrywając
się jak najbardziej dłonią, by nie dostrzegł czerwieni pokrywającej moje
policzki. Szkoda, że nie dałam rady zasłonić uszu. Chłopak roześmiał się
pociesznie i wrócił do pisania.
Zachowywaliśmy się podobnie od kiedy
rozpoczęło się liceum. Po tym wszystkim co wydarzyło się ostatnio, czucie się
niekomfortowo w jego obecności odeszło w niepamięć. Po pewnym czasie wszystko
wracało na bardzo stare tory, ale coś mnie blokowało. Nie byłam w stanie
pozwolić sobie tak po prostu puścić wodze i pozwolić sobie w końcu się
zakochać. Sergio też wyczuwał moje wahania i nigdy nie naciskał. Nawet nie zaczynał
tego tematu.
Do teraz.
- Wiesz, Blanca… - zaczął niewinnie,
naturalnie, kończąc pisać zadanie.
- No?
- Wiem, że to dość stara sprawa, ale… -
zawahał się na moment i nakrył dłonią moje palce. – Ale czy dałabyś mi jeszcze
jedną szansę? Wiem, że wcześnie wszystko zawaliłem po całości i że dałaś mi
jasno do zrozumienia, że nie jesteś mną zainteresowana…
- Sergio, ja… - poczułam jak motyle w
brzuchu podrywają się do lotu, lecz na gardle zacisnęła mi się zimna dłoń.
- Właśnie, zwaliłem już wszystko. – machnął
dłonią. – Takie gadki szmatki są durnowate i nie na długą przerwę w szkole. –
odetchnął głęboko. – Czy uczyniłabyś mi ten zaszczyt i udała się ze mną na
randkę?
Bolało mnie serce.
- Sergio, ja… - zacięłam się, czując, że
jeszcze chwila i głos mi się załamie. – To nie tak, że ja nie chcę… Ja po
prostu… po prostu… nie mogę.
Spojrzał na mnie zawiedzionymi oczami, a
dzwonek na lekcję był moim jedynym wybawieniem.
***
Okazało się, że piątkowy wieczór
spędziłam u Cristiny wraz z Nicolą i ich innymi koleżankami. Constanza
zadzwoniła mi, że jest zajęta i mam zakaz zjawiania się w jej domu pod groźbą
wezwania sądowego, więc darowałam sobie ten jeden raz i zajęłam się projektem.
Jednak z każdym kolejnym napisanym
zdaniem miałam do niego coraz większe wahanie. Był to bardzo prestiżowy
konkurs, najważniejszy w całym kraju i bałam się zawalić. Od rozmyślań wyrwał
mnie dzwonek Cristiny i niezwłoczny rozkaz przyjścia do niej. Tak więc
skończyło się na nocowaniu.
Dopiero w sobotę spotkałam się z
Constanzą. Tym razem siedziałyśmy u mnie, grając w tanie gierki na konsoli.
Przyjaciółka wyglądała jakby jednocześnie miała wyrzuty sumienia, była
podekscytowania i chciała mnie zabić. Była to nowość, bo rzadko kiedy w jej
oczach kryło się cokolwiek innego od frustracji i smutku.
- Coś się stało? – spytałam w pewnym
momencie.
Dziewczyna huknęła padem o stół, aż
podskoczyłam, zakrywając się rękoma.
- Ty pytasz się mnie, czy coś się stało?
– zaczęła z niedowierzaniem. – Ty. Mnie? – huknęła.
- No… tak? – przytaknęłam niepewnie, nie
wiedząc, czy przyjaciółka nie spróbuje mnie staranować swoim wózkiem.
- Jaka ty czasem jesteś tępa. –
westchnęła, zakrywając oczy dłonią. – Po kiego mi nie powiedziałaś, że Sergio
zaprosił cię na randkę? I dlaczego, do jasnej cholery, się nie zgodziłaś!?
- A, to tylko to. – odetchnęłam z ulgą.
– Chwila, skąd ty to wiesz? – rozszerzyłam oczy z przerażenia, przeczuwając
źródło.
- Sergio spotkał się ze mną wczoraj w
celu udzielenia porady miłosnej. – wytłumaczyła. – A ja na serio nie wiem w
czym ty masz problem. Z tego co wiem, to ci się podoba.
- Akurat tego nigdy nie powiedziałam. –
zastrzegłam sobie.
- Ale ja zauważyłam. No, może nie
zauważyłam, tylko zrozumiałam. – skrzyżowała ramiona na piersi. – Miałam dużo
czasu, by poukładać sobie w głowie niektóre rzeczy, a to było jednym z wielu
oczywistych wniosków, które powinnam wysnuć dawno temu.
Milczałam, przygryzając dolną wargę.
Spojrzałam krótko na przyjaciółkę.
- Czyli jednak. Woo-hoo, zostałam
Sherlockiem! – wykonała zwycięski gest, ociekając sarkazmem. – Wiesz, trochę
mnie to zabolało, gdy w końcu zrozumiałam. Bolało mnie to, że mi tego nie
powiedziałaś i znosiłaś to tylko dlatego, że on podobał się mi. – chciałam coś
wtrącić, ale nie pozwoliła mi. – Naprawdę nadal nie mogę uwierzyć, że w wieku,
gdy buzują hormony, moja przyjaciółka była w stanie podjąć taką decyzję dla
mnie. – zamknęła oczy, kładąc dłoń na sercu. – Dlatego, do cholery jasnej,
teraz się zgódź i idź z nim na tą randkę, nim chłopak całkowicie się wykończy!
Spuściłam wzrok.
- Tylko wiesz… mam wrażenie, że to nie w
porządku w stosunku do ciebie…
- To jest nie w porządku dlatego, że mi
się też podoba, czy dlatego, że jestem na wózku?
Ogarnął mnie chłód.
- No już nie rób takiej miny. Nazywajmy
rzeczy po imieniu. – mówiąc to, pogroziła mi palcem. – „Ja i Sergio”, nazwijmy
to tak z lekką przesadą to przeszłość. A to co jest przeszłością, pozostanie
nią na zawsze.
- Od kiedy uważasz, że to przeszłość? –
spytałam tylko.
- Pamiętasz, przed moim wypadkiem… na
drugi dzień mieliśmy iść na randkę. Po nim… Po tym jak trafiłam na wózek nigdy
więcej tego nie zaproponował. – w jej oczach na chwilę zgasło światło. – Wiesz,
nie mam mu tego za złe. Rozumiem, że świadomość, że jestem teraz
niepełnosprawna mogła go trochę przerosnąć. – uśmiechnęła się do mnie. – Ale
teraz przynajmniej wiem, że wybrał sobie bardzo dobrą dziewczynę.
Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością
i przytuliłam ją.
- No dobra, kończymy te durne rozmowy o
„problemach miłosnych” – zaznaczyłam cudzysłów w powietrzu. – Zrobię nam kakao,
co ty na to?
- Z wielką chęcią. Tylko wiesz takie z
bitą śmietaną i…
- I karmelem. Wiem, pamiętam. –
zaśmiałam się, wychodząc z pokoju.
Nie dostrzegłam już jak Constanza sięga
po regulamin konkursu fizycznego.
***
- Kurde, jesteśmy tutaj tak często, że
właściciel od razu wstawia pizzę do pieca jak nas widzi. – zaśmiała się
Cristina, gdy wychodziliśmy z pizzerii w niedzielny wieczór. Riccardo właśnie
znosił z Sergiem wózek Constanzy ze schodków.
- Dostaliśmy nawet bony zniżkowe. –
rzuciła Nicola, przeglądając otrzymane kartki.
- Nie wiedziałem, że mają tu bony. –
zdziwił się Ricc.
- Bo nie mają. – stwierdziła Nicola,
chowając papiery do kieszeni. – Dobra, mniejsza z tym. Trzymajcie się wszyscy,
mi się śpieszy.
- Właśnie Constanza, ja cię dzisiaj
odprowadzę. Muszę jeszcze zanieść coś twojemu tacie od mojego wujka, więc na
jedno wyjdzie. – stwierdziła Cristina stając obok niej. Mrugnęła do mnie. –
Akurat wiem, że masz dzisiaj bezchmurne niego, Blanca.
Uśmiechnęłam się do niej.
- Dzięki, Cristi.
- Zawsze do usług. – uśmiechnęła się i
ruszyła za Constanzą, która odjeżdżała już w siną dal. – Zaczekaj na mnie, ty
żydzie!
- Ja też zmywam się w swoją stronę. –
rzucił Sergio, unosząc dłoń na pożegnanie. Nie spojrzał na mnie.
Mogłabym przysiąc, że Riccardo odetchnął
z ulgą, gdy chłopak zniknął z pola widzenia. Chciało mi się śmiać. Przyjaciel
wyciągnął w moją stronę dłoń.
- Daj, poniosę ci. – wskazał mój plecak,
do którego zapakowałam swój przenośny teleskop.
- Nie, dzięki, dam se radę. –
uśmiechnęłam się. – I tak za chwilę skręcamy w inną uliczkę, a znając nasze
szczęście poszedłbyś z moim plecakiem do swojego domu.
Chłopak parsknął śmiechem.
- Jak tam chcesz. – odchylił głowę do
tyłu, spoglądając w nocne niebo. – Czasem żałuję, że moi rodzice nie rozumieją,
że gwiazdy są tylko w nocy.
- Też czasem żałuję. Chciałabym mieć
towarzysza, który rozumie co do niego mówię. – zaśmiałam się. Spojrzał na mnie
kątem oka, po czym pokręcił głową. Dostrzegłam, że mordka mu się cieszy. – No
co?
- Nic, nic.
Dochodziliśmy powoli do ostatniego
skrzyżowania. Uniosłam dłoń, by pomachać przyjacielowi na pożegnanie, ale
Riccardo zatrzymał mnie jeszcze na chwilę. Miałam wrażenie, że w jego oczach
dostrzegłam coś na kształt przegranej.
- Blanca… - oblizał wargi. – Pamiętasz
co ci kiedyś powiedziałem?
- „Podoba mi się plan M”? –
zażartowałam, na co on poczochrał moje włosy.
- Nie, nie to! Ja tu mówię poważnie. –
udał, że się obruszył, na co ja roześmiałam się. Chłopak szybko spoważniał. –
Żebyś nigdy się nie wstrzymywała, prawda? Rób tak jak dyktuje ci dusza.
- O co ci… - zmrużyłam oczy, ale on
tylko ponownie poczochrał mnie po włosach z tym swoim ciepłym uśmiechem na
twarzy.
- Radzę ci po prostu zrobić to też w tym
przypadku. W jego przypadku. – podkreślił, a ja otworzyłam szeroko oczy, jednak
nim cokolwiek powiedziałam, stuknął mnie przyjacielsko w ramię. – To do jutra,
nie zasiedź się tam.
Całą noc męczyło mnie to, czy da się we
mnie czytać jak w otwartej księdze, czy akurat ma do tego dar.
***
Wyszłam zza szafy i okręciłam się jak
rasowa modelka, jednakże z dość skrzywioną miną. Constanza miała skrzyżowane
ramiona, a brodę podpierała wolną dłonią. Gdy zaprezentowałam kolejny strój,
zmrużyła oczy i postukała palcami po wardze, zastanawiając się nad czymś.
- Nie, to chyba jeszcze nie to. –
westchnęła. – A może tamten sweterek w paski i te nowe jeasny?
Jęknęłam ze zgrozą, zasłaniając dłonią
twarz. Zerknęłam przez okno. Sergio stał co najmniej od piętnastu minut, a gdy
mnie zobaczył, uśmiechnął się i podniósł kciuk wysoko. Wyszeptałam bezgłośne
„ratunku”.
- Constanza, błagam ciebie, pomagasz mi
to dobierać co najmniej od godziny i wracamy do tego co było na początku? –
spojrzałam na nią ze zbolałą miną. Przyjaciółka zaśmiała się szelmowsko,
wyraźnie rozbawiona moją niedolą. – Zostanę przy tej bordowej sukience. Sergio
już czeka, nie mogę…
- Jak kocha to jeszcze poczeka. – ucięła
dziewczyna. – Dawaj, dawaj. Coś czuję, że to będzie to!
- Mówiłaś to kilka minut temu, gdy wbijałam
się tę sukienkę. – mruknęłam, chowając się za drzwiami szafy, a chwilę później
uderzyła w nie poduszka. – O który sweter ci chodziło? – rzuciłam, ubierając
jeasny.
- Ten biało-czarny w paski! – odparła, a
ja dosłyszałam jej ciche przekleństwa, gdy buszowała w mojej szafce na buty.
Pokręciłam głową, gdy dobiegły do mnie
dźwięki walącego się porządku i przeciągnęłam sweter przez głowę. Poprawiłam
włosy ręką, przyglądając się swojemu odbiciu. Uniosłam krytycznie jedną brew.
Nie czułam potrzeby strojenia się.
- Wiesz, włosy zazwyczaj czesze się
szczotką, a nie ręką. – prychnęła Constanza, zajeżdżając do mnie i wciskając mi
buty. Brązowe, skórzane botki.
- Ha. Ha. – skwitowałam, zakładając je
na szybko. – A kurtka jaka, pani znawco?
- Ta jasnobrązowa, skórzana. Wiesz, ta z
futerkowym kołnierzem. – rzuciła, zaglądając przez okno. – Robi się tam coraz
chłodniej.
- Dobra, dobra. – pokręciłam głową,
wsadzając telefon do kieszeni i naciągając szarą czapkę na głowę. – No to ja
idę. W końcu.
Constanza pojechała za mną aż do szczytu
schodów.
- Uważaj na siebie i baw się dobrze! –
zamachała do mnie, uśmiechając się. – Jezu, jak ja się cieszę! – wyrzuciła
ramiona do góry, śmiejąc się.
Odwróciłam się u końca schodów,
posyłając jej wdzięczny uśmiech.
- Dziękuję, Consta. – na moje słowa
zalasutowała, szczerząc się. – A właśnie, zadzwonię po Lotario. – wyciągnęłam
telefon z kieszeni, wybierając numer jej opiekuna i rehabilitanta.
- Idź ty już! – burknęła, wydymając
wargi. – Mam dwie zdrowe rączki, sama zadzwonię. WYNOCHA.
Przewróciłam oczami, uśmiechając się
mimowolnie pod nosem i otworzyłam drzwi. Obłoczek pary wydobył się z moich ust,
przypominając o tym, że grudzień nadchodzi wielkimi krokami. Spojrzałam na
ciemniejące niebo. Przynajmniej nie pada.
Sergio od razu się ożywił, gdy wyszłam.
Uśmiechnęłam się do niego przepraszająco.
- Naprawdę przepraszam, że tyle mi
zeszło, tylko Constanza trochę zbyt nie mogła zdecydować się na moje ciuchy. –
przytuliłam go na powitanie. Odsunął mnie od siebie trochę z zawadiackim
uśmieszkiem, tasując spojrzeniem.
- No to warto było poczekać. – odrzekł i
wyciągnął swoją dłoń w moim kierunku. – Idziemy?
- Idziemy. – zgodziłam się, chwytając go
za dłoń.
***
Spacerowaliśmy po parku w La Spezia,
znajdującym się niedaleko od kina i całego zgiełku miasta. Zrobiło się już
bardzo ciemno i jedyne co oświetlało nam drogę to migoczące niepewnie latarnie.
Balansowałam, idąc po murku, cały czas
trzymając Sergia za dłoń.
Wszystko to było takie dziwne i
naturalne jednocześnie. Nigdy, w całym swoim życiu nie poszłam na żadną randkę.
Nawet nie chciałam bawić się w całe te ceregiele, co z biegiem czasu, gdy
wszyscy zaczęli się ze sobą umawiać napawało mnie strachem, że na pierwszej
zachowam się jak skończona idiotka. Tymczasem, ku mojemu zaskoczeniu, czułam
się tak spokojnie i bezpiecznie, że nawet nie przyszło mi do głowy puścić jego
dłoń.
- Na pewno dobrze się bawisz? – spytał
chłopak cicho.
- No pewnie! – uśmiechnęłam się do
ciebie. – Dalej się o to zadręczasz? Przecież nic się nie stało, daj spokój,
Sergio…
- Nic? – prychnął. – Mam ci wyliczać?
Zarezerwowałem bilety na zły film…
- Jak dla mnie ten norweski kryminał był
świetny…
- Kupiłem przekąski z papryką, na którą
jesteś uczulona…
- I tak bym nie jadła, by zachować
pozory.
- Jakie pozory? – urwał na chwilę
wyliczanie, spoglądając na mnie ze zdziwieniem.
- Że jestem chudą laską, która nic nie
je.
Parsknął śmiechem, ale po chwili
odchrząknął. Weszłam mu w słowo nim znów podjął temat.
- I owszem, wiem co chcesz jeszcze
powiedzieć. Że siedziałeś cały w popcornie, bo jakiś dzieciak nas obsypał. Że
restaurację zamknęli przed czasem i jedliśmy w McDonaldzie. A no i to, że
prawie mnie zostawiłeś, pewien, że cię olałam, a tak naprawdę zacięłam się w
łazience.
Zachichotał pod nosem, a na ścisnęłam
jego dłoń.
- Widzisz? Śmiejesz się. – zeskoczyłam z
murku. – To wszystko było zabawne. I tak to odbieram. – zadarłam na niego
głowę, uśmiechając się.
Westchnął.
- Cieszę się, że ci się podobało, tylko…
chciałem, by to była taka idealna, podręcznikowa randka…
- Czytałeś o tym podręczniki? –
rozszerzyłam z przerażenia oczy, a o spojrzał na mnie sarkastycznie, jednak
kąciki jego ust uniosły się do góry. – W sumie to się cieszę, że nie wyszło tak
sztywno. Jakoś nie uważałam się za podręcznikowy ideał dziewczyny.
- Ja tam od dawna znam ideał. – zamyślił
się, spoglądając przed siebie. – Jakieś 1,7m z normalną wagą, kasztanowe,
pofalowane włosy do łopatek, zielone oczy, w ciula inteligenta, czuła,
rozważna, z zainteresowań to deskorolka, astronomia i czasem filmy oraz książki
detektywistyczne.
Zatrzymałam się i spojrzałam na niego z
błyszczącymi oczami. Przystanął obok mnie, uśmiechając się lekko, zmysłowo.
Zamrugałam, tak bardzo chcąc coś odpowiedzieć, ale tak bardzo nie wiedząc co.
Uniósł drżącą dłoń do mojej twarzy i odgarnął mi niesforny kosmyk.
- Mówili, że ideały nie istnieją. –
powiedział cicho. – A mój stoi tuż przede mną. Tylko pytanie, czy chce być moim
ideałem. – nadał temu zdaniu wydźwięk pytania.
I choć tyle sprzecznych emocji skłębiło
się we mnie na raz, tyle niepewności i argumentów negatywnych, aż w końcu
pozwoliłam by to uczucie namąciło mi w głowie. Poddałam się. Jeśli serce tak
bardzo chce bym się zakochała, to dobrze. Zgadzam się.
W odpowiedzi, położyłam mu dłonie na
ramionach i delikatnie wspięłam się na palce, zbliżając się do niego tak blisko
jak mogłam. Dość szybko zrozumiał to za odpowiedź twierdzącą, przyciągnął mnie
do siebie, pochylając głowę. Kradnąc pocałunek.
Może inaczej go sobie wyobrażałam. Może
kiedyś myślałam, że to będzie ktoś inny. Ale teraz, gdy odsunęliśmy się od
siebie po dłuższej chwili, a ja spojrzałam mu w te czarne oczy, po raz pierwszy
poczułam, że dobrze postępuję. Że w końcu nie ograniczam siebie.
Sergio przez chwilę się na mnie patrzył,
po czym odwrócił ode mnie spojrzenie, a ja w ciemnościach dostrzegłam jak jego
uszy momentalnie robią się czerwone. Zakryłam usta dłonią, chowając przed nim
zawadiacki uśmieszek, po czym sięgnęłam po jego dłoń. Chwycił ją mocno,
splatając moje palce ze swoimi.
Przez resztę drogi mało rozmawialiśmy,
ale i to było wystarczające.
Przez całą noc nie zmrużyłam oka,
wpatrując się w gwiazdy. Nie szukając konstelacji, licząc czegoś, ucząc się, po
prostu wpatrując. Niebo nigdy nie wydawało mi się piękniejsze.
***
Nawet nie obejrzałam się, gdy zaczął
kończyć się styczeń.
Codzienność znów zadawała się łapać
swoją stabilność, jednak dramatycznie różną od tej wcześniejszej. Chodziłam do
szkoły i nadal siedziałam z Riccardo na każdej lekcji (po części dlatego, że
reszta osób podchodziła do tego na zasadzie „może pomogą mi na teście”) co było
dla mnie zaskoczeniem. Nie oczekiwałam, że nasze stosunki pozostaną na tym
samym etapie co wcześniej. Jednak ani Riccardo nie miał nic przeciwko, ani co
dziwniejsze – Sergio.
Właśnie. Sergio Falcone. Mój chłopak.
To słowo tak bardzo źle brzmi w moich
ustach.
Spędzałam z nim połowę wolnego,
szkolnego czasu, nie licząc wracania ze szkoły i wychodzenia na randki. Przez
pierwszy tydzień wbijałam mu do głowy, że nie będę spędzać z nim każdej wolnej
chwili, bo mam własne życie na głowie. Na całe szczęście szybko się do tego
przyzwyczaił i przestawał narzekać, że wolę spędzić przerwę z dziewczynami z
mojej klasy, czy Nicolą i Cristiną, a w piątkowy wieczór spróbować wyrwać
gdzieś Constanzę.
Ogólnie dzięki niemu udało mi się trochę
otworzyć na resztę szkoły. Sergio sam w sobie jest piekielnie sympatyczny
(oczywiście, gdy tego chce) i towarzyski, więc zna większość osób z rocznika. I
tym samym coraz częściej jego kumple witali się ze mną na ulicy, a koleżanki z
klasy, którym byłam wcześniej obojętna, zainteresowały się mną. Z początku to
było nagłe poruszenie, gdy wyszło, że chodzę z Sergiem, ale dzięki temu
zawiązałam trochę trwalszą znajomość z Agatą i Irene, dwiema kuzynkami. Zwykłe
pospolite dziewczyny, bardzo do siebie podobne i przede wszystkim – miłe.
Zapałałam do nich sympatią, gdy
zwyzywały pod nosem Giovannę i jej ekipę.
Choć miałam wrażenie, że codzienność
staje się monotonna, wcale tak nie było. Wszystko zmieniało się powoli na
lepsze. Zaczynałam otwierać się bardziej na znajomości. Prawie kończyłam
projekt o wszechświecie, choć nie sądziłam, że go wyślę. Związek z Sergiem
wydawał się być malowany w różowych barwach. Przyjaźń z Cristiną i Nicolą nie
uległa zmianom, zwłaszcza, że ich nowe koleżanki były dość… specyficzne.
Jednak gdy tyle rzeczy wydawało się iść
coraz lepiej, a ja w końcu zaczęłam się rozkręcać w moim „licealnym życiu”, coś
musiało w końcu zacząć się psuć. I tym czymś była psychika Constanzy.
Od początku, gdy Constanza wybuchła
płaczem w ten pamiętny dzień, w którym poszliśmy wszyscy ją odwiedzić, gdy
wróciła do domu, bałam się jednej rzeczy. Że to całe „trzymanie się”, bycie
silną i wesołą, odbije się na niej. I teraz widziałam skutki tej decyzji i
zawziętości. Widziałam jak moją przyjaciółkę ogarnia szok powypadkowy i coraz
bardziej mi ją odbiera. Widziałam to i byłam bezsilna.
Z początku nie wyglądało to groźnie.
Constanza po prostu zaczęła odmawiać wychodzenia na spacery. Wszystko w
porządku, przecież może nie mieć ochoty. Jednak, gdy w całym tygodniu nawet nie
wspomniała o wyjściu, zaczęłam mieć pierwsze podejrzenia. Jedyne do czego byłam
ją w stanie zachęcić to nasze niedzielne wyjścia na pizzę. Tylko to.
Rozmawiałam o tym z Lotariem, a on choć chciał jak najlepiej i również próbował
wyciągać ją gdzieś dalej, to nie mógł nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że „jej
stan nie nadaje się na taką pogodę”.
Równolegle z tym osowieniem i niechęcią
obcowania ze światem zewnętrznym przyszły zmiany emocjonalne. Z każdym dniem
śmiała się coraz mniej. Uśmiechała się coraz mniej. Przestała być w stanie
nawet patrzeć na motor czy deskorolkę. Przestała być tą zawadiacką wariatką,
która nie bała się nawet śmierci.
Wiedziałam, że to trudny temat. Że to
dramat życiowy. A najbardziej bolesne było to, że wiedziałam, że jestem
bezsilna. Jednak próbowałam. Nie dawałam się wygonić, zniechęcić i spędzałam z
nią czas, nawet gdy usiłowała mi wmówić, że Sergio może poczuć się skrzywdzony.
Po prostu starałam się być z nią i pokazać jej, że nieważne co jej strzeli do
łba to pozostanie dla mnie najlepszą przyjaciółką.
- Hej, Blanca! – usłyszałam wołanie
Cristiny, gdy akurat siadałam przy stoliku z Agatą i Irene. Obróciłyśmy się we
trójkę, parskając na to śmiechem pod nosem.
- Cześć, dziewczyny! – zamachałam
dłonią, widząc czającą się za nią Nicolą.
- Mamy pewną sprawę. – powiedziała Nico,
spoglądając tylko na mnie.
- Jak chcecie to siadajcie. – Agata
uśmiechnęła się do nich. Irene skinęła potakująco głową.
- Z chęcią, tylko… No wiecie… - Cristina
nadal uśmiechała się tym swoim ciepłym uśmiechem, jednak twarz Nico nawet nie
drgnęła.
- Przepraszam, ale ta sprawa jest typowo
skierowana do Blanci. Tylko do Blanci. – podkreśliła.
Rzuciłam coś do koleżanek i poszłam za
nimi, do kąta stołówki.
- Dobra, walcie z grubej rury, bo
powiało mi tutaj grozą i to niezłą. – zażartowałam, ale gdy nawet Cristi nie
posłała mi uśmiechu, spoważniałam. – No dobra. Mam złe przeczucia.
- Chodzi o Constanzę. – zaczęła Nicola,
opierając się plecami o ścianę.
- To nie tak, że coś jej się stało…
Spokojnie, Blanca… - zaczęła od razu Cristina, gdy dostrzegła jak bardzo
zbladłam. – No, bo widzisz… Nie jesteśmy pewne, ale… No, po prostu się trochę
martwimy i…
- Constanza znowu odwołała spotkanie z
nami. – Nicola przerwała nieskładny wywód przyjaciółki. – Miałyśmy brać ją do
kina, akurat gdy ty byłaś na randce z Sergiem.
- No wiesz, ostatnio ma takie humory.
Pewnie miała gorszy dzień. – stwierdziłam, nie wierząc w co mówię. Unikałam
wzroku Nicoli.
- Trzeci raz z rzędu. – dodała cicho
Cristina. – W końcu stwierdziłyśmy, że może nie mieć siły tak cały czas
wychodzić i poszłyśmy do niej, ale ledwo zgodziła się nas wpuścić i prawie w
ogóle nie chciała rozmawiać. – mówiła bardzo cicho, jakby bardzo się bała, że
zaraz zacznie płakać.
Zmrużyłam oczy, czując ból w klatce
piersiowej.
- Nie chcę być czarnowidzem, Blanca. –
rzekła Nicola. – Ale od kiedy Constanza trafiła na wózek przeczytałam tonę
książek o porażeniu dolnych partii ciała. Zarówno tych naukowych jak i
obyczajówek, romansów. Oglądałam nawet filmy…
- Ja też sporo o tym „studiowałam”… -
napomknęłam cicho.
- Więc doskonale powinnaś wiedzieć, co
sądzę o jej stanie. – spojrzała na mnie surowo. – Jeśli to się będzie
pogłębiać, skończy się na depresji. Będzie siedzieć cały dzień w jednym punkcie
i wgapiać się przez okno, a jej jedynym zajęciem będzie przymusowa
rehabilitacja.
Poczułam jak drży mi broda.
- Błagam was, nie płaczcie. – głos
dziewczyny załamał się, a ona sama zakryła oczy. Po policzkach Cristiny
ściekały pojedyncze łzy. – Blanca, posłuchaj. Nie mówię ci tego, by cię dobić
czy stwierdzić, że jesteś temu winna. Po prostu… Po prostu…
Zabrakło jej słów. Położyłam dłoń na
ramieniu przyjaciółki i pogłaskałam ją delikatnie. Cristina po chwili przetarła
twarz i chwyciła mnie za ręce.
- Po prostu strasznie się o nią
martwimy, a jesteśmy bezsilne. Nas nie posłucha. Nawet nie chce nas słuchać.
Jesteś ostatnią osobą, która może do niej dotrzeć. Ostatnią osobą, która może
jej pomóc. – jej głos drżał od emocji.
Spuściłam wzrok.
- Nie da się komuś pomóc, jeśli on tego
nie chce. – powiedziałam cicho.
- Więc spraw, żeby chciała pomocy. –
stwierdziła Nicola. – Zburz tą ścianę, którą tak bardzo pragnie się odgrodzić.
Blanca, po prostu zrób w niej pęknięcie i tyle wystarczy. Dalej będziemy my.
- Tylko ty musisz zacząć. To musisz być
ty.
Nie wiedząc co mam odpowiedzieć,
przytuliłam je mocno.
- Wzięło was na poetyczne sentencje jak
widzę. – zaśmiałam się z trudem.
- Cicho bądź. – odpowiedziały w tym
samym momencie, odwzajemniając uścisk.
***
Pchana dodatkowymi zmartwieniami jakimi
uraczyły mnie w szkole Nicola i Cristina skierowałam się od razu po lekcjach do
Constanzy. Sergio odprowadził mnie aż pod jej bramy i taktownie stwierdził, że
nie jest takim geniuszem jak ja i musi zaprzyjaźnić się bliżej z Newtonem na
następny test z fizyki.
Uśmiechnęłam się do siebie, próbując
dodać sobie otuchy, gdy chłopak cmoknął mnie w policzek i pomknął do siebie.
To nadal Constanza. Nie ważne w jakim
stanie jest, to nadal Constanza. I nadal nią pozostanie.
Nie odpowiedziała na moje pukanie, więc
czując się tak samo swobodnie jak u siebie, chwyciłam za klamkę. Drzwi
otworzyły się praktycznie na oścież, przypominając jęknięciem o nienaoliwionych
zawiasach. Zacmokałam z niezadowoleniem pod nosem.
- Nie trzymaj drzwi otwartych, sieroto!
– zawołałam w głąb domu, ale gdy odpowiedziała mi cisza, zdjęłam buty,
rozglądając się z niepokojem. – Constanza?
Usłyszałam szuranie wózka i głowa
przyjaciółki wychynęła z kuchni.
- A. – mruknęła beznamiętnie na mój
widok. Obróciła się, marszcząc czoło i kręcąc głową. – To tylko ty.
- „Tylko ja”? – przedrzeźniłam ją,
unosząc jedną brew do góry. Najwyraźniej ma jeszcze gorszy humor niż zwykle. –
Weź się odezwij jak cię wołam. Myślałam, że coś się stało.
- A co mogłoby się stać? – spytała
głośno z kuchni, przeciągając z niezadowoleniem końcówki. Stanęłam w progu,
opierając się o framugę. – Gdybym gdzieś wychodziła, zamknęłabym drzwi, ale
cóż, jak wszyscy widzimy, trochę nie bardzo jestem w stanie sobie tak po prostu
chodzić… - zaprzestała swojego zrzędzenia na moment, gdy spostrzegła, że stoję
w drzwiach. – Co ty tu… Nie myślałam, że zostajesz na dłużej.
- Constanza Di Carlo, mistrzyni ciepłych
powitań. – rzuciłam sarkastycznie, kładąc dłonie na biodrach. – A co, nie mogę
już cię od tak odwiedzać? – spytałam, patrząc się na nią uważnie.
Wzruszyła tylko ramionami.
- Jak tam chcesz. – mruknęła w końcu. –
Nadal sądzę, że masz lepsze rzeczy do roboty, jak na przykład uczenie się do
testu z fizyki albo wychodzenie z koleżankami czy, no nie wiem, Sergiem, niż
bezsensowne siedzenie ze swoją upośledzoną przyjaciółką…
- Daruj sobie. – ucięłam ostro,
marszcząc brwi. – Paraliż nóg to jeszcze nie upośledzenie. Jesteś tą samą osobą
co wcześniej.
- Właśnie, że już nie jestem. – szepnęła
ledwo dosłyszalnie, ale nim zdążyłam nawet zrozumieć znaczenie tych słów,
ciągnęła dalej. – No więc? Co dzisiaj będziemy robić? Oglądać filmy? A może coś
ciekawszego? Robótki ręczne? – jej głos ociekał sarkazmem.
Opadłam bezsilnie na kuchenny stołek.
- Consta… - westchnęłam cicho, czując
uścisk w klatce. – Błagam ciebie, jeśli potrzebujesz wsparcia, to po prostu daj
sobie pomóc…
- Nie potrzebuję pomocy. – ton jej głosu
nieznacznie się podniósł, sugerując zdenerwowanie. – Jeśli masz nastrój na
takie teksty, to sobie daruj, bo ja nie mam na to dzisiaj natchnienia…
- „Dzisiaj”? Nie masz natchnienia na nic
od jakiegoś miesiąca. To się robi niezdrowe, Constanza. – zmroziła mnie
wzrokiem, ale wytrzymałam jej spojrzenie. – Tak samo jak fakt, że ignorujesz
wszystkich naszych przyjaciół. Nicola i Cristina też zaczynają się martwić,
kiedy masz ich gdzieś 3 raz z rzędu. – dziewczyna nawet nie spuściła głowy, nie
wyglądając na przejętą tym co mówię. – Constanza, przynajmniej ze mną
porozmawiaj…
- Rozmawiam. – odparła. – Ale ty wiesz
lepiej. Jak wszyscy, z resztą…
- Nie przekręcaj moich słów.
- Mówisz, że paraliż to nie
upośledzenie, ale i tak ludzie traktują mnie jakbym nie była wystarczająco
inteligenta, by nawet zrobić kanapki. – warknęła.
- A od kiedy to przejmujesz się tym co
inni mówią?
- Od kiedy jestem od nich zależna. –
prychnęła. – A mam serdecznie dość litości. Mam dość tych spojrzeń i szeptów
pełnych żalu. Mam dość. I zaczynam to widzieć dopiero teraz. Jaka za mnie była
idiotka. – zwinęła dłonie w pięści. – Wszyscy tak ze mną postępują. Mama, tata,
Lotario, Sergio, Nicola, Cristina, nawet Riccardo…
- Constanza… - spróbowałam jej przerwać,
czując, że zaczyna brakować mi czasu na oddech między szalonym, zdenerwowanym
biciem serca.
- To nie tak, że nie próbowałam, Blanca.
– powiedziała już ciszej. – Naprawdę próbowałam. Chciałam patrzeć na to trochę
optymistycznej, wiesz? Coś na kształt kolejnej przeszkody do pokonania. To
byłoby do mnie podobne. Łatwo było zacząć, mając wszystkich wokół siebie, jakby
było po staremu. – wzięła głęboki oddech, a jej ciepłe oblicze gwałtownie
zamarzło. – Ale nie było. Nie mogłam robić nic z tego, do czego dążyłam przez
całe życie, a za waszymi ciepłymi spojrzeniami nie krył się stary dobry doping,
tylko myśl musimy być dla niej dobrzy, bo
jest na wózku… - Spojrzała mi prosto w oczy. – Nienawidzę litości. Nie
zniosę jej ani grama więcej.
- Constanza, poczekaj chwilę… -
wyciągnęłam dłoń w jej stronę, ale to odepchnęła ją dość agresywnie.
- Nie potrzebuję litości, do cholery
jasnej! – krzyknęła. – Daruj to sobie, Blanca! Liczyłam, że chociaż między nami
będzie tak samo, ale to były błahe marzenia! Nawet ty patrzysz się na mnie
protekcjonalnie!
- Po prostu się martwię. Czy to takie
trudne do zrozumienia? – mówiłam przez zaciśnięte zęby. – Czy ty naprawdę nie
widzisz różnicy między litością, a troską!?
Mierzyłyśmy się wściekłym wzrokiem.
- Mam was dość. – syknęła po chwili
blondynka. – Nie potrzebuję was.
Wstałam bardzo powoli, nie spuszczając z
niej wzroku.
- Że niby obecność bliskich mi osób
pomoże mi przez to przejść? Durnota. – prychnęła lekceważąco. – Czuję się
jeszcze gorzej niż na początku.
- Bo masz jakieś dziwne urojenia, do
cholery jasnej! – czułam, że jestem przy granicy. Przy granicy wszystkiego. Spokoju,
ciepła, wściekłości, rozpaczy, płaczu, poczucia winy. Wszystkiego. A Constanza
najwyraźniej postanowiła ją przekroczyć, łamiąc mnie na jeszcze więcej
kawałeczków.
- Nie mam żadnych urojeń. – powiedziała
nadzwyczaj spokojnie. I chłodno. – Nigdy więcej nie wsiądę na motor i deskę.
Nigdy więcej nie pobiegnę. Nawet nie wstanę. Nigdy nie uwolnię się od innych.
Nigdy nikt mnie nie pokocha. Do końca mojego życia będę walczyć z myślą, że
przegrałam już na początku rozgrywki. Że nigdy nie zasmakuję wolności.
Wzięłam głęboki oddech, przypominając
sobie rozmowę z Nicolą.
Przepraszam, Nic. Najwyraźniej nawet ja
nie jestem w stanie na nią wpłynąć. Przepraszam. To znowu moja wina.
- Nic nie mów. Nawet nie waż się nic
mówić. – warknęła na mnie, podjeżdżając tuż pod moje stopy. Cofnęłam się o
krok. – Po prostu zamknij się i wynoś.
Jakby w transie chwyciłam torbę i
kurtkę, a ocknęłam się z niego dopiero na zewnątrz, gdy Constanza zamknęła za
mną drzwi z trzaskiem na klucz.
Zmusiłam się do głębokiego oddechu. Zmusiłam
się do uspokojenia.
To jest problem Constanzy, więc przestań
traktować go tak egoistycznie. Pomyśl nad rozwiązaniem, spokojnie. Bądź dla
niej wsparciem, którego potrzebuje w przyjaciółce. Po prostu bądź silna za was
obie, powtarzałam sobie wytrwale w myślach, nawet nie planując się ruszyć
sprzed drzwi.
Jednak gdy w głębi domu usłyszałam jej
zduszony płacz, jedyną rzeczą, do której byłam zdolna w tamtej chwili było
rozpłakanie się i siadnięcie na schodkach, z głową schowaną w kolanach.
***
Jeszcze nigdy nie czułam się tak
bezwartościowa.
Bezużyteczna.
Bezsilna.
- Blanca? – w głosie Sergia pobrzmiewało
zatroskanie. – Wszystko w porządku?
- Tak, tak. – odparłam do telefonu. – Po
prostu zapatrzyłam się w gwiazdy.
- Czyli w końcu jedyną sprawą, która
odciąga mnie od ciebie jest Wszechświat. Nie powiem, porażka z kretesem, ale
przeciwnik jest nieskończenie potężny.
Zaśmiałam się cicho pod nosem, choć
nadal bolało mnie serce.
Pod domem Constanzy siedziałam jakąś
godzinę, nim pan Lotario w końcu dotarł na miejsce po walkach w korkach. Nawet
nie zapytał co się stało, jedynie po kilku minutach wyjrzał przez drzwi i
powiedział, że nie sądzi bym dzisiaj zdziałała cokolwiek więcej.
A teraz sterczę na balkonie, ubrana
koszulę nocną, grube skarpetki i szlafrok w kilku ostatnich minutach 28 dnia
stycznia. Zachuchałam na zmarznięte dłonie, nie spuszczając wzroku z mojego
najwierniejszego towarzysza. Gwiazdy wydawały się świecić dzisiaj jaśniej,
jakby chciały podnieść mnie na duchu.
- Jesteś pewien, że dasz radę wstać
jutro na ten test z fizyki. Nie jesteś przyzwyczajony do zarywania nocy, a
twoja motywacja będzie znikoma zwłaszcza, że jutro piątek… - westchnęłam do
telefonu, mając wrażenie, że Sergio lekko przysypiał.
- Nie rób ze mnie mięczaka. – zaśmiał
się. – Miałem przeczucie, że czujesz się paskudnie, więc chciałem spróbować
temu zaradzić… Nadal nie zamierzasz ze mną o tym porozmawiać?
- Nawet nie wiem, co o tym powiedzieć,
więc nie będę się odzywać. – westchnęłam. – Ale dziękuję.
- Nie dziękuj mi za takie oczywistości.
Ty ratowałaś moje dni już wiele razy.
- Niby czym takim, panie romantyku?
- Głupim napisaniem „dobranoc” o 2 nad
ranem…
- Teraz nie wiem, czy to miał być
sarkazm, czy nie… Poza tym to dla ciebie środek nocy. Mało liczy się już jako
dzień. – westchnęłam.
- Oboje wiemy, że sarkazm to
zdecydowanie twoja dziedzina. Poza tym… Dla mnie tyle wystarcza. – przed oczami
miałam jego uśmiech. – Jestem prostym chłopem, nie potrzebuję wiele do
szczęścia.
Pokręciłam głową, choć on tego nie
widział. Mój zegarek lekko się podświetlił wskazując początek nowego dnia. 29
stycznia.
- O, już północ. – w głosie Sergia
pobrzmiewała dziecięca radość. – Przynajmniej mam pewność, że jestem pierwszy.
Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Blanca.
- Dziękuję. – powiedziałam cicho. – Ale
i tak jesteś gamoniem, Sergio.
- No dzięki! – prychnął z udawanym
obruszeniem.
- Ale jesteś moim gamoniem. – dodałam
cicho, z lekkim uśmiechem na ustach. – A teraz idź spać. Dobranoc.
- Dobranoc, radości mojego marnego
życia. – odpowiedział, a nim zdążyłam na to zareagować rozłączył się.
Uśmiechnęłam się pod nosem, przyciskając
do siebie komórkę. Przynajmniej na tę krótką chwilę mogłam zapomnieć o walącym
się wokół mnie świecie i pobyć dziewczyną, która właśnie gadała ze swoim
chłopakiem w środku nocy, wpatrując się w beztrosko w gwiazdy.
W końcu tylko raz w życiu będę mieć 17
lat.
***
- Jeśli miałbym być szczery, nie
wyglądasz na kogoś kto właśnie kończy 17 lat. – rzucił Riccardo ze śmiechem,
gdy z trudem utrzymywałam głowę na dłoni, starając się nie zasnąć. – Bardziej
jak ktoś kto spędził kolejną noc na wgapianiu się w niebo. – wbił we mnie
oskarżające spojrzenie.
- Winna. – przyznałam się, uśmiechając
się pod nosem. – Ale sam wiesz, że było warto trochę zarwać noc.
- Właśnie, że nie wiem. – prychnął. –
Jako normalny szary obywatel i amator, nie siedzę w środku zimy na tarasie w
środku nocy.
Przewróciłam oczami, mieszając
beznamiętnie jogurt.
- Ileż w tobie entuzjazmu. – stwierdził
po chwili sarkastycznie, obserwując mnie kątem oka.
- Nie masz bliżej rodziny? – jęknęłam,
patrząc się na niego ze znużeniem, na co tylko wystawił mi język.
Byliśmy praktycznie sami w klasie na
długiej przerwie. Większość osób wyszła, ale ja skończyłam z Riccardo jako
ostatnie lenie i nawet nie chciało nam się ruszać z miejsca. Zastukałam
długopisem w zeszyt, patrząc się w przestrzeń.
- Co ty w ogóle zamierzasz dzisiaj
robić, co, Blanca?
- Zależy co terminujesz jako „robić”.
- Chodzi mi o twoje jedyne w życiu
17-ste urodziny. – mruknął. – I wcale nie chodzi o to, że bawię się w
podekscytowaną blondynkę, tylko wyjątkowo mało w tobie entuzjazmu, nawet mniej
niż co dzień. Zazwyczaj o tej porze siedzisz gdzieś z Sergiem.
- Taaa… - westchnęłam. – On jest chyba
bardziej podjarany niż ja…
- To znaczy? – spojrzał na mnie spod
przymrużonych oczu, powstrzymując kpiący śmiech, którym uwielbiał uraczać
Sergia. Od kiedy zaczęłam z nim chodzić, zaczął powstrzymywać swoje szyderstwa,
ale chyba tylko ze względu na naszą przyjaźń.
- Wywozi mnie gdzieś od razu po szkole i
pewnie dam radę przekroczyć próg domu dopiero około 18… - westchnęłam z
uśmiechem.
Pokiwał głową z rozbawieniem, klikając coś
w telefonie.
- Normalnie złoty chłop.
- Daruj sobie ten sarkazm, Ricc. –
pacnęłam go w ramię.
- Jak to dla ciebie był sarkazm, to ty
chyba nie słyszałaś mnie w akcji. – obruszył się, uśmiechając. – Przecież to
była najczystsza prawda.
- Riccardo.
- No co? – nadal szczerzył się jak
głupi, a ja mimowolnie przejmowałam jego rozbawienie. W końcu pokręciłam głową,
zduszając śmiech do krótkiego parsknięcia. Chłopak był wyraźnie zadowolony tym,
że zdołał mnie rozbawić.
Przez resztę przerwy skupiłam się na
czytaniu setny raz podręcznika od fizyki i moja rozmowa z Riccardo ograniczyła
się do zdawkowych tekstów o jakimś zagadnieniu. Jakoś nie mogłam się skupić i
miałam wrażenie, że chłopak uważnie mi się przypatruje.
- Co robisz z tym konkursem?
- Ha? Co ty tak nagle…?
- Z czystej ciekawości.
- Pewnie go sobie odpuszczę. –
mruknęłam, mając przed oczami swój projekt na temat wszechświata. – Nie czuję
się na siłach, by go dokończyć. – dodałam, choć był praktycznie zrobiony.
- Zostały ci jeszcze 2 miesiące. –
zauważył rzeczowo.
- Może spróbuję w drugiej klasie. –
odparłam tylko, a chłopak wzruszył ramionami.
- Jak uważasz.
Po dłuższej chwili Riccardo wstał, jakby
dopiero teraz wygrał ze swoimi myślami. Podniosłam na niego wzrok znad książki,
unosząc jedną brew do góry w geście zapytania. Chłopak uśmiechnął się ciepło.
- Blanca, wiem, że to łatwo mówić, ale…
Przestań się tak zamartwiać chociaż w ten jeden dzień. Jesteś tyle samo warta
co inni. A nawet więcej. – po tych słowach skinął mi głową i wyszedł z klasy,
choć przerwa się kończyła. W geście wyjaśnienia uniósł tylko komórkę.
Siedziałam skonsternowana jeszcze przez
chwilę, z przekrzywioną głową, zastanawiając się, czy moje emocje aż tak jawnie
malują się na mojej twarzy, czy Ricc po prostu umie czytać we mnie jak w
otwartej księdze.
***
Dopiero o 17. 45 zaczęłam zbliżać się do
swojego domu. Sergio zaplanował naprawdę urocze urodziny, choć mogłabym
przysiąc, że niektóre sytuacje wyglądały jakby uknute przez pewną swatkę o
stalowych nerwach. Chłopak odprowadzał mnie do domu, trzymając za rękę.
- Jesteś pewna, że już chcesz wracać? –
spytał, gdy postawiłam stopę na pierwszym schodku.
- Błagam cię, Sergio, niczego więcej nie
pragnę. Nie byłam w domu od 7 rano, jestem padnięta. – zaśmiałam się. – Jak
chcesz to możesz wbić, odpalimy jakiś film czy coś w ten deseń…
- Nie! – pociągnął mnie do tyłu,
rozglądając się konspiracyjnie. – Znaczy tak! Nie! Tak, ale nie!
- No dooobra… - przeciągnęłam sylaby,
patrząc się na niego podejrzliwie. – To co w końcu? Nie musimy oglądać filmu
jeśli oto chodzi…
- Może chciałabyś pójść na spacer? –
spytał, zerkając na zegarek. – Tak na 15 minut, by się przewietrzyć?
- Jestem na świeżym powietrzu od 15 i
zaraz odmarznie mi nos, Sergio.
- No Blanca, muszę kupić im jeszcze
trochę czasu… - nie dokończył, gryząc się w język.
Spojrzałam na niego, marszcząc czoło i
przekrzywiając głowę.
- Komu niby masz kupować czas? –
spytałam.
Otworzył usta, tylko po to by znów je
zamknąć. Pokręciłam głową i nim zdążył mnie zatrzymać, przekroczyłam próg
własnego domu.
I pierwsze co do mnie dobiegło to
siarczyste przekleństwo Riccardo.
- O kurna, są wcześniej!
Po czym do przedpokoju wbiła grupka
ludzi i nim zdążyłam zorientować się kto w ogóle jest w moim domu, wykrzyknęli NIESPODZIANKA! strzelając konfetti.
Zamrugałam w totalnym szoku.
Moi przyjaciele zaczęli śpiewać
najbardziej sfałszowane sto lat jakie słyszałam w całym swoim życiu. Sergio
szybko przemknął obok mnie i stanął wśród pozostałych sześciu osób. Obok
Nicoli, Cristiny, Irene, Agaty, Riccardo i zajmującej honorowe miejsce po
środku Constanzy.
Najwyraźniej musiałam zacząć
histerycznie płakać, bo w połowie przerwali zdezorientowani i zamknęli mnie w
uścisku, głaskając po plecach i głowie, uspokajając. Constanza okrążyła nas błyskawicznie
i podcinając mnie w kolanach, zmusiła bym spadła na nią. Objęła mnie w pasie,
przytulając. A ja, całkowicie rozstrojona, w totalnym szoku byłam w stanie
przyciągnąć ich do siebie bliżej i mocniej, prawie dusząc. I płakałam dalej.
Płakałam tak rzewnymi łzami szczęścia
jak nigdy smutku.
I oby to nigdy nie musiało się nigdy
zmieniać.
- No i zwaliłam… - westchnęła po kilku
minutach Nicola. – Wiedziałam, że pewnie zaczniesz ryczeć, ale nie chciałam
doprowadzić cię do histerii w urodziny… - spuściła głowę, choć nadal jej głos
był spokojny.
Zaśmiałam się cicho, przez resztkę łez.
- Coś się chyba pali… - zauważył Sergio,
wciągając nosem powietrze.
Cristina, która również ryczała na równi
ze mną, gwałtownie zbladła.
- Jasny gwint, TORT! – rzuciła się w
stronę kuchni.
Riccardo, vice-szef kuchni pobiegł za
nią.
- Miałeś nam kupić czas do 18! – rzucił
przez ramię z wyrzutem do Sergia.
- To trzeba szybciej było piec to
ciasto! – odburknął Sergio idąc z resztą dziewczyn do kuchni jako oddział
ratunkowy.
Zostałyśmy same z Constanzą w
przedpokoju. Zdałam sobie sprawę, że nadal siedzę na jej kolanach, więc
ocierając oczy spróbowałam się delikatnie podnieść. Dziewczyna przytrzymała
mnie i z powrotem przytuliła. Dopiero teraz dotarło do mnie, że również płakała.
- Dziękuję, że też jesteś, choć wiem,
że… To dla ciebie ciężkie. – powiedziałam cicho, drżącym od płaczu głosem.
Dziewczyna pokręciła głową, biorąc głęboki wdech przed odpowiedzią.
- Nie odpuściłabym sobie twoich urodzin.
– odparła cicho. – Poza tym trudno byłoby, żeby pomysłodawca się nie pojawił.
Spojrzałam na nią znacząco, uśmiechając
się szelmowsko. Odpowiedziała tym samym, pozwalając mi wstać.
-
Jeszcze zobaczysz, za rok odstawimy ci taką 18-stkę o jakiej świat nie
słyszał!
W odpowiedzi jedynie się wyszczerzyłam,
widząc kątem oka jak przyjaciele wynoszą lekko spalony tort z siedemnastoma
świeczkami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz