Rozdział 12
Gwiazdy
uśmiechają się do nas
Od tamtej nocy minął miesiąc.
Constanza dotrzymała słowa – naprawdę
widziałam, że walczy. Dopiero teraz, gdy spróbowała spojrzeć na wszystko
bardziej pozytywnie, znalazła masę rzeczy, które może robić. Ostrzegałam ją, by
robiła „małe kroczki”, ale ona i tak zaczęła robić tryliard rzeczy – od
rysowania po grania na pianinie. Jednak cieszyło mnie to – widać było, że chce
znaleźć coś co zapełni jej pustkę.
Obawiałam się, że to nie wystarczy.
Nadal nie była w stanie odbudować
relacji z otoczeniem, do normalnego punktu. Nadal nie cierpiała przebywać wśród
ludzi, choć kiedyś puste ulice przyprawiały ją o dreszcze. Jednak starała się –
uśmiechała się do ludzi, rzucających jej nachalne spojrzenia, zaczepiała
przyjacielsko, choć nie zawsze to wychodziło.
Jednak Constanza walczyła. I choć
przegrywałyśmy bitwy, nadal mogłyśmy wygrać wojnę.
Miałam wrażenie, że największym
przełomem, był moment, gdy zadzwoniła z własnej chęci do Nicoli i Cristiny.
Dziewczyny ucieszyły się tak bardzo, że od razu wyszłyśmy na miasto, by o tym
porozmawiać.
- Dziękuję, Blanca. – zaczęła Nicola. –
Dotarłaś do niej. Teraz nadchodzi nasza kolej. Masz nasze wsparcie.
- Tak się cieszę, że Constanza ma się
lepiej! – Cristina jak zwykle uśmiechnęła się promiennie. – Wybacz, że
złożyłyśmy na tobie tak wielkie brzemię, ale teraz jesteśmy w stanie pomóc ci
je nieść.
- Razem. – dodała Nicola spokojnym,
zdeterminowanym głosem.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Wszystko
zmierza w dobrym kierunku. Powoli, bo powoli, ale wciąż do przodu.
- Wyglądasz jakoś tak żywo. – mruknął
Sergio, gdy wracaliśmy ze szkoły. Trzymaliśmy się za ręce, co po tylu
miesiącach stało się bardzo przyjemną rutyną. – Jakbyś co najmniej mogła znów
oddychać.
- To dobre porównanie. – uśmiechnęłam
się do niego. – Wiesz, Sergio mam wrażenie, że to wszystko idzie za dobrze, ale
nie mam sił teraz się o to martwić.
- Nie uznaję stwierdzenia, że coś idzie
za dobrze. – odparł z uśmiechem, całując mnie w czoło. – Cieszę się, że wszystko
gra. Ogólnie i z Constanzą. – dodał, gdy uśmiechnęłam się do niego szerzej,
zadzierając głowę, by spojrzeć mu w oczy. – A swoją drogą, co zrobiłaś z tym
projektem? Tym o gwiazdach…
- Gwiazdy to dość ogólne stwierdzenie. –
zaśmiałam się.
- To tylko szczególik. – machnął dłonią.
– Co z nim w końcu zrobiłaś?
Milczałam przez chwilę.
- Zgubiłam go.
- Zbiłaś go?
- Zgubiłam.
Chłopak milczał przez chwilę,
zastanawiając się jak zareagować.
- Przykro mi. – mruknął. – Mogłaś mi
powiedzieć, może pomógłbym go szukać, albo chociaż robić od początku…
- Nie, nie… - pokręciłam głową, widząc,
że odebrał moje milczenie jako smutek. – Spokojnie, Sergio. Jakoś bardzo mnie
to nie obeszło. I tak nigdy nie miałam zamiaru go wysłać.
- Czemu nie?
- To jeden z najbardziej prestiżowych
konkursów naukowych we Włoszech. Jeszcze bym się zbłaźniła. – prychnęłam.
- Naprawdę tak uważasz? – przyjrzał mi
się uważnie.
- Sergio, proszę cię. – spojrzałam na
niego kątem oka.
- Kiedy ja się pytam na poważnie. –
ścisnął moją dłoń. – Nie rozumiem, dlaczego nigdy nie możesz dostrzec, jak
wiele jesteś warta.
***
- Nie posłałaś tej pracy na konkurs,
prawda? – spytał Riccardo, nie odwracając wzorku od nauczyciela.
- Po raz setny mówię ci, że nie.
- Szkoda. – syknął. – Patrz, jest cały w
skowronkach. Ktoś od nas musiał coś zdobyć. – dodał, wskazując brodą na
mężczyznę, który kręcił się wesoło koło biurka.
- Jedyną osobą, która wysłała pracę od
nas to Giovanna.
- Chyba walnę łeb o stół, gdy będziemy
jej bili brawa. – prychnął chłopak. Zachichotałam pod nosem, ale zagłuszył mnie
dzwonek na lekcje.
Po przywitaniu się, zapisaniu tematu i
innych podstawowych części lekcji jak sprawdzenie obecności, nauczyciel nie
potrafił powstrzymać uśmiechu dłużej. Wypiął dumnie pierś, jakby co najmniej on
coś zdobył, i oznajmił całej klasie, że mamy zwyciężczynię. Kątem oka
dostrzegłam, że Giovanna poprawia włosy. Przewróciłam oczami.
- No więc, moi mili, wszyscy znamy rangę
tego konkursu. – ciągnął niezłomnie nauczyciel. – A tak się składa, że nasza
szkoła ma po raz pierwszy jego zwycięzcę w swoich murach i to jeszcze w
pierwszej klasie! Więc, nie przedłużając, mam zaszczyt wywołać zwyciężczynię… -
zapauzował na chwilę dla efektu. – Gratulacje, panno Coletti.
Co.
Rozległy się brawa, a Riccardo wypchał
mnie na środek, choć sam miał podobnie zaszokowaną minę co ja. Miałam wrażenie,
że ktoś obrywa mnie ze skóry samym wzrokiem i nie musiałam odwracać się, by
stwierdzić, że to Giovanna.
Podeszłam jak w transie do nauczyciela,
uścisnęłam mu dłoń, analizując wszystko w przyśpieszonym tempie, ale żaden
element nie pasował do drugiego.
- Proszę pana, chyba zaszła jakaś
pomyłka… - zaczęłam słabym głosem, ale mężczyzna tylko roześmiał się basem,
klepiąc po ramieniu.
- Nie trzeba być takim nieśmiałym, panno
Coletti. W końcu tytuł laureata to byłoby już coś, ale żeby pierwsze miejsce…
No, no, moje gratulacje.
***
Po lekcjach wróciłam do klasy fizycznej,
licząc, że zastanę tam jeszcze nauczyciela. Owszem, poczciwy staruszek nadal
kręcił się wokół biurka, a na mój widok uśmiechnął się szeroko, z dumą. Na nic
zdały się moje tłumaczenia, że zaszła jakaś pomyłka, że nawet nie oddawałam
tego projektu nikomu, ale on zignorował mętlik w mojej głowie, poklepał po ramieniu
i stwierdził, że może zastawić własne porsche, że to jest moja praca.
Zostawił mnie z tymi słowami w pustej
klasie. Wzięłam kilka spokojniejszych oddechów, usiłując połączyć wszystkie
fakty, które miałam w całość, przypomnieć sobie ważne, lecz na pierwszy rzut
oka błahe momenty, ale nie natrafiłam na żadne ślady. W końcu zarzuciłam plecak
na ramię i wyszłam na korytarz.
Bębniłam palcami o uda, nie mogąc ukoić
własnego zdenerwowania. No Blanca, pomyśl logicznie. Po co ja się w ogóle tak
tym stresuję? Nawet jeśli to pomyłka, powinnam dać sobie z tym spokój i zgarnąć
nagrodę. Większość osób tak by zrobiła, dla własnych korzyści.
Szkoda, że nie należę do większości. Od
kiedy mnie wyczytali, zamiast radości, czułam tylko coraz bardziej
przygniatające poczucie winy. Owszem, nawet jeśli nie miałam zamiaru tego
wysyłać, robiłam projekt z myślą, że chcę wygrać. Chciałam wygrać mimo
wszystko. Ale nie w taki sposób.
Będę musiała jeszcze raz pogadać z
profesorem i na spokojnie przekazać, że to nie mogła być moja praca. Wystarczy,
że przyniosę mu swoją z domu…
Chwila.
Nie widziałam jej od jakiegoś miesiąca.
Mniej więcej od kiedy mijał termin wysyłania prac. Czyli wychodzi na to, że
ktoś wysłał ją za mnie. Potarłam brodę dłonią. Riccardo?
- Cóż za niespodzianka, Blanco, nie
sądziłam, że cię tu zobaczę.
Zatrzymałam się, słysząc zjadliwy głos.
Cholera. A było tak świetnie, myślałam, że w końcu dała sobie na wstrzymanie z
tą nienawiścią.
- No wiesz, Giovanna… - obróciłam się
powoli w jej stronę, starając się nadać mojemu głosowi żartobliwy wydźwięk. – W
końcu to szkoła, do której, jaka niespodzianka, uczęszczam.
Za cholerę nie zabrzmiało jak żart.
Giovanna zmrużyła oczy, kładąc rękę na
biodrze. W geście oczekiwania na jej reakcję, uniosłam jedną brew do góry,
licząc, że nie weźmie tego za wyzwanie. Przeciągała spojrzenie tak długo jak
mogła, ale w końcu prychnęła i odrzuciła długiego kłosa do tyłu. Spojrzałam na
nią krytycznie. Co jak co, ale trzeba było jej przyznać, że po urodę to stała w
kolejce najpierw.
Szkoda, że zabrakło jej czasu na stanie
w kolejkach po serce.
- Masz zamiar coś jeszcze powiedzieć,
czy nie? – skrzyżowałam ręce. – Trochę mi się śpieszy. Muszę złapać jeszcze
Riccardo i pewnie Sergio na mnie czeka na dole.
- Właśnie, Sergio… - przewróciła oczami.
– Nadal nie rozumiem, co on w tobie
takiego widzi.
Westchnęłam ze znużeniem.
- Jeśli na serio masz zamiar rzucać
gadkami w stylu „on i tak będzie mój” to sobie daruj. – przeczesałam włosy
dłonią. – A poza ty, trochę nie za późno na odgrywanie takich dramatów?
Spóźniłaś się z tą kwestią co najmniej 7 miesięcy.
- Słuchaj, kujonie. – syknęła, robiąc
krok w moją stronę. – Nie patrz się na mnie z góry tylko dlatego, że jakiś
chłopak się tobą zainteresował. I żeby było jasne, nie uważam się za rywalkę.
Bo nawet nie mam z czym rywalizować. – spojrzała na mnie z obrzydzeniem.
Wyprostowałam się, wypinając pierś do
przodu.
- To chyba ja nie mam z „czym”
rywalizować, prawda? – nie mogłam powstrzymać szelmowskiego uśmieszku.
- Ty suko. – splunęła na ziemię. – Mam
nadzieję, że Sergio szybko zmądrzeje. Teraz nawet go nie chcę. Kiedyś był
więcej wart.
- Bo co, przestał cię ślepo słuchać?
- Bo interesował się Constanzą.
Chyba tylko siłą woli powstrzymałam się
od trzaśnięcia jej w twarz. Dostrzegłam moje znikome poruszenie, uśmiechając
się szyderczo. Bingo. Trafiła w mój czuły punkt, jakim jest wyzywanie
przyjaciół. W bardzo wyczulony punkt.
- Słuchaj, Coletti. – zaczęła zjadliwie,
podczas gdy ja tasowałam ją morderczym wzrokiem. – Darowałam sobie przez
ostatnie miesiące pokazywanie ci, kto tutaj rządzi. Głównie z litości, że moja
ulubiona przyjaciółeczka Constanza trafiła na wózek z tej czy innej przyczyny.
– zwinęłam dłonie w pięści. – Było mi tak ciebie żal, Blanca. Ale teraz to już
przegięłaś.
- Radzę ci stulić gębę, Giovanna, bo
przestanę się powstrzymywać.
- Ojejku, jak się boję. – zaśmiała się.
– Nie wiem jak zrobiłaś z tym cholernym konkursem. Nie wiem, za jakie sznurki
pociągnęłaś, czy ile kasy wyłożyłaś, ale zapamiętaj sobie jedną rzecz. –
cedziła słowa powoli, a każde przepełnione było nienawiścią. – Sprawię, że
pożałujesz tej wygranej do końca życia.
Minęła mnie, unosząc dumnie głowę, a ja,
już lekko uspokojona, że nie chodziło jej o coś bardziej skomplikowanego,
rozwinęłam dłonie. Jednak nie umiałam powstrzymać się od rzucenia ostatniego
zdania.
- Zapamiętałam jedną rzecz. –
uśmiechnęłam się. – Że nie umiesz przegrywać.
Nim zdążyłam mrugnąć, chlusnęła mi
sokiem prosto w twarz.
- Sama tego chciałaś, Blanca. – rzuciła
jeszcze we mnie butelką, korzystając z mojego niedowierzania. – A to dopiero
początek.
Po czym zostawiła mnie samą, stojącą jak
posąg po środku opustoszałego korytarza, całą ociekającą sokiem. Nie dość, że
nie wiedziałam co myśleć, nie wiedziałam co czuć. W jednej sekundzie ogarniała
mnie ognista wściekłość, w drugiej spokój, trzeciej – smutek i wstyd, a w
czwartej powracał szok i niedowierzanie.
Jednak w piątej sekundzie nadeszła
radość.
Gdy Giovanna minęła progi szkoły, na jej
markowe ciuchy wylało się całe wiadro wody z detergentami. Parsknęłam od razu
śmiechem.
- O jejku! Tak bardzo przepraszam! Woźny
kazał wylać mi to do ścieków i chyba zadziałałem zbyt podświadomie!
Giovanna zawarczała w białej gorączce i
poszła przed siebie, trzaskając bramką. Po chwili, gdy opanowałam śmiech,
poszłam do wyjścia i rozejrzałam się ostrożnie.
- Spokojnie, miałem tylko jedno wiadro
detergentów. – zaśmiał się znajomy głos.
- Riccardo! – nie mogłam nie uśmiechnąć
się na jego widok. – Co ty tu robisz?
- Nasz woźny mnie zahaczył, w sumie
miałem tylko to wylać, ale akurat usłyszałem końcówkę waszej rozmowy, no i tak
jakoś… wymsknęło mi się. – odparł. – Wszystko w porządku?
- Taa, tylko trochę się kleję przez tą
sukę. – mruknęłam, wyciągając chusteczkę z plecaka. – Dzięki za tą akcję.
- Czekałem na taką sposobność, od kiedy
nauczyłem się chodzić. – rzucił. – W ogóle sądziłem, że ona i jej sępy dały już
„nam” święty spokój. Co ta baba znowu sobie ubzdurała?
- Z tym konkursem. – prychnęłam, kręcąc
głową z dezaprobatą. – A właśnie, apropo tego. Ricc, nie zwinąłeś mojego
projektu i nie oddałeś go za mnie, prawda?
Wytrzeszczył na mnie oczy.
- Boże, kobiety! Blanca, czy ja na serio
wyglądam, jakby mi palma biła do głowy? Owszem, chciałem żebyś wzięła udział i
pewnie trułbym ci o tym dupę do końca, ale nie bawiłbym się w jakieś tajne
akcje.
Zaśmiałam się, kręcąc głową.
- Niech ci będzie. – rzuciłam na
pożegnanie. – Muszę już iść, Sergio długo już na mnie czeka.
Riccardo uniósł dłoń w geście pożegnania
i poszedł zanieść opróżnione wiadro do woźnego.
***
- Nie rozumiem, dlaczego jak byłem mały
cały czas trzymałem się z tą jędzą. – wymamrotał Sergio pod nosem po raz setny,
po tym jak kolejny raz (chyba też setny) streściłam moją małą przygodę.
- Cóż, jako dziecko miała na tyle
przyzwoitości, by oblewać ludzi wodą nie sokiem. – potarłam sklejone palce,
kręcąc głową.
Sergio tylko chwycił moją dłoń i splótł
moje palce ze swoimi. Uśmiechnęłam się z westchnieniem i opadłam na jego ramię,
patrząc się kątem oka przez okno. Był kwiecień, więc nadal robiło się szybko
ciemno. Wracaliśmy opustoszałym autobusem, a nasze twarze rozjaśnione były
przez ciepłe promienie słońca. Sergio po chwili położył swoją głowę na mojej.
Westchnęłam, zamykając oczy.
- Co ja jej takiego zrobiłam? –
mruknęłam ze znużeniem.
- Wyczuwa w tobie zagrożenie. – odparł
od razu chłopak. Spojrzałam na niego, nie odrywając głowy od jego ramienia.
- Niby jakie? – zaśmiałam się cicho.
- Jesteś od niej lepsza Blanca, a ona to
wie. – powiedział z pewnością. – Jesteś mądrzejsza, ładniejsza i zdecydowanie
lepsza z charakteru. Tylko niekoniecznie zależy ci na popularności. – zaczął
bawić się luźnym kosmykiem moich włosów (które swoją drogą zalatywały owocami).
– A teraz zaczyna cwaniakować, bo nie ma już Constanzy, która zawsze była w
pobliżu.
- Constanza nadal jest. – naprostowałam
jego wypowiedź trochę ostrzej niż zamierzałam.
- Nie o to mi chodziło, przecież wiesz.
– zacmokał. – Chodziło mi o to, że nie jest z nami w szkole i mamy ograniczony
kontakt.
- Jak dla mnie to i lepiej. Teraz może
ją przejechać. – zażartowałam, choć oczyma wyobraźni widziałam tą piękną scenę.
Chłopak roześmiał się i pocałował mnie w
czoło.
***
Podczas ostatnich minut wpadałam w
pewnego rodzaju rutynę, która miała pomóc mi odgonić stres, choć z każdą chwilą
miałam coraz to silniejsze odczucie, że zaraz zwymiotuję. Patrzyłam w lustro,
poprawiałam sterczący kosmyk, wygładzałam spódnicę i brałam głęboki oddech,
motywując się ostatecznie. I tak w kółko.
- Widzę, że lekka trema. – zaśmiał się
nauczyciel.
- Tak troszkę. – przytaknęłam. – Ale dam
radę.
- W to nie wątpię. – uśmiechnął się do
mnie uspokajająco, po czym zerknął na zegarek. – Wypadałoby już iść, panno
Coletti. Gotowa?
- Bardziej nie będę, proszę pana. –
westchnęłam, zakładając niesforny kosmyk za ucho i schowałam lusterko do
torebki.
Nie mogłam oddychać, bo moja biała
koszula zrobiła się lekko przyciasna w klatce, a spódnica w obwodzie. Jak ja
nie cierpię takich uroczystych rozdań nagród. Przełknęłam z trudem ślinę. Wręcz
słyszałam jak za mną ciągną się szepty w stylu „ej, czy to ta przypadkiem nie
wygrała kategorii fizycznej?”. Przypominałam sobie cały czas, by trzymać głowę
wysoko uniesioną i skupić się na czymś. Oczywiście padło na najgłupszą
błahostkę – stukanie moich balerin.
Usiadłam na swoje miejsce, akurat gdy
wyszli przedstawiciele komisji, czy kto tam był. Byłam w takim szoku, że nie
zareagowałam, dopóki nie usłyszałam swojego imienia. Wstałam zbyt gwałtownie i
zbyt sztywno podeszłam do komisji. Jednak mimo mojej nieporadności nadal
rozległy się gromkie brawa. Spojrzałam kątem oka na zgromadzonych, czując że
zacznę panikować.
Uspokój się, Blanca. Masz tylko to
odebrać. Nic więcej. Za chwilę o tobie zapomną i przestaną się gapić. Jednak
mimo to wodziłam wzrokiem po nich wszystkich. Cholera. I ja planuję pracować w
przyszłości w jakiejś ważnej firmie naukowej… Właśnie, co ja zamierzam robić?
Chwila, czy tam siedziała Constanza?
Wbiłam w nią wzrok, a ona wyszczerzyła
się, gdy złapała ze mną kontakt wzrokowy, po czym wskazała coś brodą.
Ocknęłam się z tremy wystarczająco
szybko, by w miarę zręcznie uścisnąć dłonie jur. Ostatni sędzia, mężczyzna w
średnim wieku, z tego co czytałam przed wyjściem, profesor na wydziale fizyki
na uniwersytecie w Rzymie.
- Moje gratulacje, panno Coletti. –
uśmiechnął się.
- Dziękuję, proszę pana. – skinęłam mu
głową, marząc tylko by zejść z podwyższenia. Jednak facet był sadystą i
przyciągnął mnie między nich, kładąc dłoń na ramieniu.
- Jeszcze raz brawa, dla jednej z
najlepszych w tym roku. – zawołał, a ludzie zaczęli klaskać. Czułam, że robię
się czerwona, jak jakaś idiotka. To chyba z niedoboru tlenu. – Muszę ci
szczerze powiedzieć, że jestem zaskoczony twoim poziomem. Trzymaj tak dalej, a
kto wie, czy nie spotkamy się za kilka lat. Temacie astronomii przydałby się
świeży, bystry umysł.
- Dziękuję bardzo. – skinęłam po raz
ostatni głową, chwyciłam wszystkie dyplomy i pośpiesznie zeszłam, pozbywając
się z siebie wzroku wszystkich ludzi tutaj zgromadzonych.
***
Po zakończonej gali, pożegnałam się z
nauczycielem, mówiąc, że muszę pilnie coś załatwić. Fizyk nawet nie spytał się
co, uśmiechnął się pod nosem, jakby wiedział więcej o tym niż ja i kazał na
siebie uważać.
Pobiegłam szukać Constanzy.
Dziewczyna czekała na uboczu, wraz ze
swoim opiekunem Lotariem, który znalazł sobie bardzo dobrą wymówkę, by zostawić
nas same. Widząc ją, wyraźnie zadowoloną z faktu przybycia, nie mogłam
powstrzymać się od uśmiechu.
- Co ty tutaj robisz, w ogóle? –
spytałam, przytulając ją na powitanie.
- Przybyłam jako wsparcie. – odparła,
przybijając ze mną naszą „piąteczkę”. – Wybłagałam Lotario, że odrobię te
lekcje później, bo i tak idę tokiem indywidualnym, a poza tym twoja mama do
mnie dzwoniła, że jednak nie dadzą rady wyrwać się z pracy, więc musiałam się
pojawić i ratować całą galę.
- Consta… - westchnęłam, nadal się
uśmiechając. – Dziękuję, że przyjechałaś. Gdybym cię tam nie zobaczyła,
zeszłabym chyba na zawał.
- Właśnie widziałam. – roześmiała się. –
Wyglądałaś na taką małą, przerażoną i straszliwie zagubioną.
- Dopadły mnie problemy egzystencjalne.
– odparłam cicho. – Wiesz, myśli w stylu co chcę robić w życiu. – zaśmiałam się
ponuro pod nosem.
- Nie wiesz? – zdziwiła się szczerze,
gdy zaczęłam prowadzić jej wózek. – Od dziecka powtarzasz mi, że będziesz
pracować w NASA.
- Tylko, że to tak trochę dziecięce
mrzonki. – mruknęłam, przewracając oczami. – Mam nikłe szanse, żeby w ogóle trafić do Ameryki,
a co dopiero do NASA. Mówienie o tym śmiesznie brzmi.
- Z takim podejściem na pewno. –
burknęła Constanza, odwracając głowę w moją stronę. Jej brązowe oczy
błyszczały. – Postaw sobie wysokie ambicje. Tak, byś nigdy nie żałowała, że nie
walczyłaś o więcej. Ja będę tuż obok, by cię wspierać.
Zatrzymałam się na chwilę, przyjmując do
siebie znaczenie jej słów.
- Co ciebie tak nagle naszło? – spytałam
cicho.
- Zobaczyłam to w końcu, Blanca.
Myślałam o tym od dawien dawna, jeszcze na długo przed wypadkiem, ale… Dopiero
dzisiaj to zobaczyłam. Dotarło to do mnie jak cios w żołądek. – spojrzała mi
ponownie w oczy. – Całe życie mnie wspierałaś. Trenowałaś ze mną, jeździłaś na
wyścigi, siedziałaś w szpitalu. Nawet z chłopaka mogłabyś zrezygnować i to w
„głupim wieku”. Nie, Blanca, ty walczyłaś o mnie jak mało kto. A ja tego nie
doceniałam…
- Nie zaczynajmy tego tematu. Już ci
mówiłam, że…
- Poczekaj, daj mi dokończyć. –
powiedziała spokojnie, powoli się uśmiechając. – Zgoda, doceniałam to, ale nie
wystarczająco. Przez te wszystkie lata nie wystarczyło mi czasu, by odetchnąć
od mojego szaleńczego pędu i to ciebie popchnąć na przód. Ciągnęłam cię za
sobą, ale nie wypchnęłam przed siebie, zaaferowana własną przyszłością.
Przepraszam. – skinęła mi głową. – Ale teraz zadecydowałam, że czas za to
odpłacić.
Uśmiechnęłam się do niej ciepło.
- Od teraz to ja będę twoim wsparciem.
Jedynie ją przytuliłam.
Bo czasem tyle wystarczy. Nie potrzeba
najwyraźniej słów, by uczucia dotarły do innych. Bo nawet rzeka atramentu nie
opisze pewnych rzeczy. Ale twoje czyny dadzą znaki.
- Dziękuję, Constanza. – rzuciłam po
dłuższej chwili. Czułam, że zaczynanie od razu od jakiegoś tekstu, że to ona
potrzebuje wsparcia, byłoby zwyczajnie idiotyczne. – Za to, że przyjechałaś,
nawet jeśli nie cierpisz tłumów. A tu na dodatek jest tłum nadętych, mądrych
buców.
- E tam. Można to nazwać terapią
szokową. – mrugnęła do mnie jednym okiem. – Jak się im przejedzie kółkami po
palcach to od razu rozumieją.
***
Constanza mówiąc, że zamierza mnie
wspierać, nie żartowała.
Chociaż mogłam się tego domyślić. Nigdy
nie żartowała z tego typu spraw.
Od zdobycia mojej nagrody minęło kilka
ciężkich tygodni. Giovanna znalazła sobie używanie pod moim tematem, gdy
znajdowałam się sama. Dopiero teraz zrozumiałam jak słaba jest, że nie potrafi
zrobić mi nic, gdy jestem z innymi. Gdy siły są wyrównane. Zaczęłam przykładać
się bardziej do nauki, chociaż Cristina cały czas śmiała się, że już mądrzejsza
nie będę. Może miała rację, średnią 5.5 trudno było „poprawiać”, ale
nauczyciele wyraźnie widzieli, że obudziłam w sobie ambicję.
I choć zbliżał się koniec roku, wygrałam
regionową olimpiadę matematyczną i zdobyłam kolejne wyróżnienie z fizyki.
Oczywiście w temacie wszechświata.
Nauczyciele byli zaskoczeni zmianą mojej
decyzji. Choć takie zmiany zachodzą stopniowo, u mnie trybiki przestawiły się
szybciej. Zaczęłam czuć tę presję, gdy młodzi w końcu zdają sobie sprawę, że
zaczyna się dorosłe życie i czas wziąć je w swoje ręce. Zdecydować co mamy
zamiar robić. Co chcemy robić. Zacząć o to walczyć, póki nie jest zbyt późno.
Dzięki Constanzie uświadomiłam sobie co
chcę robić. Od dziecka trzymałam się tylko jednej rzeczy i zamierzam to robić
dalej. Wlepiłam wzrok w gwiazdy, uśmiechając się wyzywająco. Jeśli muszę
walczyć, to dobrze. Jeśli muszę, będę uparta. Jeszcze wam wszystkim pokażę. Nie
ma rzeczy niemożliwych.
Nie dla mnie.
Wzięłam głęboki oddech, nie mogąc
przestać się uśmiechać. Nigdy nie myślałam, że odnajdę w sobie tyle woli walki.
Może w końcu zaczęłam dojrzewać. Może to jest w końcu ta jedna rzecz, osobista
dla każdej jednostki, o którą będzie się walczyć mimo wszystko i wszystkiemu na
przekór. Może to dzięki Constanzie, która przekuwała moje pragnienia w
działanie. Może dzięki rodzicom, którzy zaczęli przygotowywać mnie do dorosłego
życia, akceptując moje marzenia.
A może każda z tych rzeczy składała się
na to po trochu.
- Jesteś przerażająca jak tak się
uśmiechasz. – roześmiała się Constanza, podjeżdżając do mnie zręcznie. –
Jeszcze nigdy nie widziałam w tobie takiej determinacji!
Pokazałam jej język, na co przyjaciółka
się wyszczerzyła.
- To dobrze. To bardzo dobrze! A nawet
świetnie! – wykrzyknęła wojowniczo, unosząc pięść do góry. – Skop im wszystkim
dupska, Blanca! Pokaż wszystkim z kim będą musieli mierzyć się na swojej drodze
i kogo imię będą musieli pamiętać!
Pokręciłam głową ze śmiechem.
- No co? Co znowu? – Constanza
przekrzywiła głowę.
- Nie, nic. – uśmiechnęłam się do niej z
wdzięcznością i poczochrałam po włosach.
- Uuua! Zostaw. Moją. Grzywkę! –
wymruczała złowieszczo, wymachując ramionami by mnie odpędzić.
Gdy w końcu zatopiła palce w moim
brzuchu, zmuszona byłam się odsunąć, krztusząc się od zabójczego ciosu.
Spojrzałam na nią kątem oka. Na wyszczerzoną Constanzę, pełną wigoru i blasku w
oczach. Wyglądała na dużo silniejszą niż kilka miesięcy temu. Naprawdę zaczęła
głęboko wierzyć, że jeszcze nie przegrała wszystkiego. Byłam z niej dumna, gdy
pokazywała mi kolejny rysunek. Chciało mi się płakać ze szczęścia, gdy
widziałam jak ćwiczy z Lotariem na rehabilitacji, choć wyglądała jakby walczyła
ze wszystkich sił.
Riccardo powiedział mi przy jednym z
naszych „wyjazdów po adrenalinę” (które stały się naszą swoistą rywalizacją),
że Constanza czerpie siłę z bycia wsparciem dla mnie, i choć jakkolwiek
nierzeczywiście to brzmi, to prawda. Jest tego typu osobą.
- A co z tobą? – spytałam, opierając się
o barierkę balkonu. Choć na niebie już były gwiazdy, nadal całkowicie nie
sczerniało. Wzięłam głęboki oddech, rozkoszując się nadmorskim powietrzem,
pachnącym majówką.
- Ze mną? – spojrzała na mnie pytająco,
marszcząc brwi. – Jak to „ze mną”?
- Co ty zamierzasz robić w przyszłości?
– sprecyzowałam.
Constanza nie odpowiadała na moje
pytanie przez dłuższą chwilę. Przyglądałam się jej uważnie, kątem oka, starając
dostrzec się jakiekolwiek skłamane uczucie, którym zechciałaby mnie uspokoić.
Jednak gdy podniosła na mnie wzrok, widziałam tylko ogień w jej oczach.
- Jeszcze nie wiem, co konkretnie, ale
na pewno nie dam wyrzucić się z biznesu motoryzacyjnego, jak tego bardzo chcą
moi rodzice. – powiedziała z pewnością siebie. – Mogę być mechanikiem, wiesz
takim, który robi przeglądy na wyścigach. Albo projektantem motorów. Albo
założę stowarzyszenie wspierające młodych motocyklistów. Albo…
- Albo zaczniesz znów jeździć? Może nie
zawodowo, ale rekreacyjnie?
Obróciłyśmy się w tym samym momencie,
wytrzeszczając oczy ze zdziwienia.
- Mamo! – zawołałam w głąb domu. – Już
ci mówiłam, żebyś nie wpuszczała Riccardo bez ostrzeżenia!
- Ciebie też miło widzieć, Blanca.
- „Znów jeździć?” – powtórzyła Constanza
bardzo cicho, jakby wszystkie emocje odebrały jej siły. Widziałam jak w jej oku
zakręciła się łza, a usta zostały otwarte, nie dowierzając w powtórzone słowa.
Wyciągnęłam w jej stronę dłoń, ale dziewczyna rozciągnęła usta w szerokim
uśmiechu i spojrzała na Riccardo z błyskiem w oczach. – Zyskałeś moją uwagę,
Ricc.
- Dziękuję za to przemiłe powitanie,
Constanza. – odparł chłopak sarkastycznie.
- Sam się zakradłeś bez powitania. –
mruknęłam pod nosem.
Constanza odchrząknęła z
zniecierpliwieniem. Jej palce bębniły w bezwładne uda. Riccardo spojrzał na nią
z uśmiechem.
- Teraz stanę się niepowtarzalnym
zwycięzcą naszego poszukiwania adrenaliny. – zaczął dramatycznie. – Tylko
byłoby dobrze, gdybyśmy wyjechali jutro rano.
- Chwila, gdzie mamy jechać?
- No więc, nie roztrząsając szczegółów.
Nie wiem, czy pamiętacie Alessandra, mojego starszego kuzyna? Jest teraz na
studiach i ma dobrego kumpla, którego ojciec prowadzi biznes motocyklowy.
Lekcje jazdy, wyrabianie kart motorowych, najnowsze udoskonalenia, trening w terenie
i te sprawy. – wziął wdech, powstrzymując ekscytację. – A wiecie co jest
najlepsze? Mają specjalnie przystosowane motory pod ludzi niepełnosprawnych.
- Nie… - wydusiła tylko Constanza,
zakrywając usta.
- Tak! – wykrzyknął Riccardo radośnie. –
Alessandro ma vana, więc nie będzie problemu z twoim wózkiem, ale dobrze byłoby
wyjechać już jutro i… Consta, czy ty płaczesz? – urwał gwałtownie, a jego
wesołość ucichła.
- Nie, wcale nie… Coś mi wpadło do oka…
- wyszeptała drżącym głosem, ocierając oczy i nos rękoma.
- Do obydwu na raz… - dodałam cicho,
podsuwając jej chusteczkę pod nos, po czym posłałam Riccardo znaczące
spojrzenie.
- Przepraszam. – powiedział cicho. – To
był zły pomysł, przepraszam. Zadzwonię do Alessandra i powiem, że jednak nic z
tego…
- Nie! – krzyknęła Constanza,
uspokajając płacz od razu. – To nie tak, że nie chcę. Po prostu… Nie wiem.
Chyba płaczę ze szczęścia. Dzięki.
Chłopak uśmiechnął się ciepło.
- Nie ma sprawy. Podziękujesz mi jak
dojdzie to do skutku.
Riccardo rozmawiał z nami jeszcze przez
kilka minut, dopóki rodzice Constanzy nie zajechali pod mój dom, by odebrać
swoją córkę. Chłopak również stwierdził, że powinien się zbierać, choć moja
mama proponowała mu jeszcze herbatkę.
- Sergio i tak wystarczająco ma do mnie
wątów. – wymamrotał pod nosem, ubierając buty.
- Według mnie znosi to dość dobrze. –
stwierdziłam.
- „Znosi”. – prychnął tylko w
odpowiedzi. – No to do jutra.
- Do jutra. – powiedziałam, ale nim
zamknęłam za nim drzwi, dodałam jeszcze cicho. – Tym razem wygrałeś
definitywnie, ty oszukisto.
Chłopak obrzucił się w moją stronę,
ledwo widoczny w zmierzchu i wyszczerzył się szeroko.
***
- Sergio, po raz ostatni powtarzam ci,
że nie mam zamiaru spowiadać się przed tobą z każdego mojego dnia. Jak to
„dlaczego”!? Bo nie zamierzam być jakąś chorą parką, która nie przeżyje jednego
dnia bez siebie! – coraz bardziej podnosiłam głos, rozmawiając przez telefon.
Constanza spojrzała na mnie z troską, ale tylko posłałam jej zachęcający
uśmiech. – Słuchaj Sergio. Nie cierpię się z tobą kłócić, bo potem jest mi
smutno przez cały dzień. Naprawdę zamierzasz mi go psuć, czy dasz radę
poczekać, aż wrócę i pogadamy w cztery oczy?
Chłopak milczał przez pewien czas, po
czym jedynie westchnął i przytaknął.
- Dzięki, Sergio, jesteś… - zaczęłam,
uśmiechając się pod nosem, ale chłopak zdążył się już rozłączyć. Zagryzłam
wargę, by nie zawarczeć i cisnęłam telefon do torebki.
- Czyżby twój partner miał okres? –
spytał sarkastycznie Riccardo, który przysłuchiwał się mojej rozmowie od
początku.
- Faceci mają okres całe życie. –
mruknęłam. – Nawet nie pytaj. Ostatnio denerwuje się o wszystko. – dodałam
wymijająco, opierając się o barierkę. – Ważniejsze jest to co dzieje się teraz.
To na pewno bezpieczne? – spytałam, spoglądając z niepokojem na tor wyścigowy.
- Pewno, pewno. – przytaknął Alessandro,
wręczając nam puszki z jakimś energetykiem. – Zajmą się nią specjaliści i
będzie jeździć po wyznaczonym torze. – urwał na moment, by wziął łyka. – A
jeśli to cię jeszcze nie uspokoiło, to powiem, że ludzie w dużo gorszym stanie
tutaj jeździli i nic im się nie stało.
- Skoro tak mówisz… - przytaknęłam.
Constanza właśnie wyjechała spod trybun
i spojrzała na nas z uśmiechem. Ubrana była w skórzany kombinezon, bardzo
podobny do tego, w którym miała wypadek. Podjechała do instruktora, rozglądając
się wpierw czy żadna z jeżdżących osób nie zamierzała jej potrącić.
Patrzyłam się z narastającą
niecierpliwością i ekscytacją, jak mężczyzna pomaga usiąść jej na motorze i
pokazuje coś niezrozumiale dla mnie, a przyjaciółka przytakuje mu głową z
aprobatą. Ścisnęłam dłońmi barierkę, gdy dziewczyna wolniutko podjechała na
tor, z instruktorem tuż obok. Mężczyzna spojrzał na nią ze śmiechem i klepnął
ją po plecach.
Serce stanęło mi jak Constanza ruszyła.
Wpierw jechała dosyć wolno, jakby obawiając się, że nie da sobie rady. Dotarło
do mnie, że widmo wypadku mogło ją sparaliżować, ale nim skończyłam tą myśl,
Constanza zawarczała silnikiem i przyśpieszyła ile fabryka dała. Przewiesiłam
się przez barierkę, a zarówno Riccardo jak i Alessandro podobnym ruchem
wciągnęli mnie na bezpieczną przestrzeń.
A ja obserwowałam Constanzę.
Wyglądała tak… naturalnie. Jej nogi,
choć nieruchome, były ustawione idealnie, a ramiona były lekko zgarbione, przystosowując
ją do jazdy. Dłonie lekko spoczywały na kierownicy, a nadgarstek poruszał się
jakby samoistnie. Przejeżdżając obok nas, Constanza wydała z siebie zwariowany
okrzyk i pomknęła dalej.
Opadłam na krzesło, zakrywając dłonią
oczy.
Znowu dostrzegłam to samo, co niegdyś.
Tą samą zawziętość, to samo podświadome pragnienie adrenaliny. Chęć jazdy coraz
szybciej i szybciej. Tą samą iskrę w tych zgaszonych przez tyle miesięcy
oczach, iskrę, która była w stanie spalić las.
Wiele osób rezygnuje z jazdy po takich
wypadkach, wcale nie dlatego, że są niezdolni do tego, by znów jeździć. Po
prostu zbyt się boją. Jednak to nie jest Constanza. Uśmiechnęłam się, chociaż
po policzkach spływały mi łzy.
Jej szalone uzależnienie od jazdy nie
zginęłoby tak łatwo. Takiego typu wariactwa umierają wraz z właścicielem.
- Wszystko w porządku, Blanca? –
Riccardo położył mi dłoń na ramieniu.
Odsłoniłam twarz zalaną z łzami, lecz
wiedziałam, że jest na niej najbardziej szczery i beztroski uśmiech jaki miałam
od długiego czasu. dku, Blanca? – Riccardo położył mi dłoń na ramieniu.
Odsłoniłam twarz zalaną z łzami, lecz
wiedziałam, że jest na niej najbardziej szczery i beztroski uśmiech jaki miałam
od długiego czasu.
- Nawet nie wiesz, jak teraz mi ulżyło.
***
Buzia Constanzy nie zamykała się przez
całą drogę powrotną, a my pozwalaliśmy jej gadać, na zmianę uspokajając ją, gdy
ponownie zaczynała płakać z dogłębnego wzruszenia. Uśmiechałam się przez cały
czas. Dobrze było mieć ją z powrotem. Przed oczami cały czas miałam widok jak
po skończonej jeździe, Constanza rzuca się w nasze ramiona z płaczem.
- Tak w ogóle, Constanza… Jak
przekonałaś rodziców? – spytał w pewnym momencie Alessandro, gdy wjeżdżaliśmy
późnym wieczorem do Manaroli.
- Nie przekonałam. – odrzekła. –
Powiedziałam Lotariowi, że jadę z wami na wycieczkę rekreacyjną i, że mnie nie
powstrzyma.
- Chwila, co? – Riccardo gwałtownie
obrócił głowę z przedniego siedzenia. Był blady jak ściana. – Przecież twoja
matka mnie zabije!
- Uspokój się, nie zabije. Prawda,
Blanca? – uśmiechnęła się do mnie, tućkając konspiracyjnie ramieniem. – Blanca?
- Nie byłabym tego taka pewna… -
wydukałam, patrząc się przez okno.
Maria Di Carlo stała z założonymi
rękami, czekając na nasz powrót. Niechętnie wywlekliśmy się z vana, a
Alessandro od razu odjechał (zdrajca). Jednak mimo tej ciężkiej atmosfery,
Constanza nadal była najszczęśliwszą osobą na świecie.
- Mamo, mamo! – krzyknęła na powitanie,
podjeżdżając do niej. Wierciła się jak małe dziecko. – Nie zgadniesz, dzisiaj…
- Idź do środka, Constanza.
- Chwila, nie traktuj mnie jak…
- Do środka. JUŻ. – Maria warknęła na
córkę.
- No dobra, już dobra. – dziewczyna
pokrzywiła się jej i skierowała w stronę domu, nie ryzykując pożegnania z nami.
Gdy drzwi się za nią zamknęły, kobieta
przeniosła swoje przeszywające jak sztylety oczy na nas. Cofnęliśmy się zgodnie
o krok.
- Dobry wieczór, proszę pani. – wydukał
Riccardo.
- Czy wyście całkowicie powariowali!? –
jej głos ociekał jadem. – Po tym wszystkim, zaufałam wam. Liczyłam, że
będziecie sprawować normalną opiekę nad moim dzieckiem. Zaczynałam mieć opory,
gdy wasze spędzanie czasu stało się nazbyt aktywne, ale dzisiaj… Dzisiaj… Jak
mogliście, nie, jak śmieliście wsadzić ją na motor, po tym wszystkim!?
- Nie myślałem, że Constanza tego pani
nie przekazała. – powiedział cicho chłopak. – W innym wypadku nie wzięlibyśmy
jej.
- Czcze gadanie! Tu nawet nie chodzi o
to, że ją wzięliście! Jak mogliście nawet o czymś takim pomyśleć! To nie jest
dla niej dobre, tylko cholernie niebezpieczne! A ona jest tylko głupią
dziewczyną, która nie traktuje swojego życia na poważnie i nie jest w stanie
podejmować racjonalnych decyzji!
- I właśnie tu leży problem. –
powiedziałam cicho, nim Riccardo zdążył spróbować załagodzić sytuację. –
Constanza nie powinna być traktowana jak małe dziecko, bo już nim nie jest.
Doskonale zdaje sobie sprawę ze swojej sytuacji i właśnie dlatego chce nadal
walczyć. Traktując ją jak niepełnosprawną umysłowo, pogorszy tylko pani sprawę,
pani Di Carlo.
Cholera.
Nie zamierzałam tego mówić.
- Jak śmiesz, ty mała…! – kobieta już
unosiła na mnie otwartą dłoń, a ja spoglądałam jej prosto w oczy, wcale nie
zamierzając się ugiąć przed jej wściekłością. Wierzyłam w swoje słowa.
Nim doszło do czegokolwiek, Riccardo
zasłonił mnie swoim ramieniem i wyszedł do przodu. Uśmiechał się tak przyjaźnie
i ze skruchą jak mógł, choć teraz jego oczy ciskały piorunami.
- Pani Di Carlo. Wiem, że zabrzmię teraz
jak gówniarz, który myśli, że wie o życiu wszystko, choć to nieprawda. Ale
uważam, że Blanca ma rację. Constanza łapczywie pragnie wolności, a nie
zamknięcia na świat i wszystko co „niebezpieczne”.
- Jesteście szaleni! Dzieciaki. –
syknęła. – Myślicie, że wiecie wszystko. Nie mówicie mi jak mam wychowywać własne
dziecko.
- Nie mówimy jak wychowywać. Usiłujemy
ją tylko uratować od bycia przykutym do wózka, bez żadnej nadziei, a nie od
niej samej, co próbuje pani zrobić, do cholery! – podniosłam głos.
- I co jeszcze sobie ubzdurałaś
dziewucho? – warknęła na mnie. – Gdybyś miała więcej oleju w głowie, nigdy nie
doszłoby do tego wypadku! To ty powinnaś być na tym wózku…!
- Mamo.
Constanza pojawiła się w drzwiach. Jej
głos brzmiał strasznie chłodno.
- Powiedziałam ci, że masz być w środku.
Constanza jakby jej nie usłyszała.
- Nie masz prawa mówić, że Blanca jest
winna. Nie masz prawa na nich krzyczeć. – powiedziała cicho, podjeżdżając do
nas. – Mamuś. Nawet nie wyobrażasz sobie jak byłam dzisiaj szczęśliwa. Mam
wrażenie, że dopiero dzisiaj zrozumiałam, co można definiować szczęściem. Więc
się już nie denerwuj, dobrze? – chwyciła kobietę za rękę.
- Jak to mam się nie denerwować,
Constanza? Jak mam się nie denerwować, gdy moja jedyna córka, znów usiłuje
jeździć na motorze, który prawie ją zabił! To jest chore!
- Nie nazywaj tego chorym! To było całe
moje życie, mamo! Wszystkie marzenia, cele… Nie mam zamiaru sobie odpuścić
tego, mamo. Będę o to walczyć, zwłaszcza, że teraz mam jak.
- Po moim trupie. – wtrąciła cicho
Maria, a ja dostrzegłam w jej oczach łzy.
- Nie możesz mi tego zabronić. – w
głosie Constanzy nie zabrzmiał ślepy upór i złość. Usłyszałam w nim
rozdzierającą rozpacz i coś czego nie widziałam jeszcze tak intensywnie w jej
oczach. Strach.
- Chcesz się założyć? – Maria spojrzała
na córkę z góry, po czym przetarła czerwone oczy. – Jest już późno. Wracamy do
domu. – powiedziała, po czym spojrzała na nas przez ramię. – Wy też powinniście
już iść.
Riccardo wyciągnął mnie z ich posesji,
nim zdążyłam powiedzieć cokolwiek więcej. Pożegnaliśmy się w milczeniu, co
tylko utwierdziło mnie w fakcie, że jego zdenerwowanie wcale nie wynika z
mojego zachowania.
***
Siedziałam w milczeniu na balkonie.
Przede mną stał teleskop, ale jedyne na co byłam w stanie się zebrać, to od
czasu do czasu spoglądanie przez niego. W końcu tylko podciągnęłam pod brodę
jedno kolanu i udawałam, że obserwuję niebo, od czasu do czasu wzdychając.
Rozmowa z matką Constanzy nie dawała mi
spokoju.
Wiedziałam, że źle postąpiłam, ale nie
potrafiłam inaczej. Zachowałam się jak głupie dziecko. Przecież nic nie jest
takie proste, idiotko.
- Widzę, że trapi cię coś. – rzuciła
delikatnie moja mama, wchodząc na balkon z dwoma kubkami herbaty.
- Przepraszam, byłam za głośno? –
sięgnęłam po telefon, by sprawdzić godzinę.
- Nie, jeszcze nie spaliśmy. – mama
uśmiechnęła się, przysiadając na stoliku obok mnie, akurat w niewielkiej pustej
przestrzeni między papierami. – Przyszłam porozmawiać.
- Naprawdę nic się nie stało, mamuś.
- I mówisz to swojej matce, Blanca, z połowie pustym biurkiem. – zaśmiała
się cicho, a ja uniosłam oczy ku niebu, wzdychając. Poddałam się.
Streściłam jej cały dzień.
- No i podsumowując, zachowałam się jak
skończony gówniarz…
Mama spojrzała na mnie przeciągle,
dopijając herbatkę w milczeniu.
- No mamuś, weź coś powiedz. Czuję się
niespokojnie, gdy traktujesz mnie milczeniem. – spróbowałam się zaśmiać.
- Według mnie nie plotłaś trzy po trzy.
Szczerze, jestem zaskoczona zarówno tobą i Riccardo. Nie sądziłam, że
licealiści byliby w stanie powiedzieć coś tak… głębokiego. Ach, te dzisiejsze
dzieciaki…
- Mamo…
- Problem leży jedynie w tym, jakim
tonem to powiedziałaś i do kogo. – ciągnęła. – Jestem w stanie zrozumieć, że
targały tobą emocje, ale mimo wszystko… To dość trudny temat, nieprawdaż?
- Nie uważasz, że postąpiliśmy źle, z
całą tą akcją? – podniosłam na nią spojrzenie. Widząc je, pogłaskała mnie po
głowie.
- Gwiazdo… Gdybym nie znała Constanzy i
waszych relacji, nazwałabym was bandą idiotów, a nią samą posłałabym do
psychologa. Dla szarych ludzi wracanie na motor po takim wypadku i do tego w
tak młodym wieku to coś niemożliwego. Zdrowy rozsądek podpowiadałby, żeby trzymać
się od tego z daleka, bo to niebezpieczne… - mama odstawiła kubek na stolik. –
Ale znam i was i Constanzę. Jej zdrowy rozsądek podpowiada to co dla niej
najlepsze – i w tym wypadku jest to powrót do marzeń. Szkoda by było zgasić w
tej dziewczynie to, co płonie najjaśniej.
- Ale pani Maria zabroniła jej jeździć…
- Akurat to ma dwie strony medalu. –
powiedziała po zastanowieniu. – Z jednej strony, również jako matka, rozumiem
ją. Kobieta po prostu instynktownie pragnie dobra dla swojego dziecka i nie chce
narażać go na niebezpieczeństwo. Taki wypadek odciska się na psychice,
gwiazdko. Drugą stroną jest fakt, że zadziałały emocje. Obie, matka i córka
działały i mówiły pod wpływem emocji, a wszyscy wiemy co z tego zazwyczaj
wynika.
- Czyli sądzisz, że pani Maria pozwoli
jej znów jeździć? – spytałam z nadzieją.
- Nie wiem, gwiazdeczko. Pani Di Carlo,
mimo całej tej chłodnej i dość wrednawej otoczki, to wciąż dobra i kochająca
osoba. I właśnie dlatego tak postępuje. Nie dlatego, że jest czarnym
charakterem w tej historii. Chce wspierać dalej Constanzę na jej drodze, ale
jednocześnie nie chce by stała jej się jeszcze większa krzywda.
Milczałam, wodząc palcami po kubku z
herbatą.
- Wiesz, gwiazdko, jestem z ciebie
dumna. – szepnęła po chwili, przytulając mnie. – Nie sądziłam, że podejdziesz
do tego w taki sposób.
- W taki, to znaczy w jaki? – spytałam,
spoglądając w gwiazdy.
- Mimo zagrożenia, nadal nawet nie
myślisz o tym, by ją od tego odciągać. Naprawdę wiesz, czego ona potrzebuje i
wzajemnie. – cmoknęła mnie w czubek
głowy. – Wasza przyjaźń jest naprawdę piękna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz